Pan Adam, niewysoki, nieco okrągły mężczyzna, z poczciwym wyrazem
twarzy, rozparłszy się na skórzanym fotelu przed biurkiem, ulega w
tej chwili ciężkiemu paroksyzmowi zdumienia. Spogląda na sufit,
targa wąsy, pociera błyszczącą łysinę i od czasu do czasu powtarza:
- Nadzwyczajne! niebywałe!... Gdybym nie rozmawiał z sędzią,
byłbym pewny, że Ludwik albo kłamie, albo oszalał... Niesłychana
rzecz!... W przedpokoju słychać dzwonek. - Czy znowu "on?..." - myśli pan Adam i z szybkością bilardowej
kuli, pchniętej ręką mistrza, pędzi do drzwi, które już otworzyła
służąca. - Ach, to pan Tomasz? - wykrzykuje Adam. - Witam drogiego pana - odpowiada gość i, po wymianie
obowiązkowych uścisków, wchodzi z gospodarzem do jego pracowni.
Gość jest szczupły, szpakowaty i niezwykle grzeczny. Z trudnością
daje się uprosić, ażeby pierwszy usiadł, zaciera ręce, znowu ściska
gospodarza i mówi tonem uprzejmie zakłopotanym: - Zgóry przepraszam pana, że ośmielę się poruszyć pewną drażliwą
sprawę... - Oho!... - pomyślał pan Adam. - W tych dniach, jak zapewne szanownemu panu wiadomo, u mojej
siostrzenicy ma się odbyć ceremonja chrztu świętego... Ojcem
chrzestnym, co dla drogiego pana bez żadnej kwestji nie jest
tajemnicą, miał być szanowny siostrzeniec pański, pan Ludwik
Pokrywalski... - Kohot-Pokrywalski... - wtrącił pan Adam. - W istocie! - pochwytuje gość - pan Ludwik Kohot-Pokrywalski...
Moja siostrzenica, jej mąż i cała nasza rodzina była wprost
uszczęśliwiona, że choć tym sposobem zawrze niby pokrewieństwo z
tak miłym człowiekiem, jak pan Pokrywalski... - Kohot-Pokrywalski... - Kohot-Pokrywalski - ciągnął gość. - No, ale od tej chwili
zaczyna się dla mnie wobec szanownego pana trudna sytuacja... - Proszę... niech pan będzie szczery... - Ponieważ pan rozkazuje, więc będę nim - mówi gość. - Zresztą
zapewne i do pańskich uszu doszły niedorzeczne plotki, kursujące od
kilku dni... - Ależ niech szanowny pan nic nie ukrywa... - błagał pan Adam. - Skoro zmusza mnie drogi pan, więc powtórzę, co mówią. Otóż
opowiadają, ze wszelkiemi detalami, że szanowny pan Ludwik miał
jakąś przykrą awanturę w kabarecie... że policja, nie z "ochrany",
ale z wydziału śledczego, robiła u niego rewizję... że nawet
aresztowała pana Ludwika... A co najciekawsze, że kochany pan
Ludwik, który dość wyraźnie starał się o życzliwość naszej kuzynki,
panny Wandy, ma w tych dniach żenić się z jakąś starą i brzydką
babą... - Panna Idalja Dusigrosz-Złocińska nie jest brzydką - wtrąca
nieśmiało pan Adam. - Zwiędła cera... zapadnięte usta... śpiczasty nos... - odpowiada
gość, najuprzejmiej zacierając ręce. - Ale figura! - Nawet kamienna figura pleśnieje po czterdziestu latach... - Panna Idalja nie ma czterdziestu lat! - protestuje gospodarz. - Ma, proszę pana, i to z czubkiem - słodko mówi gość. - Ale jej
kamienica o trzech podwórkach i stu trzydziestu lokalach zasłania
wiek i niedoskonałości fizyczne, podczas gdy nasza kuzynka Wanda
nie ma nic! - dodaje z westchnieniem, podnosząc ręce dogóry. - Ma, panie, ma! Panna Wanda ma najcenniejsze skarby, jakie winna
posiadać kobieta! - woła pan Adam, chwytając gościa za obie ręce. -
Panna Wanda ma młodość, ma zdrowie, ma piękność i ma wuja... wuja
takiego jak pan dobrodziej! - Taki wuj, to zaledwie kilka tysięcy rubli po śmierci... to nie
kamienica z dwoma frontami! - szepcze gość, oddając panu Adamowi
uściski. - A stosuneczki?... a protekcyjki?... - uśmiecha się pan Adam. Na wzmiankę o stosuneczkach oczy pana Tomasza błysnęły. Uderzył
dwoma palcami w biurko i zawołał: - Otóż to boli mnie najwięcej!... Umizgał się... bałamucił
dziewczynę... i właśnie, gdy dzięki moim stosunkom otrzymał posadę
na osiemset rubli w banku, w ciągu kilku dni porzuca nieszczęśliwe
dziecko i żeni się ze starą babą, posiadaczką kamienicy! Pan Adam podniósł się z fotelu i kładąc rękę na sercu, rzekł: - Szanowny panie, mój siostrzeniec, Ludwik Kohot-Pokrywalski, jako
człowiek honoru, jako dżentleman, musi ożenić się z panną Idalją... -- A więc i ją bałamucił? - Boże uchowaj. Poznał ją w tym samym nieszczęsnym dniu, albo
lepiej powiedzmy: tej samej nocy, kiedy za łaskawą protekcją pańską
otrzymał wyższą posadę... - Awantura! - mruknął gość. - Nadzwyczajna... niesłychana... nieprawdopodobna awantura - mówił
wzburzony pan Adam. - Ale ponieważ Ludwik ma być kumem szanownej
siostrzenicy pańskiej... i naprawdę był... przyjacielem...
szczerym... bezinteresownym przyjacielem panny Wandy... - Jak na przyjaciela, za bardzo przewracał oczyma. - Młody chłopak... przystojny... - Gdzie on przystojny? - syknął gość. - Nawet nie rozumiem, z
jakiej racji ten człowiek uchodzi za donżuana. - Ładny wzrost, zgrabna figura i błękitne, marzące oczy - mówił
pan Adam. - Taki chłopak na każdej kobiecie robi wrażenie
konkurenta. A wreszcie, jeżeli kiedy bywał nieco lekkomyślnym,
ciężko odpokutował!... Opowiem szanownemu panu tę bajeczną
historję... - Ciekawym... - odpowiedział gość tonem źle ukrytego lekceważenia
i założył nogę na nogę. Pan Adam chwilę odpoczął, odchrząknął i mówił: - Jaki to dziwny zbieg wydarzeń, że początkiem nieszczęść
Ludwika... - Pana Kohot-Pokrywalskiego... - wtrącił uprzejmie gość. - Szanowny pan umie być złośliwy!... No, ale mając taki żal... - Mogę drogiego pana zapewnić, że ani ja, ani nasza kuzynka Wanda
nie mamy najmniejszego żalu do pańskiego siostrzeńca... - zawołał
gość. - Dozgonny związek dwojga ludzi, nie oparty na przywiązaniu,
toż to więzienie!... Zresztą słucham... - Otóż początkiem nieszczęść mego siostrzeńca był... awans w
banku, awans, który Ludwik zawdzięcza pańskiej protekcji... - Piękna wdzięczność! - Tego poparcia mój siostrzeniec do śmierci nie zapomni szanownemu
panu, a przynajmniej nie powinien zapomnieć... Ale niech pan
chwilkę będzie cierpliwym...
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI