Historia nałogów - Tadeusz Czerniawski

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 5: Stymulanty - Paliwo cywilizacji

I. Wprowadzenie - rodzina pobudzaczy

Gdy myślimy o narkotykach, przed oczami stają nam zwykle obrazy głębokiego odurzenia - człowiek nieprzytomny po alkoholu, narkoman z igłą w żyle, palacz opium pogrążony w letargu. Ale istnieje cała rodzina substancji, które działają w przeciwnym kierunku. Nie usypiają, nie odurzają, nie pogrążają w marzeniach sennych. Pobudzają. Wyostrzają. Przyspieszają. Dają siłę tam, gdzie jej brakuje, jasność tam, gdzie panuje mgła, energię tam, gdzie zapanowało zmęczenie.

Stymulanty - bo o nich mowa - różnią się od opiatów fundamentalnie. Podczas gdy opiaty są dość jednorodną grupą chemiczną, stymulanty przybierają rozmaite formy, od naturalnych po całkowicie syntetyczne. Wszystkie one mają jednak wspólną cechę: potrafią zwiększać sprawność umysłową i fizyczną, a niektóre wywołują wyraźnie przyjemne efekty, które czasem prowadzą do uzależnienia.

Od czasów prekolumbijskich cywilizacji Mezo- i Ameryki Południowej, przez europejskie oświecenie, po współczesny świat korporacji i studentów podczas sesji - stymulanty towarzyszą ludzkości jako paliwo, które pozwala przekraczać granice własnej wydolności. Majowie, Aztekowie, Inkowie i Olmekowie używali ich zarówno w rytuałach religijnych, by osiągnąć odmienne stany świadomości i zdobyć duchowe doświadczenia, jak i w codziennym życiu, by zwiększyć czujność, wyostrzyć percepcję i podnieść wytrzymałość fizyczną.

Dziś, w XXI wieku, używamy stymulantów z tych samych powodów. Pilot potrzebuje kawy, by nie zasnąć za sterami. Kierowca sięga po energetyka, by dojechać do celu. Student łyka tabletki z kofeiną, by przetrwać noc przed egzaminem. Menedżer zażywa leki na ADHD, by sprostać wymaganiom korporacji. Wojsko od dziesięcioleci faszeruje żołnierzy amfetaminą, by walczyli dłużej i skuteczniej.

To właśnie odróżnia stymulanty od innych substancji - są użyteczne. Społecznie akceptowane. Często wręcz premiowane. Ktoś, kto pije kawę w pracy, jest postrzegany jako sumienny pracownik. Ktoś, kto bierze amfetaminę, by napisać książkę, może zostać okrzyknięty geniuszem. Ktoś, kto pali crack, trafia na dno. A przecież mechanizm działania jest ten sam - tylko skala, kontekst i społeczna definicja się różnią.

W tym rozdziale przyjrzymy się trzem wielkim historiom stymulantów. Po pierwsze - koki i kokainy, od świętej rośliny Inków po rafinowany proszek w sferach wyższych epoki wiktoriańskiej i współczesne kartele narkotykowe. Po drugie - nikotyny, najbardziej egalitarnego nałogu świata, który przez stulecia zbierał żniwo śmierci, zanim zrozumieliśmy jego mechanizm. Po trzecie - kofeiny, tego "nałogu produktywności", który napędza kapitalizm i bez którego większość z nas nie wyobraża sobie poranka.

II. Liście koki - dar Inków

Gdzieś w andyjskich górach, mniej więcej w tym samym czasie, gdy pierwsi ludzie malowali na ścianach jaskiń wizerunki zwierząt, jeden z nich odkrył niezwykłe właściwości krzewu koki. Gdy żuł jej liście, działy się z nim niezwykłe rzeczy: głód i zmęczenie ustępowały, zastąpione uczuciem siły i mocy. Świat przestawał być tak złym miejscem do życia.

Zanim Francisco Pizarro poprowadził swoich konkwistadorów do Peru na początku XVI wieku, liść koki zajął już wyniosłe miejsce w imperium Inków. Legenda głosiła, że koka została sprowadzona z nieba na ziemię przez Manco Capaca, syna Boga Słońca i założyciela dynastii Inków, od której wywodziła się klasa rządząca.

W imperium Inków koka nie była dla wszystkich. Używali jej przede wszystkim kapłani podczas ceremonii religijnych, arystokracja dla przyjemności i posłańcy, którzy musieli pokonywać setki kilometrów górskimi ścieżkami, by dostarczyć wiadomości. Żucie liści koki pozwalało im biec dalej, szybciej, bez jedzenia i snu. Była to substancja sakralna i użyteczna zarazem - dar bogów dla wybranych.

Hiszpanie, którzy podbili imperium Inków, nie mieli szacunku dla koki. Postrzegali ją jako kolejny przejaw pogaństwa, jako element kultury ludu, który nie miał prawa do cywilizacji. Ale nowi władcy byli praktyczni. Szybko zorientowali się, że koka pozwala popychać rodzimych robotników daleko poza normalne granice fizycznej wytrzymałości. Więcej cyny i srebra można było wydobyć z kopalni, karmiąc robotników mniejszą ilością jedzenia. Liść koki stracił swój status sakramentu i przyjemności klasy rządzącej. Stał się częścią wewnętrznej ekonomii hiszpańskiego Peru, środkiem zwiększania wydajności i narzędziem niszczenia inkaskiego ludu i jego cywilizacji.

Tak wyglądał los koki przez kolejne stulecia. W andyjskich wioskach żuto ją nadal, ale już bez dawnej świętości. Była częścią codzienności, sposobem na przetrwanie w trudnych warunkach, na wysokogórskich wysokościach, gdzie tlenu jest mało, a pracy dużo. Do dziś w Boliwii i Peru miliony ludzi żują liście koki - legalnie, tradycyjnie, bez żadnych negatywnych konsekwencji zdrowotnych. To nie jest narkotyk. To jest roślina.

III. Podróż do Europy - Paolo Mantegazza i narodziny mitu

Nieuniknione było, że Europejczycy zetkną się z efektami działania koki, zarówno przez obserwację tubylców, jak i przez osobiste doświadczenia. Przez prawie cztery stulecia od podboju Peru do połowy XIX wieku wiedza o koki nie rozprzestrzeniła się jednak szerzej. Niektórzy sugerują, że liście koki psuły się podczas długiej podróży z Nowego Świata do Starego, dostarczając do Europy materiał w większości nieaktywny.

W 1859 roku włoski lekarz Paolo Mantegazza, który spędził trochę czasu wśród peruwiańskich tubylców, opisał swoje doświadczenia z koką w sposób, który na zawsze zmienił jej postrzeganie. Po zażyciu koki popadł w stan, który nazwał "delirium". Gdy minęło, zapisał te słowa:

"Niektóre obrazy, które próbowałem opisać w pierwszej części mojego delirium, były pełne poezji. Śmiałem się z biednych śmiertelników skazanych na życie w tej dolinie łez, podczas gdy ja, niesiony na wietrze dwóch liści koki, leciałem przez przestrzenie wielu światów, każdy wspanialszy od poprzedniego. Godzinę później byłem wystarczająco spokojny, by napisać te słowa pewną ręką: Bóg jest niesprawiedliwy, ponieważ uczynił człowieka niezdolnym do wytrzymania efektu koki przez całe życie".

Mantegazza nie był pierwszym ani ostatnim, który opisywał efekty koki w tak entuzjastycznych słowach. Ale jego relacja trafiła na podatny grunt. Europa była gotowa na odkrycie nowego, egzotycznego środka, który obiecywał ulgę od zmęczenia, depresji i codziennych trosk.

IV. Albert Niemann i izolacja kokainy

Rok przed tym, jak Mantegazza pisał swoją pochwałę koki, Albert Niemann został przyjęty jako student do laboratorium Friedricha Wöhlera, jednego z najwybitniejszych niemieckich chemików. Mistrz przydzielił Niemannnowi zadanie wyizolowania czystych substancji chemicznych z liści koki. Zaledwie dwa lata później Niemann przedłożył wydziałowi swoją pracę doktorską. Nosiła tytuł "O nowej organicznej bazie w liściach koki". Substancji, którą oczyścił, nadał nazwę - kokaina.

Nowoczesna era koki rozpoczęła się na dobre. Uwolniona od ograniczeń i niepewności związanych z surowymi liśćmi koki, naukowcy w wielu częściach świata zaczęli badać właściwości farmakologiczne kokainy. Raporty o jej wartości w leczeniu gruźlicy, problemów żołądkowych, impotencji i różnych zaburzeń psychicznych stały się powszechne. Amerykańscy lekarze zalecali kokainę jako lekarstwo na alkoholizm i "opiumowe przyzwyczajenie".

Jeśli te twierdzenia wydają się przesadzone, pamiętajmy, że medycyna połowy XIX wieku wciąż w dużej mierze opierała się na efekcie placebo. Lek o właściwościach opisywanych przez Mantegazzę z pewnością przypisywano wielkie moce uzdrawiające.

Jednym z tych, którzy chcieli wykorzystać potęgę kokainy, był Angelo Mariani, korsykański chemik. W 1862 roku zaoferował do sprzedaży Vin Tonique Mariani. Wino Marianiego było Bordeaux zawierającym liście koki. Alkohol doskonale uwalniał kokainę z liści. Reklama obiecywała, że wino poprawi zdrowie użytkownika. Wkrótce Vin Mariani stało się ulubionym napojem artystów, pisarzy, polityków, a nawet papieża Leona XIII, który nagrodził Marianiego złotym medalem.

W Stanach Zjednoczonych pojawiły się podobne toniki. Jeden z nich, Pemberton's French Wine, dał w 1885 roku początek bezalkoholowemu pochodnemu o nazwie Coca-Cola. Do dziś Coca-Cola aromatyzowana jest liśćmi koki, z których usunięto kokainę, a dodano kofeinę, by zapewnić efekt stymulujący.

V. Freud spotyka kokainę

Raporty o medycznych zastosowaniach kokainy czytał młody wiedeński lekarz o nazwisku Zygmunt Freud, który dopiero rozpoczynał swoją karierę. Był żądny, by zaznaczyć swoją obecność w świecie nauki, a badanie kokainy wydawało się odpowiednim środkiem. Kilka proponowanych zastosowań kokainy było zresztą dla Freuda osobiście interesujących; często cierpiał na niestrawność i depresję.

Używając siebie jako obiektu doświadczeń, Freud rozpoczął obserwacje nad kokainą. W czerwcu 1884 roku opublikował artykuł "Über Coca", który opisał swojej narzeczonej jako "pieśń pochwalną na cześć tej magicznej substancji". Entuzjazm Freuda był bezgraniczny:

"Przyjmuję bardzo małe dawki regularnie przeciw depresji... z najbardziej błyskotliwym skutkiem. Efekty są ożywcze i dają długotrwałą euforię, która w niczym nie różni się od normalnej euforii zdrowego człowieka. Dostrzegasz wzrost samokontroli i posiadasz więcej witalności i zdolności do pracy".

Freud zalecał także kokainę przy zaburzeniach trawiennych, jako stymulant apetytu, przy odstawianiu morfiny, na astmę i jako afrodyzjak. Był przekonany, że odkrył lek uniwersalny.