Hiena z Kaprovicz - Ewelina Maria Mantycka

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (35,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

ELFY KAPROVICZ PODZIAŁ

Rozdział 1

Kaprovicze - a niech cię licho!

Wszystko zaczęło się od mylnie zinterpretowanego ogłoszenia o pracę na stronie internetowej. Zamieszczono tam interesujące informacje, a w dobie rozwoju cywilizacyjnego nic nie było bardziej poszukiwane niż praca.

Dla Kornelii Azatki ogłoszenie było niemal wybawieniem, aby w końcu jej dorosłe, samodzielne życie biegło odpowiednim torem i uchroniło ją od bezrobocia. I zaciskania pasa.

W najgorszym wypadku będzie musiała powrócić do rodzinnego domu, a tego wolałaby za wszelką cenę uniknąć - powrotu do matczynego patronatu. Świeżo upieczona pani magister już od kilku miesięcy szukająca bezskutecznie choćby stażu, rozważała pozostanie bezrobotną z niepotrzebnym świstkiem w kieszeni i bez prawa do zasiłku.

Ogłoszenie kusiło.

Odnalazłszy je na stronie swiatogrodelficki.com ze słowami kluczowymi "zarządzanie i administracja", Kornelia odpowiedziała natychmiast. Portal może i był stroną poświęconą ludziom z zamiłowaniem do podróży do tych najpiękniej zaprojektowanych parków krajobrazowych świata, ale Nell była skłonna zamieszkać gdziekolwiek, byle nie za blisko własnej rodziny.

Padło na Karpaty.

I tak siedziała w przedziale pociągu przemierzającego góry Karpackie, aby dostać się do Piotrovicz, miasta stołecznego Karpat, a stamtąd prosto do Kaprovicz. Zajęła cały przedział, wpychając wszystkie swoje walizki w każdy możliwy kąt; nerwowo ściskała w dłoni list od Alwara Taraskiego z Działu Kadr Urzędu Miasta Kaprovicze. W sumie odpowiedź zawierała te same informacje co ogłoszenie o pracę. W skrócie.

Kartka zapisana przepięknym odręcznym pismem miała wszystkie niezbędne stemple, a tekst pozostawał w oficjalnym tonie. Nell od razu zakochała się w urzędniczych formułkach pana Taraskiego. Poszukiwano specjalisty od nekrobiznesu i zarządcy Nekropola. A Nell, skończywszy zarządzanie o specjalizacji organizacja i zarządzanie w biznesie, wyczuła w tym ogłoszeniu swoją niepowtarzalną życiową szansę! Nowy odłam w świecie biznesowym nie mógł sprawiać żadnych trudności, chwytała się każdej roboty, która choć po części była zgodna z jej zawodowymi aspiracjami, a te malały po miesiącach bezczynnego siedzenia w domu.

Byle dalej od... rodziny.

Przykro było jej się przyznawać, ale marzyła, aby swoje dorosłe życie zacząć daleko od rodzinnych stron. Z dala od widoku zbyt ukochanych sióstr, których było za dużo i które za bardzo wtykały nosy w nie swoje sprawy, oraz nadpobudliwej emocjonalnie mateczki. Nell pragnęła zakończyć cykl spotkań rodzinnych, na których padały pytania typu: "Kiedy wyjdziesz za mąż, szwagierka?", "Przydałby ci się solidny mężczyzna, który by cię utemperował, jak mnie Pawełek, to cud, że go znalazłam", "Twoja siostra Ula spodziewa się dziecka. Drugiego!", "A dzieci? Ile ty masz już lat? Wiesz, że później trudniej jest starać się o dziecko?", "Oj, Nell... Nell... po prostu dorośnij".

Decyzja została podjęta, gdy tylko Nell znalazła w Google Maps miasto Kaprovicze.

Daleko... Naprawdę, daleko. Hurra!

Byle jak najdalej od zrzędliwej matki i opiekuńczych siostrzyczek, które działały jej na nerwy. Sporo kilometrów od domu, to również możliwy brak zasięgu sieci komórkowych. Bingo! Karpackie miasteczko odosobnione od świata, gdzie słońce z trudnością przebijało się przez wysokie góry. Jej matka nie znosiła górskiego klimatu i nadmiaru wilgoci, od której włosy wszystkich sióstr z rodziny Azatków tworzyły pierza wokół głowy. Nell się wyłamała, kupiła dobre fryzjerskie kosmetyki na tę ewentualność, ciepłe skarpety i wierzyła, że zjazdy rodzinki będą dość sporadyczne. Postanowiła zaryzykować.

Ogłoszenie z portalu internetowego wyglądało mniej więcej, tak:

Specjalista do spraw nekrobiznesu z elementami zarządzania Nekropolem i administracją ogólną.

Zadania na stanowisku:

- opieka nad aktywami właścicieli działek Nekropola;

- koordynacja i realizacja działań związanych z prowadzeniem spraw aktywów właścicieli Nekropola;

- opracowywanie, współtworzenie i wdrażanie systemów innowacji Nekropola;

- wsparcie procesu rekonstrukcji i remontu placówek na działkach Nekropola;

- utrzymywanie kontaktów z interesantami w sprawie Nekropola;

- prowadzenie archiwum wewnętrznego Nekropola oraz uzupełnianie danych w systemie komputerowym poszczególnych dokumentów archiwalnych.

Od kandydatów oczekujemy:

- ogólnej znajomości praw nekromancji i funkcjonowania społeczeństw w nowym systemie świata;

- pełnego rodowodu;

- doświadczenia na podobnym stanowisku;

- komunikatywnej znajomość języka elfickiego - dialektu karpackiego;

- dobrej komunikacji z osobami o różnych typach osobowości.

Oferujemy:

- atrakcyjne warunki pracy we własnym biurze;

- mieszkanie oraz tygodniowe wynagrodzenie;

- uczestnictwo w tworzeniu środowiska Kaprovicze.

Pachniało starymi pieniędzmi i odpowiedzialnością, a to jej się podobało.

Co trudnego mogło być w kierowaniu jakimiś aktywami zamożnych dziwaków mieszkających gdzieś w górach? Podobno właśnie w Karpatach znajdowały się najpiękniejsze zamki świata. Świątynie... Dzika przyroda. Góry i wielkie rezerwaty krajobrazowe.

Nell pogrążyła się w marzeniach: będzie księgową starych miliarderów i diuków, zarządzając tymi majątkami pryków ze służbą w złotej liberii, z drogimi limuzynami i akrowymi działkami przynoszącymi milionowe dochody.

To była najlepsza decyzja w jej chybotliwym życiu!

Nie chciała też spotykać się co wieczór z dość "uczciwymi" kandydatami matki do jej ręki, aby Tamara Azatka mogła przewijać kolejnego wnuka. Nell była od tego dość daleko i myślą, i czynem. Jej priorytety życiowe były inne: najpierw własne konto bankowe, firma ze stabilnym biznesplanem, potem... może mały przytulny domeczek i kto wie... Może w końcu go znajdzie. Księcia. Sama. Bez pomocy matki swatki i ciotek plotek.

Tak... zrobi to... wszystko, jak tylko zacznie samodzielne życie.

Zerkała na list po raz setny, dodając sobie animuszu.

Czekamy na Panią, jeśli warunki umowy są dla Pani korzystne, a nasze wymagania do przyjęcia, postaramy się zapewnić Pani dogodne warunki mieszkaniowe i egzystencjalne. Kaprovicze to bezpieczna społeczność z wielkim rodowodem. Proszę przemyśleć wszystko nader spokojnie i rozważnie.

W porządku, rozwaga była tą słabszą stroną dziewczyny.

Dlaczego wybrała ekonomię na studiach? Bo nikt nie chciał tam uczęszczać i były wolne miejsca. Zrobiła dodatkowe kursy, bo, oczywiście, miała do wyboru to albo zamieszkanie z nadętą siostrą farmaceutką, Amelką Karczek, i jej głupim snobomężem. Nell wybrała naukę.

Na czwartym roku nierozważnie zapisała się na praktyki studenckie w Krajnie mydła - jak się okazało, w domu publicznym - chcąc odkryć specyfikę obrotu towarem i kapitałem w szybko rozwijającym się biznesie. I ją przymknęli. Na dwadzieścia cztery godziny, ale o mało nie przypłaciła tego wydaleniem ze studiów. Pomógł jej jak zwykle urok niewiniątka. Wypracowany przez lata na studiach, gdzie była jedyną kobietą pośród dwudziestki mężczyzn.

Dziewczyny w tych czasach wolały wstępować do armii w ciasne kamasze i mundury. Nell wychodziła z założenia, że z brudem za paznokciami i błotem na policzkach jej nie do twarzy. Jej CV było imponujące. Podrasowane i zachęcające. Ludzie z manipulacji i psychologii wzięli od niej za to dwa bilety na mecz Iskry w tym sezonie; jej drugi szwagier, Grenio, był rozgrywającym w drużynie. Niewątpliwie jedno można było o niej powiedzieć śmiało: Nell Azatka potrafiła dać sobie radę w trudnych sytuacjach. Może trochę podstępem, ale powiedzmy szczerze... kto w dzisiejszych czasach dorabiał się inaczej? Nie bądźmy naiwni. Bez rodowodu wywodzącego się od jakiegoś dygnitarza z czasów Napoleona można było tylko pomarzyć o stołku gdzieś w ministerstwie czy nawet podrzędnym sekretariacie. A nekrobiznes w ostatnich czasach był dochodowym interesem.

Na tym dorobili się tacy krezusi jak Ulrich von Katow, Gilbert Chytrawy i Falkon Sroka. Zamierzała stać się kobietą interesu. Z własnym zabezpieczaniem na przyszłość, odcięta całkowicie od matczynej pępowiny. Nowe miasto, praca i ludzie, którzy nie spotkali jej nadopiekuńczej mamusi. "Olaboga, a moja Nell wygląda tak mizernie, prawda? Dziecko, schudłaś? Grypa? Odżywiasz się przyzwoicie?".

Perspektywa idealna - praca poza zasięgiem matczynego radaru.

Zanim zapomni... Był jeszcze jeden powód, dla którego Kaprovicze wydawały jej się wprost wymarzone do tego, aby osiąść na stałe. Maleńka plotka krążąca po jej uczelni rozbudzała dziewczęce wyobraźnie. Niejaka Izabela Stawnik, z trzeciego roku botaniki, na praktykach studenckich w Zachodnich Karpatach właśnie w Kaproviczach poznała niejakiego Romusa Vasco. Dziewczyny powtarzały sobie tę romantyczną ploteczkę na każdych zajęciach i po kątach internatu z rumieńcami na twarzy. Biedna studentka spotkała majętnego właściciela winnicy z Kaprovicz, który posiadał dworek mieszczański i działki w Karpackich Górach. Teraz każda z nich marzyła o takim mężczyźnie. Pięknym, bogatym i z piwnicą pełną wina.

Karpackiego wina!

Nell miała zamiar zainwestować w to swoje pierwsze zarobione pieniądze. Wino. Kupi działkę lub małą winnicę, stworzy własną markę i będzie wysyłać produkty do Europy. Na wszystkie te degustacje. Kto jak nie ona znał się na winach? Pięć lat studiowania i włóczenia się po najlepszych winiarniach w mieście, w poszukaniu natchnienia na biznes, wyrobiło w niej dobrego nosa i smykałkę. Wiedziała, że Kaprovicze wytwarza magiczne wino dla najbogatszych.

Biznesplan. Wystarczyło tylko zacząć. Kto powiedział, że każda nawet największa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, miał rację. Nawet jeśli nie miało się pojęcia, gdzie się szło, trzeba było go tylko zrobić.

Przytrzymując list od urzędnika z Kaprovicz i swoje CV, zajadając maślane ciastka, które kupiła mama na stacji, z rozmarzeniem zapatrzyła się w okno na szczyty gór. Surowe i groźne odgradzające ją od cywilizacji. Pociąg kołysał się, przedzierając przez zieloną dolinę. Nell kochała góry. Dziką przyrodę, której jeszcze nie zastąpiły betonowe miasta i zaduch.

Przymknęła oczy, uspokojona zapierającym dech w piersi widokiem, przypominając sobie rozmowę z matką na dworcu. Mała kobietka z czarnymi loczkami i koronkową chusteczką, którą ściskała w dłoni, ocierając zaczerwienione oczy. Przybierając minę, jakby miała już nigdy nie ujrzeć swojej latorośli, płacząc rzewnie, jakby Nell co najemnej wyjeżdżała na mroźną Syberię, robiła przedstawienie na dworcu.

Scena: matka i odcinająca pępowinę córuchna.

- Mamo... - prosiła usilnie Nell, podtrzymując jej ramiona. - Tak naprawdę to niedaleko.

- W górach! Dlaczego nie znajdziesz sobie pracy tutaj? Na pewno gdybyś zaczęła tylko szukać...

- Mamo.

Walka z Goliatem zawsze była rozgrywką nieczystą.

- Twoje siostry tu mieszkają. Dlaczego ty chcesz przysporzyć mi zgryzot? Będę się o ciebie martwić. Córciu? To tyle kilometrów.

- Mamo, będę dzwonić.

Dość sporadycznie. Kartka na święta załatwi sprawę.

- A jak się przeziębisz? - Nie ustępowała mama, wycierając kąciki oczu. - Kto ugotuje ci rosół? Poda witaminy? Będziesz tam samiutka.

- Znajdę sobie przyjaciół.

Matka prychnęła.

- Przez pięć lat nie miałaś żadnej koleżanki na studiach.

- Jak sobie przypominasz... - zauważyła ostrożnie Nell. - Studiowałam z samymi mężczyznami. Miałam kolegów.

Mama jednak nie odpuszczała.

- To nie jest wytłumaczenie. Dlaczego mi to robisz? To ja cię wychowałam, kiedy wasz ojciec odszedł. Własną piersią wykarmiłam, harowałam przez lata, abyście godnie żyły, a teraz to. Zostawiasz mnie.

Litość. Punkt dla niej.

Nell nabrała głośno powietrza do płuc, czekając, aż jej matka skończy znaną opowieść z cyklu: "moje niewdzięczne córy".

- A niech cię, mamuś - powiedziała, nadając głosowi rozbawioną nutę. - Kiedyś musimy oderwać się od twoich skrzydeł. Sama nas tego uczyłaś, prawda?

Położyła jej dłoń na ramieniu, zapłakane oczy spojrzały na Nell z nadzieją. Płonną. Nell zaatakowała błyskawicznie.

- Jestem taka jak ty, mamo. Dam sobie radę, tylko mi zaufaj.

- Nell, kochanie. Przemyśl to jeszcze.

- Już za późno.

Na szczęście.

- Gdybyś jeszcze to przemyślała, Nell.

Przytuliła ją, aby matka przestała mówić.

- Jak mi się nie spodoba, wrócę - zapewniała szybko. - Spakuję się i wsiądę do pociągu. Napiszę do ciebie, jak tylko tam dotrę. Nie płacz, mamo, bo przez całą podróż będzie mi trudniej znieść rozłąkę. Będę się zamartwiać jak ty i zmizernieję.

- Dobrze.

Podziałało.

- Nie zapomnij się odpowiednio odżywiać i ciepło ubierać.

Wcisnęła córce paczkę maślanych ciastek.

Nell westchnęła.

- Mamo...

- To na podróż.

- Muszę już iść. Zaraz mój pociąg odjedzie.

- Kochanie - rzuciła matka z jękiem, całując ją w czoło. - Będę się za ciebie modlić, aby złe duchy cię omijały. I pamiętaj, że zawsze możesz wrócić do domu.

- Wiem, mamuś. Wiem.

To był ten najtrudniejszy moment - odwrócić się i odjeść. Tak zaczynało się dorosłe życie, zostawiało się rodzinę. Kochała matkę i siostry, ale ta miłość potrzebowała separacji, aby szybko nie zwariować i nie uprzykrzać sobie nawzajem życia na każdym spędzie rodzinnym. Czuła się jak doktor Quinn, która wyruszała do swojej pracy jako lekarka w Colorado Springs, gdzie poznała uroczego Sully'ego. Nell uwielbiała ten serial, gdy była młodsza. Prawdziwa przygoda. Miłość, przyjaźń i... problemy. Nie, lepiej o problemach jeszcze nie wspominać, nie na wstępie. To przynosi pecha.

Nell, weź się w garść. Wdech.

Kaprovicze, nadchodzę!

Miasto stołeczne Karpat, Piotrovicze, wydawało się takie stabilne po niekończącym się kołysaniu w pociągu. Malownicze miasteczko pośród gór. Wychodząc z wagonu i przyciskając do piersi swoją pomarańczową torebkę, za którą zapłaciła krocie, Nell poczuła zimny górski wiatr, przenikający przez czerwoną satynową bluzkę i biały płaszczyk. Przebrała się w pociągu, licząc na lepszą prezentację.

Oczy mężczyzn na dworcu skierowały się w jej stronę, a więc jej starania zostały wynagrodzone. Zmarszczyła lekko brwi, szukając wzrokiem jakiegoś przedstawiciela z Kaprovicz, który miał ją odebrać z dworca. W duchu liczyła, że zaopatrzył się w coś takiego jak transparent z jej nazwiskiem. Byłoby miło. Oprócz młodych studentów i kilku mężczyzn w garniturach wsiadających do pociągu, który za godzinę odjeżdżał w inną stronę, nie było tu nikogo, kto by się rozglądał za przyjezdnymi. Pociąg przyjechał o czasie, a w liście z Urzędu Miasta zapewniono, że ktoś ją odbierze. Sama mogłaby zamówić taksówkę i pojechać do najbliższego hotelu, ale wątpiła, aby udało jej się wyciągnąć te wszystkie walizki z przedziału.

Zirytowana stanęła w wysokich obcasach na deskach dworca i przygładziła schludny kok. Musiała pomyśleć, co teraz zrobić.

Taksówka. Pierwsza sprawa to transport.

- Przepraszam najmocniej - zaczepiła młodego chłopaka z wielkim plecakiem podróżnym.

Zatrzymał się, wytrzeszczając na nią podkrążone, szare oczy.

- Czy nie wiesz, gdzie tu jest postój taksówek?

Chłopak patrzył na jej twarz oczarowany, a potem przełknął nerwowo ślinę. Blade policzki zaróżowiły się, nawet koniuszek orlego nosa. Wyprostował się, przygładzając drelichową bluzę przy szyi, jakby co najmniej miał tam krawat z grubego materiału.

- Oczywiście - wymamrotał. - Zaprowadzę panią.

- Proszę mi tylko wytłumaczyć, w którą stronę mam się udać.

- Może ja w czymś pani pomogę?

Obok nich zatrzymał się kolejny student z podobnym plecakiem. Tylko niższy, rudy z piegami na całej twarzy i softshellową kurtką o dwa rozmiary za dużą w kolorze błękitnym.

- Byłem pierwszy.

- To niepotrzebne - rzuciła słabo, zmieszana wymianą bojowych spojrzeń między mężczyznami.

- Zaprowadzę panią - odezwał się dryblas, pokazując jej rząd bialusieńkich zębów.

- Pomogę zanieść pani bagaże - odezwał się drugi. - Jestem Piotr, mogę pomóc. Znam to miasto.

Zakasłała dyskretnie, to zawsze działało. Zapanowała cisza. Obaj patrzyli na nią jak szczeniaki. Zamrugała nieśmiało.

- Dziękuję wam serdecznie. Aktualnie... czekam na kogoś. Po prostu chciałam wiedzieć, gdzie jest postój taksówek - mówiła spokojnie, gdy jej przytakiwali. - Jak daleko stąd do Kaprovicz?

- Kaprovicz?

- Jedzie pani do Kaprovicz?

Przytaknęła.

Blondyn podrapał się zamyślony po brodzie. Rudy przygryzł wargę, ściskając mocniej szlufki od plecaka, który mało go nie przewrócił.

- Jakieś dwie godziny jazdy samochodem.

- Ale i tak pani się tam nie dostanie - dodał natychmiast rudy. - Kaprovicze to miasto zamknięte. Trzeba mieć specjalne zezwolenie, aby dostać się w obręb jego granic.

- Naprawdę? Gdzie dostanę takie pozwolenie?

- W Kaproviczach?

No, oczywiście, ależ była idiotką. Miała nadzieję, że list od Alwara Taraskiego wystarczy, by dostać się do miasta.

- Proszę się nie przejmować - dodał blondyn. - Może pani zostać w Piotroviczach. Tu bezpiecznej. Studiuję na Uniwersytecie Karpackim. To niedaleko.

- Ja mam tu kawalerkę - rzucił drugi, przepychając się przed blondyna, by być bliżej Nell. - Mogę panią przenocować.

Miła propozycja - nie do zaakceptowania.

- Dziękuję, to nie będzie konieczne.

- Odprowadzę panią do poczekalni - dodał natychmiast rudzielec, już chwytając ją za ramię.

- Ja to zrobię! - Blondyn złapał za drugie, Nell czuła się jak w pułapce, gdy dryblas i rudzielec niemal na siebie warczeli.

- Panowie... - zaczęła, naprawdę zmieszana ich przepychanką. - To niepotrzebne. Poradzę sobie w tej sytuacji.

- Pomogę. Byłem pierwszy. Pani mnie zapytała o drogę.

- Ja ją zaprowadzę, jestem bardziej obeznany z miastem.

- Ja dziękuję... - wtrąciła, słysząc gwizd.

- Zjeżdżać!

Drgnęła, słysząc dudniący głos unoszący się w powietrzu.

- Raz! Dwa! Już was tu nie ma!

Nell obróciła się na obcasach jak fryga.

W porannym słońcu i mgle, która falowała na marmurowej posadzce dworca, stała postać młodego mężczyzny. Wojownika. Bo nikt normalny nie nosił takich śmiesznych naramienników jak średniowieczni rycerze, a spod nich wystawały napięte mięśnie ręki. Był niezwykle piękny i niesamowity. Jakby wyłaniał się z mgły niczym mistyczny woj. Miał pociągłą twarz, spod czarnych, nastroszonych włosów patrzyły na nią wielkie, błękitne oczy. Przejrzyste jak niebo Karpat i błyszczące. Ubrany był w czarne bojówki, ciężkie wojskowe buty i rycerską zbroję trzymającą się na skórzanych pasach umieszczonych wzdłuż jego klatki piersiowej.

Chłopak uśmiechał się w stylu: "no, zaczepcie mnie" i uderzał o siebie odzianymi w skórzane rękawice dłońmi. Zacierał je niebezpiecznie, wysyłając sygnał, że jest gotowy do bójki.

Sądząc po jego muskulaturze, mógłby ich zmiażdżyć bez problemu.

Studenci spojrzeli po sobie i uciekli w dwie różne strony.

Niedobrze, Nell. Niedobrze.

Zaczęła przyjmować postawę obroną i zacisnęła palce na torebce, której mogła użyć w razie czego jako broni. Pierwsza zasada samoobrony: bądź gotowa! Wątpiła, aby jej torebka zrobiła mu jakieś większe szkody, ale zawsze był efekt zaskoczenia.

Nieznajomy uśmiechnął się do niej powolnie, gdy się zbliżał.

Coś było nie tak z jego twarzą, bo nie mogła oderwać od niej oczu. Piękna? Nie, ona była przeraźliwie piękna, męska i silna. Egzotyczna. Soczyste czerwone usta, białe zęby, lekko spiczaste na końcach. Czarne włosy ułożone w młodzieżową fryzurę, ukazując złote zawijasy w uszach. Gdy podchodził, jego ramiona naprężyły się, a jego źrenice zdawały się patrzeć na nią jakby zza grubego szkła. Intensywnie. Przywołując ją do siebie, wabiąc do słodkiego lepu.

Zamrugała, chcąc odpędzić od siebie dziwne uczucie oszołomienia.

- Kornelia Azatka?

Westchnęła i przytaknęła nieznajomemu.

Sparaliżowana jego wzrokiem, nie poruszyła się, jakby ta mgła z dworca otoczyła i ją. Pachniał lasem sosnowym. Intensywną wonią ziemi. Stał przed nią wielki i potężny, onieśmielając ją. Wyczuwała ciepło płynące od jego sylwetki i magnetyczne przyciąganie nieruchomych źrenic. Był chyba bardzo pewny swojego męskiego oddziaływania na płeć przeciwną, bo na jego ustach igrał grzeszny uśmiech, gdy się jej ukłonił.

- Przepraszam za spóźnienie. - W jego łagodnym głosie, brzmiała szczerość. - Wstąpiłem do sklepu motoryzacyjnego i straciłem poczucie czasu. Bardzo mi przykro, że musiała pani na mnie czekać.

- Jesteś z Kaprovicz?

- Tak - potwierdził. - Miałem przyjechać po panią wcześniej, ale faceci czasem trącą poczucie czasu, widząc nowe felgi. Nazywam się Zachariel Wartil, ale proszę mówić mi Zack.

- Zack?

- Dziwne, nie? - Podrapał się po czuprynie rozbawiony. - Moja mama ma słabość do imion anielskich. Mój młodszy brat ma na imię Rafael. Wołamy na niego Rafi. On wcale nie zachowuje się jak aniołek... Jeśli wie pani, co mam na myśli.

W końcu Nell trochę się rozluźniła i odsunęła torebkę przyciśniętą od piersi.

- Rozumiem. Ja też mam rodzeństwo.

- W pierwszej chwili zmylił mnie pani wygląd - wyznał Zachariel, przyglądając się jej dyskretnie, aby jej nie urazić.

- Dlaczego?

- Cóż, wygląda pani inaczej, niż się spodziewałem. Ale słyszałem, jak pyta pani o Kaprovicze, i tak poznałem, że to pani szukam. Pani bagaże są w pociągu?

W brzuchu poczuła skurcz niepokoju, gdy nieznajomy znów się uśmiechnął. Powinna mu chyba zaufać, tak mówiły jego oczy. Prosiły, aby to uczyniła niezwłocznie.

- Tak - przytaknęła z ociągnięciem. - W czternastym przedziale.

- Zajmiemy się tym, dobrze?

- Tak, dziękuję.

Przeszli do pociągu.

Idąc za Zackiem, wpatrywała się bezustannie w jego wielką postać, która z trudnością mieściła się wąskim przejściu. W głowie Nell dzwoniły alarmujące dzwoneczki. Chyba pierwszy stres właśnie dobijał się do jej umysłu. Nie mogła panikować. Nie na samym początku.

Nell, już dawno odcięłaś się od mamy, nie zamierzasz się poddawać, bo jakiś mężczyzna sprawia, że się boisz.

Miała własny rozsądek, może czasem zawodził i zbaczała z jasno określonych ścieżek, ale jeszcze żyła. Dawno nauczyła się być samodzielną i zdeterminowaną. Przetrwać. Takie było życie, zawsze starać się utrzymać na powierzchni, nawet jeśli nie umiało się pływać.

Przełknęła strach, dusząc go w zarodku.

- Jeśli mogę cię zapytać... Ile masz lat, panie Zack?

- Tylko Zack. Proszę mi mówić po imieniu. Niewątpliwie jestem młodszy od pani - zauważył, odwracając się do niej przez ramię. - Mam dwadzieścia jeden lat.

- Masz prawo jazdy?

- W Kaproviczach dostajemy je w różnym wieku, jeśli zdamy testy sprawnościowe.

Zack rozsunął drzwi przedziału; widząc walizki piętrzące się pod sufit, zerknął na nią niepewnie.

- Obrabowała pani kogoś po drodze?

Oburzyła się.

- To moje ubrania.

- Kobiety - jęknął. - Jest pani taka sama jak moja młodsza siostra. Tylko ubrania jej w głowie, i chłopaki. Ileż można mieć ubrań? Na każdą godzinę życia?

Zachichotała mimowolnie.

- Jak ma na imię twoja siostra?

Biorąc dwie największe walizki na ramiona, Zack odpowiedział:

- Gabriela.

Oczywiście, a jakże by inaczej? Anielska rodzina.

- Mów mi Nell, Zack. Twoja siostra jest po prostu przygotowana na wszystko.

Zapakowanie bagaży zajęło sprytnemu Zackowi piętnaście minut i jako dżentelmen nie pozwolił jej sobie pomóc. Próżne kobiety lubiły czasem, jak silny mężczyzna prężył koło nich mięśnie. A Zack miał co prężyć.

W wielkim, czerwonym pikapie Forda za przyciemnionymi szybami zaczęła się powoli odprężać.

Mijany krajobraz mknął za nimi, gdy Zack przekraczał dozwoloną prędkość, za którą w jej rodzinnym mieście dostałby słony mandat, a tu żywej duszy, żadnych samochodów na drodze ani radarów. Jak pustkowie. No, może góry Karpackie i widok pasących się na łąkach owiec pocieszały Nell. Daleko. Była naprawdę daleko od domu. Zdusiła w dole brzucha i te obawy i postanowiła dowiedzieć się czegoś więcej od Zacka.

Był jej pierwszym Kaproviczem.

- To twój samochód? - zapytała, zagajając zalążki rozmowy.

Błękitne, przerażające oczy odwróciły się do niej. W uchu mignął złoty wkręt. Naprawdę wyglądał jak zblazowany wokalista z młodzieżowego boys bandu.

- Nie. Nie mój - wyjaśnił. - Do Kaprovicz sprowadzamy niewiele aut, są nam zbędne. Większość, jak to, należy do Urzędu Miasta. A... i niektórzy z rodów szlacheckich je mają.

Rody? Światełko w jej głowie zamrugało.

- Macie rody szlacheckie?

Przytaknął, skupiając się na drodze.

- Jest tego trochę - powiedział wymijająco.

- A Nekropole?

- Tam również jest ich trochę.

Niemal zatarła ręce.

- Opowiedz mi o Nekropolu.

- To dzielnica Kaprovicz na zachodzie przed Jeziorem Rusałek.

- Macie Jezioro Rusałek?

- Tak. I legendy. Podobno dawno temu, w czasach Izanoru, pewna rusałka zwabiła tam nieszczęsnego, młodego chłopca śpiewem, rozkochała go w sobie, aż stracił dla niej życie - opowiadał. - A potem kazał pochować się na Nekropolu, tak, aby mieć do niej zawsze blisko.

- Naprawdę?

- Tak powstało Nekropole. To tylko stare legendy.

- Fajne. Opowiedz mi coś o Kaproviczach, jestem ciekawa.

- Miasto jak miasto.

No, chyba nie całkiem.

Miasto zamknięte, jak twierdzili studenci z dworca. Szlachta z rodowodami i pasjonujące legendy. Miły dreszczyk podniecenia przebiegł Nell po plecach.

- Lepiej, jak pani sama go oceni - ciągnął Zack. - Ja się tam urodziłem... i dla mnie to tylko dom.

- Uczysz się jeszcze, Zack? Bo macie tam szkołę, prawda?

- Mamy - pocieszył ją. - Ja już ją skończyłem. Wszystkie wydziały, śpiewająco. Teraz pracuję.

- Gdzie?

- Tu.

- Co? - Rozejrzała się po wnętrzu samochodu, a on znów się zaśmiał.

- Naprawdę, jest pani zabawna - wyznał. - Jestem kierowcą Urzędu Miasta. Kursuję do Piotrovicz dwa razy dziennie. Załatwiam sprawunki, pocztę i turystów.

Wskazał na nią skinieniem głowy.

- Nie jestem turystką - oburzyła się.

Chłopak przepraszająco potrząsnął swoim podbródkiem.

- Faktycznie, przepraszam. Naprawdę spodoba się pani w Kaproviczach, czyste powietrze, setki lat krystalicznego życia, teraz to mamy nowe wieże telekomunikacyjne i kablówkę, nawet Wi-Fi.

- Wi-Fi mówisz... to mnie wielce pociesza - mruknęła ciszej, nie chcąc go urazić.