Hiperkryzje - Steve Liebich

Kup ebooka

20.00 zł
17.00 zł (5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Diabeł, człowiek i Bóg

Diabeł:

Co tam szepczesz? Co tam mówisz?

Nie lękaj się mnie, synu

Człowiek:

Spójrz tutaj, pozwól oczom widzieć

Trzy martwe ciała, jedno przy drugim

Przykryte krwistym kocem długim

Trzy formy kształtują się na materiale

A pod nim sztywne członki i twarze białe

Diabeł:

Kim są ci ludzie? Kim byli?

Wedle czyich praw żyli?

Człowiek:

Żona, którą ponad me życie kochałem

Syn, któremu pierwszemu życie dałem

Córka, która nie znała czym wieku granica

Teraz wszyscy troje leżą bez życia

Człek – bestia do domu mego wtargnął

I trzy dusze z łupem zagarnął

Pozbawił mnie tlenu i powodu

Dla którego nie skończyć bym miał swego rodowodu

Teraz łzy wylewam i śmierci łaknę

Wpierw jednak w trumnach rodzinę zamknę

Diabeł:

Wedle czyich praw żyli?

Mów, komu służyli!

Człowiek:

Jemu – Wszechmogącemu

Dobra i miłości siewcy wysokiemu

Diabeł:

Powiadasz... miłości?

Gdzie ona tu gości?

Gdzie miłość w trzech trupach?

Gdzie życie w trzech słupach?

Człowiek:

Zostawił nas w potrzebie

Diabeł:

Może on sam stworzył potrzebę?

Nie znają praw miłości w niebie

A co, jeśli... lecz słuchaj treściwie

On sam wykończył twoją rodzinę?

Człowiek:

W tym nie ma Boga, lecz tylko sromota

A teraz, właśnie teraz, nachodzi mnie ochota

Znaleźć winnego śmierci mej rodziny

Zmusić do wyznania winy

Diabeł:

I co potem?

Człowiek:

Rozłupać mu czaszkę sprawiedliwości młotem

Diabeł:

Masz siły ku temu?

Człowiek:

Ku wszystkiemu!

Teraz ja jestem sądem, ja jestem prawem

Całe życie na sprawiedliwość czekałem

Koniec z Bogiem, koniec z życiem

Życie w śmierć zamienię, pieśń w wycie

Umarłem dawny ja

Kreatura zła

Karmi się mym wnętrzem

Diabeł:

Mogę ci obiecać, że zemsty dokonam

Sprawiedliwość w tym świecie dochowam

Tamten, nim umrze, pozna cierpienie

A śmierć będzie mu zbawieniem

Ujrzy on wtedy twarz moją

Której nawet aniołowie się boją

Choć dusza nie umiera, będzie umierał

Kwiaty rozpadu na mej polanie zbierał

Człowiek:

Czego żądasz w zamian?

Diabeł:

Śmierci twojej i duszy przeklętej

Od dziś w mojej władzy zaklętej

Człowiek:

Cierpieć będę u ciebie?

Diabeł:

Nie bardziej niż u Niego

Twórcy bólu twego

Człowiek:

Dwie drogi, jedno skrzyżowanie:

Zemsta moja – marna i niepewna

Lub diabelskie ukrzyżowanie

I dusza za to dla niego

Kochałem rodzinę, a On mi ją odebrał

Czas, by morderca pąki kwiatów zebrał

Krwawych! Gorzkich! Śmiertelnych!

Zgadzam się, na warunki przystaję

W zamian duszę swoją ja tobie oddaję

Bóg:

Wasz mąż i ojciec wybrał swą drogę

Ja już mu nie pomogę

Już niebawem każda dusza na Sąd przybędzie

Każda, która zechce, mą miłość zdobędzie

Poszukiwania

Wśród poplątanych gałęzi pamięci

I wśród gwiazd na niebie niechęci

Za wodnym kołem fortuny

I przed myśli lasem ponurym

W ziemi straconych uśmiechów grzebię

A wciąż nie mogę odnaleźć ciebie

Tuż za rogiem ognistych sporów

Nad paletą miłości kolorów

Przed wodospadem każdej z tragedii

Pod splotem niejednej z wielu bredni

Rysuję zaproszenie na słonecznym niebie

Lecz wciąż nie potrafię odnaleźć ciebie

Na rozlanym mleku tęsknoty

W ubraniu marnego kochania biedoty

Wśród licznych gier nierozegranych

W zapachu słodkim włosów twych zadbanych

Wspinam się mozolnie po miłości drzewie

Próbuję co chwila odszukać ciebie

Zza korytarza labiryntu błędów

Między książkami wspólnych planów rzędów

W zapiskach marzeń starych i nowych

Pośród serc dobrych i młodych

Znajduję siebie w miłości potrzebie

Choć nadal nie mogę odnaleźć ciebie

Pod gruzami zburzonej przyszłości

Za ludzką nikczemnością, piętrami podłości

Nad ziemią, która łączy i rozdziera

Tą samą, która daje i odbiera

Zbudzę choćby śmierć, która wśród nas drzemie

By w końcu móc odnaleźć ciebie!

Słuchaj poety

Coś ci powiem, więc siadaj wygodnie

To jest wiersz, więc niech się rymuje

Być może wiesz, co znaczy żyć modnie

Wiesz, co cię niszczy i co cię buduje

Pozwól, że dam ci cegłę

Łykaj myśli z witaminami

Wznoś swe idee wraz z fundamentami

Nie pozwól innym wejść ci w paradę

Pożyczaj pomoc i nie mów: Sam dam z tym radę

Potem ją zwrócisz, bo to pożyczka

Raz w twoich raz w innych rękach jest tyczka

Buduj muskuły determinacji

Plując w usta dyskryminacji

Nie patrz na innych, patrz tylko na siebie

Raj jest na ziemi, więc spraw byś żył jak w niebie

Nie znają różnic między piekłem a niebem

Nazywaj to jak chcesz, lecz ja to zwę marzeniem

Jesteś stworzony, by kochać i być kochanym

Nie jesteś tu po to, by trwać wiecznie samym

Ty z łona Pani, troskliwej opiekunki

Przyjmij od niej wszelakie podarunki

Upadasz, by się podnieść – ranisz, by wyleczyć

Daj oczom swoim tym wszystkim się nacieszyć

Kochaj, kochaj! kochaj po wsze miary

Ty dzięki nim, a oni dzięki tobie nigdy nie są sami

Podobno cienka linia między sromotą a błogością

Nazywaj to jak chcesz, lecz ja to zwę Miłością

Czujesz? Coś idzie za tobą... podąża twoim śladem

Bezszelestnie gad za tobą, a nie ty za gadem

Słyszysz?  Mrugnięciem powieki zbywasz innych słowa

Czy to ważne, kto z tobą trzyma, a kto urazę chowa?

Widzisz? Cienie na ścianach, oknach i w oczach

Ty główną szosą, inni na poboczach

Podnieś głowę i nie podnoś ręki za jednym zamachem

Nazywaj to jak chcesz, lecz ja to nazwę strachem

Jestem młody wiekiem, lecz dojrzały duchem

Mówią, że wariat, czasem zwą mnie zuchem

Wiele przeszedłem i wiele zwyciężyłem

Dawno temu pierwszą cegłę pod wieżę włożyłem

Cegła po cegle wznosisz fragment wieży

Pamiętaj – gdy upadniesz – ktoś nadal w ciebie wierzy

Niech wiara i nadzieja ulepią twoje serce

Marmurowe serce

To człowiek, czyli ty, tworzy swą potęgę

Lecz pamiętaj, że skromność podaje jej rękę

Jesteś tym dla siebie, co dla mnie serca bicie

Nazwij to jak chcesz, lecz ja to nazwę życiem