Hidden Obsession - Zofia Czechowska

Kup ebooka

57.90 zł
48.06 zł (57,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Lilliana

Cztery lata wcześniej

Tego dnia pogoda w Paryżu nie sprzyjała zwiedzającym. Niebo pokrywały ciemne chmury, a wszystkie prognozy zapowiadały obfite opady deszczu. Chodniki momentami chowały się pod warstwą wody, a ulice opustoszały, jakbyśmy wcale nie znajdowali się na jednej z najbardziej uczęszczanych dróg w mieście. Byli jednak tacy ludzie jak my, którym kompletnie nic nie przeszkadzało. Nie przylecieliśmy na drugi koniec świata po to, aby patrzeć na miasto zza okien apartamentu.

Nasz pobyt we Francji dobiegał końca. Jeszcze przed przylotem pozostawałam bezapelacyjnie zakochana w tym miejscu, a teraz? Wzbudziło ono we mnie trudne do zdefiniowania uczucie wolności. Kilka dni sprawiło, że zaznałam prawdziwego szczęścia, a w głowie wysnułam scenariusz, w którym moje życie toczyło się właśnie tu.

Klimat Paryża sprawiał, że nie chciałam wracać do domu. Tam czekała wizja nauki i przygotowania do egzaminów końcowych. To samo liczyło się z wyborem kierunku studiów. Wtedy nadchodziły pytania: pozostać w Stanach czy pójść o krok dalej i spełnić to marzenie na drugim końcu świata. Lecz utrzymanie się tutaj na własną rękę wydawało się cholernie trudne. Nie żeby w Nowym Jorku było łatwe. W pobliżu rodziny wszystko wydawało się jednak inne.

Marzenia o idealnej wizji przyszłości przerwał nagły deszcz. Zaczął padać nie do końca niespodziewanie, bo przecież wiedzieliśmy, że miał nadejść, ale mieliśmy nadzieję, że zdążymy usiąść w kawiarni znajdującej się po drugiej stronie ulicy.

Przeszliśmy ten kawałek całkiem sprawnie, choć nie obyło się bez przemoczonych ubrań. W moim przypadku wyszło chyba najgorzej, bo opady pochłonęły mnie w całości. Dosłownie od czubka głowy do butów zaczynających powoli przepuszczać wodę moczącą mi skarpetki. Rodzice zaopatrzyli się w parasol, który chociaż trochę uchronił ich przed całkowitym zmoknięciem. Natomiast ja, świadoma konsekwencji, pozostawiłam swój w holu.

I to pierwszy błąd popełniony tego dnia.

Gdy przekroczyliśmy próg kawiarnio-piekarni, przywitał nas przyjemny zapach mielonej kawy i świeżo upieczonych rogalików francuskich. Większość miejsc okazała się zajęta, a lokal wypełniali głównie ludzie nieco starsi ode mnie, mający przerwę w zajęciach lub uciekający przed nadchodzącym deszczem.

Złożyliśmy zamówienie, a po chwili zasiedliśmy przy małym stoliku z widokiem na ulicę. Ja natomiast skupiłam się na wnętrzu, rozglądając się za toaletą, aby względnie doprowadzić się do porządku.

Rodziców pochłonęła dyskusja na temat nowo otwartej przez mamę kwiaciarni w jednej z dzielnic Nowego Jorku. To druga pod jej szyldem, pierwszej oddała niemal całe swoje życie. Kochała tworzyć różnorodne bukiety i testować kompozycje, zazwyczaj jeszcze bardziej skradając serca swoich klientów.

- Zaraz wrócę. - Wskazałam palcem w stronę toalet.

Mama lekko pokiwała na to głową i wróciła do dyskusji z tatą.

Szukając miejsca docelowego, przyglądałam się wystrojowi, nie za bardzo zwracając uwagę na to, co działo się wokół. Dlatego też nie zauważyłam, gdy na mojej drodze stanął facet. Facet z kubkiem gorącej kawy w dłoni. To były sekundy. On zapatrzył się w telefon i kierował w stronę wyjścia. A ja, cóż, nie patrzyłam przed siebie. Przywaliłam w jego tors, a zaraz potem zapiszczałam ze strachu i bólu, który dotarł do mnie po kilku sekundach.

Jakiś gość wylał na mnie pieprzoną kawę.

Patrzył na mnie, zmieszany zaistniałą sytuacją, a mnie w oczach stanęły łzy. Po chwili zjechał spojrzeniem na moją białą sukienkę. Znaczy teraz już nie do końca białą, bo widniała na niej duża, brązowa plama. Gdyby tego było mało, to ubranie miało głęboko wycięty dekolt. Oczywiście, że to tam skóra piekła najbardziej, a jej odcień stopniowo zmieniał się w wyrazistą czerwień. Nieznajomy zacisnął nerwowo zęby i kolejny raz spojrzał mi w oczy. By mu się dobrze przyjrzeć, musiałam unieść wysoko głowę.

Nieznajomy nie wyglądał na pozbawionego emocji. Przez wcześniejszy ruch jego żuchwa wydawała się nienaturalnie ostra, a pełne usta ułożyły się w prostą linię. Z ciemnych oczu biła lekka irytacja, a pod wpływem niezręcznej ciszy palcami muskał końcówki brązowych włosów.

Przeskanowałam szybko jego sylwetkę, sprawdzając, czy mały wypadek nie odbił się też na nim. Na szczęście koszula ani spodnie faceta nie zostały zabrudzone.

Jeszcze raz przeskanowałam jego postać, zwracając uwagę na wzrost. Rzadko zdarzało mi się spotykać chłopaków aż tyle wyższych ode mnie. Nie zdziwiłabym się, gdyby zbliżał się do sześciu stóp i siedmiu cali.

W ostatniej chwili moją ciekawość wzbudził breloczek przywieszony do markowej torby. Elegancka fasada elitarnej szkoły pozostawała mi bliska, a fascynacja nią - szalona.

Wyglądał na studenta. Zgadzałoby się, że przyszedł tu przed zajęciami, bo obok znajdowała się prestiżowa Sorbona. Marzyłam, by na niej studiować.

Przywołałam się do porządku i z piekącym dekoltem odwróciłam się w stronę miejsca docelowego. Rzuciłam ciche "przepraszam" swoim łamanym francuskim i wyminęłam nieznajomego, biegnąc w kierunku toalety. Miałam wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale nie dostał ku temu okazji, bo w kolejnej sekundzie znajdowałam się przy drzwiach pomieszczenia.

Gdy zostałam już sama, zdjęłam torebkę i położyłam ją na blacie obok umywalki. Popatrzyłam na siebie w lustrze i jęknęłam niezadowolona. Włosy mokre i posklejane od deszczu, makijaż w nienajlepszym stanie. Tusz na dolnych rzęsach się rozmazał, a pomadka została zjedzona. Ale to nie to wydawało się najgorsze. Biało-brązowa sukienka była cała przemoczona, a skóra na dekolcie - zaczerwieniona. Wyglądało to strasznie. Szybko wyjęłam telefon i napisałam wiadomość do mamy.

Ja:

Masz może jakąś koszulę na zmianę?

Dlaczego akurat koszula? Bo mamie raz było ciepło, a raz trzęsła się z zimna i czasami zabierała coś do przebrania. Oby tym razem się przydało.

Mama:

Niestety nie. A coś się stało? Aż tak przemokłaś, że potrzebujesz się przebrać?

Super.

Ja:

Mogłabyś przyjść do damskiej toalety? Dam Ci pieniądze i pójdziesz kupić mi coś na zmianę. Proszę.

Nie otrzymałam odpowiedzi.

Wyjęłam portfel z torebki i go otworzyłam. Odłożyłam na bok dokumenty i zaczęłam odliczać pieniądze. W momencie gdy wyjęłam banknot, drzwi się otworzyły, a ja odwróciłam głowę z nadzieją, że to mama. Myliłam się. To był nieznajomy brunet, który wylał na mnie kawę. Nieco się przestraszyłam, gdy zamknął za sobą drzwi. Wpatrywał się w moją twarz z niewzruszoną miną. Na szczęście cisza nie trwała długo, w końcu się odezwał.

- Wszystko w porządku? - zapytał całkiem płynnym angielskim.

Namoczyłam ręcznik papierowy w zimnej wodzie i przyłożyłam do miejsca oparzenia.

W tym przypadku tylko tyle mogłam zrobić.

- Bardzo boli? - odezwał się po raz kolejny, gdy nie odpowiedziałam, i wskazał skórę na dekolcie.

Początkowo ból dokuczał nieznośnie, ale teraz czułam lekkie pieczenie, i to tylko gdy się poruszałam.

Chcąc się odezwać, zwróciłam uwagę, że kątem oka patrzył na dokumenty rozrzucone na umywalce. Moje wyraźne chrząknięcie sprowadziło go na ziemię.

- Już nie boli, jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, to byłabym wdzięczna, jakbyś sobie poszedł. Nie chcę sensacji.

Krótko przytaknął, po czym przeleciał wzrokiem po moich włosach, twarzy i sylwetce. Kącik ust delikatnie mu drgnął, a gdy chciał coś powiedzieć, do toalety weszła zaniepokojona mama.

Tylko tego mi brakowało.

- Dziecko, co ci się stało? - zapytała.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, a z jej ust padło następne:

- Lilliano Temblay, co ten obcy facet robi z tobą w toalecie?

Tym razem w jej głosie rozpoznałam zdenerwowanie.

Złapałam się za głowę i głośno odetchnęłam. Poczekałam trzy sekundy z zamiarem wyznania jej prawdy, lecz nieznajomy postanowił zrobić to szybciej.

- Wpadłem na pani córkę i wylałem na nią kawę - odpowiedział ponurym tonem.

- Och - tylko tyle zdołała wykrztusić, gdy ja stałam z boku i nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.

- Oczywiście nie zrobiłem tego celowo. Zapatrzyłem się w telefon i jej nie widziałem. Pokryję koszty prania twojej sukienki i kupna nowych ciuchów - oświadczył w pełni przekonany.

Nie chciałam, żeby mi cokolwiek kupował. Wystarczyło, że mama pójdzie do sklepu, przebiorę się i sprawa zostanie zamknięta.

Rodzicielka skanowała mnie wzrokiem, jakby chciała usłyszeć inną wersję.

- Mamo, serio tak było. Przyszedł tu, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Możemy już skończyć? Proszę, idź do sklepu. Kup coś, co zakryje mi tę plamę - skierowałam słowa do mamy. - A ty niczego mi nie oddawaj. Chcę jak najszybciej włożyć coś suchego. - Tym razem zwróciłam się do mężczyzny.

Lekko przytaknęła i posłała mi ciepły uśmiech. Skierowałyśmy wzrok na nieznajomego, a on ukłonił się delikatnie i podążył w stronę drzwi.

Gdy mama również wyszła, odetchnęłam z ulgą i zaczęłam doprowadzać twarz i włosy do porządku.

Marzyłam tylko o tym, by ten poranek się zakończył.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Laurent

Wrzesień w tym roku okazał się dla nas kompletnie parszywy, a to nie pomagało mi w powrocie do studenckiej rzeczywistości. W głębi duszy liczyłem, że pogoda się nade mną zlituje i dam radę w spokoju złożyć swoje niezmienne zamówienie w pobliskiej kawiarni.

Zajęcia miały zacząć się za niecałe pół godziny, więc to był komfortowy czas na szybki spacer po kawę.

Wraz z otwarciem drewnianych drzwi, oprócz dzwoneczka witającego gości, usłyszałem gwar docierający z wnętrza.

Błagam, nie teraz.

Kolejka do kas, gdzie słownie składało się zamówienia, wydawała się długa. Oprócz mnie zjawiło się tu wielu studentów i im, tak samo jak mnie, zależało na czasie.

Czyżby dzisiaj miało być pierwsze spóźnienie w tym roku?

Generalnie niespecjalnie mnie one obchodziły. No chyba że mówiliśmy o wykładach z jednym profesorem, który wyjątkowo czepiał się o takie wybryki. A ich regularność wpływała potem na jego stosunek do studentów i wcale nie ułatwiała późniejszego zdobycia zaliczeń.

Ku mojemu szczęściu nikt specjalnie nie wdawał się w gadki z pracownikami. Dlatego też szybko dotarłem do lady i złożyłem zamówienie, podkreślając, że dziś wyjątkowo mi się spieszy.

W oczekiwaniu na kawę wyjąłem telefon i analizowałem podesłane notatki z ostatnich zajęć. W pewnej chwili podniosłem wzrok na wchodzącą do środka rodzinę, która nie miała tyle szczęścia co ja i zmoczył ją deszcz.

W zasadzie tylko dziewczyna zwróciła moją uwagę swoim śmiechem i błyskiem w oczach. Blond końcówki miała całe zmoczone, a sukienka prosiła o porządne wysuszenie.

Powróciłem wzrokiem do telefonu, skupiając się na istotnych pojęciach prawa międzynarodowego. Powtarzałem sobie je w głowie, opierając się bokiem o zabudowę kasy i nie zważając za bardzo na ruch w lokalu.

Zerkając co jakiś czas na zegarek, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że mogłem nie zdążyć. Moja cierpliwość powoli się kończyła i miałem nadzieję, że zaraz będę mógł oddalić się w stronę wyjścia.

- Twoja kawa - usłyszałem głos po drugiej stronie lady.

Chwyciłem po omacku za kubek i skupiając się na teorii, ruszyłem na pamięć przed siebie. Ostatnie powtórki miały się okazać najlepszą formą przygotowania, ale wszystko legło w gruzach, gdy na torsie poczułem ciężar, a z gorącego napoju nie pozostało nic oprócz papierowego kubeczka.

To chyba mi się śniło.

Uniosłem wzrok znad ekranu telefonu i z niemałą irytacją spojrzałem na dziewczynę, która wydawała się równie zdziwiona jak ja. W jej jasnoniebieskich oczach błyszczały łzy, a ja przez krótką chwilę nie wiedziałem, czym zostały spowodowane.

Cóż, wystarczyło zjechać spojrzeniem, aby zdać sobie sprawę, że kawa nie wylądowała na podłodze, tylko na dekolcie i już nie śnieżnobiałej sukience dziewczyny. Skóra nieznajomej była wyraźnie zaczerwieniona, a zaciśnięte wargi świadczyły o towarzyszącym jej dyskomforcie.

To wszystko działo się w niesamowicie szybkim tempie. Brakło czasu na reakcję. Następnie przez kilka wolno płynących sekund zdezorientowani wpatrywaliśmy się w siebie. I zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wszystko znowu nabrało tempa, a ona rzuciła ciche przeprosiny i uciekła, by schować się w damskiej toalecie.

Nie wiedziałem, co zrobić. Spojrzałem na godzinę i zdałem sobie sprawę, że nie mam szans na zjawienie się pod salą punktualnie. Przeskoczyłem wzrokiem do baristki, która już się we mnie wpatrywała. Prawdopodobnie widziała też całe zajście. Lekkim ruchem głowy skinęła w stronę toalet, sugerując, bym poszedł do nieznajomej.

Przekląłem cicho i po raz ostatni rozejrzałem się po lokalu. Pozostali goście byli zajęci sobą, więc nikt chyba nie zwrócił uwagi na oparzoną dziewczynę. Przecisnąłem się obok dwóch Francuzów blokujących korytarz prowadzący do toalet i starając się zachować dyskrecję, wślizgnąłem się do pomieszczenia przeznaczonego dla kobiet.

Zaraz po tym, jak zamknąłem drzwi, nieznajoma chciała coś powiedzieć, ale gdy tylko jej wzrok padł na mnie, na twarzy pojawił się szczery zawód. Co chwilę zwilżała już mokry ręcznik papierowy - jak mogłem się domyślić - aby chociaż trochę zminimalizować pieczenie oparzonej skóry.

Staliśmy przez chwilę w niezręcznej ciszy. Emocje nieco się ustabilizowały, a ja próbowałem brzmieć jak najbardziej spokojnie.

- Wszystko w porządku? - zapytałem w końcu, pamiętając, że najprawdopodobniej miałem do czynienia z turystką.

Nieznajoma nie odpowiedziała. Zamiast tego sięgnęła po kolejne listki papieru i zanurzyła je w zimnej wodzie, aby chwilę później przyłożyć do oparzenia.

- Bardzo boli? - ponowiłem, chcąc zyskać pewność, że nie stało się jej nic poważniejszego.

Skanując jej ciało i przestrzeń wokół niej, zwróciłem uwagę na należącą do dziewczyny torebkę. A zaraz potem powiodłem wzrokiem na mebel za nią.

Cała umywalka była zawalona jej rzeczami osobistymi. Od kosmetyków aż po dokumenty leżące danymi do góry.

Dlatego też pozwoliłem sobie niedyskretnie spojrzeć na pogrubione imię i nazwisko.

Lilliana Temblay.

I nie zdążyłem odczytać nic więcej, bo jej wyraźne chrząknięcie sprawiło, że powróciłem na ziemię i skupiłem się na poszkodowanej.

- Już nie boli, jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, to byłabym wdzięczna, jakbyś sobie poszedł. Nie chcę sensacji - przyznała cicho i zadziwiająco spokojnie.

Choć po jej odpowiedzi w moim sercu pojawiło się dziwne i niespotykane dotąd uczucie. Niby nie wyraziła się wrednie, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej.

Zdążyłem tylko pokiwać zrozumiale głową. Zamierzałem wyjść z pomieszczenia, ale wtedy do toalety wparowała jej mama, której na mój widok kolory odpłynęły minimalnie z twarzy.

Chyba nie spodziewała się takiego obrotu wydarzeń.

- Dziecko, co ci się stało? - Na twarzy kobiety wymalowało się niezrozumienie.

A po niezadowolonej minie dziewczyny mogłem wnioskować, że miała dosyć tej całej sytuacji.

Chciałem chociaż trochę uratować ją z opresji i zapragnąłem się odezwać, ale jej rodzicielka okazała się szybsza:

- Lilliano Temblay, co ten obcy facet robi z tobą w toalecie?

Taaa... ta sytuacja była absurdalna.

- Wpadłem na pani córkę i wylałem na nią kawę - odpowiedziałem szybko, równie podirytowany.

- Och. - Popatrzyła uważnie na naszą dwójkę, jakby doszukiwała się kłamstwa.

Błagam, skończmy to już.

- Mamo, serio tak było. Przyszedł tu, aby zapytać, czy wszystko w porządku. Możemy już skończyć? Proszę, idź do sklepu. Kup coś, co zakryje mi tę plamę - popatrzyła z błaganiem na matkę - a ty niczego mi nie oddawaj. Chcę jak najszybciej włożyć coś suchego - powiedziała ciszej do mnie.

Zrezygnowany tylko kiwnąłem głową i po raz ostatni przyjrzałem się blondynce. Surowym wzrokiem zabroniła mi zrobienia czegokolwiek, więc sprawnie ewakuowałem się z toalety. Idąc korytarzem w stronę wyjścia, czułem na sobie kilka spojrzeń, ale zupełnie je zignorowałem.

- Nie chcesz jeszcze jednej kawy? - zagadała barmanka, która widziała całe to zamieszanie.

- Może jutro - rzuciłem głośniej, nawet na nią nie spoglądając.

Prosiłem w duchu, aby profesor miał dzisiaj dobry humor.

Oczywiście, że po wyjściu na zewnątrz złapał mnie rzęsisty deszcz. Szybkim krokiem zmierzałem na pobliską uczelnię, chcąc jak najbardziej zredukować czas spóźnienia.

Wchodząc do budynku, którego suche wnętrze okazało się zbawieniem, otworzyłem grupowy czat zatytułowany: "Dlaczego nadal nie ma nazwy?!?" i nieco zziębnięty oraz zmęczony napisałem wiadomość:

Laurent:

Czy po drodze na uczelnię możecie pójść do kawiarni i kupić mi dużą czarną kawę? Jestem spóźniony.

Moi przyjaciele byli niemal zawsze w niedoczasie, dlatego teraz byli moją ostatnią deską ratunku.

Wiadomość zwrotna przyszła po niecałej minucie.

Michael:

Zaspałeś czy miałeś koleżankę na noc i za późno wyszedłeś z domu?

Laurent:

Dobrze wiesz, że nie. Opowiem wam później.

Rzadko kiedy spotykałem się z dziewczynami. Oczywiście w okresie studiów, a w szczególności podczas imprez, zdarzało mi się z jakimiś rozmawiać. Ale to było na tyle. Żadna nie wpadła mi specjalnie w oko, abym chciał spędzić z nią więcej czasu.

Michael:

OK, kupię ci, ale będę tak za 20 minut.

Żadna nowość.

Trudno mi przetrwać dzień bez dużej czarnej kawy o poranku. W tygodniu od rana robiłem trening, brałem prysznic i zmierzałem do kawiarni po napój oraz coś na śniadanie. Potem prosto na zajęcia. Nie lubiłem, gdy coś zaburzało moją rutynę.

Cóż, dziś zaburzyła mi ją pewna blondynka.

Duże dwa niebieskoszare punkty zakotwiczyły się w mojej głowie i nie chciały jej opuścić. Lilliana wydawała się zupełnie innym typem kobiety niż te widywane zazwyczaj na ulicach. Kolor włosów i oczu zdecydowanie różnił się od śródziemnomorskich standardów. Kolejną rzeczą odróżniającą ją od Francuzek był wzrost. Moje metr dziewięćdziesiąt pięć do jej może trochę więcej niż metra siedemdziesięciu. Usta miała pełne, różowe, muśnięte jakimś błyszczykiem czy balsamem. Nie znałem się na tym. I ostatnią rzeczą, która zrobiła mi wodę z mózgu, pozostawał jej zapach. Owocowy, ale niewpadający w mocne i słodkie nuty. Początkowo stała się denerwującą poszkodowaną w tym małym wypadku, ale z czasem zaczęła robić coś złego z moją głową.

A potem usłyszałem jej głos. Przyjemny, z perfekcyjnym amerykańskim akcentem.

Nie wiem, co się ze mną stało. Nigdy tak nie reagowałem na żadną kobietę. Służyły mi tylko do krótkiej gadki i nie oczekiwałem od nich niczego więcej. Wiedziałem, że się mną interesowały, ale na tym się kończyło.

Prawda wyglądała tak, że prawdopodobnie już nigdy więcej jej nie zobaczę.

Na chwilę przestałem rozmyślać o dziewczynie z kawiarni i spojrzałem na wiadomość wysłaną na naszą grupę.

William:

o kurwa, to co musiało się stać, że twój codzienny rytuał został naruszony

Laurent:

Opowiem wam później. Lepiej powiedz, jak było z Lucasem?

William:

zajebiście, ale szczegóły innym razem. Spotkajmy się dziś i wszystko przegadajmy. Dwudziesta u mnie w apartamencie?

Michael:

już nie mogę się doczekać.

Prychnąłem na ten sarkazm.

William:

udam, że wcale nie czuć w tym sarkazmu.

a ty Laurent?

Laurent:

Co ja?

William:

Będziesz?

Laurent:

Będę.

Will nie ukrywał się ze swoją orientacją. To, że wolał mężczyzn, pozostawało wiadome od jego szesnastych urodzin, gdy pocałował jakiegoś chłopaka ze szkoły. Cóż, od tamtego czasu często randkował z innymi facetami, więc to dla nas żadna nowość. Ważne, żeby czuł się szczęśliwy.

Odczytałem resztę wiadomości od znajomych i rodziny, ale z trudem mogłem się skupić, bo ciągle myślałem o blondwłosej dziewczynie, która z kogoś spotkanego zupełnym przypadkiem stała się nurtującą mnie istotą.

Musiałem znać więcej szczegółów na jej temat.

I już wiedziałem, co zrobię.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lilliana

Cztery lata później

Siedziałam na ostatniej już walizce, która ledwo się domykała. Kolejne dwie stały całkowicie zapięte i gotowe do podróży.

Przeprowadzka na inny kontynent nie była wcale prosta.

W zasadzie to nikt nie powiedział, że taka się okaże.

Harowałam jednak na ten moment przez ostatnie cztery lata. Na zmianę chodziłam do pracy i uczyłam się, aby na koniec zostać zakwalifikowana na Sorbonę. Dokładnie na tę śniącą mi się po nocach, a proces aplikacji na nią częściej doprowadzał mnie do szału niż podekscytowania.

Ale hektolitry wylanych łez przełożyły się na pozytywny rezultat, zmieniający bieg mojego życia.

Początkowo, gdy zobaczyłam listę przyjętych, nie mogłam uwierzyć, że widnieje tam moje nazwisko. Jasne, przecież po to tak się trudziłam, lecz gdy to stało się faktem, wszystko nagle zwolniło.

Przez ten cały czas rodzice wspierali mnie, jak tylko mogli. A gdy się dowiedzieli, że wyjeżdżam na studia na inny kontynent, to się popłakali. Z dumy, że ich jedyne dziecko spełniało swoje największe marzenie.

Byłam osobą lubiącą robić wszystko po swojemu i nieprzepadającą za przyjmowaniem pomocy od innych. Tu, w Nowym Jorku, miałam całkiem sporo znajomych, ale nie nazwałabym tych relacji głębokimi. W większości przypadków z mojej winy, bo poświęciłam się pracy i po prostu je zaniedbałam. Lubiłam spędzić z kimś miło czas, ale na tym się kończyło. Nowy Jork pozostawał znany z przelotnych znajomości. Nic stałego, co mogłoby cię zaprowadzić do trwałej i prawdziwej przyjaźni. Ludzie żyli w pośpiechu, a spotkanie kogoś nowego oznaczało krótką znajomość, która szybko odchodziła w zapomnienie.

- Musimy się zbierać na lotnisko, kochanie - odezwał się tata, przekraczając próg mojego pokoju.

- Jeszcze chwila - odpowiedziałam mu z nerwowym uśmiechem. - Pomógłbyś mi zanieść walizki do samochodu? - W końcu podniosłam na niego wzrok.

- Jasne, córeczko. - Przejął ode mnie dwa bagaże i ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał się w drzwiach i dostrzegł, że potrzebowałam chwili dla siebie, więc dopowiedział: - Poczekamy na ciebie w samochodzie.

James Temblay nie pozostawał zbyt wylewnym ojcem, ale wiedziałam, że bardzo mnie kochał i podziwiał. Gdy dowiedział się o moim wyjeździe, nie mógł znieść faktu, że jego córka się przeprowadza. Jasne, czuł się cholernie dumny, ale i milion razy pytał, czy sobie poradzę i czy na pewno chcę tam lecieć. Od zawsze myślał, że wybiorę jakiś kierunek artystyczny. Od małego lubiłam projektować wnętrza. Miałam okazję razem z nim oglądać nieruchomości i sprawiało mi to przyjemność. On z zawodu był deweloperem i odkąd pamiętam, zabierał mnie do nowych realizacji, a ja w głowie urządzałam pomieszczenia.

Skończyło się jednak na prawie, i to w stolicy Francji.

Ostatni raz rozejrzałam się po pokoju. Nie był duży. Szare ściany i zasłony w tym samym kolorze. Duże, ciemne łóżko, a na nim kolekcja poduszek i maskotek. Czarne, okazałe biurko i regał na książki. Generalnie w całym pomieszczeniu panował mrok, ale ja to lubiłam. Zapewniało mi to spokój i mogłam się lepiej skupić. To za tym miejscem przyjdzie mi tęsknić najbardziej. To moja oaza.

Po raz ostatni przeleciałam wzrokiem po idealnie czystej i uporządkowanej przestrzeni. Nieco niepewna, westchnęłam głęboko i opuściłam sypialnię, kierując się do wyjścia.

Schodziłam po schodach, czując się cholernie dziwnie. Zostawiałam miejsce, w którym się wychowałam i spędziłam mnóstwo cudownych chwil. Sprawdziłam dokładnie każde pomieszczenie, by się upewnić, że niczego w nich nie zostawiłam. Ostatnie tygodnie przepełniały ekscytacja i lekki stres, a teraz w mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, powodujących, że nie chciałam opuszczać Nowego Jorku.

- Pracowałaś na to przez ostatnie lata. Przecież to twoje największe marzenie - powiedziałam do siebie, próbując zmotywować się do znalezienia pozytywów.

Zarzuciłam wypełniony po brzegi plecak na ramiona. Chwyciłam ostatnią walizkę i wyszłam z domu. W kilku krokach znalazłam się przy zaparkowanym samochodzie.

Nadal nie mogłam uwierzyć, że to już ten moment.

Zamieszkam w Paryżu.

- Zamknęłaś dom? - dopytała nerwowo mama.

Była równie przejęta co ja.

Albo nawet bardziej.

- Tak. - Podałam jej klucz i zapięłam pas.

- A jesteś pewna, że wszystko spakowałaś? - dociekała.

- Nie, ale jeśli czegoś zapomnę, to sobie kupię na miejscu. Zrozum, że dam sobie radę - zapewniłam spokojnie, choć po kilku dniach poświęconych na pakowanie miałam dość tych ciągłych pytań.

- Dobrze wiesz, że się martwię - oznajmiła.

Oczywiście, że wiedziałam. I doceniałam, ale nie chciałam tego dłużej słuchać. Nie będę mieszkać w dziurze, tylko w dużym mieście, gdzie sklepów było pod dostatkiem.

- Najważniejsze, że mam telefon, ładowarkę, pieniądze i dokumenty. Dzięki temu uda mi się przeżyć - wytłumaczyłam mamie z uśmiechem, ale wiedziałam, że ta odpowiedź jej nie satysfakcjonuje.

- Jasne, jedźmy już - stwierdziła i ruszyliśmy w drogę na lotnisko.

***

Zaraz po pojawieniu się na lotnisku nadałam duże bagaże i skierowałam się w stronę rodziców. Cóż, zaraz miał nadejść moment, którego najbardziej się obawiałam. Pożegnanie.

- Kochanie, pamiętaj o nas i wiedz, że gdyby coś się działo, to możesz dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Na pewno sobie poradzisz, pięknie mówisz po francusku, masz załatwioną pracę i mieszkanie. W dokumentach masz zapisaną ulicę i numer oraz wszystkie ważne informacje dotyczące apartamentu. Gdybyś potrzebowała pieniędzy, mów, a my ci pomożemy - tłumaczyła przejęta mama.

- Mamo, ja wszystko wiem - jęknęłam, dając jej znać, że wystarczyło mi już jej matczynych porad. - Musisz zrozumieć, że masz już dorosłą i samodzielną córkę i ona właśnie wyjeżdża na studia. Jestem bardziej ogarnięta, niż myślisz. Poradzę sobie.

- Wiem, wiem, ale chyba nie dociera do mnie, że zaczynasz nowe życie. - Patrzyła na mnie ze łzami w oczach.

W końcu pomiędzy nami stanął tata.

- Adeline, mogłabyś już skończyć? Przecież Lilla doskonale sobie poradzi - oświadczył rozbawiony, ratując mnie z opresji.

Na te słowa mama nic mu nie odpowiedziała, jedynie bardziej się rozpłakała. Zbliżyłam się do niej i wtuliłam w jej ciało. Sama próbowałam powstrzymać wzruszenie, co okazało się niełatwe. Gładziłam ręką jej plecy, chcąc dodać otuchy. Będę bardzo za nimi tęsknić. Pomimo trudnych momentów miałam z nią fantastyczną relację. Trwała u mojego boku zawsze, gdy jej potrzebowałam, i obdarzała ogromną miłością. W dzieciństwie zawsze przed snem gładziła mnie po plecach i opowiadała mi bajki. Widziałam w niej ogromny autorytet. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej mamy.

- Nie przepytam cię, co spakowałaś i czy wszystko masz. Liczę, że spełnisz tam swoje marzenia i znajdziesz kogoś, komu możesz zaufać. Żebyśmy mieli jasność, chodzi o przyjaciółkę. Pamiętaj że masz studia i pracę, więc chłopaki nie wchodzą w grę. Trochę wkurza mnie to, że nie będę mógł zareagować, kiedy koło ciebie zacznie się kręcić jakiś facet. - Tym razem wywód zaczął ojciec.

- Już myślałam, że gorzej być nie może. - Zaśmiałam się w ramię mamy.

- Skarbie, rób to, co kochasz, i wiedz, że nigdy nie przestaniemy cię wspierać. Za każdym możliwym razem postaramy się pokazać to, jak bardzo jesteśmy z ciebie dumni. Jasne, żarty żartami, ale dla nas najważniejsze jest twoje szczęście. Nic innego się nie liczy. Wiem, że daleko mi do idealnego ojca, ale zawsze w jakiś sposób chciałem ci pokazać, że cię kocham. Bez względu na to, co robisz i co będziesz robiła, pozostaniesz moją dumą i oczkiem w głowie. Kocham cię, córeczko - wyznał i objął mnie oraz mamę.

Nie wytrzymałam. Łzy leciały mi strumieniem, mocząc bluzę taty. Nie interesowało mnie to, że dookoła kręcili się inni ludzie czy że ubranie ojca całe przemoknie. W tym momencie potrzebowałam tylko bliskości z rodzicami.

Po chwili, gdy się uspokoiłam, wysunęłam się z ich uścisku i poprawiłam ramiączko plecaka.

- To chyba czas, abym przeszła przez kontrolę - oznajmiłam.

- Jeżeli chcesz odlecieć tym samolotem, to musisz. - Tata się uśmiechnął, trzymając mamę w objęciach.

- Wiecie, że to tylko przeprowadzka? Nie ma co się smucić. W końcu w domu zapanuje spokój, a ja nie wyjeżdżam na zawsze. Nikt nie będzie palił garnków ani zostawiał syfu. Będziemy codziennie ze sobą rozmawiać, a jeżeli kasa i czas pozwolą, to mnie odwiedzicie - rzuciłam do nich.

Spojrzeli na siebie, a potem popatrzyli na mnie z politowaniem.

- Wiesz ty co - zaczął ojciec - na ciebie chyba już czas. Im dłużej tu stoisz, tym więcej głupot przychodzi ci do głowy.

- Dam wam znać, gdy wyląduję. Nie zanudźcie się tu beze mnie.

Wtuliłam się w nich po raz ostatni. Cała moja twarz została obsypana pocałunkami. Oderwałam się od bliskich i ruszyłam w stronę kontroli bezpieczeństwa. Posłałam im ostatniego buziaka i usłyszałam słowa taty.

- Pamiętaj, żeby nie wpaść w ręce żadnego Francuza! Słyszałem, że bywają zarozumiałymi dupkami! - wykrzyknął, a w jego głosie usłyszałam nutkę rozbawienia.

Pokręciłam głową z udawanym zrezygnowaniem.

- Kocham was! - To ostatnie, co powiedziałam, i ruszyłam dalej.

Czas spełniać swoje marzenia.

- Dziękuję, życzę miłego dnia! - zwróciłam się do kierowcy Ubera, gdy wysadził mnie na jednej z paryskich uliczek.

Cała podróż okazała się wyczerpująca. Lot trwał niecałe osiem godzin, podczas których nie zmrużyłam oka. Jasne, że podejmowałam próby zaśnięcia, ale przeszkadzały mi w tym hałasujące dzieci i chodzące stewardesy. Jakby tego było mało, po wylądowaniu półtorej godziny czekałam na odbiór walizek. Prawie kolejne tyle spędziłam, aby dojechać do mieszkania.

Po wyjściu z samochodu czułam się jeszcze bardziej brudna i zmęczona. Skierowałam się do pięknej, odnowionej kamienicy, którą od jednej z głównych ulic stolicy dzieliło około pięciuset pięćdziesięciu jardów. Do mieszkania prowadziła jednokierunkowa droga kończąca się przy Ogrodach Luksemburskich. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to spokojne miejsce. Bulwar Saint-Germain znajdował się prostopadle do tej, którą zamieszkiwałam. Mieściło się tam mnóstwo kawiarni czy sklepów nadających tej okolicy pozornie bezpieczny obraz.

Słaba kondycja dała o sobie znać po wejściu na pierwsze piętro z trzema walizkami. Generalnie podróż w pojedynkę z takim bagażem okazała się uciążliwa. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg mieszkania.

Było przytulne i zdecydowanie wystarczające dla moich potrzeb. Zaraz po wejściu po prawej znajdowała się mała kuchnia z wyspą i dwoma krzesłami barowymi. Tuż za nimi stała kanapa, a przed nią szafka pod telewizor. Szara ściana oddzielała salon z aneksem kuchennym od sypialni z podwójnym łóżkiem i szafkami nocnymi. W pomieszczeniu do spania znajdowały się dwie pary drzwi. Za jednymi skrywała się łazienka, a za drugimi mała garderoba. Całe mieszkanie utrzymano w ciemnych barwach i nadano mu nowoczesnego stylu, co w jakimś stopniu przypominało mi o moim domu.

Chwilę po wstępnym rozpakowaniu walizek poinformowałam rodziców i znajomych o dotarciu na miejsce. Skończyło się to godzinną rozmową z mamą i tatą. Musieli zyskać pewność, że niczego mi nie brakowało, oraz dostałam milion wskazówek, co mam robić, żeby było łatwiej. Zakończyłam pogaduszki, gdy zaczęły nudzić mnie ich złote rady. Powiedziałam, że powinnam iść na podstawowe zakupy, i nie skłamałam, bo musiałam się zaopatrzyć w ręczniki, pościel i jedzenie.

Pierwszą część sprawunków miałam za sobą. Artykuły spożywcze znajdowały się już w lodówce i na półkach w kuchni, ale zostało mi jeszcze wyposażenie mieszkania. Chciałam załatwić najpotrzebniejsze sprawy przed rozpoczęciem studiów i pracy, bo obawiałam się, że w trakcie roku mogę nie mieć do tego głowy. Po godzinie stałam przed ogromnym sklepem meblowym, który, jak wyczytałam w internecie, cieszył się popularnością w całej Europie, a ceny w nim nie były jakoś bardzo wysokie. W telefonie wypisałam sobie listę potrzebnych rzeczy, ponieważ zależało mi na konkretnych i szybkich zakupach.

W szczególności że zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki.

Zbliżałam się do kas, pokonując ostatnie alejki sklepu, gdy niecelowo, z koszem pełnym produktów, natknęłam się na kłócącą się parę. Już na pierwszy rzut oka widziałam między nimi różnicę wieku. Ona była młodsza, drobnej postury, o delikatnych rysach twarzy, a on o wiele wyższy, umięśniony, ze srogą miną. Obydwoje mieli ciemne, brązowe włosy i w jakimś stopniu wydawali się do siebie podobni.

Zazwyczaj nie wiedziałam, co zrobić w takich sytuacjach. Z jednej strony znajdowali się pośrodku sklepu, gdzie przewijały się setki ludzi, a z drugiej głupio mi przechodzić obok nich i zakłócać głośną dyskusję. Tak samo stało się w tej sytuacji. Zwrócili na mnie uwagę. Facet wyglądał śmiertelnie poważnie, a w oczach dziewczyny błyszczało rozbawienie. Po chwili mężczyzna nie wytrzymał.

- Lea, kurwa, zrozum, że nie mam ani chęci, ani czasu, żeby chodzić z tobą po sklepach tylko po to, by rozglądać się za jakimiś mebelkami! - wykrzyknął w jej stronę, a na jej twarzy pojawiło się jeszcze większe rozbawienie.

- Po to mam starszego brata, żeby pomagał mi w dźwiganiu mebli do mieszkania - odpowiedziała roześmiana, jakby ta kłótnia nie była dla niej niczym istotnym.

- Zacznijmy od tego, że jeszcze nie masz tego mieszkania. Przyjechałem tu z tobą, żeby wybrać regały do kancelarii, a skończyło się na tym, że ich nie mamy, a ty wymyślasz rzeczy do kuchni i sypialni. Zabierz na zakupy kogoś ze swoich znajomych i nie komplikuj mi życia! - wyrzucił podirytowany w jej stronę.

Nagle zapanowała cisza, a para dowiedziała się o swojej widowni. Skierowali na mnie spojrzenia, a mnie automatycznie zrobiło się głupio. Czułam się przytłoczona uwagą mężczyzny. Wypalał dziurę w moich źrenicach, a gdy podniosłam wzrok, poczułam coś osobliwego. Jego brązowe tęczówki wydały mi się dziwnie znajome, choć to przecież niemożliwe, żebyśmy się wcześniej widzieli. Wojnę na spojrzenia przerwała nam dziewczyna stojąca obok niego.

- Przepraszam, że musiałaś słuchać tej awantury. Nie moja wina, że on ma jakieś "ale" do wszystkiego - powiedziała.

- Nie, to ja przepraszam. Nie powinnam była podsłuchiwać. Strasznie mi głupio - zaczęłam się tłumaczyć.

- Obawiam się, że każdy w okolicy chociaż na chwilę zwrócił na nas uwagę. - Podeszła bliżej i posłała mi sympatyczny uśmiech.

- Lea jestem, miło poznać. - Wyciągnęła do mnie dłoń.

- Lilliana, jeszcze raz przepraszam, że tak się na was gapiłam - szepnęłam dosyć nieśmiało.

Gdy wypowiedziałam swoje imię, facet wziął głęboki wdech, zwracając uwagę naszej dwójki. Siostra spojrzała na niego pytająco, a on szybko doprowadził się do porządku, nadal emanując irytacją.

- A tobie co się stało? - rzuciła zdziwiona.

- Nic, możemy się zbierać? - zapytał zdenerwowany.

- Ta - przewróciła oczami - a ty, Lilla, masz jak wrócić do domu? - odezwała się Lea, zaskakując mnie pytaniem.

- Zamówię Ubera i nie ma sprawy - oznajmiłam z przekonaniem.

- Jesteś pewna, że nie potrzebujesz podwózki? Wiem, że trochę podejrzanie to brzmi, ale dla nas to nie problem. Poza tym Lau jest rozpoznawalny i raczej nie decydowałby się na jakieś słabe zagrywki - zapewniła, nie zapytawszy mężczyzny o zdanie.

Jezu, biły od niej takie ciepło i empatia, że naprawdę mało brakowało, abym się zgodziła.

- Nie, mieszkam dosyć daleko i zapewne nie po drodze. Dziękuję za propozycję. - Uśmiechnęłam się miło i wymigałam od przyjęcia pomocy dziewczyny.

- No dobra. - Chyba zdała sobie sprawę, że mnie nie przekona. - W takim razie kończymy zakupy czy chcesz jeszcze czegoś poszukać? - Dopiero teraz zwróciła się do brata.

- Tak, możemy iść. - Facet unikał kontaktu wzrokowego i choć wcześniej, podczas kłótni z siostrą, miał dużo do powiedzenia, tak teraz siedział cicho.

- Iść do domu czy iść kontynuować zakupy? - Westchnęła, wyglądając na lekko zdziwioną szybką zmianą postawy chłopaka.

- Chodźmy do domu - sapnął wyraźnie zmęczony. - Dzisiaj już i tak nic nie znajdziemy - poddał się.

Nowa znajoma tylko przytaknęła.

- Jeszcze raz przepraszam, że tak bezczelnie podsłuchiwałam. I powodzenia... w szukaniu mebli. - Posłałam im uśmiech i ruszyłam z wypełnionym koszykiem w stronę kas.

W drodze do nich czułam wzrok na plecach. Niemal byłam pewna czyj. Nie wiedziałam w zasadzie, jak nazywał się chłopak, ale dostrzegałam w nim coś szczególnego. Jasne, był przystojny, nawet bardzo, ale coś mi w nim nie grało.

Po zapłaceniu za zakupy zamówiłam podwózkę, wybierając opcję większego samochodu. Przetransportowanie tego wszystkiego nie było proste, ale w końcu się udało. Ogromnego wsparcia udzielił mi kierowca, bo mało że okazał się sympatyczny, to gdy zobaczył, jak się trudzę, bez zająknięcia mi pomógł.

Po godzinie dotarłam do domu; podziękowałam mężczyźnie, wręczając mu drobny napiwek. Przez całą drogę myślałam o niecodziennym zapoznaniu z Leą. Dziewczyna wydawała się naprawdę miła, ewenementem był natomiast jej brat gbur, który nie wyglądał na szczęśliwego z obecności obcej osoby.

Szybko wyrzuciłam z głowy myśli o tym spotkaniu i dopóki miałam siły, porozkładałam wszystko w domu i w miarę go ogarnęłam. Nadal czułam się nieco dziwnie i z trudem mogłam się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości.

Z tych emocji nawet nie tknęłam jedzenia, tylko po sprzątaniu poszłam pod prysznic, a potem rzuciłam się na łóżko w świeżą pościel i niemal od razu zasnęłam.

Do głowy znowu wpadł mi jednak nieznajomy mężczyzna, a w myślach pojawiało się jedno pytanie:

O co mu chodziło?

ROZDZIAŁ TRZECI

Laurent

Cztery lata wcześniej

Z hukiem otworzyłem duże, drewniane drzwi sali wykładowej. Niemal wszyscy obecni zwrócili oczy w moją stronę. Nic dziwnego. Stałem w progu spóźniony i mokry od deszczu. W głębi pomieszczenia rozległ się śmiech jednego z moich przyjaciół, który jak na złość musiał zjawić się dzisiaj o czasie. A ostatnie, na co miałem ochotę, to słuchanie komentarzy chłopaków. W końcu w kilku krokach znalazłem się przy odpowiednim rzędzie ławek i zanim zająłem miejsce, odwróciłem się w stronę wykładowcy i powiedziałem:

- Przepraszam za spóźnienie, panie profesorze.

On w odpowiedzi tylko skinął głową i kazał mi niezwłocznie usiąść. Wrócił do prowadzenia zajęć w momencie, gdy zrobiłem to, o co prosił. Jedno miejsce obok było jeszcze puste - czekało na Michaela niosącego kawę, której bardzo potrzebowałem. W ciszy wyjąłem laptop i odpaliłem program do sporządzania notatek. Słuchanie wykładu i chociaż udawanie, że coś robiłem, przerwał mi William.

- Gdybyś poprosił, to przyniósłbym ci suche spodnie - szepnął rozbawiony. - Nie mogę uwierzyć, że przyszedłeś na zajęcia spóźniony, bez kawy, a do tego wyglądasz na kompletnie rozstrojonego. To do ciebie niepodobne - dodał.

- Możesz się zamknąć? - burknąłem zirytowany, mówiąc to głośniej, niż zamierzałem.

- Czy ja wam przeszkadzam, panowie? - wtrącił profesor. - Panie Ferreira, nie dość, że pan się spóźnia, to jeszcze przeszkadza mi w prowadzeniu wykładu. Chce mnie pan zastąpić? - skarcił spokojnym tonem, uszczypliwe pytanie jednak wystarczyło, aby zmrozić całą salę.

- Nie, przepraszam - mruknąłem krótko.

Wrócił do tematu, a ja starałem się poświęcać mu jak najwięcej uwagi. Lecz nie trwało to długo, bo w drzwiach auli pojawił się nasz przyjaciel, ponownie zakłócając przebieg zajęć.

- Błagam cię. Usiądź i nawet nie waż się odzywać. - To jedyne, co profesor powiedział do Michaela.

Na szczęście chłopak zauważył, że to nieodpowiedni dzień na żarty, usiadł na swoim miejscu i podał mi upragniony kubek z ciepłym napojem. Nawet nie pokusiłem się o ciche podziękowanie, tylko do końca zajęć uważnie słuchałem, o czym opowiadał wykładowca.

- Mógłbyś mi powiedzieć, co się wydarzyło? - To jako pierwsze padło z ust spóźnionego przyjaciela zaraz po tym, jak zamknęliśmy za sobą drzwi do sali.

Przewróciłem oczami i wyrzuciłem papierowy kubeczek, wymigując się od odpowiedzi.

- Już nie bądź taki - drążył drugi kumpel, dotrzymując mi kroku.

- Zupełnie nic. Wylałem kawę po drodze na uczelnię, okej? - nieco skłamałem, a że byłem w tym chujowy, to od razu się zorientowali, iż nie mówiłem całej prawdy. - Och, dobra. Nie teraz. Spotkamy się później i wam opowiem. - W reakcji na te słowa usłyszałem tylko przybijanie piątki dla uczczenia zwycięstwa.

***

Wyszedłem z mieszkania, przebrany z eleganckich ciuchów w te bardziej domowe. W końcu niedawno przestało padać i na niebie pojawiło się słońce. Kierowałem się w stronę czarnego Mercedesa, bo wóz aż się prosił o wizytę na myjni. Choć przez to, że panowała jesienna pogoda, musiałbym codziennie pozbywać się błota i zacieków.

W drodze na parking wszedłem w konwersację z chłopakami i wybrałem połączenie.

- Jedziesz już? - wybrzmiał w głośniku głos Williama.

- Zaraz wyjeżdżam. Potrzebujecie czegoś ze sklepu? - zapytałem.

- Jeżeli chcemy się napić, to tak, a jak nie, to nie - oznajmił pewnie.

- Ja odpadam. Jutro są zajęcia i nie chcę siedzieć na kacu - odparłem zgodnie z prawdą.

- Nikt nie mówi o mocnym alkoholu. Symbolicznie po piwku - Will starał się mnie przekonać.

W międzyczasie do rozmowy przyłączył się Michael.

- Ja odpadam - odezwał się od razu.

- Serio? - zapytał z zawodem w głosie Perez.

- Serio, pamiętaj, że naszym celem jest wyciągniecie informacji od Laurenta, a nie najebanie się - zwrócił się do niego.

- Ale ja miałem na myśli coś le...

- Nie - przerwał mu Royer, a ja wsłuchiwałem się w ich rozmowę, wyjeżdżając z parkingu - wychodzę z mieszkania i jadę do ciebie.

- Ja też już ruszyłem, będę za pół godziny - powiedziałem i zanim William wymyślił coś nowego, zakończyłem rozmowę.

Tuż po zatrzaśnięciu za sobą drzwi do mieszkania przyjaciela poczułem charakterystyczny cytrusowy zapach zapalonych świeczek. Jego lokum urządzono prosto i schludnie. Chłopak zawsze dbał o porządek, co było do niego bardzo niepodobne. Po przejściu korytarzem ujrzałem dwójkę rozmawiających kumpli, a w tle zakłócający rozmowę mecz NBA.

Nie zdążyłem nawet usiąść obok nich, a już zostałem zalany ich pytaniami.

- Od rana próbuję zrozumieć, co takiego ci się stało. Najpierw myślałem, że w końcu spotkałeś się z jakąś dziewczyną, potem stwierdziłem, że może wróciłeś do Melody, ale z drugiej strony chyba aż tak cię nie pojebało - zaczął Michael, gdy dosiadłem się do nich na kanapę.

- Jeśli znowu zaczniesz się spotykać z tą rudowłosą, to nie oczekuj, że będę się z tobą zadawać. Nie wiem, co ty w niej widziałeś oprócz dużej dupy. Ani nie jest inteligentna, ani ładna - tym razem odezwał się William.

- Kurwa, co to za pomysł - skomentowałem zniesmaczony, nawiązując do swojej ostatniej relacji, która okazała się kompletnym niewypałem. - To, co się dzisiaj stało, to niby nic istotnego, ale jednak czuję się jakoś... dziwnie? - Sam nie wiedziałem, jakie to uczucie.

- W takim razie o co chodzi? Możesz jaśniej? Co to jest, jakaś zgadywanka? Gadasz do nas szyframi, zamiast powiedzieć od razu. - Zaczął zasypywać mnie pytaniami.

Michael natomiast tylko zapadł się zaciekawiony w kanapę, uniósł lekko brew z rozbawienia i ułożył dłonie za głową, czekając na kontynuację historii.

- Chodzi o to, że dziś jak zwykle poszedłem do tej kawiarni obok uczelni. Wszystko szło dobrze, ale w momencie gdy z niej wychodziłem, to wpadła na mnie jakaś dziewczyna i oblałem ją kawą. Kurwa, zrobiłem to niechcący i pobiegłem za nią do toalety, by sprawdzić, czy wszystko okej.

- I co, to tyle? - zapytał znudzony.

- No nie, powiedziałem, że opłacę jej nowe ciuchy, na co ona się nie zgodziła. Ogólnie wydawała się dosyć nieśmiała, ale te kilka spędzonych z nią minut było dziwne - wyrzuciłem z siebie to, co męczyło mnie od rana.

- Co to znaczy, że było dziwne? - Do rozmowy włączył się Michael.

- Trudno powiedzieć. Włączył mi się odruch, by okazać troskę i chęć pomocy oraz to... - Skrzywiłem się na tę myśl.

- Co? - powiedzieli w tym samym momencie.

- Była naprawdę urocza, a to nie poprawiało sytuacji - przyznałem.

W salonie nastała cisza.

- Chcesz powiedzieć, że się zakochałeś? - wypalił Will.

- Nie, idioto. Nie zakochałem się - prychnąłem kpiąco.

- To jak inaczej zamierzasz to nazwać? Bo ty przecież nigdy nie uważałeś, że jakaś dziewczyna była urocza - zapytał.

- Nie dobijaj mnie. Naprawdę nie wiem, co ona ze mną zrobiła. Na dodatek to wszystko działo się tak szybko, że nie dowiedziałem się o niej nic więcej. - Kontynuując, zdałem sobie sprawę, że pragnienie poznania jej stawało się niepokojące.

- Serio, kurwa? - wypalił Michael.

- Znaczy, wiem tyle, że nie pochodziła stąd. Nie mówiła po francusku, tylko po angielsku. I w sumie nie spytałem, jak się nazywa, ale widziałem jej dowód - przyznałem.

- Czy wy myślicie o tym samym co ja? - wtrącił William.

Moje serce zabiło dwa razy szybciej.

- Wiecie, że gdyby się dowiedziała, to mogłaby to zgłosić na policję albo założyłaby nam sprawę w sądzie? - zasugerował Michael.

Jego tata zajmował się cyberprzestępstwami, a on nieraz podglądał jego pracę. Zdarzały się sytuacje, gdy dla sportu pogłębialiśmy wiedzę w tym temacie, biorąc na warsztat ludzi ze szkoły. Nie istniało na to logiczne wytłumaczenie.

- Myślałem o tym cały dzień... - zacząłem, ale przerwał mi William.

- Zastanów się jeszcze raz, zanim to powiesz - upomniał, doskonale wiedząc, jak brzmiała odpowiedź.

- Dobrze wiesz, że to nie pierwszy raz, gdy to robimy - wytknąłem, szukając jakiejkolwiek wymówki.

- Ale chcesz sprawdzić przypadkową laskę, którą oblałeś kawą, i uważasz ją za "uroczą"? - Zdecydowanie dziwił się tym, co chciałem zrobić. - To zajebiście dziwne, Lau. - Chyba brzmiał na zaniepokojonego.

- Ja już nic nie wiem. - Wypuściłem nerwowo powietrze, nie umiejąc znaleźć żadnego racjonalnego wyjaśnienia.

Wcale się nie dziwiłem, że tak zareagował. Do tej pory jedyne moje kontakty z kobietami to nieudolne rozmowy, a z Melody wytrzymałem krótko. Szybko zaczęła mnie denerwować. Poza tym w tamtym "związku" z jej strony nie chodziło o uczucia.

- Zróbmy tak: jeśli do piątku nic się nie zmieni, a ona nadal będzie siedziała ci w głowie, to spotkamy się u mnie i ją prześwietlimy - odezwał się w końcu Michael, proponując jakieś rozwiązanie. - Do tego czasu nie kombinuj za bardzo na własną rękę i też nie świruj - poprosił.

I oby tak było.

***

Wcale nie było lepiej.

Pomimo że tuż po zakończeniu tygodnia na uniwersytecie powinienem czuć ulgę, wyszło inaczej. Przez cały czas myśli krążyły wokół pewnej blondynki, o której właśnie dziś miałem dowiedzieć się więcej. Czułem się zestresowany i podirytowany, bo nie mogłem się przez nią skupić na ważnych wykładach. Zaraz po zajęciach planowałem się spotkać z chłopakami i z każdą mijającą chwilą miałem coraz większe wątpliwości co do tego pomysłu.

Po wejściu do mieszkania rzuciłem klucze na szafkę przy drzwiach i podążyłem w głąb apartamentu. Sięgnąłem po paczkę papierosów znajdującą się na blacie kuchennym i poszedłem w stronę dużego balkonu. Usiadłem na szarej kanapie i odpaliłem szluga. Pojebane, że obca dziewczyna mogła tak zawrócić w głowie. A jeszcze dziwniejsze, że od momentu poznania jej nic nie znajdowało się na swoim miejscu.

Otrząsnąłem się z gnębiących mnie myśli, gdy popiół spadł mi na beżowe garniturowe spodnie. Szybko strzepałem brud z nogawki i wstałem, by pójść w stronę barierki. Widok na Wieżę Eiffla mnie uspokajał. Generalnie widok na Paryż z tej perspektywy zachwycał. Dostałem to mieszkanie od rodziców przed pójściem na studia i byłem im za to wdzięczny. Całe zostało urządzone w ciemnych barwach, co pomagało mi w koncentracji i nadawało elegancji. Drzwi balkonowe zostawiłem otwarte, aby wnętrze mogło się przewietrzyć po całym dniu mojej nieobecności. Usiadłem na kanapie i odpisałem na wiadomości. Jedną z nich było potwierdzenie dzisiejszego spotkania u Michaela o dziewiętnastej wraz z propozycją nocki. Pewnie mieli w planach picie, ale ja odmówiłem. Nie wiedziałem, czego mogłem się spodziewać po sprawdzeniu dziewczyny, a poza tym potrzebowałem spędzić trochę czasu sam.

Po kilku godzinach znalazłem się u przyjaciela. Gdy przyszedłem, wszystko okazało się gotowe. Cholernie się stresowałem, ale było już za późno, aby się wycofać.

- Siadaj - zaczął podekscytowany gospodarz - zaczniemy klasycznie od przeglądu mediów - naprostował. - Jak się nazywa?

Kolejne trzy przyspieszone uderzenia serca.

- Lilliana Temblay - wykrztusiłem na wydechu.

Przyjaciel wpisał jej imię i początkowo nie wydarzyło się nic ciekawego. Konta z prostym profilowym w lustrze, bez żadnych innych zdjęć. Chwilę później wykonał jednak kilka tylko sobie znanych kroków i na bocznym monitorze wyskoczyła cała sekwencja dotycząca życia dziewczyny.

W pokoju panowała cisza. Postępowali cholernie nieodpowiedzialnie. Nie chodziło mi o dokładne przeanalizowanie jej danych, potrzebowałem wiedzieć, gdzie mieszkała i ile miała lat. Można mi zasugerować, abym sprawdził to poprzez social media, lecz informacje z takiego źródła nie były pewne. Chłopaki prawdopodobnie czekały, aż odezwę się pierwszy, dając mi czas na przeanalizowanie danych.

Lilliana Gabriella Temblay. Siedemnaście lat. Mieszkanka Nowego Jorku oraz uczennica jednego z liceów miejskich. I wiele, wiele innych informacji.

Ale te pierwsze mi wystarczyły. Nieznajoma, która namieszała mi w głowie, była młodsza ode mnie o sześć lat i mieszkała na drugim końcu świata. W zasadzie to jeszcze dziecko.

W pewnym stopniu spłynęła po mnie fala ulgi, lecz zaraz zastąpiło ją uczucie żalu, że to pierwsze i prawdopodobnie ostatnie nasze spotkanie. Okazałem się głupi, mając cień nadziei, że zatrzymała się tu na stałe. Musiałem jednak odgonić wszystkie negatywne myśli i zapomnieć o niej.

- No to sobie niezłą dziewczynę upatrzyłeś. Nie dość, że taka młoda, to jeszcze Amerykanka - wypalił Will.

- Dobra, koniec tego. Wyłącz to i przynieś whisky, którą ostatnio kupiłem. Pogadajmy o czymś przyjemniejszym - zaproponowałem pomimo wcześniejszego braku chęci do spożywania z nimi alkoholu, zaskakując samego siebie.

Bo oni dobrze wiedzieli, że na tym się nie skończyło i będzie zajmowała moje myśli.

***

Trzy tygodnie przed przeprowadzką Lilliany

Wyłączyłem komputer i złożyłem wszystkie znajdujące się na blacie papiery. Zbliżała się piętnasta, co oznaczało koniec mojej pracy. Znaczy, byłem swoim własnym szefem, więc sam regulowałem jej godziny, lecz dzisiejsze spotkanie z siostrą i rodzicami zmusiło mnie do skończenia wcześniej. Resztę potrzebnych mi materiałów spakowałem do torby i zbierałem się do wyjścia z biura. Ale zanim przekroczyłem próg, zwróciłem się w stronę gabinetu mojego przyjaciela.

Rok po zakończeniu studiów i po rozmowie z tatą przejąłem jego kancelarię prawną, zostając wraz z Michaelem jej współwłaścicielami. Znaczy tata nadal miał w niej jakieś udziały i rzadko, bo rzadko, ale pojawiał się na spotkaniach z najważniejszymi klientami. Poza tym skupił się na dodatkowych kursach, które umożliwiły mu objęcie posady wykładowcy na Sorbonie. Po latach pracy w branży postanowił trochę odpuścić i postawić na coś równie ciekawego, ale mniej obciążającego głowę.

I tym samym rzucił nas na głęboką wodę, dając pole manewru do zarządzania firmą niemal od razu po zrobieniu specjalizacji i otrzymaniu zezwolenia na wykonywanie zawodu.

Początki okazały się trudne, ale kto by się dziwił, skoro w pierwszym członie nazwy firmy znajdowało się nazwisko znane na cały Paryż i okolice. Od samego początku poprzeczka zawisła wysoko, a nam udało się ją jakoś przeskoczyć.

Teraz mijał drugi rok, odkąd rozwijaliśmy się w tej branży.

I aby nie było za łatwo, ja również postawiłem na kursy, po których zyskałem możliwość prowadzenia zajęć z powszechnej historii prawa i państwa. Od zeszłego roku miałem pod opieką studentów na tym samym uniwersytecie co ojciec. Ci na początku myśleli, że z racji mojego wieku będą między nami obowiązywały relacje przyjacielskie.

Szybko zdali sobie jednak sprawę, że się mylili.

Otworzyłem duże szklane drzwi i przekroczyłem próg gabinetu Michaela. Przez cztery lata kumpel wiele się nie zmienił. Stał się bardziej umięśniony, a praca w zawodzie sprawiła, że wyglądał poważniej. Lekki zarost nosił zawsze estetycznie przystrzyżony, a ciemne włosy elegancko ułożone. Był singlem tak jak ja, choć łatwo było zauważyć, że kobiety za nim latały.

Coś innego mogłem powiedzieć o Williamie. Od czasów studiów spoważniał, lecz nie całkowicie. Po skończeniu uczelni, pomimo możliwości, nie obrał ścieżki prawniczej. Szybko po zdobyciu dyplomu rozpoczął naukę zarządzania w biznesie i w tym odnajdował się idealnie.

No i jako jedyny z naszej trójki był w szczęśliwym związku. Od trzech lat w jego głowie siedzi facet poznany na wakacjach w Hiszpanii. Mieszkał w Barcelonie, po roku związku zdecydował się jednak wprowadzić do Willa. Podczas wspólnych spotkań również zawsze się pojawiał. Na początku jego pobytu w Paryżu było trochę niezręcznie, z czasem jednak lepiej się poznaliśmy i Nicolas okazał się całkiem w porządku gościem.

- Wychodzę już do domu, bo dziś idziemy z Leą i rodzicami szukać dla niej mieszkania - zacząłem.

- Nadal go nie znaleźliście? - zapytał.

- Wiesz, jak to z rodzicami. Są wymagający. Niby oglądaliśmy jakieś fajne, ale nie powalały. Mam nadzieję, że niedługo coś znajdziemy, bo ona zaczyna studia, a brak lokum ją stresuje - odpowiedziałem.

- No to powodzenia i jak znajdziecie, to powiedz Lei, że czekam na zaproszenie na parapetówkę - rzucił rozbawiony.

- No tak, bo ona nie ma swoich znajomych - sarknąłem, wiedząc, że niestety znajdzie się na tej liście gości.

Zamieniliśmy jeszcze kilka zdań o pracy i ruszyłem w stronę windy.

Wieczorem, gdy w końcu dotarłem do mieszkania, miałem z tyłu głowy to, że czekały mnie obowiązki. Przebrałem się w luźniejsze ciuchy i postawiłem na chwilę dla siebie.

Zza otwartych drzwi balkonowych wydobywały się odgłosy przejeżdżających samochodów oraz rozciągał się piękny widok na miasto po zmroku. Czułem się padnięty po ciężkim dniu w biurze i nieudanych poszukiwaniach miejsca dla siostry. Zrobiłem sobie kolejną kawę i niechętnie usiadłem do zaległości z pracy. W tle leciały wiadomości, na które czasami zerkałem.

Nie spędziłem przy laptopie dużo czasu. Odhaczyłem najważniejsze punkty wymagające mojej uwagi, ale to było na tyle. Potrzebowałem odpoczynku, więc sprawnie posprzątałem stanowisko i zająłem się sobą.

Ze względu na ciepłe, letnie wieczory stale wietrzyłem mieszkanie. Nalałem sobie do kieliszka czerwonego wina i przeszedłem na balkon, by tam oprzeć się o balustradę i spokojnie podziwiać miasto. Nie minęło kilka sekund, a usłyszałem dzwoniący telefon. Przeszło mi przez myśl, by go olać i spędzić jeszcze choć chwilę samemu.

Ale on nie przestawał dzwonić.

Westchnąłem i odstawiłem alkohol na stół. Chwyciłem urządzenie i spojrzałem na ekran.

Michael.

Zdziwiło mnie to połączenie, bo jeżeli to coś związanego z obowiązkami służbowymi, to nigdy nie zawracał mi głowy po godzinach i załatwiał to następnego dnia w biurze.

- Halo - zacząłem.

- Kurwa, stary, nie uwierzysz - zaczął lekko podenerwowany, ale wyczułem w jego głosie także nutkę ekscytacji.

- Co się stało? - zapytałem.

- Ja mam nadzieję, że nie wkradł się żaden błąd i to pra... - mówił dalej, coraz bardziej mnie niecierpliwiąc.

Bo co, do cholery jasnej, mogło się stać?

- Do brzegu - pospieszyłem go.

I zanim wypowiedział następne słowa, po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza.

- Lilliana Temblay wraca do Paryża. Tym razem nie na wakacje, tylko zamierza tu studiować. Złożyła dokumenty na prawo na Sorbonie.

Nie odpowiedziałem mu na to.

Siedziałem cicho.

Kobieta, która zawróciła mi w głowie i o której nie mogłem przestać myśleć, wracała.

Kurwa.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Lilliana

Właśnie rozpoczynał się trzeci tydzień mojego mieszkania w Paryżu. Z każdym dniem czułam się tu coraz swobodniej, a samo miasto wywoływało we mnie niewyobrażalną mieszankę emocji.

Stworzyłam sobie względną rutynę i popadłam w wir pracy. Mój pierwszy rok miał rozpocząć się dopiero dziś, a ja ze zniecierpliwieniem odliczałam do niego godziny.

Stałam przed lustrem w sypialni zawalonej ciuchami potencjalnie nadającymi się do włożenia na inaugurację. Porównywałam wiele eleganckich stylizacji, zastanawiając się, czy powinnam brać to tak bardzo na poważnie.

Ostatecznie wybrałam czarną spódniczkę przed kolana oraz białą koszulę z długimi rękawami. Cały strój uzupełniłam pasującym do dołu krawatem oraz złotą biżuterią. Nie pomalowałam się zbyt mocno. Na zewnątrz było całkiem ciepło, a poza tym tuż po oficjalnym rozpoczęciu szłam na zmianę w kawiarni. Wiedziałam, że po całym dniu w ruchu makijaż nie wyglądałby za dobrze. Na końcu spryskałam się ulubionymi wiśniowymi perfumami, używanymi od lat.

Praca w knajpie sprawiała mi ogromną przyjemność. Stały kontakt z ludźmi pozwalał mi na podszkalanie francuskiego, choć i tak opanowałam go na całkiem przyzwoitym poziomie. Poza tym wysoka pensja oraz częste napiwki zapewniały spokój związany z moją sytuacją finansową. Oczywiście miałam odłożoną sporą sumę, teraz jednak się nie martwiłam, że w pewnym momencie może mi zabraknąć kasy.

Kończyłam odpisywać mamie, która już ochłonęła po tej całej sytuacji z moją przeprowadzką. Poza tym rezerwowaliśmy wieczory na rozmowy i chociaż nie niwelowały one mojej tęsknoty, to stanowiły przyjemny element dnia.

Spakowałam do torby wszystkie potrzebne rzeczy i w momencie gdy sięgnęłam po szklankę z wodą, usłyszałam przychodzącą wiadomość.

Tata:

Mama nie dała mi prawa głosu, więc piszę. Pamiętaj, że jesteś cudowna i zdolna. Trzymam za Ciebie kciuki.

Lilla:

Kocham Cię, dziękuję.

On odesłał mi serduszko.

Dopakowałam ostatnie potrzebne rzeczy i wyszłam z mieszkania, nie chcąc spóźnić się na autobus.

Oprócz mnie w pojeździe znajdowało się dużo elegancko ubranych studentów. Oni jednak nie sprawiali wrażenia zainteresowanych czymkolwiek innym niż ekrany ich telefonów. A ja wręcz przeciwnie. Odkąd przyleciałam do Paryża, czułam się jak w innej rzeczywistości. Gdy miałam taką możliwość, zwiedzałam miasto, uczyłam się kultury i sposobu życia. Ten, wbrew pozorom, bardzo różnił się od tego nowojorskiego.

Ludzie wydawali się tu bardziej... wyluzowani?

Sama droga z przystanku do głównego gmachu uczelni wymagała przejścia może stu metrów. Zaraz zza zakrętu wyłaniał się znany na cały świat i zarazem główny budynek mojej uczelni. Musiałam przystanąć i wziąć głęboki wdech, bo to wszystko wydawało się nierealne.

Do tej pory widziałam go raz, te cztery lata temu.

- Lilliano, to ty? - Usłyszałam za sobą wołanie, lecz nie do końca rozpoznałam barwę głosu.

Odwróciłam się i zauważyłam biegnącą w moją stronę Leę.

Co ona tu robiła?

- Hej - rzuciłam wyraźnie zaskoczona.

- Nie mów, że ty też będziesz tu studiować! - Emanowała tak pozytywną energią, że cały kumulujący się we mnie stres nagle zniknął.

- Prawo. - Uśmiechnęłam się szczerze. - A ty?

Nie była już taka zadowolona.

- Medycyna i ten sam uniwersytet, ale inna lokalizacja.

Pokiwałam ze zrozumieniem głową.

- Ale ze względu na inaugurację przyjechaliśmy tu - dodała.

Przyjechaliśmy?

- Laurent tu wykłada. W sumie tak samo jak nasz tata. Powodzenia, bo bywają całkiem wymagający. - Puściła do mnie oczko.

Uśmiechnęłam się do niej dosyć niepewnie.

- Ale skoro cię tu przyjęto, to musisz być naprawdę dobra. Co ty na to, abyśmy wymieniły się numerami? Sama ostatnio wspominałaś, że to wszystko jest dla ciebie nowe. Jakbyś potrzebowała z czymkolwiek pomocy, to śmiało pisz. - Wyjęła smartfon i prosiła, abym wpisała swoje namiary.

Wow, to naprawdę miłe.

- Dziękuję. Gdybyś kiedyś miała wolną chwilę, wpadnij do kawiarni, w której pracuję. W ramach podziękowania za pomoc masz u mnie kawy i słodkości ze zniżką pracowniczą - oznajmiłam.

- Och, to bardziej okazja dla mojego brata, co nie, Lau? - Entuzjastycznie zwróciła się w jego stronę. - Nie zdziwiłabym się, gdyby miał w pobliskich restauracjach zniżki stałego klienta. On pije kawę w chorych ilościach. - Po tych słowach po raz pierwszy zdecydowałam się unieść oczy, tym samym nawiązując z mężczyzną kontakt wzrokowy.

I przez moment odniosłam wrażenie, że w jego spojrzeniu pojawiło się ciepło, a usta się uchyliły, jakby chciał coś powiedzieć. Ale w następnej chwili ktoś go zaczepił, a cała pozornie przyjazna aura zamieniła się w chłód i uprzedzenie.

- A tak właściwie, gdzie znajduje się ta kawiarnia? - zapytała, odsuwając się lekko od brata i prawdopodobnie innego profesora.

- Obok uniwersytetu. To ta na rogu ulicy. Odwiedziłam ją kiedyś przy okazji wizyty w mieście. Nie za dobrze wspominam ten dzień, ale zdecydowałam się wysłać im CV i mnie przyjęli.

Gdy o tym opowiedziałam, to Laurent dziwnie na mnie spojrzał. Jego siostra jednak nie zwróciła na to uwagi i się odezwała:

- Wybrałaś najlepsze możliwe miejsce. Jest na wyciągnięcie ręki, w dodatku Lau zawsze je zachwala. Nie mogę się doczekać!

Jej entuzjazm i pozytywna energia wywoływały uśmiech na mojej twarzy.

Czy mogłam wymarzyć sobie lepsze rozpoczęcie studiów?

Oczekując na inaugurację, dużo rozmawiałyśmy. Dowiedziałam się, że przez te dwa tygodnie dziewczyna najprawdopodobniej znalazła wymarzone mieszkanie oraz zaprosiła mnie na wspólne meblowanie. Chętnie się zgodziłam. W końcu w trakcie podróży odezwał się Laurent. Oznajmił, że w tym roku ma prowadzić cztery godziny wykładów dla naszego roku. Lecz to by było tyle i swoją wypowiedź zakończył tym, że szczegółów dowiem się na miejscu.

Niecałe trzy godziny później wyszłam z budynku uniwersytetu. Podczas oficjalnego rozpoczęcia zostaliśmy serdecznie powitani oraz przekazano nam kilka ważnych rad. Tuż po wejściu do budynku rozdzieliłam się z Leą i zbliżyłam się do grupy ludzi z wydziału prawa. Poznałam kilka osób, które wydawały się całkiem miłe.

W trakcie trwania przemowy w tłumie złapałam kontakt wzrokowy z Laurentem. A w zasadzie to przyłapałam go na gapieniu się na mnie. Gdy się zorientował, że wyczułam jego wzrok, szybko odwrócił głowę, a na moich ustach pojawił się minimalny uśmiech. Zachowanie mężczyzny wydawało się co najmniej dziwne, ale po raz kolejny przymknęłam na to oko.

Tuż przed zakończeniem zostali nam przedstawieni nasi wykładowcy. Oprócz Laurenta poznałam jego ojca, który - jak się okazało - był tym Gabrielem Ferreirą znanym mi z ważnych rozpraw i wywiadów w telewizji.

I ja niby zakolegowałam się z jego córką?

Gdy tylko przekroczyłam próg kawiarni, wiedziałam, że czeka mnie intensywna zmiana. Nic dziwnego, skoro studenci opuścili uczelnię tak jak ja. Szybko poszłam do pomieszczenia dla pracowników i przebrałam się w obcisłą koszulkę z długimi rękawami, a wokół bioder owinęłam czarny fartuch. Włosy związałam w niski kok i wyszłam, by rozpocząć obsługę klientów.

Podczas pracy nie miałam za wiele czasu na rozmowę ze współpracownikami. Zazwyczaj znajdowała się przestrzeń na dyskusję o mojej przeprowadzce i tym, jak sobie tutaj radziłam. Poznane tu osoby okazały się naprawdę miłe i dbały, bym czuła się komfortowo w pracy. Moje obawy co do odrzucenia przez innych zniknęły po drugim dniu w tym miejscu.

Na początku zajęłam się wyłożeniem ciepłych, pachnących croissantów i innych wypieków. Ten zapach jakby przyciągnął ludzi, bo tuż potem miałam urwanie głowy i latałam od stolika do stolika lub obsługiwałam klientów przy kasie.

Zazwyczaj podczas realizowania zamówień miałam czas, aby zamienić z gośćmi kilka słów. Dziś masowo odbierałam zamówienia, jedynie się do nich uśmiechając i życząc im miłego dnia.

Po dwóch godzinach intensywnej pracy ruch w kawiarni nieco się zmniejszył. Pozwoliłam sobie na chwilę przerwy, by wypić kawę i przejrzeć media. Zamieniłam też kilka zdań z Leą.

Lea:

Przepraszam, że nie mogłam wpaść po rozpoczęciu. Rodzice napisali mi, że jedziemy dziś wybrać meble i wyposażenie do kuchni, a później mamy wspólny obiad. Jak u Ciebie?

Lilla:

Nie martw się, dziś mam takie urwanie głowy, że nawet nie byłoby czasu, aby porozmawiać. Samo rozpoczęcie w miarę spokojnie, ludzie tam też wydają się w porządku. Dziwnie mi z myślą, że trafię pod skrzydła Twojego brata i taty. Muszę zaraz wracać do pracy. Ale zanim pójdę, to liczę na zdjęcia ze sklepu. Powodzenia.

Lea:

Właśnie siedzę z tatą i opowiadam mu o Tobie. Nie obawiaj się go, choć wiedz, że jest naprawdę wymagający. Jak będę w sklepie, to zostaniesz zasypana zdjęciami. Przyjemnej pracy.

Na to już nie odpowiedziałam, tylko wyłączyłam telefon. Włożyłam go do kieszeni fartuszka i skierowałam się ku wyjściu z pomieszczenia. Podczas mojej krótkiej nieobecności na niebie pojawiły się chmury, powodując, że w budynku zrobiło się znacznie ciemniej. Zapaliłam dodatkowe lampki i zajęłam miejsce przy kasie, by znowu zacząć obsługiwać ludzi. Tym razem jednak było zdecydowanie swobodniej i pozwoliłam sobie na rozmowy z niektórymi z nich.

Wymieniałam papier do wydruku paragonu, gdy przyszedł kolejny klient. Poprosiłam o sekundę cierpliwości i gdy skończyłam, odwróciłam się i skierowałam wzrok na gościa.

A nim okazał się Laurent.

Teraz nie wiedziałam, czy powinnam mówić Laurent, czy pan profesor.

Przeszło mi przez myśl, żeby zwrócić się do niego na ty, lecz szybko wybiłam to sobie z głowy, ponieważ nigdy nie rozmawialiśmy sam na sam i nie przeszliśmy na ty. Nie chciałam też podkreślać, że jest moim wykładowcą, więc zdecydowałam się potraktować go jak zwykłego klienta.

- Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie? - Uśmiechnęłam się delikatnie.

- Dzień dobry. Dużą czarną kawę poproszę - odezwał się łagodnym tonem, skanując spojrzeniem moją twarz i sylwetkę.

Gdy wklepywałam do systemu zamówienie, zapadła pomiędzy nami niezręczna cisza. Czułam na sobie jego wzrok, w żaden sposób tego jednak nie skomentowałam.

- Czy życzy pan sobie coś jeszcze? - zapytałam, unosząc oczy zza kasy na ladzie.

- Nie, to wszystko - oznajmił poważnie.

- Będzie na miejscu czy na wynos? - zadałam kolejne pytanie, choć nie obdarzyłam mężczyzny uśmiechem jak wcześniej.

- Na miejscu, poproszę - oświadczył, a ja zaproponowałam mu zajęcie miejsca i zaczęłam przygotowywać napój.

Prawdopodobnie przyszedł tu prosto z uczelni. Nie zmienił stroju, nadal miał na sobie czarny garnitur z czarnym krawatem i białą koszulą. Jego ułożone włosy nie zostały zmierzwione przez padający deszcz. Pewnie o to zadbał i wziął ze sobą parasolkę.

Gdy kawa była już gotowa, ruszyłam w stronę mężczyzny. Podeszłam do stolika, który zajął, i postawiłam napój na blacie. Przez te kilka minut Laurent zdążył włączyć laptop i wyciągnąć jakieś dokumenty. Nie chciałam mu przeszkadzać, dlatego życzyłam mu smacznego i wróciłam do pracy.

Usiadł niedaleko kasy, i to tak, że musiał tylko unieść głowę, aby mieć widok na obsługujących kelnerów. Wprawiało mnie to w lekki dyskomfort, lecz zepchnęłam te myśli na drugi plan, gdy do lady podszedł następny klient.

- Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie? - odezwałam się po raz kolejny z uśmiechem. Tym razem bardziej się rozluźniłam, bo obsługiwałam nieznajomego, a nie wykładowcę i zarazem trochę gburowatego brata koleżanki.

- Hej, poproszę dużą kawę z mlekiem i coś do tego, ale zdam się na ciebie - powiedział z wymalowanym na twarzy uśmiechem chłopak.

Był wyższy i starszy ode mnie. Może to student albo po prostu jakiś pracownik uczelni. Miał ciemne blond włosy, opaloną skórę i nosił białą, opinającą ciało koszulę. Po chwili namysłu oznajmiłam:

- Jeżeli chwilę poczekasz, to dostaniesz croissanty prosto z pieca.

- Jasne, poproszę na miejscu.

Zanotowałam.

- Oczywiście, usiądź, a ja zaraz podam zamówienie - odpowiedziałam i poszłam przygotować dla niego kawę.

Po kilku minutach postawiłam na tacce napój i rogalika, a następnie ruszyłam w stronę chłopaka. Czy chciałam, czy nie, musiałam minąć Laurenta, a w momencie, gdy znalazłam się przed jego stolikiem, on podniósł głowę i niespodziewanie zapytał:

- Czy mógłbym poprosić świeżego rogalika? Tak pięknie tu nimi pachnie, że trudno się nie skusić - przyznał, a ja się zdziwiłam, bo to najdłuższe zdanie, jakie do tej pory wyszło z jego ust i wydał się przy tym jakoś dziwnie miły.

- Jasne, zaraz przyniosę - odpowiedziałam i podeszłam do chłopaka.

A ten od razu przeszedł do rozmowy.

- Widzę, że pan profesor skusił się na croissanta. Zaskoczyło mnie, że wziął coś na miejscu, a w szczególności rogalika. Nigdy tego nie robi, ale wcale się mu nie dziwię, skoro pachnie nimi w całym lokalu - zaczął.

- Znasz go? - zapytałam.

- Jestem studentem prawa, więc to oczywiste, że tak. Poza tym mam staż u niego w kancelarii i spędzam z nim naprawdę sporo czasu. A ty jesteś tu nowa? Dosyć często zaglądałem tu w trakcie roku i nigdy cię nie widziałem - zagadał.

- Tak, przeprowadziłam się tu na studia i tak jak ty studiuję prawo. Tylko jestem na pierwszym roku. I żeby jakoś się utrzymać, dorabiam tutaj - odpowiedziałam mu miło.

- A skąd przyjechałaś? Znaczy przez sekundę przeszło mi przez myśl, że możesz nie pochodzić stąd, szczególnie ze względu na twoją urodę. Rzadko spotyka się tu dziewczyny o naturalnych blond włosach - przyznał zainteresowany, a ja się zdziwiłam, że wystarczyła chwila, aby zwrócił na mnie szczególną uwagę.

- Przyleciałam z Nowego Jorku. Paryż od zawsze pozostawał moim marzeniem. Po liceum zrobiłam sobie przerwę, podczas której poszerzałam swoją wiedzę i uczyłam się języka, a w wolnych chwilach dorabiałam, aby móc tutaj przylecieć. No i się udało - oznajmiłam dumna.

- Wow, Ameryka. Mega cię podziwiam, że zdecydowałaś się poznać nasz język, by tu przylecieć i się uczyć. Przyleciałaś sama czy z kimś? - drążył, wyglądając na bardzo zainteresowanego.

- Sama. Rodzice zostali w Stanach, a poza tym chciałam stać się trochę niezależna - odpowiedziałam.

- Jeżeli potrzebowałabyś pomocy z nauką lub czymkolwiek, to dam ci swój numer i jakoś się zgadamy. Zobaczyć się na uniwerku może być trudno, więc jak coś, to śmiało pisz.

- Jasne, to bardzo miłe, zaraz dam ci karteczkę z moim nume...

Nie dane było mi dokończyć, ponieważ przerwało mi pytanie klienta siedzącego przed nami i sprawiającego wrażenie zniecierpliwionego.

- Przepraszam, czy mógłbym poprosić tego croissanta? Nie mam wiele czasu, a poza tym liczę, że zjem go na ciepło - odezwał się poważnie Laurent.

- Najmocniej przepraszam, już panu podaję. - Uśmiechnęłam się do niego krzywo, po czym zwróciłam się do nieznajomego: - Podejdę później, dobrze?

On na to pokiwał głową, a gdy odeszłam, zaczął jeść i przeglądać coś w telefonie.

Szybko nałożyłam rogalik i od razu zaniosłam wypiek Laurentowi. Mężczyzna cicho podziękował, więc skinęłam mu głową i odeszłam. Zajęłam się sprzątaniem innych stolików.

Po krótkim czasie przy ladzie pojawił się nieznajomy, by zapłacić. Niepisaną zasadą tej kawiarni było to, że kelnerzy nie podchodzą do stolików, tylko należność uiszcza się przy kasie. Gdy podeszłam do terminalu, obdarował mnie szczerym, powalającym uśmiechem. Chłopak był przystojny i czarujący.

- Wpadłaś w wir pracy i zapomniałaś do mnie podejść. Teraz niestety muszę iść, ale odezwij się, gdy wrócisz do domu - poprosił i wręczył mi skrawek papieru.

Schowałam świstek do kieszeni i nabiłam rachunek. W międzyczasie rozmawialiśmy, a on trochę mnie czarował.

Szczerze, to rzadko kiedy odpowiadałam facetom na flirt czy próby zdobycia mojego numeru. W tym przypadku czułam się inaczej - odważniejsza i chętna do próbowania nowych rzeczy. Nieznajomy wyszedł z lokalu, a ja stanęłam za ekspresami, tak aby nikt mnie nie widział, i chwyciłam małą kartkę. Gdy przeczytałam jej zawartość, na moje usta wpłynął szczery, szeroki uśmiech.

Liczę, że zaczniemy wpadać na siebie częściej

Blaise Morel - starszy kolega z uczelni

Poniżej zapisał ciąg cyfr. Szybko dodałam go do kontaktów, nic jednak nie napisałam. Kontynuowałam swoją pracę.

Gdy Laurent przyszedł zapłacić za swoje zamówienie, wydawał się nieco nieobecny. Odpowiadał mi zdawkowo, po raz kolejny zachowując dystans. To kolejna sytuacja, gdy nie rozumiałam jego postępowania, lecz usprawiedliwiłam to tym, że byłam dla niego nic nieznaczącą, nowo poznaną koleżanką jego siostry. Życzyłam mu miłego dnia i odprowadziłam wzrokiem do wyjścia.

***

Tuż po przekroczeniu progu mieszkania odłożyłam torby z zakupami. Wpadłam do pobliskiego sklepu, aby zrobić zapas jedzenia na najbliższe dni. Włączyłam telewizor i skierowałam się do kuchni z zamiarem przygotowania kolacji. Wlałam do garnka resztę kremu z dyni i do tego zrobiłam grzanki. Gdy usiadłam do stołu z przygotowanym posiłkiem, spokój zakłócił mi sygnał telefonu.

To Lea dzwoniąca na FaceTimie.

Od razu dotknęłam zielonej słuchawki i na ekranie pojawiła się dziewczyna. Prawdopodobnie znajdowała się jeszcze w swoim domu rodzinnym.

- Hej, Lilla, jesteś już u siebie? - zaczęła.

- Tak, tak. Właśnie usiadłam do kolacji. A co u ciebie?

- Jestem zmęczona tymi wszystkimi rzeczami związanymi z przeprowadzką. Niby już mam wybrane wszystko do kuchni i łazienki, ale nadal mnie to stresuje i zabiera całą energię - przyznała.

- Doskonale wiem, co czujesz. Ale powiem ci, że później niesamowicie to docenisz - próbowałam podnieść ją lekko na duchu .- Z tego, co widziałam na zdjęciach, będzie naprawdę pięknie.

- Mam nadzieję. - Usadowiła się głębiej na łóżku - Poza tym jak twoja zmiana? - kontynuowała.

- Dziś trochę się działo. Najpierw przyszedł twój brat, a potem jakiś chłopak, który później okazał się starszym studentem prawa. Zachowywał się bardzo miło, a na koniec zostawił karteczkę z numerem telefonu i podpisem. Znaczy to nieco dziwne, bo zamieniłam z nim parę zdań o uczelni i przeprowadzce, a on już oferuje mi pomoc i daje namiary na siebie. Ale okazał się przyjemną odskocznią - przyznałam, widząc, że dziewczynę serio zaintrygowało to, co mówię. - I z tego, co mi powiedział, jest stażystą u twojego brata, a co do niego to chyba nie był dzisiaj w najlepszym humorze.

- Musisz się do tego przyzwyczaić, bo bywa gburem. I obstawiam, że często przyjdzie ci go widywać, bo to jego ulubiona kawiarnia. Zawsze zamawia tam kawę na wynos i idzie dalej - odpowiedziała, a ja się zdziwiłam, bo przecież został w środku i zjadł do tego croissanta.

- No to dziś twój brat zmienił rytm i wypił kawę na miejscu, po czym, gdy wyjęłam świeże rogaliki, to zamówił jednego.

- Nie gadaj! On nigdy tego nie robi. Poza tym z tego, co wiem, to w godzinach pracy nigdy nie je czegoś takiego, co mogłoby zostawić na nim okruchy - oświadczyła naprawdę zdziwiona.

Szybko zmieniłyśmy temat jej brata, skupiając się na mniej ważnych sprawach. Rozmawiając z nią, wstawiłam zmywarkę i pralkę. W pewnym momencie na ekranie pojawił się również starszy brat przyjaciółki. Jak się okazało, właśnie opuszczał dom rodziców.

Pożegnałam się z nią tuż przed wejściem pod prysznic. Umyłam się szybko, czując narastające zmęczenie. Moją codzienną rutyną przed snem było picie ziołowej herbaty, więc teraz też to zrobiłam, przeglądając media. Gdy już miałam odkładać telefon i pójść spać, otrzymałam niespodziewaną i szokującą wiadomość:

Kontaktuję się z Państwem jako Wasz wykładowca przedmiotu: Powszechna historia państwa i prawa. W razie pytań zachęcam do kontaktu przez wiadomość lub e-mail.

Z poważaniem

Profesor Wydziału Prawa na Uniwersytecie Paryskim

Laurent Ferreira

ROZDZIAŁ PIĄTY

Lilliana

Minęły trzy tygodnie od otrzymania wiadomości od mojego profesora. I to jedyne, co do mnie napisał.

Przez natłok pracy i nauki dni mijały mi niesamowicie szybko. Tylko uczelnia, kawiarnia, dom i tak w kółko. Powoli kończył się październik, co zapowiadało ogromną imprezę halloweenową mającą odbyć się w jednym z paryskich klubów. Jak zdążyłam się dowiedzieć od Lei, co roku organizowali ją studenci z naszego uniwersytetu. Dlatego też miałyśmy tańsze wejściówki, a osoby z zewnątrz musiały zapłacić więcej. Ze względu na to, że impreza była już za dziesięć dni, miałyśmy przygotowany wstępny plan, za kogo się przebierzemy. Bo szłam tam z Leą. Po długich błaganiach dałam się jej namówić. Uargumentowała to faktem, że to idealna okazja, abym się rozerwała i poznała nowych ludzi.

Albo w końcu spędziła więcej czasu ze znajomym z uczelni, który nie odpuszczał i wyraźnie okazywał mi zainteresowanie. Tamtego dnia, kiedy pierwszy raz spotkałam się z Blaise'em, a on dał mi swój numer, nie napisałam do niego. Kompletnie o tym zapomniałam. Jego przypuszczenia, że trudno będzie się zobaczyć w trakcie zajęć na uczelni, się nie sprawdziły i nazajutrz wpadliśmy na siebie na korytarzu.

- Naprawdę tak szybko o mnie zapomniałaś? - zapytał rozbawiony, łapiąc mnie przed salą.

- Bez przesady - odpowiedziałam luźno, zarzucając torbę na ramię - ale prawda jest taka, że wróciłam zmęczona do domu i wyleciało mi z głowy, że miałam napisać. - W jakimś stopniu zrobiło mi się głupio.

Choć zupełnie nie powinno.

- To może tym razem dasz mi swój numer? Bo ja na pewno nie zapomnę, aby się do ciebie odezwać. - Wydawał się bardzo pewny siebie. - Mamy jeszcze chwilę do następnych zajęć, chyba że gdzieś ci się spieszy.

Nieco peszyła mnie jego bezpośredniość.

- Spoko, mam czas. - Spojrzałam jeszcze za siebie, by się upewnić, że Laurent nie zaprosił nas jeszcze do środka.

Bo to z nim miałam kolejny wykład.

- I... proszę. - Skończyłam wpisywać swój numer do jego kontaktów.

- Dziękuję, w takim razie do usłyszenia. - Obdarował mnie szczerym uśmiechem i wraz z nadchodzącą pełną godziną odszedł w stronę swojej sali.

I niemal w tej samej chwili drewniane masywne drzwi się otworzyły, a w progu stanął Laurent. Po raz drugi pozwolił sobie na człowieczy gest i przywitał nas ze spokojnym i delikatnym uśmiechem.

Weszłam do pomieszczenia, nadal lekko zdenerwowana. Profesor stał przy ogromnej tablicy i witał nowych studentów. Rękawy koszuli podwinął do łokci, a on sam wydawał się naprawdę rozluźniony.

Miałam jednak z tyłu głowy to, że był bratem mojej koleżanki i nie chciałabym, aby sobie pomyślał, że z tego tytułu oczekuję specjalnego traktowania. Moim celem pozostawało wtopienie się w tłum i udawanie, że widziałam go pierwszy raz na oczy.

Szybko zajęłam miejsce gdzieś pośrodku sali pomiędzy studentami. Wymieniłam się z nimi uprzejmymi uśmiechami i próbowałam chociaż trochę się rozluźnić.

Nieznany:

Miłego dnia, słodka, uważaj na wykładzie u profesora Ferreiry. Blaise

Zdziwiłam się użytym przez niego tak bezpośrednim zwrotem. Natomiast wiadomość sama w sobie była urocza i sprawiła, że chociaż na chwilę się uśmiechnęłam.

Podniosłam wzrok znad telefonu i spotkałam się ze spojrzeniem Laurenta. Ten wyhaczył, gdzie siedziałam, i wpatrywał się we mnie z poważną miną. Natychmiast mój uśmiech znikł, a ja rozejrzałam się po sali. Studenci jeszcze zajmowali miejsca, więc jawne korzystanie z telefonu było jak najbardziej w porządku, poza tym gdy jeszcze raz się rozejrzałam, to się przekonałam, że większość zgromadzonych trzymała w rękach urządzenia.

No i bez przesady. To nie podstawówka, gdzie mogliby nam tego zabronić.

Początkowo myślałam, że jego poważny wzrok został spowodowany tym, że chciał rozpocząć wykład, a ja nie uważałam. Ale to wykluczyłam, skoro drzwi sali pozostawały otwarte, a on wpatrywał się we mnie.

Opuściłam spojrzenie na smartfon. Na ekranie nadal wyświetlała się moja konwersacja z chłopakiem.

Lilliana:

Dobrze trafiłeś, bo zaraz zaczynam wykład. Miłego dnia.

Wyłączyłam telefon i zaraz po tym Laurent zamknął drzwi, dając tym samym znać, że rozpoczyna zajęcia.

***

Poranne oglądanie telewizji i jedzenie śniadania przerwał mi odgłos powiadomienia. Byłam prawie pewna, kto do mnie napisał, i moja intuicja się nie myliła.

Blaise:

Pamiętam, że dziś zaczynasz później, bo jest piątek. Zazdroszczę, ja siedzę tu od rana. Właśnie skończyłem wykład u Ferreiry. Coś dziś nie w humorze. Uważaj na niego. Miłego dnia.

Uśmiechnęłam się na otrzymaną wiadomość. Chłopak starał się codziennie rano wysyłać mi krótkie, miłe SMS-y i na końcu zawsze życzył miłego dnia. Robił to, od kiedy dałam mu swój numer. Pisał też często po zajęciach lub zwyczajnie wpadał do kawiarni, gdy miałam zmianę. Nie zachowywał się wobec mnie natarczywie i dawał mi przestrzeń, co bardzo doceniałam.

Lea za to uważała, że powinnam się z nim umówić, bo Blaise często pisze do mnie, gdy rozmawiamy czy gdzieś razem wychodzimy. Kilka razy zaproponował spotkanie, jednak przez natłok pracy i nauki musiałam odmówić.

Przeczytałam jeszcze raz wiadomość i odpisałam:

Lilliana:

Mam nadzieję, że poprawi mu się do czasu moich wykładów. Miłego dnia.

Odłożyłam telefon i poszłam do garderoby, aby wybrać ciuchy na dziś.

Dzisiaj naprawdę szybko kończyłam zajęcia, co okazało się dla mnie zbawieniem. To, że był piątek i zaczynałam o dziesiątej trzydzieści, a kończyłam o pierwszej, wydawało się wygraną na loterii. Pracę zaczynałam pół godziny po zakończeniu ostatnich wykładów i miałam cały wieczór dla siebie.

Oprócz tego miałam przed sobą długo wyczekiwane spotkanie z Leą w jej nowym mieszkaniu. Łazienka i kuchnia były już gotowe, a meble do reszty pomieszczeń miały zostać dowiezione jeszcze dziś.

Umówiłyśmy się, że jak skończę zmianę, to Laurent zabierze mnie do jej mieszkania. Początkowo nie było mi to na rękę, ale powiedziała, że on i tak ma po drodze, bo kończył wykłady o piątej trzydzieści wieczorem i bez problemu mnie przywiezie. Wspomniała też, że razem z przyjacielem potowarzyszy nam przez część wieczoru. Mieli nam pomóc z noszeniem i przesuwaniem ciężkich mebli.

To pierwsza taka sytuacja, kiedy przyjdzie nam spędzić razem więcej czasu, nie wspominając o wykładach. Podczas nich ewentualnie kogoś o coś zapytał, ale bardziej skupiał się na pojęciach i tłumaczeniu.

A ja, tak jak sobie obiecałam, trzymałam duży dystans.

Nie wiedziałam, jak powinnam się zachować w stosunku do niego. Może zwyczajnie nie odezwę się jako pierwsza i zobaczymy, co z tego wyniknie. Lea też wspomniała, że ma ochotę opić swoją przeprowadzkę do pierwszego własnego mieszkania. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to zamierzała spędzić tam tę noc i poprosiła, bym z nią została. Zgodziłam się. Ale jak to miało wyglądać, gdy w pobliżu znajdzie się jej brat, a mój wykładowca?

Uderzyłam się mentalnie w głowę, bo odniosłam wrażenie, że za bardzo to wszystko analizowałam.

Zaczęłam przygotowania do wyjścia i zdecydowałam się na przylegającą, czarną koszulkę z długimi rękawami oraz czarne, trochę luźniejsze dżinsy. Dodałam do tego złotą biżuterię. Później skierowałam się w stronę łazienki, by tam nałożyć makijaż. Podkreśliłam rzęsy, usta i policzki. Włosy tylko rozczesałam, ponieważ dzisiejsza pogoda zniszczyłaby każdą fryzurę. Na koniec spryskałam się perfumami, po czym spakowałam je do torby.

I ruszyłam do autobusu, który stał się nieodłącznym elementem mojej codzienności.

Blaise miał rację, gdy pisał mi o kiepskim humorze Laurenta. Profesor sprawiał wrażenie nieco zdenerwowanego i rozkojarzonego. Miałam z nim półtorej godziny wykładu, ostatniego w tym tygodniu.

Po zakończonych zajęciach sprawnie opuściłam uniwersytet. Trwała teraz długa przerwa, nazywana lunchową. Przez ten czas studenci jedli na uczelnianej stołówce albo chodzili do pobliskich kawiarni.

Szybkim krokiem poszłam do swojego miejsca pracy. Wpadłam do lokalu jak burza, bo się obawiałam, że zaraz zacznie padać, a chciałam uniknąć zmoknięcia. Weszłam jak zwykle do pomieszczenia przeznaczonego dla pracowników i przewiązałam się w pasie czarnym fartuchem oraz związałam włosy w niski kok. Z niemałą ekscytacją stanęłam za ladą i jak co dzień rozpoczęłam zmianę.

***

Dochodziła szósta wieczorem, gdy w lokalu pojawił się Laurent. W kawiarni zebrało się całkiem sporo ludzi ze względu na padający za oknem deszcz. Nie wiem, czy mężczyzna przyszedł tu po to, by mi pokazać, że na mnie czeka, czy miał w tym inny cel, ale zachowałam się tak, jak na pracownicę przystało, i stanęłam przy ladzie w oczekiwaniu na jego ruch. On chyba wiedział, o co mi chodzi, i pojawił się obok. W tym czasie zaczęłam wypowiadać standardową regułkę:

- Dzień dobry, czy mogę przyjąć zamówienie?

Na usta wkradł mu się lekki uśmiech, szybko go jednak zamaskował i powiedział:

- Dzień dobry, poproszę dwie jesienne herbaty na wynos.

Podniosłam na sekundę wzrok, aby sprawdzić, czy to naprawdę on.

Bo do tej pory nigdy nie zmieniał zamówienia.

A poza tym... dwie?

- Jasne, już robię. - Lekko rozbawiona, przeszłam do nalewania wrzątku do kubków i ozdabiania ich jesiennymi dodatkami.

W momencie gdy herbaty były gotowe, podałam mu je, a on zapytał:

- Za trzy minuty powinnaś kończyć pracę. Poczekać tu na ciebie czy mam iść do samochodu?

- Możesz poczekać - zdziwiłam się, że wymiana zdań szła nam tak swobodnie. - W zasadzie to już skończyłam, pójdę tylko po swoje rzeczy. - Wskazałam pokój socjalny, na co on kiwnął głową i stanął tak, aby nie przeszkadzać innym, popijając w tym czasie jeden z napojów.

W pomieszczeniu rozpuściłam włosy, spryskałam się perfumami, narzuciłam na siebie kurtkę i wyszłam. A prócz torby w ręku, z którą tu przyszłam, trzymałam jeszcze jedną rzecz.

Bukiet czerwonych róż.

A skąd on się tu wziął?

Blaise skorzystał z mojej dzisiejszej zmiany i gdy tylko przekroczył próg kawiarni, wszystkie oczy skierowały się na niego. Większość mogła pomyśleć, że pokaźnej wielkości bukiet czerwonych róż był dla jego drugiej połówki, ale nie tym razem.

Chłopak przyniósł go dla mnie.

I podarował mi kwiaty w momencie zamawiania kawy i croissanta tym razem na wynos. Nie wiem, czy spanikował, czy o co mu chodziło, ale z jednej strony wydało mi się to słodkie, a z drugiej krępujące. Spojrzenia klientów padły na mnie, a ja starałam się udawać, że nic się nie stało. Może w tym przypadku lepiej, że wyszedł od razu, niż żeby tu siedział i mnie zagadywał lub po prostu patrzył. Podziękowałam mu i szybko zaniosłam bukiet tam, gdzie leżała moja torba. A róże, pomimo tego, że ładne, nie zostały pozbawione grubych i ostrych kolców i przez to skończyłam z plastrami na dwóch palcach, a przez resztę dnia starałam się chodzić w lateksowych rękawiczkach.

Nie obyło się bez pytań od innych pracowników. "Od kogo to?" było chyba najbardziej niezręczne.

Ale liczył się gest, prawda?

Szybko jednak cofnęłam słowa o niezręczności, w jaką wprawili mnie moi współpracownicy. Najgorzej się poczułam, gdy zauważyłam minę Laurenta, widzącego mnie z kwiatami w ręku. Zastygł z kubkiem przy ustach, a na twarzy pojawił mu się dziwny grymas.

Podeszłam do niego ze sztucznym uśmiechem i gestem pokazałam, że możemy iść. Współpracownicy też zrobili zdziwione miny, gdy ujrzeli, z kim wyszłam. Opuściliśmy lokal i skierowaliśmy się w stronę rzędu aut. Jakie było moje zaskoczenie, gdy wraz z naciśnięciem kluczyka zapaliły się reflektory granatowego Porsche. Spojrzałam na mężczyznę przelotnie, nie dowierzając. Ale on nic sobie z tego nie zrobił i pokazał machnięciem ręki, że mam iść pierwsza. Gdy stanęłam obok drzwi pasażera, zaproponował:

- Wsadzić ci te róże do bagażnika?

- Poproszę - odpowiedziałam i podałam mu bukiet - uważaj na kolce - uprzedziłam szybko, gdy nasze dłonie się zetknęły.

I jak na zawołanie powędrował wzrokiem do opatrzonych palców.

- Naprawdę? - Jego pytanie przepełniała kpina.

Spuściłam niezręcznie wzrok, wiedząc, co miał na myśli. Na szczęście nie skomentował tego niczym więcej.

Nacisnął przycisk automatycznego zamykania bagażnika i ruszył w moją stronę.

- Proszę - otworzył przednie drzwi, jakby czytał mi w myślach, bo nie wiedziałam, gdzie powinnam usiąść. - Właśnie - rzucił nagle, jakby wyrwany z zamyślenia - to dla ciebie - wziął coś z dachu i zaraz przed moimi oczami pojawił się kubek herbaty, którą jeszcze przed chwilą sama robiłam.

Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem, zanim niepewnie chwyciłam naczynie.

- Mam nadzieję, że lubisz... - Wydawał się nagle speszony tym podarunkiem.

- Uwielbiam. - Moje serce zaczęło mocniej bić. - Dzięki - mruknęłam i szybko się odsunęłam od jego emanującej ciepłem sylwetki.

W niezręcznej ciszy zajął miejsce kierowcy i wpisał w GPS nową lokalizację mieszkania Lei.

- Byłeś tam już? - zapytałam, chcąc chociaż trochę zmniejszyć panującą między nami niezręczność.

- Nie - odparł zdawkowo i skupił się na drodze.

Super. Powracamy do dziwnego zachowania Laurenta.

Na szczęście moim zbawieniem stała się Lea, bo po kilku minutach jazdy w ciszy zadzwoniła do brata.

- Tak? - zaczął mężczyzna.

- Wyjechaliście już spod kawiarni? - odezwała się wyraźnie podekscytowana, a moje usta rozciągnęły się w uśmiechu.

Laurent, dostrzegłszy, że mocniej się rozluźniłam, też nieco zmienił ton.

- Tak, za pół godziny powinniśmy być.

- To dobrze. Mam nadzieję, że nie straszysz Lilli żadnymi nieprawdziwymi historiami o mnie...

- To źle, jeśli zdążyłem wspomnieć o twoim ataku na mnie i Michaela, gdy ten mnie odwiedził? - zapytał ze szczerym uśmiechem. Widziałam go u niego chyba po raz pierwszy. - Jezu, rzuciłaś się na nas bez powodu. - Przewrócił teatralnie oczami, a ja zaśmiałam się pod nosem.

- Miałam wtedy z dziesięć lat - wytknęła z udawanym oburzeniem.

- Nic złego na ciebie nie mówię. A teraz się rozłączam, niedługo będziemy - oznajmił, a ja spanikowałam, bo przecież do czasu telefonu panowało między nami niezręczne milczenie.

- Czekam - ostrzegła, zanim się rozłączył.

Nagle kubeczek z herbatą stał się dla mnie niezwykle interesujący. Bałam się spojrzeć na Laurenta, pomimo że ten co chwilę zerkał w moją stronę, a ja doskonale czułam jego wzrok.

Mógłby chociaż włączyć muzykę, aby jakkolwiek zagłuszyć tę nieprzyjemną ciszę.

- Od kogo są te kwiaty? - zapytał nagle, zbijając mnie zupełnie z tropu.

W jego głosie dało się usłyszeć spięcie. Wiedziałam, że starał się być miły, choć nie do końca mu to wyszło.

- Od takiego jednego kolegi... - zaczęłam.

- Blaise'a Morela? - wtrącił, a mnie zamurowało.

Skąd on mógł to wiedzieć? Jasne, widział nas wtedy, podczas krótkiej konwersacji w kawiarni, ale to tyle.

- Słucham? - zapytałam ze zdziwieniem i skierowałam na niego wzrok.

On w tym samym momencie spojrzał mi w twarz z niepewnością i stresem. Wywiercał we mnie dziurę brązowymi oczami, a ja przełknęłam ślinę. Laurent znacząco się spiął. Zacisnął mocniej ręce na kierownicy, oddech mu przyspieszył.

- A strzelałem, bo gdy cię ostatnio zagadywał, to cała kawiarnia słyszała. Poza tym, czerwone róże z kolcami? Trochę tan...

Przerwałam mu prychnięciem.

- Mógłbyś zachować odrobinę kultury i szacunku. Jestem pewna, że się starał i wybrał coś neutralnego, bo nie wie, jakie są moje ulubione kwiaty. Liczy się gest, który w tym przypadku okazał się bardzo miły. - Sprowadziłam go na ziemię i ujrzałam na jego twarzy jeszcze większy grymas.

- W takim razie jakie są twoje ulubione kwiaty? - Kompletnie zmienił temat, czym jeszcze bardziej mnie zszokował.

Co jest z nim nie tak?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Zirytował mnie swoją pouczającą gadką. Nie wiedziałam, co miała na celu.

- To jak? Z jakich kwiatów najbardziej byś się ucieszyła? - drążył znacznie milej.

Przewróciłam zrezygnowana oczami, a pamięcią powróciłam do Nowego Jorku i mamy. Miała w zwyczaju przynosić mi moje ulubione rośliny, gdy te poprzednie stawały się już nieświeże.

- Z piwonii - wyznałam cicho i niechętnie.

Na tym nasza rozmowa się zakończyła. Nie pojawił się temat studiów czy pracy. Laurent przybrał neutralną minę i do końca drogi do mieszkania Lei się nie odezwał. Tylko że tym razem zrobiło się jakoś zwyczajnie cicho. On swobodnie prowadził auto, a ja przyglądałam się pięknym widokom za oknem.

Podjechaliśmy pod dużą kamienicę, która okazała się bardzo schludnym i odnowionym budynkiem. Czekał tam już przyjaciel Laurenta - Michael. Mężczyzna wydawał się rówieśnikiem brata Lei. Był może trochę niższy, lecz posturą ciała przypominał swojego kumpla. Równie ciemne włosy miał zaczesane delikatnie do tyłu, a zarost idealnie przycięty.

Wróciłam na ziemię, gdy Laurent wyłączył silnik samochodu. Odpięłam pasy i zanim wyszłam z samochodu, zdążyłam zapytać:

- Czy te kwiaty mogą na razie zostać u ciebie w samochodzie? Nie chcę, żeby Lea się tym zaaferowała, bo to jej dzień. Opowiem jej o tym później. Wieczorem, zanim wrócisz do domu, to po nie zejdę. Choć może potrzebują wody... Niby przez te kilka godzin trzymałam je w wazonie, ale boję się, że nie dadzą rady do rana.

- Dam ci je dopiero jutro, gdy odwiozę cię do domu. Nie przejmuj się nimi, myślę, że przeżyją - zapewnił dziwnie zaangażowany.

- Ale nikt jeszcze nie powiedział, że jutro odwieziesz mnie do domu. Mam nogi i przejście do mieszkania piechotą mi nie zaszkodzi. Co do kwiatów, to pomyślimy wieczorem - odpowiedziałam trochę rozkojarzona, bo halo, od kiedy on przyznał sobie funkcję mojego szofera?

- Jednak nalegam...

- A ja nalegam, abyśmy wyszli z samochodu i zakończyli ten temat. Jutro postanowię, czy wrócę sama, czy skorzystam z podwózki, jeśli propozycja okaże się nadal aktualna - oświadczyłam dosadnie, na co on już się nie odezwał.

W momencie gdy wysiadłam, złapałam kontakt z przyjacielem Laurenta. Posłał mi delikatny uśmiech, co zresztą odwzajemniłam. Gdy miałam już wszystkie potrzebne rzeczy, skierowałam się w jego stronę.

- Lilliana Temblay, dzień dobry. - Podałam mu rękę, a on złożył na niej delikatny pocałunek.

- Michael Royer, przyjaciel i wspólnik Laurenta. Miło mi cię w końcu poznać - powiedział z podejrzanym, ale sympatycznym uśmiechem.

Nie do końca zrozumiałam, dlaczego dodał "w końcu". Może Lea coś mu o mnie opowiadała, bo wiedziałam, że czasami widują się na jakichś imprezach. Nie umknęło mi też, że Laurent dziwnie się spiął, gdy jego kolega musnął moją skórę. W żaden sposób tego nie skomentował, tylko dał nam czas na krótkie zapoznanie. Pomachałam, że możemy iść na górę. Rozluźniłam się trochę po poznaniu Michaela i z pozytywnym nastawieniem ruszyłam w stronę dużych, czarnych drzwi wejściowych. Mężczyźni przepuścili mnie w progu i kazali kierować się na ostatnie piętro.

Dobrze, że dołączył do nas Royer, bo przynajmniej ta niezręczna atmosfera pomiędzy mną a panem profesorem marudą nie zapanuje na stałe.

A tym samym nie wątpiłam, że dzisiejsze towarzystwo dwóch panów zapowiadało się ciekawe.