ROZDZIAŁ IV
Hugin i reszta wchodzili ostrożnie przez strefę magazynową, do głównej hali marketu. Niewielkie świetliki w dachu dawały blade światło, tylko odrobinę rozpraszające mrok blaszanej konstrukcji. Kontury regałów rysowały się przed nimi równymi rzędami. Echo kroków stawianych ostrożnie, choć ledwie słyszalne, powodowało ciarki na karku. Nie włączyli latarek. Najpierw planowali upewnić się, że nikogo na pewno tu nie zastaną.
Mycha stuknęła obcasami, jakby chciała niczym Dorotka z Oz odlecieć do Kansas. Sprawdziła swój but. I na powrót schowała wystające z niego ostrze.
Usłyszeli jakiś dźwięk dobiegający z oddali po lewej stronie. Hugin nakazał gestem, by właścicielka różowej czupryny schowała się za jeden z regałów bliżej wyjścia. Pozostała czwórka rozdzieliła się między alejki parami. Ruszyli w kierunku dobiegającego hałasu. Hugin dobył drugi rewolwer i naciągnął w nim kurek. Hexa i Zefir po cichu naciągnęli sprężyny swoich pistoletów, wprowadzając naboje do komory. Odbezpieczyli broń.
To był pierwszy raz, kiedy istniało prawdopodobieństwo, że jej użyją w realnej sytuacji. Wcześniej Kita nalegał, aby poćwiczyli na strzelnicy. Żadne z nich nie wiedziało wtedy, że chłopak ma zbunkrowane cztery sztuki takiego arsenału. On zaś tłumaczył im to swoją pasją i chęcią podzielenia się swoją wiedzą. Od niedawna, wszyscy na co dzień mieli styczność i obcowali z tymi pistoletami. Przezornie, dzięki wcześniejszym zajęciom pod okiem instruktorów, nie musieli teraz marnować naboi na naukę strzelania.
Zefir wskazał ręką kierunek, a Hugin potwierdził skinieniem głowy. Równocześnie wyszli ze swoich alejek. Celowali w kierunku jaśniejącej na podłodze plamy światła, tuż pod dużą pleksiglasową klapą oddymiającą systemu przeciwpożarowego, Na środku przejścia między regałami, na turystycznych fotelach siedziało trzech mężczyzn. Spali. Ręka jednego zwisała bezwładnie, a obok niej leżała butelka po Jacku Daniel'sie. Na podłodze tuż obok na rozłożonych karimatach i kocach leżały trzy dziewczyny. Wyglądały na dwudziestokilkulatki z przesadnie mocnym makijażem. Częściowo rozmazany na ich twarzach, wyglądał groteskowo, bo zamiast podkreślać urodę, przywodził na myśl Jokera z serii filmów o Batmanie.
Wokoło walały się puste butelki po alkoholu, puszki po piwie i konserwach. Z kartonu robiącego chyba za tymczasowy śmietnik wystawały foliowe opakowania przeróżnych innych produktów.
Hugin podszedł o parę kroków bliżej. Zauważył, że za śpiącymi mężczyznami stoi turystyczny grill na kółkach, a dalej kilka pustych worków po brykiecie i oparte o regał pełne i rozpoczęte.
Nie wyczuł w powietrzu zapachu spalenizny. Dlatego uznał, że w jakiś sposób musieli otwierać znajdującą się nad nimi klapę, żeby dać ujście spalinom i wietrzyć halę.
Idąc tu, Hugin widział na półkach niemal cały, nietknięty asortyment. Dopiero tutaj dostrzegł, z którego działu najchętniej korzystało, rezydujące tu towarzystwo.
Mężczyzna nie opuszczając broni, dał znak reszcie.
Podszedł i kopnął w łydkę największego z pijanych mężczyzn. Tego, który wciąż dzielnie trzymał na podołku niedokończoną flaszkę.
- Sooo jeeest? - wychrypiał, wyrwany ze snu.
- Sobota! - palnął bez namysłu Zefir.
- Cooo? - dopytywał nadal na wpół przytomny śpioch.
- Jajco! Wstawać paskudy! I słuchać uważnie, bo nie będziemy się powtarzać jak zdrowaśki w różańcu - powiedział pewnym i rzeczowym tonem Hugin. Pozostali śpiący również już zdążyli otworzyć oczy. Dziewczyny przeciągając się, usiadły. A widząc wycelowane w ich stronę pistolety, przestraszone ścieśniły się w zwartą grupę.
Mężczyźni, najwyraźniej nadal otumanieni procentami, reagowali wolniej. Brzuchacz, którego butelka zaalarmowała nowoprzybyłych, próbował się podnieść z leżaka. Nie udawało mu się to jednak. Przypominał swoimi poczynaniami, przewróconego na plecy żuka gnojaka.
- Siedź! - nakazał mu Hugin, kierując jedną z luf w jego stronę.
- Idź! Zrób zakupy! - rzucił przez ramię do Zefira.
- My ich przypilnujemy - dodał na tyle głośno, żeby chowająca się za regałami Mycha i Chang stojący po drugiej stronie ściany z półek, również wiedzieli, że sytuacja jest opanowana, że oni także mogą zabrać się do pakowania potrzebnych im rzeczy.
Niespodziewanie mężczyzna siedzący z tyłu za "żuczkiem", cisnął w stronę uzbrojonego w dwa rewolwery niedokończoną butelką burbona. Trzydziestolatek sprawnie się uchylił i strzelił nad głowami mężczyzn w stojące za nimi półki. Mycha i Chang aż podskoczyli na dźwięk huku wystrzału. Dziewczyna zakryła sobie usta dłońmi, żeby nie krzyknąć. Uspokoiła się jednak niemal natychmiast, gdy usłyszała nieco wzburzony głos Hugina:
- Nie prowokuj mnie! Ten kawałek ołowiu ma tu jeszcze jedenastu kolegów, którzy aż rwą się do lotu. I chętnie "do ciebie" wpadną. Nie chcemy was skrzywdzić. Zrobimy sobie tylko trochę zapasów i nie będziemy was już niepokoić. Chyba że nas zaprosicie. To wtedy, może jeszcze kiedyś zajrzymy z wizytą. Być może nawet i bez pukawek.
- Nigdy w życiu! Sukin... - zaczął butelkomiot.
Nie dokończył jednak, bo Hexa chrząknęła znacząco, celując w dziewczyny.
- Odrobinę kultury, nie wypada się tak wyrażać przy "damach" - dodała.
Chwilę później wrócił Zefir, oświetlał sobie drogę czołówką, niosąc w rękach niewielki prostokątny woreczek. Pokiwał nim w stronę Hugina, a ten potaknął.
- Panowie wybaczą, ale w zaistniałej sytuacji mój kolega pomoże panom zachować należyty spokój. Proszę o współpracę, bo nie chciałbym narobić niepotrzebnego bałaganu.
Zefir przypiął do krzeseł ręce i nogi mężczyzn przy użyciu przyniesionych przez siebie opasek samozaciskowych. Trytytki sprawdziły się idealnie zamiast liny czy kajdanek. Skrępował nimi nadgarstki przestraszonych dziewczyn, następnie połączył je między sobą za kostki u nóg. Nachylił się i wyszeptał coś do ucha jednej z nich, a ona pokiwała tylko szybko głową na znak, że zrozumiała.
W tej sytuacji Hugin mógł spokojnie zostać sam. Obezwładnieni jeńcy nie zagrażali mu nagłym atakiem. Dlatego Hexa upewniwszy się jeszcze raz wymieniając spojrzenia z Huginem, rzuciła się w wir "zakupów" razem z Zefirem i resztą.
Zgromadzone zapasy wynosili w okolice tylnego wyjścia. Poruszali się cicho bez zbędnego gadania. Mysza zapakowała kilka paczek papierosów i dwie butelki mocnego alkoholu do swojego plecaka i kieszeni bluzy. Wracając, przeszła obok działu papierniczego. Wzięła z półki brulion studwudziestokartkowy i dwie paczki kredek. Wsunęła je płasko obok wcześniej upchniętych flaszek, a żeby nie pogiąć i nie połamać, zrobiła to od strony pleców. Na obu ramionach niosła przewieszone na krzyż dwie średnie torby sportowe. Wypchała je po brzegi zupkami i daniami instant. Dorzuciła też kilka tabliczek czekolady. Od czasu do czasu nawet w takich warunkach należała im się odrobina rozpusty. Wzięła czekoladę studencką i tę z całymi orzechami laskowymi wyzierającymi na nią przez foliowe okienko.
Zefir, Hexa, Chang i Mycha stali już gotowi do opuszczenia magazynu. Na podłodze czekały dwie duże torby przygotowane dla pilnującego więźniów Hugina.
Stojący w drzwiach na zaplecze Zefir gwizdnął w miarę głośno i zawołał:
- Mamy wszystko! Chodź!
Wezwany okrzykiem przyjaciela, mimowolny klawisz zaczął się wycofywać, nadal celując w grupkę więźniów.
- Do zobaczenia! Albo i nie, los pokaże. I pamiętajcie, że chcieliśmy tylko trochę jedzenia z tej waszej... spiżarni.
Zniknąwszy z pola widzenia skrępowanych w obozowisku ludzi, odwrócił się, ruszając biegiem w kierunku przyjaciół. Drogę oświetlały mu tym razem latarki jego i czekającej na niego czwórki. Założył na ramiona przygotowane do zabrania pakunki i razem opuścili budynek.
Zanim wyskoczyli na otwartą przestrzeń, rozejrzeli się szybko czy nikogo nie ma w pobliżu. Ładunek spowalniał ich ruchy, ograniczał i uniemożliwiał bieg. Mimo to ruszyli szybkim krokiem, aby odejść jak najdalej to będzie możliwe, zanim tamci się uwolnią. Dopiero po kilkunastu minutach, przebytych pośpiesznym, kulawym truchtem, zwolnili.
- Kurde! Co to było?! Hugin od tej strony cię jeszcze nie znałam! - wykrzyknęła podekscytowana Mycha. Mężczyzna uciszył ją gestem dłoni, hamując jej entuzjazm.
- Zefir, co żeś tam szeptał tej dziewczynie? Hmm? - odezwał się do obładowanego po uszy chłopaka.
- Ha, ha - że mi się podoba! - Prześmiewczo zarechotał blondyn. - Nie, no... a tak na serio, kazałem jej policzyć do stu, jak wyjdziemy i dopiero wtedy może próbować z koleżankami pójść po nóż na dział mięsny, żeby się uwolnić.
- I myślisz, że zadziała? - zapytał z ironią w głosie Chang.
- Tak! - odpowiedział przekonany i dumny z siebie blondas. - Bo jak to mówiłem, to wsadziłem jej pod tyłek puszkę groszku. Powiedziałem, że jeśli się ruszy wcześniej, to wszyscy wylecą w powietrze! He, he, he!
Teraz wszyscy się uśmiechnęli. Większość rozbawiona pomysłowością kolegi. Tylko Chang z politowaniem odwrócił się w kierunku marszu i dodał:
- No, ale nie byłbyś sobą, gdybyś jej za tyłek nie chwycił, nie?
- A co? Żal ci?! Jestem młody, świat się kończy... Kiedy mam szaleć, jak nie teraz?
Kita czekał na nich na skraju lasu, tuż przed płotem ogródków działkowych. Robiło się już ciemno. Droga powrotna zajęła im więcej czasu niż wcześniej dotarcie na miejsce. Robili kilka przerw, żeby krew mogła dopłynąć do ramion obciążonych paskami plecaków i toreb. W dodatku szli nieco okrężną drogą, leśną ścieżką przeciwpożarową, usypaną z tłucznia. Kilkukrotnie zmieniali kierunek na wypadek, gdyby tamci nieco wytrzeźwieli i ruszyli ich tropem.
- O! Widzę, że łowy były udane. - Kita ucieszył się na widok przyjaciół niosących wypchane toboły.
Wyciągnął ręce, żeby oddali mu przynajmniej część z ich do przeniesienia.
- A jak u ciebie?
- Nuda! - Rudy chłopak udał ziewnięcie. - Chociaż, jednak coś tam udało mi się zobaczyć.
ROZDZIAŁ VII
Zefir zniknął przed kolacją. Słyszeli jakieś stukania i dźwięk metalowych części dzwoniących o siebie. W końcu wyszedł skuszony wonią potrawki a la gulasz, z wołowiną z puszki i warzywami z ogródka.
- Mmm... możeeszz sprafffdziić apfffaracik? - wyseplenił do Hugina, łapiąc chłodne powietrze do ust, pełnych gorącego sosu.
- Zjedz spokojnie, bo się udławisz. Dzisiaj i tak już nie będziemy niczego dziarać. Za mało światła. Jutro sprawdzimy. I jak cię znam, nie ma potrzeby sprawdzania twojej roboty. Ja tylko wyreguluje kasetę, żeby za głęboko nie wchodziła i musi działać.
Następnego dnia pod igłę trafił Chang, potem Zefir i Kita. Dziewczyny też nadstawiły swoje ręce. W ten sposób do południa już wszyscy nosili znak heksagonu. Butla sprawdzała się bardzo dobrze, jedynie Hugin z początku musiał opanować regulację zaworu, żeby strumień powietrza nie marnował się, a był w pełni wykorzystywany.
Później wszystko szło już gładko. Dobrze, że Chang nie znał się na sprzęcie do tatuowania, bo zabrał z odwiedzonego salonu nie tylko czarny tusz, ale również trzy pudełka pełne igieł i kartridży. Dzięki temu nawet w tak spartańskich warunkach Hugin mógł stosować podstawowe zasady higieny. Na ostatku sobie również zrobił symbol podwójnego sześciokąta. Nie było najgorzej, ale nie mógł sam naciągnąć skóry pod maszynkę, i przez to jego rysunek wyszedł odrobinę nierówny mimo pomocnych dłoni Mychy.
Kiedy siedzieli tak naprzeciwko siebie, dziewczyna zapytała bardzo nieśmiało i mocno ściszonym głosem:
- Dawid? -Już samo brzmienie własnego imienia postawiło mężczyznę w stan wzmożonej czujności.
- Tak?
- ...a zrobiłbyś coś dla mnie?
- To zależy, co masz na myśli, bo jak naleśniki to sorry, ale zawsze przypalam. Sama z resztą wiesz. - Uśmiechnął się, nie odrywając oczu od niemal ukończonego wzoru.
- No weź... Ja poważnie pytam. Chodzi o te moje szramy na szyi. Dałoby rade zakryć je tatuażem?
Mężczyzna zawiesił koniec aparatu tuż nad ostatnimi milimetrami wieńczącej dzieło kreski. Spojrzał w górę i zobaczył wbite w niego olbrzymie błękitne oczyska!
Pojedynczy, niesforny kosmyk różowej fryzury zwisał, przecinając mu w pół widok na prawą źrenicę. Mina kota ze Shreka miała go urobić i udobruchać, ale on nawet nie chciał zażartować. Pochylił głowę i postawił kilkadziesiąt ostatnich kropek na swoim przedramieniu.
Odłożył maszynkę, przetarł rękę z nadmiaru tuszu, po czym rzeczowo podszedł do sprawy.
- Po pierwsze, szyja cholernie boli. Po drugie blizny są świeże i będą bolały jeszcze bardziej, plus blizny są na szyi, czyli ból do kwadratu. Po trzecie nie jestem artystą, tylko rzemieślnikiem, potrafię zrobić kalkę, przenieść kontur i wycieniować według wzoru, ale nie potrafię dobrze sam niczego narysować. Po czwarte...
- Po czwarte mam rysunek, jak mi pomożesz, to przygotuję kontur, a nawet kalkę. Ból zniosę. A jak trzeba będzie, to zagryzę zęby na kawałku drewna. Proszę..., chcę zakryć tatuażem te blizny, ale jeszcze bardziej chcę po prostu mieć swój własny, jedyny i niepowtarzalny tatuaż.
- Po czwarte, ty mała Mycho, mam tylko czarny tusz. Zrobimy kiedyś wypad na miasto. Zgarnę, co trzeba i wtedy pomyślimy. Okej?!
Hugin widząc entuzjazm młodej dziewczyny, zakończył temat, odrobinę dowcipniej niż zamierzał. Jednak ona wcale nie żartowała. A dostrzegając uchyloną furtkę w wypowiedzi mężczyzny, postanowiła działać, zanim cokolwiek, nawet lekki powiew letniego wiatru, zatrzaśnie tę szczelinę w tylnej furtce możliwości. Jeszcze tego samego dnia powiedziała, że źle się czuje. Trochę boli ją brzuch i głowa. Takie tam, "babskie sprawy". Nikt więcej nie pytał. Hexa dała jej jakieś tabletki, chyba przeciwbólowe. Powiedziała, że jakby co, to ma zawołać. Mycha poszła do sypialni, mówiąc, że spróbuje to przespać.
Ułożyła w śpiworze kilka ciuchów, wsadziła ręcznik do kaptura bluzy i ułożyła tak, że wyglądało jakby spała w najlepsze, jeśli ktoś zajrzałby do środka.
Sposobem Changa, otwarła okno na tyły budynku i wymknęła się cichaczem.
Zanim ktokolwiek się zorientował biegła wzdłuż jedynej drogi dojazdowej w to miejsce. Biegła aż zbliżyła się do skrzyżowania z dojazdówką do miasta. Rozejrzała się wokoło i ruszyła szybkim truchtem w kierunku centrum.
Niecałą godzinę po opuszczeniu domu stała na rynku starego miasta. Po drodze minęła zaledwie kilka osób. Większość mijała ją w taki sam sposób jak ona ich, odsuwając się na dystans, trochę niepewnie z pochylonymi głowami i wzrokiem wbitym w chodnik.
Podeszła do witryny studia tatuażu. Patyk, którym zabezpieczył drzwi Chang, nadal tkwił między kratami. Kiedy ostatnio dostał się do środka, otwarł sobie zamki by opuścić lokal. Jednak, żeby sprawiać wrażenie, że nadal trzyma zamek, wcisnął kawałek drewna między framugę i kratę tak, żeby blokowało ono drzwi.
- Dzięki temu będziemy mogli również sprawdzić, czy nikogo nie zastaniemy w środku, jeśli jeszcze kiedyś zachcemy tam wrócić - opowiadał, po powrocie.
Mycha odsunęła drewno. Pchnęła piętą drzwi, ciągle stojąc do nich odwrócona plecami. Ostatni raz rzuciła okiem na ulicę i nie dostrzegłszy nikogo, szybko wślizgnęła się do wnętrza.
Zabezpieczyła drzwi od środka na zamek. Nauczka po wizycie w blaszaku. Na samo wspomnienie tamtego dnia, przesunęła odruchowo palcami po wciąż świeżych śladach na szyi.
Minęła poczekalnię, kierując się wprost na zaplecze. To tu działa się magia. Zajrzała do katalogów, grubych na kilka centymetrów segregatorów pełnych foliowych koszulek z rysunkami w środku. Wzory i gotowe kalki czekały. Zapewne teraz nie doczekają się już nowych odbiorców. Przerzuciła jeszcze kilka stron. Jednak nie po to tu przyszła. Podeszła do szafki na kółkach, na której tatuator zwykle układał sobie rzeczy potrzebne w danym momencie do wykonania swojej pracy. Wysunęła pierwszą szufladę i znalazła tam tylko pudełko z rękawiczkami, drugie z chusteczkami higienicznymi i duży słoik wazeliny.
W drugiej były pudełka z igłami i kasetami takimi, jakie przyniósł ostatnio Chang.
Trzecia - BINGO!
Kilkadziesiąt słoiczków ze szklanymi korkami. A na każdym naklejka ze wzorem i nazwą koloru. Ustawione w specjalnej kratownicy, nie stykały się ze sobą, były łatwo dostępne, usystematyzowane, ale co najważniejsze możliwe do wyjęcia z szafki i zabrania, wszystkie na raz.
Wyciągnęła je i położyła na blacie. Została ostatnia szuflada, a w niej, jeszcze więcej płynnego szczęścia. Znalazła na stoliku pod dużym lustrem rolkę folii spożywczej. Wystawiła dwie palety tuszy jedna na drugiej i owinęła je ściśle cienkim, elastycznym plastikiem. Rolkę folii, nożyczki i kilka opatrunków umieściła w niestandardowym dla siebie klasycznym plecaku. Uznała bowiem, jak się okazało słusznie, że tym razem plecak będzie wygodniejszy niż jej ulubiony worek.
Wróciła do segregatorów. W jednym znajdowały się w foliowej koszulce puste kartki do kalek, trochę podobne do pergaminu albo papieru do pieczenia. Zwinęła w rulon kilkanaście sztuk i wsunęła do kartonowej rolki z folią. Potem znalazła jeszcze mazaki, którymi widziała wcześniej namalowane kalki, gotowe do użycia. Na koniec podeszła do drugiego lustra. W gablotce pod spodem znajdowało się ze sto a może więcej wzorów stalowych kolczyków. Były tam takie do brwi, do nosa, języka i pępka. Ominęła wzrokiem spore kanały i wyjęła z aksamitnego rowka trupią czaszkę, jednorożca i coś, czego się nie spodziewała zobaczyć. Idealnie wypolerowany sześciokąt o równych krawędziach.
Wyjęła z ucha swoje trzy kulki i niedbale rzuciła je do kosza. Założyła swoje nowe kolczyki. Spojrzała na pępek, ale różowa kryształowa łezka w białym złocie była o wiele ładniejsza od tego, co oferowali tutaj.
Zachowując ostrożność, wymknęła się z zakładu, na powrót zakładając drewnianą blokadę drzwi. Zrobiła kilka kroków w kierunku rynku, ale coś ją tknęło. Odbiegła w przeciwną stronę i weszła do bramy. Pięć metrów dalej w głębi przejazdu prowadzącego pod budynkiem na wewnętrzny dziedziniec znajdowały się obskurne drzwi.
Podeszła do nich. Uniosła rękę do wiszącego na ścianie stłuczonego od zawsze kinkietu. Był tam. Klucz, którego już nie raz używała. Otwarła nim drzwi i weszła do środka. W mroku niewiele mogła zobaczyć. Po omacku zrobiła trzy kroki na wprost potem pięć, nie, sześć w lewo. Dalej już zaczęło docierać światło z jednego z okien.
Niewiele się zmieniło. Pub, w którym dorabiała jeszcze w liceum na zmywaku, a potem, za barem lub jako kelnerka, oferował nie tylko trunki wyskokowe, ale również dania fast food i normalne napoje typu kawa czy cola.
Dostrzegła kilka zgrzewek coli, pomarańczowego gazowanego napoju i wody. Obok leżały kartony z chipsami i orzeszkami. Uwielbiała je podżerać w pracy, szczególnie te prażone, w paprykowej skorupce. Zapakowała kilka paczek do plecaka. I zabrała dwie zgrzewki wody.
Dom dziecka był niedaleko. Powinna sobie z nimi poradzić.
Kilkanaście minut później witała się z dawnymi opiekunami i kilkorgiem wystraszonych wizytą nowej osoby dzieci. Tylko jedna mała dziewczynka podbiegła do niej i przytuliła ją mocno. Kiedy Paulina wzięła czterolatkę na ręce, mała pogładziła ją obiema rączkami po głowie. Zrobiła to kilka razy, ostatecznie zamykając policzki Mychy w swoich maleńkich dłoniach.
- Ale mass fajowssskie włossy!! A ja tesss bendem takie miała jak dollossnę? - zapytała, mocno sepleniąc bez górnej jedynki.
- Jeśli tylko będziesz chciała, to jasne. Włosy można sobie zafarbować na każdy kolor - odpowiedziała Mycha, tuląc małą do siebie jeszcze mocniej.
- Tylko pamiętaj, nie wolno tego robić samemu, farbkami do rysowania obrazków, bo można zostać łysym, jak Marceli. - Uśmiechała się i puściła porozumiewawcze oko do "wujka".
Mężczyzna pogładził się po błyszczącej jak wypolerowana czaszce, którą z tyłu i po bokach otaczał jeszcze wianuszek siwiejących od dawna resztek włosów.
- No, mnie jeszcze trochę zostało, ale robią się coraz bardziej białe - powiedział do dziewczynki, zbliżając się do niej twarzą i robiąc śmieszną minę.
W Paulinie zapłonął malutki ognik, który zapiekł ją w tym miejscu, gdzie ludzie trzymają swoje najwspanialsze wspomnienia. Postawiła małą na podłodze i wzięła mężczyznę pod rękę. Poprosiła, żeby poszedł za nią.
Dwadzieścia minut później wracali do "domu" z zapakowanym po granice możliwości wózkiem transportowym z pubu. Nie była to zdrowa żywność, ale dzięki rozsądnemu nią gospodarowaniu, dzieciaki będą miały trochę przyjemności z kolorowych napojów i słodkich oraz słonych przekąsek. Na odchodne Marceli ostrzegł ją, bo w okolicy znów kręcili się żołnierze, ubrani cali na czarno, z bronią, jakiej nigdy wcześniej nie widział. Ucałował ją w czoło, jak miał to w zwyczaju, tak jak robił to setki razy, kiedy była niewiele starsza od tamtej małej, szczerbatej dziewczynki.
Mycha wracała z uśmiechem na ustach i ciepłem w okolicy serca. Nadal na twarzy czuła dotyk maleńkich rączek dziewczynki.
W plecaku pobrzękiwały słoiczki z tuszem i szeleściły opakowania ulubionych orzeszków. Pewnie dlatego nie zauważyła, jak od pewnego czasu, skradając się, szła za nią dziewczyna w szarym dresie. Trzymała się w sporej odległości, ostrożnie podążała za nią, aż do skrzyżowania, gdzie na jednej z wylotówek z miasta stał znak wskazujący swym napisem drogę dojazdową do ROD Zacisze.
ROZDZIAŁ VIII
- KURDE! Mycha! Czyś ty ma łeb upadła?! - Hugin stał razem z Hexą nad siedzącą przed nimi dziewczyną.
Wyglądali, jak para rodziców dających burę swojej nastoletniej córce. Na stole obok leżały przyniesione przez nią fanty z samotnej wyprawy do miasta. Tusze, przekąski, folie, opatrunki i kalki do tatuażu. Dziewczyna była dumna z udanego wypadu, niestety reszta grupy nie podzielała jej entuzjazmu. Dwie godziny po jej zniknięciu, Hexa poszła sprawdzić co z Mychą. Wtedy odkryła fortel dziewczyny. Zła jak osa poinformowała Hugina. Wspólnie zadecydowali, że zanim zaczną jej szukać, zaczekają do wieczora. Chang wracał przeważnie na kolację. Dlatego postanowili, że w jej przypadku również dadzą jej czas do kolacji.
Fakt, że Chang, zawsze wracał cały i zdrowy, nie uspokajał ich w tej sytuacji. Jednak nie wiedząc nawet, gdzie rozpocząć poszukiwania, musieli po prostu uwierzyć w nią i uzbroić się w cierpliwość.
Hugin naprowadzony wydarzeniami z poprzedniego wieczoru, w końcu wpadł na pomysł, gdzie zacząć jej szukać, jeszcze zanim sama wróciła. Skojarzył ich rozmowę o tatuażu oraz jego własne słowa o braku barwników ze zniknięciem małej uparciuchy. Nie oznaczało to bynajmniej, że myśl ta go uspokoiła.
Miasto stało się co prawda wyludnione, ale również z tego powodu niebezpieczne. Dlatego po powrocie Mychy, razem z Hexą "pożyczyli sobie" dziewczynę na moment. Oboje w niewybrednych słowach uświadomili jej, jak dużą nieodpowiedzialnością wykazała się tym swoim wybrykiem. W pewnym momencie złapał ją za nadgarstek i obracając nadal czerwonym wnętrzem przedramienia w kierunku jej oczu, wskazał palcem na wciąż świeży symbol tam wytatuowany.
- Jesteśmy takim sześciobokiem. Jest nas sześcioro. Każde z nas się liczy i nikt nie jest ważniejszy niż KAŻDE z nas. Proszę, pamiętaj o tym. Zanim znów zrobisz coś tak nieodpowiedzialnego.
- Głupiego - sprecyzowała Hexa, gromiąc swoją małą przyjaciółkę wzrokiem zza pleców Hugina.
Chłopcy siedzieli na zewnątrz, ale i tak słyszeli dokładnie każde słowo. Nie chcieli podsłuchiwać, a mimo tego, że najstarsza dwójka ani razu nie podniosła głosu, czuli się, jakby siedzieli obok Mychy.
W końcu dziewczyna wstała. I chociaż w żaden sposób nie podlegała nigdy prawnie pod opiekę tej dwójki ludzi, poczuła, że nikt, nigdy poza nimi nie martwił się jej losem w takim stopniu jak oni. Nawet jej rodzona matka miała ją gdzieś od czasu, kiedy jako maleńka istotka trafiła do bidula.
Zrobiła krok do przodu. I podskoczyła, wieszając się im na szyjach. Oboje objęli ją i przytulili, zrobili to tak odruchowo, że nie było mowy, by było w tym oś nienaturalnego.
- Przepraszam - wyszeptała i słowo to stanowiło najszczersze z przeprosin w jej życiu.
Wieczór spędzili jak zawsze. Szykując posiłek, siedząc później przy ogniu, a także rozmawiając o wszystkim i o niczym. W końcu Chang nie wytrzymał:
- Byłaś w bidulu?
- Tak.
- I co?
- Serce mi pękło, jak zobaczyłam Zosię i Marcelego. Nie wrócę tam. Choćbyście mnie wołami ciągnęli, NIE WRÓCĘ! Nie dam rady!
Zefir spojrzał na Mychę. Później na Changa. Oboje mieli miny, jakby im ktoś nadepnął na mały palec u stopy i nie zamierzał z niego zejść.
Rysunek na kartce wyglądał jak zdjęty z kimona wytwornej gejszy. Karp Koi w pełnej krasie prezentował swoje błękitno-fioletowe łuski na wygiętym w kształt litery "S" ciele. Linie płetw i grzbietu idealnie wpisywały się wzorem w ślady blizn po nożu na jej szyi. Hugin był pod wrażeniem nie tylko detali, ale również wyboru samego rysunku.
Po tej utalentowanej artystce spodziewałby się wszystkiego nawet oklapłego zegara w stylu Salvadora Dali, jednak tak piękny i delikatny obraz wywołał u niego zachwyt.
Kalka przygotowana przez Mychę niemal idealnie zakrywała ponad połowę szyi od przodu aż do karku za lewym uchem.
Pracy było sporo, a ból musiał być dotkliwy, bo dziewczyna krzywiła się wielokrotnie, szczególnie w miejscu kontaktu igieł ze wciąż świeżymi ranami. Nie narzekała jednak. Nikt im nie przeszkadzał, a każdorazowo, gdy robili przerwy, tatuaż był osłaniany opatrunkiem. Mycha poprosiła, żeby mogła im go pokazać za kilka dni, jak zejdzie opuchlizna i zblednie krwawy ślad. Chciała pokazać im gotowe dzieło.
Niecierpliwie czekali na efekt, ale okazało się, że było warto. Sztuczna skóra przykładana na wierzch, goiła szybko rany po igłach, a kompresy chłodzące przynosiły ulgę w gorszych momentach.
Kita regularnie prowadził obserwacje, jak się okazało, zamkniętej strefy elektrowni. Zdobywał coraz więcej informacji, które następnie potwierdzał. Coraz cieplejsze noce pozwalały mu na pozostanie do późna, aż wreszcie zdecydował przenocować i sprawdzić, czy coś ulega zmianie w nocy. Pewnego wieczoru przekroczył rubikon. Przeszedł przez ogrodzenie. Najciszej jak mógł, zakradł się do bramy, skąd za pierwszym razem zobaczył wychodzących, a następnie odchodzących pracowników.
Tym razem to on przekroczył tamten próg, tyle że w przeciwną stronę. Zdziwiło go, gdy nacisnął klamkę i bez trudu otwarł stalowe drzwi.
Znalazł się w przedsionku korytarza. Drugie, tym razem przeszklone drzwi, dzieliły go od wejścia dalej. Pchnął je, ale mimo uchylenia na kilka centymetrów, nie dawały się otworzyć.
Zobaczył w szczelinie, że są od środka czymś zaryglowane. Blokował je jakiś czerwony pręt grubości kciuka, może odrobinę grubszy.
"Czyżby? Czy to możliwe?", przebiegło mu przez myśl. Oparł się ramieniem o już nieco uchylone skrzydło. Zaparł nogami i pomagając sobie ramionami, pchnął z całej siły. Usłyszał cichy zgrzyt, a wejście poszerzyło się o kolejne centymetry. Poprawił ułożenie ciała i spróbował raz jeszcze. Tym razem usłyszał wyraźny trzask i coś po drugiej stronie drzwi upadło na podłogę. Pchnął kolejny raz, by z szuraniem otwarły się na oścież.
Po lewej stronie leżała połowa metalowej rurki, kija od mopa wraz z samym mopem. Druga połowa znajdowała się za otwartym skrzydłem.
Korytarz ciągnął się chyba na przestrzał budynku. W świetle latarki ujrzał na końcu taki sam zestaw podwójnych zabezpieczeń służących za wejście i wiatrołap.
Na lewej ścianie znajdowały się kolejne oszklone bramy. Te musiały być rozsuwane na boki, bo nie było widać w nich zawiasów, a nad nimi wisiało coś, co wyglądało na prowadnice z mechanizmem do automatycznego otwierania. Ruszył w ich kierunku. Za nimi znajdowała się ogromna sala. Przypominała mu trochę salę gimnastyczną w szkole. Naprzeciwko niego ogromna ściana ze szkła, wysoka na kilka pięter, wpuszczała do środka blade światło księżyca. Posadzka lśniła lakierowaną, gładką powierzchnią. Przestrzeń z obu stron ograniczały betonowe ściany. To w nich znajdowały się wejścia połączone korytarzem, z którego przed momentem wyszedł. Doskonale wiedział, że gdzieś nad nim muszą znajdować się pomieszczenia sterowni i biur, które widział z zewnątrz. Z tej perspektywy ocenił, że hala mogłaby pomieścić niewielkie boisko. W równych odstępach, niczym zaparkowane w hangarze, stały trzy potężne generatory. Sprzężone z turbinami przypominały futurystyczne pojazdy z Gwiezdnych Wojen. Przy jednym z ich stało coś, co w centralnej części emitowało intensywnie jaskrawe światło, w skali całego pomieszczenia zdawało się być malutkim pudełkiem.
Mimo braku prądu jedynie ten jeden zespół pracował. A przynajmniej na to wyglądało. Oświetlana jasnym, białym, wpadającym w odcień bladoniebieskiego światła turbina wyraźnie wirowała i to z niemałymi obrotami. Pozostałe dwie z namalowanymi spiralami na rotorach pozostawały w bezruchu.
Kita słyszał szum i świst pracującej maszynerii. Dziwny, wysoki, delikatnie modulujący częstotliwością pisk drażnił uszy. Podszedł bliżej, ostrożnie rozglądając się na boki. Niczego ani nikogo więcej nie dojrzał.
Dopiero zbliżając się do generatorów, zdał sobie sprawę, jak olbrzymie to były urządzenia. Małe pudełko rosło z każdym krokiem, a kiedy stanął przy nim okazało się być wielkości dwudrzwiowej lodówki. Same generatory miały zaś co najmniej dwa i pół lub nawet trzy piętra wysokości.
Zapatrzony w szklany walec emitujący zimno białe światło mniej więcej w połowie wysokości metalowej aparatury, nie zauważył podchodzącego do niego mężczyzny.
- Nie dotykaj! - wrzasnął zza pleców Kity, kiedy ten wyciągał przed siebie dłoń.
Przestraszony chłopak, automatycznie, ćwiczonym setki razy ruchem dobył i wycelował w niego broń. Tamten zamarł w przerażeniu.
- Nie dotykaj, proszę! To nas może zabić. Nie żartuję. I proszę, nie strzelaj w pobliżu tego. Jeden rykoszet i... - nie dokończył. Zemdlony upadł na podłogę.
ROZDZIAŁ X
Dziewczyna w dresie wróciła do marketu. Trzech mężczyzn albo jeszcze nie wytrzeźwiało albo znów byli pijani.
- Widziałam ją - powiedziała, stając naprzeciwko jednego z nich.
- Khhoghhoo? - zapytał bełkotliwie.
- Tę małą suczkę, co ci mówiłam. Tę o różowych włosach. Pamiętasz?
- Jakich różowych włosach? O czym ty pieprzysz?
- Już zapomniałeś jak nam tu wbili tamci, kolesie z pistoletami? A może już nie pamiętasz, jak cię przykuli do twojego fotelika. Tamten mały palant kazał mi liczyć do stu, zanim się uwolnię. Kutas. Dobrze, że miałam swój nóż w bucie. Mówiłam ci wtedy, że zanim wyszli, widziałam jak ten duży, co nas tu pilnował, wypuszczał przodem tego blondaska i małą dziewuszkę z różowymi kudłami.
- A no faktycznie mówiłaś, że było ich więcej. Tylko, po chuj mi to mówisz?
- Mówię, bo jak wracałam od "zielarza", to spotkałam po drodze tą małą. Poszłam za nią. Chyba mnie nie widziała. I teraz to ja wiem, gdzie oni mieszkają!
- ŁOOA! No, to teraz zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni. Zasłużyłaś... Łap! - rzucił w jej stronę mały woreczek z lekko żółtawym proszkiem. Dziewczyna złapała i prawie natychmiast zanurzyła w nim palec. Rozsmarowała proszek po przekrwionych dziąsłach. I zanurzyła palec jeszcze raz. Tym razem skierowała go między uda. I wmasowała go w siebie. Podeszła do obleśnego typa, zabrała mu z ręki butelkę, z której właśnie popijał i usiadła na nim okrakiem.
- A jak ich dopadniemy, to będę mogła pobawić się z tym małym fiutkiem, który nas związał? - spytała zalotnie, ocierając się o podbrzusze mężczyzny.
- Jak ładnie poprosisz... - Włożyła rękę pomiędzy swoje i jego uda...
- Poooprrooooszę - wymruczała mu do ucha.
ROZDZIAŁ XI
Siedzieli nadal przy stole i dyskutowali o kilku możliwych opcjach. Karol przetarł ze zdziwienia oczy, kiedy na stole pojawiły się puszki z napojami kawowymi. Ozdobione zielonym logo znanej sieciówki. Obok wylądowały batony müsli z czekoladą deserową. Hugin dorzucił jeszcze po małej barowej paczce orzeszków prażonych w dwóch smakach. Każdy dostał taki pakiecik. Karol również.
- Rany, nie piłem kawy chyba... ze dwa miesiące. Skąd to wszystko macie? - zapytał.
- Wiesz, kawą bym tego nie nazwał, ale przynajmniej smakuje. Nawet na zimno.
Słońce było już wysoko i potraktowali ten skromny posiłek jako drugie śniadanie. Karol spałaszował swój batonik w tempie, jakiego od dawna nie widzieli. Zefir uśmiechnął się i posłał mu po blacie swój nieodpakowany baton.
- Masz żarłoku! Mnie na razie wystarczą orzeszki.
Trochę zażenowany swoim prymitywnym zachowaniem Karol spuścił odrobinę głowę, ale również się w końcu uśmiechnął. Nie mógł się odezwać, bo karmel zatopiony w środku müsli, skleił mu chwilowo zęby.
- Dobra, to zróbmy tak- zaczął Hugin. - Wiemy, na czym stoimy. Znamy możliwe scenariusze, a ty mówisz, że masz plan. Czy jesteśmy w stanie go zrealizować? Jak długo potrwa przygotowanie i sama realizacja twojego pomysłu? I w końcu... Czy po prostu nie możemy stąd uciec?
- Nie zdążymy. - Odparł Karol. - Co trzy, a czasem jak jest na zewnątrz chłodniej, to nawet co cztery godziny, muszę schładzać obieg wody. Temperatura na zewnątrz rośnie, więc ten czas będzie się skracał. Jeśli zaprzestanę to robić, to po dwunastu godzinach rdzeń osiągnie temperaturę krytyczną, po czternastu stopi się walec z polimeru, a po maksymalnie dwudziestu będzie już w zasadzie po wszystkim. Maksymalnie dwadzieścia cztery godziny według moich obliczeń. To nie wystarczy, żeby uciec dostatecznie daleko.
Miasto jest w paśmie rażenia, odparuje. Wszystko, co znajdzie się w promieniu około pięciu do ośmiu kilometrów od tego miejsca, odparuje. Mówię o najgorszym scenariuszu. W najlepszym przypadku pożar i chmura radioaktywnych pyłów jak w czasie katastrofy w Ukrainie... Miną miesiące, zanim będzie można podejść na bliżej niż kilometr, lata, żeby, bezpiecznie wejść na teren elektrowni. Dziesiątki lat, jeśli nie więcej, zanim bez technologii, będzie można wejść do budynku. Skażenie bezpośrednim promieniowaniem będzie sięgało południowej granicy, być może dotrze nawet do centralnej Polski. Może nie będzie to poziom śmiertelny, ale mierniki spokojnie by to wychwyciły... gdyby działały.
- A nie możemy tego cholerstwa po prostu utopić w jeziorze? - zapytał naiwnie Chang.
- A słyszałeś o podwodnych próbach nuklearnych? Na przykład na Pacyfiku. Sto, dwieście, nawet pięćset metrów pod wodą. Z dużo mniejszymi ładunkami, tylko do testów. Tu nie ma nawet dwudziestu metrów.
Chłopak uniósł barki, jakby chciał powiedzieć: spoko, tak tylko pytałem. Zefir jednak siedział zamyślony, patrząc w swoje dłonie. Wreszcie, jak gdyby coś mu zaświtało i nie dawało spokoju. Wypalił znienacka.
- A jak głęboko musielibyśmy się ukryć pod ziemią, żeby przeżyć?
- Zależy jak daleko stąd... ale powiedzmy jakiś kilometr, od tego miejsca, powinna wystarczyć głębokość jakichś pięćdziesięciu metrów.
- Czyli gdybyśmy się schowali w starej kopalni, na poziomie dajmy na to, trzystu pięćdziesięciu metrów niecałe siedem kilometrów na zachód to jest szansa na ratunek? - kontynuował swoje gdybanie Zefir.
- Nie tylko szansa, ale i pewność. Problemem jest niestety to, co pozostanie na powierzchni. Skażona woda, skażone powietrze i co najmniej kilka lat promieniowania, które w takiej odległości od epicentrum by nas zabiło w kilka dni po wyjściu na powierzchnię. Obecnie nawet nie byłoby czym sprawdzić, czy poziom promieniowania spada.
Nagle wtrącił się Hugin.
- Karol?! A gdyby połączyć pomysły chłopaków? Gdybyśmy zawieźli reaktor pod ziemię i tam zostawili? Jak głęboko trzeba by go zakopać?
Na twarzy naukowca pojawiła się iskra nadziei. Najwyraźniej takiego rozwiązania nie brał pod uwagę. I trudno się dziwić, skoro został sam. Teraz zyskał nowe możliwości. Mógł sobie pozwolić na kolejne dywagacje. Podszedł do szyby i spojrzał w dół na stojący tam reaktor.
- Dajcie mi kilka dni. Muszę to przemyśleć. Kwestie techniczne, logistyczne, zabezpieczenia. Nie mam tu swoich inżynierów. Trochę mi to zajmie.
- Jak chcesz, mogę zostać - powiedział Zefir. - Inżynierem nie jestem, ale ze śrubami sobie radzę. A co dwie głowy, to nie jedna. Chociaż twoja pewnie i tak robi za co najmniej trzy.
Karol odwrócił się z uśmiechem. Trochę nie dowierzał w umiejętności Zefira, ale cieszył się na taką dozę entuzjazmu u chłopaka. Reszta rozmawiała półgłosem, dyskutując zawzięcie nad czymś, czego Karol w swoim zamyśleniu nie wychwycił.
- Nad czym tak debatujecie?
- Zastanawiamy się... od pewnego czasu szukamy nowego miejsca. Nasze obecne schronienie nie jest tak dobre, jak nam się wydawało. Zastanawiamy się, czy...
- Oczywiście! - Gospodarz wpadł mu w słowo i ze swobodną nonszalancją dodał.- Nie ma się co zastanawiać. Cala ta przestrzeń jest wasza. Ja mam kanciapę na dole, bo nie chce mi się biegać po schodach kilka razy dziennie. Czujcie się jak w domu.
Ustalili, że wrócą po swoje rzeczy, zapasy i wszystko, co może się im tutaj przydać. Karol zaproponował, żeby najpierw zajrzeli do części socjalnej w drugim budynku zamkniętej strefy. Znaleźli tam kilka kanadyjek, nowe zapakowane poduszki i śpiwory. Magazyn skrywał też inne skarby. Świeże ręczniki, czyste ubrania i buty. Te ostatnie miały typowo roboczy krój, zarówno spodnie, bluzy jak i trzewiki, ale za to wszystkie miały jeszcze metki. Zabrali sześć kompletów i wrócili do głównej hali.
Karol stał obok drzwi niewielkiego pomieszczenia za drugą windą. Jego pokój zawalony był planami, rysunkami i diagramami wydrukowanymi jeszcze przed awarią.
Kilka grubych tomiszczy fizyki jądrowej, kwantowej, chemii i inżynierii energetycznej, leżało na stole wśród gąszczu odręcznych notatek i wyliczeń.
W kącie walały się puste puszki i butelki po napojach. Podobnie jak w głównej hali łóżko zrobione z kilku warstw kartonów i paru koców. Obok stał mechaniczny staromodny budzik z dwoma dzwonkami nad tarczą. Wskazówka godzinowa zbliżała się do pory następnego alarmu.
Hexa jako pierwsza szła po metalowych schodach, niosąc swój pakunek. Zastanawiała się nad tym, czy aby na pewno dobrze robią, przenosząc się tutaj. Dystans zaledwie tysiąca pięciuset, a nawet gdyby, prawie dwóch tysięcy metrów w linii prostej, nie zmieniał znacząco ich szans na przetrwanie. Bała się. Jednak psychologiczna bariera zdecydowanie bardziej ograniczała ją, bo niemal dosłownie siedziała na bombie.
Hugin idąc za nią, widział, jak niepewnie spoglądała na stalowo szary prostopadłościan pod nimi.
Teraz, z opuszczonymi osłonami, nie świecił zimnym blaskiem. Nie kusił zwodniczym pięknem błędnego ognika.
Zanim weszli na górę Zefir, Chang i Kita zatrzymali się i rozmawiali z Karolem. Mycha czekała na nich przy pierwszych stopniach.
- Co się dzieje? - zapytał Dawid.
- Nie mam pojęcia. To ty mi powiedz - odpowiedziała Dorota, kładąc swoje rzeczy na stole w sali konferencyjnej.
- Wygląda na to, że zmieniamy lokal.
- Na miejsca w pierwszym rzędzie nuklearnej zagłady? - Sarkastycznie przekręciła głowę, krzyżując ręce na piersi.
- Wygląda na to, że Fortuna nam nie sprzyja. Najpierw nasze rodziny nas olały. Potem wywaliło korki, a teraz przychodzi nam się cackać z tym jak, z jajkiem. - Skinął w kierunku okna, zupełnie niepotrzebnie dając znać, że ma na myśli reaktor.
- Będziemy siedzieć na grzędzie nad gotującym się pod nami jajem? Które albo wystrzeli i nas obryzga, albo okaże się promieniotwórczym zbukiem.
- Ładna metafora.
- Nie pieprz mi tu o metaforach, tylko powiedz, jak z tego wszystkiego mamy wyjść cało?!
- Gdyby nie ten facet na dole, już by nas tu nie było. Dlatego ufam, że mamy szanse na to, żeby wyjść z tego w inny sposób niż nogami do przodu.
- Nie żartuj. Nie mam na to ochoty.
- Nawet jeśli dotychczas szanse na to były znikome, możemy je znacząco podnieść. Karol nie był w stanie ogarnąć tego bajzlu w pojedynkę. Teraz jest nas siedmioro by jakoś temu zaradzić. Nie mam pojęcia jak, ale wierzę w to, że skoro potrafił to zbudować, to równie dobrze będzie umiał się tego pozbyć.
Hugin podszedł do wpatrzonej w niego z nadzieją Hexy. Objął ją i spokojnym głosem powiedział:
- Mamy siebie. Cokolwiek by się nie działo, mamy siebie.
- Tylko czy tym razem to wystarczy? - Nie była pewna czy tylko to pomyślała, czy powiedziała na głos.
Usłyszeli kroki na korytarzu. Odstąpili od siebie, odwracając się jednocześnie w stronę drzwi. Stanął w nich Zefir. Już miał się odezwać, kiedy zamarł. Uniósł palec, wskazując coś za plecami stojącej przed nim dwójki. Oboje natychmiast się odwrócili.
- Co to, do cholery, za dym? - zapytał Hugin w pierwszej chwili.
- Tam są nasze ogródki. Znaczy, gdzieś w tamtą stronę - powiedział w końcu Zefir.
Pozostali zaglądając nad jego ramionami, zrzucili przyniesione rzeczy na podłogę pod ścianą. Pędem puścili się w kierunku wyjścia. W biegu minęli zdezorientowanego Karola. Chang wskazał przeszkloną ścianę, za którą widniał słup dymu nad lasem.
- W tamtym kierunku mieszkamy. Musimy sprawdzić. Wrócimy... za chwilę! - Chłopak próbował wytłumaczyć nieco chaotycznie.
Kilka chwil później biegli już lasem w kierunku domu.
ROZDZIAŁ XII
Mężczyzna obudził się z wielkim parciem na pęcherz. Wstał z turystycznego siedziska i odszedł w kierunku działu rybnego. Już dawno wyrzucili na zaplecze będące jedną wielką chłodnią, wszystkie zaśmierdłe ryby. Ale odpływy w posadzce znajdowały się bliżej niż wyjście albo chociażby toaleta dla klientów. Ta druga i tak od dawna nie nadawała się do użytku. No, może pisuary i owszem. Ale brak bieżącej wody sprawił, że reszta szybko się zapchała.
Z ulgą zasunął rozporek. Podszedł do regału z napojami energetycznymi. Otwarł i opróżnił na raz dwie puszki. Zabrał ze sobą kilka innych. Wrócił do obozowiska pod pleksiglasowym świetlikiem.
Musiało być wcześnie rano, bo blade światło poranka nie wskazywało na to, że słońce wzeszło już na dobre.
Rozpalił grilla, układając kilka brykietów. Kopną w krzesło jednego, a poklepał po ramieniu drugiego ze swoich towarzyszy.
Kilka dni temu, ta mała kurewka...
- Jak ona ma na imię? - bełkotał sam do siebie pod nosem. - A nieważne.
...mówiła mu, że wie, gdzie mieszkają te mendy. Te, co ich tak wtedy związały. Zostawili ich jak psy przywiązane do płotu. A w dodatku grozili mu bronią.
- O nie! Tego im nie odpuszczę. Zapłacą mi za to sukinsyny!
Zbudzeni, nie do końca jeszcze przytomni mężczyźni, patrzyli na swojego kolegę zdziwieni.
- Wstawać! Dzisiaj się zabawimy. Te ścierwa co nas tak urządziły... dzisiaj ich spętamy jak bydło.
- Aaaalle... o czym ty kufa... pieprzysz? - zapytał zaspanym głosem starszy, podnosząc do ust pierwszy poranny posiłek w płynie.
- Nie dzisiaj!!! - Mężczyzna przy grillu wytrącił mu z ręki flaszkę z resztkami burbona.
- Dzisiaj kofeina i porządne, tłuste śniadanie. A potem powiem wam, co zrobimy.
Wrzucił na patelnię ustawioną nad ogniem zawartość konserwy turystycznej. Drewnianą łyżką rozgniótł skwierczącą mielonkę. I sięgnął po podpałkę w płynie. Siknął sporym strumieniem wprost na brykiet, powodując natychmiastowy wzrost płomienia. Uśmiechnął się na myśl o swoim planie. Odwrócił się do kamratów. Rzucając do tego w czerwono-czarnej, flanelowej koszuli w kratę:
- Zbudź Agę. - Uniósł palec wskazujący i jakby podkreślając swoje słowa, machał nim, akcentując kolejne.
- O! Agnieszka! Wiedziałem, że sobie przypomnę.
W południe, kiedy wszyscy trzej względnie już otrzeźwieli, przedstawił im swój plan. Wspólnie udali się do alejki z narzędziami. Tam znaleźli takie same opaski, jakimi sami byli skrępowani. Do wózka sklepowego dorzucili jeszcze trzy toporki i młotki. Do tego cęgi i kombinerki. Niestety nic bardziej wyszukanego wielobranżowy dyskont nie oferował. Wracając, zajrzeli jeszcze na dział z przyborami kuchennymi. I tu znaleźli kilka rodzajów sporych noży. Samozwańczy lider marketowego gangu wybrał dla siebie największy znaleziony okaz. Najwyraźniej uważał, że rozmiar zrobi wrażenie.
Tego wieczora i nocy nie pili tyle, co zwykle. Sączyli jedynie piwo, żeby nie dopadł ich syndrom odstawienia.
Dziewczyna opowiedziała im dokładnie, co widziała w dniu ich upokorzenia. Oraz to, co udało jej się odkryć podczas powrotu z ostatniej wyprawy do "zielarza".
- I w ten sposób doszłam za tą małą z różowymi włosami, aż do dziury w płocie. Dalej nie musiałam iść, bo cała reszta siedziała tam sobie przy altance. Widziałam ich zza krzaków. Było ich czworo razem z dziewczyną. Ten duży z pistoletami, ta baba, blondas i różowa. - Skończyła swoją opowieść.
- Dlatego jutro z samego rana, przejdziemy się z wizytą to tych cholernych skurwieli i zrobimy im to, co oni nam. A na koniec przypalimy im nieco dupska, żeby nie podskakiwali już nigdy więcej. - To mówiąc, potrząsnął połową butelki używanej wcześniej rozpałki.
Koledzy i dziewczyny spojrzeli po sobie. Mężczyźni stuknęli się napoczętymi puszkami, rechocząc przy tym w głos. Dziewczyny zdawały się nieco przestraszone, poza Agnieszką. Ona miała w oczach ten sam chytry błysk co jej patron.
Tej nocy znów przyszła do niego. Tym razem nie po to, żeby załatwić sobie możliwość zemsty, ale po to by ulżyć swojej chuci.
Ruszyli o świcie. Zanim dotarli do drogi prowadzącej na działki, musieli jednak zrobić kilkuminutowy postój. Organizmy zatruwane systematycznie alkoholem, odzwyczajone od wysiłku, musiały zrzucić część balastu z trzewi. Drugi dzień bez mocnego trunku spowodował, że nawet porządne śniadanie nie było w stanie utrzymać się w żołądku mężczyzny we flanelowej koszuli.
Przepłukał usta piwem wyjętym z plecaka. Zapewne pomyślał, że nie ma różnicy czy będzie niósł dodatkowy balast na plecach, czy w opróżnionym przed chwilą brzuchu.
Plecaki i torby niezależnie od tego i tak im ciążyły. Niesione narzędzia oraz butelki z łatwopalnym płynem, do tego jeszcze po dwie butelki ulubionych trunków. Na czas świętowania sukcesu, zaraz "po".
Agnieszka miała swój mały nóż schowany w cholewie wysokiego kozaka. Jednak i ona wybrała dla siebie małe co nieco ze sklepowego asortymentu. Za pasek spódnicy wcisnęła sobie piętnastocentymetrowe ostrze ceramicznego noża. Wybrała go dlatego, że jako jedyny miał plastikową pochwę. Dzięki temu dziewczyna mogła go łatwiej schować pod bluzką na plecach, bez obawy o skaleczenia.
Dotarli na miejsce bez dalszych problemów czy niespodzianek. Okazało się, że główna brama zamknięta była na łańcuch i potężną kłódkę. Oni jednak nawet nie zamierzali skorzystać z tego wejścia. Aga poprowadziła trzech mężczyzn ścieżką, którą wcześniej szła za różowowłosą dziewczyną. Zbliżając się do zerwanej siatki w ogrodzeniu, pokazała im, żeby byli cicho, przykładając palec do ust.
- To tam! - Wskazała palcem na rozdarcie, szepcząc do mężczyzny
idącego tuż za nią. - Ich domek to ten zaraz za ścieżką. W głębi działki naprzeciwko. Wejście jest z drugiej strony. Tu są tylko dwa okna, ale zasłania je ten foliowy namiot. Wtedy siedzieli z drugiej strony domku. O, tam po lewej. Tam mają chyba jakieś ognisko czy coś, bo chłopak tam stawiał taki okopcony czajnik. - Wskazywała kolejno miejsca, dumnie dzieląc się zdobytą wiedzą.
- Okej! Wiecie, co macie robić. - Odwrócił się przywódca. - Idziemy! Agnieszka na koniec! Dostaniesz, co obiecałem..., ale teraz duzi chłopcy muszą się pobawić.
Ujął w jedną dłoń toporek, w drugą trójkątny nóż do krojenia warzyw, wyjęte z plecaka. Ostrożnie przeszli przez ogrodzenie, kierując się w stronę domu wskazanego przez dziewczynę. Bez trudu weszli do środka. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Posłania schludnie poskładane. Niestety puste. Nikogo nie zastali. Mężczyzna odłożył nóż na stoliku na werandzie. Kubek z herbatą nadal był ciepły. Nie gorący, ale wyraźnie ciepły.
- Cholera, musieliśmy się minąć. Aga, mówiłaś o czwórce... a tu jest sześć posłań.
- Tylu widziałam, może ktoś był w środku albo gdzie indziej, poza domem - tłumaczyła się swojemu opiekunowi wyraźnie speszona.
- Masz szczęście dziewucho! Bo jakby się okazało, że jest ich sześcioro, to teraz mogłabyś już nie żyć. Kur... tak to jest zaufać babie. - Ostatnie słowa, co prawda powiedział do siebie, ale obaj jego koledzy ochoczo przytaknęli.
Weszli do środka. Przetrząsnęli wszystkie szafki, szuflady. Wywrócili do góry nogami większość zakamarków. Nie znaleźli broni, amunicji ani niczego co byłoby dla nich w tej chwili wartościowe. Znaleźli spory zapas żywności, wody oraz innych napojów. Rozpoznali na nich logo swojego marketu. Jeden z mężczyzn odkrył skrzynkę z narzędziami Zefira, a drugi dwa harpuny i butle z tlenem.
- Zaczekamy na nich! - oznajmił przewodzący grupie. - Przygotujemy im niespodziankę.
Zebrali poduszki, śpiwory, koce oraz wszystko, co mogło się dobrze palić lub nasiąkać podpałką. Obłożyli tym butle z gazem. Po ciężarze uznali, że na pewno są pełne, a co za tym idzie niebezpieczne, jeśli się je podgrzeje. Z dwudziestu czterech butelek podpałki, osiemnaście umieścili wewnątrz stosu na środku pomieszczenia. Trzema planowali oblać wnętrze domu, a kolejne trzy mieli przeznaczyć na zrobienie lontu.
Zanim jednak puszczą tę budę z dymem, postanowili zaczekać, bo a nuż któreś z domowników wróci wcześniej, w dodatku samo. I zabawie będzie można dodać nieco pikanterii.
Czekali długo, słońce minęło już swój punkt zenitu i opadało powoli ku horyzontowi. Nadal było jeszcze sporo czasu do zmroku. Niestety entuzjazm całej czwórki opadł. Trudno się bawić w zemstę, kiedy nie ma na kim się mścić. Agnieszka znalazła dwie puszki farby w sprayu. Podeszła do części płotu zbitego z solidnych desek oddzielającego dwa ogródki. Sporymi literami napisała: TRZEBA BYŁO, NAS WTEDY ZABIĆ!
Dumna ze swojego dzieła, podpaliła świeżą farbę. Kolejne litery zapalały się jedna od drugiej, te niżej przenosiły płomień na koleżanki nad nimi. Jeśli jakaś nie chciała zapłonąć, dziewczyna pomagała im patykiem.
- Kretynka - warknął na nią mężczyzna, podchodząc i wymierzając jej siarczysty policzek wierzchem dłoni.
Wskazał na ciemny dym unoszący się nad jej dziełem.
- Idiotko! To będzie widać z kilometra! I cały plan, całe czekanie w pizdu! Z niespodzianki dupa! WRACAMY! - krzyknął do swoich towarzyszy.
- A Ty swoją zemstę możesz sobie teraz wsadzić.
Na odchodne wrzucili odkręcone butelki z rozpałką do środka. W szyjkę jednej z nich mężczyzna wetknął kawałek szmaty i podpalił. Cofając się kilka kroków, cisnął nią w otwarte na oścież drzwi.
Płomienie niemal natychmiast buchnęły ze wszystkich możliwych otworów w ścianach. Dosłownie chwilę później gęsty dym utworzył czarny słup o wysokości kilkudziesięciu metrów.
Cała czwórka w tym czasie była już na drodze prowadzącej z powrotem do ich kryjówki.
Mężczyźni popijali bursztynowe płyny ze swoich butelek. Mogli już świętować. Jakkolwiek sukces był połowiczny, to nadal napełniał ich radością. Dotarłszy do skrzyżowania z główną drogą, przewodzący całej grupie mężczyzna odwrócił się do idącej kilka kroków z tylu Agnieszki:
- A teraz pójdziesz do "Pana Ziółkowskiego" i przyniesiesz nam jakiś ekstra towar. Tylko się uwijaj, żeby mnie jeszcze bardziej nie wkurzyć. Dzisiaj już dość spieprzyłaś. - To powiedziawszy, skierował się w stronę kolegów. Idąc, by do nich dołączyć, uniósł flaszkę, przechylając dno w kierunku nieba. Dziewczyna zrobiła kilka szybkich kroków w swoich niebotycznie wysokich szpilkach, złapała go od tyłu za brodę, jednocześnie wbijając mu wyjęte zza pleców ceramiczne ostrze w gardło.
Dwóch kompanów krztuszącego się własną krwią mężczyzny, patrzyło ze zdumieniem. Dopiero po chwili ruszyli w stronę dziewczyny.
Zdążyła jeszcze kilka razy zamachnąć się wyrwanym z gardła jej ofiary nożem. Raniła nim przedramiona i barki wielbiciela flaneli. Jej szał ustał, dopiero gdy trzeci z mężczyzn wkomponował jej w czaszkę ostrze toporka. Pierwotnie przeznaczonego dla jednego z bandy smarkaczy, którzy ich tak bardzo upokorzyli w ich własnym "domu".
ROZDZIAŁ XIII
Kita wysforował się na czoło peletonu. Tuż przed ogrodzeniem terenu działek zwolnił, nakazując wszystkim się zatrzymać. Nie wiedzieli przecież, czy to na pewno ich dom płonie. Równie dobrze mógł się palić jeden z pozostałych ogrodów. Oprócz tego nie mogli być pewni, czy jeśli ktoś podpalił którykolwiek z domków na działkach, to czy nie czeka tam z zamiarem pozbycia się mieszkańców tego terenu.
- Zaczekajcie! Pójdziemy z Huginem. Sprawdzimy. W razie czego będziemy mieli w was wsparcie.
Hugin nawet nie czekał. Skoczył przez płot, za Kitą. Reszta karnie przycupnęła, obserwując rozwój sytuacji z ukrycia. Chang klepnął Zefira w ramię.
- Zaraz wracam! - powiedział i zanim przyjaciel cokolwiek odpowiedział, już go nie było.
Wrócił kilka minut później, niosąc swoją kusze i kołczan. W drugiej ręce niósł podobny zestaw, podał go Zefirowi.
Usłyszeli głośny gwizd. W ich stronę biegli Kita i Hugin. Spotkali się przy furtce. Teraz na spokojnie zaczęli rozplątywać łańcuch zabezpieczający wejście przed niepożądanymi gośćmi. Jak się okazało dostęp na teren ogródków, nie stanowił jednak dla kogoś problemu.
- To niestety nasz. - Hugin odezwał się smutno, odpowiadając na niezadane pytanie widniejące we wzroku pozostałej czwórki.
Dźwięk uderzającego o metalową bramkę upuszczonego łańcucha nie dotarł do uszu żadnego z nich. Zagłuszył go łoskot eksplozji. Częściowo murowany domek z drewnianą konstrukcją dachu został rozrzucony w promieniu kilkudziesięciu metrów. Dwie butle z tlenem pozostawione w stercie płonących materiałów przesiąkniętych parafinowym płynem nie wytrzymały temperatury i rosnącego w nich ciśnienia.
Dodatkowo czysty tlen przyspieszył reakcje spalania tak, że buchający w niebo kłąb ognia i pary stworzyły miniaturową wersję atomowego grzyba.
Cała szóstka przyjaciół przestraszona, ogłuszona i zasypana spadającymi z nieba fragmentami dachu, upadła na ścieżkę. Skuleni zbili się w zwartą bryłę. Hexa drżącym głosem, zapytała matczynym tonem.
- Wszyscy cali? Nic się nikomu nie stało? MYCHA? ZEFIR? - wymieniała kolejno osoby z lewej i prawej.
W uszach im dźwięczało, front fali uderzeniowej zdmuchnął w ich stronę kilka foliowych i brezentowych namiotów z innych działek. Większość niesionych odłamków zatrzymał na szczęście żywopłot. Kilka kawałków płonącej, roztopionej folii przykleiło się jednak do ich ubrań. Na szczęście nikt nie został poważnie ranny. Podnieśli się, otrzepując z pyłu i kawałków rozrzuconego wokoło rumoszu.
- Dobrze, że wróciliście po nas! - Mycha rzuciła się Huginowi na szyję, po chwili przyciągając również do siebie stojącego tuż obok Kitę.
Chwilę później wszyscy obejmowali się niczym drużyna na meczu, zgniatając najmniejszą z nich dziewczynę w środku.
- Heeej! Ratuuunku! BO MNIE TU ZGNIECIECIE! - zawołała stłamszonym głosem, udając, że brakuje jej powietrza.
Chwilę później stali już w obrębie ich ostatniego lokum. Płonące ruiny budynku, poprzewracane sprzęty i osmalone drzewa nie przypominały w niczym miejsca, które przez ostatnie tygodnie nazywali swoim domem.
Kita odwrócił się plecami do resztek murów.
- Nic tu po nas. Teraz już nie mamy wyjścia. Skorzystamy z oferty Karola. Jutro wpadnę i zabiorę to, co się da uratować.
Kita miał nadzieję, że wkopane w ziemię beczki, robiące im za magazyny, przetrwały tak jak wcześniej pozostawione w nich zapasy na czarną godzinę. Teraz nie mógł do nich podejść ze względu na szalejący pożar. Jednak, gdy ogień zgaśnie, on spróbuje się dostać do schowanych pod warstwą ziemi zapasów.
Dobrze, że upierałem się, żeby nie trzymać wszystkiego w domu, pomyślał.
Już mieli odchodzić, gdy Chang wskazał palcem na przewrócony podmuchem eksplozji drewniany parkan. Widniał na nim wyraźny napis z wypalonej po części czerwonej farby:
TRZEBA BY... NAS WTEDY ZAB...
Co prawda brakowało dwóch środkowych i dwóch ostatnich desek, ale przekaz był nader klarowny.
Chłopak przeczytawszy tekst, puścił się biegiem w kierunku głównej bramy. Kilkoma susami znalazł się na jej szczycie, by moment później wylądować gotowy do biegu po jej drugiej stronie.
Unoszące się nad lasem ślady pożaru na działkach, zainteresowały jednego z patrolujących miasto "czarnych". Wskazał swojemu przełożonemu kierunek, gdzie na horyzoncie widać było wyraźny, czarny słup gęstego dymu.
- To nie nasz rewir, my mamy tu swoją robotę. Jeśli będziemy potrzebni, to nas tam wezwą - odpowiedział mu dowódca patrolu.
- Tak jest! Po prostu uznałem to za godne zgłoszenia.
- Rozumiem. Trzymaj oczy szeroko otwarte, ale wyłącznie w zakresie naszego kwadratu. Takie mamy rozkazy. - Doprecyzował najstarszy stopniem.
- Zrozumiałem. Dziękuję.
ROZDZIAŁ XIV
- Dorota, możemy pogadać? - Kiedy ktoś tak zaczynał rozmowę z Hexą, to nigdy nie zwiastowało łatwego tematu.
- Oczywiście. Siadaj. - Poklepała kawałek deski, na której siedziała oparta o płot w alejce między ogródkami.
- Wolałabym... - Mycha skinęła głową w kierunku ścieżki.
Oprócz pozostałej na miejscu piątki pojawiło się też kilka osób z innych działek. Do momentu wybuchu nie wychodzili ze swoich altan i domków. Teraz jednak ciekawość wygrała ze strachem.
Hexa podniosła się i idąc za dziewczyną, oddalała się od płonącego domu w kierunku furtki. Znała doskonale ten wyraz twarzy. Dziewczyna miała jakiś poważny problem albo potrzebowała jej rady. Niepewne i przestraszone spojrzenie Pauliny przywołały jej dawne wspomnienia.
Dorota od dwóch lat była w ośrodku opiekuńczym. Wszyscy wychowankowie oprócz Dawida, najstarszego z chłopców, mówili na nią "czarownica", a ci bardziej uprzedzeni również "wiedźma".
Ciemne, długie włosy, mroczny makijaż oraz ciemnoszary płaszcz do kostek nie pomagały jej w ociepleniu wizerunku. Ona jednak nie dbała o to.
Tamtej nocy przywieziono dziewczynkę z interwencji. Dorota podsłuchała, jak ekipa karetki pogotowia przekazywała raport wezwanemu lekarzowi, pełniącemu dyżur w ich bidulu. Mała była upojona alkoholem do nieprzytomności. Już w drodze dostała zestaw kroplówek do detoksu. Ale wymagała stałej fachowej opieki. Nie mogli jej zawieźć do szpitala, bo nie dostali zgody opiekuna prawnego.
- Polskie prawo - skwitował smutno jeden z ratowników.
Izba dziecka odpadła, a to był jedyny ośrodek z lekarzem na miejscu, do którego sędzia mogła w nocy skierować dziecko w takim stanie. Policjanci zgłosili im, że w momencie wejścia do meliny, nad dzieckiem stał pijany pięćdziesięciolatek ze spodniami opuszczonymi do kostek. Obawiali się, że to mógł nie być pierwszy raz
Heksa dogoniła i chwyciła Mychę pod ramię i dopiero kilkanaście metrów dalej, zostawiwszy wszystkich za sobą, odezwała się pierwsza:
- Co jest Myszko?
- Nie chciałam przy chłopakach. - Dziewczyna rozpoczęła smutno, spuszczając głowę.
- Proszę, powiedz mi. Tylko bez ściemy. CO Z NAMI BĘDZIE?! CO DALEJ?
Ostatnie słowa wypowiedziała łamiącym się, przytłumionym łzami półszeptem. W kącikach oczu błyszczały dwie ogromne perliste łzy.
Hexa objęła swoją kruszynkę jak dawniej. Robiła to tak wiele razy, że przyszło jej to niemal odruchowo jak matce tulącej dziecko w chwili życiowego zakrętu.
Pierwszy raz przytuliła ją w taki sposób, kiedy szczerbata sześciolatka przyniosła jej rysunek.
Na prośbę opiekunki siedziała w bawialni i doglądała czwórki najmłodszych maluchów. Przywieziona tydzień wcześniej Paulinka, na szczęście nie została zgwałcona. Dorota cieszyła się z tego powodu, bo sama znała towarzyszący temu ból. I bynajmniej nie chodziło o ten fizyczny. Chociaż on również doskwierał jej za każdym razem. Kiedy kolejni faceci jej matki dobierali się do niej, a "jej stara" padła już od prochów lub alkoholu.
Paulinka od przyjazdu nie odezwała się do nikogo ani słowem. Odpowiadała skinieniem lub kręceniem głowy. Wykonywała posłusznie polecenia. Siniaki na jej ciele świadczyły o tym, że ktoś "wpoił jej" dyscyplinę.
- To dla ciebie. - Wyciągnęła rączkę z kolorowym obrazkiem.
- Dla mnie?! Ale dlaczego? - zapytała opiekująca się również nią szesnastolatka.
- Bo jesteś taka smutna! Popatrz, jakbyś się uśmiechnęła, to wyglądałabyś właśnie tak! - Podsunęła rysunek bliżej twarzy starszej dziewczyny.
- Ojej! MYSIU! - To jedyne słowa, jakie zdołała wtedy wydusić z siebie, przez gulę, która urosła jej nagle w gardle.
Przyciągnęła ją do siebie i to wtedy Dorota pierwszy raz ją objęła. A tuląc ten maleńki skarb w swoich ramionach, w jej głowie nareszcie do głosu doszła pewna myśl. Ta sama, która kiełkowała od pierwszego spojrzenia na małą. Myśl ta krzyczała w jej czaszce na całe gardło. - "Już nigdy nie pozwolę cię skrzywdzić!!!"
- Oj! MYSIA! Będzie dobrze. Tak długo jak mamy siebie, będzie dobrze. Przetrwamy to wszystko, razem. - Dorota tuliła do piersi, niczym matka córkę, młodszą o prawie dziesięć lat od siebie dziewczynę.
Delikatnie gładziła jej różowo-fioletowe włosy. Czuła jak łzy Pauliny przemoczyły materiał jej koszulki. Trwały tak przez dłuższą chwilę, do czasu, kiedy niższa z nich nie uspokoiła się nieco i w końcu przestała cichutko łkać. Wtedy Dorota, wykorzystując to, że jest od niej sporo wyższa, pocałowała ją w czubek głowy.
- Będzie w porządku. Zaopiekujemy się sobą nawzajem. Będziemy o siebie dbać. A jak minie to całe szaleństwo, to będziemy siedzieć przy gorącej czekoladzie, bawić się z wnukami i się z tego śmiać. Zobaczysz. - W oczach Hexy pojawiły się dwa wesołe ogniki, próbujące wysuszyć łzy.
Do dziś Hexa miała tamten rysunek w swoim notesie. Zawsze, co roku wymieniała kalendarz z notesem, ale rysunek za każdym razem przekładała jako pierwszy do nowego kalendarza.
Cztery kolory kredek. Tyle znalazła w pudełku z klockami tamta mała dziewczynka, cztery kolory wystarczyły, by narysować portret pilnującej maluchów Doroty. Siedziała na nim, na malutkim czerwonym krzesełku. Czerwone spodnie i fioletowy płaszcz tak naprawdę powinny były być narysowane w odcieniach czerni i szarości. Smutna twarz Doroty na kartce promieniała radosnym uśmiechem. Rysunek nie był wcale dziecinny, lecz wyraźnie zdradzał już wtedy pokłady talentu małej artystki. Długie włosy mieniły się czerwono-czarno-fioletowymi refleksami. Rysy modelki, choć w sporym uproszczeniu, uchwyciła niemal doskonale. W sposób, jaki robią to uliczni rysownicy, przy użyciu wyłącznie czarnego węgielka. Tylko jeden element twarzy został pokolorowany. Usta. Wargi miały ten sam odcień czerwieni co krzesełko i refleksy we włosach.
Mycha pociągnęła głośno nosem, ocierając oczy rękawami bluzy.
- A nie powiesz... chlip, chlip... chłopakom... chlip..., że się poryczałam? - Uniosła oczy, patrząc przez swoją różową grzywkę na sporo wyższą od niej kobietę.
- No coś ty! W ŻYCIU! - zapewniła ją Hexa.
- O tym, że się moczyłaś do łóżka, ze strachu przed naszym woźnym, kiedy miałaś dziewięć lat, też im przecież nie powiedziałam.
- Eeej! To nie fair. - Dziewczyna wymierzyła jej słabego kuksańca. - Tamto to było zupełnie co innego. Poza tym tamto było efektem traumy. Tak mi to wytłumaczyła mama Changa.
Od tamtego popołudnia, kiedy pilnowała maluchów, Dorota robiła, co tylko mogła, żeby roztoczyć nad malutką Paulinką swoją opiekę. Poprosiła o możliwość zamieszkania z małą w jednej sypialni.
Dbała, pomagała, uczyła, zajmowała się jak młodszą siostrą. Pani Joanna Chensokikori - mama Changa, zauważywszy, jak dobry wpływ mają obie wychowanki na siebie, przychyliła się do tej prośby i zaopiniowała ją pozytywnie do kierownictwa ośrodka. Od tego czasu stały się niemal nierozłączne.
Następny portret Dorota dostała namalowany już paletą trzydziestu sześciu kolorów, z pudełka kredek, które kupiła Myszce za własne kieszonkowe.
- Dorota?
- Tak?
- A możesz do mnie jednak mówić MYCHA, a nie Mysia?! Bo wiesz, teraz już jestem, taką, jednak jakby "dużą dziewczynką".
- Oj tam, oj tam. Dla mnie i tak zawsze zostaniesz maleńką Mysią... MAŁA! - Specjalnie podkreśliła ostatnie słowo, wymawiając je dobitnie i z przekąsem.
Uśmiechnęła się zawadiacko i puściła do niej oko. Jednocześnie wymierzyła w spowolnionym tempie kuksańca w ramię kolorowowłosej przyjaciółki. Skinęła głową, by razem wróciły do chłopaków, lecz ci szli już w ich stronę.
Obie natychmiast przykleiły do swoich twarzy uśmiech firmowy numer dziewięć i ruszyły im naprzeciw tak, jak gdyby nic tu się nigdy nie stało.
ROZDZIAŁ XV
Chang biegł asfaltową jezdnią ulicy Działkowej. Nie próbował nawet się kryć po lasach, nie miał na to w tym momencie ani czasu, ani ochoty. Zbliżał się do biegnącej w poprzek szosy. W gasnącym świetle dnia z daleka dostrzegł coś leżącego na środku skrzyżowania. Z dystansu ocenił to na jakiś zwitek szmat. Im ten dystans malał, tym dokładniej widział jednak, że to nie same szmaty, ale raczej człowiek w nie ubrany leży na drodze. Zatrzymał się dwa kroki od ciała. Rozprute gardło, wybałuszone oczy oraz zastygła już plama krwi dookoła mężczyzny, którego twarz znał. To jego przypiął do fotela podczas "robienia zakupów" w markecie. To ten facet cisnął wtedy butelką w Hugina.
I jakkolwiek był święcie przekonany o tym, że to właśnie ten cholerny truposz odpowiadał za spalenie ich domu, tak nie mógł pojąć, kto wykończył tego gnoja.
Rozejrzał się w obie strony rozciągającej się od lewej do prawej ulicy, w końcu obierając azymut na kopalnię, a co za tym idzie na market.
Zrobił zaledwie kilkanaście kroków, gdy na drodze zobaczył kolejne plamy. Jedną dużą i kilka mniejszych. Zatrzymał się, ponownie rozglądając dookoła. Dopiero zbliżywszy się do krawędzi jezdni, zobaczył ją. Leżała na dnie rowu melioracyjnego. Z czaszki wystawał jej trzonek siekiery. Nagie piersi sterczały wciąż dumnie ku niebu. Wypływ krwi i temperatura gleby spowodowały, że nabrała sino bladej, trupiej barwy. Mimo wszystko poznał ją. Pamiętał, jak Zefir szeptał jej coś do ucha, pochylając się do niej obok regałów w sklepie.
Chang zauważył, że bielizna dziewczyny leżała obok, ale bluzki nie dostrzegł nigdzie w pobliżu.
Mniejsze plamy krwi gęsto usiane obok miejsca, gdzie zapewne ktoś zadał śmiertelny cios. Oddalały się od centrum miasta, czyli obrał właściwy kierunek swojego pościgu. Stopniowo częstotliwość śladów malała. Co spowodowało, że Chang zastanawiał się, czy krew przestała płynąć z jakiegoś naczynia, czy też ktoś skutecznie zaczął tamować krwawienie.
Odpowiedź przyszła do niego sama. Kolejne zwłoki leżały na jego drodze. Tym razem poznał kraciastą koszulę. Twarz mężczyzny znajdowała się między rękami wyciągniętymi przed siebie. Ktoś ciągnął go w kierunku pobocza. Z jakiegoś powodu jednak zaprzestał, upuszczając i pozostawiając go w pozie lecącego supermana, który zemdlał w locie.
Chłopak postanowił gonić ostatniego z podpalaczy, aby wymierzyć sprawiedliwość. Zanim jednak zdołał przebiec następnych kilkadziesiąt metrów, po raz kolejny musiał się zatrzymać. Tym razem nie napotkał żadnej fizycznej przeszkody czy kolejnego ciała. Z oddali usłyszał początkowo stłumiony, stopniowo narastający hałas. Niski, warczący, wręcz buczący dźwięk rozrywał spokój okolicy. Chang słyszał go już wcześniej. Nie dowierzał, jednocześnie zdawał sobie sprawę, że powinien się tego spodziewać. Słup dymu i ognia, unoszące się nad drzewami musiały być widoczne z wielu kilometrów. Łoskot eksplozji zaciekawił zapewne niejedną grupę "ocalałych" w całej okolicy. Natomiast tylko jedna grupa była w stanie tak szybko zareagować i ekspresowo dostać się tutaj. Chang ledwie zdążył się ukryć w zaroślach, przykrył się kilkoma gałęziami, leżąc zaledwie kilka metrów od krawędzi linii drzew. Doskonale widział czterech jeźdźców na swoich stalowych rumakach, zmierzających w stronę "Zacisza". Ich motocykle pozbawione zbędnych, ich zdaniem, wkładów w układzie wydechowym, z bliska wydawały potężny warkot. Klatka piersiowa drżała chłopakowi nie tylko ze strachu, ale również w wyniku dobiegających do niego wibracji z maszyn zwalniających przed skrzyżowaniem.
Chang wyskoczył ze swojej kryjówki i porzuciwszy swoje wcześniejsze plany dopadnięcia trzeciego ze sklepowych pijaczków, zmienił nie tylko kierunek, ale również sposób przemieszczania. Biegł teraz między drzewami, w kierunku jeziora. Nie do końca pewny trasy, starał się skręcać tak, żeby trafić bezpośrednio do szkoły nurkowej. Tam mógłby przeczekać. A jeśli usłyszy odjeżdżające motocykle, zaryzykować przedostanie się brzegiem do elektrowni.
Upewniwszy się, że w budynku nikogo nie zastał, niedoszły mściciel zamknął od środka drzwi bazy nurkowej. Przeszedł na zaplecze techniczne i ponownie zmienił plany.
Znalazł odpowiedni rozmiar pianki i założył jacket. Dwie butle ważyły w tym stroju chyba tonę, ale siadając na brzegu betonowego pomostu, bez problemu zapiął sprzączki kamizelki wypornościowej. Zdawał sobie sprawę, że to, co zamierzał zrobić, jest skrajnie nieodpowiedzialne. Za to na drugiej szali położył bezpieczeństwo grupy i jego wcześniejszy głupi zryw. Zanurzył się w zimnej wodzie. Pierwszy raz nurkował, będąc z rodzicami na wakacjach w Egipcie, pięć lat wcześniej. Później powtarzał to co najmniej raz do roku na podobnych wyjazdach. Dlatego mimo braku certyfikatu, zawierzył w swoje dostateczne umiejętności do pokonania dystansu kilkuset metrów na głębokości nieprzekraczającej sześciu stóp. Zachodzące słońce rzucało na jezioro długie cienie drzew. Łatwo zgubić kierunek w mętnej wodzie, dlatego postanowił od czasu do czasu się wynurzać i upewniać czy dobrze płynie. Po kilkunastu minutach znalazł się już za połową pierwotnej odległości do przebycia. Drobna korekta kursu na betonowe ujście odpływu z elektrowni i ponownie się zanurzył. Cała podwodna eskapada trwała około trzydziestu pięciu minut. Manometr wskazywał nadal ponad połowę butli.
Wiedział, że nie potrzebuje drugiej. Postanowił ją zabrać dlatego, że zgromadzone w domu przepadły w pożarze, razem z ośmiorniczkami i aparatami oddechowymi.
Wygramolenie się na brzeg nie było proste. Betonowy próg na terenie elektrowni stanowił dla niego, niewprawionego nurka, barierę nie do pokonania. Ponownie zmienił wcześniejsze ustalenia, wpływając w kanał, gdzie wcześniej łowił ryby kuszą. Tam wyszedł na śliską trawę. Cały sprzęt zrzucił w zarośla. Sam pospiesznie przeszedł wcześniej przygotowaną wyrwą w ogrodzeniu. Zmrok zapadał coraz szybciej, kiedy Chang przeszedł przez pierwsze drzwi i stał we wnętrzu śluzy, dygocząc z zimna.
Pierwsza na łomotanie do przeszklonych drzwi zareagowała Hexa. Za to przy nich, znalazła się Mycha. Widząc przyjaciela po drugiej stronie szyby, wyjęła blokującą wejście grubą rurę, otwierając drzwi na oścież. Zanim Chang zdołał cokolwiek powiedzieć, rzuciła się na niego i zaczęła okładać go pięściami. Chłopak próbował się zasłaniać, ale grad ciosów Mychy padał z każdego możliwego kierunku i pod każdym kątem. W końcu złapał agresorkę, obejmując ją i w ten sposób unieruchamiając jej ruchliwe ramiona.
- Ty debilu! Myślałam... wszyscy myśleliśmy, że już po tobie. - Zaczęła uniesionym, piskliwym tonem. - Jak mogłeś nas tak zostawić! Ty skośnooki kretynie!
Chang nadal trzymał ją w objęciach, a dziewczyna nie kryjąc już łez wzburzenia, biła go w klatkę piersiową, ruszając pięściami jedynie w nadgarstkach. Każde kolejne uderzenie stawało się coraz słabsze, aż w końcu po prostu oparła ramiona i pięści o mokrą piankę. Sama wtuliła się w jego objęcia mocniej, zasłaniając twarz ciągle zwiniętymi w kułak dłońmi.
Chłopak zluzował klincz, stanowczo obejmując przyjaciółkę. Położył dłoń i policzek na jej włosach. Cicho wyszeptał jej do ucha, robiąc dłuższe pauzy po każdym wypowiadanym zdaniu:
- Wszystko w porządku. Już jestem. Wróciłem. Przepraszam. Więcej tego nie zrobię. Obiecuję.
Uniósł wzrok na Hexę i Hugina. Wyraźnie widać było po nich złość mieszającą się z ulgą. Złość - z oczywistych względów, a ulgę miał nadzieję - przyniósł im widok jego, całego i zdrowego. Zefir i Kita patrzyli na niego z politowaniem. Jakby chcieli powiedzieć: I widzisz palancie, znowu nabroiłeś.
Weszli na górę do zaaranżowanej w jednym z pokoi biurowych sypialni. Zefir pomógł kumplowi ściągnąć mokry neopren. Hugin darował sobie ojcowskie przemowy i reprymendy, a Hexa najzwyczajniej w świecie przyniosła mu kubek gorącej herbaty.
Nie musieli prawić mu morałów. Widzieli to w jego oczach i zachowaniu, tak samo on widział w ich wzroku kolejny zawód, jakiego był sprawcą. Nikt za to nie spodziewał się takiej reakcji Mychy. Dziewczyna resztę wieczoru siedziała jak mysz pod miotłą, bo nie miała ochoty na żadne rozmowy czy wyjaśnienia.
Chang przebrany w nowe ciuchy z magazynu dla robotników, opowiedział im o tym, co widział, goniąc winnych podpalenia.
- Przypuszczam, że to ci dwaj zabili tego gościa. Dziewczyna w szale rzuciła się na tamtych dwóch, więc zabili i ją. Tylko że koleś się bronił i zranił jednego z kumpli od flaszki. Dziunia mu pewnie poprawiła i koleś się wykrwawił, bo na ręce miał obwiązaną bluzkę dziewczyny. Próbował tamować krwotok. Nieskutecznie. Później to już musiałem się chować, bo nadjechali ci na motorach.
- Tak. My też ich słyszeliśmy - odezwał się Kita. - Ale byliśmy na tyle daleko, że nie musieliśmy się martwić. Mimo wszystko schowaliśmy się, aż do ich odjazdu.
- Myślę, że zwabiła ich eksplozja. Dopóki był sam dym, nie ruszyli tyłków ze swoich wygodnych pieleszy. To wybuch ich ściągnął - dodał Zefir.
Hugin przytaknął, a Chang ponowie zabrał głos.
- Nadjechali szybko. Słyszałem ich już z daleka, myślę ze może nawet koło kopalni. Wydaje mi się, że mój pościg nie trwał dłużej niż kwadrans, a od samego wybuchu nie minęło więcej niż dwadzieścia kilka minut, zatem muszą obozować całkiem blisko. Być może nawet na terenie jednej z tych dwóch kopalni. W końcu obie mają dość rozległe tereny, a ich bramy główne dzieli niecałe półtora kilometra.
Ponownie Hugin zgodził się z chłopakiem. To nie wróżyło niczego dobrego. Obie kopalnie nadal czynne w lutym, były atrakcyjnym miejscem do zabunkrowania się kilku lub kilkunastu ludzi. Pełne magazyny butelkowanej wody dla górników, stołówki i kuchnie pełne zapasów. Pobliskie narzędziownie mogły stać się potencjalnymi zbrojowniami, a w dodatku ci ludzie dysponowali pojazdami, które przetrwały awarię wszystkich pozostałych urządzeń technicznych. Chang był pewien, że co najmniej dwóch z czwórki widzianych na drodze, nie było tymi samymi, co tamci widziani na stacji paliw.
Zatem musiało być ich co najmniej pięciu, a dałby sobie głowę uciąć, że na pewno pięciu to nie wszyscy. Najlepszym przykładem była szóstka ze sklepu, trzech facetów miało przy sobie "trzy zabawki". Najwyraźniej nie lubili się dzielić i każdy trzymał jedną dziewczynę dla siebie. Podobnie musiało być i w tej sytuacji.
Po długiej rozmowie doszli do wniosku, że nawet jeśli pojawili się tam motocykliści, to byli to raczej zwiadowcy albo strażnicy. Reszta została w obozowisku, a jeszcze pewniejszą rzeczą było to, że na pewno nie było wśród tej czwórki przywódcy. Żaden z nich nie wyróżniał się znacząco. Wszyscy jechali w równoległym szyku.
- Myślę, że należy się spodziewać kolejnych wizyt tych ludzi. Być może nawet po cichu. Jeśli zdadzą raport swojemu szefowi, że rąbnął zwykły domek na działce, a narobił tyle hałasu... Tylko głupi by się nie zorientował, że coś tu się działo. No i że w powietrze nie wyleciała zwykła butla turystyczna z gazem.
- Racja - zgodził się Hugin. - Kruk szepce mi do ucha, że nadciągają kłopoty, a na to teraz nie możemy sobie pozwolić.
Nagle zza pleców zebranych odezwała się Mycha.
- Skoro są po drugiej stronie jeziora... co prawda nieco od brzegu, ale zawsze blisko, to powiedzcie mi: czy to cholerne światło z reaktora ich tu nie zwabi tak, jak tamten wybuch?! -Wskazała ruchem głowy blask, wypełniający halę znajdującą się poniżej.
Ekran normalnie zasłaniający walcowaty rdzeń fuzyjny był podniesiony i reaktor świecił chłodnym światłem na tyle silnym, żeby rozgonić mrok w pomieszczeniach. Karol specjalnie zostawił uniesioną pokrywę. Dzięki temu spędzali czas w całkiem widnym wnętrzu.
- Cholera! Mycha ma rację! - zaklął Hugin, zrywając się ze swojego krzesła. - Świecimy jak pieprzona latarnia morska!
- Spokojnie! - odezwał się Karol.
Profesor zdawał się zupełnie nie przejmować odkrywczą uwagą dziewczyny ani reakcją jej starszego kolegi.
- Tamta ściana została wykonana ze specjalnego szkła. Kolejny wynalazek naszych studentów. Opatentowali je nawet. Przepuszcza światło tylko w jedną stronę. - Próbował najprościej wytłumaczyć zasadę działania ogromnych okien. - To trochę jak lustro weneckie, tylko doskonalsze. Wykorzystaliśmy je tutaj, ponieważ dzięki temu nikt z zewnątrz nawet nie podejrzewał, co dzieje się w środku. Wiecie, jak opinia publiczna podchodzi do energii atomowej. Ludzie boją się elektrowni jądrowych blisko swoich domów. Zupełnie niepotrzebnie. Teraz i owszem. Mój projekt stał się zagrożeniem, ale wcześniej w normalnych warunkach z normalnym zasilaniem i elektroniką sterującą był bardziej bezpieczny niż bojler w domu.
Karol spojrzał smutno po wszystkich, po czym dodał:
- Tylko kto mógł przewidzieć, że spadnie na nas aż tak wielkie gówno.
ROZDZIAŁ XVIII
Mycha została sama. Jej współlokatorkę strażnik zabrał do kuchennych obowiązków. Dziewczyna była sympatyczna, ale tak gadatliwa, że chyba tylko cudem nadal pozostawała w posiadaniu swojego języka.
Mycha zwinęła się w kłębek na swoim łóżku, starając się nie myśleć o tym, co ją czeka, a jeszcze bardziej nie myśleć o tym, jak bardzo muszą być zaniepokojeni jej losem przyjaciele. Na pewno już od wczoraj jej szukają i zamiast jednego zmartwienia z tykającą bombą na głowie, teraz ona przysporzyła im kolejnego.
Dźwięk przesuwanej sztaby w drzwiach, wyrwał ją z tych mrocznych myśli. Pospiesznie usiadła, podkurczając nogi do klatki piersiowej. W drzwiach stanęła ta sama dziewczyna co wcześniej, ta, która ją tu przyprowadziła. W ręce trzymała złożony na czworo kawałek kartki. Podała go siedzącej na łóżku. Mycha otwarła, jak się okazało krótki list i przeczytała zapisaną w nim wiadomość. Seba zapraszał ją do siebie na rozmowę w cztery oczy. Niema strażniczka obrzucała niepozorną, mikrą dziewczynę pogardliwym spojrzeniem.
Wysoka, zgrabna i ładna, z mocnym makijażem, w ciuchach podkreślających jej kobiece kształty, patrzyła na różowowłosą chudzinkę o chłopięcej sylwetce, w za dużych portkach z niedokończonym tatuażem na szyi. Zastanawiała się, czym ta mała tak urzekła Sebastiana, że ten chce ją widzieć w swojej prywatnej kwaterze? Nie mogła jednak o to spytać, bo właśnie dla niego tak się okaleczyła, tylko po to, by być z nim jak najbliżej. Tylko cztery dziewczyny mogły być tak blisko, z tym, że tylko ona miała prawo wejść do niego do sypialni o każdej porze dnia i nocy. Tylko ona mogła przerywać mu bez konsekwencji, mieć swoje własne zdanie i nie spotykała jej za to żadna kara. W końcu była jego siostrą.
***
Kita znalazł nad brzegiem ślady obecności kogoś spoza ich grona. Ciężkie buciory zostawiły kilka wyraźnych odcisków w miękkiej ziemi. Rozmiar podeszwy był większy niż u posiadacza największej wśród nich stopy, Hugina. Nieco głębiej znaleźli też inne tropy prowadzące do drogi na skraju miasta. Chang doskonale znał tamte rejony, bo to tam znikał na całe dnie. I to tam dopadł ich z Mychą tamten oblech, którego załatwili w sklepie.
Prowadził ich zatem tak, żeby nie wydeptywali ścieżki, ale wciąż utrzymywali odpowiedni azymut marszu. Po wejściu na asfaltową jezdnię bacznie rozglądali się wokół, szukając miejsca, skąd wyszli nieproszeni goście. Na poboczu odnaleźli ślad po oponie i rozrzucony żwir po gwałtownym ruszeniu ciężkiej maszyny. Trop był świeży. Chang chciał ruszyć od razu, ale powstrzymał go Hugin.
- No i gdzie pójdziesz? Z czym? - zapytał mężczyzna, wskazując na harpun w rękach chłopaka. - Tą zabawką nic nie zwojujesz, a w dodatku nawet nie wiesz, dokąd ją zabrali.
- Nieprawda! Wiem, gdzie jest ich obozowisko. Jeśli nie chcesz iść ze mną, sam pójdę! -Chłopak się stawiał, ale uchwyt starszego kolegi na jego ramieniu nie zelżał.
- Pójdziemy tam razem, ale musimy się więcej dowiedzieć o przeciwniku. Nas jest piątka, a ich? Musimy mieć plan, a nie działać na chybcika. Chang, nam wszystkim zależy na Paulinie, ale nie działajmy pochopnie.
- Zamiast gadać, ruszmy się. Nie wiadomo, co oni tam z nią robią!
- Po pierwsze nie wiemy, czy ci ONI, zabrali Mychę. Po drugie, gdyby mieli ją skrzywdzić, to pewnie zrobiliby to na miejscu, a nie taszczyli ją ze sobą. Trzecia sprawa, ta być może najważniejsza. Musimy mieć jakąś kartę przetargową albo argument, pozwalający nam odzyskać Mychę.
- W dupie mam takie argumenty! Musimy ją odbić, wykraść albo uwolnić, a nie szukać sposobu na układanie się z tymi bydlakami. Wiem, co mówię!
Chłopak uniósł się emocjami, ponieważ doskonale pamiętał zgliszcza szkoły spalonej przez gang motocyklistów. Zdawał sobie sprawę z bestialstwa i braku poszanowania przez nich życia kogokolwiek innego poza nimi. Serce rwało się do ratowania przyjaciółki, a w zasadzie nie miał się co oszukiwać - ukochanej. Tyle, że rozum podpowiadał, próbując przekrzyczeć emocje, że to Hugin ma rację.
W końcu wrócili do elektrowni, aby ustalić plan i omówić sposób, w jaki spróbują uratować dziewczynę.
ROZDZIAŁ XIX
Zefir walczył z beznadziejnym pomysłem na schłodzenie rdzenia z użyciem ogromnego zbiornika z wodą. Chciał chłodzić go dodatkowo azotem, ale rozmiar i ciężar konstrukcji, uniemożliwiałyby transport bez użycia przynajmniej samochodu z przyczepką.
Wtedy prostota kolejnej myśli zajaśniała blaskiem rozwiązania.
