Strużka krwi ściekała po zimnej stali miecza. Krople kapały na suche liście, barwiąc je czerwienią. Aldrich przywarł plecami do sękatego pnia starego drzewa.
Czuł przez materiał koszuli chropowatą fakturę kory. Trzydzieści jardów od niego leżały wciąż jeszcze nieostygłe zwłoki. Trup wyciągał rękę do noża, który zapodział się w ściółce. Coś było nie tak z fetorem, który bił od nieboszczyka. Uwagę zwracał też jego osobliwy wygląd. Ciało robiło wrażenie zbitego, gęstszego niż normalnie.
Aldrich stał z zamkniętymi oczami, prawie nie oddychając. Nasłuchiwał i czekał. Otaczała go cisza.
Delikatny powiew wiatru przyniósł z pobliskiego sadu wątły zapach jabłkowego kwiecia i chłodną wilgoć nadciągającej burzy. Zaszeleściły poruszone tchnieniem wiatru liście.
Wyjrzał zza drzewa. Tamten chyba był sam. Aldrich odetchnął z ulgą. Albo głupi, albo zbyt pewny siebie. Raczej to drugie.
Wytarł ostrze o płaszcz zabitego, wciąż rozglądając się czujnie, a potem schował miecz do pochwy i pobiegł tam, gdzie zostawił żonę i córkę.
Wypatrzył je, zanim one zauważyły jego. Zagwizdał półgłosem i Iselle zwróciła ku niemu głowę. Pomachała z widoczną ulgą. Podbiegły do niego.
- Nadal będą podążać naszym śladem - powiedziała - a moje rzemyśliwo nie wytrzyma długo. Jeśli spadnie deszcz, wszystko na nic.
Nerissa uczepiła się jej ramienia i niemal zawisła na nim, wykończona. Wsparła głowę na matczynym brzuchu, a Iselle pogłaskała ją po włosach.
Aldrich z rozpaczą dostrzegł, że źle znoszą trudy ucieczki. Znacznie gorzej od niego, bo nie miały jego umiejętności. Przez ostatnie dni ich nie oszczędzał. Kurz drogi oblepiał ich buty i spodnie, z umorusanych twarzy wyglądały zobojętniałe oczy. Efekt trzydniowego marszu.
Iselle westchnęła i zerknęła na ścieżkę wiodącą do biegnącego nad rzeczką, porośniętego mchem kamiennego mostu. Niebo nad horyzontem zaczęło już szarzeć. Bezwiednie wsparła się na ramieniu Nerissy, wzbudzając mamrotliwy protest córki. Oprzytomniała i wyprostowała się.
- Cierpliwości - powiedział Aldrich, węsząc w powietrzu. Wiatr niósł woń potu i niemytych ciał. Wiedział, że Iselle i Nerissa nie miały tak czułego powonienia. Wiedział też, że wiele rozstrzygnie się, jeszcze zanim spadnie deszcz.
Ten dzień źle się zaczął i stawał się coraz gorszy. Gdyby tylko Aldrich nie uparł się, żeby przez wzgląd na żonę i córkę przenocować w gospodzie. To był błąd, który drogo ich kosztował. Nocą skradziono im konie. Owszem, chciał dla rodziny schronienia i odpoczynku, ale przecież nie za cenę życia.
Iselle puściła Nerissę i złożyła ręce, a potem wyszeptała kilka słów, które porwał ze sobą wiatr. Chwilę później spomiędzy drzew wyłonił się niewielki kształt, frunąc chaotycznie niczym zagubiona pośród nocy ćma. Owo coś wylądowało na złączonych w kształt koszyczka dłoniach Iselle. Papierowe skrzydła znieruchomiały. Ciemnozielona ważka wyglądała na pogniecioną i zmiętą, jakby miała za sobą forsowny lot.
Aldricha zawsze zdumiewały rzemyślnicze umiejętności żony. Potrafiła spleść złożony czar, nanosząc tylko kilka drobnych run na kartkę.
Gestem kazał żonie i córce iść za sobą, a one usłuchały, choć ich ręce i nogi zaczynały drętwieć w chłodzie nadchodzącej nocy. Gdy cała trójka znalazła się na środku mostu, Aldrich wsparł dłoń na rękojeści miecza.
- Idźcie do lasu. Nie zatrzymujcie się. Znajdę was później.
- Czemu nie idziesz z nami? Co ty chcesz...? - spytała Iselle.
Aldrichowi ścisnęło się serce. Bał się, że żona już domyśliła się, co zamierza zrobić, i że ogarnia ją przerażenie. Nigdy nie wątpił w swoje umiejętności, lecz nie miał pewności, na ile zdąży z nich skorzystać w obliczu wielkiego, być może nieprzewidywalnego zagrożenia.
- Skoro podążają naszym śladem, nie minie wiele czasu, kiedy nas dopadną. - Sam Aldrich może dałby radę, ale Iselle i Nerissie brakowało wytrzymałości, którą on zyskał przez wieloletni trening. - Wiesz, że muszę to zrobić. Muszę spróbować ich zatrzymać. Wiesz, co się stanie, jeśli talizmany wpadną w ich łapy. Postarajcie się przedrzeć przez las. Twoje rzemyśliwo pomoże ci uniknąć wykrycia. - Wskazał gestem papierową ważkę.
- Nie! Musimy trzymać się razem. Czarami będę trzymać ich na odległość. Zgubimy ich w dziczy. Na pewno się uda!
Aldrich pokręcił przecząco głową. Czas wreszcie stawić im czoła. Jeśli spowolni pogoń, kupi żonie i córce dość czasu, by miały szanse ujść z życiem. Miał już dość uciekania. Niech choć na chwilę zwierzyna stanie się łowcą. Pchnięciem popędził Iselle i Nerissę do biegu.
- Uciekajcie, szybko! Spowolnię ich, może nawet pozabijam, ale wy musicie się spieszyć.
Do oczu Iselle nabiegły łzy. Prędko otarła je wierzchem dłoni.
- Ani mi się waż u... - wydyszała z mozołem. - Wróć do mnie... Wróć do nas.
- Wrócę. Obiecuję. - Aldrich złożył długi pocałunek na czole córki, a potem zamknął żonę w mocnym uścisku. Czuł na ustach jej słone łzy. W końcu wbrew sobie wypuścił Iselle z objęć, a ona wzięła Nerissę za rękę.
- Niech przodkowie cię strzegą - powiedziała.
- I was. A teraz uciekajcie.
Patrzył, jak przechodzą na drugą stronę rzeki, jak idą ścieżką do lasu. Gdy dotarły do linii drzew, Iselle zatrzymała się i zerknęła przez ramię. Wyjęła rzemyśliwo z kieszeni i rzuciła na wiatr. Ważka zatrzepotała w powietrzu nad jej głową. Kobieta machnęła ręką, a wtedy ważka wróciła do mostu i przycupnęła na zwieszającym się nad rzeką drzewie.
Aldrich zdjął płaszcz i odrzucił go na bok, by nie przeszkadzał. Dobył miecza i usiadł ze skrzyżowanymi nogami na środku mostu, twarzą do kierunku, z którego nadchodziła pogoń. Głowica i jelec broni były wysłużone, ale ostrze wciąż trzymało się mocno. Dzięki temu mieczowi wyszedł cało z niejednej walki i przeżył niejedną bitwę. Od jelca do jednej trzeciej długości klingi biegł wyryty w metalu ciąg run. Bez nich broń byłaby tylko znakomita, lecz to one czyniły ją potężną i unikatową. Zamknął oczy i otworzył się na noc, żeby się uspokoić i oczyścić umysł z chaotycznych myśli.
Czas płynął, a gdy księżyc przebił się przez pokrywę chmur, na polnej drodze zamajaczył w oddali cień, a potem kolejny.
Aldrich otworzył oczy. Czterdzieści jardów od niego stał potężnie zbudowany mężczyzna w ciemnoszarym odzieniu. Wiatr szarpał jego płaszcz i burzył włosy. Tak jak pierwszy przeciwnik, którego Aldrich powalił, ten także wydawał się bardziej... zwarty, bardziej lity.
- Pozdrowienia - zawołał obcy. - Widzę, że puściłeś obie damy przodem. Nieważne. Na pewno nie uciekły daleko. Dogonimy je później.
Od rosnącego przy drodze drzewa oderwał się cień i zestalił w kolejnego zwartego mężczyznę, który stanął za plecami pierwszego.
Pięciu. Mam nadzieję, bo jeśli więcej... - pomyślał Aldrich. Zaraz odpędził tę myśl. Nie mógł jej znieść.
Do dwóch mężczyzn przed mostem dołączyła kobieta. Z zaległych pod drzewami cieni wyłaniały się inne postacie. Banda rozrosła się do trzynaściorga ludzi, którzy utworzyli półokrąg wokół dowódcy. A jeszcze kolejni wciąż kryli się w lesie - zaledwie majaczące w półmroku sylwetki - ich obecność zdradzało jedynie dzwonienie metalu i skrzypienie wyprawionej skóry.
Aldrich odetchnął głęboko i osiągnął stan wewnętrznego spokoju, a wówczas nocny krajobraz wyostrzył się i wyklarował przed jego zmysłami.
Przez całe życie podążał Drogą Miecza i obawiał się tylko jednego - śmierci poprzedzonej porażką. Jego mistrz często mawiał, że jeśli człowiek ma pewną rękę i silnego ducha, to porażka nie wchodzi w rachubę. W teorii miał rację, lecz niestety, życie miewało przykry zwyczaj zwracania się przeciwko człowiekowi i kopania go w tyłek.
Jeśli przyjmiesz śmierć z otwartymi ramionami, to nie przegrasz. Aldrich nigdy nie lękał się kostuchy... tylko tego, że okaże się nie dość dobry.
Wstał, uniósł miecz, przyjmując pozycję obronną. Raz jeszcze zaczerpnął tchu i wypuścił powietrze przez nos, jednocząc się z duchem.
- Nie ma potrzeby uciekać się do przemocy - rzekł przywódca. - Ty jesteś jeden, a nas wielu. Przegrasz to starcie. Księżyc nie daje zbyt wiele światła. Zabijesz jednego, może dwoje z nas. A co potem? Masz jedno życie, a tak nim szastasz.
Gdy mówił, jego podwładni poruszyli się w półmroku, dobywając mieczy, gotowi na rozkaz wkroczyć na most.
On nic nie rozumie, pomyślał Aldrich. Że niby jest zbyt ciemno na walkę? Po całej tej pogoni powinni się byli zorientować, że dla mnie to żadna przeszkoda. Słono zapłacą za ten błąd.
- Jeśli ktoś tu szasta życiem, to raczej nie ja - odkrzyknął Aldrich, tak by wszyscy słyszeli. - Nie mogę pozwolić wam przejść. Przyrzekłem bronić ich własnym życiem. Jeśli mam dziś umrzeć, niech tak będzie. Na pewno wszyscy chcielibyście ujrzeć wschód słońca, lecz wiedzcie, że jeśli skrzyżujecie ze mną miecze, na pewno ktoś go nie ujrzy. Na waszym miejscu czym prędzej podwinąłbym ogon i zmykał stąd w pośpiechu.
Dowódca obnażył zęby w uśmiechu.
- Zabić go - rzucił w ciemność, a jego ludzie ruszyli naprzód, mijając go w drodze na most.
Aldrich w okamgnieniu skrócił dystans, szybciej, niż potrafiłby tego dokonać zwykły człowiek. Jego klinga zmieniła się w rozmazaną stalową plamę, poruszała się prędko i płynnie, jakby żyła własnym życiem. Aldrich przebił się przez gardę przysadzistego napastnika i gładkim cięciem rozorał mu gardło, natychmiast przechodząc do drugiego, nim ten zdążył się zorientować, co się dzieje.
Dowódca zaklął w jakimś chropawym narzeczu, którego Aldrich nie rozpoznał, ale treść była jasna - zorientował się, z kim ma do czynienia. Aldrich zrobił zwód w lewo, a potem w prawo, po czym ciął następnego draba w ramię. Klinga z sykiem przejechała po kości.
Dźwięk jeszcze nie przebrzmiał, a ostrze miecza tkwiło już w piersi kolejnego zbira, a potem wysunęło się z niej z oślizłym mlaśnięciem, nim przyskoczyli następni przeciwnicy. Przewidywania Aldricha okazały się słuszne - wąska gardziel mostu skutecznie ograniczała napastnikom pole manewru. Mogli atakować go najwyżej po troje naraz.
Głupcy. Nie ma czasu na pchnięcia. Tnij, siecz, rąb.
Ostrze wirowało w dzikim tańcu, trzymając na dystans trzech wrogów. Aldrich szukał luki w ich gardach, jakiegoś mankamentu ich stylu walki, który mógłby wykorzystać.
Mam - rozbłysło mu w głowie i rzucił się naprzód.
Ostrza zderzyły się ze sobą, aż posypały się skry. Jeden przeciwnik cofnął się o krok, jakby chciał zrezygnować z dalszej walki, lecz w następnej chwili wyprowadził zdradliwy cios. Aldrich umknął przed rozpędzonym ostrzem, i dał nura przed siebie, poruszając się płynnie jak woda, a każdy z wyprowadzonych przez niego ciosów dobiegł celu. Uderzenie serca później dwóch kolejnych napastników leżało już na ziemi. Ciął w prawo i w lewo, nie dając przeciwnikom sposobności na przejęcie inicjatywy, usiłując ścisnąć ich razem, tak by weszli sobie wzajemnie w pole rażenia.
Ostry ból i fala ciepłej wilgoci uświadomiły mu, że dostał po żebrach. Dobrzy byli, ale Aldrich wiedział, że jego duch jest silniejszy...
Zawirował jak w tańcu, mknąc naprzód, zastawił dolną kwartę, skąd jak przewidział, wystrzeli w jego stronę miecz napastnika. Ten z prawej zatoczył ostrzem łuk i rąbnął od góry, ale Aldrich w porę zasłonił się mieczem. Błyskawicznie wyprowadził kontratak i jego klinga zagłębiła się w miejscu pomiędzy szyją i ramieniem przeciwnika. Bezwładny trup zwalił się na most.
Wtem Aldrich poczuł, że któryś z przeciwników trafił go w udo. Zachłysnął się powietrzem, rażony potwornym bólem, i docisnął dłoń do rany, żeby choć trochę zatamować krwawienie, ale w tej samej chwili przeciwnicy natarli na niego jednocześnie. Miecz zaciążył mu w dłoni, Aldrich nie zdołał zatrzymać cięcia słabą paradą i ostrze wroga zatopiło się w jego ramieniu aż po kość. Ignorując ból, odbił miecz ciosem na odlew, i wówczas kolejna klinga drasnęła go w głowę.
Uderzał na oślep, ciął jednego zbira ukośnie przez twarz, po czym rzucił się na kolejnych, nie zawracając już sobie głowy obroną. Rozpłatał jednemu ramię, naznaczając je paskudną raną od nadgarstka do łokcia, a potem pchnięciem od dołu przebił drugiemu żuchwę, zagłębiając klingę w jego czaszce.
Wtedy szerokie cięcie z boku rozerżnęło Aldrichowi brzuch. Poczuł lodowate zimno, a z rany rozlała się po ciele paraliżująca drętwota. Czuł, że słabnie.
Opadł na kolano, miecz wysunął mu się z dłoni. Z każdym oddechem odpryski szkła szarpały mu płuca. Oparł rękę na ziemi, by złapać równowagę, a potem podniósł wzrok i jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem podchodzącego do niego dowódcy.
Wybaczcie mi. Zawiodłem was obie.
Błysnęła stal.
Iselle zachwiała się, gdy wstrząsnął nią szloch. Gdyby nie potrzeba zatroszczenia się o Nerissę, nie zdołałaby powstrzymać fali rozpaczy. Łzy wypłynęły jej spod powiek, kreśląc umorusaną twarz jasnymi smugami.
- Mamo, co się stało? - Głos Nerissy był coraz bardziej podobny do szeptu.
Iselle podzieliła swoją świadomość - jedna jej połowa miała skupić się na ucieczce, a druga na spoglądaniu oczami papierowej ważki. Jeszcze na moment zebrała rozproszoną uwagę, by odpowiedzieć córce.
- Nic, kochanie. To... to nic. No, biegniemy.
Ponownie sięgnęła zmysłami do swojego rzemyśliwa. Raz jeszcze ujrzała przed sobą most, u którego zebrali się prześladowcy. Barczysty, śniady mężczyzna o jastrzębim nosie, z pewnością przywódca bandy, trącił butem nieruchome ciało Aldricha. Iselle zdusiła jęk. Mężczyzna pokręcił głową, patrząc na stos trupów wokół wojownika, który oddał życie, by ocalić swoją rodzinę. Dziesięciu zabitych i rannych.
