Hipis - Paulo Coelho
34.00 zł
28.61 zł
(28,51 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
We wrześniu 1970 roku dwa miejscaubiegały się o tytuł centrum świata: Piccadilly Circus w Londyniei plac Dam w Amsterdamie. Nie wszyscy by się z tym zgodzili: gdybyspytać, większość typowałaby Biały Dom w Waszyngtonie i Kremlw Moskwie. Tak odpowiedzieliby ludzie czerpiący wiedzę z gazet,telewizji, radia, a zatem z mediów, które wówczas traciły naznaczeniu i nigdy nie miały go już odzyskać.
We wrześniu 1970 roku na niewyobrażalnie drogiebilety lotnicze stać było tylko elity. Oczywiście nie należała donich rzesza młodych ludzi, których opis w mediach ograniczał sięwyłącznie do wyglądu zewnętrznego: długowłosi, w pstrokatychstrojach i ponoć niedomyci (co akurat było wierutną bzdurą,ale zainteresowani gazet nie czytali, a starsi wierzyli we wszystko,co mogło zdyskredytować tych, którzy stanowili "zagrożenie dlaspołeczeństwa oraz dobrych obyczajów" i narażało całe pokoleniepoważnych młodych ludzi, dając im gorszące przykłady libertynizmuoraz idei "wolnej miłości", jak mawiano z pogardą). Otóżta rosnąca z dnia na dzień gromada miała swój własny systemprzekazywania informacji, którego nikt, absolutnie nikt, nie byłw stanie namierzyć.
Niewidzialny Goniec raczej nie służył doreklamowania nowego modelu volkswagena czy rewelacyjnych proszków doprania - nowości na światowym rynku. Informacje jakich poszukiwanow zasadzie ograniczały się do tego, jaki będzie kolejny wielki szlakprzemierzany przez zuchwałych zarośniętych obdartusów, zwolennikówwolnej miłości, noszących ciuchy, których żadna szanująca sięosoba o dobrym guście nigdy by na siebie nie włożyła. Dziewczynyz wplecionymi we włosy kwiatami, w długich spódnicach i kolorowychbluzkach - oczywiście bez stanika pod spodem - z naszyjnikamii bransoletkami o różnych kolorach i różnej proweniencji, chłopcyz włosami i brodami niestrzyżonymi od miesięcy, w wytartych,poprzecieranych dżinsach, noszonych przez wiele lat. W tamtychczasach dżinsy były bardzo drogie - niemal wszędzie na świecie,z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych, gdzie wyszły z dzielnicrobotniczych i szturmem podbiły tłumy uczestniczące w koncertachw San Francisco i okolicach.
Niewidzialny Goniec istniał dzięki bywalcomtychże koncertów, którzy dzielili się opiniami, gdzie należy bywaćoraz jak odkrywać świat bez korzystania z turystycznych autokarówz przewodnikiem opisującym zabytki i krajobrazy w tak monotonnysposób, że młodzi ziewali z nudów, a starsi przysypiali. I tak,dzięki wieściom przekazywanym z ust do ust, wszyscy wiedzieli,gdzie się odbędzie kolejny koncert, czy jaki jest kolejny modnyszlak na mapie świata. Nie istniały ograniczenia finansowe, ponieważulubionym autorem tej społeczności nie był Platon czy Arystoteles,ani żaden ze słynnych obieżyświatów, którzy dzięki swoim opisomzyskali renomę. Księgą, bez której prawie nikt nie wyruszał naStary Kontynent, była Europa za pięć dolarów dziennie ArthuraFrommera. Praktyczny poradnik, z którego można było się dowiedzieć,jak tanio znaleźć dach nad głową i zjeść, gdzie można spotkaćpodobnych sobie ludzi, a gdzie posłuchać muzyki na żywo, nie wydającani grosza.
Jedynym błędem Frommera było ograniczenieprzewodnika wyłącznie do Europy. Czy poza nią nie było innychinteresujących miejsc? Czy ludzie nie woleliby pojechać do Indiizamiast do Paryża? Za parę lat Frommer naprawi co prawda swójbłąd, ale na razie Niewidzialny Goniec zajmował się promocjąszlaku w Ameryce Południowej, prowadzącego do zagubionego dawnegomiasta Inków - Machu Picchu. Jednocześnie ostrzegał, żeby nierozpowiadać o tym ludziom spoza kręgu hipisów, bo wkrótce tymmiejscem zawładną obwieszeni aparatami fotograficznymi barbarzyńcy,słuchający rozwlekłych komentarzy (które zresztą błyskawiczniezapomną), jak to zgraja Indian zbudowała miasto tak ukryte, że możnaje było zobaczyć jedynie z góry, a to jest raczej niemożliwe,bo przecież ludzie nie latają.
Bądźmy sprawiedliwi: istniała także druga, grubaksięga, może nie tak popularna jak przewodnik Frommera, ale pochłanianaprzez ludzi, którzy przeszli już fazę socjalistyczną, marksistowską,anarchistyczną - wszystkie zakończone głębokim rozczarowaniemsystemem wymyślonym przez tych, którzy głosili "nieuniknioneprzejęcie władzy na świecie przez klasę robotniczą" i twierdzili,że "religia to opium dla mas" - tym samym dowodząc, że ten, ktowypowiada tak idiotyczne zdanie, niewiele wie o masach, a jeszcze mniejo opium. Ponieważ ci młodzi obdartusi poza wszystkim innym wierzylirównież w Boga, i w bogów, w boginki, anioły oraz inne tego typurzeczy. Jedyny kłopot, że ta księga, zatytułowana Poranek Magówautorstwa Francuza Louisa Pauwelsa i Rosjanina Jacques'a Bergiera,chemika, byłego szpiega, uczestnika Ruchu Oporu i niezmordowanegotropiciela okultyzmu, głosiła prawdy całkiem odmienne niż traktatypolityczne: świat jest złożony z przeciekawych i zgoła niepojętychspraw, pełen alchemików, magów, katarów, templariuszy. Nigdy niestała się sukcesem kasowym, bo ze względu na wygórowaną cenęjeden egzemplarz czytało co najmniej dziesięć osób. Machu Picchurównież znalazło się w tej książce i wszyscy pragnęli dotrzećdo Peru. Przybywali tam młodzi ludzie z całego świata (z całegoto pewna przesada, bo mieszkańcy bloku wschodniego nie mogli swobodniepodróżować).
-
Ale wróćmy do meritum: młodzież ze wszystkichzakątków świata, która posiadała przynajmniej to jedno nieocenionedobro, jakim jest paszport, spotykała się na tak zwanych szlakachhipisowskich. Nikt dokładnie nie wiedział, co znaczy słowo "hipis",ale to nie miało znaczenia. Być może oznaczało "wielkie plemiębez przywódcy", czy też "nieagresywny margines społeczny" lubwszystkie definicje przedstawione na początku tego rozdziału.
Paszporty, małe drukowane książeczki wydawaneprzez urzędy państwowe, trzymane w przytroczonych do paska saszetkachrazem z pieniędzmi (nieistotne, czy było ich mało, czy dużo), miałypodwójne znaczenie. Pierwsze, dobrze wszystkim znane, to możliwośćprzekraczania granic - chyba że celnicy dali się zwieść wyczytanymw prasie informacjom i odsyłali okaziciela paszportu z granicy tylkodlatego, że raził ich jego niechlujny strój, długie włosy, i jeszczekwiaty, kolorowe koraliki, a na dodatek uśmiech, który sprawiałwrażenie, jakby trwał w wiecznej ekstazie - powszechnie, choćniesłusznie przypisywanej szatańskim narkotykom, które, jak twierdziłymedia, ci cudacy zażywali w coraz większych ilościach.
Druga rola paszportu to ratowanie jego posiadaczaz opresji, kiedy kończyły się pieniądze i nie było szans naich zdobycie. Niewidzialny Goniec zawsze śpieszył z informacją,gdzie można zbyć ten ważny skądinąd dokument. Cena zależałaod kraju pochodzenia posiadacza. Paszport szwedzki, a więc krajuwysokich niebieskookich blondynów, był niewiele wart, ponieważmożna go było sprzedać jedynie wysokim niebieskookim blondynom,a tacy na ogół nie musieli kupować paszportów. Natomiast paszportbrazylijski na czarnym rynku był wart fortunę, gdyż oprócz wysokichniebieskookich blondynów w Brazylii mieszkali także wysocy lub niscyczarnoskórzy o ciemnych oczach, skośnoocy Azjaci, Mulaci, Indianie,Arabowie, Żydzi... Krótko mówiąc, ów wielki tygiel kulturowo-rasowytłumaczył, dlaczego brazylijski dokument był jednym z najbardziejpożądanych na ziemi.
