Historia bez cenzury 5. I straszno, i śmieszno - PRL - Wojciech Drewniak

-
Proszę czekać

Uszanowanko, witam w kolejnej części HBC. Książce, która ma szansę wywołać większe poruszenie niż części poprzednie. Czemu? Bo im historia świeższa, tym więcej wzbudza emocji.

Bardzo wielu z Was opisywane tu czasy pamięta. A może nasłuchaliście się o komunie od rodziców czy dziadków, a potem, konfrontując informacje wyniesione z domu z opowieściami znajomych albo informacjami z lekcji... zwyczajnie zgłupieliście. Bo w niejednej rodzinie komunę wspomina się zupełnie inaczej - na przykład jako złote czasy. Czemu? To nie jest wcale proste, ale zrobiłem, co w mojej mocy, żeby ta książka pomogła zrozumieć, w jak różnych sytuacjach znaleźli się za PRL-u Polacy. Inną sprawą jest to, że choć Polska Ludowa to czasy wcale nie tak odległe, to utrwaliło się mnóstwo stereotypów, w których wyrosły całe pokolenia, i dobrze by było wreszcie z tym czczym pieprzeniem skończyć. Bo to wcale nie Sowieci odbudowali nam stolicę, nie każdy z teczką bezpieki był kolaborantem, a Gierek to nie do końca był takim herosem gospodarki, jak wujek kiedyś wspominał. To znaczy akurat nie mój, ale bardzo wiele osób takiego wujka ma, prawda?

Każdy nosi w głowie odrobinę inny obraz PRL-u, ale mam nadzieję, że po przeczytaniu kolejnych stron ten nabity stereotypami, rodzinnymi opowieściami i skromną wiedzą prezentowaną przez niedożywionego, znudzonego nauczyciela odrobinę się poszerzy. Jedni zrozumieją, że komuna wcale nie była taka spoko, z kolei inni wyzbędą się wyobrażenia, że w latach 80., jak człowiek szedł po chleb, to za każdym razem już na podwórku dostawał lańsko od ZOMO. Czy w tej książce jest wszystko o PRL-u? Pewnie, że nie. Każdy z tych rozdziałów mógłby dostarczyć tematów na osobną książkę. Cel był jednak taki, żeby umożliwić Wam spojrzenie na komunę pod różnym kątem - od brutalnych morderstw po sportowe sukcesy. Od wielkiej i bezwzględnej polityki po małe ludzkie życzliwości.

Jak zwykle pragnę też uspokoić, że to, co znajdziecie na kolejnych stronach, to dokładnie ten styl, do jakiego zdążyliście przywyknąć w HBC. Chyba że to Wasz pierwszy kontakt z tą serią, to w takim razie mam nadzieję, że się spodoba. Aczkolwiek proces powstawania książki odrobinę się różnił od poprzednich. Bo głupi bym był, gdybym pisząc o epoce tak nieodległej, nie skorzystał ze wspomnień jej naocznych świadków. Tylko bez obaw -dziewięćdziesiąt pięć procent materiału z tej książki opiera się na uznanych publikacjach. Pozostałą część, czyli owe rodzinne anegdoty, dokładnie sprawdziliśmy pod kątem historycznej prawilności. I nie żebym nie ufał rodzicom. Albo Paweł swojemu dziadkowi. Albo Tomek swojej pamięci. Zwyczajnie dla czystego sumienia tak należało zrobić. Jednak te kilka procent uzupełnienia owej książki o życiowe doświadczenia bliskich osób sprawiło, że praca nad HBC5 była jeszcze większą frajdą. Frajdą, do której przeżywania zachęcam i Was. Niech ta książka posłuży Wam do wyrobienia sobie szerszego obrazu tej dziwnej epoki, a później - uzbrojeni w wiedzę - idźcie pogadać z bliskimi. Będziecie zaskoczeni, jakie historie opowiedzą Wam ludzie, których - jak Wam się wydawało - lepiej już poznać nie możecie. Trzeba tylko wiedzieć, o co pytać. Niech HBC5 Wam w tym pomoże. Aha, no i w dobrej zabawie też. Bo - bez fałszywej skromności - to jest bardzo fajna książka :D

II wojna światowa w Europie skończyła się w 1945 roku. Jednak na sporej części polskich ziem spokój z Niemcami mieliśmy już w roku 1944. Ale PRL powstał dopiero w roku 1952... Zaraz, co?! Zrobił się lekki chaos, prawda? Spokojnie - celem tego rozdziału jest właśnie ogarnięcie tego burdelu. Proces przejmowania władzy przez komunistów w powojennej Polsce był dość długi i wiele sił włożono w to, żeby nasi przodkowie uwierzyli, że nowa władza spadła im z nieba... co w sumie po części było prawdą. Te lata to też czas działania nie zawsze dobrych żołnierzy wyklętych i powstania nie zawsze złego Ludowego Wojska Polskiego... o, już czuję, jak niektórym żyłka na czole coraz żwawiej pulsuje. Spokojnie, już to wyjaśniam. Podobnie jak wiele innych kwestii, jak chociażby, o co chodzi z tym sławnym "3 × TAK".

Rok 1952 był ukoronowaniem planów Stalina wobec naszego kraju. A nawet nie tylko Stalina, bo i wcześniej bolszewicy bardzo chcieli włączyć nasze ziemie do swojego imperium, jednak na jakiś czas wybito im to z głowy za pomocą wojny i jej widowiskowego finiszu w postaci Bitwy Warszawskiej. Kolejne podejście rozpoczęli Sowieci przy okazji II wojny światowej i tym razem poszło im zdecydowanie łatwiej. Myślę, że nie ma co rozwodzić się nad tym, jak to nam Sowieci wbili nóż w plecy, najpierw zagarniając część ziem w pakcie z Hitlerem, a potem wyrzynając nam elity, chociażby w Katyniu. Nie żeby to było mało istotne, zwyczajnie są to dość znane fakty. Mniej natomiast mówi się o tym, co Gruziński Wąsacz zaczął wyprawiać w naszej sprawie w roku 1941.

Otóż wydał rozkaz tworzenia na terenach Polski komunistycznych ekip, które z czasem ułatwiłyby przejęcie władzy w kraju nad Wisłą. Tylko teraz wypada zadać sobie pytanie: "Kto normalny, pamiętając wojnę z bolszewikami i mało eleganckie zachowanie ZSRR 17 września 1939 roku, chciałby tworzyć w Polsce komunistyczne partie?". Otóż prawie nikt. Toteż postanowiono przerzucić takich działaczy z ZSRR. A wręcz "zrzucić", bo mieli spaść nam z nieba jak José Arcadio Morales. W zasadzie to porównanie nie jest wcale takie od czapy. Czemu? Ano dlatego, że pierwszy samolot z komunistą mającym stworzyć u nas zalążki partii wystartował już we wrześniu 1941 roku, jednak lądowanie miał równie efektowne co sobowtór Jurka Kilera. Przy czym komunistyczny działacz jednak nie przeżył. Kolejna ekipa wzbiła się w powietrze pod koniec grudnia. A kto tam był?

Paweł Finder, Bolesław Mołojec i dowódca "grupy inicjatywnej" Marceli Nowotko. W zasadzie mógłbym sobie tutaj darować ich wymienianie, bo jak za moment się przekonacie, większość z nich szybko pokończyła kariery, ale chyba warto o nich wspomnieć i podkreślić, że wszyscy niestety pochodzili z polskich ziem. Wybrali jednak komunizm i to nie tylko w teorii, bo w praktyce też byli oblatani - Marceli już w 1920 roku wydawał wyroki śmierci na Polaków w czasie wojny z bolszewikami. Słabo? Pewnie, że słabo, ale nie wolno odmówić im zaangażowania i nie powinno nas w takim razie zbytnio dziwić, że już 5 stycznia 1942 roku założyli Polską Partię Robotniczą, działali ambitnie na polskiej ziemi, mimo że ta nie przyjęła ich gościnnie - przy lądowaniu Marceli złamał nogę. I dobrze.

Polska Partia Robotnicza szybko poszerzyła się o nielicznych miłośników komunizmu, bo jednak i tacy u nas byli (choć początkowo niewielu) i zrzeszali się w grupach o tak lotnych nazwach jak choćby "Młot i Sierp". Z ich zwerbowaniem nie było większych problemów, jednak kłopoty były z przekonywaniem nowych osób do tej osobliwej filozofii oraz generalnie funkcjonowaniem w okupacyjnych realiach. Z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, do końca wojny było daleko. Niemcy wtedy jeszcze nawet nie wiedzieli, co ich czeka pod Stalingradem. W Warszawie, gdzie ta cała "grupa inicjatywna" działała, czuli się bardzo pewnie, a Gestapo kosiło ludzi na potęgę za o wiele mniejsze pierdoły niż rekrutowanie do struktur partii zależnej od ZSRR, z którym - przypomnijmy - III Rzesza toczyła dość krwawą wojnę. Inna sprawa, że po przygodzie we wrześniu 1939 roku, jak również po epizodzie z lat 1919-1921, Polacy radzieckich komunistów darzyli i dużym szacunkiem, i zaufaniem. A zatem bycie sowieckim działaczem w okupowanej Warszawie w 1942 roku było bezpieczne jak namiętny pocałunek z gruźlikiem i miało tak samo duże szanse powodzenia co szukanie sprośnej fraszki w dorobku H.P. Lovecrafta. A, no i był jeszcze trzeci czynnik, o którym nie wolno zapominać, jak się robi dla komunistów. Mogą cię zbić koledzy. I nie ma sensu szukać tu przykładów gdzieś dalej, skoro sama "grupa inicjatywna" dostarcza najlepszego - kariera pierwszego na naszych ziemiach sekretarza Komitetu Centralnego, Marcelego Nowotki, nie trwała długo, bo 28 listopada 1942 roku został zamordowany. Przez kogo? Zdania przez jakiś czas były podzielone i nawet próbowano zwalić winę na AK, ale po pewnym czasie okazało się, że najpewniej morderstwo zlecił partyjny kolega - Bolek Mołojec, a egzekucję wykonał jego brat, za co obaj zostali zabici przez innych komunistów. Tak że z trzech kolesi stanowiących trzon komunistycznej siatki dwóch zginęło wskutek wewnętrznych gierek. Teraz brzmi to może szokująco, ale do takich akcji zdążymy się jeszcze przyzwyczaić.

Pomijając jednak pewne nieporozumienia i zgony w ekipie, najpoważniejszym problemem była wspomniana już niechęć Polaków do komunizmu. Postanowiono więc nie afiszować się z tymi poglądami i głoszono - wierzcie lub nie - hasła demokratyczno-patriotyczne, które biły po oczach z założonej przez pionierów "Trybuny Wolności". Wszystko, żeby się przypodobać ludziom. Jednak teoria teorią, a praktyka też musiała być. Komuniści założyli też Gwardię Ludową, która w stolicy (to znaczy tej naszej, a nie w Moskwie) organizowała zamachy na Niemców. Przy czym nie były to jakieś superzorganizowane akcje mające ubić wielkie hitlerowskie szychy, a raczej spontaniczne zamachy terrorystyczne w kawiarniach.

Przykładem perfekcyjnego działania nie była też organizowana przez komunistów partyzantka - pierwszy oddział, który był tak samo kijowo wyszkolony co uzbrojony, po trzech miesiącach rozbili Niemcy. Jednak info poszło w świat i na fali nienawiści do hitlerowców powstawały kolejne i kolejne grupy partyzantów związane z komunistami. Jesienią 1942 roku było ich już ze trzydzieści, a w roku 1944 przekształciły się w Armię Ludową, która miała być konkurencją dla Armii Krajowej - niby jedni i drudzy walczyli z nazistami, ale po wojnie tylko jedna z tych ekip została uznana za bohaterów. Niektórzy nie chcą nawet myśleć o tym, że Armia Ludowa miała cokolwiek wspólnego z polskim wojskiem przed wojną, ale warto chociażby wiedzieć, że na jej czele stanął były oficer wojska polskiego - Michał Rola-Żymierski. A czemu były? Bo przed wojną wyleciał. Za korupcję.

To oczywiście nie koniec szemranych typów, którzy na polecenie Stalina tworzyli z czasem kolejne struktury polskiego ruchu komunistycznego. I tu przechodzimy do nazwisk odrobinę bardziej znanych. Bo o Wasilewskiej, Berlingu i Witosie słyszało pewnie więcej osób niż o jakimś Mołojcu. Zacznijmy od tego, co nam najmocniej nie pasuje, bo czy Witos to nie był przypadkiem całkiem spoko ziomek, polityk (w tym premier) i jeden z ojców polskiej niepodległości? Był, ale Wincenty. Tu jednak chodzi o jego młodszego brata - Andrzeja, który współtworzył komunistyczny Związek Patriotów Polskich. Jednak nie był taką gnidą jak chociażby Wanda Wasilewska. Jej należy się tutaj kilka zdań, bo ta urodzona w Krakowie dziewczyna miała w życiu jedną prawdziwą miłość i bezsprzecznie był nią komunizm. Niby słabo, ale tak bezwarunkowego oddania to faktycznie ze świecą szukać. Uważała na przykład, że może i faktycznie trochę Polski szkoda, ale pakt Ribbentrop-Mołotow był niezbędny, żeby ZSRR mógł się lepiej przygotować do walki z III Rzeszą i uratować świat. To jeszcze nawet można się starać jakoś zrozumieć. Ale kiedy NKWD zabiło jej drugiego męża i w wyjaśnieniu padło "ej, sorry... trochę tak przypadkiem wyszło...", to Wanda nie miała większego żalu. Jej absurdalne wręcz oddanie partii było zresztą bardzo mocno doceniane, bo Wanda w czasie wojny była głównym doradcą Stalina w sprawach polskich i jako jedna z bardzo niewielu osób w kraju... miała prywatny numer do samego wodza! Mogłaby wycinać mu żarty nocnymi telefonami, ale nie robiła tego, bo wszyscy wiedzieli, że Stalin ma wszystko poza poczuciem humoru.

Kogo my tam jeszcze mieliśmy do szybkiej biografii? Aaa, Zygmunt Berling. Ten to był krejzol dopiero. Chociaż początkowo zapowiadało się bardzo dobrze - od wybuchu I wojny do 1939 roku jego kariera wojskowa zapierniczała jak rozjuszona ranna locha. Karierę zaczynał nie byle gdzie, bo w legionach. Dwudziestolecie międzywojenne też było OK w jego wykonaniu, nie licząc samej końcówki, kiedy to w dość niejasnych okolicznościach wyleciał z armii na ryj. Mimo wszystko był oficerem w stanie spoczynku, co sprawiło, że szybko znalazł się w sowieckiej niewoli z innymi wojskowymi. Tej niewoli? Tak, tej, która dla większości skończyła się strzałem w potylicę, jednak Berling zaoferował NKWD swoje usługi, a Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych chętnie z tej propozycji skorzystał. Potem Berling przez jakiś czas był na przykład szpiegiem w Armii Andersa, jednak to z innych wojsk jest o wiele bardziej znany.

Komuniści bowiem, poza propagowaniem haseł o reformach i konieczności powrotu Polski do granic z czasów piastowskich (głównie po to, żeby nie było żal terenów, które nam capnęli Sowieci w roku 1939), zaczęli też tworzyć już nie partyzantkę, ale regularną armię, która miała być konkurencją dla Polaków walczących na Zachodzie i o których było całkiem sporo w książce HBC3. Ta konkurencja, która zaczęła zawiązywać się w roku 1943 i której szefem mianowano znanego nam już Berlinga, miała przejść do historii jako Ludowe Wojsko Polskie, na którego wspomnienie wiele osób wzdryga się dziś równie mocno jako po obejrzeniu Huberta Urbańskiego rapującego w "Bitwie na głosy". OK, może z odrobinę ciut mniejszym zażenowaniem, ale z porównywalnym wstrętem. Tylko czy słusznie?

Z jednej strony tak, bo LWP niby działało we współpracy z Armią Czerwoną i NKWD, ale odbywało się to na szczeblach oficerskich. Pamiętajmy też, że zwykli żołnierze, którzy wstępowali do tej formacji w czasie wojny, to byli w większości młodzi ludzie chcący nakopać Niemcom do dup, a przy okazji zawinąć się jak najszybciej z przymusowej wywózki do ZSRR. A że wielu z nich nie zdążyło do armii Andersa, to walka w LWP była jedyną możliwością spełnienia wyżej wymienionych marzeń. Wściekli na Niemców chłopcy, którzy w wielu przypadkach potracili bliskich - jak nie w wojnie obronnej, to za okupacji. Oni przede wszystkim chcieli walczyć z hitlerowcami, a nie wznosić modły do Stalina. Najprościej więc rzecz ujmując - Ludowe Wojsko Polskie to nie była najwspanialsza odsłona polskich sił zbrojnych, ale w jego skład nie wchodzili wyłącznie źli komuniści. Jednak wszyscy bez wyjątku zostali bez wazeliny wykorzystani przez sowiecką propagandę, i to bardzo szybko. Bo owych gniewnych żołnierzy LWP postanowiono rzucić do walki pod Lenino (dzisiaj na Białorusi), mimo że nie skończyli jeszcze szkolenia wojskowego. To trochę tak, jakby wystawić do wyścigu samochód z trzema kołami: dojechać, może i dojedzie, ale mało efektownie. Zginął co czwarty. Generalnie bitwie pod Lenino daleko było do wielkiego sukcesu w walce z Niemcami, ale sowieckie media miały inne zdanie i z ewidentnej porażki, która co najwyżej lekko zmęczyła przeciwnika, zrobiły imponujące zwycięstwo Armii Czerwonej wspieranej przez dzielne, młode Ludowe Wojsko Polskie, co jak na dłoni pokazywało wsparcie Polaków dla sowieckiej polityki. Teza dość śmiała, ale właśnie taki przekaz poszedł w świat. Wszystko szło po myśli Stalina, ale roboty miał jeszcze sporo.

Bo co z tego, że tworzył sobie ekipę, która w przyszłości miała przejąć rządy w Polsce, jeśli polski rząd już istniał. I to niestety na emigracji w Londynie, więc nie za bardzo dało się go odstrzelić. Cóż więc robić? Trzeba było najpierw powołać nowy rząd i później zrobić tak, żeby świat myślał, że Polacy faktycznie chcą, żeby to on rządził, a nie te ziomki z Londynu. Brzmi jak spore wyzwanie, ale Stalin był potężny, już nie takie cyrki odstawiał, no i pamiętajmy - miał wielu wiernych przydupasów, w tym coraz więcej na naszych ziemiach. Bo już nie mówimy o roku 1942, kiedy Niemcy sobie kozaczyli, teraz było już lato 1944 roku i Sowieci parli do przodu, zajmując kolejne tereny, w tym Chełm, co miało się okazać bardzo ważne.

O Chełmie warto wiedzieć trzy rzeczy:

Po pierwsze, jak się schodzi do podziemnego muzeum kredy, to nawet latem warto mieć bluzę, bo jest tam okropnie zimno.

Po drugie, jedna z lokalnych knajp serwuje tam tak straszną wątróbkę, że wymiotowałem po niej w krzakach. Nie mogę chyba napisać, co to za knajpa, bo mnie pozwą, więc na wszelki wypadek nie bierzcie wątróbki w całym Chełmie.

Po trzecie, 22 lipca 1944 roku moskiewskie radio podało, że to właśnie tam utworzono PKWN.

Informacja numer trzy jest zdecydowanie najważniejsza i jednocześnie tylko w części prawdziwa. Ale od początku... Czym do ciężkiej cholery był PKWN? Rozwinięcie skrótu to Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego i oficjalnie była to organizacja założona przez Polaków, która miała przejmować władzę na ziemiach "wyzwolonych" przez Armię Czerwoną. Bardzo mocno akcentowano, że to nasi rodacy sami z siebie ten PKWN zawiązali i to jest polska inicjatywa ciesząca się wsparciem zwykłych mieszkańców. Oczywiście prawda była zupełnie inna: PKWN został założony przez Stalina i polskich komunistów. I to nie w Chełmie, tylko w Moskwie. W Chełmie tylko ogłoszono to, co spisano w stolicy ZSRR. Zresztą z tym ogłoszeniem to też są niezłe jaja, bo niby informacja w sowieckim radiu padła 22 lipca, ale Armia Czerwona odbiła Chełm dopiero dzień później. Pierwszy manifest PKWN wydrukowano w Chełmie dopiero 26 lipca, a pierwsi jego członkowie przyjechali do miasta z Moskwy kolejnego dnia. O ile nieścisłości w radzieckich mediach chyba nikogo nie dziwią, o tyle pewnie paru osobom przy słowach "manifest PKWN" z zastanowienia uniosła się brew. Luz, już to sobie wyjaśniamy.

Manifest to generalnie taki zbiór założeń. PKWN wydał taki manifest, żeby ludzie wiedzieli, co to za pieroństwo, bo pierwszy raz o tym usłyszeli, mimo że według sowieckiego radia sami ten PKWN jak nie zakładali, to przynajmniej mocno szanowali. Czego dowiedzieli się mieszkańcy wschodniej Polski? Że będzie super! PKWN obiecywał demokrację, równość obywateli, wolność mediów, możliwość organizowania się w różnych partiach politycznych... Przy czym zasady te nie będą dotyczyły organizacji antynarodowych i antypolskich. I w tym sęk. Czemu? Bo nigdzie nie było napisane, kto i według jakich kryteriów będzie oceniał, czy coś jest antypolskie, czy może jednak nie. Generalnie to trochę głupio chwalić Józefa Stalina i jego ziomków, ale trzeba przyznać, że manifest PKWN napisali po mistrzowsku, bo między pięknymi słowami ukryli tyle luk prawnych, że ten, kto miał władzę, mógł z niego uczynić potworną broń, interpretując go w sumie dowolnie. Co tam jeszcze było? Obietnica, że będą stosowane "podstawowe założenia konstytucji" z 1921 roku, przy czym zapomniano wspomnieć, jakie konkretnie. Była też jeszcze jedna ważna kwestia - obiecano wolne wybory do Sejmu, a do tej pory na "oswobodzonych" terenach władzę sprawować miał oczywiście PKWN. Czyli teraz już wiemy i jasno możemy to sobie powiedzieć - Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego był tymczasowym rządem na usługach Sowietów.

Czy ludzie to łyknęli? Wiele osób niestety tak, ale oczywiście nie wszyscy, w tym politycy, którzy do tego tymczasowego rządu dołączyli. Bo politycznie w teorii też tam wszystko było elegancko - w PKWN zasiadali członkowie kilku partii, ale różniły się one tylko nazwami i wszystkie musiały współpracować z Polską Partią Robotniczą sterowaną z Moskwy. Jeśli jakiś polityk miał inne zdanie, to mógł ewentualnie głosować "za" ze smutną miną. Również latem 1944 roku PKWN z radością poinformował o tym, jak po wojnie będą wyglądały granice naszego kraju. Jak? Tak jak dzisiaj... z małym wyjątkiem na wschodzie. Bo w 1951 roku doszło do korekty i wymiany ziem. Ruscy wzięli sobie tereny bogate w węgiel, a na pocieszenie dali nam takie ze złożami ropy. Tyle że... wyczerpanymi. Wracając jednak do ustanawiania granic, to sam PKWN, już o zwykłych Polakach nie wspominając, nic w tej sprawie nie miał do gadania. Nasze granice zostały ustalone bardzo daleko - na konferencji w Teheranie. Czyli już pod koniec roku 1943. Jednak żeby móc się cieszyć nowymi granicami, trzeba było ostatecznie pokonać Niemców. Bo pamiętajmy, że w naszej opowieści mamy ciągle II wojnę światową, a sam PKWN rządził tylko wschodnim kawałkiem Polski. Jednak Armia Czerwona szła do przodu całkiem żwawo, niosąc nie tylko śmierć nazistom, ale też horror naszym rodakom. O tym, jak straszne rzeczy wyprawiali głodni, napaleni i często sadystyczni żołnierze Armii Czerwonej, powstało już mnóstwo książek. I to nie tak, że mam zamiar kompletnie ten temat olać. Warto jednak w kontekście PKWN wiedzieć o pewnej kwestii - nowa władza cały czas musiała robić dobrą minę do ludzi z "wyzwalanych" ziem. Starano się na odbitych terenach pilnować, żeby do gwałtów, rabunków i morderstw nie dochodziło - radzieckie organy bezpieczeństwa na wschodzie Polski faktycznie starały się tego przestrzegać. Nie zawsze wychodziło, bo ciężko zapanować nad ponad dwoma milionami żołnierzy, którzy wtedy u nas stacjonowali. Jednak teoretycznie wojacy z czerwoną gwiazdą na czapkach musieli się liczyć z odpowiedzialnością... co innego na ziemiach, które przed 1939 rokiem należały do Niemiec. Tam wojsko dostało wolną rękę i mogło sobie robić z ludnością, co chciało. Jedni nazywają to "nagrodą", inni "prawem wojny", ale nie wiem, czy nawet ironicznie można tak określić sytuacje jak te z poniższych opisów zawartych w Czerwonej zarazie Dariusza Kalińskiego:

"Kobiety, matki i ich córki, leżą z lewej i prawej wzdłuż drogi, a przed każdą z nich stoi hałaśliwa gromada mężczyzn ze spuszczonymi spodniami. Kobiety, które krwawiły albo traciły przytomność, odciągano na bok, a żołnierze strzelali do tych, które próbowały ratować swoje dzieci".

"Znaleziono zamordowaną staruszkę: "Miała podartą suknię i słuchawkę telefoniczną między kościstymi udami. Najwyraźniej próbowali wcisnąć ją jej do pochwy"".

Ponuro się zrobiło, prawda? A przecież jeszcze w tym samym czasie najpierw wybuchło, a potem boleśnie upadało Powstanie Warszawskie. Zresztą na oczach patrzących zza rzeki żołnierzy Armii Czerwonej i współpracującego z nią Ludowego Wojska Polskiego. Tutaj krótka dygresja - znany nam już generał major Berling rzucił trochę żołnierzy na lewy brzeg Wisły, żeby ci pomogli powstańcom, za co później Stalin bardzo się na niego gniewał... a przynajmniej taką wersję wydarzeń uznawał za prawdziwą sam Berling. Prawda jednak jest taka, że wykonywał on rozkaz swojego radzieckiego przełożonego, żeby spróbować opanować kilka przyczółków po tamtej stronie. Jednak zrobił to tak kijowo, że to właśnie za to się potem na niego na jakiś czas obrażono. No ale hej, nie spodziewajmy się wiele po ziomku, który w czasie uroczystości upamiętniającej zbrodnię katyńską winę za to ludobójstwo próbował zwalić na Niemców. Podczas gdy sam, jak pamiętacie, dobrze wiedział, jak to było, bo wylądowałby w rowie z przestrzeloną potylicą, gdyby nie poszedł na współpracę.

Tymczasem tam, gdzie PKWN faktycznie miał władzę - pod ładnymi hasłami konieczności ochrony państwa czy tam innej walki ze zdrajcami narodu, powoli formowano służby specjalne, które najpierw miały oceniać, kto państwu szkodzi, a potem miały z takimi zdrajcami walczyć. Na radzieckich wzorcach sformowano Milicję Obywatelską i Urząd Bezpieczeństwa, czyli taką policję polityczną - która mogła obywatela ścignąć, jeśli miał nieodpowiednie poglądy, i oskarżyć na przykład o szpiegostwo. Chociaż teoretycznie poglądy można było mieć dowolne, a żeby nikt nie miał wątpliwości, to powstawały różne organizacje, takie jak SL, SD, ZMW, USB... OK, to ostatnie zmyśliłem. Ważne jednak jest to, że wszystkie i tak były podległe Stalinowi.

Gdy sobie na to spojrzymy z dzisiejszej perspektywy, to rok 1944 był szczególnie obfity w kwaśne żarty komunistów, bo dla zachowania pozorów, że PKWN nie ma nic wspólnego ze Związkiem Radzieckim, 15 sierpnia zorganizowano wielką mszę polową upamiętniającą wpierdol, jaki sprawiliśmy bolszewikom pod Warszawą. Zwłaszcza Stalina szlag musiał trafiać, bo bardzo mocno pamiętał, jak w 1920 roku Polacy bardzo narazili jego karierę, no ale czego się nie robi dla dobrego PR-u. Z tego założenia wyszedł również Józef kilka miesięcy później, kiedy przysłał depeszę z okazji... święta 11 listopada, bardzo zresztą hucznie obchodzonego. Wiem, że ciężko uwierzyć w to, że do czegoś takiego doszło, ale spokojnie. To był ostatni raz. W kolejnym roku uznano, że od tej pory święto będzie przypadać 22 lipca, kiedy to - według oficjalnej wersji - powstał PKWN. Formalnie nazwano to Narodowym Świętem Odrodzenia Polski.

W tej odrodzonej Polsce było też oczywiście miejsce dla wojennych bohaterów, którzy wsławili się w walkach z Niemcami, przy czym chodzi naturalnie o Armię Ludową. Żołnierze Armii Krajowej bohaterami nie byli, tym bardziej że swoją partyzantkę wielu z nich kontynuowało przeciwko nowej władzy, a w czasie akcji Burza bezczelni Polacy próbowali odbijać polskie miasta i witać Armię Czerwoną jako gospodarze. Tak być nie mogło i AK trzeba było najpierw oczernić, a potem wybić. A następnie znowu oczernić, tak dla pewności. No i tutaj moi drodzy dochodzimy do żołnierzy wyklętych, czyli tematu, który mógłby zająć nam spokojnie kolejnych 200 stron, a i tak nie przekonałbym zatwardziałych fanów, że wyklęci nie zawsze byli święci, a zagorzałych przeciwników, że ci żołnierze byli nie tylko bandziorami. Nadzieja w tych pośrodku, którzy - jak sądzę - łatwo zrozumieją, o co tak faktycznie chodzi z tymi wyklętymi. Przenieśmy się do bardzo konkretnego momentu - 19 stycznia 1945 roku ówczesny szef podziemnej Armii Krajowej Leopold Okulicki wydał rozkaz jej rozwiązania. A w tym rozkazie padły takie słowa:

"Daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości Państwa i ochrony ludności polskiej przed zagładą. Starajcie się być przewodnikami Narodu i realizatorami niepodległego Państwa Polskiego. W tym działaniu każdy z Was musi być dla siebie dowódcą".

I w tym ostatnim zdaniu jest moim zdaniem pies pogrzebany. Oficjalnie, według tego ostatniego rozkazu, każdy z byłych już żołnierzy AK odpowiadał sam za siebie i nie można wrzucać ich wszystkich do jednego wora, bo nie było czegoś takiego jak zorganizowana grupa o nazwie Żołnierze Wyklęci, którą można by całościowo ocenić. I żeby się nikt nie czepiał - oczywiście, że działali oni w mniejszych albo większych grupach, gdzie był jakiś dowódca i osoby mniej ważne. Jestem też w pełni świadomy, że było coś takiego jak na przykład organizacja "NIE"... ale po pierwsze, nawet rząd na emigracji długo o niej nie wiedział, a po drugie, zaraz nam się tu zrobi rozdział o polskim podziemiu, a plan był jakby trochę inny. W każdym razie żołnierze wyklęci nie byli jedną, zorganizowaną ekipą bezpośrednio kontynuującą walki Armii Krajowej. Zwłaszcza że niektórzy z nich w życiu w AK nie byli. Niestety wśród tych ludzi trafiali się tacy, którzy wykorzystując posiadaną broń i bojowe doświadczenie, terroryzowali Bogu ducha winnych ludzi na wsiach. Na szczęście byli i tacy, którzy do serca wzięli sobie więcej niż tylko ostatnie zdanie z cytatu powyżej i nie tylko bronili ludzi przed nowym okupantem, ale także sami wypowiedzieli mu walkę. Tylko teraz pewnie niektórzy pytają: po co?

W sumie nawet rozumiem, że dziś - z perspektywy ciepłego fotela - może się komuś wydawać głupim pomysłem walka z milicją, nowym wojskiem, NKWD i w sumie wszystkim, co było po stronie komunistów, podczas gdy ci umacniali się u władzy, a poprzednie lata i tak nie były zbyt wesołe, bo przecież ukrywało się w lesie i walczyło z Niemcami. I paradoksalnie to był właśnie bardzo częsty powód. Nie o taką Polskę AK walczyła - nie po to codziennie jej żołnierze ryzykowali życiem, stawiając opór nazistom, żeby teraz znowu ojczyznę zabrał im ktoś inny. Choćby ze zwykłej wściekłości wielu dalej chciało walczyć. I to walczyć na całego, bo w pewnym momencie walki partyzantki z nową władzą przypominały wojnę domową, w której zginęło kilkadziesiąt tysięcy osób. Zbuntowani przecież wiedzieli, że całego wojska Związku Radzieckiego nie wybiją. Ale bardzo wielu z nich miało nadzieję, że wytrzymają na tyle długo, by znowu wydrzeć niepodległość - kiedy wielkie mocarstwa po raz kolejny ruszą na siebie - tak jak to było przy okazji pierwszej wojny światowej. Oczywiście komunistyczne media oczerniały partyzantów, jak tylko mogły, a służby uwijały się, żeby buntownicy kończyli żywot w polu, w więzieniach i na egzekucjach. Jednak ci w ogromnej części się nie przejmowali i organizowali przeróżne akcje. O wielu pewnie słyszeliście, więc sięgnijmy po coś mniej oczywistego, a fascynującego. Z wielu powodów.

Był taki gość, a właściwie był taki sierżant - Stefan Brzuszek vel Brzeziński. O ile nazwisko Brzuszek nie wzbudza szczególnego przerażenia, o tyle jego pseudonim "Boruta" już zdecydowanie bardziej. Stał on na czele około trzydziestoosobowej ekipy, której nie uśmiechała się władza komunistów w Polsce. W większości akcje ekipy Boruty polegały na pozbawianiu życia konfidentów UB i lokalnych bandytów, którzy uprzykrzali życie zwykłym ludziom. Ale raz sprawy tak się jakoś potoczyły, że... porwali siostrę samego Bolesława Bieruta! Najważniejszego polskiego komunisty. To tak, jakby w ZSRR ktoś porwał siostrę Stalina. Jak to się stało? Nie ma co ukrywać - trochę przypadkiem.

Był 17 lipca 1946 roku, ekipa Boruty razem z jeszcze jednym zaprzyjaźnionym oddziałem udawała wojskową grupę kontrolną na trasie Chełm-Lublin. Chcieli w ten sposób przechwycić samochody, którymi UB miało przewozić ich kolegów do więzienia, będącego często ostatnim miejscem pobytu tych, którzy się nowej władzy sprzeciwiali. Chłopaki nie mieli jednak pojęcia, że tą właśnie trasą będzie śmigała siostra Bieruta wraz z mężem. Siostra, która zdecydowanie za szybko i za dużo mówiła. Z drugiej strony OK, może się czepiam - gdyby mnie się gdzieś spieszyło, a mój brat byłby najważniejszym politykiem w kraju, to może też bym wypalił do jakichś kontrolujących mnie bez powodu żołnierzy: "Z drogi, śledzie, siostra Bieruta jedzie!". Dobra, może użyła innych słów... a raczej na bank użyła innych słów, ale faktem jest, że od razu powołała się na wpływowego brata. Partyzanci dostali wytrzeszczu oczu. Najpierw ze zdziwienia, a potem z radości. Bo opcji mieli sporo, w tym bardzo drastyczne.

Mogli na przykład odstrzelić dziewczynę na miejscu i wysłać jasny sygnał nowej władzy, że jak wojna, to na całego. Oczywiście aż strach myśleć, jakie konsekwencje by to niosło - bo propaganda zrobiłaby z tego taką nagonkę jak nigdy wcześniej, a służby zemściłyby się nie tylko na samych zamachowcach, ale też na wszystkich już złapanych, a pewnie i często na niewinnej ludności. Na szczęście Boruta i jego ludzie nie byli tacy spontaniczni i wzięli to wszystko pod uwagę. Inną opcją było na przykład zażądanie okupu, jednak i tu minusy mogły przesłonić plusy. Generalnie szybko się okazało, że trzymanie w niewoli siostry takiego celebryty to więcej problemów niż powodów do radości. O ile więc pierwszego dnia traktowano jeńców dość ostro, o tyle przez kolejne trzy na wszelki wypadek chuchano i dmuchano na nich, jak się tylko dało, a w końcu puszczono ich wolno. Boruta liczył na to, że Bierut gest doceni i będzie skłonny wyświadczyć pewną przysługę za to, że jego siostra przetrwała spotkanie z partyzantami. Toteż na odchodne dano jej list, w którym partyzanci żądali uwolnienia... nawet nie więźniów politycznych, ale ich rodzin, które trafiły za kratki już zupełnie za nic. Bolek jednak kompletnie olał sprawę. Oddział Boruty, który zachował się bardzo honorowo, został miesiąc później rozpieprzony przez UB.

Oczywiście zwalczanie przeciwników nowego ustroju musiało być kompleksowe. Komuniści niestety nie byli głupi, zwłaszcza ci wysyłający rozkazy z Moskwy, i dobrze wiedzieli, że uganianie się za partyzantami po lasach nie ma za bardzo sensu, jeśli nie zlikwiduje się liderów. Tylko jak to zrobić, żeby dopaść oficjalnych przedstawicieli polskiego podziemia? I to najlepiej jak najwięcej naraz? Wróćmy do roku 1945: postanowiono zagrać na dobrej woli i tęgiej desperacji Polaków tworzących zarówno walczące podziemie, jak i rząd w Londynie, który każdy z zagranicznych przywódców miał coraz głębiej. Nikt już nie miał złudzeń, że Stalin przejmie u nas władzę za pomocą sterowanych przez siebie ludzi, i jeśli nasi marzyli o jakimkolwiek wpływie na to, co w kraju będzie się działo, to trzeba będzie przemyśleć współpracę z Sowietami. Niestety wiedzieli to też Sowieci.

Pewnego dnia, ze znanym nam już Leopoldem Okulickim, ostatnim dowódcą AK (wtedy już przewodzącym organizacji "NIE", ale błagam, nie zagłębiajmy się w to), skontaktował się oficer Ludowego Wojska Polskiego i powiedział, że przedstawiciele Armii Czerwonej chcą się spotkać. To informacja równie dobrze rokująca, co SMS od proktologa o treści "Zapraszam jak najszybciej na omówienie wyników". Generalnie niczego wesołego to zazwyczaj nie zwiastuje i tak samo pomyślał Okulicki. Zapytał swoich przełożonych, czy mają podobnie odczucia. Ci w pierwszej chwili kazali mu zdecydowanie odpuścić sobie takie przyjemności, ale bardzo szybko przyszła refleksja, że takie spotkanie może pomóc w zachowaniu małych, ale jednak jakichkolwiek wpływów na to, co się w ojczyźnie będzie działo. Oczywiście sam Okulicki nie mógł wziąć na klatę całego ciężaru negocjacji. Na właściwe rozmowy planowano wysłać wielu ważnych polityków, ale wcześniej postanowiono wybadać teren.

4 marca doszło do pierwszego z kilku spotkań samych delegacji - na razie po jednej i drugiej stronie nie było żadnych szych. Stronę ZSRR, a dokładnie to generała Iwanowa, reprezentował pułkownik Pimienow, który szybko przeszedł do konkretów, zwracając się do naszej reprezentacji z rozbrajającą szczerością w mniej więcej takich słowach: "Chłopaki, może i Stalin najmądrzejszy, Związek Radziecki najpotężniejszy... ale co tu dużo mówić - nie radzimy sobie na tych polskich ziemiach. Tak między nami, to poparcie społeczne mamy niziutkie, a ci wasi partyzanci straszny nam robią bałagan na tyłach frontu. Może byście chcieli się zaangażować w rządzenie w Polsce razem z nami? Wy wiecie, co dobre, ludzie was szanują... dogadajmy się jakoś, co?". Nasi byli oczywiście wniebowzięci!

Dokładnie o to chodziło, o dołączanie do ekipy, która będzie odtwarzała Polskę po wojnie. Nawet trochę pozgrywali twardzieli i zaznaczyli, że partyzantów da się uspokoić, ale dopiero jak na wolność wyjdą pozbawieni jej AK-owcy, a poza tym to oni nie wiedzą, czy reprezentanci polskich władz będą bezpieczni, czy im przypadkiem teraz Pimienow nie mydli oczu, a jak przyjdzie co do czego, to NKWD ich wszystkich capnie i wywiezie w cholerę. Radziecki pułkownik odparł oczywiście, że jego szef - generał Iwanow - daje nie dość, że słowo honoru, to jeszcze listy żelazne gwarantujące bezpieczeństwo. A z partyzantami to wiadomka, że się jakoś dogadamy, tylko niech już odpowiedni ludzie ustalą konkrety i zaprasza 27 marca na spotkanie do Pruszkowa. Zapomniał jedynie wspomnieć, że jego prawdziwym przełożonym jest Sierow, który dowodzi operacją NKWD i kontrwywiadu, mającą na celu likwidację polskiego podziemia. Szesnastu przedstawicieli polskich władz, w tym Leopold Okulicki i wicepremier Jan Stanisław Jankowski, po przybyciu na miejsce szybko opuściło Pruszków i wsiadło do samolotu. Ale nie dlatego, że negocjacje się nie udały. Zostali aresztowani i wysłani do Moskwy.

Po co? Żeby ich osądzić za bardzo dziwne rzeczy. Jednak zanim przejdziemy do oskarżeń rodem z kosmosu, to warto zaznaczyć, że już samo porwanie było solidnym liściem w pysk dla prawa międzynarodowego. Bo absolutnie nie można porywać przedstawicieli władzy jakiegoś państwa, po czym sądzić ich na mocy prawa obowiązującego w państwie, które dopuściło się porwania. Oczywiście na papierze, bo ZSRR robił to wielokrotnie, a żeby być uczciwym, to należy też zaznaczyć, że nie tylko on. Jednak tutaj festiwal radzieckiej abstrakcji dopiero się zaczyna. Bo oczywiście polskie podziemie błyskawicznie dowiedziało się o akcji i ambasador naszego emigracyjnego rządu w Londynie natychmiast ruszył z mordą do tamtejszych władz, że co to w ogóle ma znaczyć. To samo zrobił nasz przedstawiciel w Waszyngtonie. Obaj sojusznicy (to znaczy USA i Wielka Brytania) uznali, że to faktycznie mało fajna sytuacja, i zapytali przez swoją ambasadę w Moskwie, czy Sowietów to jednak nie posrało z tym porywaniem ludzi. Jaka była odpowiedź? "Porwanie? Jakie porwanie?! Myśmy nikogo nie porywali, Polacy coś znowu wymyślają!" Tłumaczenie w sumie prawie tak samo toporne jak po katastrofie w Czarnobylu w roku 1986. Zresztą w jednym i drugim przypadku Sowieci faktycznie się przyznali, ale dopiero po jakimś czasie. Jeśli chodzi o porwanie szesnastu polskich przedstawicieli, do całej akcji przyznali się w maju, przy czym nie byli ani trochę zawstydzeni. Przeciwnie.

Warto też wspomnieć o tym, że nie tylko rząd na uchodźstwie i początkowo USA oraz Wielka Brytania były całą akcją oburzone. Wierzcie lub nie, ale ostro wściekł się też późniejszy I sekretarz Polskiej Partii Robotniczej, a wówczas wicepremier - se?or Gomułka. Oczywiście nie chodziło o to, że zmartwił się losem swoich rodaków, bo to akurat miał głęboko gdzieś. Chodziło o to, że on sobie tutaj żyły wypruwa, żeby wprowadzać zbrodniczy reżim w taki sposób, żeby ludzie myśleli, że wcale zbrodniczy nie jest... a tu mu ruscy porywają w bezczelnej akcji kilkanaście osób, za którymi Polacy są gotowi iść w ogień... Uznał, że wygarnie to wszystko Stalinowi przy najbliższej wizycie w Moskwie. Decyzja bardzo odważna i równie bezpieczna co skok do basenu pełnego zardzewiałych gwoździ. Gomułka był jednak zdesperowany i dość bezpośrednio powiedział, że to porwanie i trzymanie w więzieniu polskich przedstawicieli rządu, który może coraz mniej, ale nadal jednak jest uznawany za granicą, to jest wizerunkowa porażka i dla komunistów w Polsce, i dla ZSRR. Bo teraz każdy widzi, że inaczej Sowieci sobie poradzić nie potrafią. Stalin wysłuchał krytyki, po czym rzucił lodowatym tonem:

"Przemawiacie tak, jak gdybyście byli szefem wielkiego mocarstwa, a jesteście przywódcą słabej partii i słabego kraju, który my wyzwoliliśmy".

Prawdopodobnie w połowie tego zdania Gomułka widział już oczami wyobraźni, jak za parę dni skończy żywot na pobliskiej Łubiance, bo śmiał spruć się do Stalina. I kto wie, może i faktycznie tak by było, gdyby nie to, że jeden z liderów polskich komunistów postanowił postawić absolutnie wszystko na jedną kartę i zrobił coś, na co mało kto miał odwagę. Zaczął się ze Stalinem kłócić!

Władek stwierdził, że polska władza komunistyczna wcześniej czy później dopadłaby przedstawicieli podziemia i całą ekipę z Londynu. I też by ich koncertowo pociągnięto do odpowiedzialności, ale jednak odbyłoby się to bez łamania międzynarodowych praw i pchania sowieckich łap w tereny, które miały się wydawać niezależne od komunistów. Na oczach całego świata. Gomułka skończył i nastała chwila ciszy, po czym Stalin powiedział coś, co przyszło mu powiedzieć może parę razy w życiu, a usłyszenie tego bezpośrednio z ust Józefa można było uznać za cud: "Kurde, no w sumie masz rację. Trochę głupio wyszło". Jednak żeby nie wyszło całkiem kompromitująco, to szybko uznał, że sprawy już za daleko zaszły i nawet on nie zatrzyma rozpędzonej maszyny NKWD, która jak już kogoś wciągnie, to nie wypuści. Jeśli to Gomułkę pocieszy, to odwoła generała, który to wszystko zorganizował. Tak więc w sumie niewiele to dało, poza tym, że przez chwilę Gomułka był jedną nogą w grobie.

Dużo dłużej w takim stanie byli porwani Polacy, których najpierw przez trzy miesiące "przesłuchiwano" (czyli próbowano wymuszać zeznania na różne nieprzyjemne sposoby), a później posadzono na ławie oskarżonych, rozpoczynając pokazowy proces. Czemu "pokazowy"? Bo miał pokazać światu - który reprezentowali na sali chociażby ambasadorzy USA i Wielkiej Brytanii - dwie rzeczy: jak źli byli i są Polacy oraz jak świetny i wyrozumiały jest ZSRR. Nasi oskarżeni byli otoczeni kordonem funkcjonariuszy pod bronią... i w sumie bez znajomości kontekstu i wiedzy, jak bardzo oderwane od rzeczywistości postawiono im zarzuty, to nic dziwnego. Bo Okulickiego i resztę oskarżono nie dość, że o organizowanie podziemnych akcji przeciwko ZSRR, propagandę przeciwko Sowietom, demoralizowanie wojska i terroryzm, to jeszcze - i tu uwaga - o współpracę z Niemcami podczas II wojny. Grubo, co? A mieli jakieś dowody? Zwłaszcza na to ostatnie? Przede wszystkim, moi drodzy, nie musieli. W sowieckim sądzie nie trzeba mieć dowodów. Ale mimo wszystko w tym przypadku jeden był. To znaczy według sowieckiego sądu był to niezbity dowód, co dość dobrze pokazuje, jak bardzo potrafiono naginać tam fakty, jeśli zaszła taka potrzeba. Otóż za niezbite potwierdzenie konszachtów z Niemcami uznano list Okulickiego do jednego ze swoich podopiecznych. Stwierdzał tam, że gdyby po wojnie zaszła potrzeba wojny ze Związkiem Radzieckim, to Polska oczywiście powinna stanąć po stronie państw zachodnich, w tym Niemiec. I to tyle. To wystarczyło. To nic, że wyrwane z kontekstu, o hitlerowcach ani słowa, a całość odnosiła się do ewentualnych planów na przyszłość. Z Okulickiego zrobiono kolaboranta z III Rzeszą.

Czy oskarżeni próbowali się bronić? A jakże. Wiedzieli oczywiście, że szanse mają małe, ale szybko się okazało, że lepiej bronić się samemu niż liczyć na typów przyznanych z urzędu (bo przecież świat musiał wiedzieć, że nawet takim tyranom ZSRR zapewnia prawo do adwokata). Bardzo szybko obrońcy wbrew nazwie zaczęli nie bronić, ale przepraszać za swoich "klientów". To oczywiście też było ukartowane, bo cały moskiewski proces był perfidnym, ale niestety genialnym wizerunkowym zagraniem stalinowskich władz. Czemu? Bo żaden z tych "parszywych wrogów pokoju i kolaborantów", nie dostał kary śmierci, mimo że z pewnością na nią zasługiwał!

Okulicki i Jankowski, których sowiecka prasa stawiała obok samego diabła, dostali kolejno dziesięć i osiem lat, reszta do pięciu lat, a byli także uniewinnieni! Wiem, też mi w to ciężko uwierzyć, ale świat (w tym nowa Polska) miał nie mieć żadnych wątpliwości, że Związek Radziecki to spoko ziomek, który w imię dobrych relacji jest w stanie okazać się bardzo łaskawy. Obserwatorzy byli zachwyceni, lokalne media również. Szopka została odstawiona na najwyższym poziomie, ale sama akcja wcale się nie skończyła. Bo oczywiście w NKWD od dawna były już plany co do przyszłości polskich liderów. Okulicki zginął podejrzanie szybko. Rzecz jasna w niewyjaśnionych okolicznościach. Z kolei Jankowski zmarł dwa tygodnie przed końcem wyroku. Przy czym pisząc "zmarł", mam na myśli "został prawdopodobnie zamordowany". Wyroku nie przeżył jeszcze jeden z szesnastu porwanych. Dwóch kolejnych po odsiedzeniu tego, na co zostali skazani, bardzo szybko znowu oskarżono o działalność przeciwko władzy i wpierdzielono na kolejne lata za kraty, co też nie każdy przeżył.

Wróćmy jednak z Moskwy na nasze ziemie, bo w tym samym momencie działy się tu bardzo ważne rzeczy. Kiedy w procesie szesnastu zapadał właśnie wyrok, u nas ogłoszono powstanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Czyli taki nowy rząd, następca PKWN, w którego składzie miał się też znaleźć PSL na czele z ważnym gościem - Stanisławem Mikołajczykiem, który był ikoną opozycji antykomunistycznej. Co w takim razie on i jego partia robili w rządzie sympatyzującym z ZSRR? Otóż cały czas (pomimo lekkiego fakapu z porwaniem) odgrywana była ta wizerunkowa szopka, że w kraju jest miejsce dla wielu partii i poglądów. Mikołajczyk i jego PSL zostali postawieni przed tradycyjnym już wyborem "albo będziemy rządzić z komuchami, albo oni będą rządzić bez nas". Tak oto doszło do sformowania rządu, w którym lider opozycji został ministrem rolnictwa (PSL, wiadomo) i wicepremierem, ale wszystkie faktycznie ważne stołki obsadzili komuniści. I niby nic nowego, ale ku przerażeniu naszych w Londynie Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej został oficjalnie uznany przez naszych wojennych sojuszników. A w kolejnych tygodniach przez praktycznie cały świat. Stalin miał co oblewać - rząd w Londynie oficjalnie każdy miał już w kakale. To znaczy poza Watykanem. On TRJN nie uznał, ale nie było to mocarstwo, którego Stalin by się jakoś szczególnie musiał obawiać.

Czyli co? Plan wąsatego Gruzina wykonany? Nie do końca, bo do zrobienia była jeszcze jedna rzecz, żeby z czystym sumieniem móc odtrąbić sukces na polskich ziemiach. Tak się bowiem negocjacje wielkiej trójki (GB, ZSRR i USA) w Jałcie potoczyły, że Józef obiecał zorganizować w wyzwolonej przez siebie Polsce demokratyczne wybory. Bo przecież kimże on jest, żeby decydować za Polaków o ich przyszłym losie xD (przy czym "xD" dodał sobie w myślach). Na kolejnej konferencji w Poczdamie musiał niechętnie przyznać, że pamięta o obietnicy i niebawem to ogarnie. Nie był pewnie z tego powodu zadowolony, ale i tak z owego spotkania wracał szczęśliwy. Czemu? Bo udało mu się zwiększyć strefę wpływów i opierdzielić Polaków na grube miliardy dolarów. W sumie to rozwińmy sobie te kwestie.

Ze zdobyczami terytorialnymi chodzi o to, że dobry wuj Stalin powiedział kolegom z wielkiej trójki mniej więcej: "To nie może być tak, że moi polscy przyjaciele będą mieli po wojnie mniej ziem niż przed wojną". To znaczy on wie, że mógłby oddać to, co nam zapierdzielił, jak we wrześniu 1939 roku wjechał do nas w porozumieniu z Hitlerem... ale to tyle odkręcania, komu by się chciało. Poza tym przypomina, że jak coś, to on ma pod ręką ze trzy miliony żołnierzy, a to jest kwestia, której nie ma ochoty negocjować. Tak więc proponuje włączenie do Polski części ziem, które przed wojną były niemieckie. Między innymi takich perełek jak Szczecina i Wrocławia. Czy się to Brytyjczykom i Amerykanom podobało? No tak średnio, bo każdy wiedział, że Polska to będzie tylko z nazwy, a nowe ziemie na zachodzie poszerzą terytoria, na których Stalin będzie mógł w sumie robić to, na co tylko będzie miał ochotę. Nie byli jednak w stanie przegadać Józefa, który nie dość, że jak już sobie wspomnieliśmy, miał w razie czego niemałą armię (a nikt nie miał wtedy ochoty na kolejną wielką wojnę o jakąś Polskę), to jeszcze grał tą łzawą kartą, że Polakom się należy.

A co z tymi miliardami? Tutaj przechodzimy do jednej z największych kradzieży w dziejach naszego kraju. Bo uznano, że Niemcy za tak nieładne zachowanie w okresie 1939-1945 muszą zapłacić reparacje. Czyli karę za szeroko pojęte ludobójstwo, zbrodnie wojenne i działania mające mało wspólnego z szerzeniem pokoju. Również i my mieliśmy dostać trochę hajsu z odszkodowania, przy czym nasze interesy finansowe reprezentował Związek Radziecki i zrobił to tak, że koniec końców, chociaż byliśmy członkami koalicji antyhitlerowskiej, dostaliśmy finansowo po dupie tak strasznie, jakbyśmy to my tę wojnę wywołali. Na początek Sowieci uznali, że bez wątpienia pieniądze nam się należą, ale chcieliby zwrócić uwagę, że dzięki ZSRR zyskaliśmy całkiem atrakcyjne ziemie na zachodzie, które są dużo cenniejsze niż utracony przez nas wschód. W związku z czym oni sobie z naszych reparacji zawijają sześć miliardów dolarów. Na tę wesołą matematykę żywiołowo zareagował Mikołajczyk, stwierdzając przytomnie, że hola, drodzy Sowieci... przecież wy z tych zachodnich ziem ukradliście wszystko, co można było ukraść! Urządzenia, zwierzęta... co się dało zapakować na ciężarówkę, to wywieziono do ZSRR! Na co Mołotow stwierdził, że oj tam, coś może faktycznie wywieźli, ale to maks za pięćset milionów, a takimi drobniakami to się dżentelmeni nie przejmują. A tak się składa, że on i Stalin to dżentelmeni, więc koniec tematu. To oczywiście nie koniec! Bo sama wypłata odszkodowań też była zakręcona jak Reni Jusis. Oficjalnie, w rozliczeniu reparacji, Sowieci oddawali nam piętnaście procent wpływów z niemieckich dostaw i majątków ze stref okupacyjnych. Przy czym żaden z naszych polityków w życiu ani jednego rachunku tego typu nie zobaczył, więc w sumie to pieron wie, ile tego było, jeśli w ogóle cokolwiek. Ale to nic! Bo i tak w zamian za te teoretyczne piętnaście procent, jak również za wspaniale przeprowadzone negocjacje finansowe, ZSRR zażyczył sobie rabatu na węgiel, który od tej pory musieliśmy sprzedawać za jedną dziesiątą ceny. Bardzo szybko po wjechaniu do nas Sowietów byliśmy w plecy o grube miliardy.

Przejdźmy jednak do tych wyborów, które Stalin wspaniałomyślnie obiecał. W końcu trzeba je było przeprowadzić, żeby się na arenie międzynarodowej przestali czepiać. Jednak wybory miały sens tylko wtedy, jeśli komuniści byliby pewni wygranej. Na początku postanowiono przekonać Polaków do głosowania na Polską Partię Robotniczą, tworząc sojusz z PSL-em, który ludzie szanowali, jak dzisiaj się szanuje Kubę Błaszczykowskiego. No słowa złego nie powiesz, prawda? O, w sumie to może ja coś wyjaśnię. Nazwa PSL pojawiła się już kilka razy i jeszcze będzie się w tym rozdziale pojawiała. I to tylko w pozytywnym kontekście. Niech jednak nikt nie pomyśli, że istniejąca dziś partia PSL uiściła mi jakąś opłatę, żebym ich tutaj publicznie ozłacał. Nic z tych rzeczy. Mówimy tylko o historii, a tutaj nie ma dyskusji - PSL był tak ważny w pierwszej połowie XX wieku (bez urazy, obecna partio), że postanowiłem nie udawać, że tematu nie ma. To stronnictwo z Mikołajczykiem na czele kojarzyło się ludziom z czasami niepodległego kraju przed II wojną i w związku z tym z opozycją przeciwko komunistom. Czyli najbardziej poruszające Polaków połączenie - sentyment i bunt. Mieli tak wielkie społeczne poparcie, że Sowieci początkowo nie chcieli z nimi walczyć i zaproponowali stworzenie wspólnej ekipy w obiecanych wyborach. Mikołajczyk i jego kumple mieli poważną zagwozdkę, bo gdyby się zgodzili, to na bank w wyborach by ta połączona ekipa wygrała, a oni dostaliby ciepłe posadki. Bali się jednak, że w efekcie tej współpracy komuniści wykorzystają ich do zebrania głosów, a potem odstawią w kąt i nie dopuszczą do rządzenia. Postanowili więc, że - używając żargonu, którego nauczyliśmy się w HBC4 - nie będą się waflować z komuchami. Bardzo się to nowej władzy nie spodobało.

Propaganda zaczęła szczekać na PSL, a w tym samym czasie - oczywiście zupełnie przypadkiem - zaczęły się też fizyczne ataki jakichś zagadkowych ludzi na działaczy tej partii. To wszystko jednak nie zmieniało faktu, że polscy komuniści byli w sytuacji, delikatnie rzecz ujmując, niełatwej. Czemu? Bo bez PSL-u w swoim wyborczym bloku wcale nie byli tacy pewni, że wygrają wybory. Trzeba więc było zrobić próbę, która wykaże, jak duże jest poparcie Polaków, a jeśli okaże się za małe, to będzie można poćwiczyć fałszowanie wyników. I właśnie w tym celu urządzono referendum, w którym zadano Polakom następujące pytania:

1. Czy jesteś za zniesieniem Senatu?

2. Czy jesteś za utrwaleniem reform społeczno-gospodarczych?

3. Czy chcesz utrwalenia granicy zachodniej Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej?

Tylko ktoś się teraz może zastanawiać, jak - u licha - na podstawie odpowiedzi na takie pytania można wybadać, czy ktoś jest za komunistami, czy za opozycją? A widzicie, to jest trochę wyższa szkoła jazdy. Jednak to nie tak, że nie da się tego ogarnąć. Komuniści w swoim programie głosili "tak" dla wszystkich tych opcji. A PSL? Został wpędzony w podziwu godną pułapkę. No bo jadąc po kolei - przed wojną sami chcieli zniesienia Senatu, ale teraz komuniści też... to wychodzi na to, że chcą tego samego. Pytanie drugie? No jak mają nie wesprzeć reform? Też wychodzi na to, że PSL jest na tak. To może trzecie? Kurde, no też trochę głupio nie uznać nowych granic na zachodzie... Czyli okazuje się, że komuniści chcą dokładnie tego co PSL! Gdyby padło jakieś pytanie w stylu "Czy chcesz, żeby Polska została wasalem totalitarnego sąsiada ze wschodu?", to byłoby po problemie, ale jak na złość nie padło. Trzeba było jakoś zaznaczyć różnice w poglądach. Mikołajczyk i koledzy uznali więc, że większości ludzi Senat i tak nie obchodzi, więc kto głosuje za opozycją, niechaj zaznacza 1 × NIE i 2 × TAK. Oczywiście można też było inaczej, ale szybko stało się jasne, że kto głosuje 3 × TAK, jest za komunistami, a kto inaczej, ten przeciwko nim.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej