Historia Pewnego Raportu - Tayla Smith

Kup ebooka

14.19 zł
11.78 zł (12,06 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Przez chwilę przyglądam się drzwiom do klubu, zastanawiając się, czy wejść do środka, czy nie. Ale ostatecznie pragnienie wyłączenia sobie mózgu chociaż na chwilę i przestania myśleć o tym bagnie, w które się władowałam, wygrywa.

Dzisiaj spiję się w trupa i choć jutro będę tego żałować, a Xander pewnie zmyje mi głowę za to, jak się urządziłam, wiem, że jest mi to potrzebne.

Choć na chwilę chcę odpocząć od tego huraganu, który od pewnego czasu szaleje mi w głowie.

Gwar panujący w środku od razu uderza mi do głowy. Pot unoszący się z tańczących, zaduch wewnątrz klubu w innych warunkach zapewne doprowadziłyby mnie do szaleństwa, ale teraz nawet nie zwracam na to uwagi. Zależy mi na tym, by jak najszybciej dotrzeć do baru.

Kiedy w końcu udaje mi się tam przepchnąć, natychmiast zajmuję miejsce na jednym ze stołków.

- Co podać? - mężczyzna za barem od razu zwraca na mnie uwagę.

- Black russian - rzucam. - Podwójny - dodaję po chwili namysłu.

Niemalże natychmiast przede mną pojawia się kieliszek, który wychylam bez mrugnięcia okiem. O tak... tego mi właśnie trzeba.

Czuję, jak wódka rozlewa się po moim organizmie, dając mi przyjemne ciepło. Natychmiast też daję barmanowi znak, żeby nalał mi to samo.

Jeszcze kilkanaście takich drinków i ten przeklęty raport wyleci mi z głowy. Zapomnę o nim chociaż na chwilę, bo tego właśnie mi trzeba.

Dlaczego, do diabła, dlaczego to właśnie ja musiałam się zakochać? Akurat teraz, kiedy jutro mija drugi, ostateczny termin, w którym mam złożyć raport Dowództwu!

Boże... Jak ja w ogóle mogłam do tego dopuścić, zachować się tak nieprofesjonalnie? Co by powiedzieli moi znajomi, moi przełożeni?

Nie... Ja oczywiście wiem, co by powiedzieli. I jak to dla mnie by się skończyło, jeżeli nie złożyłabym tego raportu. Jedyne, co jest niewiadomą, to w jaki sposób dalej to rozegram...

Tak czy owak, teraz chcę o tym wszystkim zapomnieć...

Choć w głowie i tak telepią mi się resztki historii i tego, w jaki sposób się tu znalazłam...

Rozdział II

Znajduję się mniej więcej na środku jeziora, unosząc się na plecach, kiedy kątem oka zauważam jakiś ruch na brzegu dokładnie za mną.

Niemalże natychmiast robię coś w rodzaju fikołka w wodzie i przekręcam się tak, by widzieć, co go wywołało. Unosząc się w miejscu za pomocą delikatnych ruchów rąk i tylnych łap, dokładnie lustruję brzeg, równocześnie nastrajając uszy tak, by możliwie jak najdokładniej zlokalizować pochodzenie owego ruchu.

Ale niestety, mimo wyjątkowo czułych nawet jak na anthruviańskie standardy zmysłów, nie dostrzegam absolutnie nic, co mogłoby potwierdzić moje przypuszczenia.

A zaraz potem z wysokiej trawy wyskakuje królik, jeden z niewielu gatunków, jakie pradawni uchowali dla nas od nieuchronnej zagłady Anthruvii.

Z ust wyrywa mi się oddech ulgi, a zaraz potem zaczynam cicho chichotać. I pomyśleć, że takie małe, niewinne zwierzątko napędziło mi tak ogromnego stracha!

Ale mimo tego całe odprężenie szlag trafił. Wystarczył jeden drobiazg, żeby mnie zdekoncentrować, bo świadomość, że ktokolwiek mógłby mnie obserwować, kiedy teraz, bezkarnie pływam sobie nago w jeziorze... Nie, dziękuję bardzo. To zdecydowanie nie jest przyjemne.

Dlatego właśnie decyduję się skończyć tą moją eskapadę poza tereny zabudowane. Z resztą... Obiecałam, że dzisiaj pójdę z Rekari na imprezę do strefy czerwonej... A zanim dojdę do centrum szkoleniowego, potem do naszego mieszkania, zanim się wybierzemy, wyjdziemy i dojdziemy na miejsce, to naprawdę trochę się zejdzie...

Kiedy wypływam na brzeg, dosłownie ze mnie cieknie. To chyba jedyny minus mojego puchatego, delikatnego futerka... Woda naprawdę ma co zmoczyć.

Zerkam na powierzchnię wody, która pokazuje moje odbicie i... wybucham śmiechem. Nie... Naprawdę. Wyglądam po prostu przekomicznie. Jak typowy zmokły kot. No ale cóż... Tak to się zdarza. Na szczęście jednak nikt mnie teraz nie widzi, więc może ujdzie mi to na sucho. Jak zwykle z resztą. Jeszcze nikt mnie nie zobaczył, zazwyczaj wybieram takie godziny, kiedy wszyscy śpią, albo są w pracy. A z resztą, nawet jeśli, to to nie jest zabronione. Po prostu, mogłoby być dla mnie nieco krępujące...

Ale teraz muszę się ogarnąć.

Sięgam po ogromny, puchaty ręcznik ze specjalnego włókna, zaprojektowany tak, by zbierał wodę z kociego futra w niewyobrażalnych wręcz ilościach. I dzięki temu zaledwie parę minut później jestem już całkowicie sucha. Tylko... trochę rozczochrana.

Biorę ręcznik, o wiele cięższy niż chwilę wcześniej i wyciskam z niego wodę. Przez swoją unikalną budowę włókien całkowicie pozbywają się płynów i ostatecznie idealnie suchy ręcznik kładę na dużym, płaskim kamieniu przy brzegu. Sama potem na nim siadam i sięgam po okrągłą szczotkę z delikatnym włosiem, idealną do wyczesywania i rozplątywania sierści. Jeden z moich ulubionych rytuałów.

Uśmiecham się sama do siebie, a potem zaczynam bardzo dokładnie wyczesywać sobie futerko.

* * *

Dobre pół godziny później moje futerko jest już jedwabiste i lśniące, zupełnie takie, jak przed wejściem do wody.

Rozglądam się leniwie, upewniając się, czy aby na pewno nikogo nie ma wokoło. A kiedy to już jest pewne, to znaczy całkowicie się rozejrzałam i znów nie zauważam nikogo, jeszcze na chwilę odchylam głowę do tyłu i pozwalam, by ogrzewało mnie światło emitowane przez sztuczne ekrany, udające niebo z dwoma słońcami, prawdopodobnie takie, jakie kiedyś mógł zobaczyć każdy mieszkaniec Anthruvii, jeżeli tylko podniósł wzrok do góry.

Choć zdecydowanie bardziej wolę, kiedy panele przestają emitować światło i stają się przezroczyste, równocześnie przyciemniając, dając nam podgląd na cudowne, rozgwieżdżone niebo, oblewając wszystko cudownym światłem gwiazd lub ciał niebieskich, które odbijają ich promieniowanie. Wszystko wtedy staje się takie... magiczne, a ja czuję się jak bohaterka jakiejś z tak popularnych wśród młodych kociaków gier lub powieści graficznych, że zaraz zostanę powołana do ważnej kasty, od razu na start dostanę wysoką rangę, a w moich rękach będą spoczywać losy całej cywilizacji...

Tak czy siak, jutro dowiem się, jak wszystko się skończy. A mimo swoich wyników w nauce i w egzaminach nie czuję, żebym miała trafić do czegoś specjalnego. Prędzej przydzielą mnie do zdrowotnych, albo naukowców, im podobno bardzo potrzebne są takie umysły...

Choć i tak wszystko pokażą jutrzejsze testy.

A teraz już najwyższy czas, żebym się zbierała, chcę zdążyć. Nie chce mi się słuchać gadania Ari, i tak pewnie będzie narzekać, że nie przespałam się z Frederickiem... Co poradzę, że naprawdę nie mam na to ochoty.

Podnoszę się z głazu i leniwie wciągam pozostawioną na brzegu bieliznę i ciuchy, a potem podnoszę torbę i zarzucam sobie na ramię.

I już nawet robię kilka kroków, kiedy moje uszy po raz kolejny wyłapują cichy szelest.

Natychmiast się zatrzymuję, a moje ucho kieruje się w tamtą stronę.

Oczywiście ten dźwięk się nie powtarza, ale ja jestem święcie przekonana, że naprawdę ktoś tam jest i sama nie wiem od jak długiego czasu mnie obserwuje.

Powoli odwracam się w kierunku źródła wcześniejszego dźwięku. Okazuje się, że staję naprzeciwko tak gęstych zarośli, że nie jestem w stanie przebić ich wzrokiem, a naprawdę nie uśmiecha mi się zapuszczać w te chaszcze, tym bardziej, że dopiero co się wyczesałam.

- Wiem, że tam jesteś! - oznajmiam podniesionym głosem. - Wyjdź stamtąd natychmiast! Miej chociaż odrobinę honoru i się pokaż!

Przez dobre kilka minut wpatruję się w tamto miejsce i już nawet mam wrażenie, że widzę przebłysk czarnego futerka... gdy nagle z krzaków wyskakuje ten sam ciemnoszary królik, który zwrócił moją uwagę już wcześniej.

Z początku patrzę na niego z oszołomieniem... A potem wybucham śmiechem.

Zwykły królik... A takiego stracha napędził mi, dorosłej kotce!

Chichocząc cicho odwracam się i zaczynam iść w stronę miasta, przez które muszę przejść, żeby znaleźć się na niższych poziomach i w końcu w centrum szkoleniowym.

Swoją drogą... Ciekawe, czy Ari już wróciła... Wiem w końcu, jak długo potrafi zabawiać się z Luciem. Tak czy siak, lepiej, żeby już była i najlepiej przygotowała obiad, dzisiaj w końcu jej kolej, a ja już porządnie zgłodniałam...

Rozdział V

Wpatruję się w podłogę już od godziny, zastanawiając się, jak bardzo przez ostatnie dwie spieprzyłam sobie życie. Ten test... Dobra, niby mówili, że każda odpowiedź jest dobra... Ale to było okropne. Tak bezsensowne pytania... Niektóre zajmowały mi kilka minut, inne kilka sekund, a każde kolejne było coraz bardziej irracjonalne. Mam wrażenie, że poszło mi tragicznie. Mózg mam tak totalnie wyprany, że nie wiem, jak będę w stanie dalej względnie normalnie funkcjonować... Wczorajsza impreza i noc też mi z resztą nie pomogły. Wcale, a wcale.

Z resztą, i tak wyszłam pierwsza. Skończyłam po dwóch godzinach. Ale jak się wszyscy na mnie patrzyli... Kiedy odsunęłam krzesło, a potem, korzystając z mojej dość rzadkiej umiejętności bezszelestnego poruszania się, zaczęłam iść w stronę wyjścia, czuję na sobie wzrok wszystkich obecnych, chociaż możliwe, że tylko to sobie wyobraziłam. Nie jest to jednak wykluczone. Ciągle w jakiś sposób się wyróżniam, a Ari być może ma rację. Kto wie, może kiedyś faktycznie się dochrapię i będę miała poważne problemy... Ale z drugiej strony, może mi się po prostu zdaje.

Moją uwagę rozprasza dźwięk szeroko otwieranych drzwi, a potem cichy tupot poduszeczek łap pozostałych kociaków.

Podnoszę się z miejsca i prostuję się, dokładnie się rozciągając, jak na kota przystało. Potem staję przy krzesłach, wypatrując mojej współlokatorki.

I faktycznie, pojawia się po chwili, wyłaniając się z dość sporej grupki. Wcale nie wygląda na szczęśliwą.

- I jak? - pytam, gdy kotka z głośnym westchnięciem siada na moim wcześniejszym miejscu.

- Weź przestań - odpowiada, ukrywając twarz w dłoniach. - Ten test... to jakaś porażka. Straszne te pytania. Z połowy nic nie zrozumiałam, w kilka strzelałam, próbując ogarnąć, jak ja bym zachowała się w danej sytuacji, ale mam wrażenie, że poszło mi fatalnie. Zobaczysz, wyląduję gdzieś w jakichś Robotnikach, w najgorszej podrzędnej fabryce, i to może nawet nie na tym statku...

- Przynajmniej będziemy tam obie - przyklękam obok. - Mi też poszło fatalnie. Ale myślisz, że po tych pytaniach przydzielą nas do takich kast?

- Nie wiem - Rekari kręci głową. - Mam nadzieję, że nie. Ale wszystko jest możliwe...

Wzdycham lekko. Nie podoba mi się to. A jedyne, co mogę zrobić, to pluć sobie w brodę, że wczoraj poszłam na tą durną imprezę...

- Mówili, że ma być coś jeszcze - dodaję po chwili. - Wiesz coś o tym? Ja, z tego co pamiętam, nigdy nie słyszałam, że w jakiś sposób rozwijają te testy... Nikt mi o tym nic nie mówił. Żaden z nauczycieli.

- Testy to testy - Ari wzrusza ramionami. - Nie wiem, co jeszcze mogliby wymyślić. Ale niby mówili, że coś jeszcze szykują... Chyba nie dostaniemy teraz przydziałów?

Wzruszam ramionami. Nie mam bladego pojęcia, co mogą chcieć dla nas przygotować... Choć przydziały są najmniej prawdopodobne - w końcu analiza testów zajmuje naprawdę długo, w niektórych przypadkach nawet i kilka tygodni... Niestety, jeszcze nie wymyślili systemu, który poradziłby sobie z tym szybciej, choć, co racja, to racja, przydziały do niektórych kast są rozdawane znacznie szybciej, na przykład do Zwiadowców, Łowców, Floty...

I nagle wszyscy, cała grupka, która dopiero co wyszła z sali, cichnie i zwraca uwagę na jakąś postać stojącą przed drzwiami wejściowymi do budynku. Bardzo szybko domyślam się, że to jest właśnie ten kot, który nas przywitał i poprowadził na testy.

Kiedy postępuje krok do przodu, szybko okazuje się, że nie jest sam. Za nimi stoją jeszcze dwa samce i choć nie jestem w stanie ich zobaczyć poprzez tłum, wyczuwam bijący od nich autorytet. Zupełnie, jakby oni też byli z Dowództwa...

- Bardzo zdyscyplinowana z was grupa - stwierdza kot z uznaniem. - Naprawdę niewiele się takich spotyka. Ale przejdźmy do rzeczy. Na sam początek poznajcie dwóch członków Dowództwa, którzy teraz przeprowadzą was przez dalszy ciąg dzisiejszych testów. Przed wami pan Anthrovius Orswitch.

Kiedy to mówi, obok niego staje jeden z samców - wysoki, szczupły, ale równocześnie też bardzo dobrze umięśniony kot o krótkim, miedzianobrązowym futrze. Na moje oko ma może koło czterdziestu lat, a to, co najbardziej zwraca uwagę, to jego duże uszy, którym z pewnością nie umknie choćby najmniejszy szelest... Ale, co jeszcze istotne, zauważam, że poruszając się, kot nie wydaje żadnego dźwięku. Widać jako jeden z naprawdę niewielu w naszej cywilizacji dysponuje tak delikatnymi poduszeczkami, że idealnie tłumią jego kroki.

- Towarzyszy nam również pan Julius Carver - przy tych słowach obok pierwszego staje kolejny kot, a ja mam ochotę zapaść się pod ziemię, czuję też, jak moja sierść delikatnie się jeży. Od razu też chowam się za stojącym przede mną samcem, którego skądś kojarzę, zapewne z jakichś zajęć. Owszem, może i faktycznie to bezsensowne, bo Dowódca i tak wie, że tu jestem... Sama powiedziałam mu, w którym miejscu mam testy, ale na jego widok mam ochotę uciec, zdecydowanie zraził mnie do siebie poprzedniej nocy.

Najgorsze jest to, że miałam nadzieję, że już nigdy go nie zobaczę, a teraz może się okazać, że spędzę z nim więcej czasu, co prawda w większej grupie, ale i to nie jest dla mnie zbyt optymistyczna perspektywa, bo wszyscy wiedzą, że Dowództwu wolno praktycznie wszystko...

- Dzisiaj panowie zaszczycili was swoją obecnością, ponieważ mają przeprowadzić wasze dalsze testy kwalifikacyjne. Teraz podzielicie się na dwie grupy, wasze imiona zostaną wyczytane, a potem udacie się za waszymi tymczasowymi Dowódcami, którzy wszystko wam wytłumaczą. Antrhoviusie, zaczynaj.

Przedstawiony wcześniej kot robi jeszcze jeden krok do przodu, wymuszając na nas cofnięcie się w tył. A ja równocześnie zauważam, że Rekari robi do niego maślane oczy. Chwila... A ona niby skąd ona go zna? Czyżby to też był skutek wczorajszej imprezy? Niewykluczone, mówiła przecież o jakimś samcu, z którym spędziła noc, a skoro Julius również jest z Dowództwa, być może się znają, albo nawet są ze współpracujących kast, to nie zdziwiłabym się, jeśli faktycznie tak by wyszło.

- Przede wszystkim chciałbym powitać was, wszystkich tu zgromadzonych. Zapewne mówiono wam już o tym, jak ważny dziś jest dla was dzień, ale jeszcze powtórzę. Dzisiaj, w tej chwili, rozstrzyga się wasza przyszłość. Część macie już za sobą, co do reszty, dowiecie się za chwilę. Teraz wyczytam część spośród was i ci, których imiona pojawią się na liście, proszeni są o ustawienie się po mojej prawej stronie, potem pójdziecie ze mną. Reszta zostanie tu z Juliusem.

Kiedy słyszę te słowa, od razu wiem, w której grupie chcę się znaleźć. Tymczasem kot zaczyna wyczytywać imiona. Grupa po jego lewej stronie, w której ja się znajduję, zaczyna topnieć coraz bardziej, aż w końcu, na moje oko, jest mniej więcej wyrównana. No cóż... Fakt, że znajdę się pod dowództwem kota, którego nie chciałam nigdy więcej spotkać, nie napawa mnie optymizmem. Tyle dobrego, że, ku jej wyraźnemu rozczarowaniu, Ari przynajmniej zostaje ze mną.

- I została nam jeszcze jedna osoba - oznajmia jej znajomy. - Sayano, zapraszamy.

Czuję, jak na mojej twarzy pojawia się szeroki, bezwiedny uśmiech. A jednak, tym razem szczęście się do mnie uśmiechnęło!

Czym prędzej, żeby przypadkiem nie okazało się, że to jakaś pomyłka czy coś w tym rodzaju, przechodzę na stronę wybranej grupy. A jednak faktycznie mam jakieś tam szczęście, jak dobrze, że tak się właśnie ułożyło, a ja nie muszę być w jednej grupie z tym wariatem!

Anthrovius mierzy nas wzrokiem, a na jego pysku pojawia się coś w rodzaju uśmiechu.

- W takim razie zapraszam za mną, kocięta. Tobie, Juliusie, zostawiam pozostałych.

I z tymi słowy po prostu zaczyna iść w głąb budynku, ale tuż przed wejściem do sali, gdzie przechodziliśmy testy, odbija w boczny korytarz, który dopiero teraz zauważam. Przez moment cała nasza grupka wymienia nieco zdziwione spojrzenia, a potem niemalże biegiem rzucamy się za Dowódcą.

- Przydałoby się wam nieco więcej bystrości, ale to da się wypracować, jeśli pomyślnie przejdziecie praktykę - rzuca ten, nawet się nie odwracając. - Ale postarajcie się panować nad tym, jeżeli chcecie sobie z nią poradzić.

Oczywiście ten jego komentarz wywołuje nasze zaskoczenie i ciche szepty między nami. Takim razie jestem naprawdę ciekawa, co takiego dla nas przygotowali... Skoro przyda nam się bystrość, to w takim razie do jakiej kasty chcą nas przydzielić?

Po chwili spaceru po paru korytarzach i schodach docieramy do kolejnej, dużej sali, wypełnionej czymś w rodzaju foteli z zamontowanymi kaskami, podłączonymi do czegoś w rodzaju wielkiego pudełka na środku pomieszczenia.

- Zajmijcie miejsca - komenderuje samiec.

Posłusznie siadamy na miejscach, nie przejmując się zbytnio kolejnością.

- Zapewne chcecie wiedzieć, co takiego będziecie robić, co was czeka. Teoretycznie nie powinienem wam o tym mówić, Dowódca drugiej grupy zapewne faktycznie poczeka do później, ale stwierdziłem, że nie ma różnicy teraz, czy może po pięciu minutach. I tak zorientujecie się, do jakich kast być może się dostaniecie. Po pytaniach mieliście prawo się nie domyślić, z resztą gdyby któryś z was nie pasował do hipotezy, którą wam postawiono, zostałby oddelegowany do innego punktu. Z racji, że wszyscy, z większymi lub mniejszymi odchyłami, ale mieszczącymi się w normie, dopasowali się do wymaganego profilu, zostaniecie tutaj i przejdziecie test praktyczny. Teraz zostaniecie podłączeni do urządzenia, które wywoła u was wszystkich zbiorowe śnienie i znajdziecie się w tym samym miejscu. Równocześnie każdy z was dostanie informacje na temat swojej tymczasowej tożsamości. Znajdziecie się w naszym mieście bez wielkich zmian, a za zadanie będziecie mieli przygotować raport, dostarczyć go do miasta i równocześnie wyłapać zdrajcę, który będzie w waszej drużynie i będzie miał za zadanie uniemożliwić wykonanie misji oraz skierować podejrzenia na kogoś innego, oraz to jego złapać. Tylko wyznaczona osoba będzie wiedzieć, że ma za zadanie wywieść was w pole. Ktoś ma jakiś pomysł, do jakiej kasty chcą was przydzielić?

Wymieniamy między sobą zaaferowane spojrzenia. Najwyraźniej jakimś cudem, przy naszym farcie trafiliśmy na teoretyczne testy do najbardziej pożądanych przez kociaki kast, do grona żywych legend!

Podnoszę dłoń do góry, widząc, że nikt inny się nie kwapi. Czujne spojrzenie samca natychmiast pada na mnie, a lekkie skinienie jego głowy pozwala mi mówić.

- Zwiadowcy - wypowiadam na głos myśli nas wszystkich. - Zwiadowcy i Łowcy.

Na pysku kota pojawia się uśmiech.

- Bystra kotka z ciebie. Jak masz na imię?

- Sayana - odpowiadam. - Zastanawia mnie tylko jedna rzecz.

- Jaka? - Anthrovius patrzy na mnie uważnie.

- Dlaczego pan nam powiedział o tym wszystkim?

Jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerza.

- Ciekawska jesteś, to dobrze ci wróży w obu wersjach twojej przyszłości. A prawda jest taka, że od lat prowadzimy z Juliusem coś w rodzaju cichej rywalizacji, która grupa lepiej wypadnie. Prawda jest taka, że moja zawsze ma więcej szczęścia, a to dlatego, że mówię im, z czym będą musieli się zmierzyć, i zawsze wybieram najlepszych rekrutów. A teraz załóżcie kaski.

Posłusznie spełniamy polecenie Dowódcy.

- Najlepszych? - wyrywa się jednemu z kotów, o ile dobrze pamiętam, ma na imię Rico, miałam z nim historię cywilizacji.

Kot przenosi swój wzrok na niego, a jego uśmiech nagle robi się nieco złowrogi.

- Nigdy nie zastanawialiście się, dlaczego przy takiej ilości kotów Łowców i Zwiadowców jest tak mało, i to jeszcze przy tak dużej liczbie rekrutów co roku? Naprawdę myśleliście, że wszyscy z was dostaną miejsca w tak ekskluzywnych kastach, tak bardzo wymagających? Co to, to nie. Tylko niewielka garstka z was przejdzie te testy pomyślnie, i to licząc obydwie grupy. Wszystko zależy od wyników. W przeciągu tygodnia dowiecie się, czy musicie powtarzać testy, czy nie.

Aha... Nie zapowiada się to zbytnio optymistycznie...

- Musicie pracować w drużynie, jeżeli ma wam się udać. Wiecie, co macie zrobić, ale jeżeli symulacja zakończy się przed osiągnięciem ostatecznego celu, to też nic się nie stanie. Po prostu ocenimy wasz sposób myślenia i działania. Więc nie martwcie się, róbcie swoje i oby wyszło wam to jak najlepiej. Teraz, od razu na początku, dostaniecie najważniejsze informacje na temat waszych współpracowników, a jedna osoba dowie się, że ma wam przeszkadzać. Oczywiście ona też zostanie oceniona za swoje działanie, ale to, że będzie niejako zła, wcale nie sprawi, że zostanie skreślona czy uznana za faktycznego zdrajcę, bez obaw, jeżeli dobrze jej pójdzie, to jak najbardziej będzie mogła znaleźć miejsce w naszych kastach. W skrócie: pracujcie drużynowo, postarajcie się sobie zaufać, ale równocześnie bacznie siebie obserwujcie, by wyłapać tego, kto jest przeciwko wam i złożyć raport. Życzę wam powodzenia.

Od razu w tym momencie czuję, jak moje oczy się zamykają, a ja zaczynam odpływać. Ostatnie, co przemyka mi przez głowę, to w jaki sposób mam zaufać wszystkim członkom grupy, skoro nie wiem, kto z nich będzie zdrajcą? To przecież będzie niemożliwe!

Rozdział VII

- W ogóle nic nam nie wyszło - narzeka Rekari. - Po prostu jakaś totalna masakra. Od razu rzuciliśmy się sobie do gardeł i kłóciliśmy się tak do momentu, w którym skończyła się symulacja. Ani nie zidentyfikowaliśmy zdrajcy, ani nie dostarczyliśmy raportu. Kot, który nas pilnował, ten Julius, był wściekły.

- U was przynajmniej przeżył raport - krzywię się. - My kłóciliśmy się tylko na początku, potem udało nam się ogarnąć hierarchię... I wybraliśmy właściwie, a tak przynajmniej większości się wydawało. Ja od początku miałam oko na kotkę, która miała mieć przy sobie raport. Była... Zbyt podejrzana, jak na mój gust... Ostatecznie doszło do tego, że zareagowałam, kiedy raport został już zniszczony.

- Ale złapaliście zdrajcę - Ari nie daje się przekonać.

Wzruszam ramionami.

- Chyba tak...

Kotka mierzy mnie wzrokiem.

- Chyba? - pyta ostrożnie.

Kiwam głową.

- Z jednej strony mogłoby się tak wydawać. Wszystko wskazywało na to, że to ona zdradziła. Wiesz... Nikt jej nie podejrzewał, oskarżała wszystkich innych, powiedziała, że była mistrzynią Łowców i Anarchistów, za bardzo zależało jej na trzymaniu tego raportu przy sobie... I przede wszystkim przy niej znaleźliśmy jego szczątki. Ale z drugiej... Ciągle powtarzała, że została wrobiona. Zdrajca miałby dość honoru, żeby się do tego przyznać.

- Przecież twój instynkt nigdy nie zawodzi - moja współlokatorka kładzie mi dłoń na ramieniu. - Więc uspokój się... Tym bardziej, że wszystkie dowody wskazywały na nią. Nie mogłaś się pomylić. Wszystko wyszło ci genialnie, a jedno potknięcie niczego nie zmienia.

Wzdycham.

- Tyle, że ja nie powinnam pozwolić sobie na najmniejsze potknięcie...

- Przestań! - kotka zatrzymuje się obok mnie. - Jeżeli ktokolwiek ma prawo jakkolwiek narzekać, to ja. Nie wyszło nam nic i najprawdopodobniej to ja nie dostanę się do żadnej z kast i będę musiała powtarzać testy. Sama się przekonasz.

Kiwam głową. No w sumie racja... W przeciągu tygodnia dowiem się, czy mi się udało, albo jak bardzo spieprzyłam.

Zatapiam się w myślach tak bardzo, że dopiero po chwili orientuję się, że Rekari coś mi opowiada. Przez moment słucham, próbując połapać się w temacie, ale kiedy dociera do mnie, że ze szczegółami opowiada przebieg wczorajszej nocy z Anthroviusem, zmieniam zdanie. Wcale mnie to nie interesuje. Szczególnie, że co do poprzedniej nocy, to mam naprawdę paskudne doświadczenia...

Za to przypomina mi się kolejna kwestia - kiedy wczoraj szłyśmy na imprezę, widziałam wystawę ze ślicznymi ciuchami. Bez względu na to, do jakiej kasty się dostaniemy, wkrótce zmienimy miejsce zamieszkania. Będziemy musiały zostawić tam wszystko, poza osobistymi drobiazgami, ciuchy także, bo ufundowała je szkoła. W takim wypadku definitywnie przydałaby nam się nowa wyprawka... Którą tak czy siak będziemy musiały skompletować.

- Też musisz kiedyś spróbować - Ari trąca mnie lekko w ramię, rozpraszając moje myśli.

- Co ty na to, żeby wybrać się na zakupy? - to są pierwsze słowa, które przychodzą mi na język.

Kotka patrzy na mnie przez chwilę bez zrozumienia. Zaraz potem na jej pyszczku pojawia się wyraz zniesmaczenia.

- Ty mnie nigdy nie słuchasz - krzywi się.

- Wiesz, że nie lubię takich szczegółów - wzruszam ramionami. - Mogę być twoją przyjaciółką i współlokatorką, jeśli będzie trzeba, podam się nawet za twoją siostrę i poręczę za ciebie w razie potrzeby we wszystkich okolicznościach, ale pikantne historie zostaw dla kogoś innego. Te twoje głupiutkie kumpele z radością wysłuchają takich opowieści.

Rekari przez moment patrzy na mnie zirytowanym wzrokiem. Zaraz potem fuka cicho, zaplata ręce na piersi i ostentacyjnie obraca się do mnie bokiem.

Przewracam oczami. Naprawdę traktuję ją jak siostrę i moją najlepszą przyjaciółkę zarazem, ale czasami jest nie do zniesienia, tak jak teraz.

Plus jest taki, że za jakieś parę minut zupełnie jej przejdzie...

A jak na razie mogę tylko czekać i bacznie obserwować miasto, wypatrując ewentualnych promocji.

I faktycznie... Kiedy jesteśmy tuż przy wyjściu z miasta, windzie prowadzącej nas na niższy poziom, kotka wreszcie odpuszcza.

- Mówiłaś coś o zakupach? - pyta nieśmiało.

- Mówiłam - kiwam głową. - Widziałam niezłe przeceny w naszym ulubionym sklepie. Mam coś niecoś odłożone z naszego szkolnego kieszonkowego, mogłybyśmy zacząć kompletować naszą nową wyprawkę.

Na samą myśl Ari się rozpromienia i znowu zaczyna paplać o tym wszystkim, co chciałaby kupić. A ja po raz kolejny się wyłączam. Chyba znowu mam takie swoje momenty, w których nie znoszę towarzystwa innych. O tak... Jak tylko wrócimy do domu, zjemy, to znowu pójdę nad jezioro...

* * *

- A ty co chciałabyś kupić? - moja współlokatorka kończy swój wywód, kiedy tylko stajemy pod drzwiami do naszego mieszkania.

Wzruszam ramionami. Nie mam kompletnie żadnego pomysłu. W przeciwieństwie do niej nie wypatruję sobie ciuchów, nie chcę się rozczarować, jak ich nie będzie... Po prostu biorę to, co wpadnie mi w oko przy okazji zakupów.

Za to obecnie interesuje mnie coś całkowicie innego.

- Myślisz, że wysłali nam już kopie holograficzne świadectw ukończenia szkoły i wyników egzaminów? - odwracam się do kotki, równocześnie manewrując przy zamku do drzwi.

- Sprawdzę w skrzynce.

Kiwam głową. Jasne, niech sprawdzi. Choć nie spodziewam się szału, zazwyczaj długo się schodzi z wynikami, podobnie, jak z...

- Już są - Ari podnosi dwie koperty. - Strasznie szybko, co?

- Bardzo...

- Czekaj, jest coś jeszcze! - zaaferowana kotka wynosi kolejne dwie koperty. - Dziwne... Spodziewałaś się listu? Są dość ciężkie...

- Pokaż - żądam.

Rekari podaje mi moje koperty. Pierwsza wygląda na wyraźnie oficjalną, z resztą jest też na niej adres szkoły, więc to muszą być nasze wyniki. Za to druga jest dziwna. Szara, tylko z naszymi imionami i numerem lokalu, bez adresów zwrotnych. I ciężka.

Bez żadnych sentymentów ją rozrywam i przechylam, pozwalając, by zawartość wypadła mi na rękę.

Zaraz potem z ogromnym zaskoczeniem podnoszę sobie do oczu okrągły medalion na krótkim łańcuszku, wykonany ze starego złota. W jego centrum znajduje się duże, zielononiebieskie kocie oko, a metal dookoła niego pokryty jest szczerbieniami.

- Co do... - wyrywa się mojej współlokatorce.

Zerkam na nią i widzę, jak z niedowierzaniem patrzy na srebrny medalion dopiero co wydobyty ze swojej koperty, ze szczerbieniami dookoła oka, w którym fiolet przeplata się z różem i granatem.

I w tym momencie mój wzrok pada na małe karteczki leżące na podłodze, które również najwyraźniej wypadły z kopert.

Pochylam się i podnoszę obie, jedną podaję Ari, tą podpisaną jej imieniem. Swoją natomiast przekręcam na drugą stronę, z ciekawością patrząc, co jest na niej napisane.

- "Jutro o 10 w centrum szkolenia Zwiadowców i Łowców, weź swoje najważniejsze rzeczy" - czytam szeptem.

- Ja mam tak samo... - szepcze Rekari

Podnoszę na nią wzrok i chyba dopiero teraz do mnie dociera.

- Ari... Zostałam Zwiadowcą - szok niemalże odbiera mi głos.

- A ja Łowcą! - kotka też nie może uwierzyć.

Zaraz potem rzucamy się sobie na szyję, krzycząc tak głośno, że chyba wszyscy lokatorzy słyszeli.

A nawet jeśli... Co z tego! Takie szczęście trzeba przecież jakoś wyrazić!

Rozdział XII

- Czekaj... Ja dobrze rozumiem? Za parę godzin lecisz na swoją pierwszą misję i to ty masz odegrać w niej najważniejszą rolę, przygotowując główny raport?

Rekari wpatruje się we mnie z zaskoczeniem, chyba licząc na to, że ostatecznie zaprzeczę, powiem coś w rodzaju "nie no, jasne, żartowałam, coś takiego się przecież nie zdarza".

- Zmartwię cię, ale dobrze zrozumiałaś. A najgorsze jest to, że ja przecież nic nie wiem, po prostu nic, kompletnie nic! - ukrywam twarz w dłoniach, nie bacząc na to, że przy okazji prawie rozchlapuję gorącą czekoladę.

Siedzimy właśnie w naszej ulubionej kawiarence, popijając najlepszą gorącą czekoladę w Anthruvie. I chociaż obok życie toczy się jak najbardziej normalnie, ja mam wrażenie, jakby mój świat właśnie stanął na głowie.

- Ale jak to wysłali cię pierwszego dnia?! Przecież ty nic nie wiesz o Zwiadowcach, o misjach, o niczym!

- Tak, Ari, dzięki, rozumiem! - podnoszę głowę i patrzę na nią rozżalonym wzrokiem. - Przeczytałam już chyba wszystko na temat naszej kasty, co dostałam od Hoelli, ale to wcale nie jest aż takie proste, potrzebuję czasu praktyki, w trakcie której wszystko poukładałoby mi się w głowie.

- Czyli że co ty będziesz miała robić? Powtórz mi to jeszcze raz - żąda kotka.

- Wyślą mnie na planetę, o której nikt absolutnie nic nie wie, dali mi tylko wszelkie możliwe dane - podnoszę płytkę do góry. - Mam zebrać wszystkie raporty i potem złożyć je w całość, równocześnie koordynując działania zespołów innych, w tym tego z Enorą. Ona mi tego nie daruje, przez podróż zrobi mi piekło!

Moja współlokatorka uśmiecha się lekko.

- No ale potem będziesz mogła się za to odwdzięczyć - stwierdza lekko złośliwie.

Czuję, jak na twarz wpływa mi nieśmiały uśmiech.

- Tu akurat masz rację, chociaż trochę dziwnie się z tym czuję. Z wszystkim w sumie. Zobacz... Przedwczoraj skończyłam szkołę i to jeszcze z takimi wynikami, wczoraj zostałam Zwiadowczynią a dzisiaj już mnie gdzieś wysyłają...

- Do takiego zadania wybierają przecież najlepszych, kochana - Rekari łapie mnie za rękę. - I dlatego właśnie wybrali ciebie. Bez powodu nie dostałabyś medalionu ze starego szczerbionego złota, zaufaj mi.

Powoli kiwam głową, rozważając jej słowa.

- Przecież nie wiadomo jak długo tam nie będziesz, potem wrócisz i zostaniesz prawdziwą bohaterką. A to chyba nic trudnego, siedzieć w mieszkaniu, odbierać raporty, pilnować, żeby nikt się nie wyłamał, a potem powoli, żmudnie, zebrać wszystkie informacje w całość i napisać ostateczny raport? Twoje sprawozdania zawsze dostawały najwyższe noty.

- Cóż... Ta cała Terra też aż tak bardzo się nie różni od naszego społeczeństwa, a przynajmniej na ile się zorientowałam z pobieżnego przejrzenia dotychczasowych danych - stwierdzam, podnosząc płytkę do góry. - Oczywiście muszę to jeszcze dokładnie przeczytać bo generalnie jest tam sporo zawiłości, w których przydałoby się zorientować, ale jakoś się tam odnajdę.

- No to tym bardziej - uśmiecha się Ari. - Dasz sobie radę, dobrze będzie!

Kiwam głową w podziękowaniu.

- To teraz opowiedz mi o naszym mieszkaniu, jak wygląda? Chcę wiedzieć, do czego potem będę wracać.

Kotka rozpromienia się jeszcze bardziej na samą myśl.

- Weź, jest po prostu genialne - zaczyna z entuzjazmem. - Mamy mieszkanie w strefie czerwonej, w jednym z najwyższych wieżowców, i to na ostatnim piętrze, połowa jest nasza, wierzysz? I to jeszcze całe umeblowane!

Zaraz też zaczyna się rozwodzić nad cudownym apartamentem, który nam przydzielono, a ja opieram się na dłoni i zaczynam się jej przyglądać.

Dziwna jest świadomość, że lada chwila, a rozstanę się ze swoją najlepszą przyjaciółką. Jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło, odkąd pamiętam, zawsze byłyśmy razem, nawet zajęcia miałyśmy wspólne, jedyne, co się kiedykolwiek nas rozdzielało, to jej spotkania z samcami. Tymczasem teraz wyjeżdżam na nie wiadomo ile, na całkowicie inną planetę, po to, by znaleźć nowe miejsce do życia.

I w sumie już się przyzwyczaiłam do świadomości, że wyjeżdżam i mam się zająć tak ważną misją. Faktycznie jakoś sobie z tym poradzę i mogę traktować to jako naprawdę niezłą przygodę.

Poza tym udowodnię takim typom jak Enora, że żółtodzioby mogą poradzić sobie lepiej od kogokolwiek innego.

Zaraz potem w głowie mi się zagnieżdża jedna, bardzo ważna, uciążliwa myśl, która przeradza się w pewność, kiedy tylko zerkam na zegar.

Zrywam się na równe nogi, niemalże wylewając zawartość naszych filiżanek na obrus.

- W porządku? - Ari patrzy na mnie z zaskoczeniem.

- Muszę już lecieć! - łapię płytki i teczki w dłoń i nachylam się do niej, chcąc się do niej przytulić.

Kotka sama wstaje, nie odrywając ode mnie wzroku.

- Rzecz pierwsza, wypij chociaż czekoladę do końca, bo szybko takiej nie dostaniesz - wskazuje na filiżankę. - A rzecz druga, co ty, myślisz że cię nie odprowadzę?

Uśmiecham się do z wdzięcznością i łapię za filiżankę.

Mmmm... faktycznie, to najlepsza gorąca czekolada w całej galaktyce! Tak... tego zdecydowanie będzie mi brakowało, bo z całą pewnością na Terrze nie znajdę czegoś aż tak dobrego.

- No to jak, idziemy? - Rekari łapie mnie pod rękę i zaczyna ciągnąć w stronę wyjścia z miasta, równocześnie będącego przejściem do lotniska.

* * *

- Długo jeszcze? - Enora opiera się o ścianę wewnątrz statku.

Wzdycham ciężko, ale ignoruję jej słowa. Nie... Nie zepsuje mi pożegnania z przyjaciółką!

- Trzymaj się, kochana - Rekari mocno mnie przytula. - Dobrze będzie, poradzisz sobie. Wracaj jak najszybciej.

- Postaram się - oddaję uścisk. - I ty też tam się pilnuj, nie przebaluj za bardzo z samcami, a jak przyjdzie co do czego i ty też pójdziesz na misję, to zostaw mi jakąś wiadomość.

Moja współlokatorka kiwa głową i jeszcze mocniej się do mnie przytula. Po chwili czuję, jak na ramieniu przemaka mi ubranie, znowu się rozkleiła.

Super, i zaraz ja też się poryczę...

I faktycznie, po policzkach zaczynają spływać mi dwa małe strumyczki, wsiąkając w sierść, która pokrywa mi twarz.

- Beksa - słyszę ciche prychnięcie Zwiadowczyni. - Idziesz? Bo odlecimy bez ciebie! - dodaje głośniej.

Na moment jeszcze bardziej zacieśniamy uścisk, a potem Ari odsuwa się do mnie, pozwalając mi wejść po klapie na pokład statku.

Oczywiście macha mi przez cały czas, do momentu zamknięcia klapy.

- Odsuń się - kotka łapie mnie za ramię.

Oczywiście cała się jeżę i odskakuję od niej jak oparzona.

- Boisz się, żółtodziobie? - uśmiecha się złośliwie.

- Nie nazywaj mnie żółtodziobem - prycham. - To, że jestem pierwszy dzień w tej kaście, nie znaczy, że już nie jestem od ciebie wyższa rangą i że nie będę tobą dowodzić.

Enora mruży oczy i już, już mam wrażenie, jakby miała się na mnie rzucić, gdy w głębi ładowni, w której się znajdujemy, pojawia się znajoma sylwetka samca w nieskazitelnym białym garniturze.

- Spokój, moje panie - w spokojnym głosie Juliusa dźwięczy stanowcza nuta. - Pójdziecie teraz do swoich kajut, gdzie przeczekacie start. Przebierzcie się tam, macie już przygotowane kombinezony. Za jakieś pół godziny zostaniecie wezwane na mostek i tam się spotkamy, wręczę wam wasze przerobione medaliony i wejdziemy w nadświetlną.

Przez moment jeszcze patrzę drugiej Zwiadowczyni w oczy, ale ostatecznie odsuwam się i zaczynam iść w stronę kajut, mając nadzieję, że rozkład tego statku nie różni się bardzo od tych, których plany omawialiśmy na zajęciach, kiedy rozmawialiśmy o flocie.

A kiedy tak powoli przemierzam korytarze statku, w mojej głowie rodzi się takie dziwne wrażenie, że te kilka dni lotu będzie naprawdę nie do zniesienia, jeżeli Enora planuje ciągle zachowywać się w taki sposób...

Rozdział XIV

Do drzwi mojej kajuty rozlega się głośne łomotanie.

Wzdycham i przewracam oczami. Nie... Czego tu ona znowu chce? Mam jej już kompletnie dość...

Do tej pory siedziałam po turecku na łóżku z położoną na nogach holograficzną płytką i któryś już raz z kolei powtarzałam sobie wszystkie wiadomości na temat Terry i jej mieszkańców. Teraz, tylko dlatego, że zachciało się jej przeszkadzać, muszę się zwlec, podnieść i podejść do drzwi, by je odblokować i wpuścić ją do środka.

Drzwi otwierają się tak szybko, że tylko odskoczenie ratuje mnie przed zderzeniem. I, jak się spodziewałam, faktycznie stoi w nich... Enora, a przynajmniej jej obecna wersja, do której nijak nie mogę się przyzwyczaić.

I to nie dlatego, że wygląda gorzej, bo wzrost jej pozostał, tak samo jak ta nieprzeciętna chudość nadająca jej wygląd szkieletu... Po prostu jej popielate, kręcone włosy i duże, szarozielone oczy w tej drobnej, nieowłosionej twarzy, połączone z bladą, wręcz szarą skórą są... trochę upiorne.

- Czego chcesz? - pytam, bo kotka (choć chyba, przestawiając się na ludzkie standardy, powinnam mówić dziewczyna) nie odzywa się ani słowem, tylko mierzy mnie uważnym wzrokiem.

- Myślałam, że zastanę cię w lepszym stanie - stwierdza po chwili.

No po prostu ramiona opadają.

Kontrolnie zerkam do lustra, patrząc, czy jest coś ze mną nie tak, ale kompletnie nie odczuwam takiego wrażenia. Ot co, mam na sobie tylko czarny podkoszulek i szare krótkie spodenki, bo do tej terrańskiej bielizny i tego czegoś, co nazywa się butami, nijak nie mogę się przyzwyczaić. Sama też nie wyglądam chyba najgorzej. Futro oczywiście mi zniknęło i nogi zmieniły swój kształt, ale mam rysy twarzy podobne do swoich, z zielononiebieskimi oczami i włosami o dziwnym kolorze, bo czasami blond, a czasami zmieniającymi się w płomiennorude, jak moje futerko wcześniej. Najszczuplejsza też nie jestem, ale zawsze byłam trochę puszysta. Więc generalnie moje geny pozostały względnie w porządku... A przynajmniej tak mi się wydaje.

- O co ci chodzi? - prycham, przeczesując włosy szczupłymi palcami.

- Jesteś kompletnie nieogarnięta - wskazuje na mnie.

Mam wrażenie, że zaraz zwyczajnie ją rozszarpię.

Wstałam dzisiaj wcześniej niż zwykle, i zapewne dużo wcześniej niż ona, zdążyłam się umyć, łącznie z włosami (to jedna z kilku kwestii, która w ludzkiej postaci jest łatwiejsza - wystarczy się tylko potem wytrzeć, nie trzeba wyczesywać futerka, schodzi się szybciej), a potem już chyba piąty raz z kolei przejrzałam wszystkie dane. I pewne nawet udałoby mi się dobrnąć do końca, gdyby ktoś mi właśnie nie przeszkadzał!

- A niby czemu miałabym być? - robię się coraz bardziej zirytowana. - Nic ważnego przecież się nie dzieje, jedyne, co mamy do roboty, to przyzwyczajanie się do nowego ciała i zakuwanie informacji.

Enora zaplata dłonie na piersi, a na jej twarzy pojawia się tryumfalny uśmiech, który przybiera zawsze, kiedy wie coś, o czym ja nie mam bladego pojęcia.

Przewracam oczami z irytacją.

- Po prostu to powiedz - rzucam. - Skoro w końcu udało ci się wyleźć z łóżka po przemianie i nie jęczeć z bólu na każdym kroku, i zechciało ci się mnie irytować, to powiedz, czego ode mnie chcesz?

- Widziałam się z Juliusem - mówi po kolejnej nieznośnej chwili ciszy. - Mówił, że za dziesięć minut mamy być na mostku, zaraz lądujemy na Terrze.

Przez chwilę trawię jej słowa, a kiedy ostatecznie do mnie docierają, na mojej twarzy widoczny musi być kompletny szok, bo tamta uśmiecha się jeszcze szerzej.

- Czekaj... Ale jak to lądujemy? - wyrywa mi się.

- Normalnie - dziewczyna bierze się pod boki i przybiera taki ton, jakby chciała mnie przedrzeźniać. - Nie wiem, czy zdawałaś sobie z tego sprawę, ale ten lot kiedyś musiał dobiec końca i teraz nadszedł czas sprawdzić, jak poradzimy sobie w normalnej, prawdziwej misji. Co, przerażona?

- Oczywiście, że nie - jestem coraz bliżej prawdziwego wybuchu, aż tak ona na mnie wpływa. - Jestem tylko zaskoczona, i to pozytywnie. Ale w takim razie idź już na mostek, akurat zdążę przed tobą za te dziesięć minut, zanim się tam doczołgasz, cała obolała!

I mówiąc to, dosłownie zamykam jej drzwi przed nosem.

Enora z początku jest na tyle zaskoczona, że nie reaguje w ogóle, ale kiedy już orientuje się, że to miało być obraźliwe, przez moment słyszę przekleństwa, które wypowiada pod moim adresem, dopóki nie odchodzi.

Opieram się o ścianę obok i biorę kilka głębokich wdechów, próbując się uspokoić. Ona naprawdę działa na mnie jak płachta na byka!

Podchodzę do szafki, w której mam kilka identycznych zestawów, najwyraźniej uniformów podobnych do tych, jakie włożyłam od razu po przyjściu na statek. Różnią się tylko tym, że są wyraźnie przystosowane do mojej nowej postaci. I obowiązkową ich częścią są buty, sięgające prawie że kolan, na czymś, co na Terrze nazywa się szpilką. Przez to dochodzi mi kilkanaście dodatkowych centymetrów, ale prawdę powiedziawszy, nie robi to na mnie wielkiego wrażenia, jakie ponoć odczuwają niektóre Terranki.

Jest jednak coś, co mi w nich wyraźnie przeszkadza. A konkretnie stukanie odbijające się z każdym krokiem. Dla mnie, osoby, która przywykła przez całe życie poruszać się bezszelestnie, jest to istna męczarnia.

Ale cóż... Nic nie mogę z tym zrobić. Dlatego raz dwa naciągam na siebie wszystkie ubrania, łącznie z butami, i staję przed lustrem, chcąc wyłapać wszystko, co może wymagać ewentualnej poprawki.

A kiedy widzę siebie w ludzkiej postaci, na mojej twarzy pojawia się lekki uśmiech.

No tak... to wszystko, jaka jestem (choć i tak jak na razie ciężko mi jest się przyzwyczaić do nowego wyglądu i wynikających z tego zachowań) jest sprawą tego niewielkiego medalionu, wiszącego na mojej szyi, a konkretnie pewnej substancji w jego wnętrzu. I substancja ta, jak zapowiadał Julius, kiedy tylko dostała się do mojego krwiobiegu, a potem przeniknęła do wnętrza każdej komórki, rozpoczęła jej zmianę na poziomie genetycznym.

I faktycznie, zgodnie ze słowami Dowódcy, to wcale nie był przyjemny proces. Takiego bólu jeszcze nigdy nie czułam i wzdryga mnie na myśl, że będę musiała poczuć go ponownie. Kilka godzin leżałam na podłodze, wyjąc z bólu i błagając, żeby ktoś mnie zabił. Potem, kiedy to uczucie ustąpiło na tyle, że byłam w stanie wczołgać się na łóżko, miałam wrażenie, że zaraz zamorduję samca, który wysłał mnie na tą misję. Na szczęście dla niego, odpuściło mi po maksymalnie dobie, choć i wtedy, kiedy przyszłam do niego, by omówić moją nową historię, czułam się totalnie wypluta.

Za to Enora... Jej przemiana nie była aż tak bolesna, jak moja, ale trwała znacznie dłużej i ból przez większość czasu nie chciał ustąpić. Dopiero wczoraj bardzo późnym wieczorem (wedle ustalonych cyklów przyjętych przez Anthruv) wyszła z kajuty, a i tak nie wyglądała najlepiej.

A ja zyskałam dodatkowy argument, dzięki któremu obecnie mogę się z nią drażnić.

Choć z drugiej strony... Teraz znalazłam ciekawsze, bardziej absorbujące zajęcie - dowiedzieć się, co będzie dalej, bo, jak to powiedziała Zwiadowczyni, zaraz lądujemy, nasza misja się rozpoczyna, a wraz z nią - nowa, wielka przygoda!

Rozdział XV

Kiedy wchodzę na mostek, spodziewam się zamieszania podobnego do tego, które panowało tam, kiedy wchodziliśmy w nadświetlną. Za nic nie jestem przygotowana na aż taki chaos, który obecnie tam panuje.

Z zaskoczeniem przyglądam się biegającym w każdą stronę członkom załogi, wyglądającym tak, jakby właśnie działo się coś złego, i tylko po ich podekscytowanych, a nie przerażonych twarzach można poznać, że wcale tak nie jest.

Krzyżuję ręce na piersiach i z fascynacją obserwuję ten pozorny nieład. To niesamowite, że oni wszyscy naprawdę wiedzą, co w danym momencie powinni robić!

Dopiero zniecierpliwiony głos Juliusa przywołuje mnie do porządku.

Odwracam się i podnoszę wzrok do góry, a wtedy napotykam na zirytowane spojrzenie samca, opierającego się o barierkę platformy powyżej. Teoretycznie powinnam się wzdrygnąć i jak najszybciej potulnie schylić głowę, ale postanawiam wytrzymać możliwie jak najdłużej.

I po minucie faktycznie odpuszczam, delikatnie spuszczając wzrok. Ale nie jest to dla mnie problem, cieszę się kolejnym małym zwycięstwem. Chociaż w sumie... Ciężko stwierdzić, jakie obecnie między nami są relacje.

Podchodzę do drabinki i powoli wspinam się na platformę, na której czeka na mnie zarówno Dowódca, jak i Enora. A kolejne, co zwraca moją uwagę, to stojące przy barierkach torebki.

- Co to? - pytam, kiedy tylko staję na nogach.

- Jak zwykle ciekawska? - Zwiadowczyni przewraca oczami.

- Nie wierzę, że ty się nie zainteresowałaś - odszczekuję.

- Dziewczyny, spokój! - samiec unosi głos. - Wszystkiego się dowiecie. Teraz chcę mieć was przy sobie, bo jak już zapewne wiecie, właśnie lądujemy na nowej planecie, która na najbliższy czas stanie się waszym domem. Pamiętacie swoje życiorysy?

- Nazywam się Enora Ramirez, do Berlina przyjechałam studiować mechatronikę, mieszkam razem z czwórką znajomych w mieszkaniu w centrum, dorabiam na naprawie elektroniki, szczególnie odzyskiwaniu danych - bez mrugnięcia okiem recytuje dziewczyna.

- A ty? - wzrok Juliusa przenosi się na mnie.

- Sayana Brown, dopiero co skończyłam ogólniak i nie chciałam uczyć się dalej, wolałam rozkręcić własną firmę zajmującą się analizą dokumentów. Prowadzę ją z sukcesami w domu, dzięki niej byłam w stanie zdobyć fundusze na wynajem mieszkania w centrum Manhattanu.

Dowódca kiwa głową z aprobatą.

- To ja rozumiem, dziewczyny. Teraz kolejna rzecz, jak już zauważyłaś, Sayano, stroją tu przygotowane dla was dwie torebki. Twoja jest czarna, a twoja, Enoro, szara. Nie pomylcie się, bo w każdej z nich znajdują się wybrane indywidualnie bilety, klucze do mieszkania, pieniądze w odpowiednich walutach i dokumenty, jednym słowem wszystko, czego będziecie potrzebować, by dostać się do waszego nowego życia.

Druga Zwiadowczyni nie potrzebuje żadnej innej zachęty. Od razu łapie swoją torebkę i zaczyna przetrząsać jej zawartość.

- A jak tam wasze przekonania polityczne? - pyta samiec, jakby mimochodem.

- Jestem za Magorą - odpowiada dziewczyna, nie przerywając przeglądania swoich nowych rzeczy. - Definitywnie. Mieli rację, że chcieli zachować Deutonię pod sobą, bez względu na to, jakimi środkami.

Prycham cicho, sięgając po swoją torebkę.

- Faktycznie, bardzo oryginalne, ale czego w sumie można się było po tobie spodziewać. Ja wolę stanowisko Deutonii. Nie można poddawać się tyranii. A poza tym, skoro królowa przyjęła swojego bratanka do siebie, mając świadomość, że jest podejrzany o morderstwo jej męża, oraz swojego ojca, to musi istnieć w tym jakieś drugie dno. Kto wie, o co naprawdę w tym chodzi.

Enora przewraca oczami, ale nie komentuje. Jak miło. Wreszcie.

Zaczynam przeglądać zawartość swojej torebki. I faktycznie, tak, jak mówił nasz Dowódca, w środku znajduje się to, co będzie nam najbardziej potrzebne. Chociażby koperta, którą właśnie biorę do ręki - pełno w niej różnych biletów, jak się orientuję, zarówno na pociąg, jak i na samolot.

No, nie powiem, nieźle się sprawili ci wcześniejsi Zwiadowcy, dbając o coś takiego nawet w najmniejszych szczegółach!

Ale z drugiej strony... Przecież w tej misji chodzi o coś tak bardzo ważnego, że wszystko musi być przygotowane idealnie, dosłownie zapięte na ostatni guzik.

- Gdzie lądujemy? - pytam po chwili milczenia.

- W Niemczech, kilka godzin drogi pociągiem od Berlina. Wybraliśmy zalesiony teren, a panele maskujące nie pozwolą radarom wykryć naszego statku - odpowiada Julius. - Jedyna rzecz jest taka, że będziecie musiały zejść na dół po linach. Nie możemy lądować, bez ryzyka pozostawienia śladów.

Kiwamy głowami. Enora co prawda wyskakuje jeszcze z jakimś pytaniem, co niemalże bez reszty angażuje samca, ale ja już się tym nie interesuję.

Zamiast tego podchodzę do barierki, nachylam się do niej i opieram się o nią łokciami, obserwując spektakl, jaki właśnie rozgrywa się po drugiej stronie szyby z transparentnego metalu.

Terra obserwowana z kosmosu, i to jeszcze z tak bliska, faktycznie jest piękna. Ba, piękna to mało powiedziane. Oszałamiająca. Wyjątkowa. O wiele, wiele lepsza, niż na hologramie, który przedstawił nam Julius. Czegoś takiego się nie spodziewałam, i jeżeli to, co spotka mnie po lądowaniu, będzie chociaż w połowie tak wspaniałe, jak widok z góry, nie dziwię się, dlaczego to właśnie ją wybrali na nasz dom.

Powoli zbliżamy się do warstwy, która otacza planetę i nazywa się... chyba atmosferą. I nagle mam wrażenie, jakby ogarniało nas coś w rodzaju ognia. Może być, że to skutek tej ochrony. Ale wiem jedno - efekt, widoczny przez szybę, jest po prostu fantastyczny. Tak samo jak i zbliżająca się planeta. Różnorodność natury na jej powierzchni zdecydowanie przekracza wszelkie możliwe wyobrażenia, i jest o wiele większa niż to, co konstruktorzy zafundowali nam w niewielkiej przestrzeni pod kopułą.

Aż w końcu zatrzymujemy się jakiś metr ponad szczytami drzew.

- Wiecie, co robić - do mojej świadomości przedziera się głos Juliusa. - Nie mamy wiele czasu. Powodzenia, dziewczyny. Zobaczymy się, kiedy przylecę tu pogratulować wam pierwszorzędnie ukończonej misji.

Przez moment próbuję ogarnąć, o co mu chodzi.

A kiedy do mnie dociera, w tym samym momencie z resztą, co do Enory, zakładamy torebki na ramiona, dosłownie zeskakujemy z platformy i biegiem rzucamy się do luku.

Z każdym kolejnym krokiem mam wrażenie, że obcasy moich butów zostaną w konstrukcji statku, ale na całe szczęście tak się nie dzieje. Za to tempo, jakie narzuciła druga Zwiadowczyni, wyraźnie lepiej wysportowana ode mnie, jest niemalże zabójcze.

Kiedy dobiegamy do luku, gdzie z resztą czeka już na nas otwarta klapa i wysunięte liny, mam wrażenie, że serce wypadnie mi z piersi. Nie dam rady tak dalej, muszę na chwilę przystanąć.

- Nie guzdraj się! - rzuca dziewczyna, nie zatrzymując się ani na chwilę

Zaraz potem, lekko tylko zwalniając, łapie się zwisającej z sufitu liny, odpycha od krawędzi i zjeżdża w dół.

A ja po prostu jestem w stanie obserwować ją z szeroko otwartymi ustami. No dobra... Nie spodziewałam się, że dołączenie do Zwiadowców łączy się z aż taką sprawnością fizyczną. I w sumie gdyby przeprowadzali jakiekolwiek testy sprawnościowe na wstępie, mogę być stuprocentowo pewna, że ja już bym odpadła...

Po kolejnej chwili dociera do mnie, że teraz moja kolej.

Gdybym miała sierść, tak, jak jeszcze przed paroma dniami, zapewne cała by mi się zjeżyła. W zamian za to, jedyne, co się dzieje, to unoszą mi się te delikatne włoski, tworząc coś, co ludzie nazywają chyba gęsią skórką, czy czymś w tym rodzaju.

Zdecydowanie mi się to nie podoba, choć oczywiście rozumiem, dlaczego Julius i reszta załogi wybrali takie rozwiązanie. Chodzi przecież głównie o to, żeby pod żadnym pozorem nie rzucać się w oczy.

Biorę głęboki oddech i podchodzę do krawędzi luku. Tuż obok unosi się lina, po której kilka sekund wcześniej zjechała Enora. No cóż... Widać nadszedł czas na mnie.

A myślałam, że zdążę jeszcze się namyśleć, jakie kwiaty będę chciała na swoim pogrzebie...

Łapię linę, w międzyczasie zanosząc błagania, żeby tylko nie poszło aż tak źle, jak sobie wyobrażam, i delikatnie przenoszę na nią swój ciężar. A potem, na dobrą sprawę nawet nie zauważając kiedy, okazuje się, że zaczynam zjeżdżać w dół.

Może i nie jest to aż takie brawurowe i widowiskowe jak wcześniejszy popis Enory, ale te kilkanaście metrów pozwala mi obserwować, co tak właściwie dzieje się pode mną.

I dzięki temu kiedy znajduję się już mniej więcej na poziomie drzew, wiem, kiedy powinnam się puścić, żeby wylądować względnie bezpiecznie w koronie. A jak już to robię, czuję się, jakbym była dosłownie w domu. No, przenośnie. Chodzi mi o to, że chociaż sport i kondycja nie wiadomo jaka nie są moim głównym hobby, dobrze się czuję na wszelkiego rodzaju ściankach wspinaczkowych, drzewach i innych tego rodzaju... Chociaż zejście na dół zajmuje mi trochę więcej czasu, niż wejście, co jest w sumie oczywiste.

A kiedy udaje mi się w końcu zejść nieco niżej, staję twarzą w twarz z nieco zirytowaną Zwiadowczynią.

- Nie zauważyłaś, że nam się śpieszy, prawda? - warczy na mnie. - Mamy bilety na wyznaczone godziny, nie możemy się spóźnić choćby na jeden!

- Jasne, niech ci będzie - wzdycham, przewracając oczami.

Zaraz potem otrzepuję się z liści i wybieram z włosów kilka gałązek. No niech jej będzie, niech się jeszcze trochę porządzi, zanim znajdzie ten swój zespół, bo potem... Zaraz, gdzie ona jest?

Po chwili mój czuły (choć nie aż tak bardzo, jak w anthruviańskiej postaci) słuch wyłapuje ruch kilka metrów ode mnie. Jak widać poszła sobie i tak, kompletnie nie zważając na mnie.

No super... Ta droga do Berlina wcale nie zapowiada się dobrze, szczególnie, jeśli ona będzie tak niesamowicie uciążliwa przez cały czas...

Podnoszę głowę, próbując wypatrzeć tam statek, który nas tu podrzucił, ale nic z tego. Albo te panele jakieśtam działają tak dobrze, albo już odlecieli, obie opcje są możliwe. Tak czy siak na najbliższy czas zostawili nas nawzajem na swojej pastwie. Niezbyt optymistyczne.

Ale teraz i tak nie pozostaje mi nic innego, tylko wytrzymać.

Za parę godzin się rozstaniemy, ja wreszcie będę wolna, a pod moją kontrolą nagle znajdzie się cała misja, najważniejsza w dziejach Anthruvu...