Hey, Whiskey! - Kaylee Ryan

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Saylor

Roz­dział 1

Say­lor

Sie­dzę na brzegu mate­raca i roz­glą­dam się po pokoju zasta­wio­nym schlud­nie pod­pi­sa­nymi pudłami. To pomiesz­cze­nie zosta­wi­łam sobie na koniec, bo nie wie­dzia­łam, jak się z nią poże­gnać. Na­dal nie mam poję­cia. Serce wciąż ogrom­nie mnie boli. Była jedyną rodziną, jaką pamię­tam. Roz­lega się dzwo­nek leżą­cego na komo­dzie tele­fonu, więc wstaję pospiesz­nie, by ode­brać, zanim połą­cze­nie zosta­nie prze­kie­ro­wane na pocztę gło­sową.

- Halo - mówię gło­sem ochry­płym od pła­czu.

- Say.

Wzdy­cham, sły­sząc naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

- Hej, Tara - witam się z nią.

- Mogłaś się zgo­dzić, bym przy­je­chała i ci pomo­gła - poucza mnie.

- Nic mi nie jest, naprawdę. Tylko że to takie osta­teczne.

- Wiem. Na pewno tego chcesz? To poważna decy­zja, a minął zale­d­wie mie­siąc.

Mie­siąc. Trzy­dzie­ści dni od śmierci jedy­nej matki, jaką pamię­tam. Ela­ine Phelps przy­gar­nęła mnie, gdy mia­łam dwa­na­ście lat, i tym samym ura­to­wała od nie­zna­nego świata - bólu, głodu i stra­chu.

- Bez niej nie jest już tak samo.

- To twój dom, Say. Jedyny, jaki zna­łaś - mówi łagod­nie.

- Bez niej nie jest domem. Pod­ję­łam dobrą decy­zję. Poza tym uzgod­ni­łam z Pete'em, że prze­no­simy się do Wir­gi­nii Zachod­niej.

- Wiem i cie­szę się waszym szczę­ściem. Nie chcę tylko, żebyś pod wpły­wem emo­cji doko­nała wyboru, któ­rego będziesz żało­wać.

- Nie będę niczego żało­wać. To dzięki niej czu­łam się tu jak w domu. Teraz jest ina­czej. Mia­łam szczę­ście, że spę­dzi­ły­śmy razem jede­na­ście lat. Będę prze­cho­wy­wać w pamięci wspólne chwile, jej lek­cje i to, co od niej otrzy­ma­łam, nie potrze­buję nic wię­cej. Poza tym zapi­sała mi w testa­men­cie kilka dro­bia­zgów.

- Czyli sprze­daż już zatwier­dzona?

- Tak. Cho­ciaż muszę się wypro­wa­dzić do piątku, wyjeż­dżam już za kilka godzin. Meble i więk­szość rze­czy Ela­ine prze­ka­za­łam orga­ni­za­cji dobro­czyn­nej. Zacho­wa­łam kilka przed­mio­tów i, oczy­wi­ście, swoje ubra­nia oraz rze­czy oso­bi­ste. Mogłam pocze­kać jesz­cze parę dni, ale dom kupiła młoda para, która spo­dziewa się pierw­szego dziecka. Na pewno chcą się zado­mo­wić, zanim na świat przyj­dzie maleń­stwo.

- Dzwoń, jeśli będziesz mnie potrze­bo­wać. Szkoda, że nie przyj­mu­jesz pomocy.

- Radzę sobie. Naprawdę. Przy­kro mi, że nie zoba­czy­ły­śmy się przed wyjaz­dem, ale sama musia­łam wszystko spa­ko­wać.

- Rozu­miem, tylko się o cie­bie mar­twię.

- W tej sytu­acji radzę sobie tak dobrze, jak to moż­liwe. Mamy z Pete'em plany na kola­cję, więc pakuję rze­czy do samo­chodu i jadę.

- Sze­ro­kiej drogi. Musimy zapla­no­wać jakiś week­en­dowy wypad, i to nie­długo.

- Jasne. Zadzwo­nię za kilka dni. - Roz­łą­czam się, po czym zano­szę pozo­stałe cięż­kie pudła do samo­chodu. Nie mam za wiele - tro­chę ubrań i dro­bia­zgi Ela­ine. Serce mnie boli, kiedy pró­buję sobie wyobra­zić życie bez niej.

Spraw­dzam jesz­cze raz, czy cze­goś nie zapo­mnia­łam. Budy­nek jest pra­wie pusty, ale spa­cer po każ­dym pokoju wydaje się osta­tecz­nym poże­gna­niem, pod­czas któ­rego pozwa­lam sobie wspo­mi­nać. W gło­wie ożywa wie­czór, kiedy to Ela­ine mnie tutaj przy­pro­wa­dziła, i nasze pierw­sze rodzinne święta. For­mal­nie mnie nie adop­to­wała, ale upar­cie twier­dziła, że jestem jej córką. Zawsze powta­rzała, że mia­łam dwie matki, które kochały mnie nad życie. Oca­liła mnie i ukształ­to­wała, za co będę jej dozgon­nie wdzięczna.

- Żegnaj, mamo. - Słowa wię­zną mi w gar­dle. - Dzię­kuję za wszystko, co dla mnie zro­bi­łaś. Cho­ler­nie za tobą tęsk­nię. - Pod­no­szę ostat­nią rzecz, którą pla­no­wa­łam zabrać, a któ­rej nie mogłam wło­żyć do pudła. To stary, szary swe­ter. Ela­ine nosiła go pra­wie codzien­nie. Przy­kła­dam mate­riał do twa­rzy i wyczu­wam jej zapach. Roz­dziera mnie smu­tek. Życie jest takie niespra­wiedliwe. Dla­czego śmierć musiała zabrać wła­śnie ją? Dla­czego musia­łam stra­cić też ją, jedyną praw­dziwą rodzinę, jaką pamię­tam?

Ostatni raz roz­glą­dam się pobież­nie, następ­nie zamy­kam drzwi na klucz i ruszam do domu - tego nowego, budo­wa­nego z Pete'em, męż­czy­zną pozna­nym na dru­gim roku stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Cin­cin­nati. Pra­co­wa­łam wtedy w miej­sco­wym pubie na swoje utrzy­ma­nie, co oczy­wi­ście nie podo­bało się Ela­ine. Kiedy nie mogłam jesz­cze sprze­da­wać legal­nie alko­holu, pra­co­wa­łam na czarno. Ela­ine pro­po­no­wała, że opłaci stu­dia, ale nie zgo­dzi­łam się. Za wiele od niej otrzy­ma­łam. W końcu zawar­ły­śmy kom­pro­mis: miesz­ka­łam z nią, nie pła­ci­łam czyn­szu i codzien­nie dosta­wa­łam dar­mowy cie­pły posi­łek. Ciężko haro­wa­łam w peł­nym wymia­rze godzin, żeby zaro­bić na cze­sne. Dobrze zara­bia­łam w pubie, pijani chłopcy z brac­twa dawali duże napiwki. Pete nie był zachwy­cony moim źró­dłem dochodu, ale nie miał nic do gada­nia. Ist­niały gor­sze zaję­cia. Mogłam zostać strip­ti­zerką, cho­ciaż nie twier­dzę, że to zła pro­fe­sja, tylko nie dla mnie.

Trzy­go­dzinna podróż do domu nie­mi­ło­sier­nie mi się dłu­żyła. Nie wysi­lam się, by wypa­ko­wy­wać kar­tony, zosta­wiam je na póź­niej. Biorę tylko tele­fon, klu­cze, torebkę i szary swe­ter i ruszam do naszego domu, a raczej domu Pete'a. Jasne, miesz­kamy razem, ale nie czuję się tu u sie­bie. Jesz­cze nie. Od ukoń­cze­nia stu­diów minęło burz­liwe pół roku. Czuję, jak­bym nie miała czasu się zado­mo­wić. Obję­łam sta­no­wi­sko mena­dżerki działu kadr w nale­żą­cym do rodziny Pete'a przed­się­bior­stwie dzia­ła­ją­cym w branży nie­ru­cho­mo­ści. Dopiero wdra­ża­łam się, zaczy­na­łam pozna­wać taj­niki tej pracy, gdy dosta­łam tele­fon, że Ela­ine tra­fiła do szpi­tala.

Zawał serca.

Od tam­tego dnia dry­fuję, szu­ka­jąc kotwicy. Pete jest nie­sa­mo­wi­cie wyro­zu­miały, ale nawet ja mam już powoli sie­bie dość. Muszę się otrzą­snąć i żyć dalej. Bez Ela­ine nie mia­ła­bym wielu moż­li­wo­ści. Zała­ma­łaby się, gdyby się dowie­działa, że pogrą­ży­łam się w smutku i nie korzy­stam z życia. Zdaję sobie z tego sprawę, ale nie potra­fię otrzą­snąć się z poczu­cia osa­mot­nie­nia. Zupeł­nie jak­bym powró­ciła do cza­sów przed pozna­niem Ela­ine, kiedy prze­rzu­cano mnie z jed­nego domu zastęp­czego do dru­giego, gdy nie zazna­łam sta­bi­li­za­cji emo­cjo­nal­nej ani poczu­cia bez­pie­czeń­stwa. Wiem, że to nie­do­rzeczne. Z Pete'em spo­ty­kamy się od czte­rech lat. Jest moją opoką, nie­mniej wciąż odno­szę wra­że­nie, że nic już nie będzie takie samo.

