Historia piękna - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp: W poszukiwaniu straconego kanonu

Wyobraźmy sobie następującą scenę. Jest chłodny, listopadowy poranek 1912 roku w Paryżu. W eleganckiej redakcji wydawnictwa Gallimard przy rue Madame, André Gide - ówczesny papież francuskiej literatury, jeden z założycieli wpływowego czasopisma "Nouvelle Revue Française" - zasiada do lektury obszernego rękopisu nadesłanego przez autora-amatora. Nazwisko na stronie tytułowej: Marcel Proust. Tytuł: W poszukiwaniu straconego czasu. Gide czyta pierwsze zdania, potem pierwszy akapit. Przewraca kilka stron, krzywi się i odkłada manuskrypt na stertę odrzuceń. Jego uzasadnienie? W jednym ze zdań znalazł błąd gramatyczny. Po latach przyzna: "To był jeden z największych błędów mojego życia".

Ta anegdota, choć dotyczy literatury, niesie w sobie głęboką prawdę o naturze piękna i naszym jego postrzeganiu. Oto człowiek obdarzony - jak mniemano - niezawodnym smakiem, autorytet w dziedzinie estetyki, przeoczył arcydzieło, ponieważ nie mieściło się ono w jego wyobrażeniu o tym, jak powinna wyglądać wielka literatura. Gide szukał porządku, którego Proust celowo nie zamierzał dostarczyć. Szukał kanonu, który właśnie rozpadał się na jego oczach.

Czym właściwie jest to coś, co nazywamy pięknem? Czy jest to obiektywna cecha bytu, zapisana w gwiazdach i matematyce proporcji, jak chcieli pitagorejczycy? Czy może jedynie kapryśny konstrukt społeczny, zmienny jak długość spódnic w magazynach mody? Immanuel Kant w swojej Krytyce władzy sądzenia przekonywał, że piękne jest to, co podoba się powszechnie, bezinteresownie i bezpośrednio. Ale ta powszechność jest złudna, bo choć każdy z nas potrafi powiedzieć "to jest piękne", to rzadko zgadzamy się co do przedmiotu tego zachwytu. David Hume, szkocki filozof oświecenia, posunął się nawet do stwierdzenia, że "piękno nie jest cechą rzeczy samych w sobie: istnieje jedynie w umyśle, który je kontempluje".

Książka, którą oddaję w Państwa ręce, jest próbą prześledzenia tej kapryśnej podróży idei - wędrówki kanonu piękna przez epoki, kontynenty i ludzkie umysły. To opowieść o tym, jak nasze pragnienia, lęki, technologie i systemy władzy odciskały się na ciele, twarzy i przedmiotach, nadając im miano "pięknych". To także - a może przede wszystkim - opowieść o nas samych. Bo mówiąc o tym, co uważamy za piękne, mówimy tak naprawdę o tym, kim chcemy być i jak chcemy być postrzegani.

Umberto Eco, który w swojej Historii piękna przeprowadził nas przez labirynt zachodniej estetyki, zauważył na wstępie jedną kluczową rzecz: na przestrzeni wieków ścisły związek między pięknem a dobrem, pięknem a sztuką, bynajmniej nie był tak oczywisty, jak skłonni jesteśmy sądzić. Dla starożytnych Greków piękno cielesne było odblaskiem piękna duszy - kalokagathia łączyła w sobie walory fizyczne i moralne. Platon w Uczcie prowadzi nas od zachwytu nad pięknym ciałem, poprzez piękne dusze i instytucje, aż po samo piękno absolutne, wieczne i niezmienne. Z kolei Arystoteles, bardziej pragmatyczny, definiował piękno przez porządek i wielkość - coś, co można zmierzyć, opisać, skatalogować.

A jednak, gdy przyjrzymy się bliżej, ta grecka harmonia była zarezerwowana głównie dla mężczyzny-obywatela. Kobieta w klasycznej Grecji pojawiała się w sztuce rzadko, a jeśli już, to często jako uosobienie dzikiej, nieokiełznanej natury. To dopiero Praksyteles, swoją słynną Afrodytą z Knidos, dokonał rewolucji - po raz pierwszy bogini miłości została przedstawiona nago, a jej piękno stało się przedmiotem kontemplacji, ale i pożądania. Grecy, paradoksalnie, stworzyli kanon, który przetrwał tysiąclecia, ale sami rzadko stosowali go do swoich żon i córek.

Przenieśmy się teraz myślami do zupełnie innego świata. Na francuski dwór połowy XVI wieku. Król Henryk II otrzymuje niezwykły dar z podbitej Teneryfy - dziesięcioletniego chłopca o imieniu Petrus Gonsalvus. Chłopiec jest cały pokryty gęstym, miękkim włosem. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpi na niezwykle rzadką chorobę - hipertrichozę. Wtedy uznano go za stworzenie graniczne, żywy dowód na istnienie mitycznych "ludzi dzikich". Petrus zostaje na dworze, uczy się języków, łaciny, sztuk pięknych. Ubiera się w jedwabie, zachowuje się nienagannie. Jest bestią o manierach arystokraty. Gdy król umiera, a regencję przejmuje Katarzyna Medycejska, wpada na genialny, okrutny pomysł - każe wydać Petrusa za mąż za piękną córkę jednego ze służących, Katarzynę Raffelin. Eksperyment: czy bestia zrodzi bestie? Czy miłość może rozkwitnąć między światami?

Para doczekała się siedmiorga dzieci - czworo z nich odziedziczyło owłosienie ojca. Rodzina Gonsalvusów stała się sensacją europejskich dworów. Malowano ich portrety, często w scenerii jaskini, by podkreślić ich "dzikość". Dzieci rozsyłano jako żywe eksponaty. Dziś historycy uważają, że to właśnie losy Petrusa i Katarzyny mogły zainspirować Gabrielle-Suzanne Barbot de Villeneuve do spisania baśni, którą znamy jako Piękna i Bestia.

Czy Petrus był piękny? Z pewnością nie w oczach swoich współczesnych. Jego odmienność budziła grozę i fascynację. Był ciekawostką, obiektem badań, trofeum. A jednak na nielicznych zachowanych portretach widać coś niezwykłego - jego żona, Katarzyna, spogląda na niego z czułością. Jej dłoń spoczywa na jego ramieniu. Gest ten, przez wieki, przetrwał jako nieme świadectwo, że piękno może być także kwestią relacji, a nie tylko anatomicznej proporcji. Baśń, która zrodziła się z tej historii, uczy nas, że piękno mieszka we wnętrzu - ale czy kiedykolwiek w to wierzyliśmy?

Wiktoriańska Anglia, połowa XIX wieku. W londyńskich salonach i na ulicach Paryża kobiety poruszają się w konstrukcjach przypominających klatki. Krynolina - spódnica rozpięta na elastycznych obręczach z fiszbinu lub stali - osiąga niekiedy średnicę dwóch metrów. To piękno, które zajmuje przestrzeń. Które mówi: "Jestem tutaj, należę do klasy, która nie musi się spieszyć, nie musi przepychać w tłumie, może pozwolić sobie na luksus bycia przeszkodą". Problem w tym, że krynolina była zabójcza. W Anglii, w ciągu zaledwie dekady, w wyniku zapalenia się tych obszernych spódnic od kominków lub świec, spłonęło żywcem około trzech tysięcy kobiet. Piękno, które pali.

Nie inaczej było z gorsetem. Ta "zbroja" wiktoriańskiej damy modelowała talię do rozmiarów osy, ale jednocześnie ściskała narządy wewnętrzne, utrudniała oddychanie, powodowała przesunięcie wątroby i wieczne omdlenia. Kobiety mdlały nie z nadmiaru emocji, ale z braku tlenu. Estetyka wymagała ofiar. I to nie tylko na Zachodzie. W Chinach przez stulecie praktykowano krępowanie stóp - lotosowe stópki - które deformowały kości, uniemożliwiały naturalne chodzenie i skazywały kobiety na kalectwo w imię ideału wdzięku i statusu. Im mniejsza stopa, tym większa wartość kobiety na matrymonialnym rynku.

W tym kontekście musimy zadać pytanie, które będzie przewijać się przez wszystkie rozdziały tej książki: czy nasze współczesne kanony są mniej okrutne? Chirurgia plastyczna, wypełniacze, diety cud, presja bycia "fit" i "instagramowym" - czy to nie są nasze krynoliny i gorsety? Może nie palą nas żywcem, ale potrafią spalić nasze poczucie własnej wartości, portfel i zdrowie psychiczne. Różnica polega na tym, że wiktoriańska dama wiedziała, że cierpi dla piękna. My często wmawiamy sobie, że robimy to dla zdrowia, dla siebie, z wyboru. A wybór, jak wiemy, jest największym osiągnięciem demokracji, nawet jeśli dotyczy wyboru kata.

Przyjrzyjmy się jeszcze jednej anegdocie. Gdy Johannes Brahms wszedł do restauracji i poprosił o najlepsze wino, gospodarz, chcąc mu schlebić, przyniósł butelkę, mówiąc: "Przewyższa ono wszelkie inne gatunki, tak jak muzyka Brahmsa przewyższa każdą inną muzykę!". Brahms, z charakterystycznym dla siebie suchym humorem, odparł: "W takim razie niech pan zabierze to wino i przyniesie mi butelkę "Beethovena"".

Ta anegdota pięknie ilustruje dialektykę kanonu. Brahms był genialnym kompozytorem, ale żył w cieniu Beethovena. Jego własna twórczość była nieustannym dialogiem z tym, co przyszło wcześniej - czasem naśladowczym, czasem buntowniczym. Podobnie jest z historią piękna. Każda epoka definiuje się poprzez odniesienie do poprzedniczki. Średniowiecze neguje antyczne ciało, renesans je wskrzesza, barok doprowadza do przesady, klasycyzm studzi, a romantyzm ponownie rozpala. To niekończący się taniec tezy, antytezy i syntezy.

Wiek XX przyniósł prawdziwą rewolucję. Awangardy artystyczne - od Duchampa po Warhola - ogłosiły śmierć piękna, a przynajmniej jego zdegradowanie. Gdy Marcel Duchamp wystawia w 1917 roku pisuar podpisany "R. Mutt" i nazywa go Fontanną, zadaje cios śmiertelny idei piękna jako nieodłącznego atrybutu sztuki. Piękno przestaje być celem, staje się podejrzane, "burżuazyjne", "dekadenckie". Artysta nie ma już obowiązku zachwycać, ma obowiązek myśleć, prowokować, dekonstruować. A jednak, jak zauważa Umberto Eco, piękno nie znika. Ono emigruje. Znajduje azyl w modzie, reklamie, dizajnie, w codzienności. Nastaje, jak to określa włoski semiolog, "orgia tolerancji, niepowstrzymany politeizm piękna". Dziś każdy może być piękny na swój sposób. I paradoksalnie, nikt nie jest.

Ta książka jest więc zaproszeniem do podróży. Podróży w głąb historii, ale także w głąb nas samych. Będziemy przyglądać się Wenus z Willendorfu - tej drobnej, płodnej figurce o przerośniętych biodrach i piersiach, która mówi nam, że dla paleolitycznego łowcy piękno oznaczało przetrwanie. Zatrzymamy się na dłużej w Egipcie faraonów, gdzie hieratyczność i geometria stały się gwarancją nieśmiertelności, a kohl podkreślający oczy był nie tylko kosmetykiem, ale i ochroną przed złymi duchami. Prześledzimy, jak średniowieczny mistyk Tomasz z Akwinu definiował piękno jako integritas, consonantia i claritas - czyli całość, harmonię i blask, które są przymiotami Boga, a niekoniecznie człowieka.

Wkroczymy w renesansowy Florencję, gdzie złote włosy i alabastrowa cera damy były świadectwem jej cnoty, a nie tylko urody. Zajrzymy do japońskiej dzielnicy gejsz, gdzie biała maska twarzy i czerwone usta stają się płótnem dla sztuki, a natura ustępuje miejsca perfekcyjnemu rytuałowi. W epoce wiktoriańskiej przyjrzymy się niebezpiecznym krynolinom i gorsetom, by wreszcie wylądować w XXI wieku - epoce Photoshopa, Instagrama, body positivity i wirtualnych influencerek, które nie mają ciał, a mimo to dyktują nam, co jest piękne.

W tym miejscu musimy poczynić jedno zastrzeżenie. Jak słusznie zauważa Umberto Eco, każda historia piękna pisana z perspektywy Zachodu jest z konieczności niepełna. Dysponujemy tekstami filozofów i poetów, mamy dzieła sztuki, ale co z głosem chłopów, rzemieślników, kobiet, które nie pozostawiły po sobie traktatów? Co z innymi kulturami - Indiami, Chinami, Afryką - gdzie nasze zachodnie kategorie "piękna", "sztuki", "estetyki" często po prostu nie pasują?. Będziemy więc ostrożni w formułowaniu sądów, ale nie unikniemy porównań. Bo to właśnie w zderzeniu z Innym najczęściej odkrywamy prawdę o sobie samych.

Pozwolę sobie na koniec tego wstępu na osobistą refleksję. Od lat zajmuję się historią idei i zawsze fascynowało mnie, jak bardzo jesteśmy zniewoleni przez to, co uważamy za "naturalne". Gorset nie był naturalny. Krępowanie stóp nie było naturalne. Dziś mówimy, że naturalne jest zdrowie, sport, radość życia. Ale czy na pewno? Gdy oglądamy zdjęcia modelek w magazynach, gdy porównujemy się do wyretuszowanych ciał na Instagramie, gdy wydajemy fortunę na kremy "anti-aging", nie oszukujmy się - to też jest gorset. Niewidzialny, ale jakże skuteczny.

Dlatego napisałem tę książkę. Nie po to, by pouczać, co jest piękne, a co brzydkie. Nie po to, by wyśmiewać nasze babki za to, że pudrowały twarze na biało, by ukryć ślady słońca. Lecz po to, by pokazać, że kanon piękna jest jak rzeka - płynie, meandruje, czasem wysycha, by za chwilę wylać się z brzegów. Nie istnieje jeden, stracony, doskonały kanon. Istnieją tylko ludzie, którzy w każdym stuleciu próbują nadać sens swojemu istnieniu, rzeźbiąc w jedynym materiale, który naprawdę mamy - w naszym ciele i naszej wyobraźni.

Zapraszam zatem w tę podróż. Będzie momentami bolesna, gdy ujrzymy ofiary, jakie składaliśmy na ołtarzu mody. Będzie zabawna, gdy odkryjemy, jak bardzo nasze dzisiejsze "odkrycia" były już znane starożytnym. I będzie, mam nadzieję, wyzwalająca. Bo jeśli zrozumiemy, że piękno jest konstruktem, a nie wyrokiem natury, może łatwiej będzie nam zaakceptować to jedno, najważniejsze piękno - to, które nosimy w sobie, bez filtrów, bez gorsetów, bez lęku.

Czy to możliwe? Przekonajmy się.