Po zbyciu paszportu jego były właścicielzgłaszał się do rodzimego konsulatu i udając przerażenie lubzałamanie nerwowe, oświadczał, że go napadnięto i obrabowano, i niema ani dokumentów, ani środków do życia. Konsulaty zamożniejszychkrajów oferowały swoim pokrzywdzonym obywatelom nowe paszporty orazbezpłatny bilet do domu. Z biletu oczywiście od razu rezygnowano,ponieważ rzekomo obrabowany twierdził, że "ktoś jest mi winienmnóstwo kasy i najpierw muszę odebrać to, co moje". Biedne kraje- zazwyczaj były to rządy totalitarne bądź dyktatury wojskowe -urządzały istne przesłuchania, żeby sprawdzić, czy skrzywdzonypetent nie jest przypadkiem na liście terrorystów ściganych zadziałalność wywrotową. Dopiero kiedy stwierdzano, że dziewczyna(czy chłopak) mają czystą kartotekę, urzędnik konsulatu chcącnie chcąc wydawał nowy paszport. Oczywiście nie oferowano biletówpowrotnych, bo państwo nie było zainteresowane powrotem odmieńców,którzy mogliby mieć zły wpływ na społeczeństwo szanujące tradycyjnewartości: Boga, rodzinę i prywatną własność.
-
Powróćmy jednak do ówczesnych szlaków:po Machu Picchu nadeszła kolej na Tiahuanaco w Boliwii. NastępnieLhasę w Tybecie, dokąd trudno było się dostać, ponieważ wedługNiewidzialnego Gońca trwały tam walki między mnichami a wojskiemchińskim. Wprawdzie trudno było sobie wyobrazić tę wojnę, alenikt nie zamierzał ryzykować tak długiej wyprawy po to, by dostaćsię w niewolę mnichów czy żołnierzy chińskich. Na dodateknajsłynniejsi filozofowie tamtej epoki, Beatlesi, którzy rozstalisię dokładnie w kwietniu 1970 roku, nieco wcześniej ogłosili,że największa mądrość ludzkości kryje się w Indiach. Towystarczyło, żeby młodzież z całego świata ruszyła do tegokraju w poszukiwaniu mądrości, wiedzy, guru, życia w ubóstwie,oświecenia, czego zwieńczeniem miało być spotkanie z MySweet Lord.
A przecież Niewidzialny Goniec ostrzegał, żepotężny guru Beatlesów, Maharyszi Maheś Jogi, próbował uwieść MięFarrow, aktorkę, która przeżyła kilka nieszczęśliwych związkówi pojechała do Indii na zaproszenie Beatlesów, zapewne po to, byleczyć związane z tym traumy, które ponoć prześladowały ją jakzła karma.
Wszystko jednak wskazuje na to, że karma Mii Farrowpodążyła za nią do Indii, tam, gdzie przebywał John, Paul, Georgei Ringo. Zgodnie z jej relacją medytowała w jaskini wielkiego guru,kiedy ten rzucił się na nią i próbował zgwałcić. W tym czasieRingo już powrócił do Anglii, jego żonie bowiem nie służyłahinduska kuchnia, a Paul postanowił opuścić aśram przekonany,że te praktyki donikąd go nie zaprowadzą.
A więc tylko George i John pozostali w aśrmieMaharyszi, kiedy Mia, zalana łzami, odnalazła ich i opowiedziałao swojej niemiłej przygodzie. Natychmiast obaj spakowali walizkii kiedy Oświecony spytał, co się dzieje, Lennon odpowiedział muostro:
- Skoro jesteś tak oświecony, to, do cholery,chyba sam powinieneś wiedzieć!
-
Otóż we wrześniu 1970 roku świat podbijałykobiety - a raczej młode hipiski. Faceci podążali za nimi potulniei byli świadomi, że to, co je pociąga, to nie moda - w tychsprawach były znacznie lepsze od mężczyzn - a zatem postanowilipogodzić się na dobre z faktem, że są zależni od kobiet. Wyglądalidość żałośnie, niczym niema prośba "zaopiekuj się mną,jestem taki samotny, nie mam nikogo, chyba świat o mnie zapomniałi nigdy nie zaznam już miłości". Dziewczyny wybierały sobiemężczyzn i nie w głowie było im małżeństwo, myślały tylkoo tym, żeby miło spędzać czas i dobrze się bawić. Oczywiścieważny był seks w dużych ilościach, świeży i odkrywczy. Zarównow sprawach ważnych, jak i błahych decydujący głos należał dokobiet. Dlatego, kiedy Niewidzialny Goniec rozpowszechnił informacjęo napaści seksualnej na Mię oraz o ripoście Lennona, natychmiastpostanowiono zmienić trasę.
Powstał kolejny hipisowski szlak: z Amsterdamudo Katmandu kursował autobus za niecałe sto dolarów, po drodzemijając ciekawe kraje: Turcję, Liban, Iran, Irak, Afganistan, Pakistani kawałek Indii (nawiasem mówiąc, trasa wiodła z dala od aśramuMaharyszi). Podróż trwała trzy tygodnie, przemierzano jakąśniebotyczną ilość kilometrów.
Karla siedziała na placu Dam,zastanawiając się, kiedy w końcu pojawi się facet, który miał jejtowarzyszyć w magicznej (jej zdaniem, oczywiście) wyprawie. Porzuciłapracę w Rotterdamie, oddalonym zaledwie o godzinę jazdy pociągiem,ale ponieważ liczyła każdy grosz, podróż stopem zajęła jej prawiecały dzień. W pewnej gazecie alternatywnej, tworzonej w pocie czoła,z miłością i oddaniem przez ludzi, którzy wierzyli, że mają cośdo przekazaniu światu (pisemka te kosztowały grosze i rozchodziły sięmomentalnie), wyczytała, że można dotrzeć do Nepalu autobusem.
Po tygodniu czekania zaczęły jej puszczaćnerwy. Zaczepiła kilkunastu chłopaków z całego świata, dla którychszczytem marzeń było posiedzieć na tym zgoła nieciekawym placu,gdzie jedyną atrakcję stanowił obelisk o fallicznym kształcie,co powinno pobudzić ich do wykazania się męstwem i odwagą. Nicpodobnego, żaden z nich nie był gotów, żeby wybrać się w takodległe miejsce, o którym było tak niewiele wiadomo.
Nawet nie chodziło tu o odległość:większość z nich przyleciała ze Stanów, z AmerykiPołudniowej, Australii czy innych dalekich krajów. Wydali więckrocie na bilety lotnicze, przekroczyli wiele przejść granicznych,gdzie łatwo mogli być zawróceni i wysłani do kraju pochodzeniai w konsekwencji nie poznaliby jednego z dwóch najważniejszych miastświata. Przyjeżdżali, zasiadali na tym nijakim placu, uradowani, żemogą palić marihuanę pod okiem stróżów prawa i byli dosłowniezniewoleni przez wyznawców rozlicznych sekt, których pełno kręciłosię po mieście. Zapominali, przynajmniej na pewien czas, o słowach,których musieli w kółko wysłuchiwać: "Synu, musisz obciąć włosyi iść na studia. Nie możesz przynosić nam wstydu, bo inni (jacyinni?) powiedzą, że źle cię wychowaliśmy. To, czego słuchasz, to niejest muzyka. Pora już znaleźć pracę. Spójrz na swojego brata (albosiostrę), młodszy (młodsza) od ciebie i już się usamodzielnił. Sam(sama) zarabia na swoje przyjemności. O nic nas nie prosi".
Teraz z dala od wiecznego zrzędzenia rodzicówczuli się wolni. Europa była bezpiecznym miejscem - oczywiścieo ile nie przyszło komuś do głowy, żeby zapuścić się za żelaznąkurtynę, co równało się "napaści" na jakiś komunistycznykraj. Czuli się szczęśliwi, bo jak wiadomo podróże kształcą -ale wytłumaczyć to rodzicom, to całkiem inna sprawa.
"Tato, wiem, że chciałbyś, żebym skończyłstudia. Ale dyplom mogę zdobyć w każdej chwili, teraz potrzebujęcoś przeżyć, zebrać doświadczenia".
Oczywiście żaden ojciec nie potrafił tegozrozumieć, więc jedynym wyjściem było zebrać trochę pieniędzy,coś sprzedać i uciec z domu, kiedy cała rodzina śpi.
Tak więc Karlę otaczali ludzie wolni i zdecydowaniprzeżyć życie w sposób, w jaki większość nie miała odwagi. Czemuwięc nie wyruszyć autobusem do Katmandu? "Bo to nie Europa",odpowiadali, "a to wielka niewiadoma".
- Ale przecież jeśli coś się stanie, zawszemożna pójść do konsulatu i poprosić o odesłanie do kraju -tłumaczyła Karla, która co prawda nie znała nikogo, kto przeżyłtę przygodę, ale krążyła taka legenda, a często powtarzana legendastaje się rzeczywistością.
Po pięciu dniach oczekiwania na tego, któregowyznaczy na "towarzysza podróży", wpadła w rozpacz -wydawała pieniądze na noclegi, a przecież równie dobrze mogłaspać w Magic Busie (tak się nazywał autokar, który przemierzałtysiące kilometrów do Katmandu za 100 dolarów). Postanowiła pójśćdo wróżki, której dom mijała w drodze na plac Dam. U wróżkibyło jak zwykle pusto - we wrześniu 1970 roku wszyscy posiadalizdolności nadprzyrodzone albo je właśnie w sobie rozwijali. Karlazaś była kobietą praktyczną i choć medytowała codziennie, i byłaprzekonana, że właśnie rozwija w sobie trzecie oko - niewidoczny,wewnętrzny punkt na czole między brwiami - do tej pory wpadałatylko na nieodpowiednich facetów, nawet gdy intuicja jej podpowiadała,że to ci właściwi.
Z tego powodu postanowiła zwrócić siępo radę do wróżki, ponieważ to oczekiwanie bez końca (minąłprawie tydzień, niemal wieczność!) skłoniło ją do rozważeniapodróży w damskim towarzystwie, a taki wybór mógł się okazaćsamobójstwem. Trasa wiodła przez wiele krajów, gdzie dwie samotnekobiety były w najlepszym wypadku źle widziane, w najgorszym - jaktwierdziła jej babcia - sprzedane jako "białe niewolnice". Tookreślenie, zdaniem Karli, miało lekko erotyczny wydźwięk, alewolała nie doświadczać tego na własnej skórze.
Wróżka miała na imię Layla i byłaniewiele starsza od Karli. Spowita w biel i z błogim uśmiechemna ustach, jak ktoś, kto żyje w stałym kontakcie z Wyższym Bytempowitała ją uniżenie (pewnie pomyślała: "w końcu zarobię naczynsz"). Poprosiła, żeby usiadła, co też Karla zrobiła. Spotkałają za to pochwała, bo instynktownie wybrała miejsce mocy. Karlaudawała nawet przed sobą, że naprawdę udało jej się otworzyćtrzecie oko, choć podświadomość jej podpowiadała, że Laylatak mówi wszystkim - to znaczy tym nielicznym, którzy do niejprzychodzili.
Ale wróćmy do rzeczy. Layla zapaliła kadzidełko,zaznaczając, że jest "z Nepalu", choć Karla wiedziała, żewyprodukowano je gdzieś w okolicy. Kadzidełka, jak i wisiorki,kwieciste koszule, naszywki z pacyfkami czy z napisem "Flower Power"należały do sztandarowych produktów przemysłu hipisów.
Layla potasowała talię kart, poprosiła Karlęo przełożenie i wybranie trzech, po czym zaczęła je objaśniaćw sposób jak najbardziej tradycyjny.
- Nie po to tu przyszłam - przerwała jejKarla. - Chcę się tylko dowiedzieć, czy znajdę towarzystwow podróży do miejsca, z którego jak pani twierdzi... - słowa"jak pani twierdzi" powiedziała z naciskiem, bo wolała nieprowokować złej karmy. Gdyby powiedziała "chcę udać się domiejsca, gdzie wyprodukowano kadzidełko", być może trafiłaby dofabryki na przedmieściach Amsterdamu - ...jak pani twierdzi, pochodzito kadzidełko.
Layla uśmiechnęła się, choć w środkuaż wrzała z wściekłości, że jej przerwano w tak podniosłymmomencie.
- Oczywiście, że znajdziesz - zapewniła,bo jedną z powinności wróżek i kabalarek jest mówienie tego,co klient pragnie usłyszeć.
- Tylko kiedy?
- Nim minie jutrzejszy dzień.
Obie były zaskoczone.
Karla, bo po raz pierwszy odkąd tu weszłapoczuła, że wróżka mówi prawdę. Powiedziała to tonem tak pełnymempatii i pozytywnej energii, jakby jej głos dobiegał z innegowymiaru. I Layla przestraszyła się, bo miewała wizje tylko w rzadkichmomentach. Bała się, że spotka ją kara za bezceremonialne wtargnięciew świat, który wydawał się jej zarazem prawdziwy i nierzeczywisty,choć nocami usprawiedliwiała sama siebie w modlitwach, że robi totylko dla dobra innych, że daje nadzieję tym, którzy tej nadzieipotrzebują.