Bie­gnę po scho­dach do naszego pokoju, zrzu­cam zaku­rzone ubra­nie i wcho­dzę pod prysz­nic. Pete wróci za godzinę, a jak go znam, zapewne zare­zer­wo­wał już sto­lik na kola­cję. Jest typem osoby, która lubi wszystko zapla­no­wać, zatem każdy jego ruch jest prze­my­ślany i wykal­ku­lo­wany. Ponie­waż mam za mało czasu na umy­cie wło­sów, upi­nam je na czubku głowy i opłu­kuję się po dniu spę­dzo­nym na wypro­wadzce. Chwilę póź­niej szybko wkła­dam wycią­gnięte z szafy leg­ginsy i swe­ter. Kusi mnie, by wło­żyć swe­ter Ela­ine, ale zosta­wię go na inny dzień. Uśmie­cham się, gdy oczami wyobraźni widzę, jak sie­dzi sku­lona na sofie i przy­krywa się ulu­bio­nym swe­trem, który nosiła w domu, oraz jak czy­ta­jąc, zakłada nogę na nogę. Choć się uśmie­cham, pierś przy­gniata mi smu­tek. Tęsk­nię za nią. Prze­staję roz­my­ślać, roz­pusz­czam włosy i cze­szę je. Zer­kam na zega­rek. Nie wystar­czy mi czasu na zakrę­ce­nie kilku pasm.

Biorę bale­rinki, kiedy z dołu woła mnie Pete.

- Idę! - krzy­czę i z butami w dłoni zbie­gam na par­ter. - Cześć - mówię, ska­cząc na jed­nej nodze i wkła­da­jąc but na drugą, po czym pod­cho­dzę do niego. Pochy­lam się i daję mu buziaka. - Jak ci minął dzień?

- Dobrze. A tobie? - pyta szorstko.

- Wszystko w porządku? - Wydaje się... inny.

- Tak, tylko... musimy poroz­ma­wiać, Say.

- Dobra, teraz czy po kola­cji?

Wzdy­cha i prze­cze­suje ciemne blond włosy.

- Myśla­łem, że lepiej będzie odło­żyć tę roz­mowę, ale... - Zamyka oczy. - Usią­dziemy?

Przy­ta­kuję i idę za nim do salonu. Pete siada na kana­pie i kle­pie sie­dze­nie obok sie­bie.

- Prze­ra­żasz mnie - mówię.

- Wiem, prze­pra­szam. - Wzdy­cha ciężko. - Słu­chaj, Say­lor, powiem ci coś okrop­nego. Przy­kro mi, ale cię zra­nię. Nie wiem, jak to się stało, po pro­stu tak wyszło, ale kiedy zmarła Ela­ine, chcia­łem tro­chę pocze­kać, a póź­niej...

- Wyrzuć to z sie­bie. No, mów.

- Żenię się - wypala. Patrzy mi w oczy i ani na sekundę nie zrywa kon­taktu wzro­ko­wego.

- Ż-żenisz się? - Zer­kam na jego ręce. Nie trzyma w nich pier­ścionka. - Wyja­śnij - naka­zuję, pró­bu­jąc powstrzy­mać złość. Może się dener­wuje, może wła­śnie zepsuł oświad­czyny, tylko dla­czego powie­dział, że mnie zrani? O Boże. Przy­kła­dam dłoń do ust, aby nie wydo­stał się z nich szloch. Wal­cząc z emo­cjami, z tru­dem prze­ły­kam ślinę.

- Ogrom­nie mi przy­kro, Say­lor. Nie chcia­łem tego. Pra­co­wa­li­śmy z Tabi­thą do późna i jedno zapro­wa­dziło do dru­giego. No i jest w ciąży, to moje dziecko, więc muszę się z nią oże­nić. Muszę się nimi zająć.

- W ciąży? Oże­nić? - powta­rzam cicho. Z tru­dem pró­buję pojąć, co mówi. - Od kiedy, Pete? Jak długo sypiasz z nami obiema? - pytam przez zaci­śnięte zęby. Serce mi się ści­ska. Jak mogłam nie zauwa­żyć? Jak mogłam być tak głu­pia?

Spusz­cza głowę.

- Sześć mie­sięcy - mam­ro­cze.

Wstaję i cho­dzę tam i z powro­tem. Pete nie unosi głowy, nie może już spoj­rzeć mi w oczy.

- Zdra­dza­łeś mnie przez pół roku? Pie­przone sześć mie­sięcy! - krzy­czę. - Zamiesz­ka­li­śmy wtedy razem. Wpro­wa­dzi­łam się do cie­bie! - Nie prze­staję krą­żyć po pokoju. - Jest zdrowa? Jezu, Peter, wiesz w ogóle, co zro­bi­łeś? Przez cie­bie ja też spa­łam z tą szmatą! - syczę.

- Say­lor, daj spo­kój. - W końcu zbiera się na odwagę i unosi wzrok. Ku mojemu zasko­cze­niu wygląda na zała­ma­nego.

- Co?! Żenisz się z kobietą, z którą przez pół roku sypia­łeś za moimi ple­cami. Pół roku. Przez cie­bie muszę się zba­dać, żeby mieć pew­ność, że nie zara­zi­łam się niczym od two­jej pusz­czal­skiej narze­czo­nej i mamusi two­jego dziecka! - wrzesz­czę.

- Zależy mi na tobie, Say­lor, ale ona jest w ciąży. Muszę to zro­bić.

- Od kiedy wiesz?

- Co? - Pró­buje się wymi­gać od odpo­wie­dzi.

- Od kiedy wiesz o dziecku?

- Nie­dawno skoń­czył się pierw­szy try­mestr, więc od jakichś sze­ściu tygo­dni.

- Pozwo­li­łeś, żebym sprze­dała jedyny dom, jaki zna­łam. - Myśli wirują mi w gło­wie. Sprze­da­łam dom. Nie mam rodziny. Co ja, do cho­lery, zro­bię? - Wie­dzia­łeś, Peter. Wie­dzia­łeś! - Nie mogę prze­stać krzy­czeć.

- Tak. Chcia­łem ci powie­dzieć tego dnia, gdy zmarła Ela­ine, ale wtedy po pro­stu nie mogłem.

- Ty jebany tchó­rzu! - Zatrzy­muję się i pio­ru­nuję go wzro­kiem. - Muszę stąd wyjść - mówię, roz­glą­da­jąc się za torebką.

- Daj spo­kój, Say­lor. Chcę, żeby­śmy pozo­stali przy­ja­ciółmi. Zależy mi na tobie.

- Serio? Czy ty sie­bie w ogóle sły­szysz? Masz nie­równo pod sufi­tem, jeśli myślisz, że chcę mieć z tobą cokol­wiek wspól­nego. - Zauwa­żam torebkę. Leży na sto­liku razem z klu­czami i tele­fo­nem. Swe­ter Ela­ine też tam jest. Ręce trzęsą mi się nie­po­ha­mo­wa­nie, gdy zgar­niam rze­czy. - Muszę się stąd wynieść - mam­ro­czę do sie­bie.

- Nie bądź taka - błaga.

Pry­cham.

- Wycho­dzę. Dam znać, kiedy przy­jadę po swoje rze­czy. Była­bym wdzięczna, gdy­byś się wtedy ulot­nił. Nie dotknę niczego two­jego. Wezmę tylko swoje ubra­nia i kilka dro­bia­zgów. Klucz zosta­wię na sto­liku. Zapo­mnij, że mnie zna­łeś.

- Zadzwo­nię. Kiedy już się uspo­ko­isz i zro­zu­miesz, że musia­łem tak postą­pić. Bez względu na to, co do cie­bie czuję, muszę się zająć dziec­kiem.

- Godne podziwu, Pete, naprawdę. Tylko zapo­mi­nasz o jed­nym. - Staje przede mną, cze­ka­jąc na ciąg dal­szy. - Nie doszłoby do tego, gdy­byś upil­no­wał fiuta. Jesteś zdra­dziec­kim tchó­rzem i nie chcę cię ni­gdy wię­cej widzieć. Uda­nego życia - mówię, idąc do wyj­ścia. Natych­miast zagra­dza mi drogę, ale wystar­czy jedno spoj­rze­nie, żeby się odsu­nął. Wycho­dzę na ganek i trza­skam drzwiami.

- Say­lor, poroz­ma­wiamy nie­długo - zapo­wiada, otwarł­szy drzwi.

- Wal się! - krzy­czę, wsia­da­jąc do SUV-a, w któ­rym na­dal leżą pozo­sta­ło­ści mojego życia z Ohio. Zasta­na­wiam się, co począć. Dziś prze­śpię się w hotelu, ale co potem? Kto ma to, do cho­lery, wie­dzieć? Facet zła­mał mi serce, nie mam rodziny ani domu. Pod­ska­kuję, gdy dzwoni tele­fon, który trzy­mam w dłoni. Zakła­dam, że to Pete, jed­nak rzut okiem na ekran zdra­dza, że się mylę. To Tara.

- H... - Odchrzą­kuję. - Halo - mówię w końcu.

- Say­lor?

- Tak. - Ponow­nie odchrzą­kuję.

- Dla­czego tak dziw­nie mówisz?

- Nic mi nie jest. Co tam?

- Chcia­łam zapy­tać, czy doje­cha­łaś bez pro­blemu.

Jej słowa spra­wiają, że pęka tama i wyle­wają się łzy. Nie mam siły, by powstrzy­mać płacz.

- Tak - mówię, pochli­pu­jąc.

- Say, co się dzieje?

- Mia­łam kiep­ski dzień - odpo­wia­dam wymi­ja­jąco.

- Co się stało?

- Pete... - Z mojej piersi wyrywa się płacz.

- Skrzyw­dził cię? - Unosi głos. Wiem, że jest na skraju paniki. Moja przy­ja­ciółka wszyst­kim się mar­twi.

- Fizycz­nie nic mi nie zro­bił. Słu­chaj, nic mi nie jest. - Głę­boko nabie­ram powie­trza. - Zamel­duję się w hotelu i zadzwo­nię do cie­bie. Muszę jechać, a nie mogę jed­no­cze­śnie pro­wa­dzić i roz­ma­wiać. Pro­wa­dze­nie auta wymaga sku­pie­nia.

- Wsia­dam w samo­chód... - zaczyna.

Prze­ry­wam jej:

- Nie, Tara, nic się nie stało. Zadzwo­nię za jakieś dwa­dzie­ścia minut. Tylko znajdę noc­leg. Przy­się­gam, że fizycz­nie nic mi nie jest.

- A Pete'owi? - pyta z waha­niem.

Śmieję się.

- Jemu i matce jego nie­na­ro­dzo­nego dziecka nic nie dolega - wypa­lam bez namy­słu.

- Jasna cho­lera - szep­cze.

- Wła­śnie. Nie­długo oddzwo­nię. Nic mi nie jest, naprawdę. Nie przy­jeż­dżaj. Wszystko ci wyja­śnię.

- Jedź ostroż­nie i jeśli nie ode­zwiesz się w ciągu godziny, to wsia­dam w samo­chód.

- Dobra. Zadzwo­nię - obie­cuję potul­nie.

Wrzu­cam tele­fon do uchwytu na kubek, po czym opie­ram czoło o kie­row­nicę. W gło­wie wciąż sły­szę jego słowa: "sześć mie­sięcy", "w ciąży", "ślub". Jak mogłam być taka głu­pia? Jak mogłam niczego nie zauwa­żyć? Muszę odda­lić się od niego i jego domu, więc uno­szę głowę, zapi­nam pas, wkła­dam klu­czyk do sta­cyjki i ruszam. Pozwa­lam sobie na płacz, ponie­waż tęsk­nię za Ela­ine, ponie­waż od zdrady, kłamstw i utraty rodziny boli mnie serce. Kiedy par­kuję przed hote­lem, uświa­da­miam sobie, zer­ka­jąc w lusterko wsteczne, że wyglą­dam okrop­nie. Oczy mam czer­wone i opuch­nięte, a maki­jaż roz­ma­zany. Biorę ze schowka chu­s­teczki, któ­rymi pró­buję dopro­wa­dzić się do stanu, w jakim mogła­bym poka­zać się ludziom, zanim pójdę wyna­jąć pokój.

Trzy­mam w dłoni klucz i patrzę na zamy­ka­jące się drzwi windy. Widzę w lustrze swoje odbi­cie. Nie wyglą­dam lepiej. Zamy­kam oczy i otwie­ram je, dopiero gdy roz­su­wają się drzwi. Jestem na swoim pię­trze. Wysia­dam z windy i kie­ruję się do pokoju. Wcho­dzę i zaraz zakła­dam na klamkę zawieszkę z napi­sem: "Nie prze­szka­dzać". Torebkę i klucz do pokoju rzu­cam na mały sto­lik, a następ­nie padam na łóżko. Oddy­cham głę­boko, pod­no­szę komórkę, odblo­ko­wuję i wybie­ram numer Tary.

- Jak się trzy­masz? - pyta od razu.

Par­skam.

- A jak niby mam się czuć po tym, jak chło­pak, który mnie zdra­dza, oznaj­mił, że ma cię­żarną narze­czoną? - pytam, powstrzy­mu­jąc łzy, które znów cisną się do oczu.

- Jasna cho­lera! Zacznij od początku - mówi. Sły­szę, jak się rusza, bez wąt­pie­nia pró­buje usiąść wygod­nie, by posłu­chać o moim kosz­ma­rze. Tara wspiera mnie, od kiedy pozna­ły­śmy się pierw­szego dnia w ósmej kla­sie. Byłam nowa w szkole, a ona wzięła mnie pod swoje skrzy­dła. Od razu się zaprzy­jaź­ni­ły­śmy i sta­ły­śmy nie­roz­łączne. - Say­lor - przy­po­mina mi, że jest gotowa mnie wysłu­chać.

Opo­wia­dam jej o wszyst­kim. Mówię o roz­mo­wie z Pete'em, o tym, że mnie zdra­dzał i że się żeni.

- Wiesz, powta­rzał, że mu na mnie zależy i że nie­długo poga­damy. Dla­czego mia­ła­bym z nim roz­ma­wiać? - pytam, choć nie ocze­kuję odpo­wie­dzi.

- Wróć do domu i zamiesz­kaj ze mną - pro­po­nuje od razu Tara. - Mamy z Coli­nem wolny pokój w miesz­ka­niu nad gara­żem, które chcie­li­śmy wyre­mon­to­wać. Ogar­niemy je, a ty będziesz miała wła­sny kąt.

- Nie mogę. Muszę... wymy­ślić jakiś plan. I zabrać swoje rze­czy, i... o Boże, co ja zro­bię z pracą?

- Jak czę­sto go widu­jesz? Ich? - popra­wia się.

- Na tyle czę­sto, że nie chcę dłu­żej tam pra­co­wać.

- Kolejny argu­ment prze­ma­wia­jący za powro­tem do domu.

W tym tkwi pro­blem. Gdzie jest dom? Była nim Ela­ine; nie budy­nek, lecz osoba. Póź­niej zaak­cep­to­wa­łam, że Pete będzie moim domem, ale teraz...

- Say­lor, wróć do domu - powta­rza przy­ja­ciółka.

- Nie wiem, gdzie jest mój dom - wyznaję cicho.

- Say - szepce. - Jak mogę ci pomóc? Moje drzwi stoją dla cie­bie otwo­rem. Kurde, przy­jadę za kilka godzin i zabie­rzemy twoje rze­czy.

- Nie, muszę coś wymy­ślić, Tara. Doce­niam pro­po­zy­cję, ale... muszę coś wymy­ślić.

- Dla­czego nie zro­bisz tego tutaj, przy mnie, gdzie będę mogła ci pomóc? - docieka.

- Nie wiem, kim jestem, Tara. Nie wiem, gdzie jest dom. Gdzie jest moje miej­sce? Gdzie pasuję?

- Mogę coś zro­bić?

Za to ją kocham. Wspiera mnie bez­wa­run­kowo, cokol­wiek by się działo. Po pro­stu jest moją opoką.

- Daj mi tro­chę czasu. Wspie­raj mnie, jeśli będzie trzeba. Obie­cuję, że jeśli będę potrze­bo­wała lokum, to przy­jadę do cie­bie. Teraz muszę obmy­ślić następny krok.

- Dobra - mówi z waha­niem. - Obie­cu­jesz, Say?

- Tak. Ode­zwę się za kilka dni. - Roz­łą­czam się i wypusz­czam tele­fon z ręki. Upada na łóżko.

Wpa­truję się w surowy biały sufit, w gło­wie wirują mi tysiące myśli. Muszę zna­leźć jakieś miesz­ka­nie i pracę. Sprze­daż domu Ela­ine zosta­nie sfi­na­li­zo­wana dopiero za kilka dni. Zamy­kam oczy i wspo­mi­nam otwar­cie jej testa­mentu. Byłam przy tym obecna tylko ja, praw­nik i jego asy­stent. Napi­sała mi list, pamię­tam każde słowo.

Wszystko, co mam, prze­ka­zuję Tobie, Say­lor Kel­ler, moja córko. Dom możesz sprze­dać albo w nim zamiesz­kać, rób, co chcesz. Wyko­rzy­staj pie­nią­dze z jego sprze­daży na kupno pierw­szego domu, wła­snych czte­rech kątów. Opłać dal­szą edu­ka­cję. Żyj dzięki nim, Say.

Po paru dniach roz­mów z Pete'em zde­cy­do­wa­li­śmy, że sprze­daż będzie naj­lep­szym wyj­ściem, bo wie­dli­śmy życie w Wir­gi­nii Zachod­niej. Wie­dział już wtedy. Miał świa­do­mość, że mnie zostawi, że się żeni, że będzie miał z nią dziecko. Wie­dział, a mimo to pozwo­lił mi sprze­dać dom, ba, nawet mnie do tego prze­ko­nał.

Sia­dam, biorę klu­cze, torebkę i tele­fon i wycho­dzę. W dro­dze do hotelu minę­łam bar, to do niego zmie­rzam. Nie będę sie­dzieć w pokoju, gapić się na ściany i uża­lać nad sobą. Nie dam Pete'owi takiej wła­dzy nade mną. Prze­szłam gor­sze chwile, prze­trwa­łam wiele burz. Tę też prze­trwam. Ocie­ram łzy i przy­bie­ram opa­no­wany wyraz twa­rzy. Nie będę wię­cej pła­kać z jego powodu. Nie jest wart moich łez. Poza tym jestem nowa w mie­ście, a dobrze jest wyjść i poznać teren. Naj­pierw pochła­niała mnie praca, a póź­niej zmarła Ela­ine, dla­tego przez ostatni mie­siąc jeź­dzi­łam tam i z powro­tem, stąd do Cin­cin­nati. Czas, żebym odwie­dziła tutej­sze miej­sca spo­tkań. Przez jedną noc nie będę myśleć o jutrze. Póź­niej wymy­ślę, co dalej.

Rozdział 2. Rhett

Roz­dział 2

Rhett

Wszystko roz­mywa mi się przed oczami. Przez cały cho­lerny dzień gapi­łem się na spra­woz­da­nia z pro­duk­cji. Odchy­lam się na opar­cie fotela i odwra­cam do okna. Zapla­tam dło­nie za głową i zamy­kam oczy. Muszę tylko chwilę odpo­cząć.

- Panie Baxter - odzywa się przez inter­kom Car­rie, moja sekre­tarka.

Jęczę. Obra­cam się i naci­skam guzik.

- Słu­cham, Car­rie.

- Pan Baxter chce się z panem widzieć.

Dobrze ją usły­sze­li­ście. Mówi o moim ojcu. Rhet­cie Baxte­rze II. Dzia­dek i ja jeste­śmy nume­rami pierw­szym i trze­cim.

- Już idę.

Wstaję, biorę tele­fon i idę do gabi­netu taty na końcu kory­ta­rza. Macham do Betty, jego wie­lo­let­niej sekre­tarki, po czym lekko pukam do drzwi.

- Chcia­łeś mnie widzieć? - pytam, wcho­dząc bez zapro­sze­nia.

- Usiądź, synu - mówi tata. Zaci­ska zęby, patrzy posęp­nie.

- Co się stało?

- Twój dzia­dek zacho­ro­wał.

Prze­su­wam się na brzeg fotela.

- Co mu dolega?

- Wygląda na to, że w końcu dopa­dły go skutki lat pale­nia jak loko­mo­tywa. Zdia­gno­zo­wano u niego roze­dmę płuc, z któ­rej wywią­zało się jesz­cze zapa­le­nie.

- Jak się ma?

- Jak zawsze, nato­miast przez cho­robę nie może pra­co­wać. Ktoś musi go zastą­pić. Cho­ciaż twier­dzi, że nie potrze­buje pomocy, ja swoje wiem. Dys­ku­to­wa­li­śmy o tym z matką i zde­cy­do­wa­li­śmy, że naj­le­piej spraw­dzisz się ty.

- Ja? - pytam, choć nie powi­nie­nem się dzi­wić. Spę­dza­łem u dziadka każde waka­cje. Rodzice przy­jeż­dżali co któ­ryś week­end, a mama zawsze pró­bo­wała mnie prze­ko­nać do powrotu do domu. Zawsze odma­wia­łem, bo uwiel­bia­łem odwie­dzać dziadka.

- Tak. Wiem, że prze­pro­wa­dzasz pod­su­mo­wa­nie kwar­tału. Powiedz, na czym skoń­czy­łeś, zajmę się resztą.

- Dobra. Car­rie jest na bie­żąco. Dużo wie, więc możesz na niej pole­gać.

Tata kiwa głową.

- Na pewno tak zro­bimy. Przej­miemy z matką twoje obo­wiązki.

- Czy to dobry pomysł? - pytam.

Mama dopiero zaczyna cho­dzić o kulach po kilku ope­ra­cjach, które prze­szła po wypadku samo­cho­do­wym. Pijany kie­rowca ude­rzył w bok jej auta, gdy wra­cała do domu ze sklepu. W gaze­tach poja­wiły się nie­złe nagłówki, na przy­kład: "Wła­ści­cielka Bro­waru Baxtera poszko­do­wana przez pija­nego kie­rowcę". Minęło kilka tygo­dni, zanim dzien­ni­kar­skie sępy zna­la­zły sobie inną ofiarę.

Wzru­sza ramio­nami.

- Wiesz, jaka jest. Od tygo­dni przy­mie­rzała się do powrotu do pracy, a ja ją powstrzy­my­wa­łem. Kiedy rano zadzwo­nili w spra­wie taty, nie chciała sły­szeć odmowy.

- Jak zawsze uparta - mówię roz­ba­wiony.

Rodzice są jed­nymi z naj­wspa­nial­szych osób, jakie znam. Zawsze mieli dla mnie czas, muszę też przy­znać, że mnie roz­piesz­czali i wła­śnie z tego powodu pozwa­lali mi spę­dzać całe waka­cje z dziad­kiem. Nie­ła­two było im roz­sta­wać się na tyle czasu z jedy­nym dziec­kiem, ale rozu­mieli, ile wspólne lato zna­czyło dla mnie i dziadka. Kom­pro­mi­sem były ich wizyty co dwa tygo­dnie. Tak, prze­sa­dzali, ale mogli sobie pozwo­lić na tak czę­ste odwie­dziny. Cza­sami wybie­rali się w ośmio­go­dzinną podróż samo­cho­dem z Ten­nes­see. Prze­waż­nie jed­nak latali, żeby w ponie­dzia­łek sta­wić się w bro­wa­rze.

- Wygląda na to, że z piwa prze­rzu­cisz się na whi­skey. - Tata szcze­rzy zęby w uśmie­chu.

Nie wspo­mnia­łem, że dzia­dek jest wła­ści­cie­lem desty­larni Baxtera? Tata, jak przy­stało na upar­ciu­cha, myślał, że wie wię­cej od swo­jego ojca, więc otwo­rzył z mamą wła­sny biz­nes - Bro­war Baxtera. Gdy byłem nie­mow­la­kiem, rela­cje taty i dziadka były napięte, ale kiedy pod­ro­słem na tyle, by to zauwa­żyć, pogo­dzili się. Teraz wymie­niają się pomy­słami i wspól­nie pro­wa­dzą mar­ke­ting.

Śmieję się.

- Na to wygląda. Tęsk­nię za domem dziadka. Od lat nie spę­dzi­łem tam za wiele czasu. Ostatni raz gości­łem u niego dłu­żej chyba latem przed roz­po­czę­ciem stu­diów.

- Pew­nie tak - zga­dza się ze mną tata. - Dziś jedziemy do niego z mamą. Kupi­łem ci bilet na ponie­dzia­łek rano, więc dziś i jutro możesz upo­rząd­ko­wać sprawy i prze­ka­zać obo­wiązki, a w week­end przy­go­to­wać się na kil­ku­ty­go­dniowy wyjazd. Zdą­żysz?

Zasta­na­wiam się. W domu nic mnie nie trzyma, jestem sin­glem i miesz­kam sam. W pracy mogę wszystko ogar­nąć.

- Tak. Prze­każ dziad­kowi, że nie­długo się z nim spo­tkam.

- Dobra.

Szybko się żegnamy i wra­cam do swo­jego gabi­netu.

- Hej, Car­rie, muszę wyje­chać na jakiś czas. Mama mnie zastąpi, pomoże jej w tym tata. - W pracy wciąż mówię o nich mama i tata. W końcu to rodzinny biz­nes. Jed­nakże per­so­nel ni­gdy tak o nich nie mówi. Zawsze są pro­fe­sjo­nalni.

- Mogę jakoś pomóc? - pyta od razu.

- Dokoń­czę spra­woz­da­nia finan­sowe. Dopil­nu­jesz, by tata je dostał? W kalen­da­rzu mam kilka spo­tkań. Czy możesz poin­for­mo­wać wszyst­kich, że przyj­dzie na nie mama? Nie chcę, żeby ktoś się wku­rzył, bo nie wie­dział o zmia­nie.

- Jasne. Zare­zer­wo­wać ci bilet?

- Nie. Już mam. Dzia­dek jest chory, więc muszę go zastą­pić, dopóki nie wróci do zdro­wia. Nie jestem pewien, ile to zaj­mie. Ze dwa tygo­dnie albo dłu­żej. Gdy nie będziesz cze­goś pewna, wysy­łaj do mnie maile. Mama dobrze sobie radzi, więc nie prze­wi­duję pro­ble­mów.

- Poło­ży­łam na pana biurku umowę z Big Mar­ket­place. Poja­wiła się kontr­oferta.

Wzdy­cham i prze­cze­suję włosy pal­cami.

- Dzięki. Przej­rzę i zro­bię notatki. Możesz dopil­no­wać, żeby tata dostał ją w ponie­dzia­łek? Jutro jadą do dziadka.

- Robi się, panie Baxter. Coś jesz­cze?

- Yyy, teraz nie, ale póź­niej na pewno coś sobie przy­po­mnę. Dzięki, Car­rie.

Idę do gabi­netu i zanim sku­pię się na umo­wie z Big Mar­ket­place, wycią­gam tele­fon, by napi­sać do Jake'a, który mieszka w Wir­gi­nii Zachod­niej. Jego wujek miał bar i robił z dziad­kiem inte­resy. Pod­czas waka­cji codzien­nie pako­wa­li­śmy się w kło­poty. Udało nam się utrzy­mać kon­takt. Pra­wie dokład­nie rok temu przy­je­chał do Nashville z Molly, swoją dziew­czyną.

Ja: Hej, stary. W następ­nym tygo­dniu przy­jeż­dżam do mia­sta. Dam znać, jak się zado­mo­wię.

Jake: Wła­śnie mówi­łem Molly, że muszę się do Cie­bie ode­zwać. Co u niego?

Jake oczy­wi­ście sły­szał już o cho­ro­bie dziadka, który przy­jaźni się z jego wuj­kiem Jer­rym. Pod­czas waka­cji w Wir­gi­nii Zachod­niej spę­dza­li­śmy czas we czwórkę.

Ja: Dobrze. Rodzice lecą do niego dziś wie­czo­rem. Musi odpo­cząć, więc go zastą­pię.

Jake: Zawsze mówił, że któ­re­goś dnia przej­miesz biz­nes.

Ja: A ty mówi­łeś, że będziesz pro­wa­dził bar. Jak wam idzie?

Jake: Dobrze. Bawimy się z Molly w samo­zwań­czych stró­żów porządku publicz­nego. Wpro­wa­dzi­li­śmy kilka zmian.

Ja: Dobra, stary. Ode­zwę się w następ­nym tygo­dniu.

Jake: Wiesz, gdzie mnie zna­leźć.

Kładę tele­fon na biurku i otwie­ram grubą teczkę leżącą przed nosem.

Czas się z tym roz­pra­wić, aby tata miał po moim wyjeź­dzie o jedną rzecz mniej do zro­bie­nia.

Zatra­cam się w spra­woz­da­niach. Dobrze nam się wio­dło w tym kwar­tale. Dociera do mnie, która jest godzina, dopiero gdy Car­rie puka i mówi, że wycho­dzi. Jesz­cze godzina i skoń­czę. Biorę komórkę i piszę do Douga, z któ­rym umó­wi­łem się na drinka.

Ja: Hej, stary. Spę­dzę w pracy jesz­cze co naj­mniej godzinę. Prze­kła­damy spo­tka­nie na 20?

Doug: Spoko.

Rzu­cam tele­fon na biurko, prze­glą­dam ostat­nie rzędy cyfr i koń­czę pracę. Biorę lap­top i kilka teczek, żeby popra­co­wać zdal­nie, po czym jadę do domu. Spi­sa­łem dla Car­rie infor­ma­cje na liście, którą prze­każę jej w week­end.

W miesz­ka­niu kładę torbę na kana­pie i idę pod prysz­nic. Zamie­rzam tylko szybko się opłu­kać, ale gorąca woda działa cuda na zmę­czone mię­śnie. Cało­dniowe sie­dze­nie przed ekra­nem kom­pu­tera i patrze­nie na cyferki powo­duje, że sztyw­nieje mi kark.

Ze względu na prze­dłu­żoną kąpiel muszę się ubrać w eks­pre­so­wym tem­pie. W dro­dze do drzwi zgar­niam tele­fon, port­fel i klu­czyki. Bur­czy mi w brzu­chu, ale na szczę­ście umó­wi­li­śmy się w pubie, w któ­rym podają dobre jedze­nie. Umiem goto­wać, nie­mniej przy­go­to­wy­wa­nie posił­ków dla jed­nej osoby uwa­żam za stratę czasu. Poza tym zawsze jemy coś pod­czas naszych męskich spo­tkań.

Pod pubem par­kuję przy lexu­sie Douga, który jest wybit­nym inży­nie­rem. Przy­się­gam, że gdy pozna­li­śmy się na uni­wer­sy­te­cie i powie­dział, że stu­diuje inży­nie­rię, nie uwie­rzy­łem mu. Miał dłu­gie włosy, tatu­aże i zawsze był duszą towa­rzy­stwa, więc byłem pewien, że nie ukoń­czy edu­ka­cji. Myli­łem się. Kilka mie­sięcy póź­niej poznał Dawn, która jest teraz jego żoną i która nagle go napro­sto­wała. Kobieta ma na niego pozy­tywny wpływ. Szczę­ścia­rzowi udało się zna­leźć jedną z tych dobrych. Doug też pocho­dzi z zamoż­nej rodziny. Jego ojciec jest wła­ści­cie­lem naj­więk­szej firmy dewe­lo­per­skiej w Ten­nes­see. Kiedy dziew­czyny dowia­dują się, że mamy pie­nią­dze, obla­tują nas jak sępy, i nawet nie odstra­sza ich obrączka na jego palcu. Jego żona znosi to z iście aniel­ską cier­pli­wo­ścią. Jasne, kiedy byłem młod­szy (mam dwa­dzie­ścia pięć lat, więc nie jestem jesz­cze stary), czyli na stu­diach, cie­szy­łem się, że mogłem łatwo zali­czyć jakąś panienkę. Ni­gdy nie musia­łem zbyt­nio się namę­czyć, żeby dobrać się dziew­czy­nie do maj­tek. Teraz zaczy­nam mieć tego dość. Ni­gdy nie wia­domo, komu można ufać i szcze­rze mówiąc, mam po dziurki w nosie łatwych lasek.

Gdy tylko prze­stę­puję próg baru, sły­szę, jak ktoś woła mnie po nazwi­sku. Przy naszym ulu­bio­nym sto­liku zauwa­żam Douga.

- Hej. - Sia­dam naprze­ciw niego.

Kum­pel spo­gląda na drugi koniec baru i kiwa mi głową, co ozna­cza tylko jedno - jest tu Dawn z przy­ja­ciół­kami.

- Hej - odpo­wiada w końcu. Upija spory łyk piwa.

Ruchem głowy wska­zuję sto­lik Dawn i jej kole­ża­nek.

- Mogą się do nas dosiąść.

Przy­ja­ciel bez waha­nia pędzi do żony. Podą­żam za nim wzro­kiem i od razu zauwa­żam pro­blem. Dwaj faceci w biz­ne­so­wych gar­ni­tu­rach zaga­dują cztery kobiety. Doug jest zabor­czy w sto­sunku do Dawn, i słusz­nie. Jestem pewien, że ona ma odmienne zda­nie, ale nie można pozwa­lać innym męż­czy­znom wcho­dzić na swój teren. Chwilę póź­niej dosia­dają się do nas Dawn i jej kole­żanka Tessa. Prze­su­wam się, robiąc Tes­sie miej­sce. Pró­buję nie zrzę­dzić, że z trójki towa­rzy­szek Dawn musiała dołą­czyć do nas aku­rat ona. Doug twier­dzi, że Tessa jest bli­ską przy­ja­ciółką jego żony, ale kobieta cią­gle pró­buje mnie prze­le­cieć. Kilka dni temu nie­mal jej się udało. Wypi­łem za dużo, co przy­ćmiło mój osąd, ale otrzą­sną­łem się, zanim było za późno. Tessa jest jed­nym z tych sępów, które chcą się przy­ssać do faceta na zawsze. Nie, dzię­kuję.

- Hej, Rhett - gru­cha. Tak, gru­cha, i szcze­rze mówiąc, wcale nie jest to pocią­ga­jące.

- Cześć. - Upi­jam piwo, nie pod­su­wa­jąc jej tematu do roz­mowy.

- Dzięki za zapro­sze­nie - mówi ochry­płym, nie­na­tu­ral­nym gło­sem. Pró­buje być sek­sowna, ale daleko jej do tego.

- Dawn zawsze jest mile widziana - odpo­wia­dam, patrząc na żonę kum­pla. - Hej, D. - Pusz­czam do niej oko.

Śmieje się, a Doug spoj­rze­niem prze­ka­zuje, bym nie patrzył na jego żonę.

Chi­cho­czę cicho. Przy niej zawsze łatwo go wku­rzyć.

- Długi dzień? - pyta z lek­kim roz­ba­wie­niem Dawn.

- Można tak powie­dzieć. W ponie­dzia­łek lecę do Wir­gi­nii Zachod­niej.

- Dla­czego? - pyta Doug.

Igno­ruję Tessę, która chło­nie każde słowo, aby wtrą­cić się w dogod­nym dla niej momen­cie.

- Dzia­dek zacho­ro­wał. Musi zro­bić sobie kilka tygo­dni wol­nego, a sam się wszyst­kim zaj­muje. Ma świra na punk­cie kon­troli.

Doug się śmieje.

- Wspo­mi­na­łeś. To dla­tego twój tata poszedł swoją drogą, tak?

- Mniej wię­cej. Przy­naj­mniej tak mi mówią.

- O, bie­dac­two - mówi Tessa, zaci­ska­jąc małe dło­nie o tygry­sich pazu­rach na moim bicep­sie.

Poważ­nie, czy kobiety myślą, że kilo­me­trowe paznok­cie kręcą face­tów? Jasne, jak każdy męż­czy­zna piszę się na zadra­pa­nia ple­ców w odpo­wied­nich oko­licz­no­ściach, ale takimi szpo­nami można wydłu­bać oko. Nie, dzię­kuję. Strzą­sam jej dło­nie. Nie obcho­dzi mnie, że zacho­wuję się jak palant. Musi dać mi spo­kój i trzy­mać narzę­dzia tor­tur z daleka ode mnie.

- Zatem wyjeż­dżam. - Znów sku­piam uwagę na przy­ja­cielu i jego żonie. - Nie będzie mnie przez kilka tygo­dni. Dzia­dek ma roze­dmę płuc i z tego, co mówił tata, zła­pał dość poważne zapa­le­nie.

- Dla­czego nie poje­dzie twój tata? - pyta Doug.

- Teraz się doga­dują, ale wydaje mi się, że nawet po tylu latach nie potra­fią prze­bo­leć, że każdy poszedł swoją drogą. Poza tym tata nie chce opusz­czać bro­waru. Lepiej będzie, jeśli ja pojadę. Spę­dza­łem z dziad­kiem każde waka­cje. Jestem pewien, że znam desty­lar­nię lepiej niż sta­ru­szek, cho­ciaż prze­by­wa­łem w niej tylko latem.

- Whi­skey, tak? - pyta Doug.

- Tak, zało­że­nie jest to samo, recep­tury inne.

- Przy­kro mi z powodu two­jego dziadka - mówi Dawn.

- Dzięki. Jest twardy, szybko wróci do zdro­wia - odpo­wia­dam z nadzieją, że się nie mylę. Dzia­dek zawsze był silny, nie wiem, czy pora­dził­bym sobie, gdy­bym zoba­czył go wątłego i scho­ro­wa­nego.

- Powin­ni­śmy dziś świę­to­wać - mówi Tessa tym sztucz­nie zachryp­nię­tym gło­sem. Jak ona w ogóle to robi?

- Świę­to­wać cho­robę mojego dziadka? - pytam, patrząc na nią ostro.

- N-nie, cho­dziło mi o to, że wyjeż­dżasz.

- Nie ma mowy - mówię jej. Patrzę na Douga oraz Dawn i dodaję: - Umie­ram z głodu. Jedli­ście?

- Tak, ugo­to­wa­łam kola­cję. - Dawn patrzy na męża. Doug pochyla się i daje jej buziaka.

- Jesz­cze nie. Powin­ni­śmy pójść gdzieś, żeby coś zjeść. - Tessa ponow­nie pró­buje mnie gdzieś wycią­gnąć.

Patrzę na nią.

- Słu­chaj, nic z tego. Daj sobie spo­kój - mówię surowo. Otwiera usta, jakby zamie­rzała coś powie­dzieć, ale uci­szam ją unie­sioną dło­nią. - Nie.

- Tess, pozwólmy face­tom poga­dać i zobaczmy, co robią dziew­czyny? - pro­po­nuje Dawn.

Doug znów ją całuje i dzię­kuje jej szep­tem.

Kobiety odcho­dzą.

- Stary, nic ci nie jest? - pyta kum­pel.

- W porządku - mówię przez zaci­śnięte zęby.

- Wła­śnie widzę - przy­znaje roz­ba­wiony.

- Skoń­czy­łem z tymi głu­po­tami, D. Nie wiesz nawet, jak dobrze masz z Dawn.

- A cóż to się stało? Rhett Baxter jest gotowy na poważny zwią­zek? - drwi ze mnie.

- Odpieprz się - mówię, choć się uśmie­cham. - Nie mam nic prze­ciw związ­kom, ale, stary, nie z takimi laskami jak ona.

- Racja. - Unosi piwo i stu­kamy się butel­kami. - Pro­szę. - Podaje mi menu, następ­nie przy­wo­łuje kel­nerkę. - Może jedze­nie cię roz­we­seli.

Nie potrze­buję cho­ler­nego menu, bo przy­cho­dzimy tu od lat. Pod­cho­dzi kel­nerka i zama­wiam jak dla woj­ska. Reszta wie­czoru prze­biega gładko. Dawn dosiada się do nas, gdy Tessa i pozo­stałe dziew­czyny wycho­dzą. Naj­wi­docz­niej Tessa uświa­do­miła sobie, że tego wie­czoru nic nie ugra. Mam nadzieję, że zro­zu­mie, iż ni­gdy jej się nie poszczę­ści, przy­naj­mniej nie ze mną.

Kiedy ogła­szają ostat­nią kolejkę, nad­cho­dzi pora, by wró­cić do domu. Żegnam się z Dougiem i Dawn. Patrząc, jak odcho­dzą, odsu­wam od sie­bie zazdrość, jaką czuję wobec przy­ja­ciela na myśl o tym, że samot­nie wrócę do domu.

Rozdział 3. Saylor

Roz­dział 3

Say­lor

Spa­cer w chłodny listo­pa­dowy wie­czór dobrze na mnie wpły­nął. Mam nadzieję, że oczu nie mam pod­puch­nię­tych. Gdyby ktoś pytał, choć tak się nie sta­nie, ponie­waż nikogo tu nie znam, powie­dzia­ła­bym, że twarz mam zaczer­wie­nioną od zim­nego wia­tru. Kiedy docho­dzę do baru Cor­ner Pocket, zaglą­dam przez okno. Jest zatło­czony, to dobrze. Chcę nie­zau­wa­żona wypić jed­nego drinka albo ze dwa­dzie­ścia, by zapo­mnieć o tym jakże fan­ta­stycz­nym dniu.

Głę­boko nabie­ram powie­trza, moc­niej otu­lam się swe­trem Ela­ine i otwie­ram drzwi. Na szczę­ście nikt na mnie nie spo­gląda, wszy­scy zaj­mują się sobą.

Sia­dam przy barze, tele­fon kładę na bla­cie i pocie­ram zmar­z­nięte dło­nie.

- Co podać? - pyta uśmiech­nięta dziew­czyna, na oko w moim wieku.

Wska­zuję sto­jącą na regale za nią butelkę whi­skey Baxtera.

- Podwójną - mówię.

Uśmie­cha się i mi nalewa.

- Otwo­rzyć rachu­nek? - pyta.

Kiwam głową, wle­wa­jąc w sie­bie alko­hol. Pali w prze­łyku i od razu mnie roz­grzewa.

- Polać jesz­cze? - pyta, nie odsta­wiw­szy butelki.

- Nie, dzięki. Popro­szę piwo, może być z beczki.

Uśmie­cha się.

- Nie odchodźmy od tra­dy­cji, dobra? W beczce mamy lagera od Baxtera.

Kiwam głową. Roz­sia­dam się wygod­nie i myślę o tym, żeby się roz­luź­nić, kiedy ciało mi roz­ma­rza. Pete'a i jego zdradę zagrze­buję głę­boko w pamięci i zabra­niam sobie je roz­trzą­sać. Bar­manka sta­wia przede mną piwo i obie­cuje, że nie­długo wróci.

Upi­jam łyk i biorę tele­fon, aby poszu­kać nowej pracy. Nie podoba mi się, że led­wie przy­zwy­cza­iłam się do obec­nej posady, a już muszę z niej zre­zy­gno­wać, ale nie mam innego wyj­ścia. Nie mogę z nimi pra­co­wać. Prze­wi­jam strony z ofer­tami pracy w dzia­łach kadr i zazna­czam inte­re­su­jące ogło­sze­nia, żeby po powro­cie roze­słać CV.

- Szu­kasz pracy? - pyta bar­manka.

Prze­stra­szyła mnie nieco, bo jej nie zauwa­ży­łam. Odry­wam wzrok od tele­fonu.

- Tak, nie­stety. Mój chło­pak zde­cy­do­wał się poślu­bić inną, któ­rej zro­bił dzi­dziu­sia. Miesz­kamy razem i pra­cu­jemy w jego rodzin­nej fir­mie, więc zde­cy­do­wa­nie powin­nam zmie­nić pracę. - Przy­kła­dam dłoń do ust, by prze­rwać wypły­wa­jący z nich potok słów. Nie wiem, co się ze mną dzieje.

Bar­manka par­ska śmie­chem.

- Czym się zaj­mu­jesz? - pyta, wska­zu­jąc mój pusty kufel. - Dolewkę?

- Popro­szę. Mam dyplom z zarzą­dza­nia zaso­bami ludz­kimi, ale pra­co­wa­łam też za barem. Przez całe stu­dia poda­wa­łam alko­hol.

- Serio? Gdzie?

- W Cin­cin­nati. W U Tuffa, meli­nie sprze­da­ją­cej stu­den­tom tanie piwo - mówię ze śmie­chem.

- Pew­nie by mi się tam spodo­bało. Do nas też przy­cho­dzą stu­denci. Mamy zróż­ni­co­waną klien­telę.

- Jesteś wła­ści­cielką?

- Nie­zu­peł­nie. Wła­ści­cie­lem jest Jake, mój chło­pak. Kilka lat temu prze­jął bar od wujka.

- Może nie wypada wspo­mi­nać, ale alko­hol ude­rza mi do głowy i... się nie kon­tro­luję. - Chi­cho­czę. - Jesteś w moim wieku, tak? Masz dwa­dzie­ścia dwa lata?

- Tak. Chcia­ła­byś wyja­śnić, jak przez całe stu­dia ser­wo­wa­łaś alko­hol? - Uśmie­cha się iro­nicz­nie.

- To zabawna histo­ria. Wła­ści­ciel nie był z tych... pra­wo­rząd­nych. Zatrud­niał na czarno, co mi nie prze­szka­dzało. Byłam ostrożna. Jeśli przy­cho­dził ktoś, kto wyglą­dał, jakby inte­re­so­wało go coś wię­cej niż wychy­le­nie kilku kie­lisz­ków, szłam do kuchni albo ukła­da­łam towar. Ni­gdy nie pra­co­wa­łam sama, więc było miło.

Gwiż­dże.

- Szczę­ściara - mówi.

Wzru­szam ramio­nami.

- Być może. Z per­spek­tywy czasu wiem, że oby­dwoje postą­pi­li­śmy źle. Potrze­bo­wa­łam wtedy pracy, a nie mia­łam doświad­cze­nia i musia­łam dosto­so­wać gra­fik do zajęć. Ta praca mi paso­wała.

- Cie­szę się.

- Mówi się, że czas zmie­nia per­spek­tywę, nie?

- Niby kto tak mówi? - Bar­manka się śmieje.

Udziela mi się jej weso­łość.

- Nie mam poję­cia.

- Jak masz na imię? - pyta, gdy już udaje jej się opa­no­wać śmiech.

- Say­lor - przed­sta­wiam się, wycią­ga­jąc rękę.

- Miło cię poznać, Say­lor. Jestem Molly. - Ści­ska moją dłoń. Bar­manka nie prze­staje mi się przy­glą­dać. - Szu­kamy kogoś do pracy - mówi.

- Serio? - pytam. - Na jakie sta­no­wi­sko?

- Bar­mana, teraz możesz już legal­nie pra­co­wać. - Pusz­cza do mnie oko.

- Nie­wy­klu­czone, że się zgło­szę, ale muszę zna­leźć jakieś miesz­ka­nie. Jestem pewna, że do chło­paka wpro­wa­dzi się jego cię­żarna przy­szła żona. Muszę jutro poje­chać po swoje rze­czy, a nie mam gdzie ich umie­ścić. Myślisz, że w hotelu będą na mnie dziw­nie patrzeć, gdy przy­tasz­czę mnó­stwo pudeł? - pytam, znów zdra­dza­jąc za wiele. Chcia­ła­bym winić alko­hol, ale nie wypi­łam dużo. To ostat­nie wyda­rze­nia roz­wią­zały mi język, zna­la­złam się tu przez Pete'a.

- Z tym też mogę pomóc. Nad gara­żem mamy miesz­ka­nie. Trzeba je odma­lo­wać, ale możemy umó­wić się na jakiś czynsz.

- Jesteś moim anio­łem stró­żem? - zaga­duję.

Śmieje się, ale zapy­ta­łam poważ­nie. Zabawne, że gdy Tara pro­po­no­wała mi swoje miesz­ka­nie nad gara­żem, nie sku­siła mnie tak jak Molly.

- Nie, ale mam świetną intu­icję, więc wiem, że jesteś dobrą osobą, którą spo­tkał pech w postaci bez­na­dziej­nego chło­paka.

- Hej, maleńka - mówi wyta­tu­owany ciem­no­włosy wysoki bóg, kła­dąc dłoń na bio­drze Molly i cału­jąc ją w szyję.

- Jake, to Say­lor. Say­lor, to mój chło­pak Jake. Mówi­łam wła­śnie Say­lor, że szu­kamy bar­manki. Ma doświad­cze­nie, ale szuka też miesz­ka­nia. Pokrótce: prze­pro­wa­dziła się tu dla chło­paka, a on puścił ją kan­tem.

- Ej, nie powie­dzia­łam tego - mówię nie­pewna, skąd to wie.

Molly wzru­sza ramio­nami.

- Zga­dłam. Potrze­bo­wa­ła­byś miesz­ka­nia, gdy­byś miała w mie­ście kogoś, u kogo mogła­byś się zatrzy­mać?

Gdyby tylko wie­działa, że ma rację. Nie mam gdzie się zatrzy­mać nie tylko w tym mie­ście, ale też na całym świe­cie. Mam Tarę, jed­nak powrót do Cin­cin­nati po śmierci Ela­ine za bar­dzo by bolał. Już wolę zary­zy­ko­wać, że wpadnę na Pete'a i jego cię­żarną lafi­ryndę, niż wró­cić do miej­sca, w któ­rym wszystko będzie mi przy­po­mi­nać, że stra­ci­łam jedyną rodzinę. Pocie­ram mostek, pró­bu­jąc roz­pro­szyć ból poja­wia­jący się za każ­dym razem, gdy pozwa­lam sobie myśleć o zastęp­czej mamie.

- Miło mi, Say­lor - mówi głę­bo­kim gło­sem Jake, wycią­ga­jąc dłoń.

Ujmuję ją i przy­znaję, że mnie też miło go poznać.

- Mamy miesz­ka­nie nad gara­żem - infor­muje mnie.

Molly szcze­rzy zęby i pusz­cza do mnie oko.

- Poroz­ma­wiajmy o czyn­szu. Muszę zna­leźć nową pracę, bo do obec­nej nie wrócę - wyznaję.

- Co? Nie chcesz tu pra­co­wać? - Jake przy­kłada dłoń do piersi, jak­bym go zra­niła. Zaczy­nam się mar­twić, jed­nak zaraz dostrze­gam jego uśmiech. - Potrzebna nam bar­manka. - Wska­zuje za mnie. Odwra­cam się. Na oknie umiesz­czono tabliczkę z infor­ma­cją, że szu­kają pra­cow­ni­ków. - Kiedy możesz zacząć? - pyta.

- Ot tak?

Znowu obej­muje Molly.

- Moja dziew­czyna uważa, że jesteś w porządku, a ja ufam jej oce­nie.

- Rety. Nie... nie wiem, co powie­dzieć.

- Powiedz: Biorę tę pracę, kiedy mogę się wpro­wa­dzić? - Molly się szcze­rzy.

Ni­gdy nie wie­rzy­łam w los, w to, że można się zna­leźć w odpo­wied­niej chwili w odpo­wied­nim miej­scu i takie tam. Życie jest do kitu. Jest trudne i nie­po­ukła­dane, dobrym ludziom przy­tra­fiają się złe rze­czy. Ale są też chwile, kiedy dobrym ludziom przy­tra­fiają się dobre rze­czy. Na przy­kład, kiedy pra­cow­nica socjalna, któ­rej cię przy­dzie­lili, ma już dość patrze­nia, jak prze­rzu­cają cię z jed­nego domu do dru­giego, więc bie­rze cię do sie­bie. Albo kiedy sły­szysz od chło­paka wyzna­nie, które zmie­nia twoje życie i lądu­jesz w barze.

- Say­lor? - odzywa się Molly.

Uno­szę wzrok, oby­dwoje przy­glą­dają mi się wycze­ku­jąco.

- Biorę tę pracę, kiedy mogę się wpro­wa­dzić? - Uśmie­cham się.

- Zaczniemy od miesz­ka­nia. Jak mówi­łam, wymaga odświe­że­nia. Spo­tkamy się tu jutro około jede­na­stej? Sko­czymy kupić farbę i zaczniemy je malo­wać, żebyś jak naj­szyb­ciej mogła się wymel­do­wać z hotelu. Kiedy już ogar­niemy ściany, poje­dziemy zabrać twoje rze­czy od fiuta.

- Fiuta? - dziwi się Jake.

- Jej byłego - wyja­śnia Molly.

- Pasuje. - Męż­czy­zna się śmieje.

- Na imię ma Pete, ale muszę przy­znać, że fiut brzmi nie­źle.

- Dobra, w takim razie jutro pomo­żemy ci z miesz­ka­niem, a kiedy się zado­mo­wisz, sta­niesz za barem.

- Na pewno? Praca będzie na mnie cze­kać? - pytam.

Molly macha dło­nią.

- Dajemy sobie radę, Say­lor.

Wycią­gam z torebki kartę debe­tową.

- Będę się zbie­rać. - Podaję Molly kartę. - Nie wiem, jak wam dzię­ko­wać. Nie... po pro­stu dzię­kuję - mówię w końcu. Pra­wie znów zaczę­łam się żalić, ale się powstrzy­ma­łam, bo nie muszą słu­chać mojego bia­do­le­nia. Ni­gdy nie dowie­dzą się, jak bar­dzo mi pomo­gli.

- My sta­wiamy - mówi Jake, odsu­wa­jąc moją dłoń. - Uznaj, że to była roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna.

- Nale­gam. - Ponow­nie pod­su­wam kartę.

- Nie potrze­bu­jemy two­ich pie­nię­dzy. - Jake raz jesz­cze odsuwa moją dłoń. - Idę na drugą stronę baru. - Daje Molly buziaka, tym razem w usta, macha do mnie i znika.

- Molly, naprawdę czuję się okrop­nie. Tyle już dla mnie zro­bi­łaś. - Pró­buję podać jej kartę.

- Nie. - Szcze­rzy się. - Przyjdź rano, Say­lor. Każdy z nas ma za sobą trudne chwile. Z rado­ścią ci pomo­żemy.

- Dzię­kuję. Ogrom­nie dzię­kuję - mówię, cho­wa­jąc kartę do port­fela.

- Pro­wa­dzisz?

Kręcę głową.

- Przy­szłam z hotelu za rogiem.

- Pod­wieźć cię? Zro­biło się zimno.

- Nie, nie trzeba.

- Już późno. Lepiej, żebyś nie cho­dziła sama. Pozwól, że cię odwiozę.

Molly oddala się i mówi coś do Jake'a, który kiwa głową. Męż­czy­zna pod­cho­dzi do mnie.

- Odwiozę cię. O tej porze kobieta nie powinna sama szwen­dać się po uli­cach. - Wyciąga z kie­szeni klu­czyki. - Mój samo­chód stoi na tyłach, chodź. - Gestem wska­zuje, bym za nim poszła.

Z jakie­goś powodu wiem, że mogę im zaufać. Macham do Molly i dzię­kuję bez­gło­śnie. Ruszam za Jakiem, za barem wcho­dzimy na kory­tarz i mijamy biuro wła­ści­ciela oraz inne pomiesz­cze­nia, po czym pusz­cza mnie przo­dem, gdy wycho­dzimy na zewnątrz. Ku mojemu zasko­cze­niu jego samo­chód jest już uru­cho­miony.

- Pilot. - Unosi klucz.

- Faj­nie. Jesz­cze raz za wszystko dzię­kuję - mówię, kiedy już znaj­du­jemy się w aucie.

- Dojazd do hotelu zaj­mie dwie minuty, żaden pro­blem, Say­lor.

Miał rację, droga trwa krótko. Roz­pi­nam pas i otwie­ram drzwi.

- Dzię­kuję, Jake, i podzię­kuj Molly.

- Do jutra, Say­lor. - Macha mi na poże­gna­nie i odjeż­dża, gdy tylko wysia­dam.

W pokoju uświa­da­miam sobie, że nie mam w co się prze­brać. W samo­cho­dzie zosta­wi­łam kilka rze­czy, które zabra­łam z domu Ela­ine, ale jest już za późno, by iść na par­king i grze­bać w pudłach, zatem zdej­muję tylko buty i nakry­wam się kocem. Tele­fon, w któ­rym pada bate­ria, też jest gotowy na odpo­czy­nek. Jestem w roz­sypce, a mimo to czuję nadzieję, choć przy­szłość jesz­cze przed kil­koma godzi­nami nie malo­wała się w jasnych bar­wach. Wygląda na to, że będę żyć dalej i dzień po dniu, krok po kroku wszystko się ułoży.

Budzi mnie dobie­ga­jący z sąsied­niego pokoju dźwięk wody leją­cej się pod prysz­ni­cem. Hotel jest porządny, ale jak w więk­szo­ści podob­nych ściany są cien­kie jak papier. Dłuż­szą chwilę leża­łam w łóżku, zanim udało mi się zasnąć, a teraz zega­rek na szafce noc­nej infor­muje, że jest jesz­cze za wcze­śnie na pobudkę. Z Molly mam się spo­tkać dopiero za pięć godzin, lecz jestem osobą, która jak już się obu­dzi, to nie zaśnie. W domach zastęp­czych musia­łam wcze­śnie wsta­wać, żeby przed wyj­ściem do szkoły wypeł­nić powie­rzone mi obo­wiązki. Zawsze zry­wa­łam się skoro świt, nawet u Ela­ine. Trudno pozbyć się sta­rych nawy­ków i w ogóle. Kilka razy pró­bo­wa­łam prze­ko­nać Pete'a, byśmy cały dzień spę­dzili w łóżku, ale wybi­jał mi ten pomysł z głowy, zanim jesz­cze słowa prze­szły mi przez usta. Nie zaro­bisz, śpiąc do połu­dnia. Albo, jak w jego przy­padku, nie zapłod­nisz pra­cow­nicy. Zawsze wcze­śnie wycho­dził i późno wra­cał. Cho­lera, ni­gdy nie wydało mi się to podej­rzane.

Życie to nie­koń­cząca się lek­cja.

Wstaję z łóżka, wkła­dam buty, biorę klucz i idę na par­king. Muszę albo kupić ubra­nie, albo wyjąć jakieś z samo­chodu. Powie­trze o poranku jest chłodne, aż para ula­tuje mi z ust. Pod­cho­dzę do auta, otwie­ram tylne drzwi i prze­rzu­cam zawar­tość kar­to­nów. Znaj­duję szare wypło­wiałe dżinsy z dziu­rami na kola­nach - moje ulu­bione, cho­ciaż Pete'owi ni­gdy się nie podo­bały. Nie przy­po­mnę sobie, co dokład­nie powie­dział, ale rzu­cił uwagę o tym, że oso­bie na moim sta­no­wi­sku nie przy­stoi taki strój. Kolejny przy­tyk. Uświa­da­miam sobie, że było ich kilka. Nie jestem pewna, dla­czego wytrzy­ma­łam z nim tyle czasu. Nie, nie­prawda. Wiem. Zale­żało mi na nim. Był pierw­szym face­tem, który oka­zał mi czu­łość, i ucze­pi­łam się go jak rzep psiego ogona. Na początku dobrze nam się ukła­dało. Tak, rzu­cał nie­po­chlebne komen­ta­rze i tro­chę się mnie cze­piał, a jed­nak chcia­łam go uszczę­śli­wiać. Wtedy nie myśla­łam o tym za wiele, ale teraz widzę wszystko w innym świe­tle. Wyko­rzy­sty­wał mnie. Cały czas. Jestem pewna, że Tabi­tha, ta cię­żarna dziew­czyna, nie jest pierw­szą, z którą mnie zdra­dził. Aż prze­cho­dzą mnie ciarki. Muszę umó­wić się do leka­rza i zro­bić bada­nia.

Trzy­mam w ręce spodnie, drugą grze­bię w ubra­niach i wycią­gam starą koszulkę z kon­certu Def Lep­pard oraz bluzę z kap­tu­rem z logo uni­wer­sy­tetu sta­no­wego w Ohio. Następ­nie znaj­duję spor­towy sta­nik, baweł­niane majtki, na które Pete narze­kał za każ­dym razem, gdy je nosi­łam, i skar­petki. Na szczę­ście stare teni­sówki spa­ko­wa­łam wcze­śniej do torby na zakupy. Wyrzu­cam z niej pra­wie wszystko, zosta­wiam tylko parę nike'ów i dokła­dam rze­czy, które mam w ręce. Tylko ich potrze­buję. No i jesz­cze łado­warki. Zamy­kam drzwi i bie­giem wra­cam do hotelu. Gdy wcho­dzę do holu, recep­cjo­nistka wita mnie rado­snym "dzień dobry". Odpo­wia­dam jej i spie­szę do windy.

Rekla­mówkę z rze­czami z samo­chodu opróż­niam na łóżko i roz­kła­dam ubra­nia, żeby się dłu­żej nie gnio­tły. Jasne, mogła­bym je wypra­so­wać, ale tego spo­dzie­wałby się po mnie Pete. Dziś nie przej­muję się takimi dro­bia­zgami. Poza tym jadę tylko kupić farbę i liczę, że zacznę malo­wać. Roz­bie­ram się, w dro­dze pod prysz­nic biorę z umy­walki hote­lowy szam­pon, odżywkę i mydło. Nie spie­szę się, sto­jąc pod gorą­cym stru­mie­niem. Przez moje myśli prze­wi­jają się wyda­rze­nia ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech godzin i pła­czę z żalu. Nie­na­wi­dzę go, ale jed­no­cze­śnie mi na nim zależy. Kocha­łam go. Naprawdę. Myśla­łam, że byli­śmy szczę­śliwi. Może się nie myli­łam. Tylko że mu nie wystar­cza­łam.

Chcia­ła­bym, żeby Ela­ine żyła. Zawsze była niczym spo­kojny głos roz­sądku. Kiedy stre­so­wa­łam się prze­pro­wadzką i zamiesz­ka­niem z Pete'em, powie­działa, że muszę zacząć żyć dla sie­bie. Od tego dnia minęło sześć mie­sięcy, ona zmarła, on mnie zosta­wił, więc jestem... sama. Nogi mi się trzęsą. Opie­ram plecy o ścianę i osu­wam się na pod­łogę. Cho­wam głowę mię­dzy kolana, pozwa­la­jąc pły­nąć łzom. Pła­czę za Ela­ine, Pete'em i życiem, które, jak mi się wyda­wało, budo­wa­li­śmy.

Wszystko się zmie­nia.

Rozdział 4. Saylor

Roz­dział 4

Say­lor

Wycho­dzę spod prysz­nica, dopiero gdy woda robi się zimna. Wkła­dam stare, wygodne ciu­chy, a następ­nie zama­wiam śnia­da­nie. Wybra­łam jedze­nie na pocie­sze­nie, czyli nale­śniki z polewą i boczek. Danie, które pierw­szy raz jadłam u Ela­ine i które szybko stało się moim ulu­bio­nym. Zapi­suję sobie w gło­wie, żeby wycią­gnąć jej prze­pisy i per­fek­cyj­nie się ich nauczyć. Po śnia­da­niu biorę klu­cze, tele­fon oraz torebkę i ruszam do baru. Zja­wię się przed umó­wioną godziną, ale wolę pocze­kać na Molly, niżby ona cze­kała na mnie. Wiele jej zawdzię­czam, bo zapro­po­no­wała mi pracę i miesz­ka­nie.

Ku mojemu zasko­cze­niu zastaję Molly przed Cor­ner Pocket. Roz­ma­wia przez tele­fon w samo­cho­dzie. Macham do niej i wyko­nuję gesty ozna­cza­jące, że będę pro­wa­dzić.

- Dzięki - mówi, wsiadł­szy do mojego auta. - Chcesz naj­pierw zoba­czyć miesz­ka­nie, żeby wybrać kolory?

- Szcze­rze, nie mia­ła­bym nic prze­ciwko sracz­ko­wa­temu brą­zowi w wyraźne poma­rań­czowe kropki. Dzięki, Molly, serio - pod­kre­ślam ostat­nie słowo.

- Tak naprawdę wyświad­czasz nam przy­sługę. Pla­no­wa­li­śmy wyre­mon­to­wać miesz­ka­nie, ale nie zabra­li­śmy się do tego.

- Musimy uzgod­nić czynsz - przy­po­mi­nam.

- Naj­pierw je obej­rzyj i zde­cy­duj, czy chcesz się wpro­wa­dzić.

- Nie mam w tej chwili za dużego wyboru.

- Przy­kro mi. Nie potra­fię sobie wyobra­zić, przez co prze­cho­dzisz - mówi łagod­nie.

Jak wczo­raj­szego wie­czoru słowa same zaczy­nają pły­nąć z moich ust:

- Pozna­li­śmy się na stu­diach, on jest stąd. Prze­pro­wa­dzi­łam się, żeby z nim zamiesz­kać. Oby­dwoje pra­cu­jemy w agen­cji nie­ru­cho­mo­ści nale­żą­cej do jego rodziny.

- Cze­kaj no. Jak on się nazywa?

- Pete Vic­tor, znasz go?

Par­ska.

- Tak, znam go. To dupek. Cho­dzi­li­śmy razem do szkoły. Myśli, że wszystko mu się należy.

Przy­ta­kuję cicho.

- Prze­pra­szam, Say­lor. To było nie na miej­scu.

- Nie prze­pra­szaj. Masz rację. Żałuję tylko, że dotarło to do mnie, dopiero gdy zmie­ni­łam dla niego swoje życie.

- A co z twoją rodziną? Nie możesz wró­cić do nich do Cin­cin­nati?

Nie lubię mówić o swo­jej prze­szło­ści, ale Molly jest miła i tak jakby wzięła mnie pod swoje skrzy­dła. Będę też miesz­kać nad jej gara­żem, więc mogę przy­naj­mniej opo­wie­dzieć jej tro­chę o sobie.

- Nie mam rodziny. Do dwu­na­stego roku życia opieka spo­łeczna umiesz­czała mnie w róż­nych domach. Teo­re­tycz­nie cały okres dora­sta­nia zaj­mo­wało się mną pań­stwo, nato­miast od dwu­na­stego roku życia miesz­ka­łam tylko w jed­nym domu, u Ela­ine, która była pra­cow­nicą socjalną i moją opie­kunką oraz jedyną rodziną.

- Była? - pyta łagod­nie Molly.

Czuję ucisk w gar­dle.

- Zmarła w zeszłym mie­siącu.

- Och, Say­lor. - Kła­dzie dłoń na moim ramie­niu. - Moje kon­do­len­cje.

- Dzię­kuję. Była nie­sa­mo­wita, ale nie mam już rodziny. Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka mieszka w Cin­cin­nati. Pro­po­no­wała, żebym się do niej wpro­wa­dziła, ale nie mogę tam wró­cić. Wszystko mi przy­po­mina o Ela­ine. To ona była moim domem, nie mia­sto.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki