Historia białego wieloryba - Luis Sepúlveda

Reflow text when sidebars are open.
3
Wieloryb opowiada o swym świecie
Ja, wieloryb barwy księżyca, mieszkam w morzu, którego granicą jest ziemia - to od niej nadchodzi światło dnia - i horyzont, gdzie słońce zanurza się w oceanie, aby ustąpić miejsca gwiazdom. Woda jest zimna, poprzecinana lodowatymi prądami, które napływają z samego krańca świata, gdzie wszystko jest białe, a morze przemienia się w olbrzymią skałę barwy soli, rosnącą, gdy noce są bardzo długie, a malejącą, kiedy dni zdają się nie mieć końca.
Na stałym lądzie, będącym granicą morza, w którym mieszkam, jest bardzo niewielu ludzi, a lasy rozrastają się, dotykając niemal samego nabrzeża. Zazwyczaj schodzę w podmorskie przepaście niedostępne dla innych gatunków, a moje olbrzymie płuca pozwalają mi pozostawać pod wodą długi czas bez wypływania na powierzchnię dla zaczerpnięcia powietrza. Potem wynurzam się z głębiny. Przez szczelinę w moim grzbiecie wypuszczam powietrze, którego nabrałem, i ponownie napełniam nim płuca, by zanurzyć się po raz kolejny.
Poruszam się w podmorskiej ciemności. Z mojej olbrzymiej głowy wydobywam dźwięk podobny do pisku - on biegnie przede mną, a potem do mnie wraca - w ten sposób otrzymuję ostrzeżenie o przeszkodzie. To potężny dźwięk, który ponadto służy mi do ogłuszania mojej ulubionej zdobyczy, czyli kalmara. Kiedy płynę tuż pod powierzchnią wody, jedno z mych oczu obserwuje wybrzeże i wszystko, co się na nim dzieje. Drugie - kontroluje horyzont.
W miarę jak zbliżam się do coraz zimniejszych wód, stały ląd dzieli się na wyspy, między nimi są kanały, ciemne i bardzo głębokie, a wybrzeże otwiera się na fiordy o wysokich, stromych zboczach. Te spokojne wody są najodpowiedniejszym miejscem, by zalecać się do samic i łączyć w pary.
Ja, wieloryb barwy księżyca, jestem samcem z gatunku kaszalotów, plemienia fiordów i wysp. W pewnym momencie, już rozmytym w tajemnicy czasu, inne samce kaszalota o barwie księżyca rozpoczęły rytuał łączenia się w pary. W tym celu wynurzały się z głębin i wykonywały skoki, dzięki którym potrafiły zawisnąć w powietrzu, potem opadały na grzbiet, wznosząc fontanny piany. Zanurzały się ponownie, smagając wodę płetwami grzbietowymi, schodziły tak głęboko, że prawie dotykały morskiego łoża i wypływały znowu, wykonując kolejne błyskawiczne salta. Cała grupa samców tymi podniebnymi skokami okazywała swą energię i zwinność wzruszonej samicy, która następnie łączyła się ze wszystkimi konkurentami. A potem ona wydała na świat mnie - gdyż ja, kaszalot barwy księżyca, urodziłem się w zimnych wodach otaczających wyspę, którą ludzie nazywają Mocha[2], i zostałem dziedzicem siły i wigoru wszystkich samców z mojej grupy. Piłem gęste mleko matki, chroniony przez nią i przez wszystkie samce, aż urosłem odpowiednio, by stać się największym stworzeniem żyjącym w oceanie, w absolutnej samotności.
Mój świat spowija cisza. Żadna istota nie skarży się, nie krzyczy, nie pomrukuje ani nie kwili pod wodą, jedynie my, największe stworzenia, przerywamy od czasu do czasu ciszę. Ja, przedstawiciel rodziny kaszalotów, wydaję pisk, wieloryby błękitne i grindwale porozumiewają się dzięki seriom harmonijnych śpiewów rozweselających samotność nocy, natomiast szybkie delfiny zwołują się na swe długie podróże pogwizdywaniem, które utrzymuje grupę w jedności. W morskich głębinach nic więcej nie słychać. Za to na powierzchni nie ustaje głos wiatru, dźwięk uderzających o siebie fal, krzyk mew i kormoranów, a niekiedy istoty mającej najmniejsze zdolności do życia w morzu: człowieka.