Historia nieprawdopodobna - Bolesław Prus

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

HISTORIA NIEPRAWDOPODOBNA

Pan Adam, niewysoki, nieco okrągły mężczyzna, z poczciwym wyrazem twarzy, rozparłszy się na skórzanym fotelu przed biurkiem, ulega w tej chwili ciężkiemu paroksyzmowi zdumienia. Spogląda na sufit, targa wąsy, pociera błyszczącą łysinę i od czasu do czasu powtarza:

- Nadzwyczajne! niebywałe!... Gdybym nie rozmawiał z sędzią, byłbym pewny, że Ludwik albo kłamie, albo oszalał... Niesłychana rzecz!... W przedpokoju słychać dzwonek. - Czy znowu "on?..." - myśli pan Adam i z szybkością bilardowej kuli, pchniętej ręką mistrza, pędzi do drzwi, które już otworzyła służąca. - Ach, to pan Tomasz? - wykrzykuje Adam. - Witam drogiego pana - odpowiada gość i, po wymianie obowiązkowych uścisków, wchodzi z gospodarzem do jego pracowni. Gość jest szczupły, szpakowaty i niezwykle grzeczny. Z trudnością daje się uprosić, ażeby pierwszy usiadł, zaciera ręce, znowu ściska gospodarza i mówi tonem uprzejmie zakłopotanym: - Zgóry przepraszam pana, że ośmielę się poruszyć pewną drażliwą sprawę... - Oho!... - pomyślał pan Adam. - W tych dniach, jak zapewne szanownemu panu wiadomo, u mojej siostrzenicy ma się odbyć ceremonja chrztu świętego... Ojcem chrzestnym, co dla drogiego pana bez żadnej kwestji nie jest tajemnicą, miał być szanowny siostrzeniec pański, pan Ludwik Pokrywalski... - Kohot-Pokrywalski... - wtrącił pan Adam. - W istocie! - pochwytuje gość - pan Ludwik Kohot-Pokrywalski... Moja siostrzenica, jej mąż i cała nasza rodzina była wprost uszczęśliwiona, że choć tym sposobem zawrze niby pokrewieństwo z tak miłym człowiekiem, jak pan Pokrywalski... - Kohot-Pokrywalski... - Kohot-Pokrywalski - ciągnął gość. - No, ale od tej chwili zaczyna się dla mnie wobec szanownego pana trudna sytuacja... - Proszę... niech pan będzie szczery... - Ponieważ pan rozkazuje, więc będę nim - mówi gość. - Zresztą zapewne i do pańskich uszu doszły niedorzeczne plotki, kursujące od kilku dni... - Ależ niech szanowny pan nic nie ukrywa... - błagał pan Adam. - Skoro zmusza mnie drogi pan, więc powtórzę, co mówią. Otóż opowiadają, ze wszelkiemi detalami, że szanowny pan Ludwik miał jakąś przykrą awanturę w kabarecie... że policja, nie z "ochrany", ale z wydziału śledczego, robiła u niego rewizję... że nawet aresztowała pana Ludwika... A co najciekawsze, że kochany pan Ludwik, który dość wyraźnie starał się o życzliwość naszej kuzynki, panny Wandy, ma w tych dniach żenić się z jakąś starą i brzydką babą... - Panna Idalja Dusigrosz-Złocińska nie jest brzydką - wtrąca nieśmiało pan Adam. - Zwiędła cera... zapadnięte usta... śpiczasty nos... - odpowiada gość, najuprzejmiej zacierając ręce. - Ale figura! - Nawet kamienna figura pleśnieje po czterdziestu latach... - Panna Idalja nie ma czterdziestu lat! - protestuje gospodarz. - Ma, proszę pana, i to z czubkiem - słodko mówi gość. - Ale jej kamienica o trzech podwórkach i stu trzydziestu lokalach zasłania wiek i niedoskonałości fizyczne, podczas gdy nasza kuzynka Wanda nie ma nic! - dodaje z westchnieniem, podnosząc ręce dogóry. - Ma, panie, ma! Panna Wanda ma najcenniejsze skarby, jakie winna posiadać kobieta! - woła pan Adam, chwytając gościa za obie ręce. - Panna Wanda ma młodość, ma zdrowie, ma piękność i ma wuja... wuja takiego jak pan dobrodziej! - Taki wuj, to zaledwie kilka tysięcy rubli po śmierci... to nie kamienica z dwoma frontami! - szepcze gość, oddając panu Adamowi uściski. - A stosuneczki?... a protekcyjki?... - uśmiecha się pan Adam. Na wzmiankę o stosuneczkach oczy pana Tomasza błysnęły. Uderzył dwoma palcami w biurko i zawołał: - Otóż to boli mnie najwięcej!... Umizgał się... bałamucił dziewczynę... i właśnie, gdy dzięki moim stosunkom otrzymał posadę na osiemset rubli w banku, w ciągu kilku dni porzuca nieszczęśliwe dziecko i żeni się ze starą babą, posiadaczką kamienicy! Pan Adam podniósł się z fotelu i kładąc rękę na sercu, rzekł: - Szanowny panie, mój siostrzeniec, Ludwik Kohot-Pokrywalski, jako człowiek honoru, jako dżentleman, musi ożenić się z panną Idalją... -- A więc i ją bałamucił? - Boże uchowaj. Poznał ją w tym samym nieszczęsnym dniu, albo lepiej powiedzmy: tej samej nocy, kiedy za łaskawą protekcją pańską otrzymał wyższą posadę... - Awantura! - mruknął gość. - Nadzwyczajna... niesłychana... nieprawdopodobna awantura - mówił wzburzony pan Adam. - Ale ponieważ Ludwik ma być kumem szanownej siostrzenicy pańskiej... i naprawdę był... przyjacielem... szczerym... bezinteresownym przyjacielem panny Wandy... - Jak na przyjaciela, za bardzo przewracał oczyma. - Młody chłopak... przystojny... - Gdzie on przystojny? - syknął gość. - Nawet nie rozumiem, z jakiej racji ten człowiek uchodzi za donżuana. - Ładny wzrost, zgrabna figura i błękitne, marzące oczy - mówił pan Adam. - Taki chłopak na każdej kobiecie robi wrażenie konkurenta. A wreszcie, jeżeli kiedy bywał nieco lekkomyślnym, ciężko odpokutował!... Opowiem szanownemu panu tę bajeczną historję... - Ciekawym... - odpowiedział gość tonem źle ukrytego lekceważenia i założył nogę na nogę. Pan Adam chwilę odpoczął, odchrząknął i mówił: - Jaki to dziwny zbieg wydarzeń, że początkiem nieszczęść Ludwika... - Pana Kohot-Pokrywalskiego... - wtrącił uprzejmie gość. - Szanowny pan umie być złośliwy!... No, ale mając taki żal... - Mogę drogiego pana zapewnić, że ani ja, ani nasza kuzynka Wanda nie mamy najmniejszego żalu do pańskiego siostrzeńca... - zawołał gość. - Dozgonny związek dwojga ludzi, nie oparty na przywiązaniu, toż to więzienie!... Zresztą słucham... - Otóż początkiem nieszczęść mego siostrzeńca był... awans w banku, awans, który Ludwik zawdzięcza pańskiej protekcji... - Piękna wdzięczność! - Tego poparcia mój siostrzeniec do śmierci nie zapomni szanownemu panu, a przynajmniej nie powinien zapomnieć... Ale niech pan chwilkę będzie cierpliwym...
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI