Hiacynt - Paweł Kurczab

Reflow text when sidebars are open.
Budzik zadzwonił jak zwykle o szóstej czterdzieści pięć. Kamil leżał jeszcze chwilę i w końcu leniwie zwlekł się z łóżka. Za oknem już świtało, ale kiedy wyjrzał przez okno swojego mieszkania, bloki na osiedlu robiły wrażenie szarych, śpiących betonowych słupów. Wszechobecna szarość wpływała bardzo depresyjnie.
"Kolejny nijaki dzień", pomyślał. "Dobrze, że jutro piątek i w końcu dwa dni wolnego". Włączył radio. Jak zawsze program trzeci. Grali Jestem kobietą Maanamu. Chwilę się zadumał i pomału zrobił śniadanie. Zjadł dwie kanapki z paprykarzem szczecińskim[1], który uwielbiał od dziecka, a potem dokładnie wyszczotkował zęby.
"Całe szczęście, że nie muszę się golić, bo tego nienawidzę", pomyślał. Golił się zawsze wieczorem, żeby mieć kilka dodatkowych chwil rano.
W drodze do pracy mijał miejskie więzienie przy Kaszubskiej. Ponieważ okna cel wychodziły na ulicę, zawsze, nawet wcześnie rano, stały na niej różne kobiety, które chciały przekazać wiadomości do swoich mężów, ojców, synów i kochanków. Chociaż okna cel były umieszczone dosyć wysoko, to pomimo wielkiego muru wszystko było dobrze widoczne z jednej i drugiej strony. Niektóre z kobiet krzyczały wprost z ulicy, a mężczyźni z okien cel im odpowiadali.
Jedna z nich, na oko po czterdziestce, biednie ubrana i źle umalowana, krzyczała:
- Ania wczoraj urodziła. To chłopiec. Odwiedzą cię za tydzień. Darek dostał czwórkę z polskiego. Kochamy cię i czekamy!
"Boże jakie to chore. Jak można się tak szmacić. Czy ci ludzie nie mają za grosz godności? Pieprzona patologia", przeszło mu przez głowę.
W drodze do pracy kupił bułki na drugie śniadanie w swojej ulubionej piekarni, gdzie o tej porze nie było jeszcze kolejki. Na ulicach było coraz więcej ludzi, a samochody, autobusy i tramwaje poruszały się sprawnie jak wcześniej nakręcony mechanizm w starym zegarku. Na chodnikach codziennie te same dziury, które trzeba było omijać sprawnym krokiem. Stare poniemieckie kamienice okres świetności miały już za sobą dawno temu. Teraz odpadał z nich tynk i wymagały generalnego remontu. Twarze ludzi, których Kamil mijał na ulicy, były smutne i posępne. Było dość chłodno i w powietrzu było czuć pomału nadchodzącą zimę. Ospały Szczecin powoli budził się do życia.
Kiedy dotarł do budynku WUSW[2], na korytarzach pomimo wczesnej pory pracownicy gorączkowo biegali od pokoju do pokoju. Pracował tu od kilku miesięcy dzięki koledze ojca, który był zatrudniony w jednym z wydziałów. Kiedy Kamil skończył studia, zaproszono go na rozmowę, i tak został zwerbowany. Nigdy za bardzo się nie zastanawiał nad moralną stroną tego co robi. Pracował przecież dla kraju, a swoją pracę wykonywał tak jak najlepiej potrafił.
Sam budynek był wielkim gmachem w starym poniemieckim stylu. Przed wojną podobno mieścił się tu Urząd Morski, a po wojnie najpierw był tutaj Urząd Mieszkalnictwa Ziem Odzyskanych, a później przeniesiono tu całe WUSW. Budynek pamiętał czasy dawnej znakomitości - ogromne brązowe dębowe drzwi do każdego pokoju ze zdobionymi klamkami, wysokie sufity i korytarze ciągnące się w nieskończoność. Kamil nigdy nie był pewien, ile dokładnie jest pokoi w budynku. Raz słyszał, że dwieście dziesięć, innym razem, że tylko sto siedemdzisiąt. W budynku mieściło się osiem departamentów. W każdym z nich były po cztery wydziały. Pod każdy wydział podlegały też poszczególne sekcje od A do F.
Wydziały na pierwszym piętrze wykonywały czynności operacyjno-rozpoznawcze, na drugim administracyjno-prawne, a na trzecim operacyjno-techniczne. Każdy departament zatrudniał od osiemdziesięciu do stu osób. Wszystkie departamenty ściśle współpracowały z MO, ZOMO[3] i ORMO[4].
Kamil oficjalnie był na etacie funkcjonariusza MO, ale ze względu na charakter i miejsce pracy niewiele miał wspólnego ze zwykłym funkcjonariuszem.
Po okazaniu swojej legitymacji w końcu dotarł do Wydziału B, w którym pracował od niedawna. Wchodząc do biura, od razu natknął się na swojego kolegę Roberta, który pracował przy sąsiednim biurku. Robert miał trzydzieści pięć lat, zielonoszare oczy i przerzedzone blond włosy. Był żonaty i miał dwójkę dzieci. Rzadko rozmawiali o sprawach prywatnych, najczęściej o sporcie i samochodach. Dobrze im się razem pracowało, ponieważ obydwoje byli pilni i skrupulatni, opracowując akta, a Robert chętnie służył pomocą ze względu na dłuższy straż pracy.
Kiedy Kamil spostrzegł stertę nowych teczek na biurku, pomyślał, że znowu zapowiada się jeden z bardziej pracowitych dni w tym miesiącu.
- Cześć, jak tam?! - krzyknął Robert.
- Znowu tutaj, jak widzisz. - Kamil zaśmiał się.
- Stary cię do siebie wzywa na ósmą trzydzieści - powiedział Robert, poprawiając sobie but.
- Mnie? A po co?
- Nie wiem. To chyba będzie związane z naszą akcją skierowaną na tych innych. Przecież wiesz, co się szykuje na piątek.
Stary siedział w fotelu tyłem do okna i przeglądał codzienna prasę: "Trybunę Ludu" i "Głos Szczeciński". Miał około sześćdziesięciu lat, znaczną nadwagę i ciągle śmierdział potem. Na sobie miał jak zawsze tę samą szarą wytartą marynarkę, która nie była czyszczona co najmniej od roku. Był prawie łysy. Na twarzy wystawały mu dwie brodawki. Jedna pod okiem, a druga przy ustach - które zawsze obrzydzały Kamila. Dodatkowo, kiedy coś mówił lub tłumaczył, pluł na boki i chyba dlatego zawsze kojarzył się Kamilowi z Chruszczowem[5].
- A to ty, Adamski - odpowiedział stary, odkładając gazetę na bok. - Siadajcie. Mamy tu wasze akta. - Stary otworzył teczkę Kamila. - Zdolny i inteligentny absolwent socjologii Uniwersytetu Szczecińskiego, metr siedemdziesiąt osiem wzrostu, szatyn, oczy piwne, lubiący sport, szczególnie siatkówkę. Trzy razy w tygodniu treningi w hali Stali Stocznia. Od pierwszego roku liceum w ZSMP[6], gdzie zdobyliście liczne pochwały i nagrody za swoją działalność. Członek partii od ponad trzech lat. Jak na razie kawaler. Piszecie bardzo dobre felietony do naszej gazetki na temat wzrostu poziomu życia naszych obywateli. Takich ludzi nam trzeba i o takich ludzi dbamy - podkręcał stary. - A jak się mieszka w nowym mieszkaniu? - zapytał, nagle zmieniając temat.
- Dziękuję, dobrze, choć to dopiero trzy miesiące - wykrztusił zaskoczony Kamil. - Jestem bardzo zobowiązany, że wydział pomógł mi w tak szybkim przydziale.
Kamil był zły na samego siebie, że musi się tak płaszczyć przed starym, ale wiedział, że otrzymanie przydziału na kawalerkę w ciągu trzech miesięcy oczekiwania było kompletnie nierealne dla zwykłego obywatela.
- Tak jak już mówiłem, takich ludzi nam trzeba - powtórzył stary, uważnie przyglądając się Kamilowi. - Mamy od jutra, jak wiecie, Adamski, akcję "kwiat"[7]. Na rozkaz najwyższego będziemy zakładać teczki wszystkim pedałom w naszym mieście. Będą to bardzo pracowite dni, bo naliczyliśmy tej swołoczy u nas około dwóch tysięcy. - Mówiąc te słowa, stary się skrzywił. - Będziemy pytać o kontakty, znajomości, partnerów, pracę i szczegóły z życia seksualnego. Wy jesteście u nas dopiero od pół roku, ale mamy dla was, jakby to powiedzieć, zadanie specjalne.
- Co to za zadanie? - zapytał Kamil zupełnie zaskoczony takim obrotem sprawy.
- Ponieważ byliście bardzo dobrzy w zapamiętywaniu oraz testach i ćwiczeniach na spostrzegawczość, chcemy, abyście jutro rano w komendzie MO siedzieli na korytarzu pomiędzy wezwanymi i zapamiętywali twarze, numery telefonów, imiona i nazwiska, a także podsłuchiwali, o czym rozmawiają. Pewnie będą bardzo przestraszeni, więc jeden z drugim zaczną gadać. Poza tym oni mniej więcej się wszyscy znają, bo to bardzo hermetyczne środowisko. Takie elementy mogą być niebezpieczne dla naszego ustroju, a niektórzy z nich mają kontakty z obcokrajowcami, bo to zwykłe męskie prostytutki. Poza tym trzeba ograniczyć i zapanować nad tą hałastrą, bo jeszcze AIDS będzie nam się tu szerzyć w zdrowym pracującym kolektywie narodowym - nawijał stary zadowolony sam z siebie. - Wielu z nich pójdzie na współpracę, bo ukrywają się ze swoimi skłonnościami w domach, zakładach pracy czy uczelniach. Za dużo nie rozmawiać, raczej słuchać. Przesłuchania będą trwały kilka dni. Pod koniec dnia napiszecie wszystko, co zapamiętaliście, i przekażecie Markowskiemu z Wydziału B1. To wszystko. Możecie iść - zakończył, spoglądając na zegarek. - Aha, od jutra nazywacie się Andrzej Górecki. Uczeszcie się jakoś inaczej i nie golcie przez kilka dni, tak na wszelki wypadek.
Wracając do domu, Kamil zauważył swojego sąsiada wychodzącego z klatki schodowej. Był on całkowicie niewidomy i mieszkał z żoną obok jego drzwi. Miesiąc temu urodziło im się dziecko. Chociaż był niewidomy, codziennie chodził do pracy w przychodni, gdzie pracował jako masażysta. Kamil był pełen podziwu dla nich obu, że pomimo przeciwności próbują normalnie żyć. Czy on w sobie kiedykolwiek znalazłby taką determinację? - zastanawiał się przez chwilę. Zawsze przecież wolał iść po linii najmniejszego oporu.
Jeszcze po powrocie do domu myślał chwilę o swoim jutrzejszym zadaniu. Czy homoseksualiści są naprawdę tacy niebezpieczni, jak mówił stary? Po co to wszystko? Przecież będziemy wyglądać niepoważnie, pytając o ich seks.
Jeśli chodzi o homoseksualistów, Kamil nie miał jakiejś awersji. Raczej byli mu obojętni. Uważał, że jest ich chyba bardzo mało, bo rzadko ich widać i zresztą nikt z jego znajomych taki nie był. Jedynie skojarzenia, jakie miał, to filmy Czterdziestolatek i Wielka Majówka. "Cóż", pomyślał, "zadanie jak każde inne i trzeba je wykonać". I tak był przygotowywany do dużo gorszych zadań w czasie wyjazdów i szkoleń. Przed zaśnięciem włączył jeszcze na chwilę radio:
Ktoś znów wczoraj mówił mi:
Trzeba przecież kochać coś, by żyć
Mieć gdzieś jakiś własny ląd
Choćby o te dziesięć godzin stąd
Wciąż jestem obcy
Zupełnie obcy tu - niby wróg...
Słuchając przez chwilę Lady Pank, zamyślił się. W końcu poczuł się bardzo zmęczony, wyłączył radio i poszedł spać.
Komenda Główna Milicji, ul. Mazurska w Szczecinie
W komendzie od rana panowało zamieszanie. Dokładnie o ósmej zero zero zaczęto przywozić pierwsze osoby na przesłuchania. Kamil około ósmej dwadzieścia wyszedł niepostrzeżenie z toalety i usiadł na ławce pomiędzy czekającymi. Co rusz nowe nyski z napisem MO dowoziły kolejne osoby. O ósmej trzydzieści wczytano pierwsze nazwisko i poproszono do pokoju nr 5. Z twarzy dowiezionych można było wyczytać zaskoczenie, strach, wstyd, zmieszanie i zwątpienie. Był to cały przekrój społeczeństwa - od mężczyzn w podeszłym wieku do akademickiej młodzieży. Niektórzy mieli na sobie uniformy typowe dla stoczniowców, inni zwykłe codzienne ubrania. Byli i tacy którzy mieli nienaganne skrojone garnitury szyte na miarę, a dwie osoby były w białych fartuchach lekarskich. Widać było, że niektórzy z nich się znają, bo wymieniali porozumiewawcze spojrzenia.
Kamil starał się zachowywać naturalnie, choć serce zaczęło mu szybciej bić i w końcu z nerwów zaczął obgryzać policzki. Policzki obgryzał od dziecka zawsze w stresowych sytuacjach. Kiedyś miał nawet specjalny wkładany plastikowy aparacik, ale po miesiącu noszenia nauczył się obgryzać je już z aparacikiem, a później i tak cały pogryzł. "Kurwa! Co ja tu robię, pośród tych wszystkich odmieńców", pomyślał wkurzony. "Czemu akurat to mnie wytypowali? Szlag by to trafił!".
Kamil nigdy nie palił i do papierosów miał stosunek całkowicie obojętny, ale dla rozładowania napięcia postanowił zapalić. Wstał podszedł do okna i zapytał szpakowatego mężczyznę około pięćdziesiątki o papierosa:
- Przepraszam, czy mógłbyś mnie poczęstować papierosem?
- Jasne, czemu nie - odpowiedział szpakowaty, odwracając się od okna.
Kamil podziękował za papierosa i pomału zaczął palić bez zaciągania się. "Kurde żebym się tylko nie zakrztusił, bo będzie siara i się jeszcze kapną, że jestem podstawiony. Za wszelką cenę nie skupiać na sobie uwagi", przypomniał sobie.
- Co to za akcja? Po co nas tu przywieźli? - zapytał szpakowaty.
- Nie wiem. Czekam tak jak wszyscy. - Kamil starał się odpowiedzieć jak najbardziej naturalnie.
- A długo czekasz?
- Jakieś pół godziny.
Nagle uchyliły się drzwi jednego z pokoi i wyszedł pierwszy przesłuchany. Był to szczupły mężczyzna dobrze po trzydziestce, wysoki i ścięty na jeżyka. Miał bardzo zgaszoną minę, tak jakby przed chwilą usłyszał coś przykrego.
- O co pytają? - zapytał młody chłopak stojący najbliżej drzwi.
- Nie tutaj, idę do kibla - odpowiedział wychodzący.
Trzy osoby z korytarza podążyły za pierwszym przesłuchanym. Kamil dyskretnie dołączył do grupy. Kiedy załatwiał się w toalecie usłyszał:
- Wydaje się, że to jakaś większa akcja. Pytali o pracę, znajomych i czy mam kontakty z podziemiem. Pytali także, czy mam znajomych za granicą, a na koniec kazali mi napisać jakieś kretyńskie oświadczenie o moich partnerach. Kurwa, to wszystko jest chore!
- Po co to wszystko? - zapytał ktoś z grupy.
- Nie wiem. Może kogoś szukają? - odpowiedział przesłuchany.
Kamil starał się wolnym i naturalnym krokiem wrócić na korytarz. Wiadomości z toalety szybko rozeszły się wśród czekających na korytarzu. Nastąpiła dziwna cisza, a rozmawiające wcześniej osoby zamilkły. Kilka minut po dziesiątej przywieziono ostatni transport tego dnia. Na korytarz weszło około dwudziestu nowych osób. W pewnym momencie na korytarzu przebywało ponad sto osób i ponownie zrobiło się głośno od rozmów.
"Jak ja mam tu zebrać jakieś informacje? Mam ochotę stąd uciec", pomyślał.
Kilka osób z nowo przybyłych usiadło na ławce naprzeciwko Kamila. Ostatni z nich, blondyn średniego wzrostu o niebieskich oczach, spojrzał z zaciekawieniem prosto na Kamila. "Cholera, pewnie mnie skądś kojarzy", przestraszył się Kamil i zaczął udawać, że czyta gazetę. Po chwili czytania nie wytrzymał i znów się spojrzał na nieznajomego. Ich oczy ponownie się spotkały, a Kamil poczuł się jakoś dziwnie. Chyba nigdy w życiu się tak jeszcze nie czuł. Było to zmieszanie, zawstydzenie i dziwne podekscytowanie zarazem. Był szkolony do różnych sytuacji, ale ta była jakaś zupełnie inna.
Wstał energicznie i stanął przy oknie, tak aby widzieć nieznajomego, nie patrząc mu w oczy. On ubrany był w spodnie dżinsowe, raczej krajowej produkcji, chyba z Odry, brązowe adidasy i bordową koszulę. Na ręku trzymał przewieszoną ciemnozieloną kurtkę z ortalionu. Miał ostre, męskie rysy twarzy, wysportowaną sylwetkę, i Kamil pomyślał, że pewnie podobał się kobietom. Po chwili zastanowienia zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie zwrócił w taki sposób uwagi na żadnego faceta. Po wciągnięciu kilku głębszych wdechów przeszedł się po korytarzu w stronę wyjścia i z powrotem. Poczuł, że ręce lekko mu się spociły. Większość oczekujących na korytarzu miała bardzo przestraszone i zrezygnowane miny. Spojrzał na zegarek, dochodziła trzynasta. Niespodziewanie otworzyły się drzwi pokoju nr 4.
- Następny: Andrzej Górecki.
Kamil ostatni raz spojrzał w stronę nieznajomego. Ich spojrzenia ponownie się spotkały, a blondyn lekko się uśmiechnął.
- Na dzisiaj to koniec, zdejmujemy was. Możecie iść do domu - usłyszał od jednego z dwóch milicjantów siedzących za biurkiem. Przez chwilę myślami był jeszcze na korytarzu i nie bardzo docierało do niego, co powiedział funkcjonariusz.
- A, rozumiem - wykrztusił z siebie Kamil.
- Zresztą i tak zaraz kończymy z tymi pedrylami - dodał. Drugi policjant był wyraźnie rozbawiony. - Aha, wyjdźcie przez te drzwi na tyły komendy, tak żeby was nikt nie widział. Dalej już wiecie sami.
Komenda Główna Milicji, ul. Mazurska w Szczecinie
przesłuchujący - kapitan Cegielski
notujący - podporucznik Tokarczuk
przesłuchiwany - Zbigniew Fabisiak
W pokoju przesłuchań mieściły się dwa biurka i cztery krzesła. Stare, żółte zasłony nie przepuszczały prawie wcale światła dziennego, a podłoga wyłożona zwykłą szarą płytką PCV nadawała jeszcze bardziej mroczny charakter temu miejscu. Na każdym biurku stała czarna lampka i telefon.
Cegielski pił kawę i palił papierosa. Tokarczuk pisał wszystko na starej maszynie Łucznik. Młody podporucznik wyglądał dokładnie jak kopia starszego kapitana. "Podobne mundury i dwie tak samo zblazowane twarze", pomyślał Fabisiak, wchodząc do pokoju.
KARTA HOMOSEKSUALISTY
- Imię i nazwisko?
- Zbigniew Fabisiak.
- Imiona rodziców?
- Adam i Maria.
- Wiek?
- 47 lat.
- Adres?
- Santocka 16/2, 71-083 Szczecin.
- Zawód?
- Aktor.
- Miejsce pracy?
- Teatr Współczesny w Szczecinie.
- Od kiedy?
- Od 1976 roku.
- Najbliższa rodzina, żona, dzieci?
- Nie mam, jestem kawalerem.
- Co wy, Fabisiak, pieprzycie! Czterdzieści siedem lat i kawaler! Lepiej przyznajcie, że chłopów wolicie! - wrzasnął Cegielski.
Notujący policjant zaśmiał się cicho.
- Moje życie to moja prywatna sprawa - próbował odpyskować Fabisiak.
- No, no, tylko nie podskakujcie! - krzyknął przesłuchujący. - My też o was sporo wiemy. O waszym romansie z Komornickim huczał cały teatr, dopóki tamten nie uciekł do Berlina. O zaczepianiu nieletnich w parku Kasprowicza już nie wspomnę. Oj, mamusia nie byłaby pocieszona, gdyby się dowiedziała, jaki z was zbok! Przecież macie już tylko ją, a i ona słabego zdrowia. Taka wiadomość przecież by ją zabiła. Poza tym - ciągnął dalej Cegielski z sadystyczną satysfakcją - dyrektor teatru, Paprocki, też by chyba nie chciał trzymać dłużej takiego wykolejeńca u siebie. Wiecie, w tym wieku dostać się do innego teatru będzie ciężko - zawiesił głos. - W gruncie rzeczy to dosyć małe środowisko.
- Jaki typ facetów wolicie? - po jakimś czasie zapytał rozbawionym tonem Cegielski. - Chociaż, jak tak na was patrzę, to chyba wszystko, jak leci.
Notujący policjant z sąsiedniego biurka parsknął śmiechem.
- A w łóżku to robicie za babę czy za faceta? - pastwił się dalej.
Notujący policjant śmiał się już głośno bez żadnego skrępowania. Fabisiak nie odpowiadał na pytania, a łzy same napływały mu do oczu. Nigdy jeszcze nie czuł się taki upodlony i upokorzony. Czuł, że odebrano mu ostatnią cząstkę siebie. Tak jakby ktoś napluł mu prosto w twarz.
- A jakie role ostatnio graliście?
Fabisiak dalej milczał.
- Ej, odpowiadaj, jak pytam, bo to się źle skończy dla was - zagroził Cegielski z miną triumfatora.
- Kamerdynera w Ślubach panieńskich i Dyndalskiego w Zemście - odpowiedział Fabisiak, prawie płacząc.
- To chyba nie są główne role, tylko jakieś drugoplanowe. Nigdy nie graliście jakiejś głównej roli? - zapytał z kpiną w głosie Cegielski.
- Na razie nie, wszyscy mówią, że jestem najlepszy w rolach drugo i trzecioplanowych.
- No, no, czterdzieści siedem lat i żadnej głównej roli, to chyba z wami coś nie tak?
Drugi policjant znów zaśmiał się ironicznie.
- A kiedy ostatni raz się widzieliście z Komornickim?
- Nie pamiętam, to było dawno, jeszcze przed jego wyjazdem do Berlina.
- A listów nie pisał?
- Nie.
- A jakąś wiadomość przez wspólnych znajomych?
- Nie, nic.
- Coś mi się nie chce wierzyć, bo widziano go w Szczecinie dwa miesiące temu. Wiemy, że miał powiązania z wrogim elementem naszego narodu. W jego domu po ucieczce do Berlina znaleziono bibułę[1]. Takich jak on należy tępić - syczał Cegielski przez zęby. - Pamiętajcie, bywacie w różnych środowiskach i znacie różnych ludzi, jak usłyszycie coś ważnego, to od razu meldować bezpośrednio do mnie. To wszystko na dzisiaj. Napiszcie oświadczenie i możecie iść.
Młodszy policjant podał Fabisiakowi kartkę z gotowym oświadczeniem i długopis.
Niniejszym oświadczam, że ja, Zygmunt Fabisiak, jestem homoseksualistą od urodzenia. Miałem w życiu wielu partnerów, wszystkich pełnoletnich. Nie jestem zainteresowany osobami nieletnimi.
- Dlaczego ja mam to podpisać? - oburzył się lekko Fabisiak.
- A co mam was wsadzić za pedofilię, tego chcecie? Jak by koledzy z celi się dowiedzieli, żeś parówka, i zacząłbyś wymachiwać torebką, to dwóch dni byś tam nie wytrzymał.
Obydwaj milicjanci wybuchnęli gromkim śmiechem. Fabisiak podpisał dokument, wstał i skierował się do wyjścia.
- Aha, jeszcze zdjęcie i odciski palców w pokoju obok, potem jesteście wolni.
Po wyjściu Fabisiaka Cegielski wykręcił numer centrali.
- Połączcie mnie z Paprockim, dyrektorem Teatru Współczesnego i powiedzcie, że to sprawa pilna...
Mieszkanie matki Kamila, Szczecin-Załom
Jadąc pociągiem osobowym do stacji Szczecin-Załom, Kamil zastanawiał się, czy mógłby nadal tu mieszkać z matką i dojeżdżać codziennie do pracy, gdyby nie miał własnego mieszkania. Kiedy wysiadł na małej stacji, wszystko wydawało mu się stare i zapyziałe. Przechodząc przez osiedle starych bloków, dziwił się, jak mógł tutaj wytrzymać całe dzieciństwo i młodość? Teraz wszystko go drażniło, wydawało mu się obce, a ze znajomymi z dawnych lat kontakt miał sporadyczny. Osiedle kilku szarych czteropiętrowych bloków z płyty niedaleko lasu wciąż wyglądało tak samo.
- Mój czas tutaj już się skończył - szepnął.
Kiedy wszedł do mieszkania, ucałował matkę, a mały kundelek Mika skakał z radości. Kamil pogłaskał suczkę pieszczotliwie, a ona polizała go po ręce.
- Kto by pomyślał, że tak szybko założą ci telefon - cieszyła się matka. - Niby nie mieszkamy tak daleko od siebie, a ja cię widzę tylko raz w miesiącu na niedzielnym obiedzie. Teraz przynajmniej zadzwonisz częściej. Źle wyglądasz, schudłeś, co ty jesz na co dzień? - nawijała jak katarynka. - Kobita by ci chociaż obiad porządny ugotowała - dodała zasmucona.
- Oj, mamo, mówiłem przecież, że w pracy mamy bardzo dobrą stołówkę zakładową. Głodny nie chodzę.
- No siadaj, siadaj, już przynoszę zupę. Zrobiłam grochówkę, taką, jak lubisz, z dużą ilością kiełbasy. A jak tam w pracy?
- W pracy po staremu, coraz więcej dokumentów do opracowania. Na razie bez zmian. W połowie grudnia mam kilkudniowe szkolenie w Krakowie i po nowym roku chyba przeniosą mnie do innego działu, chociaż to jeszcze nic pewnego.
- A co byś robił?
- W sumie to samo, ale więcej bym pracował z ludźmi na zewnątrz, bo teraz to tylko same papiery obrabiam.
- Smakowało? - Matka zabrała talerz i poleciała do kuchni. - Idę po schabowe. Zrobiłam po twojemu, z dużą ilością zasmażki i do tego ogóreczek kiszony. - Uśmiechnęła się. - Siedzisz tak sam w tym mieszkaniu, w końcu byś sobie jakąś babę znalazł. Nie nudno ci na co dzień? - nie odpuszczając, drążyła temat.
- Nie, czasami po pracy wychodzę z kolegą z biura na piwo, no i trzy razy w tygodniu siatkówka. W soboty chodzimy z chłopakami z drużyny na dancingi do Bosmańskiej - podkolorował Kamil. Na dancingu był dwa razy i wcale mu się nie podobało. - A ty jak się czujesz, mamo? - zmienił temat.
- Cóż, ja już młoda nie jestem, zdrowie już nie to. Lekarz znowu mi zmienił tabletki na nadciśnienie. Myślałam, że przed śmiercią jeszcze wnuki pobawię. Czemuś ty się z tą Beatką rozstał, do dzisiaj zachodzę w głowę. Przecież byliście ze sobą ponad trzy lata i tyle razy spała tutaj. Byłam pewna, że to ona będzie moją synową, a i ojciec przed śmiercią bardzo ją polubił.
- Oj, mamo, dajże spokój. Nie było nam po drodze razem, to się rozstaliśmy. - Cała ta rozmowa z matką zaczęła go lekko irytować.
- Spotkałam ją jakiś czas temu na ryneczku i pytała, co u ciebie. Może byś się do niej odezwał? Masz już własne mieszkanie z telefonem i dobrą pracę. Ojciec, gdyby żył, byłby z ciebie taki dumny... - Zasmuciła się przez chwilę.
- Jestem teraz zapracowany i nie mam czasu na żadną żeniaczkę, a mama tyko mi głowę truje.
- Nie, ja tylko tak, bo się o ciebie martwię.
Kiedy Kamil skończył jeść, rozejrzał się po pokoju. Od lat nic się tu nie zmieniło. Stary rubin, na którego ojciec dostał talon w 1979 roku, stał jak zawsze pod oknem. Ciemnobrązowy stół, ciężkie teatralne bordowe zasłony oraz meblościanka goleniowska na wysoki połysk z orzechowym wytartym dywanem przypominały mu jego młodość i liczne imprezy rodzinne.
- Czekaj, przyniosę sernik. Resztę i tak dam ci do domu, bo sama tego nie przejem. - Matka kursowała pomiędzy pokojem a kuchnią.
- Jezu, ale pachnie.
- Tak, tak, dałam dużo olejku rumowego i rodzynków, tak jak zawsze lubiłeś.
- Dziękuję. - Uśmiechnął się, przyglądając się matce. Trochę się roztyła na starość, a na twarzy pojawiły się nowe zmarszczki. Lekko popalona trwała i farbowane, brązowo-kasztanowe włosy, dodawały jej tylko uroku. Ubrana była jak zawsze w tą samą granatową sukienkę, na której miała przewiązany kuchenny biały fartuch.
- A telewizor działa?
- Tak działa, ale co ja tam oglądam, tylko dziennik i czasami film, bo wcześnie idę spać. Dobrze, że mam psa, to chociaż na spacery nie chodzę sama.
- Mamo, a znałaś kiedyś jakiś homoseksualistów? - Kamil starał się zadać to pytanie tak naturalnie, jak tylko potrafił.
- Ja chyba nie, a czemu pytasz? - zaniepokoiła się matka.
- Nie, tak tylko pytam, bo czytałem ostatnio taki artykuł.
- A zaraz. Ojciec mówił kiedyś, że ten pan Waldek, co miał koło nas działkę, to jest z takich. Faktycznie on nigdy nie miał żony i nie widziałam go nigdy z żadną kobietą - zadumała się. - Raz też Staszek, ten ojca kolega, opowiadał, że u nich w stoczni był taki, co sobie usta nawet malował, ale długo to on tam nie popracował. - Uśmiechnęła się. - Biedni ludzie. Trzeba ich leczyć. Chociaż pamiętam, że ten pan Waldek był bardzo sympatyczny i pomocny. Aha, byłabym zapomniała, Karolina spod szóstki, ta, z którą chodziłeś do klasy, urodziła córeczkę i chciała cię zapytać, czy nie zostałbyś chrzestnym dziecka. Czy mogę dać jej twój numer? - Trochę zaskoczyła go ta sytuacja, bo Karoliny nie widział już jakiś czas.
- Tak, niech mama da, ale nie chce mi się bawić w takie rzeczy.
- No co ty, dziecku się nie odmawia, poza tym to tylko formalność. Ty swojego chrzestnego przecież widziałeś chyba ze trzy razy w życiu. Przemyśl to.
- Co prawda to prawda.
- A ten Andrzej spod jedenastki ma już drugie dziecko. Ona urodziła jakieś dwa miesiące temu, ale zapomniałam ci powiedzieć, jak byłeś ostatnio. Kto by pomyślał, przecież on jest od ciebie rok młodszy. Ciotka Jadźka też ciągle pyta: kiedy w końcu Kamil się ożeni?
- No nic, pomogę mamie pozmywać i będę leciał. - Kamil zrobił się lekko nerwowy, czując, że jego czas się tutaj kończy, bo rozmowa się będzie kręciła tylko wokół jednego.
- Nie trzeba, sama pozmywam. Nie lubię, jak mi się ktoś kręci po kuchni. Już idziesz? Przecież dopiero zjadłeś - zdziwiła się.
- Tak, muszę jeszcze przygotować jedną rzecz na jutro do pracy, tutaj zostawiam to, o co prosiłaś: kawę, czekoladki i szynkę.
- Dziękuję. Jakie skarby! - Przytuliła go.
- Zadzwonię w tygodniu.
Kamil pocałował matkę, pogłaskał Mikę i wyszedł szybkim krokiem z mieszania. Czuł się podminowany całą tą sytuacją z matką.
- To ciągłe pieprzenie o żeniaczce! Należy mi się kilka piw, idę się nawalić!!!