Himalaistka - Wojciech Wójcik

Kup ebooka

36.00 zł
27.72 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na wysokości siedmiu tysięcy metrów wiał huraganowy wiatr, ale tutaj - na dnie głębokiej szczeliny w skalno-lodowym zboczu K2 - było zacisznie i spokojnie. Aż zbyt spokojnie. Lód, połyskujący gdzieniegdzie w tej odrobinie sączącego się z góry światła, miał barwę butelkowej zieleni, a wznoszące się niemal pionowo krawędzie przywodziły na myśl ściany katedry. Szczelina była miejscami tak wąska, że idący jej dnem dorosły mężczyzna musiałby co chwila wciągać brzuch, przeciskając się między jęzorami lodu. Tylko w jednym miejscu było trochę szerzej - na tyle, że pomiędzy ścianami mógłby się zmieścić średniej wielkości samochód. Martwa kobieta leżała właśnie tam - zastygła w dramatycznej pozie, z porozrzucanymi kończynami i odchyloną do tyłu głową.

Na tej wysokości panuje siarczysty mróz, a na dno szczeliny nigdy nie docierało słońce. Nic więc dziwnego, że zwłoki zachowały się w niemal idealnym stanie. Na szczęście ciemność litościwie skrywała prawie wszystkie oznaki niespodziewanej, nagłej śmierci. W otwartych oczach nie było widać przerażenia, a na wargach - grymasu bólu. Nie było też widać wielkiej, ziejącej w skroni dziury. W półmroku dziewczyna wyglądała jak marmurowy posąg - tak idealny, jakby wyrzeźbił go sam Michał Anioł. Gdyby nie nienaturalne ułożenie głowy, którą upadek niemal oderwał od tułowia, można by odnieść wrażenie, że śpi.

Alpinistyczne ubranie okrywało jej zamarznięte ciało niczym druga skóra. W pewnym sensie było jej drugą skórą. Kochała góry bardziej niż cokolwiek innego. Za życia wolała Gore-Tex od najszlachetniejszego jedwabiu, a raki były jej bliższe niż najbardziej szałowe szpilki od Ralpha Laurena. Zawsze - pół żartem, pół serio - mówiła, by do trumny ubrać ją w kolorowy strój do wspinaczki. Stało się tak, jak chciała. Tyle że nigdzie nie było trumny...

Ciało kobiety opierało się o jedną ze ścian szczeliny, pomału stapiając się z nią w jedność. Za kilka lat kobieta stanie się jej nieodłączną częścią - barwnym motylem zatopionym w na wpół przezroczystym lodzie. Już teraz - trochę ponad pół roku po tym, gdy umarła - lód upominał się o swoje. Aby poruszyć przymarznięte ciało, należałoby użyć łomu. Albo przynajmniej czekana.

Czekan, czy też - jak mówią himalaiści - dziabka, był tu, na miejscu. Ostrze zagłębiało się w dziurze na skroni, a trzonek sterczał poziomo tuż nad alabastrowo białą twarzą. Na włóknie węglowym, z którego był wykonany, potworzyły się sople. Jeden z nich - na podobieństwo kolumny - łączył środkową część trzonka z wydatnym nosem. Nosem, który stanowił jedyną skazę w olśniewającej niegdyś urodzie. Nosem, przez który w podstawówce złośliwe koleżanki nazywały ją krogulcem.

Dno szczeliny miało coś wspólnego z cmentarzem. Ciszę, która aż kłuła w uszy. Stojąc obok martwej dziewczyny na dnie lodowego kanionu, trudno było uwierzyć, że kilkanaście metrów wyżej wiatr wył głośniej niż silniki bolidów Formuły 1. Tu było tak zacisznie. Tak spokojnie.

Tymczasem na powierzchni góry właśnie zaczynał się dramat. Miejsce, które znali jako obóz numer cztery, nie istniało. Tam, gdzie kilkanaście godzin temu stały trzy namioty, teraz leżały lodowe bryły - niektóre wielkości dwupiętrowych kamienic. Łukasz Lewicki, chociaż nie był przesadnie religijny, odruchowo się przeżegnał. Grube łapawice na moment się zetknęły, a potem ukryte w nich palce znów podjęły nierówny bój o to, by się nie odmrozić. Zaciśnij, rozluźnij, zaciśnij, rozluźnij. I tak przez cały czas. Oczywiście z wyjątkiem chwil, gdy trzeba było ich użyć.

Wiatr dął tak głośno, że trudno się było porozumiewać, ale Łukasz był niemal pewny, że to usłyszał. Soczyste przekleństwo, po którym padło męskie imię. Kuba zawsze dużo przeklinał, ale tym razem naprawdę miał powody.

- Popieprzony dziad - zgodził się Łukasz, patrząc na kolegę, z którym łączyła go lina. - Skopiemy mu tyłek, co?

Mówili o kierowniku wyprawy, legendarnym Bartoszu Winnickim. To on uraczył ich prognozą pogody, po której zdecydowali się podjąć atak szczytowy. Prognoza okazała się trefna. Okno pogodowe skończyło się zaraz po tym, jak się zaczęło, i teraz czekał ich dramatyczny odwrót. Od położonej na pięciu tysiącach metrów bazy dzieliły ich niemal trzy kilometry. W pionie. Chociaż liczyła się każda sekunda, a osiągnięcie bazy - i siedzącego w niej Winnickiego - w ich sytuacji wcale nie było takie pewne, przez dłuższą chwilę kulili się w podmuchach wiatru, rozkoszując się myślą, co zrobią, jak już go dopadną...

Pocieszające było jedno: w namiotach obozu czwartego - tych, które pochłonęła lawina - nikogo nie było. Opuścili je o czwartej nad ranem całą szóstką, kierując się w stronę szczytu. Co prawda pozostała czwórka himalaistów zrezygnowała z ataku szczytowego znacznie wcześniej, ale i tak nie było fizycznej możliwości, by koledzy dotarli w to miejsce przed lawiną. W chwili, gdy schodziła, znajdowali się po bezpiecznej stronie skalnego żebra.

Nie, tamta lawina, którą obserwowali z góry, nie stanowiła niebezpieczeństwa. Ale po niej mogły przyjść następne, a poza tym... coraz bardziej wariowała pogoda. Widoczność spadała z każdą minutą i chociaż do zmroku pozostało jeszcze kilka godzin, to zaczynało robić się ciemno.

- Idziemy?

Widząc, że kolega nie zrozumiał, Łukasz wskazał łapawicą kierunek zejścia. Nie wyglądało zachęcająco. Rozległe plateau urywało się nagle, a zbocze schodziło dalej stromym kominem. Czy na tyle stromym, by się wiązać? Kuba najwyraźniej uznał, że nie, bo rozpiął karabińczyk.

- Ty pierwszy.

Pomysł sprzed kilku godzin, by pomimo pogarszającej się pogody kontynuować atak szczytowy, był szalony. Kierownik, który najpierw wpakował ich na minę "swoją" prognozą pogody, zaczął się drzeć, by wracali. Pozostałe dwa zespoły zawróciły, ale oni byli zbyt ambitni i pięli się do góry tak długo, aż wiatr zrobił się zbyt mocny, by się wspinać. Poddali się tuż przed szczytem.

Podczas ataku szczytowego, zirytowani władczym głosem kierownika, wyłączyli radio i teraz - gdy kontakt z bazą mógł decydować o życiu i śmierci - nie byli w stanie go włączyć. Kuba zatrzymał się na skraju plateau i jeszcze przez chwilę manipulował palcami przy pokrętłach. A potem znów założył łapawice i sugestywnie wzruszył ramionami. Ruszyli pogrążeni w niewesołych myślach, ale żadna z nich nie dotyczyła dramatycznej sytuacji, w której się znaleźli. Wciąż nie mogli przeboleć, że nie zostali pierwszymi w historii zimowymi zdobywcami K2.

- Cholera, było tak blisko... - westchnął Łukasz, stawiając pierwszy krok w dół komina. - Dwieście metrów... Cholerne dwieście metrów.

Tyle zabrakło im do szczytu, ale teraz mieli do celu znacznie dalej. Obóz trzeci, do którego musieli dotrzeć, znajdował się na wysokości siedmiu tysięcy dwustu metrów, czyli ponad osiemset metrów niżej. Biwak na dziko nie wchodził w grę. To nie był lipiec, tylko luty. Zima w Karakorum nie dawała nawet najmniejszego marginesu błędu. Obaj zdawali sobie sprawę, że jeżeli nie dotrą do trójki, czeka ich śmierć.

I obaj się tym nie przejmowali. Tacy już byli.

Obóz trzeci skrył się za kłębiącymi się chmurami, ale drogę znali niemal na pamięć. W ostatnich tygodniach pokonywali ją już czterokrotnie - wnosili tędy sprzęt, przygotowując się do dzisiejszego ataku. Teoretycznie zejście tym fragmentem Żebra Abruzzi nie powinno nastręczać trudności. Z punktu widzenia zaaklimatyzowanego alpinisty był to spacerek po parku. Ale w tym parku było minus czterdzieści stopni, a temperatura odczuwalna zdawała się jeszcze niższa.

Na szczęście w kominie, którym schodzili, wiatr był nieco lżejszy, a gdy dotarli do pierwszej poręczówki, ucichł niemal zupełnie. Miejscami irytowała ich ograniczona widoczność, ale zdarzały się momenty, w których nie było najgorzej. Najwyraźniej załamanie pogody nie było aż tak gwałtowne.W krótkotrwałym oknie między chmurami pojawił się nawet fragment pomarańczowego nieba, zwiastującego rychły zachód słońca.

Łukasz zatrzymał się na chwilę na nachylonym pod kątem sześćdziesięciu stopni zboczu i ze zdumieniem zdał sobie sprawę, że pogwizduje. Zupełnie jakby był na wycieczce w Bieszczadach. Z każdym metrem w dół miał coraz więcej siły. Tak to już jest. Opuszczanie strefy śmierci - czyli terenu położonego ponad osiem tysięcy metrów nad poziomem morza - zawsze wiązało się dla niego z uwolnieniem hormonu szczęścia.

Za moment obok zatrzymał się Kuba. Łukasz popatrzył na jego popękane usta i wiszący mu z nosa sopel i... parsknął śmiechem.

- Jak jest?

Kuba uśmiechnął się krzywo, usiłując trzymać fason, ale Łukasz od razu zobaczył, że przyjaciel czymś się gryzie. Znali się od czasów, gdy byli nastolatkami. Zdobyli razem niejeden szczyt. A na nizinach wypili niejedną butelkę wódki.

- Źle się czujesz? Masz wysokościówkę?

W głosie Łukasza o dziwo pobrzmiewała nadzieja. W miejscu, w którym się znajdowali, wysokościówka, czyli choroba wysokościowa, nie byłaby problemem. Byli wystarczająco nisko - licznik Łukasza wskazywał, że zatrzymali się na wysokości siedmiu tysięcy ośmiuset metrów - by jej objawy zaczęły szybko ustępować. Ale Kuba pokręcił głową.

- Łapawica - mruknął, zaciskając szczęki. - Spadła mi, cholera...

Łukasz przełknął ślinę. Bez łapawicy, czyli dużej, zewnętrznej rękawicy, przyjaciel nie miał szans, by uniknąć odmrożeń. Cienkie rękawiczki, które miał pod spodem, nadawały się co najwyżej do tego, by je włożyć w buty. A Karakorum nie wybaczało...

- Dawno ci spadła? - Łukasz zdał sobie sprawę, że mówi bez zacięć. Wyżej, w rozrzedzonym powietrzu, co dwie sylaby musiał łapać oddech. - Gdzie?

- Pięć minut temu. Gdzieś tam. - Kuba wskazał drugą dłonią lodowy uskok powyżej, a potem znów zaczął masować niedostatecznie osłoniętą dłoń. - Bawiłem się radiem.

Przez chwilę obaj patrzyli w górę, a potem - korzystając z krótkotrwałego przejaśnienia - zaczęli się rozglądać. Łapawica miała intensywnie fioletowy kolor. Na monochromatycznym, białym tle powinna być widoczna.

- Nic z tego - mruknął Kuba. - Poleciała gdzieś w...

Na czerwonym od mrozu, zarośniętym obliczu Łukasza pojawił się uśmiech. Tak szeroki, że na popękanych wargach zastygła mu kropla krwi.

- Nie biadol. Jest tam. Widzisz?

Łapawica leżała kilkadziesiąt metrów od szlaku, którym schodzili, niemal na samym środku śnieżnego wypłaszczenia. Kuba spojrzał we wskazanym kierunku, zmrużył oczy i podskoczył z radości. A potem mocniej złapał czekan.

- Ty, Sokole Oko... Dzięki! Myślałem, że już po paluchach. Zaczekasz?

Łukasz pokręcił głową.

- Zlecisz. Ja pójdę.

Kuba skrzyżował ręce na piersiach. Nie zamierzał polemizować. Był sprawnym wspinaczem, ale Łukasz był o wiele lepszy technicznie, a poza tym... Wyglądało na to, że jest też w lepszej kondycji. W ich układzie takie poświęcenie było czymś naturalnym. Robili dla siebie bardziej ryzykowne rzeczy.

- Cyknę ci fotkę. - Kuba uśmiechnął się, a potem zaczął oglądać dłoń. - I byłbym wdzięczny, jakbyś się pospieszył. Chodzą mi po niej jakieś cholerne mrówki.

Łukasz zadrżał w podmuchu wiatru, a potem bez słowa puścił gwarantującą bezpieczeństwo poręczówkę i - wspomagając się czekanem - przetrawersował lodowy stok, osiągając śnieżną półeczkę. Zaczepił łapawicę o klamerkę na kasku i pomachał czekającemu Kubie, udając, że pozuje do zdjęcia. Błazeństwo trwało jednak nie więcej niż trzy sekundy. Z odmrożeniami nie ma żartów.

Dwie minuty później był z powrotem przy koledze. Ten cały czas masował dłoń.

- Jesteś pewien, że zgubiłeś ją przed chwilą? - spytał Łukasz, podając mu łapawicę. - Pokaż pazury.

Kuba niechętnie zdjął wewnętrzną rękawiczkę. Paznokcie miały dziwny, różowy kolor.

- Chyba się odmroziłeś.

- Troszeczkę. Pomóż, dobrze?

Zakładając koledze łapawicę, Łukasz unikał jego wzroku. Palce były odmrożone. W najlepszym wypadku czekało go w obozie dużo bólu, a w najgorszym... amputacja. Wszystko zależało od tego, jak szybko dotrą do trójki.

- Teraz ogień w dół - rozkazał, chwytając poręczówkę.

Pokonanie ośmiuset metrów w górę potrafi w rozrzedzonym powietrzu zająć cały dzień, ale droga w dół jest znacznie szybsza. Pod warunkiem że nie idzie się w ciemności. Do zmroku była jeszcze godzina i wykorzystali ją najlepiej, jak potrafili. Komin został nad nimi, a teren stał się znacznie bardziej płaski.

Wreszcie, gdy zapadł zmrok, włączyli czołówki i ostrożnie ruszyli dalej.

- Ciemno jak w dupie. Widzisz naszych?

Łukasz popatrzył w kierunku, gdzie - tuż nad Czarną Piramidą - powinien znajdować się trzeci obóz. Ale w wieczornej szarudze nie było widać żadnego źródła światła. Ani latarek pozostałej czwórki wspinaczy, ani silnego reflektorka, który wtargali do obozu właśnie na takie okazje. Liczył na to, że koledzy uruchomią go od razu po dojściu na miejsce. Czyżby tam jeszcze nie dotarli? Pokręcił głową. To było niemożliwe.

Przeszedł kilkanaście metrów i znów się zatrzymał, lustrując wzrokiem to, co było pod nimi. Im niżej, tym widoczność była gorsza. W dolinach już dawno zapadła noc, a wyżej, na zboczach, kłębiły się czarno-szare chmury. Ostatnią pozostałością po odchodzącym w niebyt dniu był jarzący się czerwienią wierzchołek Broad Peak, który na moment pojawił się między chmurami. Wraz z zapadającą ciemnością wzmagał się wiatr. Było zimno, cholernie zimno.

- Mam nadzieję, że pamiętali chociaż o piciu - rzucił w kierunku Kuby, a potem znów zaczął schodzić. Przygotowanie kubka herbaty zajmowało na takiej wysokości kilkadziesiąt minut. Najpierw trzeba było roztopić lód. - Oddałbym wszystko za jeden mały łyczek...

Wiedział, że w wysokich górach równie niebezpieczne jak odmrożenia bywało odwodnienie. Na atak szczytowy poszedł "na lekko", tylko z malutkim camelbagiem izotoniku. Ostatnią kroplę wysączył kilka godzin temu. Był tak spragniony, że od czasu do czasu wkładał do ust bryłki lodu, ale nie przynosiło to ulgi.

Z każdym krokiem czuł coraz większy niepokój. Już nie dowcipkował. Trójka powinna być gdzieś tutaj. Licznik wysokości wskazywał, że zeszli na siedem tysięcy dwieście metrów, lecz w zasięgu wzroku nie było nawet śladu po obozie i kolegach. Czyżby się zgubili? Ale jak można było się zgubić w takim miejscu?

- To na pewno są nasze poręczówki?

Kuba chyba pokiwał głową. W każdym razie światełko jego czołówki zatańczyło na lodowym zboczu. Od kilkunastu minut milczał. Gdy wiatr przycichał, słychać było jego ciężki oddech.

- Żyjesz jeszcze?

- Ledwo - odparł, a Łukasz ze zdziwieniem skonstatował, że partner nie żartuje.

Nie czekając na niego, przeszedł jeszcze kilkadziesiąt metrów. Licznik wysokości pokazywał siedem sto. Wyglądało na to, że jakimś cudem ominęli obóz i ruszyli w kierunku Czarnej Piramidy. To nie było miejsce, które chciał pokonywać w ciemności. Zaklął i ruszył z powrotem w górę. Czuł, że każdy krok kosztuje go dużo siły.

- Barany! - warknął pod nosem, myśląc o współtowarzyszach, którzy nie pomyśleli o reflektorku.

Minął Kubę bez słowa. Kolegę stać było tylko na pełne niedowierzania stęknięcie. Powlekli się w górę, a potem ruszyli przez wypłaszczenie, kuląc się w podmuchach wiatru.

- To tu - jęknął w końcu Łukasz, rozpoznając charakterystyczny upłaz, na którym kilka dni temu robił selfie z widokiem na kopułę szczytową K2. - Jesteśmy w domu...

Do siedemdziesięciu procent wypadków w wysokich górach dochodzi przy zejściu, najczęściej na ostatnich metrach przed celem. Człowiek jest wtedy nieco bardziej rozluźniony i jednocześnie - mocno zmęczony. To zabójcza mieszanka. Łukasz szedł pierwszy, wypatrując namiotów. Nagle usłyszał za sobą ściskający serce odgłos kruszonego lodu. A po chwili cichy, jakby nieśmiały krzyk. Odwrócił się na pięcie i zdążył zobaczyć, jak jego przyjaciel powoli - niczym w zwolnionym tempie - leci w przepaść.

*

Najtrudniejszym miejscem na Czarnej Piramidzie był ponadstumetrowy lodospad, pokryty teraz cienką warstwą świeżo nawianego śniegu. Łukasz odnosił wrażenie, że ta warstwa trzyma się na słowo honoru i w każdej chwili może usunąć mu się spod stóp, pociągając go w dół. Porzucił dopiero co odnalezioną poręczówkę, wybierając marsz płytkim kuluarem. Gdy w połowie lodospadu zobaczył ogromne seraki, przełknął ślinę.

Seraki to lodowe wybrzuszenia - olbrzymie bryły lodowe, słabo związane z gruntem. Wraz z ich oderwaniem uwalnia się niszczycielska siła, zamieniająca w miazgę wszystko, co stanie jej na drodze: drzewa, namioty oraz... ludzi. Nie chciał, by na jego nagrobku wyryto inskrypcję: zginął pod serakiem. Starając się stąpać możliwie lekko i ostrożnie, znów przetrawersował lodospad, wracając do na wpół zagrzebanych pod śniegiem poręczówek. Droga, którymi je poprowadzono, nagle wydała mu się bardzo bezpieczna.

Wciąż - mimo ponad czternastogodzinnego marszu - był w niezłej formie. Na pewno pomagała aklimatyzacja, ale nie bez znaczenia były też parametry jego organizmu. Doskonale znosił duże wysokości. Gdy w strefie śmierci koledzy rzygali i walczyli z zawrotami głowy, jemu towarzyszyło tylko uczucie lekkiego ucisku na skroniach. Zupełnie jak na lekkim kacu - takim po czterech piwach.

Teraz oczywiście "kac" był znacznie silniejszy. Ale nie na tyle, by pojawiły się halucynacje. Dlatego gdy zobaczył w dole blask czołówki, z trudem powstrzymał się od okrzyku. Nawoływanie mogło wywołać lawinę, a poza tym było bezsensowne. Odgłos wyjącego wiatru przywodził na myśl dźwięk mknących tunelem samochodów. Zagłuszał wszystko, nawet myśli.

Światełko zamigotało i zgasło. Domyślił się, że idący mu z odsieczą wspinacz zniknął za jakąś przeszkodą. Nie chciał być w jego skórze. Schodzenie mimo wszystko było przyjemniejsze. Na myśl o mozolnym podejściu - do czekającego na pomoc Kuby - ramiona pokryły mu się gęsią skórką.

Niespodziewanie zgubił rytm kroków i zsunął się kilka metrów po śniegu. Przez chwilę uspokajał oddech, a potem wymacał sztywną od mrozu poręczówkę i zacisnął na niej dłoń w łapawicy. Przez dłuższy czas lustrował opadające na łeb na szyję zbocze, ale zamiast światełka znów widział tylko chmurzastą ciemność. Na domiar złego zaczął padać śnieg. Tak intensywnie, że po minucie kurtka pokryła się równomierną warstwą białego piachu.

Otrzepał się i zmusił ciało do dalszego wysiłku. Wiatr był zbyt silny, by tu odpoczywać. Na zboczu nie było w zasięgu wzroku żadnej kryjówki. Lodowate podmuchy wysysały z organizmu resztki energii.

Właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślał, że może już tu zostanie. To była lekka myśl, taka z przymrużeniem oka, ale samo to, że się pojawiła, było znaczące. Łukasz znajdował się w swoim życiu w wielu tarapatach, ale jeszcze nigdy nie było tak źle. Nawet na Sziszapangmie. Ani w masywie Annapurny, gdzie przeżył najgroźniejszą górską przygodę.

Klasnął dłońmi, a potem zmusił się do marszu. Wydawało mu się, że zza ściany tańczącego w porywach wiatru śniegu słyszy ludzkie głosy, ale miał świadomość, że to złudzenie. Chociaż serce podpowiadało mu, by przyspieszyć, wciąż poruszał się bardzo ostrożnie. Tak, aby wszystko mieć pod kontrolą.

Ale w górach tak się nie da. Nie wszystko jest pod kontrolą.

Na K2 prowadzi kilka normalnych dróg. I kilka ekstremalnych. W zimie najbardziej obiecujące wydają się dwie: droga Żebrem Abruzzi i Droga Basków. W zeszłym roku polska ekspedycja wybrała początkowo tę drugą, ale po kilku drobnych wypadkach dokonano weryfikacji planów i powrócono do koncepcji z Żebrem Abruzzi. Ekspedycja zakończyła się fiaskiem, ale w jej trakcie wspinacze poznali plusy i minusy obu szlaków. Nikt nie miał wątpliwości - droga Żebrem Abruzzi była dłuższa, ale miała jedną zasadniczą przewagę. Dużo rzadziej spadały nią kamienie.

Ale to nie znaczy, że nie spadały w ogóle.

Nie był duży - najwyżej wielkości pięści - ale gdy uderzył w kask, Łukasz miał wrażenie, jakby wpadł pod pociąg. Chwycił za głowę, spodziewając się, że zamiast niej palce odnajdą tylko poszarpane kości. Nie było tak źle. Kamień wyładował się na kasku i poleciał dalej, a głowa została na ramionach. Ale działo się z nią coś dziwnego. Kręciła się i kręciła... a razem z nią wirował świat.

Stracił przytomność dosłownie na sekundę. Wraz z chwilą, w której całym ciężarem uderzył o lód, świadomość wróciła - i to ostrzejsza niż przedtem. Ale było już za późno. Grawitacja zrobiła swoje i zaczął się zsuwać. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej...

- Nie! - Pełen buntu okrzyk utonął w wietrze. - Nie!

Czekan zsuwał się wraz z Łukaszem, przywiązany pętlą do nadgarstka. Zacisnął na nim palce i z całej siły uderzył o lód. Czubek zazgrzytał, ale nie zdołał się przebić. Chciał spróbować jeszcze raz, ale wtedy jakaś nierówność rzuciła go na plecy.

Hamował wszystkimi mięśniami, lecz zamiast zwalniać, wciąż przyspieszał. Zachowywał przy tym jasność umysłu, absolutnie nie panikował. Był z twardej gliny, a poza tym... to działo się zbyt szybko, by zdążył się wystraszyć.

Napotkawszy na swej drodze kolejną nierówność, oderwał się od ziemi, a potem - niczym worek kartofli - uderzył o powierzchnię lodowca. Znów znalazł się na brzuchu. Wiedział, że to ostatnia szansa. Uniósł czekan i ponownie zaatakował zbocze. Tym razem udało mu się przebić warstwę lodu. Szarpnięcie było silniejsze, niż się spodziewał, ale - chociaż palce odruchowo się rozwarły - dziabka zatrzymała się na pętli. Nadgarstek zapiekł, lecz Łukasz nawet tego nie poczuł. Zamrugał oczami, wciąż nie wierząc, że udało mu się zatrzymać.

Ostrożnie poruszył jedną nogą, a potem drugą. Trochę bolało go kolano. I łokieć. Tak, łokieć był poważnie stłuczony. Ale sprawny. Na pewno nie złamany.

Nachylenie Czarnej Piramidy wynosiło miejscami sześćdziesiąt stopni, ale w tym miejscu nie przekraczało czterdziestu pięciu. Lód był jednak twardy jak beton i Łukasz nie wyczuwał w nim żadnej szczeliny, w którą można by włożyć palce. Czekan nie wszedł głęboko. Należało szybko go odciążyć. Łukasz machnął nogami, ale trafił tylko w powietrze.

- Cholera. To cud.

Nie musiał patrzeć w dół. Wiedział już, co się stało. Wbił czekan dosłownie w ostatniej chwili. Zbocze było podcięte. Na wysokości jego kolan - a nawet trochę ponad nimi - zaczynała się przepaść.

Bardzo ostrożnie podciągnął się na dziabce, zadzierając prawą nogę. Stopa oparła się o krawędź przepaści, a potem podążyła wyżej. Niestety lód był gładki jak szkło. Po krótkiej walce znów opadł do pozycji, którą zajmował pierwotnie. Nogi dyndały nad... No właśnie. Nad czym? Nad otchłanią? A może ta otchłań miała pół metra, a pod nią znów znajdowało się względnie łagodne zbocze?

Usiłował oświetlić je czołówką, ale nie był w stanie dostatecznie wychylić głowy. Wyprostował nogi i jeszcze raz nimi wierzgnął, ale znów napotkały jedynie próżnię. Nie zamierzał ryzykować. Ponownie podciągnął się na czekanie i - z brodą na wysokości jego ostrza - wędrował wolną ręką po powierzchni lodu.

Pęknięcie znajdowało się na granicy jego zasięgu. Zdjął zębami łapawicę i zbadał je opuszkami palców. Było wystarczająco szerokie. Z łapawicą w zębach podciągnął się na ręce, a drugą ręką wyrwał czekan. Nie czuł się zbyt stabilnie, ale nogi już nie wisiały nad przepaścią. Wbił czekan w pęknięcie i sprawdził, czy trzyma. Trzymał. Odetchnął z ulgą, otarł czoło, a potem - pomagając sobie zębami - wciągnął łapawicę.

Zsuwając się po zboczu, oddalił się od szlaku zabezpieczonego poręczówkami. Przez chwilę odtwarzał w myślach okoliczności upadku, a potem cicho się zaśmiał. W tym śmiechu nie było jednak wesołości. Nie miał pojęcia, czy poręczówki biegły po jego prawej, czy po lewej stronie.

Uniósł głowę i przez okrągłe trzydzieści sekund oświetlał okolicę, ale dookoła widział tylko połyskujący lodowiec. Żadnych wskazówek. W końcu postanowił ruszyć w lewo. Zanim jednak wyciągnął dziabkę, przez wycie wiatru przebił się inny dźwięk. Tak przerażający, że aż jęknął, a włosy pod czapką stanęły mu dęba.

Trzeszczenie. Dźwięk kruszącego się lodu.

Nagle pęknięcie, które przed chwilą badał palcami, zaczęło się poszerzać. Mieściły się w nim nie tylko palce, ale i pięść. W panice wyrwał czekan i uderzył nim powyżej pęknięcia. Napiął mięśnie i z niedowierzaniem czekał na to, co zaraz nastąpi.

Lód, na którym leżał, stawał się bardziej pionowy. Łukasz zsuwał się powoli, aż w końcu zawisł na samym czekanie. Trzaski stawały się coraz głośniejsze, a potem nagle umilkły. Olbrzymi kawał lodu runął w dół z cichym poświstem, a wszystko utonęło w lodowej mgiełce.

Przez chwilę kaszlał, usiłując oczyścić płuca. A potem, wciąż wisząc na jednej ręce, spojrzał w dół. Dostrzegł ciemność, w której wirowały płatki śniegu. Blok lodowy zniknął w niej tak, jakby wciągnęła go czarna dziura. Dopiero za moment usłyszał ciche tąpnięcie. Jeżeli za ten dźwięk odpowiadał "jego" kawał lodu, to przepaść była cholernie głęboka.

Czując ból mięśni, podciągnął się nad jej krawędź. Czołówka oświetliła ostrze czekana. Wyglądało na to, że tym razem wbił się solidnie, ale tak nie było. Naruszona struktura lodu nie dawała wystarczającego oparcia. Nagle obok ostrza pojawiło się pęknięcie. A po nim drugie. I trzecie.

Łukasz był bezradny. Patrzył z fascynacją na pękający lód, a potem - wciąż ściskając w dłoni czekan - zaczął spadać.

Śnieg, który tak przeklinał, niespodziewanie okazał się błogosławieństwem. Łukasz wbił się w niego niczym w białą kaszę - tak głęboko, że na powierzchni wystawała mu tylko głowa i jedna z rąk. Przez chwilę trwał w bezruchu, zdziwiony, że wciąż żyje. A następnie - po raz drugi w odstępie kilku minut - ostrożnie sprawdził stan swoich kości. Miał szczęście, ale nie zdawał sobie sprawy, jak wielkie. Gdyby nie wiatr, który przez ostatnią godzinę nawiał u podstawy ściany tyle śniegu, po takim upadku z człowieka zostałoby kilka krwawych plam. I rozbryźnięty na lodowych bryłach mózg.

Odkopał drugą rękę, a potem ostrożnie wyczołgał się ze śniegu. Teren u podstawy ściany wydawał się względnie płaski. Usiłował odtworzyć z pamięci topografię Czarnej Piramidy, ale musiał się poddać. Prawda była taka, że nie zawracał sobie głowy studiowaniem każdego fragmentu K2. Od tego byli inni. On miał wnosić sprzęt, a później stanąć na szczycie. Jego atutem - jak żartował Kuba - były mięśnie i kondycja, a nie rozeznanie w okolicy.

Zerknął na licznik wysokości, ale któryś z upadków - ten albo poprzedni - musiał mu zaszkodzić, bo na ekranie figurowało równe zero. Nie podejrzewał, że spadł tak nisko. Aż do poziomu morza. Potrząsnął licznikiem, a potem bez żalu go wyrzucił. I tak nie należał do niego. Gadżety takie jak ten zapewniało Ministerstwo Sportu. Tak jak sprzęt do wspinaczki, a nawet bieliznę.

Pogoda, o ile to możliwe, z każdą chwilą robiła się gorsza. Śnieg zdawał się padać nie z góry, ale z boku, a nawet... z dołu. Wiatr kręcił i wył jak tysiąc potępionych dusz, a temperatura odczuwalna była tak niska, że ciałem targały gwałtowne dreszcze. Ale od zimna gorsze było palące pragnienie. Był odwodniony. I z każdą chwilą słabszy.

Widoczność ograniczała się do jakichś dwudziestu metrów. Bał się, że w takiej - jak mawiają górale - kurniawie może przejść obok obozu i nawet go nie zauważyć. Na szczęście w dwójce też był reflektor. Liczył na to, że tak doświadczeni himalaiści jak Świerczok i Zaruski nie zapomną go uruchomić.