Karla poderwała się z "miejsca mocy",zapłaciła za poradę i szybko wyszła, żeby nie przeoczyć takwyczekiwanego towarzysza podróży. "Nim minie jutrzejszy dzień" todość ogólnikowe stwierdzenie, mogło przecież chodzić o dzieńdzisiejszy. Tak czy siak wiedziała, że teraz czeka na kogośkonkretnego.
Wróciła na swoje stałe miejsce na placuDam, otworzyła Władcę pierścieni J.R.R. Tolkiena, książkę,którą niewielu wówczas znało, dzięki czemu mogła uchodzić zakultową. Opowiadała o mitycznych miejscach, które ona też pragnęłapoznać. Karla nie zwracała uwagi na chłopców, którzy zakłócali jejspokój, zadając idiotyczne pytania, żeby nawiązać jeszcze bardziejbłahą rozmowę.
Paulo i Argentyńczyk wyczerpalijuż wszystkie tematy i wpatrywali się teraz w nizinny krajobraz zaoknem pociągu. Myślami byli daleko, bo razem z nimi podróżowaływspomnienia, imiona i ciekawość, a przede wszystkim niezmierny lękprzed tym, co ich może spotkać na granicy holenderskiej, oddalonejo jakieś dwadzieścia minut.
Paulo próbował ukryć swoje długie włosy podkołnierzem kurtki.
- Myślisz, że to zmyli celników? - spytałArgentyńczyk. - Oni się znają na takich sztuczkach. Dla nich tonormalka.
Paulo dał sobie spokój. Spytał, czy Argentyńczyksię nie denerwuje.
- Pewnie, że się denerwuję. Mam już dwaholenderskie stemple graniczne w paszporcie. Podejrzliwie traktujątakich, co się za często kręcą. To może oznaczać tylko jedno.
Przemyt. Ale, o ile Paulo wiedział, narkotykibyły w Holandii legalne.
- Nie wszystkie. Za opiaty grożą strasznekary. Za kokę też. LSD, wiadomo, nie da się wykryć tak łatwo,wystarczy nasączyć roztworem stronę książki albo skrawekmateriału. Potem pociąć na małe kawałki i sprzedawać. Za wszystko,co da się wykryć, możesz trafić do paki.
W tym miejscu Paulo wolał uciąć rozmowę,chociaż korciło go, żeby się dowiedzieć, czy Argentyńczyk cośprzemyca. Jednak sam fakt, że byłby tego świadom, czyniłby gowspólnikiem przestępstwa. Już raz go aresztowano, mimo że był czystyjak łza, w kraju, który na lotniskach witał przyjezdnych sloganem:"Brazylia: kochaj albo rzuć".
Ale jak to zwykle bywa ze złymi myślami,które próbujemy odegnać, efekt bywa odwrotny - negatywna energiajeszcze bardziej przyciąga szatańskie moce. Na samo wspomnieniewydarzeń z 1968 roku serce zabiło mu mocniej i na nowo przeżywałw najdrobniejszych szczegółach tamtą noc w recepcji hotelu w PontaGrossa w stanie Parana znanym z wydawania paszportów blondynomo jasnych oczach.
Właśnie wracał ze swojejpierwszej dalekiej podróży po modnym hipisowskim szlaku razemze swoją ówczesną dziewczyną. Była jedenaście lat od niegostarsza, urodziła się i wychowała w reżimie komunistycznymw Jugosławii. Pochodziła z arystokratycznej rodziny, którastraciła wszystko, lecz zdołała ją wykształcić, dzięki czemu córkamówiła w czterech językach. Uciekła do Brazylii, wyszła za mąż zamilionera bez rozdzielności majątkowej. Była z mężem w separacji,odkąd odkryła, że uznał ją za "starą" w 33 wiośnie życiai prowadza się z dziewiętnastolatką. Wynajęła wziętego adwokata,który wywalczył dla niej wysokie alimenty, wystarczające, by niemusiała pracować do końca życia. Razem z Paulem wyruszyli do MachuPicchu, korzystając ze środka transportu zwanego Pociągiem Śmierci,składu kolejowego różniącego się znacznie od tego, w którymteraz jechał.
- Pociąg Śmierci? Skąd taka nazwa? -spytała dziewczyna konduktora. - Przecież trasa nie prowadzi nadprzepaściami.
Paula wcale nie interesowała odpowiedź, którajednak padła.
- Dawniej pociągiem tym wożono trędowatych,chorych i ciała ofiar epidemii żółtej febry, która wybuchław Santa Cruz.
- Mam nadzieję, że porządnie odkażonowagony...
- Od tamtej pory, z wyjątkiem paru górników,którzy załatwiali jakieś swoje porachunki, nie było ofiarśmiertelnych.
Górnicy, o których wspomniał konduktor, niepochodzili z Minas Gerais w Brazylii - chodziło o tych, którzyharowali od świtu do nocy w kopalniach cyny w Boliwii. Cóż, byliw cywilizowanym świecie i miał nadzieję, że nikt nie będziezałatwiał swoich porachunków właśnie dzisiaj. Na szczęście,większość pasażerów stanowiły kobiety w charakterystycznychmelonikach i barwnych strojach.
-
Dotarli do La Paz, stolicy Boliwii, położonejna wysokości 3610 metrów, ale po wyjściu z pociągu prawie nieodczuli działania rozrzedzonego powietrza. Przed budynkiem dworcazobaczyli chłopaka w stroju świadczącym o tym, że należy do tejsamej grupy ludzi co oni. Siedział na ziemi i sprawiał wrażeniezagubionego. Spytali, co się z nim dzieje ("Nie mogę złapaćoddechu"). Przechodzący obok mężczyzna poradził, żeby miejscowymzwyczajem żuli liście koki, która pomaga tubylcom znieść dużąwysokość. Można je kupić na ulicznych straganach. Chłopak poczułsię nieco lepiej i powiedział, że da już sobie radę sam - jeszczetego samego dnia zamierzał wyruszyć do Machu Picchu.
-
Recepcjonistka z hotelu, który wybrali, zawołałajego dziewczynę na bok, coś jej szepnęła na ucho i wpisała ichnazwiska do księgi gości. Weszli do pokoju, ale zanim zasnęli, Paulospytał, co powiedziała recepcjonistka:
"Żadnego seksu przez pierwsze dwa dni".
Logiczne. Zresztą zupełnie się do tego nienadawali.
Spędzili w La Paz dwa dni nie uprawiającseksu. Nie mieli żadnych dodatkowych sensacji spowodowanych niedoboremtlenu, czyli tak zwaną chorobą soroche. Oboje przypisywali toterapeutycznemu działaniu liści koki, co tak naprawdę w ich przypadkunie miało żadnego znaczenia. Soroche występuje przy gwałtownejzmianie wysokości - inaczej mówiąc, gdy przylatuje się samolotem- ponieważ organizm nie ma czasu się przystosować. Oni pokonywaliwysokość przez siedem długich dni Pociągiem Śmierci. Do zmianywysokości przywykali powoli, co jest dużo bezpieczniejsze. Na lotniskuSanta Cruz de la Sierra Paulo widział pomnik wzniesiony "ku chwalebohaterskich pilotów linii lotniczych, którzy spełniając obowiązekpoświęcili życie".
W La Paz spotkali pierwszych hipisów, którzy,jako globalne plemię, świadome wzajemnej odpowiedzialnościi solidarności wszystkich członków wspólnoty, używali jakoznaku rozpoznawczego odwróconej runy wikingów. W Boliwii, gdziewszyscy nosili barwne poncza, kamizelki, bluzy i koszule, gdyby nieta naszywka z "pacyfką" na spodniach lub kurtce, trudno by siębyło zorientować, kto jest kim.
Tymi pierwszymi hipisami byli dwaj Niemcyi Kanadyjka. Niemcy od razu zaprosili dziewczynę Paula, która znałaniemiecki, na przechadzkę po mieście. Paulo i Kanadyjka patrzyli nasiebie, nie mając pojęcia, o czym rozmawiać. Pół godziny później,kiedy tamta trójka wróciła ze spaceru, postanowili wszyscy zgodnie,że szkoda tracić pieniądze w La Paz - czas ruszać w drogę. Planbył taki: dotrzeć nad Titicaca, najwyżej położone słodkowodnejezioro na świecie, przepłynąć statkiem na drugi brzeg już w Peru,a stamtąd udać się prosto na Machu Picchu.