Hipnoza - Krzysztof Bochus

Kup ebooka

54.90 zł
43.92 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Ziemia Święta, Jaffa

10 marca 1799

 

Kochana Matko!

Spieszę Ci donieść, że dzięki łasce Opatrzności miewam się dobrze, a fortuna mi sprzyja. A jej przychylność potrzebna mi nad wyraz, bo zaiste daleko od domu rodzinnego los mnie poprowadził.

Jesteśmy teraz w Ziemi Świętej, walcząc z Turkami, chorobami i brakiem wody pitnej. Och, jakże marzę teraz o turkusowych polach w naszej Langwedocji, jak łaknę jej czystych strumieni i ożywczych deszczy! Wierzę, że powrócimy szczęśliwie do domu, ale na razie podążać musimy za sztandarem niesionym przez Bonapartego.

Wiele się bowiem wydarzyło w ostatnich dniach, mnóstwo krwi przelano, ale nasze orły pozostają niezwyciężone. Najpierw dotarliśmy do fortu Al-Arisz, leżącego ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów od Kairu, który był broniony przez blisko dwa tysiące żołnierzy tureckiej straży przedniej oraz ich arabskich sojuszników.

Generał Bonaparte zażądał poddania fortu, na co Turcy się zgodzili. Przysięgli oni Napoleonowi na Koran, że ani oni, ani ich żołnierze nie będą więcej służyć w armii Dżezara1, i przez rok, począwszy od tego dnia, nie wrócą do Syrii. Bonaparte pozwolił im zatrzymać broń i wrócić do domu, chociaż wyłączył z tego porozumienia mameluków, których obawiał się najbardziej, rozbrajając ich...

O tym, że nie można ufać tym ludziom, przekonaliśmy się już wkrótce.

Pierwszego marca Bonaparte dowiedział się od kapucynów z miejscowości Ramla, że żołnierze z garnizonu Al-Arisz przemaszerowali tędy niedawno, zmierzając do leżącej nieopodal twierdzy Jaffa. Gardłowali przy tym, że nie zamierzają dotrzymać warunków kapitulacji, które my rzekomo złamaliśmy jako pierwsi.

Dowiedziawszy się o tym, Napoleon ruszył pod Jaffę, przystępując do oblężenia i szturmu na miasto. Przez wyłomy dokonane w murach wdarliśmy się do środka. Widok był straszny: odgłosy wystrzałów, wrzaski kobiet i ojców, córka gwałcona na zwłokach matki, odór krwi, jęki rannych, krzyki zwycięzców kłócących się o łupy...

Napoleon postanowił nadzwyczaj surowo potraktować jeńców z Jaffy, którzy dali mu wcześniej słowo w Al-Arisz, aby potem je złamać. "Zaprowadzić tych, których schwytano z bronią w ręku, i innych Turków na skraj wody - rozkazał - zachowując wszelkie środki ostrożności, tak żeby żaden z nich nie uciekł". Słyszałem ten rozkaz na własne uszy, bom akurat znajdował się w pobliżu.

Tak też się stało. Około trzech tysięcy ludzi złożyło broń i na rozkaz głównodowodzącego odprowadzono ich do obozu. Wszystkich mameluków i Maghrebczyków zawiedziono następnego dnia nad brzeg morza i dwa bataliony zaczęły ich rozstrzeliwać. Tamci nie mieli innego sposobu na ocalenie życia, jak tylko rzucić się do morza. Tam jednak również można było do nich strzelać - i w jednej chwili morze zabarwiło się od krwi, a jego powierzchnia pokryła się trupami. Kilku mameluków szukało ratunku na skałach. Wysłano żołnierzy na łodziach, aby i ich wykończyli. Zostawiliśmy oddział na brzegu i nasza perfidia zwabiła kilku z nich, którzy zostali bezlitośnie zmasakrowani. Podobno przeżyło tylko dwóch braci, mameluków, którzy przeszli później na służbę jednego z francuskich oficerów, ślubując mu w zamian wierność niczym psy poddańcze.

Resztę wymordowano. Zalecono nam, żeby nie używać prochu, więc musieliśmy bezlitośnie zabijać ich bagnetami. Obawiam się, Matko, że ta masakra tylko wznieci jeszcze większą nienawiść do Francuzów i prędzej czy później krew tych trzech tysięcy ofiar spadnie na nas.

Z listu starszego kwatermistrza armii napoleońskiej, Louisa-Andre Peyrusse'a do matki

1799 r.I

Rozdział I. Grenadier w lodzie

1.

Bohnsack2, niedziela, 6 grudnia 1807

 

Johannes Lesser z niepokojem spojrzał na sklepienie kościółka. Wicher na zewnątrz się wzmagał. Poczerniałe ze starości deski trzeszczały niebezpiecznie, jakby chciały ostrzec zebranych, że nie są w stanie dalej stawiać oporu atakom sztormu znad morza. Lesser zauważył, że jego niepokój udziela się także pozostałym wiernym, zgromadzonym w ciasnej nawie świątyni. Ich rybackie kapoty parowały i spływały wilgocią, tworząc oleiste kałuże u stóp. Ludzie się wiercili, przestępowali z nogi na nogę, mruczeli coś pod nosem, a ich spojrzenia krzyżowały się, pełne niepokoju i napięcia.

Pastor Macke zdawał się jednak nie słyszeć żywiołu, którego odgłosy dobiegały z dworu.

- Pozbądźcie się trwogi! Nie wyrzekajcie się prawdziwej wiary i nie ulegajcie omamom tego uzurpatora z ukradzioną koroną na głowie. - Jego wysoki głos brzmiał donośnie, odbijał się od ścian i chlastał niczym bicz boży. - Napoleon z pyłu powstał i w proch się obróci! To nienażarta, nienasycona bestia, która nigdy nie przestanie, nie zaspokoi swego apetytu władzy, bogactw i nowych zdobyczy. Narodził się oto współczesny Antychryst, uosobienie wszystkiego, co złe, niemoralne i brudne! Uzurpator obala święte trony, prawdziwą wiarę zastępując religią motłochu, brutalną siłą zaprowadza nowy porządek, oparty na bluźnierstwie, grzechu i zgorszeniu! Ten szatan doprowadzi do upadku siebie i wiarołomnej Francji, wspomnicie moje słowa! - Krzyk duchownego przecinał powietrze jak pejcz z rogowej skóry. - W Ewangelii Świętego Mateusza czytamy: "Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela"3. Naszym królem jest Chrystus, ziemskim władcą Fryderyk Wilhelm Trzeci, a ojczyzną Prusy. Gdańsk jest i pozostanie wierny, nigdy nie zegnie karku przed okrutnym okupantem!

Lesser pokiwał głową w zadumie. Co prawda, to prawda. To były mocne słowa. Jednak wierni z Bohnsack dobrze wiedzieli, że ich pastor boi się tylko Boga. A żabojadów uważa za zarazę, gorszą niż dżuma. Chodził w podartych butach i pocerowanej marynarce, nie miał eleganckich manier, a jednak w świątyni nie było nikogo, kto zwątpiłby w jego prawość i patriotyzm.

Od kiedy Francuzi zajęli pod koniec maja Gdańsk4, dla miasta nastały ciężkie czasy. Początkowo niektórzy witali zdobywców nawet dość życzliwie, zwłaszcza Polacy i bogaci kupcy, którym doskwierały pruskie podatki, ale im dalej w las, tym więcej drzew. Nieustanne kontrybucje, żołnierskie rozboje i rosnąca bieda radykalnie zmieniły nastroje w mieście.

Sroga zima tylko dorzuciła drew do tego stosu niechęci i nienawiści. Do wielu domów na Wybrzeżu zajrzał głód, żołądki zaczęły przywierać ludziom do grzbietów. Ileż można jeść kiszoną kapustę, zabunkrowaną w beczkach za lepszych czasów? Nie licząc Polaczków, miasto było teraz otwarcie wrogie Francuzom. A ich gmina w Bohnsack była tego oporu prawdziwą twierdzą.

Dalsze słowa kazania przerwał hałas w drzwiach. Na progu świątyni pojawił się mężczyzna w długiej kapocie ociekającej wodą. Lesser rozpoznał w nim młodego Mullera, który wraz z ojcem, rybakiem i kaszornikiem5, mieszkał na skraju wsi.

Chłopak podszedł pospiesznie do pastora i zaczął mu coś szeptać do ucha. Ten słuchał go wyraźnie poruszony.

- Drodzy moi! - wykrzyknął wreszcie. - Morze ruszyło! Morze ruszyło! Wieje z północy i północnego wschodu!

Po czym obrócił się na pięcie i zniknął w bocznym pomieszczeniu od strony zakrystii, gdzie jak wszyscy wiedzieli, trzymał swój rynsztunek kaszornika.

Na te słowa tłumek natychmiast ruszył ku wyjściu z kościółka: pochrząkując, przepychając się z lekka, niczym wielka dżdżownica sunąca ku plaży na zewnątrz. Lesser wypadł na dwór jako jeden z pierwszych. Nawet z tej odległości słyszał, jak wzburzone fale gwałtownie uderzają o brzeg. Szykował się dobry połów. Kierunek wiatru był odpowiedni. Najlepiej rokowały właśnie wiatry z północy. Musiał się tylko pospieszyć - chętnych było wielu, widział, jak ludzie, przyspieszając kroku, roztapiają się w ciemności.

Wiało coraz mocnej. Lesser spojrzał ku morzu. Żywioł ukryty był w ciemności. Tylko wysokie grzywy fal atakujących brzeg zdradzały jego obecność i utajoną moc. W powietrzu unosił się zapach soli i zgniłych wodorostów.

Zapowiadała się dobra noc.