- Karol, a jak wymieniałbyś te ogniwa paliwowe w czasie normalnej pracy? - zapytał opierając się o wózek transportowy
- Yyy. NORMALNIE! Zamrażasz polimerowy walec ciekłym azotem i masz kilka minut na spokojną podmiankę, również zamrożonego nowego walca. Potem impuls elektryczny startuje nową reakcję - odpowiedział mu na pytanie naukowiec, jakby to było tak oczywiste jak budowa cepa.
- ...a można zamrozić rdzeń bez wyczerpania jego paliwa?
- Można, ale nie mamy pola elektromagnetycznego, stabilizującego całość. Dlatego nie możemy odpiąć reaktora od układu chłodzenia.
- W całości nie... ale czy możemy zamrozić rdzeń na chwilę w reaktorze, a potem umieścić go w jakimś zbiorniku, schłodzić i tak zamrożony wywieźć? - Brwi chłopaka powędrowały wysoko na czoło, niemal stykając się z grzywką, postawioną na diabli wiedzą skąd zdobyty żel.
Mężczyzna zamarł, uniósł powoli wzrok na chłopaka i z marsową miną obserwował go przez chwilę. Odłożył na bok narzędzia trzymane w dłoniach, zostawiając rozkręcanie dodatkowych obwodów, jakie jeszcze przed momentem miał zamiar wykorzystać. Pospiesznie przeszedł przez halę i złapał za grubą książkę, przekartkował parę stron, następnie łapiąc i porównując jakieś swoje zapiski i notatki zrobione wcześniej na wydruku z komputera stojącego pod biurkiem, odezwał się z początku niepewnie.
- To mogłoby się udać. Musielibyśmy wpuścić do rur zamiast wody czysty azot, obniżyć temperaturę całego rdzenia do minus siedemdziesięciu stopni Celsjusza, a potem wyjąć i zatopić cały walec w ciekłym azocie. - Mówił jakby sam do siebie, jakby starał się sam siebie przekonać do takiego scenariusza.
- Okej! To ile mielibyśmy czasu? - zapytał znowu Zefir.
- Nie wiem. Na wyjęcie rdzenia i przeniesienie do zbiornika na pewno by wystarczyło. Pytanie jak szybko odparowałoby chłodziwo. Polimer jest w swojej strukturze jak gąbka, dlatego tak doskonale oddaje ciepło do układu, ale jak się zachowa na dłuższą metę w tak niskiej temperaturze? Nigdy tego nie sprawdzaliśmy, może się okazać, że na styku gorącego i zimnego fragmentu tworzywo może stać się niestabilne i potencjalnie ulec uszkodzeniu mechanicznemu.
- A do jakiej temperatury najniżej zamrażałeś ten polimer? - Chłopak ponownie zagadnął sensownym problemem.
- Do minus stu dwudziestu. Niżej nam nie było potrzeba, ponieważ z takim gorącym kartoflem w środku, ustabilizowanym przez pole wytworzone w elektromagnesach, mogliśmy zatrzymać reakcję już nawet przy minus pięćdziesięciu - wyjaśnił Karol.
Obaj stali, patrząc na rysunki, wykresy i tabele, które powyciągał na wierzch naukowiec. Liczył na kartce przy użyciu ołówka jakieś parametry. W końcu orzekł:
- Musielibyśmy mieć kadź o pojemności minimum dwustu litrów, najlepiej zamykaną, żeby ograniczyć parowanie skroplonego gazu. Do tego przydałby się zapas co najmniej stu litrów na dolewkę, co dałoby nam jakieś osiem, może dziewięć godzin.
- No i gra gitara! Mówisz, masz... Daj mi chwilę, zobaczymy, co mogę zaproponować.
Godzinę później Zefir pytał o parametry baniek na azot, którymi transportowano skroplony gaz z ogromnych zbiorników na zewnątrz, do laboratorium.
Znalazł cztery duże i dwa mniejsze termosy służące do celów laboratoryjnych, z ceramicznymi wkładami przypominające bańki na mleko. Dawało to w sumie prawie sto czterdzieści litrów gazu, który mógł być zabrany jako zapas do uzupełnienia odparowującego gazu. Niestety znów problem stanowił ciężar.
Sam transport dwustulitrowej kadzi z rdzeniem, do tego sześć kanistrów dodatkowego chłodziwa. Znów robiło się sporo ponad siły nawet siedmiu osób. Zefir zazwyczaj nie przejmował się takimi drobiazgami. Priorytetem dla niego stało się wykombinowanie "akwarium" dla ich diabelnej rybki.
Po powrocie czwórki ekspedycji poszukiwawczo ratowniczej zespół mózgowców miał dla nich dobre wieści. Problem samego transportu został rozwiązany, pozostał problem sposobu, a raczej naczyń potrzebnych do wykonania tego zadania. Nie dysponowali na miejscu niczym, co mogłoby nadać się do przewiezienia takiego ładunku.
Rozmiar samego walca nie przysparzał kłopotów w transporcie, ale już w połączeniu z dwustoma litrami, delikatnie mówiąc bardzo kłopotliwego w przenoszeniu płynu, robiło się nieciekawie.
Po południu Zefir z Changiem wybrali się na poszukiwania czegoś, co mogłoby się nadać do ich celów. Poszukiwania oscylowały w kierunku metalowego lub ceramicznego zbiornika, na tyle lekkiego, żeby mogli go spokojnie przepchnąć w siódemkę, a na tyle wytrzymałego, żeby nie pękł w trasie zmrożony od środka do ponad stu sześćdziesięciu stopni poniżej zera. Znalezienie gotowego rozwiązania graniczyło z cudem, ale jak to mówią "rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki, na cuda trzeba poczekać ze dwa dni". Ta maksyma przyświecała również Zefirowi. Dlatego podobnie jak zazwyczaj tak i w tym przypadku niemożliwe okazało się łatwizną. Idąc wzdłuż drogi, znaleźli czterokołową przyczepkę samochodową, przystosowaną do transportu trzody chlewnej. Jej zapach odrobinę odstręczał, za to gabaryt i właściwości jezdne zachwycały domorosłego mechanika. Wspólnie z Changiem zamocowali do dyszla przyczepy poprzeczkę z metalowej rury, obciętej z przydrożnych balustrad. W ten sposób stali się dwoma ogierami w zaprzęgu z nietypową bryczką. Dotarli z powrotem do bloku energetycznego numer dwa, ciągnąc swoją zdobycz. Jeszcze w czasie drogi powrotnej Zefir zmajstrował coś przy hamulcu ręcznym tak, że mogli kontrolować przyczepę pchającą ich swoim ciężarem z górki.
Drugi wypad był nieco dłuższy, bo obaj dotarli aż do hurtowni, czy też składu budowlanego. Pierwsza myśl Changa to, że Zefir zwariował. Blondyn załadował bowiem cały wózek sklepowy kilkudziesięcioma puszkami pianki montażowej. Jednak już chwilę później zrozumiał, o co chodziło koledze. W dużym metalowym koszu znajdował się plastikowy zbiornik na wodę o pojemności jednego metra sześciennego. Kosz ze zbiornikiem był na tyle lekki, że we dwóch spokojnie wsadzili go na inny dużo większy sklepowy wózek platformowy. Zefir od razu przepakował pianki, żeby nie ciągać tandemu. Przy kasach, jak zawsze, znaleźli reklamówki i inne drobiazgi. Zefir nożem do tapet naciął zbiornik, wrzucając do środka pianki.
- Hej! A nie mieliśmy przypadkiem zabrać w całości tego pojemnika? - zdziwił się Chang.
- Ojej. Ty się tym nie kłopocz mój drogi skośnooki przyjacielu, myślenie zostaw mądrzejszym, a sam używaj jeno mięśni - odpowiedział z udawana wyższością Zefir.
- Łap! - zawołał, rzucając do kolegi latarkę czołówkę ze stojaka między kasami. -
Weź ich więcej. I baterie! Przydadzą się - dodał.
Chwilę później szli główną alejką zaciemnionego sklepu w kierunku artykułów łazienkowych. Niestety żadna z wanien na wystawie nie spełniała ich oczekiwań. Plastik i włókno szklane nie nadawały się do ich potrzeb. Chang wskazał na drugą stronę pasażu.
- A to? Nada się? - Światłem latarki i palcem podążającym w tym samym kierunku wskazywał na duży opatulony elektryczny bojler.
- Ty to masz łeb! Trochę chiński, ale łeb - zakpił z niego Zefir.
- Japoński jak już, debilu. Chińskie to ty masz jaja. Nada się czy nie?
- Będzie ideolo! Dawaj, sprawdzimy czy ten spód grzałką można odkręcić, czy musimy obciąć.
- KAROL!!! Pasuje ci taki termosik - zawołał Zefir, wtaczając do hali na dużym wózku sklepowym metalową klatkę z plastikowym zbiornikiem wewnątrz. Pośrodku umocowany grubą warstwą piany montażowej dwieście pięćdziesięciolitrowy bojler. Na wierzchu leżała pokrywa, wyglądająca jak korek, Ona również została uformowana z pianki na oryginalnej pokrywie bojlera. Wszystko to owinęli razem z Changiem jakąś folią aluminiową do wykończeń dekarskich.
Profesor obejrzał dokładnie konstrukcję, nie ukrywając swojego podziwu, chwilę później jego umiarkowany i raczej sceptyczny dotychczas entuzjazm wyraźnie urósł.
- Wiesz Mikołaj! To się może udać. Jestem pod wrażeniem, a jednocześnie jestem rozczarowany. Czy też, aby być bardziej precyzyjnym - jestem zawiedziony... Jak mogłeś nie chcieć pójść na studia inżynieryjne? Z twoją wiedzą, talentem, pomysłowością, intuicją... - Karol zdawał się chcieć wymienić wszystkie znane mu epitety i przymiotniki względem chłopaka, zakończył jednak po chwili, podsumowując: - Gdyby nie nastały te durne czasy, osobiście bym cię zaciągnął za uszy na uczelnię i pod moimi skrzydłami w trzy lata miałbyś doktorat.
Zefir poczuł przyjemne mrowienie w okolicy karku, na skutek wszystkich tych pochwał i peanów zasłyszanych na swój temat. Niestety zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby obecne czasy nie nastały, to prawdopodobnie nigdy nie spotkaliby się z piewcą jego talentu. Jego umiejętności zaś, najprawdopodobniej, widziałoby parę osób, pojawiających się od czasu do czasu w jego warsztacie, nie potrafiąc sobie poradzić z problemami w ich motocyklach lub samochodach.
ROZDZIAŁ XXI
Chang siedział jak na szpilkach, kręcił się, zmieniał miejsca, łaził to, znów siadał. Po pewnym czasie nawet Hugin o anielskiej cierpliwości zaczął się irytować zachowaniem chłopaka. Najpierw kazał mu usiąść i posłuchać, a najlepiej włączyć się do omawianych kwestii uwolnienia Mychy, bo to, że została uprowadzona i przetrzymywana wbrew jej woli, nie ulegało wątpliwości. Kita zajął się konserwacją broni, zabezpieczeniem odpowiedniej ilości amunicji i kilkoma niespodziankami mającymi zapewnić im dywersyjny element zaskoczenia. Hexa chodziła podminowana do tego stopnia, że nikt nie chciał wchodzić jej w drogę. Tylko Hugin zachowywał pozorny spokój i opanowanie, choć wewnątrz również gotował się, będąc o włos od eksplozji. Pod koniec narady, na której zebrali wszystkie poszlaki, informacje, jak również fakty, jakie przedstawił im Chang, zdecydowali wyruszyć w pełnym składzie z samego rana. Tamci mieli niepodważalną przewagę liczebną, a co za tym idzie, nie było sensu wdawać się w walkę. Trzeba było dowiedzieć się, czego zażądają w zamian za wypuszczenie Mychy. Czy w ogóle są skłonni do jej uwolnienia i za jaką cenę.
Chang prowadził pozostałą czwórkę przez miasto, nie była to ani krótsza, ani szybsza droga. Dawała jednak jedną przewagę nad trasą, jaką mogliby się tam dostać znacznie szybciej. Idąc obwodnicą miasta przez tereny przemysłowe, wchodziliby z lasu wprost na betonowy mur. Od strony centrum stopniowo wkraczało się w kolejne, coraz głębiej osadzone, zabudowania infrastruktury kopalniano-magazynowe, sukcesywnie zagłębiało się w tereny niegdyś ekspansywnie rozrastającej się kopalni i otaczających ją warsztatów, magazynów i zakładów przemysłowych. Weszli do jednego z kilku opuszczonych warsztatów, a następnie przeszli na dach jednego z biurowców. Chowając się za wystającymi kominami wentylacji, zaczęli obserwować z bezpiecznej odległości to, co chciał im pokazać ich przewodnik.
- To tam! - Wskazał wyciągniętą przed siebie ręką Chang. - Widziałem, jak wjeżdżali na swoich motocyklach za tamtą bramę. Nie wiem, jak wygląda to teraz, ale kiedyś, był tam duży plac z betonowych płyt, gdzie leżały jakieś stalowe konstrukcje, podpory górnicze i takie tam. Po lewej i prawej stronie były hale remontowe i produkcyjne. O! A ten budynek, malowany w te biało-niebieskie pasy, to były biura, łaźnie i szatnie. Kilka razy nas pogonili, jak łaziliśmy im po podestach za oknami, z drugiej strony budynku, kiedy się przebierali. Ostatnio jak tu bywałem, już po tej całej hecy z prądem, zauważyłem, że ogradzali kolejne budynki tymi blachami trapezowymi. No i teraz jest tak, jak widzicie.
Hugin przyglądał się przez lornetkę, kilku ogrodzonym budynkom wewnątrz wykrojonego blaszanym płotem terenu. Na dachach najwyższych budynków stali lub siedzieli strażnicy z długą bronią myśliwską, wyposażoną w celowniki optyczne. Dwóch siedziało niczym na wakacjach, na rozkładanych fotelach plażowych pod kolorowymi parasolkami, lecz ci na skraju doglądanego obszaru mieli zbudowane z palet i różnych kawałków metalowych blach i płyt konstrukcje przypominające do złudzenia wieżyczki na narożnikach murów więzienia. Kita zaczął mówić szeptem do Hugina, ale sam zorientował się z bezsensu swojego zachowania, od razu zmieniając ton głosu na normalny.
- Naliczyłem... naliczyłem ośmiu na dachach, czterech na kładce nad bramą. W oknach kręci się też kilka osób, po prawej pod ceglaną ścianą stoi sześć motocykli. A ty, masz coś?
- W biurowcu na pierwszy piętrze kręcą się jakieś dziewczyny. Widać je w kilku oknach. Widzisz? - spytał Kitę, który ustawiał już swój monokular we wskazanym kierunku.
- Na drugim piętrze widać samych młodych chłopaków, wszyscy mają takie same ciuchy, robolki podobne do tych z elektrowni - dodał Hugin.
- TAK! Widzę. Racja. Na dole dziewczyny, u góry chłopcy, ale gdzie w takim razie są bandziory? - zagadnął rudzielec.
- Jak to, gdzie? Sam przed chwilą ich tylu naliczyłeś. Mało ci jeszcze? - żachnął się Zefir.
- Nie powiedziałem, że to mało, tylko zastanawiam się, gdzie jest reszta, kretynie. Tych paru na dachu zmienia się pewnie co kilka godzin, prawdopodobnie co cztery, a więc musi ich być co najmniej trzy lub cztery razy więcej. A skoro w środku jest jeszcze sporo dzieciaków, to zakładam, że ta gromadka liczy na luzaku setkę, albo nawet więcej - dodał Kita, patrząc spokojnym i pewnym wzrokiem po reszcie.
Nagle Hugin zesztywniał z lornetką przystawioną do oczu. Zaklął pod nosem, po czym usiadł, opierając się o komin.
- Już wiem, czemu porwali Mychę. Karma wraca i nie ważne, czy jesteś zły, czy stoisz po właściwej stronie.
Zabrzmiało to, co najmniej tak samo złowieszczo, co filozoficznie. Hexa położyła mu dłoń na odsłoniętym przedramieniu. w oczach złość mieszała się jej ze smutkiem i niewypowiedzianym pytaniem. W końcu odezwała się do niego, stawiając nurtujące wszystkich pytanie:
- O czym ty mówisz? Dlaczego ją porwali? I co karma, ma wspólnego z tobą i Mychą?
Wszyscy wbijali w niego wzrok, a on rozpoczął opowiadać im swoją wersję historii jego znajomości z Krzyśkiem. Kilka minut później po przedstawieniu początku ich znajomości przeszedł do meritum.
- Ten chłopak miał wtedy ze dwadzieścia dwa lata. Imprezowicz i lekkoduch, co nie przeszkadzało mi do czasu, dopóki nie przenosił tego na grunt zawodowy. To, co robił w czasie wolnym od pracy, nie miało prawa mnie obchodzić, ale i tak nie podobało mi się, kiedy na imprezie dorzucał dziewczynom do drinków jakieś proszki. Bawili się później setnie, a ja nie widziałem nikogo, kto zachowywałby się po jego specjałach jak bezwłasnowolne zombie. Nie podobało mi się to, ale nie ingerowałem tak długo, jak tylko uznawałem, że wszyscy biorą dobrowolnie. Pierwszy raz zauważyłem, że dosypał czegoś do szklanki takiej jednej Dagmary. Ona nie wiedziała o tym i prawie to wypiła, na szczęście udało mi się popchnąć niby to przypadkiem inną dziewczynę, a ta wytrąciła szklankę z rąk niedoszłej ofiary Krzyśka. Wziąłem go wtedy na bok i powiedziałem mu, że mam go na oku. Dodałem też, że jeśli jakakolwiek dziewczyna padnie podczas tej imprezy łupem któregokolwiek z chłopaków po tych jego trefnych proszkach, to ja doniosę o wszystkim na prokuraturę. Zarzekał się, że on ma tylko rozweselacze i imprezowe boostery, jak to określił, ale kiedy drink Dagmary lądował na podłodze, przysiągłbym, że spojrzał na mnie ze wściekłością, tak samo na tę drugą niezdarną dziewczynę, a potem przepraszająco na chłopaka z innego teamu. Tamten odszedł niepocieszony, a później widziałem, jak na boku rozmawiał, a nawet kłócił się z Krzyśkiem. Weekendowa impreza integracyjna zakończyła się dla wielu ciężkim powrotem do rzeczywistości w poniedziałek. Część osób odpuściło ostre balowanie w niedzielę, ale ci o słabszych głowach albo braku wyobraźni folgujący sobie aż do samego końca, w poniedziałek w biurze umierali, zarówno fizycznie, jak i mentalnie. Zauważyłem wtedy, jak podchodzą do niego, radosnego i świeżutkiego jak skowronek, a on ich "ratował" jakimiś tabletkami. Kilkoro wcisnęło mu coś do kieszeni, a on wycisnął po jednej pigułce z blistra wprost na dłonie. Innym dawał, jak twierdził "aspirynę", tylko od kiedy to aspiryna pakowana jest woreczki strunowe? - Hugin uniósł znacząco brwi i obejrzał się przez ramię, wychylając się za krawędź komina.
Kciukiem wskazał na plac i budynki chwilę temu obserwowane przez powiększające obraz szkła.
- Tamten człowiek na dachu... ten pod czerwono białym parasolem plażowym. To on. Za posiadanie i handel dostał sześć lat. Z tego co widzę, więzienie mu posłużyło. Zapuścił włosy, wypracował sylwetkę na sztandze, a do tego ma więcej tatuaży, ale jestem pewien, że to on.
Hexa znała tę historię, ponieważ przeżywała tamten koszmar wraz z Huginem. Sama nie zeznawała w sprawie, ale była na każdej rozprawie z uczestnictwem Dawida. Zefir już miał zamiar jak zawsze rozładować tę napiętą atmosferę w swój niewybredny sposób, ale ugryzł się w język, miarkując na zaistniałą sytuację. Hugin nigdy wcześniej nie zachowywał się tak jak teraz. Nigdy nie widział go tak przerażonego. Dlatego odpuścił. Kita nadal obserwował przez swój monokular obóz motocyklistów. Zaglądał kolejno w okna i wszelkie możliwe zakamarki, jakie udało mu się dostrzec, nie mylił się co do ilości osób. Nie mylił się jeśli chodziło minimalną liczbę mieszkańców, ale z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, iż liczba ta może sięgnąć dwustu. Chang odszedł na czworaka za załom dachu. Stanął wyprostowany i zaklął siarczyście, nie podnosząc jednak głosu. Pozostali dołączyli do niego, obserwując nerwowe ruchy chłopaka.
- Muszę tam pójść. Dowiem się, czego ode mnie oczekują, bo domyślam się, że zniknięcie Mychy i obecność Krzyśka tutaj, to nie zwyczajny zbieg okoliczności - oznajmił Hugin.
- Idę z tobą! - Chang doskoczył do niego. - Muszę iść! To przeze mnie Mycha zniknęła, to moja wina.
Hexa spojrzała pytająco na Hugina, on również nie do końca rozumiał słowa Changa.
- O co ci chodzi, Maciek? O czym ty mówisz? - Hexa podeszła do chłopaka, chwyciła go za ramiona i przysunęła swoją twarz zaledwie kilka centymetrów do jego twarzy.
- Mów! - wykrzyczała łamiącym się od emocji głosem.
Chang zaczął bardzo cicho, próbując przepchnąć gulę rosnącą mu w gardle:
- Ona uciekła nad jezioro przeze mnie. Wieczorem rozmawialiśmy i... chyba trochę... - Zaczął się zawieszać, szukając odpowiednich słów.
- I co jej zrobiłeś!? - wykrzykiwała Dorota i lekko potrząsała nim, trzymając go mocno.
- Nic! Nic jej nie zrobiłem! Pocałowałem ją! I chciałem, próbowałem jej powiedzieć, że... że ją kocham! - Tym razem to Chang prawie wykrzyczał, prosto w twarz Doroty skrywane przed wszystkimi uczucie do Mychy. Zefir stał z rozdziawioną gębą, gdyby nie dach, na którym stali szczęka opadłaby mu zapewne do samej ziemi. Kita zmarszczył czoło, unosząc brwi niemal do linii włosów, obserwował z boku rozwój zdarzeń, gładząc się dłonią po potylicy. Hugin podszedł do nadal ściskającej ramiona chłopaka Hexy. Zobaczył, że knykcie palców wbijanych przez Dorotę w jego ciało zbielały od siły nacisku. Chang nawet się nie skrzywił, chociaż na pewno jutro w tych miejscach będzie miał krwawe podbiegnięcia, a kolejnego dnia siniaki. Dawid uwolnił z miażdżącego uchwytu Changa, odciągnął Dorotę na bok, obejmując ją i tuląc do siebie. Łzy popłynęły jej samoistnie, nie potrafiła nad nimi zapanować. Mięśnie podobnie jak łzy wyrwały się spod jej kontroli i drżały wyczuwalnie, pod wpływem skrajnych i sprzecznych emocji.
ROZDZIAŁ XXII
Hugin z Changiem kroczyli środkiem ulicy prowadzącej wprost pod bramę obozowiska. Szli spokojnie, trzymając ręce na widoku tak, żeby już z daleka strażnicy w wieżyczkach nad bramą mieli doskonały widok na nadchodzących. Dwóch z uzbrojonych mężczyzn wzięło ich na cel, pozwalając się zbliżyć na zaledwie kilka metrów do ogrodzenia. Zatrzymali się na wyraźne polecenie z uniesionymi do góry rękami. Jedna część dwuskrzydłowej bramy została uchylona i na zewnątrz wyszła szóstka ludzi - piątka mężczyzn i jedna kobieta, która znacząco odstawała strojem od pozostałych. Huginowi zaświtała myśl, że dziewczyna wygląda jak tandetna dziwka z amerykańskich filmów końca ubiegłego wieku. Za to czterech z idących w ich stronę mężczyzn to typowi motocyklowi gangsterzy z tej samej bazy postaci do porównań. Nieśli wycelowane w Hugina i Changa karabiny z charakterystycznymi drewnianymi elementami. Szóstą osobą był młody chłopak, młodszy o kilka lat od najmłodszej z nich Mychy. Zamiast broni niósł w rękach kilka opasek samozaciskowych, jakieś kawałki liny i poskładane płótno. Podeszli bez ani jednego słowa do stojących przed bramą przybyszy, ciągle trzymając ich na muszce. Kobieta skinęła głową na chłopaka, a ten bez słowa podszedł i skrępował ręce wykręcając je na plecy najpierw Changowi, następnie Huginowi. Nie protestowali, nie pytali o nic. Byli przygotowani na każdy możliwy scenariusz, chociaż Dawid od razu po zobaczeniu wśród tych ludzi Krzyśka, założył, że tak naprawdę to o niego im chodziło.
Potem z kawałków lin i tych samych opasek chłopak zmajstrował naprędce kajdany ograniczające możliwość biegu. Nie umknęło uwadze Hugina, że miał wprawę, jak gdyby nie robił tego po raz pierwszy, musiał powtarzać ten schemat już wielokrotnie. Kobieta ponownie skinęła głową, a małolat zniknął za plecami więźniów.
Dwóch uzbrojonych mężczyzn opuściło, a następnie przewiesiło karabiny tak, że zawisły im teraz na plecach, chwycili pod ramię po jednym więźniu, stając niczym eskorta, każdy po swojej stronie prowadząc jednego. Pozostali dwaj ustawili się nieco z tyłu, za czwórką stojących rzędem przygotowanych do drogi mężczyzn. Nagle na głowie Hugina wylądował płócienny worek, po chwili taki sam zasłonił widok Changowi.
- Co jest? - zdążył powiedzieć starszy z pojmanych, zanim usłyszeli krótką komendę dobiegającą zza ich pleców, jak się domyślili z ust najmłodszego z konwojentów.
- Cisza! Ruszajcie. - Po kilku krokach do ich uszu dotarła jeszcze jedna informacja, równie lakoniczna, jak sam rozkaz: - To dla waszego dobra.
ROZDZIAŁ XXIV
Głowy zebranych jak na rozkaz odwróciły się w kierunku młodego blondyna z nastroszoną fryzurą, który wyrwał się w kierunku wprowadzanej do sali dziewczyny. Zatrzymały go jednakowo gniewne spojrzenia stojących wokół, jak i silny uchwyt zaciśniętej na jego ramieniu dłoni Hugina.
- Puszczaj, te bydlaki mają Mychę! - Zefir szarpnął ręką, próbując się uwolnić.
- Odpuść - uspokajał go przyjaciel. - Wszystko już ustalone, nie zepsuj tego.
Chłopak nie słuchał jednak starszego kolegi i nadal próbował wyrwać się z jego uchwytu. W końcu tego dokonał, natychmiast ruszając w kierunku różowowłosej przyjaciółki. Zdołał zrobić kilka kroków, zanim jeden ze stojących murem tubylców, trafił go ponownie w głowę kolbą trzymanego w pogotowiu karabinu. Zanim upadł, Zefir zarejestrował tę samą parszywą gębę zbira, od którego już wcześniej zaliczył podobny cios.
Sebastian powstrzymał swojego człowieka gestem ręki, bo tamten ruszał już w kierunku leżącego na plecach chłopaka, celując do niego z karabinu przyłożonego do ramienia.
Dziewczyna prowadząca Paulinę kroczyła pewnie przez rozstępujący się przed nią tłum zgromadzonych. Mycha szła spokojnie za nią. Nie wyrwała do przodu na widok tego, jak został potraktowany jej przyjaciel, zdawała sobie sprawę, że nieodpowiednim zachowaniem może bardziej zaszkodzić niż pomóc.
Sebastian podziękował strażniczce, a ostatniej z szóstki przyjaciół wskazał, aby dołączyła do reszty.
Dopiero teraz dziewczyna podeszła, a wręcz przebiegła tych kilka dzielących ją od Zefira kroków i pochyliła się nad nim. Na czole chłopaka widniały teraz już dwie rany od kolby karabinu, a chusteczka od Sebastiana faktycznie ponownie się przydała.
Mycha przykucnęła przy nim, pomagając mu wstać. Zefir lekko się zataczając, odsunął ją za swoje plecy, stanął murem między nią, a Sebastianem.
- Nie tkniesz jej gnoju, chyba że po moim trupie - rzucił gniewnie do zbliżającego się w jego stronę przywódcy obozu.
- Nie gorączkuj się, młody. Twoi przyjaciele są wolni. Tak samo jak i ty. - Sebastian podszedł i poklepał chłopaka po ramieniu, a następnie patrząc na Mychę, odezwał się ponownie, spoglądając w kierunku Hugina.
- Jesteśmy dogadani Dawidzie? Wszystko, o czym mówiliśmy nadal aktual...
Sebastian urwał nagle, gdy Zefir przytknął do jego szyi spory kawałek szkła. Hugin potrząsnął głową, aby odłożył ostrze, lecz było już za późno. Kilkanaście luf karabinów natychmiast zostało skierowanych w stronę Zefira i jego zakładnika. Sebastian uniósł dłoń by powstrzymać swoich ludzi, tymczasem obejmujący go od tyłu zdesperowany chłopak wysyczał mu do ucha:
- Powiedziałem ci, po moim trupie. Wypuść ich natychmiast albo zdychaj tu ze mną. Siostra Sebastiana ruszyła w stronę dwóch splecionych w śmiertelnym klinczu mężczyzn. Hugin uspokajał chłopaka, tłumacząc, że wszystko już ustalone i ma nie robić głupstw. Zefir zdezorientowany rozglądał się dookoła na opuszczających broń ludzi Sebastiana. Milcząca kobieta położyła swoją dłoń na barku młodszego z mężczyzn, który wzdrygnął się i drasnął szkłem skórę swojego zakładnika. Wystraszył się, zobaczywszy pojawiającą się krew, a z nią prawdopodobnie zaprzepaszczone szanse na uwolnienie siebie i swoich przyjaciół. Po czole Hugina spłynęła pojedyncza kropla potu, bo zdawało się, że uzyskane porozumienie właśnie straciło swoją ważność. Na podłogę upadło splamione kilkoma kroplami krwi, upuszczone przez Zefira szklane ostrze.
ROZDZIAŁ XXVI
Hugin pchnął Mychę potem Changa, kierując ich w przeciwną stronę niż leżące na ziemi martwe ciało ich przyjaciela.
- Ruszajcie! Jemu już nie pomożemy. Musimy wracać, dokończyć... - Głos miał stanowczy, starał się nad nim panować, lecz nie mógł ukryć jego drżenia w każdym z wypowiadanych słów.
- No już! Ruszać się! - warknął przez zaciśnięte zęby na ociągającą się czwórkę.
Dorota i Paulina miały przekrwione, pełne łez oczy. Chang pociągał nosem, ocierając twarz rękawem bluzy. Kita płonął. Jego piegowata skóra była teraz czerwieńsza od barwy jego włosów. Oczy szkliły się, ale nie uronił jeszcze ani jednej łzy.
Ponaglani przez Hugina przeszli z szybkiego marszu w trucht. W ciszy, bez słowa przemierzali kolejne metry, przy jednostajnym, równym rytmie uderzających o ziemię podeszw ich butów.
Zwolnili dopiero wtedy, gdy skręcili w las około dwóch kilometrów dalej. Biegnący na szpicy Kita początkowo zrównał krok do marszu, a potem zatrzymał się całkowicie. Nikt nie pytał, co się stało. Rudy chłopak z równie czerwonymi jak twarz i włosy oczami odwrócił się i szeroko rozłożył swoje ramiona. Hexa i Mycha podeszły i wtuliły się w jego tors, Chang próbował objąć całą trójkę, jednak zanim zdołał to zrobić, dołączył do nich Hugin.
Opuszczone głowy i cichy szloch Mychy zgniatanej gdzieś głęboko w środku piątki złączonych uściskiem osób spowodował, że tamy puściły. Ryk i skowyt, jakie wyrwały się z gardła Kity, zabrzmiały nieludzko. Bardziej niż człowieka przypominały zew zranionego śmiertelnie zwierzęcia, walczącego ostatkiem sił o życie.
Chwila trwała, przemijała i niknęła w bezkresie czasu, a po niej pozostał ból.
- Chodźmy, mamy sprawę do dokończenia - odezwał się w końcu Hugin.
- To bez sensu - skwitował Chang. - Jak mamy niby dokończyć cokolwiek bez Mikołaja? - dodał.
Nagle chyba wszyscy zaczęli używać imienia zabitego chłopaka, zamiast zwyczajowej ksywki. Zdawało się im, że w ten sposób oddadzą należyty szacunek przyjacielowi.
Rozpletli supeł związany z ich rąk, a tylko Hexa nadal obejmowała Hugina w pasie, jak gdyby jego fizyczna bliskość dawała jej nie tylko realne, ale również mentalne wsparcie.
- Musimy wywieźć z elektrowni ten cholerny reaktor. Inaczej śmierć Mikołaja pójdzie na marne - zaczął Hugin, ruszając wolnym krokiem w dalszą drogę.
Nadal podtrzymywał lekko chwiejącą się na nogach Hexę. Okazało się, że nie była tak twarda, jak zawsze mu się zdawało. Ona też podlegała prawom ludzkiej natury, a tym razem jej, zdawałoby się, niezłomna psychika, dostała dotkliwy cios i została mocno naruszona. Nie było dyskusji co do tego, że już na zawsze zostanie na niej wyraźna rysa.
Karol ucieszył się na ich widok, przywitał z radosną miną, zmierzając w stronę grupy dziarskim sprężystym krokiem.
Zanim podszedł na tyle blisko, aby móc podać rękę na powitanie Huginowi, mina mu zrzedła.
- Co się stało? - zapytał, widząc ponure oblicza i zapuchnięte od płaczu oczy.
Rozejrzał się z niepokojem, zbity z tropu dostrzegł jednak różową czuprynę niewysokiej osóbki wyłaniającą się zza szerokich pleców rudzielca.
- Hej! Nieźle nas wystraszyłaś Mała! -Pokiwał ręką z odległości do Mychy.
- Co się stało? Co wy wszyscy macie takie miny? Z pogrzebu wracacie? Przecież zguba się znalazła! - dodał, siląc się na blady, niepewny uśmiech.
Pochwycił dłoń Hugina w swoją, którą trzymał nieprzerwanie wyciągniętą w stronę zbliżającego trzydziestolatka. Hexa szła tuż za nim z opuszczoną głową. Hugin tymczasem minął go bez słowa, a za nim Hexa. Dopiero Chang podszedł do naukowca, podał mu rękę i chwytając drugą dłonią za łokieć trzymanego na powitanie ramienia, odezwał się matowym głosem:
- Zefir nie żyje.
Karol spojrzał w twarz chłopaka, a potem przebiegł wzrokiem po pozostałych. Mycha właśnie mijała go, idąc za jego plecami. Kita zbliżał się, idąc trzy kroki za nią. Hugin i Hexa wchodzili na schody. Faktycznie, dopiero w tym momencie spostrzegł, że brakowało Zefira. Chang nadal ściskał dłoń mężczyzny, który zrozumiał swój niefortunny żart z pogrzebem.
- Zabił go. Wbił mu nóż w plecy! Zamordował Mikołaja, żebyśmy wiedzieli... żeby pokazać nam, że to on tu rządzi! - Głos chłopaka ugiął się lekko, ale tylko raz. Natychmiast wrócił, a nawet przybrał na sile i pewności
- Kutas za to zapłaci - wycedził Chang powstrzymując się od zaciśnięcia mocniej zębów.
Kilka minut później siedzieli przy stole w salce nad główną halą. Kubki z gorącą kawą parzyły ich palce, którymi obejmowali lub obracali ceramiczne naczynia.
Zdążyli streścić Karolowi przebieg całego zajścia i okoliczności śmierci przyjaciela. Konstruktor reaktora ukrył twarz w dłoniach, nie mogąc objąć umysłem tego, co właśnie usłyszał. Otrząsnął się, mamrocząc pod nosem stek przekleństw, jednocześnie powstrzymując się od puszczenia tej wiązanki na głos.
- Co dalej robimy? - zapytał, opanowując z wolna opadające emocje.
- My... żyjemy dalej - smutnym, ale stanowczym tonem odpowiedział mu Hugin.
- Musimy zrzucić główny balast, zanim zaczniemy zastanawiać się co dalej. Dasz radę bez Zefira? - Ponowne nazwanie zabitego przyjaciela jego zwykłym mianem, zakończyło zewnętrzną żałobę Hugina. Musiał ostudzić serce, by głowa mogła rozsądnie pracować. Na smutek, żal i wspomnienia, będzie miał jeszcze czas... na starość.
- Wszystko jest przygotowane - powiedział Karol. - Mieliśmy z Zefirem szykować butle z azotem do przewiezienia w miejsce przystanków. No, ale sam wiesz. Mycha zniknęła i trochę się zmieniły priorytety. Teraz, jeśli zdecydujecie się mimo wszystko działać, to potrzebujemy jednego dnia na przygotowanie tych przystanków, a następnego dnia możemy ruszyć z transportem. Dodatkowo znalazłem jeszcze jedną opcję. - Profesor uniósł brwi, podkreślając rangę swojego odkrycia.
- W tej kopalni, do której chcemy wywieźć to draństwo, na poziomie spacerowym jest pochylnia. Zjeżdża jeszcze dwadzieścia pięć metrów niżej.
- No szał! Co to jest te dwadzieścia pięć metrów? - przerwał mu kąśliwie Kita.
- Pozwól mi dokończyć - odparł atak zniecierpliwionego chłopaka.
- Trasa wycieczkowa prowadzi na dwóch poziomach, ale kopalnia ma, albo raczej miała więcej chodników. Jeden z nich prowadzi do szybu odwadniającego kopalnię, a jednocześnie będącego częścią instalacji wentylacyjnej. Ten szyb ma według planów dostarczonych przez Changa ponad siedemset metrów głębokości. Jest zaznaczony na mapce turystycznej, ale znajduje się w odgrodzonej strefie. Myślę, że jeżeli uda nam się przetransportować to dziadostwo tak daleko, to kilkadziesiąt dodatkowych metrów nie powinno nastręczać większych problemów.
Mycha siedziała na stalowej kładce pod sufitem wysoko nad podłogą głównej hali z nogami luźno zwisającymi za barierką. Patrzyła na ostatnie pomarańczowo czerwone promienie przebijające się tuż nad koronami drzew i wpadające przez olbrzymie tafle szkła do środka bloku energetycznego numer dwa.
Czuła wibracje stalowej konstrukcji powodowane krokami zbliżającej się do niej osoby, ale nie była nawet odrobinę ciekawa, kim ona jest.
Ukradkowe spojrzenie puściła dopiero gdy druga para nóg zawisła bezwładnie obok jej własnych
- Jak się trzymasz? - Usłyszała ciche pytanie.
- Jakoś... Chyba dobrze, chociaż nie najlepiej - odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Rozumiem.
- Chyba jednak nie! Zefir zginął przeze mnie - westchnęła przeciągle.
- Przez ciebie?! A niby jak?
- Chang przyszedł i... - Zawahała się przez moment, szukając odpowiednich słów, ostatecznie wybrała te najprostsze: - ...wyznał mi miłość. Pocałował mnie, a ja stchórzyłam i uciekłam. Schowałam się, a rano ponownie uciekłam jeszcze dalej. Gdybym nie wyszła wtedy, nic by się nie stało. Nie porwaliby mnie, wy nie musielibyście mnie ratować, a Zefir nie podpadłby temu gnojowi. On by teraz żył! ROZUMIESZ?! HUGIN! ON BY ŻYŁ! - Rozpłakała się, wykrzykując ostatnie słowa wtulona w klatkę piersiową mężczyzny siedzącego obok.
Jej filigranowa sylwetka niknęła w barczystej posturze. Hugin tulił ją mocno, pozwalając jej zrzucić z siebie całe napięcie i stres. Łzy oczyszczały.
Położył jej na czubku głowy policzek i zaczął delikatnie, rytmicznie poruszać się z nią, jak robią to rodzice by ukołysać płaczące dziecko.
Mycha ciężko łapała spazmatyczne oddechy, płacząc i mocząc koszulkę Dawida, uspokajała się stopniowo. Uwalniała się od koszmaru ostatnich wydarzeń, jednocześnie chłonąc bliskość i zapach mężczyzny, którego darzyła najszczerszym uczuciem. Śmierć Zefira pozwoliła jej znaleźć się w objęciach ukochanego. To był pierwszy raz w taki sposób. Uniosła zapłakaną twarz i pocałowała mężczyznę.
Jej wargi dotknęły ledwie fragmentu porośniętego brodą policzka, ale było to najwięcej, na co mogła sobie pozwolić. Najwięcej, o czym mogła marzyć i na co mogła liczyć w tej sytuacji.
Wyznanie komuś uczucia w tak specyficznym układzie jak ich heksagon już raz zakończyło się śmiercią, a ona nie chciała kolejnych komplikacji.
ROZDZIAŁ XXVIII
Pierwsze kroki na schodach były odrobinę nieporadne. Nieskoordynowane ruchy, brak wcześniejszych ćwiczeń oraz różnica wzrostu i siły fizycznej, wyraźnie dawały się we znaki.
Po wejściu do budynku i przejechaniu wózkiem aż pod same schody pierwszym stresem okazało się przejście przez drzwi oddzielające hol od zejścia do kopalni. Co prawda były dwuskrzydłowe, ale asymetryczne i niewiele brakowało, żeby nie zmieścili się w nich ze swoim ładunkiem. Prawa część otwierała się na ponad osiemdziesiąt centymetrów, ale lewa zaledwie na trzydzieści pięć. I tylko dzięki tym kilku dodatkowym centymetrom z prawej strony nie musieli kombinować. Paleta, na której ustawiony był kosz z plastikowym zbiornikiem, przeszła na grubość lakieru. Z samego kosza zrzucili na ten czas kołdry i śpiwory, które wróciły na swoje miejsce zaraz za progiem, tuż po uzupełnieniu zbiornika do pełna ostatnią porcją skroplonego azotu.
Sześć aluminiowych rur wyciętych z jakiejś instalacji wewnątrz elektrowni służyło im za nosidła, a za szybki i sprawny ich montaż również odpowiedzialny był Zefir. Zapasowe śruby i motylki znajdowały się obok otworów, w które musieli wsunąć i dokręcić te sześć uchwytów ciężkiej lektyki.
Hugin i Hexa jako najwyżsi szli z przodu. W środkowej części Kita i Karol, pochód zamykali i nieśli swoją część ciężaru Mycha z Changiem. Ta ostatnia para wymieniła jedynie niezręczne spojrzenia, nie odzywając się do siebie ani słowem od momentu wyjścia z elektrowni.
Dawny szyb transportowy został przebudowany na klatkę schodową. Do każdej ze ścian kwadratowego przekroju ogromnej dziury w ziemi zamontowane były stopnie, w środku pozostawał zabezpieczony kratą komin aż na samo dno. Zarówno z góry, jak i z dołu podświetlony lampami kanałowymi robił na zwiedzających ogromne wrażenie. Teraz jawił się przed szóstką schodzącą na jego dno z ciężkim nieporęcznym pakunkiem jako niezbadana czarna otchłań. Co dziesięć stopni w rogu szybu znajdowała się kwadratowa platforma, na której zakręcali. Wyżsi musieli jednocześnie opuszczać swoją stronę, a niżsi wzrostem zmuszeni byli swoją stronę odrobinę unosić. Z początku szło im średnio, lecz nabierali wprawy, mijając kolejne płaskie fragmenty schodów.
W końcu stukot ich butów nie tylko na schodach, ale również na kwadratowej powierzchni niewielkich platform stawał się równy, nieprzerwany i miarowy. Ruchy były skoordynowane i płynne, a mimo narastającego bólu w dłoniach i kręgosłupach, cały pochód zaczynał nabierać tempa. Światło latarek czołowych rozpraszało otaczającą ich ciemność na zaledwie kilka metrów w przód, a jeszcze mniej na boki. Nie spoglądali w komin szybu, żeby bezsensownie nie tracić wypracowanego rytmu.
Brona potraktował kamieniem niewielką klejoną szybę w drzwiach wejściowych pod napisem "Muzeum Techniki Górnictwa". Stłuczone szkło wepchnął do wnętrza nogą, po czym włożył do środka rękę i spomiędzy klamek wyjął kawał solidnej dechy blokujący wejście. Krzysiek pchnął drzwi, żeby cała czwórka weszła do środka. Idąc za śladami kółek wózka, bez trudu dotarli do miejsca, gdzie ów wózek stał teraz pusty. Zabrali skrzynię z sobą.
- Zgaś latarkę - nakazał osiłkowi stojącemu za nim po lewej. - I teraz cicho, nie wiadomo jak głęboko udało im się zejść - dodał do swoich ludzi, podchodząc do okratowanej krawędzi przepaści.
Kilkadziesiąt metrów poniżej majaczyły chybotliwe światła latarek czołowych i dwóch zaczepionych na konstrukcji termosu. W tym miejscu barierka ograniczała dostęp do głębokiego wykopu, lecz można było zajrzeć przez rozciągniętą na poziomie podłogi stalową siatkę aż na samo dno szybu. Mrok głębi i brak punku odniesienia nie pomagały w określeniu, jak daleko udało się dotrzeć grupie usiłującej ukryć swój, zapewne, cenny ładunek.
Zniżonym głosem Wiking nakazał wycofanie się do poprzedniej sali. Osiłek włączył latarkę, ale przydusił strumień światła, zasłaniając go palcami.
- Nie możemy iść za nimi. Latarki zdradzą nas od razu, a do tego będzie słychać nasze kroki - powiedział Krzysiek, stając twarzą w kierunku pozostałych. - Macie jakieś pomysły?
- Mogemy zakleić te taszen lampy, co by ino trocha świeciły, a jak pojdemy powoli to i nie bedemy tak fest klupać szczewikami o zol.
- A po naszemu? - zapytał Brona.
- Co do latarek - dobry pomysł. W koszu motocykla powinna być srebrna taśma. Zakleimy nią szkło, żeby dawały jedynie odrobinę światła, może nas nie zobaczą. - Szef grupy klepnął Ślązaka w ramię. - ...ale co do butów to wolałbym nie ryzykować, a w skarpetkach po tych schodach nie będziemy śmigać.
- A jakby obwiązać buty jakimiś szmatami? - zapytał milczący do teraz czwarty mężczyzna. - Skoro mamy taśmę, to możemy przykleić do podeszw jakieś kawałki koca albo... o tam wiszą koszulki w sklepiku.
Brona został wysłany po taśmę i dodatkowe baterie do latarek, które powinien znaleźć w schowkach motocykli. Trzej pozostali rozdzielili się, dwóch poszło szukać czegoś nadającego się do wytłumienia podeszw, a jeden obserwował coraz bardziej oddalające się od powierzchni światła, krążące kwadratową spiralą po wnętrzu szybu.
Wędrówka po zapasy i z powrotem zajęła najmłodszemu z motocyklistów trochę ponad kwadrans. Nie spieszył się, bo nie było takiej potrzeby, a jednocześnie oszczędzał siły na czekający go spacer w głąb ziemi.
- Mam taśmę! - powiedział radośnie, unosząc jednocześnie rolkę na wysokość twarzy - ...ale mam i to! - Uśmiechnął się, prezentując w drugiej ręce czteropak piwa w puszkach.
- O żesz ty pieronie! - odezwał się mężczyzna nazywany Małym, który idąc w ich stronę, już od progu oświetlał Bronka latarką. - Co żeś ty na jakiś szynk po drodze napod?
- Nie, w plecaku miałem. Zajumałem od Seby.
Krzysiek wykrzywił kącik ust w lekkim uśmiechu, po czym przejął od chłopaka napoje. Wyjął jedną puszkę i przekazał resztę następnemu. Tymczasem Mały wymienił się latarkami z Bronowskim, ponieważ ten już w drodze powrotnej okleił przód jednej z dodatkowych zabranych z motocykla wedle wcześniejszych wskazówek.
- Nada się? - zapytał chłopak, kiedy Mały świecił pod nogi wąską strugą mocno przytłumionego światła.
- Będzie idealnie! - odezwał się Krzysztof, zadowolony z uzyskanego efektu. - Daj taśmę, sprawdzimy teraz patent z butami. A ty się napij, bo zasłużyłeś. - Podali mu ostatnią puszkę w folii.
Znalezione kilka prostokątnych mopów i ściereczek ze schowka sprzątaczek umocowali do swoich butów tak, że faktycznie nie było słychać ich stukotu na betonowej powierzchni. Krzysztof rzucił okiem w głąb szybu, światło oddaliło się o kolejne metry.
- Ruszamy za jakieś dziesięć minut. Mają sporą przewagę, ale taszczą to cholerstwo, więc powinniśmy ich dogonić, zanim zejdą na sam dół. UWAGA! Jeśli zbliżymy się na zbyt małą odległość, a nadal będzie sporo do dna, to siadamy na schodach w ciszy, bez gadania i czekamy. Nie możemy ich dopaść na schodach. bo nie będzie miejsca do działania.
Echo odbijające się od ścian, powielało dźwięk kroków pochodu niosących reaktor. Przystanęli na chwilę odpoczynku, a Karol zajrzał pod wieko termosu. Temperatura im sprzyjała, a panujący dokoła nich chłód zdążył się ustabilizować. Niestety prawa fizyki były nieubłagane, gaz parował bez ustanku i górna krawędź polimerowego walca powoli wyłaniała się spod chyboczącego się lustra cieczy.
- Nie mamy zbyt dużego marginesu błędu. Moje wyliczenia dotyczące ilości azotu są na razie w granicy dopuszczalnej pomyłki, ale musimy się spieszyć, jeśli mamy jeszcze bezpiecznie opuścić kopalnię - aakomunikował, zamykając i ponownie szczelnie owijając niesiony ładunek.
- Możemy ruszać? - Hugin spojrzał na Mychę i Changa, ponieważ to od nich zależało, czy dadzą radę kontynuować podróż po tak krótkiej przerwie.
- A mogę inny zestaw pytań? - Mycha uśmiechnęła się blado, ale bez gadania podniosła się ze schodka, na którym odpoczywała. Wszyscy wymienili baterie w latarkach, mimo że nie było jeszcze takiej potrzeby, ale dlatego, żeby nie musieć robić kolejnej niespodziewanej przerwy.
- Raz. Dwa i ... - Sześcian wypełniony pianką montażową, ciekłym azotem i tym, czego najbardziej chcieli się w tym momencie pozbyć, czyli niewygaszonym rdzeniem reaktora, poszybował w górę unoszony siłą sześciu par rąk.
Chang nie przyznał się nikomu, ale kiedy zdjął rękawice, pęknięte bąble i otarcia krwawiły obficie. Zakrył je i obwiązał chustami. Na nadgarstki założył dwa komino-szaliki, którymi obwiązał teraz swoje uchwyty, dzięki temu nawet jeśli rura wyślizgnie się mu z dłoni, zawiśnie na nadgarstkach.
Hexa, zanim ruszyli, rzuciła jeszcze spojrzeniem na Mychę. Dziewczyna piła wodę z elektrolitami i poprawiała plecak. Ta mała artystka, wojowniczka i uparciucha w jednym, prawie nigdy się nie skarżyła, a na pewno nie robiła tego na forum publicznym.
Kilka pierwszych kroków po przerwie znów było niezsynchronizowanych, ale zaledwie po kilku następnych wpadli w poprzedni rytm. Głośne stukanie butów o żelbetową konstrukcję schodów zagłuszało ciche szmery i oddechy zbliżających się do nich z góry czterech uzbrojonych mężczyzn.
EPILOG
Sebastian obudził się, zrywając się z pościeli na równe nogi. Zasłonięte okno jego sypialni odcinało go od pierwszych łun bladego świtu na horyzoncie.
Jego czoło przyozdabiały kropelki potu, skrzące się w blasku dwóch stojących na półce świec. Oddech miał przyspieszony, nierówny jak po szybkim biegu na długim dystansie.
Rozejrzał się wokoło po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu. Broń oparta o ścianę, butelka z wodą na stoliku obok dwie szklanki. W łóżku przy jego boku spała ta wyszczekana dziewczyna. Miała trochę więcej ciała niż reszta, ale jemu właśnie to podobało się w niej najbardziej... zaraz po tym, że tylko ona była na tyle szczera i odważna, żeby wygarnąć mu za zabicie tamtego chłopaka. Wołali na niego Zefir, ale naprawdę nazywał się Mikołaj. Poświęcił się i udowodnił, że był godnym miana przyjaciela. Nie zasłużył na taki koniec, tym bardziej że był sprytny i mógł im wszystkim pomóc, jak mówiła jej Mycha - ta mała różowowłosa dziewczyna.
Pamiętał zarówno ją, jak i chłopaka. Pamiętał Hugina. Popełnił sporo błędów, podżegany przez tego idiotę, który miał tyle z wikinga, ile kajak z fregaty.
Na szczęście jego ludzie mu ufali, a on zaufał tej gadatliwej dziewusze z nadwagą.
Gośka awansowała w społeczności obozowiska z kuchty, na "kobietę szefa".Nie zmieniła swoich zajęć przy przygotowywaniu posiłków, za bardzo to lubiła, ale zamieniła swoją celę na sypialnię człowieka, który twardą ręką trzymał cały ten bajzel.
Na jadalni wygarnęła mu wszystko, podając mu posiłek do stołu, a kiedy on złapał ją za przedramię w momencie, gdy ona próbowała wymierzyć mu policzek, przyciągnął ją do siebie. Jej oczy lśniły łzami ze złości, bezsilności i żalu za ludźmi, których znała raptem parę chwil. Kazał ją przyprowadzić do siebie, a potem odprawił straż. Wyprosił nawet swoją siostrę, choć ta niemo nalegała.
Rozmawiali długo, a kiedy usłyszał wszystko, co chciała mu powiedzieć, kazał ją odprowadzić do celi. Poszedł tylną klatką schodową i odsunął klapkę w otworze wentylacyjnym. Nieraz już ją tak obserwował. Słuchał jej tyrad na temat porządków w obozie, czasem obserwował jak spała.
Wieczorem zjadł kolację u siebie. Poprosił, żeby to Gośka przyniosła mu posiłek. Miał dość cichej służby i ich zimnych jak stal spojrzeń. Przez chwile zastanawiał się, kiedy zostali sam na sam, czy dziewczyna nie spróbuje użyć sztućców przeciwko niemu? Ona jednak usiadła naprzeciwko niego tak, jak ją poprosił i znów rozmawiali. Przegadali pół nocy, aż wreszcie usnęli wsparci o siebie na kanapie. Rano było nieco niezręcznie, jednak ostatecznie wylądowali ponownie w łóżku, bynajmniej nie po to, żeby dalej spać. Od tamtej pory Gośka nie wróciła do celi.
Seba zastanawiał się, co go tak gwałtownie wybudziło. Nie znalazł jednak odpowiedzi i na powrót ułożył się obok swej obdarzonej rubensowskimi krągłościami wybranki. Wtulił się w nią, ale poczucie niepokoju nie pozwalało mu zamknąć oczu.
Dwanaście godzin od wyjazdu drużyny zwiadowczo-operacyjnej jej dowódca nie dostał zwyczajowego raportu. Zignorował ten fakt, rozkazując jednocześnie, by powiadomiono go natychmiast, kiedy grupa się odezwie albo powróci do jednostki.
Mężczyzna składający mu raport o braku raportu, stał na baczność w czarnym jednoczęściowym uniformie. Wyglądał inaczej pozbawiony bojowego pancerza i ochraniaczy za to z przekrzywionym beretem zamiast hełmu na głowie.
Wysłuchawszy nowych rozkazów, zasalutował i odszedł.
Dowódca rozsiadł się w swoim fotelu, w jego głowie zatliła się myśl, że najwyraźniej operacja przebiegała wolniej niż to zaplanowali. Uspokoił sam siebie tym stwierdzeniem, po czym dodał szeptem pod nosem:
- No chłopaki, pospieszcie się, bo wam śniadanie wystygnie.
Dwie godziny później nadal nie było żadnych wiadomości od grupy.
Ten sam człowiek w czarnym prostym mundurze wszedł do gabinetu dowódcy zaledwie sześć minut później. Stając naprzeciw biurka, przyjął pozycję zasadniczą i powiedział:
- Patrol zgłosił odnalezienie dwóch wozów drużyny operacyjnej.
- W elektrowni?
- Nie. Wozy stoją przed budynkiem muzeum górnictwa.
- Co tam robią?! - Na twarzy dowódcy, rysowało się autentyczne zdziwienie.
- Nie mam pojęcia. Oddział patrolowy odnalazł puste wozy, w środku nie było nikogo.
- Czy to na pewno wozy tamtej grupy?
- Potwierdzam. Oznaczenia wozów się zgadzają.
Dowódca zastanawiał się przez moment, zmieniał i podejmował nowe decyzje. W końcu spojrzał na podwładnego i zapytał:
- Ilu ludzi jest w patrolu?
- Czterech.
- Niech się przesiądą i przyprowadzą z powrotem tamte wozy.
- Tak jest
W centrum miasta zadźwięczały szyby. Kieliszki i szklanki podwieszone nad kontuarami dawno nieczynnych barów i pubów zadzwoniły o siebie. Ludzie mieszkający na terenach górniczych przyzwyczaili się już do tak zwanych "tąpnięć" i wstrząsów na dole w kopalniach. Osuwające się wyrobiska, pracujące podziemne masywy skalne powodowały niejednokrotnie wstrząsy na powierzchni, szkody górnicze i pęknięcia ścian budynków, przez które w starych ceglanych kamienicach zakładano charakterystyczne dla tego regionu plomby.
Marcelego obudził dźwięk tłuczonego szkła. Nie jakiś głośny trzask wybijanego okna czy przeszklonych drzwi, ale cichy brzdęk. Wstał, założył bambosze i wyszedł na korytarz sprawdzić, czy u dzieci wszystko w porządku. Na środku przejścia leżały kawałki szkła z rozbitej ramki na zdjęcia.
Położył latarkę na stoliku i schylił się, żeby podnieść większe odłamki.
- Musiała spaść, kiedy zatrzęsło. Nieźle tąpnęło tym razem. - zamarudził sam do siebie pod nosem, idąc do kuchni.
Po chwili wrócił z szufelką i zmiotką. Odłożył na bok tekturkę ze zdjęciem i zamiótł mniejsze odłamki. Dopiero teraz przyjrzał się fotografii.
Ze zdjęcia uśmiechali się do niego czterej chłopcy stojący obok jego żony na jednym krańcu i dwie dziewczynki stojące obok niego samego, sporo młodszego, o jakieś dwadzieścia lat na drugim skraju, blaknącego powoli kartonika.
Odwrócił zdjęcie i przeczytał dedykację. Napisana i podpisana różnymi bardziej lub mniej koślawymi, mniej lub bardziej wprawnymi charakterami pisma:
"Dla najlepszych opiekunów na świecie Marcela i Zosi:
DAWID, Mikołaj, Daniel, MACIEK, Paulinka, DOROTA.
Obiecujemy, że będziecie z nas dumni!"