- Dotknięty przez przodków - rzekł. - Wielka szkoda.
Pozostali przy życiu podkomendni zgromadzili się przy ciele Aldricha, z którego unosił się w chłodne powietrze obłok pary. Herszt sięgnął po jego miecz, ale wstrzymał dłoń i syknął, najwyraźniej czując moc, którą nasyciła broń Iselle. Wsunął but pod klingę i podrzucił broń kopnięciem. Miecz przeleciał nad kamienną balustradą mostu i zatonął w zimnej głębinie rzeki.
- Naprzód. Jeszcze kobieta i dziecko.
Na te słowa Iselle ściągnęła do siebie całą świadomość i wydała ważce serię rozkazów. Papierowy owad rozłożył skrzydła i wystrzelił w powietrze. Okrążył most, by zebrać potrzebne informacje. Zauważył karmazynowe aury napastników, a potem pomknął przez las, przelatując nad głowami dwóch mężczyzn, którzy wysforowali się na czoło pogoni.
Wiedząc, że nie ma wiele czasu, Iselle spróbowała popędzić córkę, ale Nerissa nie mogła już biec szybciej po nierównej leśnej ścieżynie. Korzenie rosnących ciasno drzew zdawały się wpełzać na nią jak węże chcące oplątać ich nogi. Iselle wzięła więc Nerissę na ręce i przycisnęła ją do ciała, biegnąc głębiej w knieję.
Przyćmione światło księżyca ledwie rozjaśniało mrok i tylko skręconej kostki brakowało im teraz do kompletu. Wbiegły na polanę, widząc przy linii lasu obłożoną kamieniami czarną łatę po ognisku. Iselle przystanęła, by złapać tchu, spychając uporczywą myśl o śmierci Aldricha na samo dno umysłu. Usiłowała wypatrzeć dalszy ciąg ścieżki po drugiej stronie polany. Drżała na całym ciele; z mozołem przełknęła ślinę, tłumiąc wzbierający w gardle szloch. Po kilku chwilach zebrała się w sobie i zwróciła się do córki:
- Nerisso, podejdź do mnie. Mamy kłopot. Na razie trzymaj się blisko mnie. Zaraz powiem ci, co musisz zrobić.
- Tak, mamo.
Ponownie zerwały się do biegu, lecz nie pokonały kilku jardów, gdy Iselle stanęła jak wryta. Na ścieżce po drugiej stronie polany stały dwie postacie. Nie poruszyły się, najwyraźniej zadowolone z tego, że Iselle nie próbuje uciekać. Wiedziała, że przedzieranie się przez las na ślepo nie jest dobrym pomysłem. Pogoń natychmiast by je dopędziła. Ze spokojem przeczącym burzy szalejącej w jej sercu zsunęła z ramion płaszcz i otuliła nim Nerissę, by uchronić ją przed chłodem nocy.
Córeczka była o wiele za młoda, by mierzyć się z tym wszystkim. Iselle uklękła i spojrzała jej w oczy, głaszcząc kciukiem policzek.
- Kiedy przyjdą źli ludzie, ja odwrócę ich uwagę, a ty wtedy biegnij ile sił w nogach. Zrobisz to dla mnie, Nerisso? - Zdjęła pierścienie z palców. Jeden z nich zalśnił srebrzyście w świetle księżyca. Drugi, matowy, wykonany z rzeźbionej kości, zdawał się bezwartościowy. Ściągnęła łańcuszek z szyi, nanizała nań oba pierścienie, a potem nałożyła Nerissie, by zaraz schować je pod ubraniem córki. - Pilnuj ich. Co by się nie działo, musisz ich bacznie pilnować.
- Dobrze, mamo. Mogę biec dalej, ale jestem już zmęczona...
- Nie martw się, malutka. Gdy nadejdzie właściwa chwila, na pewno pomkniesz prędko jak wiatr. Trzymaj się blisko mnie i pamiętaj, co ci powiedziałam. Gdy odwrócą wzrok, biegnij ścieżką ile tchu. Nie zatrzymuj się, nawet jak zobaczysz, że mnie z tobą nie ma. Dogonię cię później.
Iselle sięgnęła pod koszulę i wyjęła arkusz papieru. Był całkowicie czarny i pokryty maczkiem srebrzystych run, zapisanych w idealnie prostych linijkach. Każdy czarodziej, który przeszedł próby, potrafił stworzyć rzemyśliwo, które ona zaraz wykona. Było to ostatnie zadanie prób - a wręcz ostateczne, złowieszcza korona wieńcząca dzieło rzemyślnika. Z wprawą zaczęła składać arkusz zwinnymi palcami, mrucząc pod nosem.
Spomiędzy drzew wyłonili się kolejni prześladowcy. Wkroczyli na polanę i zaczęli otaczać ją i Nerissę. Iselle rozejrzała się gorączkowo, szukając drogi ucieczki, a potem zatrzymała wzrok na barczystym mężczyźnie, który przepchnął się naprzód i zrobił kilka kroków w jej stronę.
- A co my tu mamy? - zagadnął. - Zgubiłyście się może? Nie trzeba wam aby pomocy? Moi bracia i siostry oraz ja sam chętnie wam jej udzielimy.
Iselle zaschło w ustach.
- Nie, dziękujemy - odparła, wciąż składając papier.
- Trudno.
Powiedział "bracia i siostry", odsłaniając przed Iselle prawdę. A więc to nie byli najemnicy, tylko ktoś o wiele groźniejszy, możliwe wręcz, że władający magicznymi mocami. Będzie więc musiała zużyć do rzemyślenia więcej energii, niż początkowo szacowała, a gdy magia pójdzie w ruch, może wyssać z niej zbyt wiele sił.
Oddech grzązł Iselle w gardle, ale zmusiła się, by odpowiedzieć.
- No dobrze, już dobrze. Macie nas. Weźcie pierścienie, ale nas puśćcie.
Wyciągnęła przed siebie dłoń, na której spoczywało małe papierowe pudełko. Srebrne runy połyskiwały na jego powierzchni.
Mężczyzna nie odrywał od pudełeczka ostrożnego spojrzenia.
- Kto wie, może uda nam się dojść do jakiegoś porozumienia... Pierścienie, ma się rozumieć, przyjmuję. Daj mi je.
- Weź je... i niechaj przodkowie przeklną cię na wieczność!
Iselle wyrzuciła pudełko wysoko w górę, a ono zawisło w powietrzu i zaczęło okręcać się wokół własnej osi. Blask księżyca ślizgał się po srebrnych znakach. Rzemyśliwo wirowało coraz szybciej, wydając przy tym upiorny świst. Wtem po polanie poniósł się huk i wokół pudełka zatańczyły języki ognia.
Na rozkaz herszta pozostali rzucili się do ataku. Pomknęli w kierunku Iselle z obnażonymi mieczami, zanosząc się wyciem.
Za późno.
Kobieta wrzasnęła, wyrzucając ręce nad głowę. Potężniejący wicher rozburzył jej włosy na wszystkie strony. Z dłoni Iselle strzeliła błyskawica, którą natychmiast wchłonęło wirujące pudełko. Czuła, jak ubywa jej sił, i po chwili nie miała już nic więcej do oddania.
Upadła na ziemię i podniosła wzrok na drżącą, półprzytomną ze strachu Nerissę.
Uciekaj, pomyślała rozpaczliwie, patrząc bezradnie na skamieniałą córkę, wbijając w nią wybałuszone oczy. Biegnij!
Wicher ustał tak nagle, jakby nigdy go nie było. Pudełko z hukiem rozprysło się w powietrzu. Nerissa zatchnęła się, gdy srebrna błyskawica przecięła polanę, skacząc od jednego napastnika do drugiego, paląc skórę i ścinając krew w czerniejących pod skórą żyłach. Fala przetoczyła się po polanie, wzbijając w powietrze chmury pyłu i obalając wszystkich na ziemię. Napastnicy wrzeszczeli i wyli potępieńczo, rażeni rozszczepionym piorunem. Miotali się w agonii, skręcali w cierpieniu, a z płonących ubrań i ciał buchał dym.
Zasłana stertami zniekształconych trupów polana pogrążyła się w bezruchu. Martwe ręce wciąż ściskały rękojeści mieczy.
Zapowiadający burzę wiatr poniósł swąd spalenizny ku rzece, wyciągnął ku niej rozedrgane łodygi dymu. Szloch rozwarł zaciśnięte usta Nerissy. Rozpacz w sercu niemal uniemożliwiała oddychanie. Dziewczynka schyliła się i dotknęła ramienia matki. Ta jednak pozostała nieruchoma.
- O nie...! Nie! Nie! Obudź się, błagam! Błagam...
Ciało matki przechyliło się i upadło, miażdżąc źdźbła spalonej trawy.
Nerissa rozejrzała się po polanie. Blask księżyca i cienie zmieniły to miejsce w scenę z koszmaru. Zdusiwszy kolejny szloch, przyłożyła dłoń do ust i zagryzła knykcie aż do krwi, usiłując powstrzymać krzyk.
Drugą ręką dotknęła ciała matki. Było gorące - o wiele za gorące - i Nerissa wiedziała, że została sama. Łzy pociekły jej po policzkach.
W jej uszach brzmiało echo matczynego głosu: "Biegnij!". Ale była tak zmęczona, że bała się, że nogi nie będą chciały jej nieść. Jednak na samą myśl o odpoczynku wśród trupów zalała ją fala przerażenia, dodając sił. Pobiegła w stronę lasu i przecisnęła się przez krzewy dzikiej róży, nie zważając na ciernie drące jej odsłoniętą skórę. Tam przywarła do gruntu i znieruchomiała. Długo tak leżała, prawie nie oddychając i nie mogąc pomieścić w głowie tego, czego była przed chwilą świadkiem. A właściwie starając się nie dopuścić do świadomości faktu, że jej matki już nie było i nigdy nie będzie.
Złowiła kątem oka jakiś ruch i o mało nie krzyknęła. Jej serce załomotało dziko.
Potwory.
Stłumiła rodzący się w gardle szloch i zanurzyła głębiej w swojej kryjówce. Zapach mięsa zwabił na polanę stado wilków, które ostrożnie krążyły tuż przy linii drzew. Największy postąpił kilka kroków w kierunku jednego z ciał. Skradał się, ostrożnie stawiając łapy, prawie nie zostawiając śladów w pyle i popiele. Pochylił się, węsząc, niemal dotykał zwłok nosem, i wówczas zwęglona ręka zacisnęła się na jego gardzieli.
Nerissa pisnęła.
Wilk kłapał paszczą i warczał, ale ręka nie chciała go puścić. Wtedy uniosła się druga i wyrysowała na jego boku jakiś znak, a wilk oklapł i przestał się wyrywać. Symbol przypominał Nerissie runy, które jej mama nanosiła na swoje dzieła.
Reszta wilków wpatrywała się w poczerniałego trupa, który dźwignął się do siadu i oparł głowę o basiora, rysując na ziemi kolejny symbol. Nerissę omyła fala zimnego powietrza, a jej uszy wypełnił nieokreślony pomruk. Wilcze futro zafalowało, skóra napięła się i ciasno przywarła do kości. Powstały z martwych mężczyzna nabrał tchu, a następnie przystawił usta do wilczego pyska i wypuścił powietrze z płuc. Ciało zwierzęcia wróciło do początkowego kształtu. Pociemniała skóra truposza pokryła się siatką pęknięć, zaczęła odłazić płatami, ukazując kryjącą się pod spodem szarawą skorupę. Z jednego ramienia skóra zsunęła się, odsłaniając kości, te za chwilę opadły na ziemię i się rozsypały.
Skamlenie wilków poniosło się echem w noc. To, w co zmienił się przewodnik stada, drgnęło i zawyło, po czym zatoczyło się na lewo i opadło na ziemię. Po kilku chwilach widoczny między zębami wilka język poruszył się jak wilgotny robak, po czym zwierzę dźwignęło się na nogi i tak stało, nie przestając dygotać.
Gdy ruszyło ścieżką w kierunku mostu, pozostałe wilki rzuciły się ucztować na zwłokach. Nerissa zakryła uszy i zaszlochała, wciskając twarz w ziemię. Wciąż słyszała głos matki: "Biegnij!".
Dziewczynka wyczołgała się z krzaków po przeciwnej stronie i puściła się biegiem w las. Pędziła, jakby wszystkie złe duchy przodków chciały rozszarpać ją na strzępy.