Carolina
Czwartek
Wspaniały dzień Zdumiewający dzień Prawdziwy
cud! Piszę te słowa, doglądając mego pacjenta. Nie. Wróć. Muszę opisać
wszystko. Każdą nieprawdopodobną chwilę. To ja, której nigdy nic się nie
przydarza. COŚ SIĘ WYDARZYŁO!
Dzień rozpoczął się jak każdy inny. Sennie i ponuro. Wczesnym rankiem
jak zwykle spadł deszcz; skapywał z liści palmowych i uderzał o dach
domu. Czułam się znudzona, samotna, pozbawiona towarzystwa i możliwości
rozmowy. Mój podręcznik do samodzielnej nauki jest do niczego. Po co
uczyć się łaciny czy szlifować retorykę? Kogo to obchodzi? Wróciłam więc
do Balzaca i jego opowiadań, usiadłam w swoim fotelu na werandzie, pijąc
wodę z dodatkiem odrobiny wina. Łyk za łykiem. Strona za stroną. Taki
był mój plan na ten poranek, choć spędziłam mnóstwo czasu, usiłując
odgadnąć tajemnicę ukrytą w opowiadaniu monsieur Balzaca o młodej parze
podczas miesiąca miodowego. Zastanawiałam się, co miał na myśli, pisząc
o "pomocy", której udzieliła starsza przyjaciółka panu młodemu, zaś
starszy przyjaciel -?pannie młodej. Wreszcie olśniło mnie. Stosunek
płciowy! Monsieur Balzac ma poczucie humoru. M?e i ciotka Julianna
byłyby przerażone; dałyby mi wygawor na temat zwierzęcych, nieczystych
myśli, z których muszę się wyspowiadać, jeśli nie chcę trafić do piekła.
Tak nas uczyły zakonnice w szkole. Nie zadały sobie jednak trudu
wyjaśnienia, czym są nieczyste myśli.
Gdy byłam młodsza, sądziłam, że mam je wtedy, gdy zapominam zmówić
modlitwę lub chcę pobawić się na dworze, brudząc ubranie. Elisabete
wyjaśniła, czym są nieczyste myśli, gdy ośmieliłam się podnieść rękę w klasie, by poprosić siostrę Afrę o przykład. Przerażona tym grzesznym
pytaniem siostra Afra wzięła linijkę i biła mnie po rękach tak mocno, że
ją złamała. Do dziś miewam nieczyste myśli o siostrze Afrze -?niech
zdycha w piekle.
Tego wieczoru w dormitorium niegrzeczna Elisabete, chichocząc, odsłoniła
przede mną świat nieczystych myśli. Najpierw opowiedziała mi, że
Ana-Margarida ma dwóch czarnych braci i siostrę. Nie wierzyłam jej,
ponieważ Ana-Margarida ma jasne włosy, jak jej rodzice i ludzie w książkach z bajkami. Elisabete przewróciła tylko oczami, patrząc na mnie
z pobłażaniem. Pamiętam, że pomyślałam wtedy: "Nie udawaj takiej
dorosłej!". Miała tylko dwanaście lat, ja zaś trzynaście. Złączyła kciuk
i palec wskazujący jednej dłoni w kółeczko i wsuwała w nie palec
drugiej, raz za razem. Podglądała wcześniej niewolników. "Tak się
dowiedziała o tych okropieństwach", mówiła ze znaczącym uśmiechem.
Wiedziałam, że Elisabete pójdzie do piekła, lecz nie powiedziałam jej
tego. Byłam bowiem dzieckiem o bardzo dobrym sercu; błagałam ją więc,
byśmy razem odmówiły różaniec, aby oczyścić się z nieczystych myśli.
Wspomnienia chwili, gdy dowiedziałam się, czym jest stosunek płciowy,
przywiodły mi na myśl małżeństwo. Ogarnęło mnie przemożne przygnębienie.
Rozpłakałam się nawet. Nigdy nie poznam miłości, jedynie stosunki
płciowe, ponieważ Luisowi nie zależy na moim szczęściu. Być może
chciałby, abym była nieszczęśliwa. Gdy byliśmy dziećmi, uwielbiał mnie
popychać, szczypać i grozić mi. Straszył mnie historiami o kanibalach
jedzących małe dziewczynki, ganiał mnie po całym majątku, rycząc,
wymachując szabelką i bił mnie. Powinnam była poskarżyć się papie,
jednak wiedziałam, że przez to stanie się jeszcze gorszy. Wreszcie
Patulous stwierdziła, że zachowuje się obrzydliwie, i ukarała go za
przyzwoleniem m?e. Teraz Patulous chowa się przed nim. Mógłby
wyrzucić ją z engenho, a wtedy bezbronna staruszka zostałaby sama.
Siedziałam na werandzie, użalając się nad sobą, gdy nagle pojawił się
przede mną Tupí z przekłutą wargą, czerwonymi tatuażami na chudych
nogach, ubrany w poprzecieraną koszulę i przepaskę lędźwiową; szedł boso
wyłożonym kamieniami podjazdem, ciągnąc za sobą muła na sznurku. Na
grzbiecie zwierzęcia siedział Europejczyk w brudnym ubraniu; spod
słomianego kapelusza wymykały się ciemne włosy. Zaczęłam machać do
niego, wołając: "Kim jesteście?" Tupí nie odpowiedział. Europejczyk był
zbyt chory, by cokolwiek powiedzieć. Oczy miał szkliste, cerę
chorobliwie bladą i chwiał się tak, że zdawało mi się, że lada chwila
spadnie na ziemię, choć był przywiązany. Zawołałam Ignatiusa i Hipolita.
Wybiegli na zewnątrz i patrzyli zdumieni na dziwne zjawisko. Tupí
wskazał zieloną gęstwinę, mówiąc aiba. Nie byłam pewna, czy ma na
myśli Europejczyka, samego siebie czy też wymawia nazwę choroby.
Mężczyzna na mule przechylił się do przodu. Tupí go złapał. Na moje
polecenie Ignatius i Hipolito zanieśli go do pokoju papy. Indianin
tymczasem usiadł w ogrodzie. Później, gdy poleciłam Ignatiusowi, by
zaniósł mu jedzenie, okazało się, że gdzieś przepadł. Pewnie wrócił do
dżungli.
Na górze, w pokoju papy, Hipolito rozciął ubranie Europejczyka. Jego
ciało pokryte było skaleczeniami i wrzodami; wydzielał nieprzyjemną woń.
Ignatius stwierdził, że śmierdzi, bo mieszkał w dżungli, jak Indianie.
Zażądałam, by umył go całego; sama zamknęłam oczy.
Potem przyjrzałam się jego twarzy i stwierdziłam, że jest stary, z pewnością powyżej czterdziestki. Ma czarne, gęste brwi i długi, cienki
nos. Jego brwi pasują do poety -?niezwykle szerokie i nieregularne jak
na mężczyznę w jego wieku. Oczy miał zamknięte, nie mogłam więc
odgadnąć, co skrywa jego dusza. I wtedy to się stało. Zajęczał i po
francusku poprosił o wodę. "De l'eau, de l'eau", powtarzał. Z przejęcia chciałam zaklaskać w dłonie. PRAWDZIWY FRANCUZ W MOIM DOMU!
Przysięgłam sobie, że nie pozwolę mu umrzeć. Kazałam Ignatiusowi
przywieźć doktora Bragę z Bahii i zwolniłam Hipolita, by sama się nim
zająć -?zwilżać mu twarz i wyschnięte usta i modlić się cicho. Patulous
weszła, by na niego popatrzeć. Kazałam jej wyjść. Zignorowała mnie;
przesuwała językiem po nielicznych zębach, które jej jeszcze zostały i patrzyła z dezaprobatą. Pozwoliłam jej go opukać, podnieść jego rękę, a potem powiekę, powąchać jego oddech i przyłożyć ucho do chudej piersi.
Potem spojrzała na mnie przenikliwie, jakby odgadując, co się dzieje w mojej duszy. Ogarnął mnie strach. "Wyjdź!", syknęłam. Usunęła się w kąt
i usiadła, obejmując dłońmi pokrzywione artretyzmem kolana, mrugając i wysuwając język jak jaszczurka. Potrafi łajać mnie w taki sposób, że
czasami, choć jestem dorosła, czuję się jak dziewięciolatka i ogarnia
mnie strach, że sprowadzi straszliwe duchy, jeśli nie będę jej
posłuszna. Może powinnam pozwolić Luisowi pozbyć się
jej? Nie, nie wiem, jak mogłam to napisać. Przepraszam. Nie
miałam tego na myśli. Wyrównałam oddech.
Mężczyzna zapadł w niespokojny sen, poruszając gwałtownie rękami i nogami. Prześcieradło, którym był przykryty, zsunęło się. Jego owłosione
nogi były bardzo białe, wyglądały żałośnie chudo. Nakryłam go znów,
nucąc urywki francuskich kołysanek. Jego dłoń przesunęła się po
prześcieradle i chwyciła moją. Pomiędzy naszymi złączonymi dłońmi
utworzyła się mała kałuża potu. (Na szczęście Patulous zasnęła i głośno
chrapała). Moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Nie odstąpię go na
krok, dopóki nie wydobrzeje.
Musiałam chyba zasnąć, bo gdy weszła m?e, było już szaro. Trzymała
świecę; w jej blasku dostrzegła nasze splecione dłonie. Pospiesznie
oswobodziłam palce, wyjaśniając, co się wydarzyło i dlaczego wysłałam
liścik do doktora Bragi. Gdy doktor otrzymał list, bezzwłocznie
zawiadomił m?e. Choć słowa te nie padły wprost, wiadomo było, że
naraziłam się na niebezpieczeństwo, wpuszczając obcego człowieka do
naszego domu i kładąc go do łóżka papy. W grę wchodziła moja reputacja i honor Luisa. Dlatego właśnie przyjechała natychmiast, tej samej nocy, z doktorem Bragą.
-?Wszystko mogło się wydarzyć -?powiedziała z naganą. Uniosła świecę
wyżej i krzyknęła: -?Znam go. Spotykaliśmy się w Bahii na przyjęciach.
To hrabia de Castelnau.
Wiedziałam! Wiedziałam, że to ktoś niezwykły, a nie jakiś próżniak
zagubiony w dżungli. Moje serce fiknęło koziołka. Według słów mam?e
był konsulem francuskim w Bahii, słynnym podróżnikiem i przyrodnikiem.
Często wybierał się sam w głąb dżungli.
-?To takie niebezpieczne -?mówiła m?e.
Odparłam, że nie był sam -?towarzyszył mu Indianin z plemienia Tupí.
-?Czasami bywasz taka głupiutka, Carolino -?odrzekła m?e.
Zbeształa Patulous, że naraziła mnie na niebezpieczeństwo i rozkazała
jej trzymać się z dala od naszego szlachetnego gościa ze swymi
paskudnymi miksturami. Wątpię, by sporządzony przez niewolnicę napar z liści mógł wywrzeć wrażenie na człowieku, który obdarzył zaufaniem
Indianina Tupí. Zdaje mi się, że m?e w głębi ducha cieszy się, że
hrabia znalazł się u nas.
Doktor Braga, gdy go zbadał, wszedł do bawialni i się przeżegnał.
Stłumiłam szloch, obawiając się jak najgorszych wieści. Ale nie! Doktor
Braga oznajmił, że choć nie wie, dlaczego hrabia jest chory i majaczy,
jest z niego twarda sztuka. Troskliwa opieka i dobre odżywianie mogły
dać mu szansę. Błagałam mam?e, by pozwoliła mi się nim zajmować,
argumentując, że wydaje się dużo spokojniejszy, gdy mówię do niego po
francusku. Wiadomo było, że Ignatius się nim odpowiednio nie zaopiekuje
-?niewolnicy zasypiają, gdy tylko znikamy im z oczu. Doktor Braga
zgodził się ze mną. M?e nie mogła spierać się z autorytetem
naukowym, z pewnością zaś nie chciała zostać posądzona o odmowę
udzielenia pomocy tak znakomitej osobistości.
I tak piszę te słowa, siedząc w dawnym pokoju papy na sienniku ułożonym
na podłodze. Później, by nie zasnąć, poczytam memu hrabiemu Balzaca.
Myślę, że mu się to spodoba.
Sobota
Mam?e przychodziła początkowo dwa razy dziennie; sprawdzała memu
pacjentowi puls i patrzyła, jak karmię go bulionem. Reaguje, gdy mówię
mu, aby połykał. Teraz mam?e prawie nie przychodzi. Przejrzałam sakwy,
które Tupí zostawił na podjeździe. Znalazłam skórzane woreczki w różnych
rozmiarach, pełne roślin, owadów i motyli, trochę bardzo brudnej
odzieży, rewolwer, jakieś przyrządy z brązu, służące do pomiarów (tak
sądzę); ponad dwadzieścia grafitowych ołówków i czarny notes, w większości niezapisany. Przeczytałam pierwszą stronę. Dotyczy jego
odkryć. Bardzo naukowy tekst. Zamknęłam notes z trzaskiem. To prywatne
zapiski. Nie jestem jak ciotka Julianne, która węszy wszędzie plotki lub
martwi się, czy mój hrabia to człowiek pobożny. Znienawidziłabym
każdego, kto przeczytałby mój osobisty dziennik. (Chowam go w książce na
temat prawa kanonicznego, z której wycięłam starannie środkowe strony).
Położyłam notes hrabiego na stoliku obok jego łóżka wraz z naostrzonym
przeze mnie ołówkiem.
Udawałam, że po prostu zasnął, a już za chwilę obudzi się i zacznie
zapisywać swoje wielkie myśli. On nie może umrzeć. Modlę się o jego
ocalenie.
Piątek
Dziś, gdy się obudziłam, Patulous stała nad moim pacjentem ze świecą w dłoni. Nasze oczy spotkały się. Przyłożyła palec do ust i odstawiła
lichtarz. W prawej dłoni trzymała duży liść, wypełniony jakąś papką.
Palcami wtłoczyła mu ją do ust, głaszcząc go po gardle, jak psa, którego
chce się nakłonić, aby połknął lekarstwo. Nie powstrzymałam jej; byłam
zbyt przestraszona, by to zrobić. Nie poprawiło mu się. Może to jakaś
dziwna choroba rodem z dżungli? Europejskie lekarstwa doktora Bragi jej
nie wyleczą; podobne trzeba leczyć podobnym. Jeśli wyleczy go kapłanka
candomblé, to znaczy, że taka była wola Boga.
Patulous skończyła, odchrząknęła i machnęła pękiem liści abafé. Jej
zrogowaciałe palce zadrapały mnie w policzek, gdy wtykała świeżą gałązkę
ruty za moje ucho, by mnie uchronić przed złym okiem, a potem położyła
moją dłoń na głowie hrabiego. Nie zdjęłam jej, gdy mruczała swoje
zaklęcia. Jej pomarszczona twarz wykrzywiła się w uśmiechu i Patulous
ucałowała wierzch mojej dłoni. Powinnam obawiać się, że pójdę do piekła,
jeśli zezwolę na takie pogańskie praktyki, lecz zdawały mi się wówczas
błogosławieństwem. Moja dłoń pozostała na czole hrabiego, gdy Patulous
trajkotała coś w swoim języku, tańcząc do wtóru niewidzialnych bębnów.
Tańczyła coraz szybciej i szybciej, otwierając szeroko niewidzące oczy.
Patrzyłam na cienie tańczące wraz z nią i odmawiałam po cichu Zdrowaś
Mario, jak gdyby jedno mogło zniweczyć efekt drugiego. Wreszcie osunęła
się na podłogę, wyczerpana. Nie ośmieliłam się jej dotknąć. Czy duchy
wciąż przy niej są? Zdjęłam dłoń z czoła mojego pacjenta i ujęłam jego
wychudzoną rękę; poczułam, jak ciepła krew płynie w jego żyłach. Byliśmy
ze sobą związani, w tym życiu, a może w następnym.
François
Dzień? Miesiąc? Miejsce?
Żyję. Spływa na mnie księżycowy blask. Poduszka jest mokra od potu, leżę
pod moskitierą w jakimś pokoju. Na szerokim łożu. Siadam. Kręci mi się w głowie. Na sienniku obok śpi dziewczyna. Na podłodze leży zwinięta w kłębek postać. Porusza się. To stara czarna niewolnica. Spogląda na mnie
i na ołówek skrzypiący w mojej dłoni. Chrząka. Wyciąga rękę. Chce zabrać
ołówek, notatnik...
Ranek. Dziewczyna leżąca na sienniku obok łóżka, młoda Brazylijka
portugalskiego pochodzenia, nadal śpi, zwinięta na boku; rozpuszczone
czarne włosy otaczają owalną twarz i spadają na plecy. Ma w sobie coś
nieziemskiego: jest młoda, nietknięta przez życie. Czarna niewolnica
chrapie na kocu rozrzuconym w kącie. Siadam, przepełniony ulgą. Żyję,
nadal żyję. Patrzę na swoje ręce. Szczypię się po ramionach. Czerwone
ślady. Odporność mojej skóry osłabła. Dmucham w złożone dłonie, by
uchwycić zapach oddechu. Jest kwaśny. Oglądam swój tułów i nogi; bez
wątpienia straciłem na wadze.
Jestem w domu, w bardzo zamożnym domu. A jednak ostatnie, co pamiętam,
to dżungla. Gdzie jest Ubirajara? Czy zginął? Rozbił obóz na zewnątrz,
czy może rozpłynął się w dżungli, wrócił do swego plemienia? Na stoliku
leży mój notatnik terenowy. Niecierpliwie przewracam kartki.
Cała ta podróż jest daremna. Opisy w notatniku są mętne, a w rozważaniach o taksonomii trudno uchwycić sens. Moja praca jest
bezwartościowa. Zdaje się, że skupiłem się głównie na Lepidoptera.
Dlaczego? Tok mego rozumowania wydaje się nieodgadniony. Składam to na
karb gorączki. Najbardziej gorzka jest świadomość, że ten kraj -?nie,
cały kontynent południowoamerykański odrzuca moje badania przyrodnicze.
Wpatruję się w chwiejne pismo. Straszne zmęczenie. Osobliwe myśli.
4 września 1852, dom Luisa D'Araujo Fonçeca
Moja śpiąca królewna zbudziła się wreszcie i spojrzała na mnie jak na
ducha. Przedstawiłem się po portugalsku. Odpowiedziała po francusku;
wyjaśniła, skąd się tu wziąłem. Gdy wyjawiła mi, od jak dawna choruję,
przeprosiłem za niedogodność, jaką okoliczność ta stała się dla jej
rodziny. Zarumieniła się i odrzekła, że pielęgnowanie mnie było dla niej
zaszczytem. Pomarszczona niewolnica obudziła się i zmierzyła mnie
wzrokiem tak podejrzliwym, że zacząłem zastanawiać się, czy majacząc w gorączce zrobiłem coś strasznego.
Dziewczyna zapewniła mnie, że nie i przedstawiła się jako Carolina
D'Araujo Fonçeca. Oprócz niej w rezydencji przebywa obecnie tylko jej
matka. Ojciec zmarł niedawno. Jej brat, Luis, wyjechał do Rio w interesach. Nagle, jak przystało na dobrze wychowaną Brazylijkę,
uświadomiła sobie, że jest nieodpowiednio ubrana i siedzi na sienniku w sypialni nieznajomego mężczyzny. Zalała się krwistym rumieńcem i wyjąkała, że powiadomi matkę o poprawie mego stanu; potrzebowała
przyzwoitki. Wyszła z gracją, otulając się srebrzystym szalem.
Niewolnica także się podniosła, ruszyła do drzwi, potem zaś zwróciła ku
mnie oczy (bystre, choć powleczone bielmem) i obdarzyła spojrzeniem,
które przejęło mnie głębokim niepokojem. Starałem się to zlekceważyć,
lecz jestem poruszony, w moich myślach panuje zamęt, a wszystko wydaje
się nierzeczywiste. Trzy tygodnie majaczeń?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Są to moje notatki słowo w słowo. Już na początku studiów ukończyłem korespondencyjny kurs stenografii. Okazał się niezwykle pomocny w dalszej edukacji. Gdy musiałem składać w sądzie protokoły, dyktowałem swoje notatki sekretarzowi, który przepisywał je, nadając im czytelną formę. NS [wróć]
2. Notabene pan Kenny uśmiechnął się i zamilkł na dłuższą chwilę, ja zaś zapisałem: "Należy uzbroić się w cierpliwość, nie ponaglać tego człowieka. Potrzeba mu atmosfery wzajemnego zaufania". NS [wróć]
3. Mam?e to pieszczotliwe zdrobnienie słowa "matka". Wersja formalna brzmi m?e. Zachowałem obie wersje w tekście w oryginale, aby lepiej zrozumieć przemyślenia młodej Caroliny. Tłumacz [wróć]
4. Engenho to plantacja. Na engenho rodziny Fonçeca pracowało zapewne około 300 niewolników. Tłumacz [wróć]
5. Companheira a sua vida oznacza "jego towarzyszka życia". Tłumacz [wróć]
6. M?e de sant? -?Święta Matka -?to kapłanka candomblé. Candomblé to afrykańska tradycja religijna i lecznicza, która przybyła do Brazylii wraz z niewolnikami. Wykorzystuje ona rośliny do praktyk duchowych i leczniczych. Jest niezwykle popularna. Tłumacz [wróć]
7. Te fragmenty są niemal nieczytelne. Współrzędne zostały wytarte i zapisane ponownie zbyt wiele razy, aby dało się je odcyfrować. Tłumacz [wróć]
1901. Wprowadzenie do sprawy
? 1901 ?
Wprowadzenie do sprawy
Nathan Smithson
Pierwsza wizyta w Mayfield, lipiec 1901
Nie miałem do czynienia z klientem, który okazałby się wariatem, do
chwili mego pierwszego spotkania z panem Edwardem Fonseca w jego
wiejskiej posiadłości. Gdy woźnica skierował konia na długą, krętą drogę
wiodącą do podjazdu, wystawiłem głowę przez okno powozu, by przyjrzeć
się półdzikim zaroślom, strzeżonym przez gwardię honorową zdrewniałych
paproci i kęp nieznanych mi odmian eukaliptusów. Późny zimowy poranek
był chłodny, lecz ich zapach wypełniał powietrze. U stóp eukaliptusów
kwitły wiecznie zielone rośliny. W oddali rosło dziwne drzewo owocujące
olbrzymimi orzechami. Po niebie krążyło stadko kakadu, jakby
zaniepokojonych naszą obecnością. Woźnica zatrzymał gwałtownie konia i wskazał coś batem. Na jednej z dolnych gałęzi siedział niedźwiadek koala
zajęty przeżuwaniem liści. Jego doskonała obojętność rozbawiła mnie;
niepokój uleciał.
Dotarliśmy do dużego, piętrowego domu z cegły, z dwoma przeszklonymi
wykuszami frontowymi. Na werandzie w ogromnych porcelanowych donicach
kwitły jaskrawo pomarańczowe i czerwone storczyki, które nadawały domowi
niezwykły, egzotyczny wygląd.
Gdy zapukałem, otworzył mi pan Henry Kenny. Był to człowiek wysoki,
liczący niemal sześć stóp wzrostu, o potężnych ramionach drwala i pięściach boksera. Jego twarz rozpromieniał serdeczny uśmiech.
-?Witamy, panie Smithson -?powiedział spokojnie i dobitnie. -?Nie
miewamy tutaj wielu gości. Eddie nie może się pana doczekać.
Gdy prowadził mnie do zakurzonej bawialni, na schodach dały się słyszeć
odgłosy ciężkich, pospiesznych kroków. Pan Edward Fonçeca wszedł do
pokoju szybkim, rozkołysanym krokiem i siadł obok Kenny'ego z głośnym
chrząknięciem. W tej chwili, jakby przypominając sobie o dobrych
manierach, podniósł się gwałtownie.
-?Dzień dobry! Jakże się cieszę, że pan przyjechał -?oznajmił, na co
Kenny skinął głową z aprobatą.
Widok mężczyzny niemal czterdziestoletniego, roztaczającego woń taniego
tytoniu, który zachowywał się niczym niesforny dzieciak, wydał mi się
osobliwy. Miał na sobie stosowny strój, lecz na przodzie koszuli
widniała plama z jajecznicy, którą jadł zapewne na śniadanie; spodnie
wisiały luźno na jego chudej sylwetce, a skórę miał bladą, jak człowiek
przesiadujący wyłącznie w domu. Bujne, brązowe włosy zwisały w niesfornych strąkach, sięgając mu niemal do ramion. Potrzebował
fryzjera.
-?Eddie nie lubi fryzjerów. Nie przepada za nożyczkami i nie potrafi
usiedzieć spokojnie -?rzekł Kenny.
Pan Fonçeca, siedzący na sofie, poruszył niespokojnie nogami i utkwił we
mnie oskarżycielskie spojrzenie brązowych oczu.
-?Nie rozmawiajcie o mnie. Nie wolno.
Kenny zwrócił się do niego, mówiąc powoli i łagodnie:
-?Pamiętasz, Eddie, że pan Smithson jest twoim adwokatem? To miły
człowiek. Dobry człowiek. Twoja matka poprosiła go, żeby ci pomógł.
-?Matki nie ma. Umarła.
-?Tak, mówiono mi, że madame Fonçeca była wspaniałą kobietą -?odezwałem
się. -?Proszę przyjąć moje kondolencje. Moja obecność tutaj ma związek z jej odejściem. Zapisała panu wszystko w testamencie...
Zawahałem się i spojrzałem na Kenny'ego, szukając u niego wskazówki, czy
powinienem rozmawiać z Edwardem jak z każdym innym klientem. Skinął
głową.
-?Pański brat, Charles, podważył testament matki -?kontynuowałem. -?Chce
otrzymać dom, większą część pieniędzy i resztę majątku, który pan od
niej otrzymał, więc... -?urwałem znowu.
Pan Fonçeca mruczał coś do siebie, gwałtownie potrząsając głową; w jego
oczach błyszczał strach.
-?Nie ma mowy, żeby Charlesowi się to udało, Eddie -?pocieszył go Kenny.
Na moment pozwoliłem jego słowom zawisnąć w powietrzu, zamiast dodać, że
brat wystąpił także o ustanowienie go opiekunem Edwarda. Na swą obronę
mogę stwierdzić, że klient mój był zbyt zdenerwowany, by przyjąć
racjonalne wyjaśnienia co do szczegółów postępowania sądowego bądź
powagi sprawy. W przypadku wygranej brata jego życie zmieniłoby się na
zawsze.
Uspokojony pan Fonçeca wyjął woreczek z tytoniem i wygrzebał z kieszeni
bibułki, by skręcić sobie papierosa. Poczęstował mnie. Potrząsnąłem
jednak głową.
-?Dziękuję, nie palę.
Zdawał się tym strapiony; nim zdążyłem cofnąć swoje słowa, Kenny wtrącił
się.
-?Pan Smithson zapali później. Zachowam to dla niego -?rzekł i włożył
papierosa do kieszeni.
Pan Fonçeca skręcił sobie drugiego i zapalił; nad jego głową zawirowała
gęsta chmura dymu.
-?Czy chciałby pan obejrzeć dom? -?spytał Kenny, sygnalizując
bezgłośnie, bym wyraził zgodę. -?Eddie lubi oprowadzać gości.
-?Z przyjemnością -?odparłem.
Pan Fonçeca zerwał się na równe nogi i żwawo skierował się na schody.
Kenny i ja szliśmy za nim.
Pojedyncze łóżko było porządnie zaścielone; na ścianie wisiał obraz
przedstawiający pastwisko pełne krów. Pokój wypełniał zastarzały odór
dymu tytoniowego. Sprawił on, że mój żołądek skurczył się nagle; z trudem przełknąłem ślinę.
-?Witam w moim pokoju -?rzekł pan Fonçeca, wyciągając ku mnie prawą
dłoń.
Pospieszyłem nią potrząsnąć.
-?Nie -?ostrzegł mnie Kenny -?Eddie chciał tylko panu dać do
zrozumienia, że traktuje pana jak przyjaciela.
Opuściłem dłoń i podziękowałem gospodarzowi, że pozwolił mi obejrzeć swą
sypialnię. W odpowiedzi pan Fonçeca wydmuchał idealne kółko z dymu.
Zdawało mi się, że czeka na aplauz; obawiałem się jednak, że oklaski
mogłyby go wystraszyć, uśmiechnąłem się więc tylko z aprobatą.
Pokój przypominał mi gniazdo dziwacznego ptaka o obyczajach żurawia. Na
podłodze piętrzyły się stosy papieru. Stał tam również olbrzymi druciany
kosz, z którego wysypywały się liście paproci i eukaliptusa. Z otwartego
worka wyglądały wydmuszki jaj różnych ptaków, każda z nich z otworem na
czubku. Nie brakowało też otwartych drewnianych skrzyń wypełnionych
tablicami, do których przyszpilono owady i motyle. Na komodzie
poniewierały się wysuszone, cienkie jak papier skórki węży.
-?Jest pan kolekcjonerem, panie Fonçeca?
Ten przechylił głowę na bok, przyglądając mi się bacznie.
-?Jestem przyrodnikiem. To bardzo ważna praca.
-?Właśnie widzę.
-?Nie będziemy dotykać twoich zbiorów -?powiedział Kenny. -?Pokaż
gościowi pokój matki, Eddie.
W holu minęliśmy zamknięte drzwi. Wyciągnąłem dłoń do klamki.
-?Nie. To pokój mego brata. Panu się nie spodoba. Niedobre miejsce -
powiedział pan Fonçeca; w jego zmienionym nagle głosie zabrzmiał strach.
Kenny przysunął się bliżej.
-?Eddie, Charlie już tu nie mieszka. Wiesz przecież -?zwrócił się do
niego uspokajająco. -?Używamy tego pokoju tylko jako schowka.
-?To wbrew zasadom -?oznajmił pan Fonçeca, krzyżując ramiona. -?Nie
wolno wchodzić.
-?Nie musimy tam wchodzić, panie Fonçeca -?odezwałem się z myślą, że
poproszę Kenny'ego później, by pokazał mi pokój; być może zostało w nim
coś po wydziedziczonym bracie. Zawsze warto poznać sekrety swego
przeciwnika. Pan Fonçeca przytaknął; przeszedł szybko obok zamkniętych
drzwi, wstrzymując oddech, po czym wypuścił powietrze, gdy znaleźliśmy
się w pokoju jego matki.
Kwieciste, perkalowe zasłony, sięgające od sufitu do podłogi, były
zaciągnięte; w pokoju tańczyły cienie. W powietrzu unosił się zapach
ciężkich, słodkich perfum. Chudzielec krążył szybko po pokoju niczym
pies znaczący swój teren; potrząsał przy tym zmatowiałymi lokami i mamrotał pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa. Zatrzymał się przy
łóżku z czterema kolumienkami, rzeźbionym zagłówkiem i baldachimem
okrytym siatką przeciw owadom. Na stoliku nocnym obok łóżka stała lampa
gazowa; w kącie pysznił się wspaniały wypchany lirogon. Sypialnia była
dość obszerna, by pomieścić także imponujących rozmiarów komodę
zwieńczoną dużym lustrem i niewielki szezlong na pajęczych nóżkach,
przez który przewieszono czerwony, wełniany szal, jak gdyby madame
Fonçeca dopiero co wyszła i mogła wrócić po niego w każdej chwili.
Panujący w sypialni półmrok nie pozwolił mi docenić w pełni malowideł
przedstawiających egzotyczne ptaki o grubych, zakrzywionych dziobach na
tle soczyście zielonej dżungli -?uderzyła mnie ich niezwykła uroda.
Pan Fonçeca stał przez chwilę nieruchomo jak urzeczony, po czym całym
swym ciężarem padł na łóżko. Leżał z rozrzuconymi rękami, zamykając
oczy, aż jego oddech się uspokoił. Wytrącony z równowagi widokiem
szaleńca, który udawał pogrążonego we śnie, odsunąłem się pospiesznie. W tej samej chwili kątem oka uchwyciłem w lustrze odbicie oliwkowej twarzy
kobiety pod burzą srebrzystych włosów. Czyżby szaleństwo było zaraźliwe?
Ocknąłem się z przywidzenia na dźwięk głosu Kenny'ego:
-?Pan Smithson i ja musimy porozmawiać o pewnych sprawach, Eddie. Możesz
dołączyć do nas w jadalni w porze lunchu, jeśli masz ochotę. Jeżeli
wolisz, powiem kucharce, żeby przyniosła ci tacę do pokoju. Pani McKenna
robi dla ciebie pyszną kurę z ziemniakami i kalafiorem. Wszystko białe,
bez odrobiny zieleni. -?Kenny zwrócił się do mnie: -?Eddie przepada za
białym jedzeniem.
Pan Fonçeca otworzył oczy i usiadł.
-?Trucizny są zielone.
-?Dobrze wiedzieć, panie Fonçeca -?powiedziałem. -?Mam nadzieję, że
lunch będzie panu smakował -?dodałem.
Tym razem pozwolił, bym uścisnął jego kościstą dłoń i się uśmiechnął. W półmroku robił mniej osobliwe wrażenie.
Kenny i ja zasiedliśmy w pokrytej kurzem jadalni, gdzie podano nam
smaczny gulasz z pieczonymi ziemniakami. Zapytałem, czy mógłbym podczas
lunchu wypytać go o wszystko.
-?Kiedy Eddie wchodzi do pokoju matki, zwykle zostaje tam na długie
godziny, ale i tak lepiej zaczekać -?szepnął. Wskazał porozumiewawczo na
schody. -?Ma słuch niczym wyżeł myśliwski. Dałem mu trochę laudanum,
więc niedługo zaśnie.
Zauważył moje zaniepokojenie.
-?Och, niewielką dawkę. W przeciwnym razie za chwilę byłby tu z powrotem. Biegałby tu i tam, a w najgorszym razie mógłby uciec. -
Westchnął, gestykulując w powietrzu nożem dla podkreślenia wagi swoich
słów. -?Nie możemy pozwolić, aby Charlie wygrał. Eddiego to zabije,
jeśli Charlie zostanie jego opiekunem. Jest taki wrażliwy, tak się boi,
że wszyscy wokół chcą go skrzywdzić. W rzeczywistości tylko Charlie źle
mu życzy. Ci dwaj są niczym Kain i Abel. Jeden darzy drugiego iście
biblijną nienawiścią.
-?Słyszałem plotki. Będę musiał zrobić sobie notatki z naszej dalszej
rozmowy. Czy mogę?
-?Dla Eddiego wszystko... -?przerwał i rzucił mi poważne spojrzenie. -?Nie
chciałbym, żeby pomyślał pan, że jestem gotów zniszczyć Charliego
Fonsecę, byle tylko nie stracić pracy. Moim zdaniem on skrzywdziłby
Eddiego. Chcę postąpić słusznie, nie szukam korzyści. Kucharka zrobiła
dla nas biszkopt z owocami i bitą śmietaną.
-?Widzę, panie Kenny, że ma pan wiele współczucia dla mojego klienta;
jeśli zaś chodzi o biszkopt, grzechem byłoby go nie spróbować.
Wielkolud zarumienił się z radości.
Rozmowa z panem Henrym Kennym
Rozmowa z panem Henrym Kennym1
Nathan Smithson
NS: Jak to się stało, że został pan opiekunem pana Fonçeca?
HK: Silny chłop bez rodziny zawsze może znaleźć w kolonii pracę jako
drwal. Pewnego dnia araukaria, którą miałem ściąć, upadła w niewłaściwą
stronę. Uniknąłem śmierci. Zawsze można jednak stracić rękę albo
zmiażdżyć nogę. Stwierdziłem, że nie warto.
NS: Zdarzało mi się występować w sprawach o wypadki przy pracy.
Drwale zwykle przegrywają. Pracodawcy twierdzą, że nie uważali i sami są
sobie winni.
HK: Tak to jest. Tracisz pracę, nie dostajesz odszkodowania.
NS: A więc rzucił pan tę posadę?
HK: Zatrudniłem się w szpitalu Yarra Bend jako pomocnik do opieki
nad wariatami. Większość z nich jest nieszkodliwa. Chcą tylko, żeby ich
zostawiono samych z ich demonami i bólem. Jeden doktor powiedział mi tam
o posadzie u młodego panicza, który cierpi na... Jak on to powiedział?...
"przygnębienie i nadpobudliwość". Pensja była dobra. Jakich kłopotów
mógł mi przysporzyć piętnastolatek? Z pewnością było to lepsze niż
opieka nad pijakami w delirium, niedorozwiniętymi syfilitykami, a poza
tym... Mayfield... tu człowiek czuje się jak mieszkaniec ogrodu
botanicznego, ale bez gości. (Uderzająca szczerość odpowiedzi pana
Kenny'ego kazała mi sądzić, że mogę zaufać temu człowiekowi. Wszelka
przebiegłość wydaje się być mu obca).
NS: Mayfield to piękna posiadłość, choć leży na odludziu. Jak
pracowało się panu u hrabiego de Castelnau i madame Fonçeca?
HK: Hrabia był przemiłym dżentelmenem, mocno już starszym, gdy go
poznałem2. Z zapałem kolekcjonował osobliwości. Eddie
naśladuje go pod tym względem. Zbiera liście i owady po całym terenie.
Nie wolno tego kwestionować ani nawet rozmawiać z nim o tym. Zaczyna
wówczas bełkotać lub popada w szał pisania o niczym, łamie stalówki, co
ogromnie go denerwuje i trudno go wówczas uspokoić. Wygląda, jak gdyby
wiatr mógł go przewrócić, ale kiedy wpada w gniew, następuje w nim
zmiana. Moje siniaki... Proszę tak na mnie nie patrzeć. Nigdy go nie
skrzywdziłem. Nigdy. Przysięgam. Może pan spytać innych, jeśli pan chce.
NS: Sam widzę, że pan Fonçeca nie boi się pana. Uważa pana za swego
przyjaciela. Czy hrabiego łączyła bliska więź z panem Fonçeca? Czy
troszczył się o siostrzeńca?
HK: Hrabia potrafił zerwać liść w swoim ogródku ziołowym, a potem
pozwalał Eddiemu obejrzeć go pod szkłem powiększającym; pokazywał mu
żyłki i różne takie, opowiadał o swoich podróżach, tłumaczył, dlaczego
warto zbierać rośliny i zwierzęta, jak się zmieniają w różnych stronach
świata. Widzi pan, ja byłem tu tylko na wypadek, gdyby Eddie się
zdenerwował. Widziałem więc wszystko. Eddie siadał, kołysał się powoli;
nie patrzył na wuja, ale chłonął każde jego słowo; przechylał głowę jak
ciekawski ptak... nie jak chłopiec, wie pan, ale jak ptak, który w każdej
chwili może wpaść w furię lub w stan apatii. Hrabia umiał z nim
postępować; zachowywał się jak człowiek, który opowiada dziecku bajkę na
dobranoc. Uspokajał go. Potem, kiedy hrabia okropnie się rozchorował,
Eddie siedział przy nim godzinami, patrząc, jak drzemie. Pokojówki
uważały, że to przerażające, ale mnie się zawsze zdawało, że na swój
sposób próbuje go chronić.
NS: Jak madame Fonçeca radziła sobie z chorobą hrabiego?
HK: W pewnym sensie Eddie jej pomagał. Gdy wpadała w rozpacz,
krzyczał lub płakał, albo uciekał. Musiała więc zachować spokój, choć
miała temperament, jak to zwykle te cudzoziemskie damy. Tuż przed
śmiercią hrabia powiedział mi: "Zaopiekuj się nimi. Zrób to dla mnie.
Wiem, że to zrobisz". Więc próbowałem. Na początku to wszystko wydawało
mi się cholernie dziwaczne. Jako młoda dziewczyna miała swoich
niewolników; potrafiła być władcza i wymagająca. Ale po swojemu kochała
Eddiego i nie chciała za nic przyznać przed sobą, że jest szalony.
"Słabo się czuje", mówiła. Twierdziła, że źle się poczuł, gdy ogarniała
go panika i wrzeszczał, że wszyscy próbują go zabić. Bez ustanku ciągała
go po różnych konowałach, choć hrabia tego nie pochwalał.
NS: Czy brat odwiedza go? Czy powiedziałby pan, że są ze sobą
blisko?
HK: Charlie to czarna owca w rodzinie. Wygnała go, kiedy się tu
pojawił po pogrzebie hrabiego, ponad dwadzieścia lat temu. Madame
Fonçeca leżała wówczas chora, więc Charlie mógł robić, co mu się żywnie
podobało. Bóg jeden wie, co powiedział wówczas Eddiemu albo co mu
zrobił. "Nie idź z nami -?powiedział mi. -?Ja się nim zajmę". I poprowadził biednego Eddiego niczym jagnię na rzeź. Ten wrócił
przemoczony i przerażony. Przez tydzień nie odezwał się ani słowem.
Charlie twierdził, że wpadł do strumyka. Kłamca. Eddie nie cierpi wody.
Boi się, że go ryby pogryzą. Madame Fonçeca zerwała się z łóżka w nocnej
koszuli, czarne włosy miała rozpuszczone... Wyglądała jak czarownica, gdy
tak wrzeszczała na Charliego, a on, niewzruszony, zagrzmiał w odpowiedzi: "Może i jestem diabłem, ale to ty mnie takim stworzyłaś".
Wtedy zagroziłem, że będzie miał ze mną do czynienia. Parsknął tylko i stwierdził, że to dom wariatów, on zaś jest jedynym normalnym w tej
rodzinie. Wskoczył na konia i odjechał, jak gdyby to jemu stała się
krzywda. Niezły byłby z niego opiekun. Nie ma w sobie krzty
serdeczności. Nie przypuszczam, żeby w ciągu tych dwudziestu lat
odmienił się na lepsze. (Pan Kenny skrzyżował ramiona, zadowolony, że
wyraził swe zdanie o Charlesie, i patrzył, jak piszę. Uśmiechnąłem się z aprobatą).
NS: Czy kiedykolwiek odkrył pan, co wydarzyło się między braćmi
tamtego dnia?
HK: Nie. Eddie trząsł się cały, więc musiałem go rozebrać. Na
plecach miał czerwone ślady, jak gdyby ktoś zbił go laską, a Charlie
miał laskę przy sobie.
NS: Jak pan sądzi, co się stanie, jeśli Charles wygra w sądzie?
HK: Sprzeda ten dom, zanim zdążymy się obejrzeć i wsadzi Eddiego do
zakładu dla obłąkanych. Czy sądzi pan, że wygra? Czy ma na to szanse?
NS: Czy którykolwiek z braci wyrażał się kiedykolwiek o hrabim de
Castelnau jako o swoim ojcu?
HK: Charlie i Eddie zawsze nazywali go wujem.
NS: Czy hrabia i madame Fonçeca dzielili ze sobą łoże?
HK: Mieli oddzielne sypialnie. (Pan Kenny zachmurzył się.
Dostrzegłem, że wchodzę na niebezpieczny teren; uznałem jednak za
stosowne drążyć tę kwestię dalej).
NS: Wie pan, co mam na myśli. Charakter ich stosunków ma kluczowe
znaczenie dla sprawy. (Zapadło krępujące milczenie. Utkwiłem wzrok w notesie w nadziei, że postanowi mi się zwierzyć. Gdy podniosłem oczy,
przekonałem się, że pozostał niewzruszony).
HK: Czy nie możemy pozwolić im spoczywać w spokoju?
Dokumentacja sprawy
Dokumentacja sprawy
Nathan Smithson
To pierwszy raport, na jaki natrafiłem w archiwum, dotyczący hrabiego de
Fonçeca. Pełne imię i nazwisko hrabiego brzmiało: François Louis Nompar
de Caumont Laporte, hrabia de Castelnau. To niezwykłe, że jeszcze
sześćdziesiąt lat temu istnieli tacy ludzie jak on -?przedzierający się
przez dżunglę, ryzykujący życiem, by lepiej zrozumieć świat, a także
rośliny, zwierzęta i ludzi, którzy na nim żyją.
Artykuł z "The London Times", 1846
WYPRAWA NAUKOWA HRABIEGO CASTELNAU DO AMERYKI POŁUDNIOWEJ
Hrabia de Castelnau, który został wysłany przez rząd francuski z misją
naukową do Ameryki Południowej, przesłał właśnie takie oto sprawozdanie
do Ministra Edukacji Publicznej:
Lima. 26 stycznia 1846 r. Monsieur le Ministre -?Minęło dwa i pół roku
podróży przez interior kontynentu, zanim dotarliśmy do Limy przez
Arequipę. Licząc krótsze wycieczki, pokonaliśmy odległość ponad 2500
mil. Przypadł mi zaszczyt poinformowania Waszej Ekscelencji, że
przybyliśmy do Chuquisaca; z tego miasteczka udaliśmy się do Potosí,
słynącego z kopalni srebra, niegdyś tak bogatego, dziś pogrążonego w nędzy. Przez dwadzieścia pięć mil od tego punktu droga nasza wiodła
przez najtrudniejsze przełęcze pomiędzy najwyższymi szczytami Andów; to
wyjałowione obszary, pozbawione roślinności, gdzie są w stanie przeżyć
wyłącznie kondory olbrzymie. Dalej droga jest lepsza. Gdy już dotrze się
do boliwijskich gór stołowych, ziemia pozostaje płaska aż do La Paz i jest również wyjałowiona, zaś rozrzedzenie powietrza, spowodowane przez
dużą wysokość, przyczynia się do powstawania bolesnej dolegliwości,
znanej jako s'arrache. Bezmierną tę równinę przemierzają ogromne stada
lam i merynosów; te ostatnie są tu dzikie. Minęliśmy Oruro i dotarliśmy
do La Paz, gdzie znajduje się siedziba rządu boliwijskiego. Zbliżało się
właśnie święto z okazji rocznicy bitwy pod Ingavi. Nad brzegiem jeziora
Titicaca znaleźliśmy wspaniałe ruiny starożytnego pałacu Inków z Tiahuanaco. Jedna z bram wjazdowych stanowi piękne dzieło rzemiosła,
dlatego sporządziliśmy liczne szkice tego zabytku. Do Peru wjechaliśmy
mostem Desaguadero. W drodze do Puno towarzyszyły nam gwałtowne śnieżyce
i gradobicia, dlatego też uznałem za stosowne porzucić chwilowo
wytyczoną marszrutę do Cuzco i posuwać się dalej wzdłuż wybrzeża ku
Limie, by następnie powrócić do Cuzco po zakończeniu pory deszczowej.
Dlatego skierowałem się w stronę Arequipy, a potem do Limy. Zaznawszy tu
wielce nam potrzebnego wypoczynku ruszymy do Cuzco, stamtąd zaś udamy
się dalej ku Amazonce, żeglując po wodach rzeki Apurimac. Tym sposobem
pokonamy całą długość pampy del Sacramento, choć spodziewamy się
doświadczyć w drodze wielu niebezpieczeństw. Pozwoliłem sobie przesłać w załączeniu listę przedmiotów wyekspediowanych do Muzeum Historii
Naturalnej. -?F. DE CASTELNAU
Następnie mamy madame Fonçeca, Carolinę D'Araujo Fonçeca, o której
pisano niewiele, w każdym razie w ogólnodostępnych źródłach. W paszporcie widnieje jej opis jako osoby smukłej, o twarzy owalnej,
ciemnych oczach i włosach. Musiała być prawdziwą pięknością.
Oboje przez całe życie prowadzili pamiętniki. Hrabia traktował je z pewnością jako przyczynek do prowadzenia obserwacji i zapisów naukowych.
Carolina -?przywykłem myśleć o madame Fonçeca jako o Carolinie -
odczuwała zapewne potrzebę przelania na papier swych refleksji. Młodość
spędziła na plantacji położonej na brazylijskim odludziu. Od
najbliższego miasta, Bahii, dzielił ją ponad dzień drogi; dróg zresztą
nie było, jedynie ścieżki wydeptane przez muły. Pamiętnik był dla niej,
jak mi się zdaje, powiernikiem i przyjacielem w świecie na ogół wrogim
dla kobiet takich jak ona.
Nieprzełożone dzienniki (jego spisany po francusku, jej po portugalsku)
znajdowały się w pieczy pana Williama Scobiego, emerytowanego wspólnika
mojej firmy, Blake & Riggall. Pan Scobie wiedział, że zajmuję się
sprawą spadku pana Edwarda Fonçeca. Napisał do mnie z prośbą o spotkanie. Jako nieopierzony młodzik, początkujący prawnik, przyjąłem
ten list od człowieka cieszącego się wielkim poważaniem jako zaszczyt.
Siedzieliśmy wspólnie w jego kawalerskim domu w Toorak przy kominku,
delektując się wspaniałą whisky. Zdradził mi, że hrabia i madame Fonçeca
byli jego najbliższymi przyjaciółmi. Na łożu śmierci madame Fonçeca
(hrabia zmarł dwadzieścia lat wcześniej) przekazała swe dzienniki panu
Scobiemu wraz z prośbą, aby zachował je dla potomności; Edward bowiem
ich nie rozumiał, Charles zaś z pewnością spaliłby je, gdyby dostały się
w jego ręce. Pan Scobie miał zamiar zlecić tłumaczenie pamiętników jako
żywego dowodu niezwykłej przeszłości tych dwojga. Niestety, madame
Fonçeca zmarła tydzień później, zaś pan Scobie, zajęty przygotowaniami
do pogrzebu, kwestiami majątkowymi oraz Edwardem, którego znał od
dziecka, zapomniał o dziennikach.
Mierząc mnie badawczym spojrzeniem spod krzaczastych, śnieżnobiałych
brwi, wyjawił mi, że dzienniki mogą stanowić klucz do sprawy.
-?W tamtych czasach nie rozmawiało się o sprawach intymnych. Byli bardzo
dyskretni. -?Westchnął, a jego wyblakłe oczy zalśniły od łez. -?A jednak
widać było, że się kochają.
Słowa te poruszyły mnie, choć sam dotąd nie zaznałem uczucia miłości.
Przysiągłem sobie, że zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy.
Znalazłem wszystkie wpisy w dzienniku, które mogą mieć znaczenie dla
sprawy spadkowej. Rozpoczynam od zapisków madame Fonçeca, ponieważ
świat, w którym żyła, był niezwykle odmienny od naszego; musiałem go
poznać, by zrozumieć stan jej umysłu i podejmowane przez nią działania.
Hrabiego łatwiej mi było zrozumieć. Nawet dobry i dzielny człowiek nie
umie się oprzeć pięknej dziewczynie potrzebującej pomocy.
1852. Przyczyna fundamentalna
? 1852 ?
Przyczyna fundamentalna
Carolina
Czwartek
Nienawidzę mojego życia. Niesie mi wyłącznie łzy. Nikogo nie obchodzi,
jak się czuję. Wolno mi tylko odpowiadać "tak" lub "nie" i kiwać głową,
gdy mam?e lub Luis do mnie przemawiają3.
Nienawidzę tego miejsca. Lubię wyłącznie bibliotekę kochanego papy.
Twarz Luisa pociemniała niczym burzowa chmura i gotów był razić mnie
piorunem, gdy papa chwycił moje dłonie i rzekł, że książki mają być
moje, a nauka jest rzeczą bezcenną.
Luis nigdy nie przychodzi do biblioteki. On nie czyta. To dzikus, teraz
zaś całe engenho należy do niego4. Zachowuje się jak dumny pan
i władca; tylko czeka, by ktoś sprzeciwił się jego woli i zasłużył tym
samym na chłostę.
W bibliotece udaję, że papa nie umarł; wchodząc, dygam leciutko, prosząc
w myślach, aby pozwolił mi poczytać. To niemądra, żałosna zabawa. A jednak robię to za każdym razem.
Uwielbiam literaturę. Czytam teraz Eugénię Grandet. Balzac zna się na
sercach kobiecych. "Czyż nie jest szlachetną cechą kobiety, że bardziej
ją wzrusza wymowa niedoli niż przepychy szczęścia?". To takie prawdziwe.
Podkreśliłam ten fragment. Troszkę obleciał mnie przy tym strach.
Pomyślałam jednak: "Ta książka jest moja, wyłącznie moja". Obrysowałam
słowa grubą linią. Bardzo dobrze. Widać stąd, że mam głębokie
przemyślenia.
Mam?e nie pamięta już, jak to jest mieć szesnaście lat. A może
urodziła się stara. Luis... Luis jest pozbawiony uczuć. Ożenił się z Marią, żeby powiększyć swój majątek. Mam?e wciąż spogląda na brzuch
Marii, w nadziei że zaszła w ciążę, ale to jedynie tłuszcz. Objada się
tak, że wciąż musi poszerzać wszystkie suknie; chodząc, kołysze się jak
kaczka, i nieustannie uskarża się Luisowi. Jestem dla niej niemiła.
Zapominam zwracać się do niej "droga siostro". Och! Zamykam się w gabinecie papy i udaję, że nie słyszę jej tubalnego wołania. W kółko
gada o niczym. Luis nadal chodzi do niewolnic. Kilkoro dzieci
odziedziczyło po nim długi nos. Wszyscy udają, że tego nie widzą, a zwłaszcza Maria. Maria jest przekonana, że Luis wychodzi nocami
wyłącznie po to, aby pilnować niewolników, żeby nie uprawiali czarnej
magii i nie kradli jedzenia i zapasów. Jest żałosna, a Luis jest
opryskliwy i okrutny. Iście niebiański mariaż.
Wszyscy kłócą się o pieniądze. Ceny cukru spadły i wiele plantacji w naszym okręgu przechodzi na uprawę kawy. Luis chce sprzedać naszych
robotników. Do kawy potrzeba mniej ludzi, a za pieniądze można by kupić
sadzonki. Mam?e mówi, że rodzina Fonçeca uprawia trzcinę od pięciu
pokoleń. Luis patrzy na nią z góry i odpowiada: "Teraz ja tu rządzę. Ja
będę decydował". Maria dokłada sobie moqueca i wysysa kolejną krewetkę.
Obrzydliwe. Luis uśmiecha się, zadowolony z siebie. Mam?e robi znak
krzyża; po obiedzie wybiera się do naszej kaplicy, by pomodlić się za
papę i zapalić kolejne świeczki za spokój jego duszy. Ja milczę. Luis
zawsze mnie nienawidził. Nigdy nie wybaczył mi tego, że się urodziłam,
że byłam ulubienicą papy, że byłam dziewczynką, że papa i ja dzieliliśmy
liczne upodobania. Jestem jak bohaterka powieści -?wyobcowana,
niekochana -?tyle tylko, że nigdy nic mi się nie przytrafia. Życie
płynie, jest szare i nudne. Chciałabym uciec, lecz z pewnością złapaliby
mnie i oddali do klasztoru. Quelle horreur!
Sobota
Nie potrafię zmusić się, żeby wstać z łóżka. Czytam smutne wiersze i chce mi się płakać. Kiedy żył papa, każdy dzień był inny. Gdy wracałam
do domu ze szkoły klasztornej, wpadał do mojego pokoju bladym świtem,
domagając się ze śmiechem, aby jego companheira a sua vida5
towarzyszyła mu w objeździe engenho. Często zatrzymywaliśmy się
wówczas przy drzewach awokado; papa zrywał jedno, rozkrawał je swoim
kozikiem, posypywał obie połówki cukrem z woreczka, po czym jedliśmy je,
śmiejąc się i rozmawiając radośnie. Życie było wówczas takie słodkie.
Nikt ze mną nie rozmawia. Równie dobrze mogłabym rozmawiać ze starą
Patulous. Przesiaduje na swoim sienniku w kącie mojego pokoju, jakbym
nadal była dzieckiem, przebiera rośliny i upiera się, bym nosiła przy
sobie rutę dla odpędzenia złych duchów. Jak dotąd nic to nie daje. Nie
ośmieliłabym się jednak powiedzieć o tym m?e de sant? -?złamałabym w ten sposób serce starej piastunce, ona zaś mogłaby mnie nawet
przekląć6. Cóż, wszyscy mamy swoje tajemnice.
Po co mam wstawać? Nagle przypominam sobie. Nie będę musiała oglądać
ciotki Julianne przy śniadaniu. Nie jest moją rodzoną ciotką. To daleka
kuzynka papy ze strony matki. Wczoraj wieczorem przycisnęła mnie do
chudej piersi i rzekła: "Nie zapomnij nigdy swego cudownego papy".
Wiedźma! Jak śmie sądzić, że mogłabym kiedykolwiek zapomnieć o papie.
Nikt jej nie lubi. Ma trzy różańce! Wypadają jej włosy. Prześwituje
przez nie różowa, łuszcząca się skóra. Zawsze, gdy czytam o "starych
pannach", mam przed oczami obraz ciotki Julianne. Choć od śmierci papy
minęły trzy miesiące, ona nadal wydziela woń choroby, a może starości.
Gdy mówi, ślina gromadzi się w kąciku jej ust. Obnosi się ze swoją
pobożnością i dobrymi uczynkami; co za szczęście, że wyjeżdża do kuzyna
N., któremu właśnie urodziło się dziecko, i to jemu będzie zawracać
teraz głowę. Dlaczego to ona nie umarła?
Papa był tak chory, że nie miał siły jej odesłać. Gdy było po wszystkim,
zaczęła przesiadywać na werandzie niczym usychająca roślina doniczkowa.
Pisząc te słowa, słyszę głośny świergot ptaków za oknem. Poranny deszcz
ustał. Czas wstawać.
Niedziela
Luis przejął po papie zwyczaj wygłaszania cotygodniowych
błogosławieństw. Umarł król, niech żyje król. On jednak jest tylko
nieznośnym książątkiem. Albo księciem zamienionym w żabę. Nie, raczej w ropuchę. Z pewnością mógłby żywić się muchami i karaczanami. Jest taki
odrażający. Siaduje teraz u szczytu stołu. Nigdy na niego nie patrzę.
Maniery ma wprost fatalne. M?e tego nie widzi, a może nie chce
widzieć. Czasami jestem pewna, że jest pijany, ale nikt tego nie
komentuje. Jeśli jestem dość głupia, by uchwycić jego spojrzenie, zabija
mnie wzrokiem.
Dzisiejsze błogosławieństwo dla robotników było okropne. Luis położył
sobie pod nogami grubą laskę -?niczym milczącą groźbę -?i przekładał ją
wielokrotnie, by znalazła się idealnie pod kątem prostym do jego szeroko
rozstawionych stóp. Nikczemnik. M?e stała z boku, w czarnym stroju, z oczami utkwionymi w krucyfiksie wiszącym na ścianie. Luis zażądał, abym
stanęła obok niej i patrzyła. "Jesteśmy rodziną", przypomniał mi, choć
widać było, że wolałby wykluczyć mnie z grona swoich krewnych. Podzielam
jego uczucia. Gdy weszli robotnicy, każdy z nich spoglądał naturalnie na
m?e, czekając, aby rozdała wszystkim czystą odzież na cały tydzień -
koszule i spodnie dla mężczyzn i białe koszule oraz spódnice z szorstkiego lnu dla kobiet. Dziś jednak rozdawała je Maria. Właściwie
rzucała nimi we wszystkich, obawiając się choćby dotknąć czarnoskórych.
Luis stał przy niej, sztywno wyprostowany, czekając, aż każdy z niewolników wygłosi formułkę: "Ojcze, daj mi błogosławieństwo". Obawiali
się choćby spojrzeć mu w twarz; zamiast tego wpatrywali się we własne
stopy, gdy Luis mówił: "Ja, król, was błogosławię".
Oficjalnie stałam się obecnie problemem o imieniu Carolina, jedną z tych
spraw, których papa nie zdążył załatwić do końca. Luis chce się mnie
pozbyć, wydać za mąż, ale nie ma najmniejszej ochoty dać mi posagu. Nie
da mi pieniędzy -?bo ich nawet nie mamy -?dysponujemy wyłącznie ziemią.
Perspektywa rozstania z choćby piędzią ziemi rodu Fonçeca jest dla niego
nieznośna. Nigdy tego nie zrobi. Patrzył na mnie dziś z pogardą, jak
zawsze, gdy rozmawiali z m?e o tym, że trzeba wydać mnie za mąż, a ja
nazwałam go świnią. Uderzył mnie. Polała się krew. M?e krzyknęła.
Maria skrzyżowała tylko tłuste ramiona; wyglądała na zadowoloną. Czego
można się spodziewać po brzydkiej grubasce, która nie może nawet urodzić
dziecka? Jeśli Maria przytyje bardziej, będzie musiała przechodzić przez
drzwi bokiem. Nienawidzi mnie za moją młodość i urodę. To papa
powiedział mi, że jestem piękna; to nie moja próżność. Luis zwrócił się
do m?e: "Zrób coś z nią. To czarownica". M?e odesłała mnie do mojego
pokoju. Nie mam nic przeciwko temu. Mam tu swoje książki, jeśli jednak
zechcę dostać cokolwiek do jedzenia, będę musiała błagać go na kolanach
o przebaczenie.
Później, tuż przed obiadem zeszłam po cichu na dół w poszukiwaniu m?e.
Znalazłam ją jak zawsze w kaplicy, pogrążoną w modlitwie przed wyblakłym
obrazem milczącej Madonny o twarzy pełnej miłości. "Carolino -?zwróciła
się do mnie -?musisz się uspokoić. Co powiedziałby papa?".
Pochyliłam głowę bez słowa. Gdybym otworzyła usta, wydobyłby się z nich
krzyk: "Nikogo z was nie obchodzi, co ze mną będzie. Papa nie pozwoliłby
Luisowi mnie uderzyć ani wydać mnie za mąż, żeby się mnie pozbyć".
Patrzyła na mnie tak smutno, że uległam i cicho odmówiłam zdrowaśkę.
Ucałowała mój policzek, ja zaś rozpłakałam się, nie z poczucia winy, jak
sądziła m?e, ale dlatego, że życie jest takie niesprawiedliwe.
Dlaczego to nie Luis umarł zamiast papy?
Środa
Koniec ze szkołą klasztorną w Bahii. Mam?e przyniosła mi tę wiadomość,
ale to sprawka Luisa. Niemal słyszę, jak mówi: "Dziewczęta nie
potrzebują edukacji. Każdy rozsądny mężczyzna uzna wykształcenie za
skazę na jej charakterze. Ma już szesnaście lat. Jest dorosła. Czego
jeszcze miałaby się uczyć? Wystarczy". Tak właśnie myśli wielu
właścicieli plantacji. Trzymają swoje córki w okowach. Nie, to nie tak,
ukrywają je gdzieś w mrocznych kątach jak brudną pościel. Balzac byłby
przerażony, gdyby dziś żył. Szkoda, że nigdy nie odwiedził Brazylii. W Bahii nie ma towarzystwa; może w Rio. Nie wiem. Nigdy nie podróżowałam;
znam świat wyłącznie z książek.
Co gorsza, mam?e wyjeżdża do Bahii, do wuja Antonia, by szukać męża
dla mnie. Mąż będzie okropny. Nikogo to nie obchodzi, nawet m?e.
Zawsze wolała Luisa, swego pierworodnego. Liczy się tylko wola syna.
Luis chce sprzedać kolejnych niewolników, twierdzi, że mamy zbyt wiele
gąb do wykarmienia. Świetny pomysł! Musi zająć się uprawą kawy i robieniem pieniędzy. Tak, musi stać się bogaty! Wszyscy chcemy, żeby mu
się to udało. Ha! Nie ja. Luis nie ma pojęcia o kawie, wyłącznie ją
pije. Wyrzuci Costę i zatrudni nowego zarządcę. To on jest tu panem.
Wszyscy muszą mu się kłaniać. Ja muszę zostać w domu, bo szkoła to
strata pieniędzy. To, czego pragnę, nie ma znaczenia. Kto chciałby
mądrej żony? Nikt.
M?e chce, aby ciotka Julianne (kuzynka N. zapewne wyzdrowiała na
samą myśl, że na łożu śmierci ciotka Julianne będzie trzymała ją za
rękę) przyjechała i została ze mną, gdy ona będzie rozpytywała wśród
krewnych o męża dla mnie, ponieważ Luis jedzie do Rio po sadzonki kawy,
a Maria ma zatrzymać się u swej rodziny. Dwa miesiące lub dłużej sama z ciotką Julianne! Chodziłaby za mną jak pies, dopytując się nieustannie,
co robię. "Czytasz, dlaczego?". "Poczytaj mi -?co to znaczy?". Gdybym
ośmieliła się czytać Balzaca, wpadłaby w furię i spaliła moje książki. W najlepszym razie kazałaby mi czytać żywoty świętych m?e. Och!
Ciekawe są w nich wyłącznie opisy tortur. Każdego wieczoru kładłabym się
do łóżka, wymyślając męczarnie dla ciotki.
Błagałam i prosiłam, by pozwolono mi jechać do Bahii z mam?e lub
zostać samej w domu; obiecywałam, że będę zachowywać się bez zarzutu i zrobię wszystko, czego zechce rodzina -?zaakceptuję ich wybór, wyjdę za
mąż, będę miła. Ten jeden raz mam?e wzięła moją stronę i rzekła:
"Niełatwo jest być kobietą (czy ja w ogóle myślę o sobie jako o kobiecie?). Jednakże dzieci są błogosławieństwem". Ukryłam niesmak.
Dzieci! Nie interesują mnie dzieci. Ani miłość. Ani słowa o miłości.
Kiedy jednak orzekła, że mogę zostać sama, obsypałam ją pocałunkami.
Poniedziałek
Jest późno; piszę w łóżku przy świetle świecy. Miał się dziś odbyć
uroczysty, pożegnalny obiad. Troje maluchów bawiło się pod stołem,
dopraszając się o jedzenie z naszych talerzy. Komedia. Zachowywały się
jak szczeniaki, wystawiały głowy spod stołu, uśmiechały się, błyskając
ząbkami i prosiły o krewetki i ciasto miodowe. M?e rozwodziła się
nad sakramentem małżeństwa, pobłogosławionym przez Boga. Maria rozsiadła
się, tłusta i zadowolona z siebie: ona wszak osiągnęła ten stan łaski.
-?A miłość? -?spytałam m?e.
W obliczu takiego zuchwalstwa aż zbladła z oburzenia. Jakże żałowałam,
że nie ugryzłam się w język. Luis, który zwykle nie zwraca uwagi na
nasze rozmowy przy obiedzie, wtrącił się, plując okruszkami. Według
niego jestem okropną dziewczyną, wydanie mnie za mąż będzie graniczyło z cudem, jestem głupia i czytam o wiele za dużo. Książki rozmiękczyły mi
mózg. Zaszczepiły mi dziwne pomysły, oderwane od prawdziwego życia.
Nazwał mnie przemądrzałą jędzą.
Wszyscy umilkli; nawet dzieci pod stołem przestały jeść. Wybuchłam.
-?Powiedz szczerze, Luis, czy kochasz Marię? A może kochasz jej posag i pozycję jej rodziny?
Luis wstał i podszedł do mojego krzesła; stanął za nim, sapiąc.
Odwróciłam się, jakby powodowana niewidzialną siłą. Rzucił się na mnie z pięściami. Zobaczyłam gwiazdy.
Mam?e krzyknęła:
-?Przestań!
-?Widzisz, z czym muszę się mierzyć, m?e? -?szczeknął Luis. -
Wyrosła z niej zupełna dzikuska. Wynoś się. Do swojego pokoju.
-?Podła dziewczyna -?dodała Maria. -?Dostałaś to, co ci się należało.
Nikt się z tobą nie ożeni. Jesteś sztuczna, snujesz się z kąta w kąt,
udając tragiczną heroinę. -?Przyciągnęła do siebie Luisa i pocałowała go
przeciągle. -?Oto miłość -?ogłosiła.
Kręciło mi się w głowie. Odsunęłam krzesło i stanęłam przed Luisem.
Zapytałam słodko, czy mogę odejść.
Wbił palce głęboko w moje ramię.
-?Teraz ja jestem głową tej rodziny. To, czy wyjdziesz za mąż, za kogo i kiedy, zależy ode mnie.
Zdobyłam się jedynie na dygnięcie, nie mogąc wymówić ani jednego słowa
więcej. Próbując zachować resztki godności, powoli wyszłam z pokoju,
powtarzając w myślach: "Nie płacz; nie pozwól, żeby zobaczył twoje łzy;
niech nie myślą, że cię pokonał".
Co mam robić?