Teren był dość łatwy, ale Łukasz posuwał się bardzo powoli. Wiedział, że wyczerpał już swój limit szczęścia i kolejny błąd może go kosztować życie. Dlatego gdy drogę przecięła mu szeroka na dwa do trzech metrów szczelina, nie zamierzał bawić się w cyrkowca. Zamiast ryzykować karkołomny skok, ruszył jej krawędzią.

Chciał ją ominąć, ale szczelina okazała się nadspodziewanie długa. Gdy się poszerzyła, postanowił zawrócić, ale wtedy czołówka wydobyła z ciemności śnieżny most. Chociaż przeprawa wyglądała solidnie, nie chciał ryzykować. Opadł na kolana i przez chwilę przyglądał się powierzchni lodowca, aż wreszcie znalazł to, czego szukał - fragment niebieskawego lodu.

Lód o tej barwie jest najtrwalszy i - co za tym idzie - najlepiej nadaje się do założenia stanowiska. Kucając, wbił w niego czekanem trzy śruby, a potem wyjął z plecaka kawałek cienkiej liny. Czternaście metrów. Zerknął w kierunku mostu, oceniając wzrokiem odległość. Stwierdził, że tyle wystarczy. Musi wystarczyć.

Gdy postawił stopę na śnieżnym moście, zrozumiał, że decyzja o asekuracji była jak najbardziej prawidłowa. Most wyglądał solidnie tylko z daleka. Lód kruszył się, a jego wirujące drobinki niknęły w głębi szczeliny. Łukasz siłą woli powstrzymał się, by nie pobiec. Stawiał krok za krokiem, popuszczając linę. Wiatr wiał tak mocno, że musiał uważać, by nie dać się zdmuchnąć.

Już witał się z gąską... od przeciwległej krawędzi szczeliny dzieliły go raptem dwa kroki... gdy most się zawalił. Bynajmniej nie stopniowo - zwyczajnie runął w głąb szczeliny, a wraz z nim w głąb szczeliny runął Łukasz. Asekuracja zadziałała. Wyrżnął nogami w ścianę, a potem kręcił się na linie wokół własnej osi, czując się jak złapana na wędkę ryba.

- Kto drogi prostuje, ten w domu nie nocuje - powiedział bez sensu półprzytomnym głosem. Potrząsnął głową i znieruchomiał przy gładkiej ścianie szczeliny.

Znów musiał skorzystać z zębów. Zdjął nimi łapawicę i sięgnął do kieszeni. Suwak był pokryty warstwą lodu, ale nie na tyle grubą, by nie mógł zeskrobać jej paznokciem. Wymacał małpę - zaciskowy przyrząd służący do wspinania się po linie - i umieścił ją na właściwym miejscu, a następnie niezdarnie naciągnął łapawicę. Zastygł na moment w bezruchu, czekając, aż lina znieruchomieje, a potem - starając się ignorować obolałe mięśnie - ruszył w górę.

Gdy czołówka oświetliła ścianę powyżej, znieruchomiał i wstrzymał oddech. Jakieś trzy metry nad nim wisiał olbrzymi nawis. Lina szorowała po lodzie, żłobiąc w nim coraz głębszą szczelinę. Z każdym ruchem liny Łukaszowi spadały na głowę lodowe opiłki. Było ich tyle, że odruchowo zmrużył oczy. Ale nawet spod zaciśniętych powiek widział kiwającą na niego kostuchę. Zastąpił małpę rolką i - zmieniwszy kierunek - zaczął się zsuwać. Chyżo niczym młoda wiewiórka, bo wiszący na włosku nawis ważył z pewnością wiele ton.

Szczelina okazała się głębsza, niż myślał. Gdy końce liny znalazły się na wysokości jego stóp, od jej ledwie widocznego w świetle czołówki dna wciąż dzieliły go jeszcze ze trzy metry. Z ulgą puścił linę i - wspomagając się czekanem - zszedł na sam dół. Stanął na ubitym, twardym jak beton śniegu i spojrzał w górę. Nawis był stąd niewidoczny, ale zdrowy rozsądek podpowiadał, że wciąż tam jest, a wyobraźnia nakazywała uciekać. Ruszył ostrożnie dnem szczeliny, ocierając się ramionami o jej gładkie, jakby wypolerowane ściany.

Gdy niebezpieczeństwo pogrzebania pod uszkodzonym nawisem ustąpiło, odetchnął z ulgą. Chociaż miejsce, w którym się znalazł, było tak odcięte od świata, jak to tylko możliwe, wiedział, że bez trudu się stąd wydostanie. Nawet bez liny. Miał czekan, którym mógł wyrąbać stopnie. Postanowił się jednak z tym nie spieszyć, tylko poszukać łatwiejszego miejsca. Z przyjemnością uświadomił sobie, że odgłos wyjącego wiatru, który od kilku godzin raził mu bębenki, nagle zniknął. W szczelinie było cicho jak w kościele. I o wiele cieplej niż na odkrytym zboczu.

Wędrował dnem szczeliny przez kilka - a może kilkanaście - minut, tracąc kompletnie poczucie czasu. Nagle zrobiło się tak wąsko, że z trudem się przeciskał. W końcu znalazł odpowiednie miejsce i postanowił wydostać się na powierzchnię, ale wtedy ściany nagle się rozstąpiły. Wąski i kręty korytarzyk zmienił się w komnatę.

Zatrzymał się i przetarł brwi, odrywając kilkanaście lodowych sopelków. Włożył jeden z nich do ust, usiłując oszukać pragnienie. Włożył z powrotem łapawicę i popatrzył w górę, chcąc oświetlić ścianę. I wtedy nagle zrobiło się ciemno.

Przeklinając w myślach, zdjął kask i ze zdziwieniem stwierdził, że na wysokości skroni - kilka centymetrów od czołówki - znajduje się spore wgłębienie. Przypomniał sobie uderzenie kamieniem sprzed kilkudziesięciu minut.

- Mało brakowało - mruknął, przymykając oczy.

Czołówka zaczęła mrugać, a potem znów się włączyła. Ucieszył się, bo chociaż miał w kieszeni zapasową diodkę, jej wymiana w tych warunkach musiałaby potrwać. Włożył kask z powrotem na głowę i sięgnął po kolejny kawałek lodu.

- Co jest?

Zamrugał oczami, a potem z niechęcią przyznał sam przed sobą, że nieco przecenił swoje siły. Pierwszym objawem skrajnego wyczerpania były halucynacje. Przed momentem był pewien, że zobaczył na lodowej ścianie jaskrawą czerwień. Potrząsnął głową, a potem - na wszelki wypadek - zerknął tam jeszcze raz.

Czekan, który ściskał, wypadł mu z dłoni. Pod ścianą, dwa metry od niego, leżał człowiek w czerwonej kurtce.

Chociaż było to irracjonalne, zrzucił łapawice, dopadł do leżącej postaci i dotknął jej policzka. Poczuł, jakby palce napotkały na swej drodze butelkę z lodowatą wodą. Nieszczęśnik był zamarznięty. Na kość. Łukasz pochylił głowę i wypowiedział w myślach te kilka słów, które rezerwował dla zmarłych wspinaczy - tych, na których ciała natykał się w górach. Wbrew pozorom zdarzało mu się to dość często. W Himalajach i Karakorum rzadko transportowano zwłoki w dolinę. Było to bardzo drogie, a czasami... wręcz niewykonalne.

Najwięcej ciał znajdowało się pod Everestem. Tam zamarznięte zwłoki były jednocześnie punktami orientacyjnymi. Na K2 było ich mniej, a o tym nieszczęśniku chyba nikt nie słyszał. Spoczywał tu w kompletnym zapomnieniu.

Łukasz przez chwilę się wahał, a potem wyjął aparat. Może i było to niestosowne, ale miał dobre intencje. Nachylił się, chcąc zrobić zwłokom kilka zdjęć i w ten sposób przywrócić pamięć o leżącym tu człowieku. Spojrzał prosto w martwą, zamarzniętą twarz. Dopiero po pewnym czasie dotarło do niego, że patrzy na kobietę. Nacisnął na przycisk, uruchamiając lampę błyskową. Przez moment był oślepiony, a gdy odzyskał wzrok, pierwszą rzeczą, którą zauważył, była jej kurtka. A konkretnie to, co znajdowało się na jej przodzie. Zapominając o robieniu zdjęć, opadł na kolana i przetarł palcem oszroniony logotyp.

Nie, nie logotyp, tylko godło. Białego orła w koronie.

Odruchowo popatrzył na przód swojej kurtki. Nie była czerwona, ale orzełek był taki sam. A obok niego znajdowały się te same litery. K2 dla Polaków. Narodowa wyprawa zimowa 2019.

Miał wrażenie, że majaczy, ale nagle wszystko zrozumiał. Wyprawę, w której uczestniczył - Narodową wyprawę zimową 2019 - poprzedzał rekonesans, który wykonano zeszłego lata. Brali w nim udział kandydaci do wyprawy zimowej. Wszyscy... oprócz niego.

Przypomniał sobie, że leżąca przed nim dziewczyna miała na imię Iwetta. Nie wiedział o niej zbyt wiele, bo od wielu lat przebywał na emigracji i wspinał się głównie z Amerykanami. Opowiadał mu o niej kierownik wyprawy, ale Łukasz jak zwykle puszczał jego słowa mimo uszu. Zapamiętał tylko dwie rzeczy. Iwetta była utalentowaną alpinistką. I w lecie, podczas rekonesansu, zaginęła na K2.

- Śpij słodko, biedactwo - wybełkotał niewyraźnie. Częściowo ze wzruszenia, a częściowo dlatego, że domagający się wilgoci język już dawno stanął mu kołkiem.

Pochylił się nad jej twarzą i wtedy zobaczył czekan. Zdawał się wystawać z jej... głowy. Dotknął palcami paskudnej rany, a potem położył dłoń na jej szeroko otwartych oczach. Oczywiście nie dały się zamknąć. Podobnie jak reszta ciała, one także były pokryte lodem.

Czuł, że drętwieją mu palce. Popatrzył w miejsce, w którym zostawił łapawice, ale zamiast je włożyć, jeszcze raz dotknął zwłok. Kurtka dziewczyny miała taki sam krój jak jego. Wiedział, gdzie szukać. Końcówką swojego czekana skruszył lód, a następnie szarpał się przez jakiś czas z zamarzniętym suwakiem. W tej kieszeni trzymał wszystkie najważniejsze przedmioty. Telefon z aparatem. Paszport. Lekarstwa.

Nie miała paszportu, ale wymacał telefon. Przez chwilę się z nim siłował, aż wreszcie udało mu się go wyciągnąć. Nie łudził się, że będzie działać, ale wewnątrz była karta SIM. Ostatnie zdjęcia, ostatnie wiadomości... Nie miał wątpliwości, że dla jej bliskich będzie to bezcenny skarb. Schował zmarzniętą komórkę do swojej kurtki i jeszcze raz sięgnął do kieszeni. Batonik. Ciekawe, czy da się rozmrozić?

Wetknął go pod kurtkę, a potem włożył łapawice. Dłonie były zmarznięte, ale nie sądził, by groziło mu odmrożenie. Szczelina była doskonałą kryjówką. Kto wie, może zostałby tu dłużej, ale nie było minuty, by nie myślał o czekającym na pomoc Kubie. Popatrzył znów na leżącą Iwettę. Połamane kończyny i dziura w głowie... Wyglądała jak lalka Barbie, którą ktoś cisnął o ścianę. Zmasakrowana... ale wciążpiękna.

- Kiedyś do ciebie wrócę - obiecał, bo nie miał ze sobą nawet głupiej płachty, by ją przykryć.

Odwrócił się, ocierając łzę. Widział w życiu wiele ludzkich tragedii, ale jakoś nie umiał się uodpornić. Obraz Iwetty towarzyszył mu przez kolejnych kilka minut, podczas których przygotowywał się do wyjścia ze szczeliny. Myślał o niej aż do momentu, w którym czołówka znowu mu zgasła. Tym razem... nieodwracalnie.

Recepcjonistka wparowała do łazienki, z trudem wyhamowując na mokrej podłodze.

- Wszędzie cię szukam! Co ty tu robisz?

Katarzyna Majkowska, nazywana po prostu Majką, spojrzała na nią z irytacją, a potem przeciągnęła błyszczykiem po wargach.

- A nie widać? - odwarknęła. - Co się dzieje?

- Kierownik cię szuka. - Recepcjonistka uśmiechnęła się złośliwie. - Lepiej się pospiesz, bo chyba jest wściekły.

- To niech się wścieka. - Jeszcze raz musnęła wargi błyszczykiem, a następnie popatrzyła w lustro. Krytycznie. - No co tak stoisz? Powiedz mu, że zaraz przyjdę.

- Dobrze, proszę pani.

Wyszła, trzaskając mocno drzwiami. Nie dogadywały się od samego początku. Od dnia, w którym Majka po raz pierwszy przekroczyła drzwi redakcji, rozpoczynając swój wymarzony staż. Recepcjonistka potraktowała ją z góry, Majka odpowiedziała tym samym, a potem... Potem było już tylko gorzej. Obie były ładne i chyba nie przepadały za konkurencją, chociaż - Bogiem a prawdą - to recepcjonistka była w tym tandemie tą bardziej zapiekłą.

Redakcja InterMediów - trzeciego co do wielkości portalu informacyjno-rozrywkowego, zwanego w skrócie IM - zajmowała trzy piętra starego biurowca na warszawskiej Ochocie, usytuowanego niedaleko Pól Mokotowskich. Każde z pięter było jednym wielkim open space'em. Tylko na najwyższym poziomie, tam, gdzie znajdowała się tak zwana redakcja newsów, ze studia wydzielono dwa niewielkie, odrębne pokoiki. Jeden z nich zajmował redaktor naczelny, a drugi - kierownik działu newsów, Karol Maserak, zwany po prostu kierownikiem.

Recepcjonistka, która zdążyła już wrócić za swój kontuar, pokazała Majce język. Infantylne gesty były jej znakiem firmowym. Majka udała, że nie widzi. Nie chciała się zniżać do jej poziomu.

- Jestem, kierowniku.

Większość koleżanek, wchodząc do gabinetu szefa, szeroko się uśmiechała, ale Majka była z innej gliny. Nigdy nie starała mu się przypodobać i - o dziwo - chyba mu to pasowało. Inne stażystki głównie parzyły kawę i układały horoskopy, a ona dostała naprawdę porządny temat.

- Widzę, że jesteś - odparł, wydmuchując w kierunku okna chmurę dymu z papierosa. Nie było tygodnia, w którym nie uruchomiłby wyjącego przeraźliwie alarmu przeciwpożarowego. - Szkoda, że jak cię potrzebuję, nie ma cię przy biurku. Co to jest?

Mówił spokojnie, ale wewnątrz aż się gotował. Był nerwowy i skłonny do wybuchów. Majka westchnęła w duchu i zerknęła na zegarek. Dochodziła dwunasta w południe, a to oznaczało, że za dwie godziny będzie mogła pójść do domu. Oczywiście jeżeli nic się nie wydarzy.

Pochyliła się nad ekranem, na który wskazywał. Znajdowała się na nim kilkuzdaniowa notka. Krótki biogram niejakiego Macieja Świerczoka - himalaisty.

- Coś nie tak? Nie przepisywałam z Wikipedii. Zadzwoniłam do PZA, a oni przysłali mi to faksem...

Zazgrzytał zębami. Nie miała pojęcia, o co mu chodzi. Patrzyła na niego beznamiętnie, a on wyglądał na coraz bardziej wściekłego.

- Popatrz - warknął, otwierając witrynę, którą tworzyli. Litery IM były splecione w sposób, który jej kojarzył się z widłami. - Popatrz tutaj! Widzisz?!

Wskazał paluchem na zdjęcie pośrodku strony. Dwukrotnie większe od innych. Przedstawiało majestatyczną piramidę K2.

- Ruszyli! Jesteśmy z Wami! - odczytała powoli. - Coś nie tak?

Myślała, że wybuchnie, ale jeszcze tym razem zdołał się opanować.

- Ten tytuł wisi tu od rana. Cały czas taki sam. Zaoszczędzę ci czasu: tekst też jest taki sam. Od pięciu godzin, rozumiesz? Wiesz, jak stary jest tekst, który wisi na stronie przez pięć godzin?

Wzruszyła ramionami.

- Bardzo stary - odpowiedziała spokojnie. - Pan chce, żebym...

- Żebyś się, do cholery, zaangażowała! Tam dzieją się pasjonujące rzeczy. Może w tej chwili pierwsi w zimie zdobywają to pieprzone K2. Albo tam zamarzają! A my mamy tylko to, że poszli. Dwanaście godzin temu!

Poczuła się urażona. To prawda, od dwóch tygodni pomagała przy relacjach z K2, ale byli przecież także inni. Poważni dziennikarze, a nie stażyści. Postanowiła się jednak nie odzywać. Otrzymywała właśnie ogromną szansę. Tym głupim wspinaniem żył teraz cały kraj.

- Jak mam się czegoś dowiedzieć? W bazie od tygodnia nie działa Internet... - urwała, bo nie wyglądał na człowieka, który jest zainteresowany słuchaniem tłumaczeń. - Tomek próbował się do nich dodzwonić...

- Który Tomek? - prychnął kierownik. - Szmigielski? Dzwonił, że ma jakiegoś jebanego wirusa. Zapalenie gardła czy coś... Ja mu dam zapalenie. Zobaczy przy premii.

- A Lidka?

- Ma chorego bachora. Weź mnie nie nakręcaj, dobrze? Po prostu bierz się do roboty, bo zostaniemy w lesie...

Zostaniemy w lesie? To znaczy... że jeszcze nie zostaliśmy, tak?

- A konkurencja? - spytała, opierając dłoń na klamce.

- Na razie też gówno mają. Majka...

- Tak?

- Liczę na ciebie. Jak się spiszesz, to masz ten etat. A jak nie...

Zamknęła pospiesznie drzwi, bo nie chciała usłyszeć, że jej kariera zawodowa zależy od widzimisię jakichś wariatów z czekanami. Szybkim krokiem podeszła do swojego biurka, które dzieliła z innym stażystą, Wojtkiem. Gdy ją zobaczył, posłał jej uśmiech, a potem wrócił do obcinania paznokci.

- Jesteś obleśny, wiesz? - spytała retorycznie, uruchamiając swój komputer. - Możesz gdzieś sobie pójść? Gdziekolwiek, co? Bo mam robotę.

Był bezproblemowy. Wziął papierosy i ruszył w kierunku klatki schodowej, gdzie gromadzili się palacze. Uruchomiła Internet i w ciągu kilku minut przeleciała teksty na Wirtualnej Polsce, Onecie i Interii. Konkurencja rzeczywiście nie miała nic ciekawego. Sięgnęła po komórkę, po raz kolejny dziwiąc się, że to wszystko jest takie łatwe. Naciskasz guzik, a gdzieś w pakistańskich górach dzwoni telefon.

W ciągu ostatnich kilkunastu dni dzwoniła do bazy pod K2 już dwukrotnie. Kierownik wyprawy, Bartosz Winnicki, podobno nie przepadał za mediami, ale na niej wywarł wrażenie dosyć sympatyczne. Cierpliwie wprowadzał ją w arkany techniki oblężniczej, polegającej na zdobywaniu szczytu etapami, z wykorzystaniem założonych uprzednio obozów. Napisała potem długi artykuł, który następnie - na polecenie kierownika - został przerobiony na infografikę. Była zła, ale tylko do momentu, gdy na jej konto wpłynęła wierszówka. Zarobiła więcej niż od początku stażu, czyli przez cztery miesiące.

Tydzień temu rozmawiała też ze wspinaczami. Z doświadczonym Adamem Zaruskim i z nieco młodszym Kubą Paszczakiem. O dziwo, nie brzmieli jak wariaci. Po tych rozmowach jej opinia o himalaistach nieco się poprawiła. Teraz, gdy obaj byli w tej osławionej strefie śmierci, czuła coś na kształt... pełnej niepokoju ekscytacji.

- Halo! Pan Bartosz?!

W słuchawce przez chwilę było słychać szumy i trzaski. A potem usłyszała męski głos.

- Kto mówi?

- Katarzyna Majkowska, InterMedia. Pan Bartosz?

Po drugiej stronie na moment zapadła cisza. Gdy mężczyzna wreszcie się odezwał, w głosie pobrzmiewała niechęć.

- Dziennikarka, tak? Niech pani nie blokuje linii. Mamy telefony od bliskich.

Wyprostowała się w fotelu. Nie była bezdusznym łowcą sensacji, ale jako dziennikarka nie mogła tak po prostu odpuścić. Tym bardziej że mężczyzna sprawiał wrażenie podenerwowanego.

- Z kim rozmawiam?

- Klemens Szczęsny. Lekarz. Czy pani nie rozumie...

- Macie problemy? - przerwała mu, wstrzymując oddech.

Następne słowa sprawiły, że wywróciła kubek z kawą.

- A idź do cholery! Zwiało czwórkę i trójkę, a ta się pyta, czy mamy problemy... Niech pani nie blokuje linii! Do widzenia!

W słuchawce rozległ się przerywany sygnał. Ściskała ją jeszcze przez chwilę, a potem - nie zwracając uwagi na poplamione kawą dżinsy - popędziła do gabinetu kierownika.

Narodową wyprawą zimową na K2 od sześciu tygodni żyła cała Polska. Oczywiście zainteresowanie nie było przez cały czas tak intensywne - po pierwszej fali, związanej z dotarciem przez wspinaczy do bazy pod szczytem, nastąpiło dłuższe wyciszenie. W codziennej pracy himalaistów nie było nic nadzwyczajnego. Przez wiele dni siedzieli w bazie, czekając na odpowiednią pogodę, a gdy warunki nieco się poprawiały, mozolnie pięli się w górę, zakładając kolejne obozy, poręczując szlak i powoli zdobywając aklimatyzację.

Aklimatyzacja była w tym przypadku słowem kluczowym. W mediach odmieniano ją przez wszystkie przypadki. Sprowadzała się do spędzania przez wspinaczy czasu na coraz większych wysokościach. Nocleg w obozie numer dwa i powrót do bazy... Kilka godzin w obozie numer trzy... Newsy poświęcone aklimatyzacji po kilku dniach zaczęły być tak atrakcyjne jak obserwowanie zawodów w rzutki.

Zainteresowanie mediów spadło, by powrócić na wieść o założeniu obozu numer trzy. Stamtąd na niezdobyty dotąd zimą wierzchołek K2 było już stosunkowo blisko. Wszystko zależało tylko od pogody. A ta przez długi czas nie była łaskawa.

Nagle setki tysięcy ludzi w kraju bardziej niż pogodą w rodzinnych miastach zaczęły się interesować aurą w szczytowych partiach Karakorum. Serwisy meteorologiczne skakały między Warszawą a K2 tak płynnie, jakby ten kawałek pogranicza Chin i Pakistanu stał się nagle polską kolonią. Majka nie rozumiała tego fenomenu. Widząc liczbę odsłon najgłupszej, nic niewnoszącej notki o polskich wspinaczach, pukała się w czoło.

Według teorii jej ojca - z wykształcenia socjologa - ogromne zainteresowanie postępami himalaistów było efektem zbiorowego zamiłowania do śledzenia ludzkich tragedii. Niektórzy twierdzili, że to tylko polska cecha, ale on się z tym nie zgadzał. Twierdził, że takie "igrzyska śmierci" budzą zainteresowanie pod każdą szerokością geograficzną. Może i coś w tym było, bo boom na himalaizm rozpoczął się z chwilą tragedii na Broad Peak, sześć lat temu. Czy teraz ludzie też czekali na górski dramat? Tego nie wiedziała. Ale z pewnością na taki dramat czekał jej kierownik. Gdy przekazała mu to, co usłyszała od lekarza wyprawy, szeroko się uśmiechnął.

- Tylko tego nie spieprzyć - mruknął pod nosem, a potem uśmiech zmienił się w niecierpliwy grymas. - Na co jeszcze czekasz, dziewczyno! Pisz! Pisz jak najszybciej! Tylko to ma być petarda! Pieprzony granat, rozumiesz?

Na wszelki wypadek pokiwała głową.

- Kłopoty na K2?

Włożył do ust papierosa i mocno się zaciągnął.

- Jakie kłopoty?! Kłopoty to są, jak ktoś zesra się w namiocie. Dramat. Dramat na K2. Albo... walka o życie!

- Walka o życie? Nie za ostro?

Popatrzył na nią takim wzrokiem, że zamilkła i dziesięć sekund później była przy biurku. Zanim otworzyła edytor tekstu, uchwyciła jeszcze pełne niechęci spojrzenie recepcjonistki. A potem całą uwagę skupiła na klawiaturze. Drżącymi palcami wystukała pierwsze zdanie. I kolejne.

Dramatyczne wieści docierają do nas z K2, gdzie od rana polscy wspinacze podejmują atak szczytowy. Na skutek gwałtownego załamania pogody uszkodzeniu uległy obozy numer trzy i cztery, w których wspinacze mieli spędzić najbliższą noc. Za zniszczenia odpowiada silny wiatr, który zagraża nie tylko sprzętowi, ale i życiu polskich himalaistów. Ustalenie ich pozycji jest w tej chwili niemożliwe.

Zmarszczyła czoło. Ostatnie słowa były jej domniemaniem. Podczas tej wyprawy dziennikarze nie mieli dostępu do odczytów nadajników GPS, które mieli ze sobą niektórzy ze wspinaczy, ale to nie oznaczało, że wiedzy o ich lokalizacji nie miała baza. Przytrzymała przez moment klawisz Backspace, a potem znów zaczęła stukać w klawisze.

...ale i życiu polskich himalaistów, z którymi od rana nie mamy kontaktu. Przypomnijmy, że dziś o czwartej nad ranem czasu pakistańskiego sześcioosobowa ekipa wspinaczy pod kierownictwem Macieja Świerczoka wyruszyła z obozu numer cztery w kierunku wierzchołka K2. Według szacunkowych obliczeń atak szczytowy miał zakończyć się o trzynastej. Jak dotąd nie udało się nam zdobyć informacji o ewentualnym zdobyciu wierzchołka Góry Pragnień.

Więcej informacji wkrótce.

Szybko przeczytała swój miniartykuł, a potem go zamknęła i przeciągnęła plik tekstowy do folderu "Rura", z którego powędrował bezpośrednio do komputera kierownika. Następnie otworzyła Onet i uśmiechnęła się zwycięsko. Konkurencja ich nie wyprzedziła. Z artykułu na górze strony można było dowiedzieć się jedynie, że trwa atak szczytowy.

- Co ty czytasz?! Dziewczyno...

- Już wysłałam, kierowniku - przerwała, lekko się wzdrygając. Kierownik rzadko przychodził do jej biurka, ale gdy już to robił, zawsze zostawiał po sobie smród popielniczki. - Na razie kilka zdań, zaraz biorę się za ciąg dalszy.

Poprosił ją do siebie, a potem szybko przeczytał tekst.

- Co to jest, do cholery, Góra Pragnień?! To tekst na konkurs poetycki?

Na jej oczach wykreślił kilka zbędnych wyrazów, ale szkielet tekstu pozostał ten sam. Usiłowała ukryć uśmiech, lecz i tak zobaczył, że jest zadowolona. Cóż, zwykle jej teksty były tak masakrowane, że z autorskiej pracy zostawało tylko kilka przecinków.

- I co się tak cieszysz? - warknął, sprowadzając ją na ziemię. - To dopiero początek. Masz dzwonić do bazy. I do tego cholernego ministerstwa. Zdobyłaś namiary na bliskich?

- Rodziny wspinaczy?

- Dokładnie. Wydzwoń ich, mogą już coś wiedzieć. No i opracuj krótkie biogramy tych sześciu wariatów. Zrobimy slajdy.

Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.

- A po co to?

Zdusił papierosa w popielniczce.

- Najpierw damy to pod tytułem: Oni walczą o życie na K2. A potem tylko zmienimy tytuł.

- Na jaki? - spytała, chociaż domyślała się, jaka będzie odpowiedź.

- A jak myślisz? - spytał, a ona nagle zrozumiała, że szef jest jednym z nich. Z ludzi zafiksowanych himalaizmem. - Jeżeli wiatr jest tak silny, że zniszczyło obozy, to ci ludzie nie mają szans. Zwłaszcza jeżeli zostali w strefie śmierci.

*

Wróciła do biurka i zaczęła przeglądać Internet. Na pierwszy ogień wklepała w wyszukiwarkę nazwisko Świerczoka. Dopieściwszy notkę biograficzną - naszkicowaną na podstawie materiałów PZA - jeszcze raz wybrała numer do bazy pod K2.

- Kto mówi!

- Katarzyna Majkow...

- Proszę nie blokować numeru! - warknął męski głos, należący prawdopodobnie do lekarza wyprawy. - Cholerne sępy - usłyszała jeszcze, chociaż ta uwaga nie była chyba skierowana do niej, tylko do kogoś w bazie. A potem rozległ się sygnał przerwanego połączenia.

Przebiegła wzrokiem sklecony naprędce biogram Świerczoka, a następnie zadzwoniła do Ministerstwa Sportu. Było kilka minut po szesnastej i grzeczny damski głos poinformował ją, że rzecznik zakończył już pracę.

- To niech ją wznowi. - Powarkiwanie nie było w jej stylu, ale tym razem nie miała wyboru. - Coś złego dzieje się na K2. Zostawię numer, okej?

Nie zdążyła sklecić kolejnego biogramu, gdy do biurka podszedł kierownik. Towarzyszyła mu korpulentna kobieta w średnim wieku. Anita Lewandowska, jedna z najlepszych dziennikarek z jej działu.

- Masz coś nowego? - spytał kierownik, a gdy zaprzeczyła, wskazał na uśmiechającą się dziennikarkę. - Anita trochę ci pomoże. Podzwoni. Popyta. Ty skup się na tych notkach biograficznych. Nie muszą być długie...

Chciała zaprotestować, ale zanim zdążyła otworzyć usta, już go nie było. Rozgoryczona pokręciła głową. Cóż, była tylko stażystką. Dziewczyną od notek...

- Przykro mi. - Anita nachyliła się nad nią i położyła jej na ramieniu upierścienioną dłoń. - Naprawdę. Dla mnie to kukułcze jajo. Kompletnie się na tym nie znam.

Majka podniosła na nią wzrok. Nie wiadomo czemu, otyli ludzie wzbudzali zazwyczaj sympatię, a dziennikarka nie była wyjątkiem. Wyglądała na równą babkę.

- Ja też się nie znam - odparła, uśmiechając się nieśmiało. - I nie mam pretensji. Business is business.

Odwróciła się do komputera, ale dziennikarce się nie spieszyło. A przynajmniej nie tak jak kierownikowi. Przez chwilę wpatrywała się w ekran jej komputera, studiując biografię Świerczoka.

- Bardzo dobrze - pochwaliła. - Nie znasz się na tym? Myślałam, że dali ci ten temat, bo się znasz...

Majka pokręciła głową.

- To nie jest żaden mój temat. Pomagałam, bo jeden z tych himalaistów jest... był moim kolegą. Ze studiów. Pewnie kierownik liczył na ekskluzywne wywiady. Ale się przeliczył. Od kilku lat nie miałam z nim kontaktu.

- Ale to chyba nie ten? - Dziennikarka wskazała na biogram Świerczoka. Wynikało z niego, że himalaista ma czterdzieści siedem lat. - Dawno skończyłaś?

- Studia? W zeszłym roku. Nie, to nie Świerczok. - Roześmiała się, a potem wklepała kilka słów w wyszukiwarkę. Na ekranie pojawiło się grupowe zdjęcie polskiej ekipy. Dziewięć osób, wszyscy w biało-zielonych anorakach. - To on. - Wskazała na najwyższego z mężczyzn, szatyna z długimi włosami. Uśmiech jej zbladł. - Łukasz Lewicki. Prywatnie straszny dupek.

Lewandowska przez chwilę mu się przyglądała. Z uśmiechem.

- Niezłe ciacho - stwierdziła, poprawiając włosy. - Ciekawe, czy lubi takie puszyste jak ja...

Majka dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że nowa koleżanka żartuje. Parsknęła śmiechem, opluwając sobie brodę.

- Jeżeli nic się nie zmieniło, to chyba tak. Lubi wszystkie: grube, chude, pryszczate... Typowy lowelas. Jak chcesz, dam ci numer...

Umilkła, czując, jak zalewa ją poczucie winy. Dowcipkując, zapomniała, że być może ten lowelas walczy teraz o życie. Lewandowska chyba nie załapała. Całą jej uwagę pochłonęło spisywanie na kartkę nazwisk z podpisu pod zdjęciem.

- To wszyscy? Dziewięcioro?

- Tak. Pod szczytem jest szóstka. Trzej pozostali czekają w bazie.

Wzięła długopis i postawiła ptaszki przy nazwiskach tych himalaistów, którzy uczestniczyli w ataku szczytowym. A obok zapisała numer telefonu do bazy. Lewandowska podziękowała jej uśmiechem.

- Zrywają połączenia, tak? Będę atakować bazę, a równocześnie spróbuję dotrzeć do rodzin tych himalaistów. Zacznę od Facebooka, a ty kochana... jak skończysz te biogramy... to może przekręć do jakichś doświadczonych wspinaczy. Autorytetów jak ten... Pustelnik czy Wielicki. Zbierz komentarze o wietrze, szansach na przeżycie... Wiesz, taki background do tekstów.

Ruszyła w kierunku swojego stanowiska, a Majka po cichu wypuściła powietrze. Nie bardzo wiedziała, czy się cieszyć, czy złościć. Z jednej strony Lewandowska przejęła temat, który przez kilka minut traktowała jak własny, a z drugiej - wzięła na siebie większość czarnej roboty. Rozmowy z emerytowanymi himalaistami były - pod względem poziomu emocji - neutralne, czego na pewno nie można było powiedzieć o wyciąganiu informacji od zestresowanych żon, dziewczyn czy matek. Rodzin osób, które być może właśnie w tym momencie przegrywają walkę o życie.

Była w połowie trzeciego biogramu, gdy zadzwonił telefon. Numer prywatny.

- Słucham.

- Pani Katarzyna? Łączę z podsekretarzem Ernestem Borkowskim.

Usłyszała w słuchawce męski głos. Mężczyzna przedstawił się i dopiero wtedy załapała, że dzwoni z Ministerstwa Sportu. Nie bardzo wiedziała, jak się do niego zwracać. Podsekretarzu? Sekretarzu? Ministrze? Postanowiła nie wydziwiać.

- Panie Erneście, co się tam dzieje?

Sądziła, że - jak to polityk - uraczy ją ogólnikami, ale się pomyliła.

- Jest ciężko - zaczął ostrożnie - ale prawdopodobnie wszystko skończy się na strachu. Zmiana pogody przyszła szybciej, niż się spodziewali. Na szczęście w odpowiednim momencie odpuścili. Mam informację, że część zespołu dotarła już do dwójki.

- Czyli nie zdobyli szczytu?

Odniosła wrażenie, że mężczyzna się zirytował, ale jego głos wciąż brzmiał jednostajnie. Był tylko trochę wyższy.

- Nie zdobyli. W tych warunkach byłoby to zbyt niebezpieczne. Najpierw zaczęło wiać, a potem zeszła duża lawina. Na szczęście nasi byli wtedy powyżej tego miejsca. Lawina przysypała obóz numer cztery, założony na wysokości dokładnie ośmiu tysięcy metrów...

- Dokładnie siedmiu tysięcy dziewięciuset czterdziestu - poprawiła, bo akurat rozmieszczenie obozów znała na pamięć. Odpowiadała za opis grafik przedstawiających drogę z bazy na szczyt. - A co się stało z obozem numer trzy?

- Chyba zwiał go wiatr. W każdym razie ekipa musiała zejść aż do dwójki... na sześć tysięcy siedemset pięćdziesiąt metrów - dodał z lekkim przekąsem. - Zawrócili spod kopuły szczytowej na ośmiu dwieście, czyli mają... mieli do pokonania w pionie prawie półtora kilometra. W pionie.

- Kto jest w dwójce?

- Już prawie wszyscy. A ci, którzy jeszcze nie dotarli, są już bardzo blisko. Dwójka wspinaczy podeszła trochę bliżej szczytu niż pozostali, więc siłą rzeczy ich powrót nieco się wydłuża. Nie ma się czym martwić.

- Czyli w dwójce na ten moment jest czterech, tak?

- Czworo - poprawił podsekretarz. - Ale ci dwaj pozostali są już niedaleko. W bazie sądzą, że to kwestia minut... No może kwadransów.

- Kwadransów? - spytała ze zdziwieniem.

- No... tak. Wszystko jest pod kontrolą. Absolutną kontrolą. Kilka kwadransów, godzinka... może dwie...

Odniosła wrażenie, że mężczyzna zaczyna kluczyć. Instynkt kazał jej przyprzeć go do muru, ale nie wiedziała, jak się do tego zabrać. Postanowiła grać na czas.

- Kogo brakuje?

Usłyszała szelest papierów.

- Jakuba Paszczaka i Łukasza Lewickiego. Ale proszę nie wyciągać niewłaściwych wniosków. Jestem w ciągłym kontakcie z Bartkiem Winnickim. Nie ma powodów do obaw, naprawdę!

Jeden z wykładowców na studiach wielokrotnie powtarzał, że jeżeli rozmówca - z własnej inicjatywy - kilkakrotnie się zarzeka, że coś jest czarne, to najpewniej w rzeczywistości jest białe. Te słowa zapadły Majce w pamięć. Mając świadomość, że cisza w słuchawce zaczyna się robić niezręczna, potarła się po czole. I wtedy coś sobie przypomniała.

- Paszczak i Lewicki, tak jak wszyscy wspinacze, mają przy sobie lokalizatory GPS. Zintegrowane ze sprzętem w bazie. Czyli można określić miejsce, w którym teraz są, prawda?

Mężczyzna chrząknął.

- Nie do końca. To przez tę awarię Internetu. Baza dysponuje wskazaniem wysokości, ale sprzęt nie jest na tyle precyzyjny, by wskazać, gdzie dokładnie się znajdują...

- Na jakiej wysokości są teraz?

Znów zapadła cisza, ale tym razem to nie Majka czuła się niezręcznie.

- Z tego, co wiem, dziesięć minut temu byli trochę powyżej siedmiu tysięcy - odezwał się wreszcie podsekretarz. - Mniej więcej na wysokości tego, co zostało po trójce. Ale powtarzam: nic złego się nie dzieje.

Tym razem jednak w jego głosie nie było pewności.

Kierownik siedział na swoim krześle, a one stały po obu jego stronach niczym straż przyboczna. Lewandowska zajmowała pół pokoju.

- Nie za ostro?

Popatrzył na nią takim wzrokiem, jakby chciał jej odrąbać głowę. Majka z przyjemnością skonstatowała, że na nią jeszcze nigdy tak nie spojrzał.

- Lewicki i Paszczak walczą o życie. Gdzie tu jest za ostro?

- Facet z ministerstwa zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą. A co, jeżeli za kilka minut ich znajdą?

- Wtedy damy tytuł: Lewicki i Paszczak wygrali życie. Skąd te skrupuły?

Wzruszyła ramionami.

- Trochę szkoda rodzin. Przeżywają piekło...

- Gadałaś z ich bliskimi? To dlaczego w tekście nic o tym nie ma?!

- Tylko z koleżanką Paszczaka. Nazwała mnie starą kurwą i zaczęła płakać. A potem rzuciła słuchawką.

Majka podziękowała w myślach Opatrzności, że to nie ona musiała rozmawiać z załamaną dziewczyną. Nie bała się epitetów, ale nie była pewna, jak poradziłaby sobie z płaczem. Pracowała w tym zawodzie za krótko, żeby obrosnąć grubą skórą. Wciąż była wrażliwa.

Przypadł jej w udziale stary himalaista z Katowic. Miał na tyle znane nazwisko, że kierownik wybaczył jej w końcu fiasko w kwestii dodzwonienia się do Wielickiego. Wypowiedź, którą wplotła w tekst, była wystarczająco dramatyczna. I mało odkrywcza, ale to nikogo nie interesowało. Himalaista powiedział, że szanse maleją z każdą chwilą. Jego słowa zacytowano w leadzie.

Tymczasem Lewandowskiej udało się skontaktować z żoną Adama Zaruskiego. Dowiedziała się, że razem z niezniszczalnym Maciejem Świerczokiem wkrótce po dotarciu do dwójki ruszyli z powrotem w górę. Na głównej stronie miał lada chwila pojawić się kolejny artykuł. To oni poszli ratować kolegów.

W tekście - pod wypowiedzią Zaruskiej - znalazły się biogramy jej męża i Świerczoka. Kierownik zaaprobował je bez większych skreśleń. Popatrzyła z dumą na ekran jego komputera, gdzie były wyświetlone.

Maciej Świerczok (l. 47) - jeden z najwybitniejszych polskich himalaistów, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum (1998-2017), Korony Ziemi (2004-2011) oraz tytułu Śnieżnej Pantery (1997--1999). Zastępca prezesa Polskiego Związku Alpinizmu, członek Gliwickiego Klubu Wspinaczkowego. Laureat nagrody Złotego Czekana za całokształt osiągnięć alpinistycznych. Ratownik-ochotnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Wytyczył kilkanaście dróg wspinaczkowych w Tatrach, Alpach, Dolomitach i górach Atlas. W 2014 roku wziął udział w wyprawie ratunkowej na Kanczendzondze, podczas której uratowano dwoje japońskich wspinaczy. Przedsiębiorca, współtwórca i właściciel firmy HighPeak, czołowego producenta odzieży turystycznej. Rozwiedziony, jedno dziecko.

Adam Zaruski (l. 35) - zdobywca siedmiu ośmiotysięczników w Himalajach i wielu siedmiotysięczników w Karakorum i Hindukuszu, specjalista od wspinania się po lodzie i drytoolingu. Członek Gdańskiego Klubu Wspinaczkowego. Wchodził w skład wypraw dokonujących pierwszych zimowych wejść na Gyachung Kang (7952 m n.p.m.) i Gaszerbrum IV (7932 m n.p.m.). Od dziesięciu lat prowadzi agencję turystyczną MountainExplorer, organizującą wyprawy wspinaczkowe w egzotycznych lokalizacjach, takich jak Papua-Nowa Gwinea, Antarktyda czy Svalbard. Ma mieszkanie w Singapurze i dom na południu Hiszpanii.

Samozadowolenie nie trwało jednak długo.

- Potrzebuję więcej o Paszczaku i Lewickim! - Kierownik skierował te słowa do Lewandowskiej, ale po sekundzie spojrzał na Majkę. - To, co dotąd znalazłaś, to jakieś strzępy. Za mało, by cokolwiek napisać. Naprawdę niczego więcej o nich nie mamy? Niczego? Rusz głową, w końcu Lewicki to twój przyjaciel.

O ile Zaruski i Świerczok byli uznanymi himalaistami, o tyle Jakuba Paszczaka i Łukasza Lewickiego należałoby uznać za wspinaczy stosunkowo anonimowych. Paszczak, zwany w środowisku Paszczą, miał na kącie trzy ośmiotysięczniki. Te najłatwiejsze: Czo Oju, Mount Everest i Gaszerbrum II. Z Internetu można się było dowiedzieć, że zarabia na życie organizowaniem prelekcji. Na stronie internetowej zamieścił jedynie numer kontaktowy oraz kilka zdjęć przedstawiających niewysokiego bruneta o zaraźliwym uśmiechu.

Lewicki nie miał swojej strony. Krótka notka biograficzna na stronie Polskiego Związku Alpinistycznego informowała, że w swoim trzydziestoletnim życiu wspinacz zdobył pięć ośmiotysięczników: trzy trudne - Annapurnę, Kanczendzongę i Nanga Parbat - oraz dwa łatwe - Gaszerbrum II i Sziszapangmę. Od pięciu lat przebywał za granicą: w USA, Wielkiej Brytanii i we Francji, gdzie przez pewien czas pracował w schronisku wysokogórskim.

Przypomniała sobie swoją notkę o Lewickim. Rzeczywiście do niczego się nie nadawała.

- Prawie go nie poznałam - skłamała, unikając wzroku szefa. - Na studiach wytrzymał jeden semestr. Rzadko pojawiał się na zajęciach. Cały czas jeździł w góry, najczęściej autostopem. Mówił, że nie umie wysiedzieć w miejscu. Przez całe życie wspinał się i podróżował...

- Wagabunda - odezwała się Lewandowska.

- Słucham?

- Wagabunda. Inaczej obieżyświat. To może być ciekawa historia. Ludzie lubią takich oryginałów...

Popatrzyli na Majkę, Kierownik szeroko się uśmiechnął.

- Przyjaciółka wspomina Łukasza Lewickiego...

- Może nie wspomina, bo to kojarzy się...

- Wiem, z czym się kojarzy. - Zgromił Lewandowską wzrokiem, a potem znów odwrócił się do Majki. Prawą dłoń zacisnął na zapalniczce. - Kochanie, słyszałaś? Do roboty! Za godzinę chcę mieć wzruszającą historyjkę o przyjacielu wagabundzie, którego nosiło i nosiło... aż w końcu się doigrał. Wyciskacz łez, kumasz?

Chciała zaprotestować. Właśnie spełniał się jej czarny sen. Ale rzut oka na twarz kierownika wystarczył. Spuściła głowę i wyszła z pokoju.

Czuła, że się rozpłacze ze złości. Wtedy, na pierwszym roku studiów, Łukasz Lewicki trochę namieszał. Na jednej z imprez zaczęli gadać, potem wybrali się na randkę, a potem - chociaż w swoim mniemaniu wcale nie była łatwa - wylądowali w łóżku. Naiwnie wierzyła, że nie potraktuje jej tak, jak wcześniej dwóch innych koleżanek z roku. Zawiodła się. Dwa miesiące później wyjechał w siną dal i po tygodniu przesłał jej kartkę. Jak w piosence Lady Pank - pocztówkę nie wiadomo skąd. Napisał na niej tylko jedno słowo. Dziękuję. Nawet teraz - po pięciu latach - na samo wspomnienie chciało jej się płakać. Ze złości, ale przede wszystkim z żalu. Z żalu za czystym, młodzieńczym uczuciem. Oraz tym, że okazało się ułudą.

Kierownik wyraził się jasno. To miało być ciepłe wspomnienie skreślone piórem przyjaciółki. Gdyby tylko miała wybór, wolałaby spłodzić sympatyczny tekst o Czyngis-chanie.

Zanim zaczęła pisać, przy jej biurku znów wyłonił się kierownik. Gdy spytała, o co chodzi, bez słowa pochylił się nad klawiaturą. Na ekranie pojawiła się witryna Wirtualnej Polski. Pod dużymi drukowanymi literami, układającymi się w tytuł DRAMAT NA K2, znajdował się podtytuł: utracono kontakt z zaginionymi wspinaczami. Czerwony druk informował, że jest to informacja z ostatniej chwili.

- Skąd to wiedzą...

- To ja się pytam! - warknął kierownik. - Ustalcie mi to! Natychmiast!

Niemal truchtem ruszył w kierunku pokoju redaktora naczelnego. Majka zrozumiała, że wezwano go na dywanik. Rozejrzała się za Lewandowską, ale nigdzie jej nie było. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer. Niestety telefon, z którego łączył się z nią podsekretarz z Ministerstwa Sportu, był wyłączony.

- Cholera!

Podenerwowanie kierownika było najwyraźniej zaraźliwe, bo drżały jej ręce. Jeszcze raz podniosła słuchawkę. Gdy wykręciła numer telefonu satelitarnego do bazy pod K2, przy biurku pojawił się Wojtek.

- Nie denerwuj się tak, bo wykorkujesz - powiedział tonem, który w założeniu miał być krzepiący, ale wyczuwało się w nim zawiść. - Kiedy się zbierasz?

Odparła, że nie ma pojęcia, a on mruknął coś pod nosem i ruszył do wyjścia. Do dzisiaj żyli w zgodzie, ale przyjaźń wśród stażystów była zjawiskiem nietrwałym. Walczyli ze sobą o etaty i wyglądało na to, że wygrywała. Uśmiechnęła się pod nosem, odzyskując część dobrego humoru.

- Tak, słucham?!

Głos w słuchawce tak ją zaskoczył, że aż podskoczyła. Nie spodziewała się, że ktoś odbierze. Po tym, jak lekarz polskiej ekipy określił ją mianem sępa, na zmianę z Lewandowską próbowały łączyć się z bazą kilkanaście razy - bezskutecznie. Aż do teraz.

- Katarzyna Majkowska...

- O Boże... No, słucham!

Tym razem telefon odebrał nie lekarz, tylko sam kierownik wyprawy. Bartosz Winnicki. Pytanie, które mu zadała, było z gatunku tych oczywistych.

- Co się dzieje?

- Nic ciekawego - burknął, po czym z trudem się opanował. - Przepraszam panią, to nerwy. Jastrzębski i Głębocka są bezpieczni w dwójce... Świerczok i Adaś Zaruski poszli z powrotem do góry. Są w połowie Czarnej Piramidy i ciągle się wspinają... Niestety z Lewickim i Paszczą nie ma kontaktu. Wyłączyli radio, a ich GPS zwariował. Pokazuje, że zeszli na poziom morza...

- Jak to: wyłączyli radio?

- Tak to - znów zrobił się nieprzyjemny. - Są idiotami. Głupimi gówniarzami. Gdybym wiedział, nigdy bym ich nie zabrał. Zobaczyli szczyt i ocipieli... Przepraszam, ale gdy o tym myślę, to mam ochotę kopnąć kogoś w dupę...

Odczekała chwilę, po czym - gdy wszystko wskazywało na to, że sam z siebie nic więcej nie powie - spytała o pogodę.

- Do dupy. Wieje coraz mocniej, nawet tutaj. A wyżej pada śnieg. Zamieć, zerowa widoczność. Nie będę pani oszukiwał. Jest ciężko.

Było to słychać w jego głosie. Gdy rozmawiała z nim kilka dni temu, mówił zupełnie inaczej. Z entuzjazmem, wyczuwalnym nawet przez zakłócenia. Teraz był wyraźnie przygnębiony.

- Mają szanse?

Przez chwilę milczał, a gdy się odezwał, bardzo ważył słowa.

- Ci w dwójce są bezpieczni, a Maciek Świerczok i Adaś Zaruski to rozsądni ludzie. Jak stracą siły, to po prostu zejdą do obozu. Martwię się o Kubę Paszczaka. Był chyba w najgorszej kondycji.

- A... Lewicki?

W słuchawce rozległo się prychnięcie.

- Silny jak koń. Ale nawet on nie da rady przynieść Paszczy na plecach... Podejrzewam, że gdzieś zabiwakowali.

- To chyba nie jest bezpieczne, prawda?

To nie było najmądrzejsze pytanie, ale niestety nie mogła cofnąć czasu.

- Nie jest - stwierdził sucho Winnicki, a potem w jego głosie pojawiły się stalowe nuty. - Proszę już więcej nie dzwonić. Jak będziemy coś wiedzieć, to puścimy oficjalny komunikat. A teraz... do cholery... dajcie nam pracować!

Wysączyła resztki czwartej dziś kawy, a potem potarła oczy. Wielki zegar elektroniczny w rogu open space'u informował, że minęła dwudziesta druga, a to oznaczało, że siedziała w redakcji już czternaście godzin. Rekord. Sięgnęła do torebki po tabletkę. Ból głowy stawał się nie do wytrzymania. Organizm wysyłał coraz silniejsze sygnały, by odtrąbić fajrant i wracać do domu.

Zerknęła na wyświetlacz prywatnego telefonu. Trzy nieodebrane połączenia - wszystkie od zaniepokojonej mamy. Oddzwoniła i obiecała, że niedługo wróci, ale wcale nie była tego taka pewna. Kierownik wciąż trwał na posterunku. Ze swojego miejsca mogła wyczuć zapach dymu.

Redakcja pracowała na trzy zmiany. Przez okrągłą dobę, ale nocą personel był zdecydowanie mniej liczny. Chyba że działo się coś wyjątkowego. Gala wręczenia Oscarów. Wybory prezydenckie w Stanach. Zamieszki w Korei Północnej.

Albo akcja ratunkowa na K2.

Oczywiście kierownik miał swoich zastępców i zwykle nie spędzał w redakcji więcej niż dwunastu godzin, ale dziś najwyraźniej postanowił podnieść standardy pracoholizmu na poziom wyższy niż zazwyczaj. Dym papierosowy nie był jedynym świadectwem jego obecności. Niemal przez cały czas słyszała monotonny odgłos nerwowych kroków. Chodził z kąta w kąt i czekał na kolejne newsy. Ale te nie spływały.

Temat nieudanego ataku szczytowego i losu polskich himalaistów przewijał się w serwisach informacyjnych od chwili, gdy opublikowała swój tekst. Najpierw jako jedna ze wzmianek, ale teraz - gdy wiadomo było, że dwaj wspinacze zaginęli - jako wiadomość dnia. Niedaleko jej biurka wisiały pod sufitem dwa duże telewizory stale nastawione na TVP Info i TVN24. W obu stacjach mówiono tylko o K2 - ściągnięci z łapanki goście próbowali powiedzieć coś mądrego, ale nie bardzo im to wychodziło. Prawda była taka, że nikt nic nie wiedział - ani rzecznik ministerstwa, ani prezes PZA, ani znany wspinacz, który nie wziął udziału w wyprawie tylko dlatego, że wciąż leczył nogę złamaną przed rokiem na Trango Towers. Bartosz Winnicki okazał się słowny. Telefon w bazie milczał. Z wyprawą od ponad dwóch godzin nie było żadnego kontaktu.

Tak więc gościom w telewizyjnych studiach pozostawało tylko odmienianie przez wszystkie przypadki nazwy Czarna Piramida, bo tak określano fragment zbocza K2, na którym zaginęli wspinacze, oraz podkreślanie czegoś, co i bez tego wydawało się oczywiste - że siedem tysięcy metrów to nie tyle co osiem. Że wciąż były szanse.

Pisanie szło jak z kamienia. Wystawienie łzawej laurki Łukaszowi Lewickiemu było zadaniem, które zdawało się ją przerastać. Nie zawracając sobie głowy zmywaniem, wsypała do kubka po kawie łyżeczkę zielonej herbaty, a potem zalała ją wrzątkiem. Zaczerwienione oczy znów zaczęły wpatrywać się w ekran komputera. W te kilkanaście niezgrabnych zdań, które udało jej się spłodzić.

Być wolny jak ptak - nasza dziennikarka wspomina Łukasza Lewickiego.

Wiecznie się spóźniał. Na pierwszych zajęciach w Instytucie Dziennikarstwa pojawił się w momencie, gdy wszyscy czekali już na przerwę. Październik 2014 roku. Dziewczyny wymalowane, chłopacy wystrojeni (liczy się przecież pierwsze wrażenie) - a on prosto z Tatr. Potargane włosy, dziurawe spodenki i wielka śliwa pod okiem. Pamiątka po pięści górala, który nie mógł znieść, że nasz nowy kolega zawrócił w głowie jego córce.

Z miejsca wszyscy się w nim zakochali: studenci, wykładowcy, panie z dziekanatu... Taki był - umiał zjednywać sobie ludzi. Na zajęciach pojawiał się rzadko, ale gdy już dotarł, zawsze było wesoło. Częściej można go było spotkać w akademikach: na Jelonkach, gdzie pomieszkiwał, na Żwirkach, na Smyczkowej... Tam, gdzie akurat był, zawsze coś się działo.

Najłatwiej można go było spotkać w Tatrach. Zwykle wyjeżdżał tam w czwartki, rezygnując z piątkowych wykładów, a wracał we wtorki. Na zajęciach nigdy nie robił notatek, ale zawsze słuchał. Twierdził, że gdy stuknęło mu ćwierćwiecze, postanowił pójść na studia, by znaleźć sobie żonę, ale to był żart. Nie szukał żony. Szukał nowych przyjaźni, nowych miejsc, nowych wrażeń. Wytrzymał pół roku, a potem ruszył w świat, skąd przesyłał mi kolorowe pocztówki.

Kochał góry, chociaż zabrały mu one najbliższą osobę. Wiele lat wcześniej podczas wspinaczki spadł w przepaść jego tata. Zawsze nosił przy sobie jego zdjęcie. Twierdził, że każdy powinien przeżyć życie po swojemu - tak, by gdy przyjdzie koniec, niczego nie żałować. Jego życie było ciągłą podróżą. Gdzie on nie był...

Zabębniła palcami po biurku. Nie miała pojęcia, czy wyliczanie tych wszystkich miejsc ma jakikolwiek sens. Może dla czytelnika atrakcyjniejsza byłaby grafika? Mapa świata, z chorągiewkami wbitymi w Alpy, Andy, Himalaje, Alaskę... i sto innych miejsc?

Aby ustalić, gdzie bywał, wystarczyło wejść na jego Facebooka i przejrzeć galerię zdjęć - ale ona nie musiała tego robić. Chociaż zostawił w jej sercu bolesną pustkę i najchętniej wyrzuciłaby go z pamięci, przez te wszystkie lata nie umiała się powstrzymać i odwiedzała jego profil przynajmniej raz w miesiącu. Jej życie było uporządkowane i - w gruncie rzeczy - dosyć nudne. Dzięki wstawianym przez niego zdjęciom miała wrażenie, jakby cząstka jej duszy podróżowała razem z nim.

Jeszcze raz przejrzała tekst i usunęła fragment o pocztówkach. Dostała od niego łącznie siedem kartek - tę z napisem Dziękuję, a potem sześć kolejnych, na których rysował emotkę całusa. Jedna z kartek była niemal przedarta na pół - wysłał ją z jednej z postsowieckich republik azjatyckich, z miejsca, które trudno było nawet znaleźć na mapie. Ta była ostatnia. Sprzed prawie dwóch lat... I tak długo o niej pamiętał. Takich kilkutygodniowych przygód miał pewnie dziesiątki, ale chyba nie każdej wysyłał potem pocztówki. Z tego, co wiedziała, jej dwie koleżanki, które mu uległy, nigdy nie dostały nawet jednej.

Uśmiechnęła się odruchowo. Ot, paradoks. Widocznie można mieć do kogoś żal, mnóstwo żalu... a jednocześnie czuć coś na kształt sympatii.

Potrząsnęła głową, odpędzając głupie myśli, a potem zmusiła się do dalszej pracy nad tekstem. Ale zanim napisała kolejne zdanie, przy biurku zjawiła się Lewandowska.

- Spójrz na Twittera.

Majka miała tam konto, ale go nie używała. Cóż, nie była jeszcze pełnoprawną dziennikarką. Wklepała hasło i po sekundzie zerwała się na nogi.

- Dawno?!

- Trzy minuty temu. Spokojnie, szef już wie. Wrzuciłam mu info, zaraz będzie na stronie.

Tweet oficjalnego profilu Ministerstwa Sportu rozchodził się po sieci z prędkością światła. Był lakoniczny, ale przecież o to chodzi w tweetach.

M. Świerczok i A. Zaruski dotarli do K. Paszczaka. Jest na 7000. Żyje, będą schodzić. Paszcza, trzymaj się!!!

Po wykrzyknikach były jeszcze trzy emotki bicepsy. Majka uśmiechnęła się, ale w głębi duszy czuła pustkę. Paszczak Paszczakiem, ale...

- Co z Lewickim?

Lewandowska wzruszyła ramionami. Twitter milczał.

- Cholera, powinni coś napisać!

Sięgnęła po słuchawkę. Szanse były nikłe, ale nie mogła nie spróbować. Numer telefonu satelitarnego w bazie znała już na pamięć. Spodziewała się, że będzie zajęty - w końcu nie była jedyną osobą spragnioną informacji - ale sprzyjało jej szczęście.

- Chwileczkę - warknęła w kierunku podchodzącego do biurka kierownika, a on, o dziwo, nie ukatrupił jej wzrokiem. - Halo! - wrzasnęła, bo sygnał nagle się urwał, a w jego miejsce usłyszała czyjś przyspieszony oddech. - Halo, tu Katarzyna...

- Miałaś nie dzwonić. - Bartosz Winnicki bezceremonialnie przeszedł z nią na ty. Miał na głowie poważniejsze sprawy niż konwenanse. - Żegnam...

- Co z Łukim?!

W jej głosie było tyle napięcia, że usłyszał je nawet tam, w górach Pakistanu. Oczami wyobraźni widziała, jak w ostatniej chwili powstrzymuje się od zerwania połączenia.

- Znasz go? - Gdy łamiącym się głosem potwierdziła, złagodniał. - Nie wiadomo. Tam są coraz gorsze warunki. Kuba mówił, że Łuki zaczął schodzić, ale go nie spotkali. Może się minęli, ale trudno w to uwierzyć...

Zawiesił głos. Zrozumiała, co chce jej przekazać.

- Nie ma szans, tak? - spytała, z trudem panując nad emocjami. - Spadł? Zamarzł?

- Nie można tak do tego podchodzić. Szanse zawsze są. Trzeba się modlić. Przepraszam...

Myślała, że przeprasza ją za hiobowe wieści, ale okazało się, że musiał zakończyć rozmowę. Przerywany sygnał wwiercał się jej w mózg niczym wiertło udarowe. Odłożyła powoli słuchawkę, po czym zwiesiła głowę. I wtedy rozległy się brawa.

Klaskał kierownik. Popatrzyła na niego ze zdziwieniem, a on spoconą łapą zmierzwił jej włosy.

- Wyrabiasz się, dziewczyno - powiedział, a potem pokiwał z uznaniem głową. - Nie sądziłem, że jesteś taka cwana. Mistrzostwo świata.

- O czym pan mówi?

- Jak to o czym? O tym, jak zagrałaś. Prawie dałem się nabrać, tak jak tamten facet. Brzmiałaś tak, jakby ci naprawdę zależało.

Spojrzała na niego hardo, ale zanim się odezwała, przemknęła wzrokiem po stojącej z boku Lewandowskiej. Dziennikarka powoli kręciła głową, tak jakby chciała powstrzymać Majkę, by się przed nim nie odsłaniała. Zdusiła więc słowa, które cisnęły jej się na usta, i zmusiła się do niezobowiązującego uśmiechu.

- To co, szefie? Piszemy?

Sięgnął po papierosy. Żółte zęby błysnęły w uśmiechu.

- Piszemy. Motyw przewodni: Została tylko modlitwa. O ile dobrze usłyszałem, to do tego sprowadzały się jego słowa... Prawda?

*

Spędzał noce w różnych miejscach. Na dryfującej po morzu tratwie, w śnieżnej jamie na stoku Denali, a nawet na szczycie wieży katedry Notre Dame w Paryżu, czyli w miejscu, w którym grasował na kartach powieści Wiktora Hugo dzwonnik Quasimodo. Ale ta noc była wyjątkowa. Nigdy nie znajdował się tak blisko osiągnięcia czegoś, co buddyści nazywają nirwaną. Kompletnego wyzwolenia od cierpień tego świata.

Mało brakowało, a wyzwoliłby się od tych cierpień już na zawsze. Ocknął się dosłownie w ostatniej chwili. Drzemka na dnie lodowej szczeliny, w temperaturze minus trzydziestu pięciu stopni, z pewnością nie zakończyłaby się przebudzeniem. Albo inaczej - przebudzenie odbyłoby się w innym wymiarze. Na niebiańskich polanach.

Tym, co pozwoliło mu przetrwać te kilka godzin, była złość. Złość na Thomasa Edisona, wynalazcę żarówki. Nie mógł mu wybaczyć, że jego wynalazek nie był lepiej dopracowany. Gdy czołówka zgasła na dobre, przez pół godziny mocował się z instalowaniem zapasowej żarówki - po to, by ostatecznie okazało się, że też nie działa.

Wspinał się kiedyś przy świetle księżyca i było to jedno z najbardziej ekstatycznych doznań. Zbocza masywu wulkanicznego Mount Kenya, jakieś siedem lat temu. Ale tu, na stokach K2, nie było nawet śladu po księżycu. Widoczny z dna szczeliny fragment nieba był tylko o ton jaśniejszy od jej ścian. Chmury kłębiły się tak, jakby ktoś - jakiś górski olbrzym - specjalnie na nie dmuchał, a płatki (a raczej płaty) śniegu padały tak gęsto, że momentami trudno było oddychać.

Pozycja stojąca wcale nie gwarantowała, że nie zaśnie, dlatego postanowił chodzić. Przemieszczając się, łatwiej było utrzymać ciepło. W szczelinie było tak ciemno, że co chwila wpadał na jakąś przeszkodę. Chociaż spędził tu kilka godzin, to wciąż czuł się jak ślepiec na dnie jaskini. Wszystko, co czytał o widzeniu skotopowym, w Karakorum okazywało się wierutną bzdurą.

Gdyby nie zegar w komórce, popadłby w obłęd. Czas płynął mu tak powoli, że gdy zobaczył nad głową pierwszą zapowiedź nowego dnia - nieco jaśniejszą szarość - gotów był przysiąc, iż od chwili, gdy zgasła czołówka, minął okrągły rok. W rzeczywistości pobyt na dnie szczeliny trwał koło ośmiu godzin. O szóstej czterdzieści pięć, walcząc z obezwładniającym zmęczeniem, zacisnął dłoń na czekanie i zaczął się wspinać.

Odpadł od ściany dwa razy - za pierwszym razem od razu po pierwszym ruchu, za drugim nieco później, jakieś trzy metry nad ziemią. Potłukł się, ale był tak obolały, że było mu wszystko jedno. Determinacji dodawała mu myśl o zamarzającym gdzieś przy poręczówkach Kubie. Był zmasakrowany fizycznie i gdyby nie wyobraźnia, która podsuwała mu obrazy zamieniającego się w sopel lodu przyjaciela, nigdy nie udałoby mu się wydostać na zewnątrz.

Pogoda, o ile to możliwe, była jeszcze gorsza niż wczoraj. Wciąż wiało, a śnieg potworzył sypkie zaspy, których pokonanie wymagało umiejętności kojarzących się ze sztuczkami cyrkowców. Gdy całe ciało - razem z nogami - znalazło się poza szczeliną, zdał sobie sprawę, że wydostał się z niej na niewłaściwą stronę. Kaszląc ze zmęczenia, wlókł się wzdłuż krawędzi, aż dotarł do kolejnego śnieżnego mostu - podobnego do tego, który się pod nim zarwał.

Tym razem nie dysponował ani liną, ani siłami, by się bawić w zakładanie stanowiska. Wstrzymał oddech i - balansując niczym akrobata na trapezie - przeszedł na drugą stronę. Gdy znalazł się w bezpiecznym miejscu, na chwilę się zatrzymał. Na zalegającym mu u stóp dziewiczym śniegu pojawiły się krwawe kropki.

- Co jest? - wyszeptał bezgłośnie, bo usta miał tak wysuszone, że już od dawna nie był w stanie wydawać dźwięków. Gardło bolało go chyba bardziej niż nogi i ręce. - Ach, to tylko nos.

Koniuszek nosa był odmrożony. Jedno z naczynek krwionośnych pękło i ciekła z niego gęsta jak melasa krew, zamieniająca się po chwili w rdzawe kuleczki lodu. Przyłożył do nosa łapawicę, ale nie był w stanie powstrzymać krwawienia. W końcu machnął ręką. Miał w sobie ponad siedem litrów. Parę kropel wte czy wewte nie robiło wielkiej różnicy...

Nie miał zielonego pojęcia, w którym miejscu Czarnej Piramidy się znajduje. Dotąd mu to nie przeszkadzało, ale dotarł do punktu, w którym trzeba było podjąć decyzję. Dość łagodnie nachylony stok przegradzała skalna grzęda. Można ją było ominąć z lewej albo z prawej. Obie "drogi" były tak strome, że w normalnych okolicznościach nie poszedłby nimi bez dobrej asekuracji. Ale teraz nie miał wyjścia.

Wariackie poczucie humoru kazało mu się zatrzymać i wydobyć aparat. Zmarszczył komicznie czoło, starając się wyglądać jak zbłąkany turysta na rozwidleniu szlaków. Uznał, że selfie w tym miejscu będzie się idealnie prezentować na Facebooku. Może nawet jako profilowe. Cyknął fotkę i nagle zalało go poczucie winy. Kuba... Na stoku czekał Kuba. Chyba że...

Istniała możliwość, że już go znaleźli. Ta myśl sprawiła, że poczuł się lepiej.

Stoki po obu stronach grzędy wyglądały na cholernie lawiniaste. Śnieg był tak puszysty, że po pierwszym kroku Łukasz odruchowo czekał, aż wszystko ruszy w dół. Nie ruszyło. Ostrożnie stawiając stopy, opuszczał się coraz niżej. Wybrał stok po prawej - nie było w tym głębszych przemyśleń, tylko mieszanina instynktu i przypadku.

Na lewo od niego wypiętrzały się seraki, ale nie poświęcał im uwagi. Martw się tym, na co masz wpływ - facet, który przed laty uczył go wspinaczki, powtarzał to jak mantrę. Tak często, aż to mądre - także życiowo - zdanie na zawsze utkwiło mu w głowie. Śmiertelne choroby, seraki, lawiniasty stok... Tu trzeba było zawierzyć przeznaczeniu.

Momentami nogi zapadały mu się w śnieg tak głęboko, że musiał je odkopywać. Gdyby miał przy sobie narty, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. Taki Jędrek Bargiel, który wspinał się na ośmiotysięczniki po to, by zjeżdżać z nich na deskach, byłby zachwycony. Lewickiemu pozostało bezgłośne przeklinanie.

Stok ruszył w momencie, gdy Łukasz zbliżał się już do wypłaszczenia. Śnieg w górze nagle przyjął postać śnieżnej chmury i począł powoli się zsuwać. Przez chwilę obserwował to wszystko z zachwytem, a potem - gdy dotarło do niego, że lawina pędzi prosto na niego - usiadł na śniegu i też zaczął się zsuwać. Jako dzieciak zjeżdżał w ten sposób na tak zwanym listku. Zwanym też jabłuszkiem. Było to w jednym z parków w jego rodzinnym Wrocławiu. Gdyby ktoś powiedział mu wtedy, że w podobny sposób będzie zabawiał się na ośmiotysięczniku, popukałby się w czoło.

Zsuwając się, zerknął za siebie. W chwilach takich jak ta w człowieku budziły się dziwne instynkty. Instynkty, które kazały traktować siły natury jak pomost łączący z boskością. Patrząc na kłębiącą się falę śniegu, która gnała w dół z prędkością rozpędzonej lokomotywy, doświadczało się obecności boskiego majestatu. Uczuciu temu towarzyszyła świadomość nieuchronnego końca.

Zatrzymał się na wypłaszczeniu i tępym wzrokiem wpatrywał w pędzący żywioł. Fala śniegu porwała go ze sobą - tak delikatnie, że poczuł się niczym jeździec dosiadający białego łabędzia. Położył się, obserwując przesuwające mu się przed oczami szare chmury. Nagle znalazł się w powietrzu, przekoziołkował i spadł na poduchę z białego puchu, a potem znów zaczął się zsuwać. Zdziwiony, że wciąż żyje, uniósł głowę i w tym momencie na jego drodze wyrosła skalista turniczka. Odbił się od niej nogami, obrócił o sto osiemdziesiąt stopni i zatrzymał się na kolejnej skałce.

Oszołomiony potrząsnął głową. Przez łapawicę wyczuł, że w kasku, którym uderzył o skałę, pojawiło się kolejne wgniecenie. Przez chwilę badał je palcami, a potem przed oczami zrobiło mu się ciemno.

Osunął się na śnieg, tracąc przytomność.

Ze zdziwieniem stwierdził, że razi go słońce. Zacisnął powieki, ale wciąż czuł dyskomfort. Usiłował się obrócić, ale nie zdołał poruszyć nogą. Zebrał siły, napiął mięśnie... i nic. Żołądek ścisnął mu się ze strachu.

- Cholera. - W przeciągu sekundy przypomniał sobie, gdzie jest i co się stało. Ostatnie, co pamiętał, to uderzenie w skałę. - Cholera.

Jak każdy aktywny człowiek bardziej niż śmierci bał się niepełnosprawności. Świadomość, że nie może się poruszyć, była porażająca. Otworzył oczy i natychmiast znów je zamknął. To nie były halucynacje. Między chmurami rzeczywiście świeciło słońce.

Próbował poruszyć rękami. Lewa była bezwładna, ale prawa zareagowała na impulsy z mózgu i się uniosła. Powoli, jakby z wysiłkiem. Starał się usiąść, ale był w stanie tylko nieznacznie unieść głowę. Odmrożonym nosem dotknął śniegu. Została na nim mała, krwawa plamka.

Uniósł prawą rękę i osłonił oczy. Jeszcze przez chwilę nie dowierzał zmysłom, ale potem lęk, który go paraliżował, nagle ustąpił. Gdyby czuł się na siłach, toby się uśmiechnął. Nie miał złamanego kręgosłupa. Był częściowo przysypany śniegiem i dlatego nie mógł się ruszać.

Jeszcze tego nie wiedział, ale życie uratowała mu skałka, na której się zatrzymał. Osłoniła go przed wielotonową warstwą śniegu - spadł na niego tylko unoszący się nad lawiną śnieżny pył. Była to jedyna taka skałka na szerokim na dwieście metrów plateau. Prawdopodobieństwo, że na nią trafi, było naprawdę niewielkie.

Podobnie jak na lawinę. Zimą w Karakorum lawiny były ewenementem, a on w ciągu ostatnich kilkunastu godzin był świadkiem już dwóch.

Gdy uświadomił sobie, jakie ma szczęście w nieszczęściu - odkopując mozolnie najpierw drugą rękę, a potem tułów i nogi - obiecał sobie, że wszystkie oszczędności, czyli mniej więcej tysiąc dolarów, przekaże jakiejś dobroczynnej fundacji. Chciał się zrewanżować Opatrzności. Nie lubił mieć długów. Uspokoiwszy się w ten sposób, podniósł się na nogi. Skąpane w słońcu zbocza K2 nagle zawirowały.

Usiadł i jeszcze raz zbadał kask. Dziura, która ziała w jego zewnętrznej warstwie, robiła wrażenie. Podejrzewał, że doznał wstrząśnienia mózgu. Miał nadzieję, że zaraz dojdzie do siebie, bo uznał, że po przetrwaniu tak gigantycznej lawiny nie wypadało umierać z powodu zawrotów głowy.

Za drugim razem było nieco lepiej. Utrzymał się na nogach, a po chwili odważył się nawet zrobić pierwszy krok. A potem drugi. Wrażenie było niecodzienne. Czuł się tak, jakby miejscami nie obowiązywały go reguły grawitacji. Jakby lewitował w kosmosie.

To nie był zdrowy objaw, ale starał się o tym nie myśleć. Poruszając się w tempie, które za zbyt wolne uznałby nawet schorowany staruszek, dotarł do oddalonych o kilkadziesiąt metrów skalnych zasieków, a potem wdrapał się na granitowy blok. To, co zobaczył, sprawiło, że po zmarzniętym policzku potoczyła mu się łza. Łza szczęścia.

Kilkadziesiąt metrów niżej stały trzy barwne namioty. A przed jednym z nich jego przyjaciel Kuba właśnie oddawał mocz.

- Hej! - chciał krzyknąć, ale tylko zakrakał. - Hej!

Śmiejąc się w duchu, opuścił się na drżących rękach, po czym - w żółwim tempie - dotarł do prowadzącej do obozu, zagubionej trzysta metrów wyżej drogi. Chwycił za poręczówkę i wtedy usłyszał świdrujący pisk. Usiadł w śniegu i czekał, aż do niego podbiegną. Maciek Świerczok i Aldona Głębocka - jedyna kobieta, która brała udział w wyprawie.

- Przepraszam - wychrypiał, gdy znaleźli się w zasięgu jego wątłego głosu. - Daleko na Rysy?

Świerczok - ogromny chłop, kojarzący mu się od początku z Gustlikiem z Czterech pancernych - wziął go w ramiona i uniósł do góry. Z taką łatwością, jakby podnosił kota.

- Aleś ty ładny - powiedział, zaciągając po śląsku, a Aldona musnęła go ustami w chropowaty, siny od mrozu policzek.

- Było blisko - mruknął, a potem oparł się o ich ramiona, walcząc z napływającymi mu do oczu łzami ulgi.

W przeciwieństwie do bazy obozy zapewniały tylko minimum wygody. Nie było tam, rzecz jasna, toalet, prysznica czy mesy. Trzy dwuosobowe namioty, podgrzewacz do wody, jedzenie, lekarstwa i rezerwowa odzież - wszystko to w temperaturze przynajmniej kilkunastu stopni poniżej zera... Obóz numer dwa to naprawdę nie był czterogwiazdkowy hotel, ale Łukasz odpoczywał w nim lepiej niż w londyńskim Savoyu, w którym - notabene - miał okazję zjeść kiedyś obiad jako gość jednego ze swoich klientów.

Zawartość pierwszego kubka wody z sokiem nie przyjęła się w żołądku i wylądowała w śniegu za namiotami, ale za drugim razem poszło mu lepiej. Gdy trochę nawilżył gardło, zjadł odrobinę żelu energetycznego, po czym wypił kilka łyków zupy. Kto inny po takim obżarstwie - na pusty żołądek nawet najmniejsza ilość pożywienia była obżarstwem - rzygałby jak kot, ale Łukasz miał żołądek strusia. Napił się wody, a potem herbaty. Świerczok z Aldoną skakali wokół niego jak sanitariusze. W pewnym momencie zrobiło mu się głupio.

- Dajcie spokój, przecież nic mi nie jest. To była tylko jedna noc w górach. Nie pierwsza i na pewno nie ostatnia.

Kuba spał jak suseł w sąsiednim namiocie, pielęgnowany przez szóstego członka ekipy, Szymka Jastrzębskiego. Piąty członek, Adaś Zaruski, odsypiał z kolei nocną akcję ratunkową.

- Znaleźliśmy Paszczę o pierwszej w nocy - opowiadał Świerczok, wyciskając na łyżeczkę przezroczystą glukozę. - Jak zobaczył nasze latarki, zaczął się drzeć jak zarzynane prosię. - Zaśmiali się, a potem spoważnieli. - Był w kiepskiej formie. Schodziliśmy we trzech przez prawie pięć godzin. A potem padliśmy, a w górę poszli Aldona i Szymek...

- Ale nie dotarliśmy daleko - włączyła się dziewczyna. - Szymek miał halucynacje. Chyba zaszkodziła mu wysokość, bo wszędzie widział liany...

- Dobrze, że nie węże - uśmiechnął się Łukasz. - Przeszło mu?

- Przeszło. Twój Kubuś jest z nim bezpieczny, jeśli o to pytasz - odparła Aldona. - Będzie pewnie spał do jutra. A skoro o tym mowa...

W innych okolicznościach widok dziewczyny zapraszającej do swojego śpiwora na pewno sprowokowałby go do szczeniackich żartów, ale teraz nawet o tym nie pomyślał. Aldona miała na koncie jedenaście ośmiotysięczników. Była wybitną himalaistką, a przy tym osobą bardzo serio. Jeżeli chciała go ogrzać swoim ciałem, to nie należało z tego żartować.

- Dzięki. - Skinął jej głową, ale chociaż coraz trudniej było mu powstrzymać opadające powieki, nie ruszył się z miejsca. Posłała mu pytające spojrzenie. - Chciałbym wam najpierw o czymś powiedzieć...

Popatrzyła na niego z umiarkowaną ciekawością, a potem stłumiła ziewnięcie. Nawet w przyciemnionym świetle można było dostrzec, że ma białą jak papier skórę i bardzo podkrążone oczy. Mimo tych niedoskonałości - a może dzięki nim - wyglądała w tym momencie jak nastolatka. Trudno było uwierzyć, że ma już trzydzieści kilka lat.

- Co się stało?

Zanim zdążył odpowiedzieć, zaskrzeczało radio. Świerczok oderwał wzrok od Łukasza i przez chwilę je ustawiał.

- No co jest, Bartek? - odezwał się głośno, bo słyszalność była średnia. - Zaraz idziemy spać.

Skontaktowali się z bazą kilkadziesiąt minut temu, zaraz po cudownym odnalezieniu Łukasza. Rozmawiali z Klimkiem Szczęsnym, lekarzem. Powiedzieli mu, że wszystko jest okej. Kierownik nie powinien zawracać im głowy. Nie teraz, gdy padali z nóg.

Najwyraźniej kierownik miał jednak inne zdanie.

- Daj mi tego gagatka.

Świerczok chciał zaprotestować, ale Łukasz gestem dłoni dał mu do zrozumienia, że nie potrzebuje adwokata. Miał pewność, że jest rzeczonym gagatkiem.

- Cześć, szefie - powiedział możliwie lekkim tonem, wciskając uprzednio przycisk nadawania. - Co słychać w wielkim świecie mediów i opinii publicznej?

Pytał na serio. Był ciekaw, czy ich przygoda odbiła się jakimś echem. Miał wrażenie, że wszystko działo się zbyt szybko, by ktokolwiek zdążył się tym zainteresować. Chociaż... kto wie? Podczas krótkotrwałych studiów dziennikarskich dowiedział się, że gorącego newsa można spłodzić ze wszystkiego. Nawet z takiej pierdoły jak nieplanowany biwak w Karakorum.

Przestawił się na odbiór. Tak jak się spodziewał, kierownik zaczął od wyzwisk i wyrzutów. Łukasz przyjął je na klatę. Cóż, tak wypadało... Bartosz Winnicki był przed laty partnerem wspinaczkowym jego ojca. Kilkakrotnie spotykali się w górach, ale bliżej poznali się dopiero teraz, podczas wyprawy. Od samego jej początku traktował Łukasza jak przyszywanego syna. Inwektywy, którymi go teraz obrzucał, nie wynikały z niechęci, tylko z troski.

- Masz rację - przerwał mu, przyciskając klawisz nadawania. To była zaleta tych przestarzałych radiostacji. Sam decydujesz, czy chcesz mówić, czy słuchać. - To była głupota, ale kto mógł przewidzieć, że zwieje dwa obozy? Coś takiego nie zdarzyło się chyba nawet tobie.

Przestawił się na odbiór. Świerczok uśmiechnął się złośliwie, a Aldona popatrzyła na nich z politowaniem. Podpuszczanie Winnickiego, który uwielbiał wracać myślami do wspaniałych w jego mniemaniu lat osiemdziesiątych, było ulubioną rozrywką członków ekspedycji. Celował w tym Kuba, ale Łukasz nie pozostawał w tyle. Teraz znów się udało.

- A właśnie, że się wydarzyło - oświadczył z pasją w głosie. - Na Sziszapangmie, w osiemdziesiątym piątym. Zwiało wszystko, nawet... Dobra, załapałem - warknął, a w tle rozległ się śmiech Klimka Szczęsnego. - Bardzo śmieszne. Ciekawe, czy będziesz taki dowcipny, jak przeczytasz, co o tobie piszą.

Dopiero po chwili Łukasz zrozumiał, że kierownik mówi do niego, a nie do Klimka. Przełknął podaną mu przez Świerczoka glukozę, po czym przestawił radio na nadawanie.

- Hę?

Świerczok aż złapał się za brzuch, ale po słowach kierownika nagle spoważniał.

- Według polskich mediów przez kilka godzin byłeś martwy. Wiesz, jaki tytuł dali na InterMediach? Została tylko modlitwa.

- Widocznie pomogła - mruknął pod nosem Łukasz, a potem powtórzył to głośniej, do radia. Przez moment rozważał w głowie konsekwencje tego dziennikarskiego falstartu. Informacje o jego śmierci - bądź dramatycznym położeniu - na pewno rozeszły się po całym kraju. Ba, po całym świecie. Znał wiele osób, które po otrzymaniu takiej wiadomości uroniłyby łzę. I kilka, które by płakały.

Ale chyba nie było osoby, która by się załamała. Ta konstatacja z jednej strony go uspokoiła, a z drugiej - zasmuciła. Może warto by mieć osobę, dla której byłby całym światem?

- I co? Zdementowaliście?

- Tak. Ale w Polsce jest teraz siódma rano. I to w sobotę. Większa część kraju wciąż śpi. W przekonaniu, że ciebie już nie ma.

- Przeżyję. - Uśmiechnął się kpiąco, a potem się rozkaszlał. - Ci, którzy teraz... spokojnie śpią... i tak... mają mnie... gdzieś.

- Wystarczy.

Świerczok odebrał mu radio, po czym stanowczo zakomunikował Winnickiemu, że Łukasz musi się przespać. Bo w przeciwnym razie się przekręci.

- Jeszcze tylko jedno - przypomniał sobie Winnicki. - Spytaj, czy on zna taką jedną dziewczynę z InterMediów... Katarzynę Majkowską. Wydzwaniała tu przez całą noc i udawała jego wielką przyjaciółkę. Uwierzyłem jej, a ona napisała ten paskudny artykuł o modlitwie. I jeszcze jakieś bzdury o tym, jak nie chciało mu się uczyć... Ernest przeczytał mi ten paszkwil przez telefon. Ech, jakbym dorwał tę gówniarę, to wlałbym jej na goły tyłek!

Świerczok spojrzał pytająco na Łukasza, który właśnie wczołgiwał się do śpiwora. A potem po raz ostatni wcisnął klawisz nadawania.

- Naprawdę nie masz teraz większych problemów? - warknął i wyłączył radio. - Boże, chroń mnie przed takąstarością!

Łukasz wtulił się w ciepłe ciało Aldony i przymknął oczy. Zanim zasnął, zdążył jeszcze pomyśleć o Majce. Dziewczynie z przeszłości. I tym, co do niej wtedy poczuł.

Chociaż upłynęło już pięć lat, wciąż nie mógł wyrzucić jej z pamięci.

Obudził go ból. Jęknął, macając się po obolałej głowie, a następnie wtulił ją w miękkie krągłości leżącej obok kobiety.

- Hej. Pobudka. Mam chłopaka.

Otworzył przekrwione oko i dotarło do niego, gdzie się znajduje. I z kim. Zrobiło mu się głupio.

- Przepraszam, Aldona - wymamrotał przez wysuszone gardło. - Masz coś z ibuprofenem? Bo zaraz wykorkuję...

W tym momencie usłyszał szelest, a potem chrząknięcie. Oprócz nich w namiocie był ktoś jeszcze. Usiłował się obrócić, ale w połowie zmienił zdanie, bo przy ruchu ból jeszcze się nasilił. Zezując, spodziewał się dojrzeć ascetyczne oblicze Świerczoka, ale zamiast kościstej szczęki zobaczył bujną, lekko siwiejącą brodę.

Poruszył ręką, dotykając pokrytej szronem ścianki namiotu. W powietrzu natychmiast zaczęły wirować uwolnione tym ruchem lodowe drobinki.

- Śpij, śpij - szepnął Adaś Zaruski. - Przyszedłem tylko po słodycze.

Powoli - bardzo powoli - uniósł się do pozycji siedzącej. Zdarzało się, że w górach bolała go głowa, ale tym razem ból był silniejszy niż kiedykolwiek. Jeszcze raz dotknął czoła i wtedy przypomniał sobie o uderzeniu w skałę. Na samo wspomnienie zrobiło mu się słabo.

- Mam chyba wstrząs mózgu - oznajmił lekkim tonem, a potem wsadził do ust tabletkę, którą podała mu Aldona. - Która godzina?

Było kilka minut przed szesnastą, a to oznaczało, że przespał sześć godzin. Niezbyt dużo, ale na wysokości, na której się znajdowali, zdrowy sen nie był czymś oczywistym. Popił tabletkę wodą z butelki, którą Aldona trzymała w śpiworze, a potem poczuł wilczy głód. Nie był lekarzem, ale wiedział, że to dobry znak.

Chciał wstać, ale Adaś kazał mu pozostać na posłaniu, a sam zajął się przygotowaniem posiłku. Po kilkunastu minutach postawił na składanym stoliku michę kisielu truskawkowego. Łukasz odruchowo się oblizał. Ktoś mógłby ocenić, że posiłki w obozach nie były zbyt urozmaicone, ale to nie miało znaczenia. Najważniejsze, że były kaloryczne. I lekkostrawne.

- Smacznego - powiedział Adaś, podając im łyżki.

Na zewnątrz rozległo się kaszlnięcie. Wystarczająco głośne, by przebić się przez odgłosy wciąż niesłabnącego wiatru.

- Oho! - mruknęła Aldona. - Idą sępy.

Adaś otworzył wejście do namiotu i wykonał zapraszający gest. Pierwszy do środka wcisnął się Kuba. Wyglądał zaskakująco dobrze. Policzki i nos pokrywała mu gruba warstwa kremu, ale oczy błyszczały wesoło. W przedsionku otrzepał się ze śniegu, a potem podszedł do Łukasza i klepnął go w ramię.

- Było blisko... Głupi ma szczęście, no nie?

Łukasz zaczął rechotać, ale nagle urwał i chwycił Kubę za dłoń - tę odmrożoną. Była wysmarowana jakąś mazią. Wyglądałaby normalnie, gdyby nie paznokcie - popękane i czarne jak noc. Paznokcie trupa.

- O cholera...

- To nic - przerwał mu szybko Kuba. - Mam czucie w każdym palcu. Po powrocie pójdę do manikiurzystki i będę jak nowy.

Łukasz nie był tego taki pewien. Widywał już takie paznokcie. I odwiedzał kolegów, którzy dochodzili do siebie po amputacji palców. Ale nie chciał teraz o tym mówić. Przyjaciel chyba wiedział, że może być różnie, i tylko nadrabiał miną.

Za Kubą do namiotu wcisnął się Szymek. Jak zwykle wyglądał jak chodzący plakat reklamowy. Każdy element jego garderoby miał naszytą (przyklejoną lub wydrukowaną) wątpliwą ozdobę w postaci drukowanych liter M i O - skrótu od MarOil, potentata na rynku paliwowym, a przy tym głównego - obok Skarbu Państwa - sponsora wyprawy. Pozostali też mieli takie ciuchy, ale trzymali je w bazie, głęboko na dnie plecaków. Szymkowi nie wypadało. Jego brat był w MarOilu prezesem zarządu.

Przepchał się do Łukasza i przez chwilę się w niego wpatrywał. Spod czapki wystawały mu końcówki czarnych dredów.

- Ty żyjesz?! - powiedział wreszcie, udając zdziwienie.

Chociaż był z ich szóstki najgorszym alpinistą i gdyby nie koneksje rodzinne, nigdy nie zakwalifikowałby się do ich zespołu, podczas tej wyprawy Łukasz bardzo go polubił. Szymek może i od nich odstawał - czasem na szlaku musieli mu matkować - ale zawsze był sympatyczny i pomocny. Wiele osób ze środowiska traktowało go jak rozpuszczonego gówniarza, bawiącego się w himalaizm za pieniądze starszego brata. To nie był sprawiedliwy osąd. Rozpieszczeni gówniarze nie wchodzili bez tlenu do strefy śmierci. To było miejsce wyłącznie dla twardzieli.

Pięć łyżek poszło w ruch i kisiel szybko się skończył. Adaś zaczął przygotowywać drugą porcję. Temperatura skoczyła o kilka kresek, a na suficie zaczęła osiadać wilgoć z pary ich oddechów. Wilgoć, która błyskawicznie zmieniała się w lód. W namiocie brakowało tylko Maćka Świerczoka. Cóż, nawet najlepsi muszą kiedyś złapać trochę snu.

- Miałeś nam coś powiedzieć.

Łukasz oblizał dokładnie łyżkę, a następnie poprawił się w śpiworze, likwidując nieszczelność, przez którą do wnętrza dostawało się chłodne powietrze. Potem obrócił się w stronę Aldony. Ich twarze prawie się dotykały.

- Ja?

- Tak. Ty. Zanim zasnąłeś. Nie pamiętasz?

Przez chwilę intensywnie przeszukiwał pamięć, aż nagle klepnął się w czoło. Zabolało, ale skrzywił się z innego powodu.

- Znalazłem waszą koleżankę - powiedział smutnym głosem. W tle rozległy się westchnienia i odgłos upuszczanej łyżki. - Iwettę...

- ...Miller - odruchowo dokończył Adaś. Głos nagle zrobił mu się ochrypły. - Znalazłeś jej... ciało?

W namiocie zapadła taka cisza, że słychać było odgłos spadających z sufitu kropel. Łukasz pociągnął nosem, przypominając sobie smutny widok z dna szczeliny.

- Tak - potwierdził. - To na pewno ona. Leży w szczelinie, gdzieś w górnej części Piramidy. Wygląda tak, jakby spała. Zrobiłem zdjęcie...

Przez chwilę się rozglądał, aż wreszcie zlokalizował aparat. Baterie były na wyczerpaniu, ale dał się uruchomić. Szymek i Adaś stuknęli się głowami.

- O kurwa... - wymamrotał ten pierwszy, a jego wpatrujące się w wyświetlacz oczy zaszły mgłą. - Ale masakra. Popatrzcie na nogi...

- Spadła. I to z wysoka - mruknął Łukasz, usiłując wyrzucić z pamięci obraz połamanych kości i pogruchotanej czaszki. - Jak to było?

Odpowiedziały mu wzruszenia ramion.

- Szła solo - odparła cicho Aldona. - Nikt nie wiedział, co się stało.

Aparat przechodził z rąk do rąk. Słychać było tylko chrząknięcia. Najbardziej przybity był chyba Kuba. Tylko zerknął na zdjęcie, po czym ukrył twarz w dłoniach. Łukasz nie był tym zdziwiony. Wiedział, że bardzo się przyjaźnili.

- Miała kogoś bliskiego? Rodziców? Męża?

Przyjaciel przez dłuższy czas nie reagował. W końcu drgnął, a potem powoli, jakby niechętnie, pokiwał głową.

- Rodzice mieszkają w Krakowie - wychrypiał, a potem niespodziewanie się uśmiechnął. - A jej faceta chyba nie muszę ci przedstawiać. To Janek Matysiak. Nie wiedziałeś?

- Janek? Nasz Janek? - Łukasz podrapał się po głowie. Chyba za długo nie było go w Polsce. - Nie miałem pojęcia.

Kuba przez chwilę przyglądał mu się z namysłem. Pozostali - wraz z Aldoną, która wyczołgała się ze śpiwora - zebrali się na drugim krańcu namiotu, wciąż oglądając fotografię. Łukasz miał wrażenie, jakby zostali z Kubą sami.

- O co chodzi?

- O nic. Po prostu przypomniał mi się jeden szczegół. To zabawne, że akurat ty ją znalazłeś.

- Zabawne?! - Łukasz był jak najdalszy od tego, by określać tę przygodę mianem zabawnej. - Co w tym zabawnego?

Kuba przez moment błądził wzrokiem po suficie namiotu, a potem znów na niego spojrzał.

- Właściwie to nic. Przepraszam. Po prostu przypomniało mi się, że w trakcie tej ostatniej wyprawy poprosiła mnie, bym dał jej na ciebie namiary. Koniecznie chciała się z tobą spotkać. Nie mam pojęcia dlaczego. No i... w końcu się spotkaliście.

Majka wyszła z redakcji grubo po północy. Do ostatniej chwili łudziła się, że nagle na pasku któregoś z programów informacyjnych dostrzeże treść, na którą tak czekała. Ale wieści z Karakorum nie napływały. W końcu, na wyraźne polecenie kierownika, który stwierdził, że nie chce mieć jej na sumieniu, skierowała się do wyjścia.

Nie pojechała jednak do domu. Wysłała rodzicom SMS-a, w którym nakłamała o przedłużającym się dyżurze w redakcji, a potem ruszyła Żwirkami w kierunku centrum. Wycieraczki starego, ale niezawodnego citroena zbierały z przedniej szyby coraz liczniejsze płatki śniegu. Wyglądało na to, że prawdziwa zima nie miała monopolu na Karakorum i wreszcie zaczęła docierać też tu, nad Wisłę. Majka nie lubiła zimy. Każdego innego dnia wolałaby siedzieć pod kołdrą, ale dziś - dzisiejszej nocy - porwała ją fala melancholii.

Przejechała obok Pałacu Kultury, a potem skręciła w Marszałkowską. Jechała na pamięć - w końcu pokonywała tę drogę niemal codziennie przez okrągłe pięć lat. Skręciła jeszcze raz i zaparkowała w tym samym miejscu, co zawsze. Odruchowo sięgnęła do kieszeni w poszukiwaniu drobnych, ale dotarło do niej, że jest środek nocy. Parkingi były bezpłatne.

Wysiadła i ostrożnie omijając rosnące zaspy, skierowała się w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Brama uniwerku była zamknięta, więc zamiast skręcić w prawo, ruszyła prosto przed siebie, w kierunku pomnika kardynała Wyszyńskiego. Tuż za nim zaczynał się niewielki park z kolejnym pomnikiem - upstrzonym przez gołębie Bolesławem Prusem. To było jedno z ich miejsc. Któregoś jesiennego wieczoru - tamtej jesieni, sprzed ponad pięciu lat - usiedli na ławeczce i gadali tak długo, aż Krakowskim Przedmieściem znów zaczęły jeździć dzienne autobusy.

Nie była pewna, która to była ławeczka. W końcu odgarnęła śnieg i przycupnęła na tej najbliżej pomnika. To był nie najlepszy pomysł. Wtedy było cieplej. A poza tym... z Łukaszem u boku czuła się pewniej. Bezpieczniej.

Wstała, otrzepała płaszcz i szybkim krokiem ruszyła w kierunku ulicy. Krakowskie Przedmieście nigdy nie spało. Chociaż daleko mu było do Pól Elizejskich, to nawet teraz - w śnieżną, styczniową noc - chodnikami spacerowali młodzi ludzie. Niektórzy chwiali się na nogach, ale Majka nie bała się podpitych studentów. Byli często głupi i infantylni, ale zupełnie nieszkodliwi.

To właśnie sprawiało, że Łukasz był taki wyjątkowy. Nie miał w sobie nawet odrobiny szczeniactwa. Być może po części odpowiadał za to wiek - był o pięć lat starszy od większości z nich - ale Majce wydawało się, że chodziło o coś innego. Po prostu Łukasz był... jakkolwiek to zabrzmi... świadomy. Wiedział, jak chce przeżyć swoje życie. A przy tym był bardzo pewny siebie. Nie czuł potrzeby, by komukolwiek coś udowadniać. Nie popisywał się, nie eksperymentował... Po prostu żył. Czerpał z życia pełnymi garściami, zarażając wszystkich wokół pozytywną energią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki