Hermańce - Barbara Kosmowska

Reflow text when sidebars are open.
Nosiliśmy wtedy krótkie spodenki, które nie ukrywały wojowniczych blizn na naszych kolanach. Lśniły one w słońcu łukami gojących się strupów i świeżych ran. Matki cierpliwie smarowały je co wieczór piekącymi maściami.
- Znowu polazłeś na hermańskie pustki, zarazo! - irytowały się, bezbłędnie ustalając po śladach berberysowych kolców cel naszych podróży.
- A co ksiądz mówił w niedzielę, łobuzie ty?... - pytały retorycznie. - Czy aby nie to, że sam diabeł w leśniczówce Hermanów pomieszkuje? Że trzymać się trzeba z dala od tego czarta, co w przebraniu jakiegoś pismaka łajdaczy się po lasach?
Nie dyskutowaliśmy z matkami, ale jaki tam z niego ksiądz? Owszem, gdyby tak twierdził nasz umarły niedawno proboszcz Maczek, to co innego. Ale ten jego następca, ani młody, ani stary, jeszcze nas do siebie nie przekonał. Zresztą nie było czasu na dyskusje, bo oto kolejne porcje zdradliwego medykamentu, wcierane zgrubiałymi rękami matek, trafiały na poranione kolana. Wrzeszczeliśmy, maść boleśnie zasychała i taka była kara za grzech wspinania się po głogowym szlaku, przeczołgiwania przez zasieki z berberysu. Tylko po to, aby potem z cierpliwością czujnego lisa godzinami czekać na księżego wroga.
Wiedzieliśmy, że siedzi w swej samotni, że być może widzi nasze błyskające z pobliskich zarośli oczy. I jeśli zechce, wyjdzie, abyśmy mogli odetchnąć z ulgą, że jest. Że mozolna wspinaczka nie była daremna. Wprawdzie niewiele dało się zauważyć, ale chodziło przecież o tę pewność, że on rzeczywiście wrócił, że za murem berberysów w podupadłej leśniczówce znowu zagościł Bruno Żubr. Poeta.
Początkowo chadzaliśmy na pustki całą bandą. Szedł Kostek i Edek, szli Janczaki i Nieśmiały Ted. Czasami szła Ilonka Szczęście, śliniąc się i gramoląc, jak to ona. Szedłem także ja. Ale w naszych wyprawach nie było tej dostojności i pańskiego spokoju, z jakimi hermańscy mężczyźni zmierzali do baru Starego Wani, ani ciężkiej powagi, którą nasze rozszeptane matki wnosiły na cmentarną alejkę. Przytulone do siebie, połączone łańcuszkami ramion, drobiąc niemal w miejscu niczym podwórzowe kury, chadzały między grobami tak majestatycznie, że wydawać się mogły bardzo ważnymi osobistościami. My nie. My biegliśmy do świata własnych przyjemności, unosząc się na chudych nogach niczym nieopierzone, ale agresywne ptactwo, które musi dopaść celu, bijąc z całychsił wątłymi skrzydłami. I właśnie w ten sposób zdobywaliśmy stary ogród Hermana, w którym na wojskowym hamaku polegiwał czasami Bruno Żubr. Poeta.
Najpierw tylko patrzyliśmy. Nie gniewał się i w przeciwieństwie do rodziców traktował naszą obecność jak coś oczywistego. Przyglądał się nam wprawdzie z lekkim zdumieniem, a gdy był bardzo zmęczony, z niedowierzaniem, ale żadnych pretensji, żadnego rzucania w naszą stronę butelkami! Żadne przekleństwo, choćby najłagodniejsze, nie opuszczało jego nabrzmiałych warg. Leżakował po miejsku. Ze spokojem, jakiego w Hermańcach zawsze brakowało. Bez niepotrzebnych ruchów i słów. Najczęściej obserwowaliśmy się z pewnego oddalenia, a pracowicie brzęczące pszczoły tańczyły wokół szklanki piwa, lekko wspierającej się na okazałym brzuchu poety.
Pierwsi przestali chodzić do leśniczówki chłopaki od Janczaków.
- To nie jest żaden księży szatan, tylko zwyczajny pijak - starszy Janczak splunął daleko i razem z bratem wycofał się z zarośli.
- Nie idziemy z wami - zdecydował po tygodniu Edek w swoim i Kostka imieniu. - Będziemy budować szopę u Wydmów. A tu jest nudno - oświadczył.
- Ja zostaję - powiedziałem, choć do dziś nie wiem, co przykuło mnie do widoku tego cholernego hamaka z tłustym poetą.
- I ja - szepnął Nieśmiały Ted.
Ilonka Szczęście nic nie powiedziała. Może nawet próbowała zająć jakieś stanowisko w sprawie podglądania poety, tyle że Ilonka nie potrafiła złożyć do kupy trzech zdań, dlatego żadne stanowisko nie zostało przez nią zajęte.
Dzisiaj nawet trochę się wstydzę, że całe wakacje przemierzałem drogę do leśniczówki w towarzystwie piegowatego Teda lub włóczącej się za nami Ilonki, wystrojonej w cienką sukienkę i gruby sweter. Nie dość, że na tych nikomu niepotrzebnych odwiedzinach minęło nam całe lato, to jeszcze bywaliśmy tam zimą. Wystarczyło, że pod wzgórzem zaparkował stary trabant na warszawskich numerach.
Poeta oswajał się z nami jak człowiek, który po latach odkrywa w swym otoczeniu bezpańskie koty. Nie lubi ich może, ale z czasem stawia talerzyk mleka, ciekawy dzikiego lokatora.
Któregoś razu, zimą właśnie, gdy rozpaliliśmy z Tedem kopcący kominek, a podmuchy ciepła dotarły do kanapy, na której leżał poeta, usłyszeliśmy po raz pierwszy jego głos.
- Poezja, moi panowie, to największa dziwka, jaką znam. Kogo ze mnie zrobiła? Wiecie?
Pokręciliśmy z Tedem przerażonymi głowami.
- Nikogo - odpowiedział sennie i chyba się zdrzemnął, bo pochrapywał miarowo, choć powieki miał półprzymknięte.
Okryliśmy go starym kocem i dorzucaliśmy do ognia, bo od czasu do czasu kaszlał przeraźliwie.
- Wiesz, o czym on mówi? - zapytałem Teda, na wszelki wypadek robiąc dość przemądrzałą minę.
- Nie. A ty?
- Chyba też nie - odparłem szczerze. - Może o suce Jabłonowskich? - dodałem po namyśle.
- Dlaczego o niej? - dopytywał się Ted.
- Bo słyszałem, jak Jabłonowscy wrzeszczeli na sukę, że jest dziwką, kiedy im skłusowanego zająca zjadła...
- No, to pewnie o niej - odetchnął Ted.
- Ale skąd taki warszawiak zna sukę Jabłonowskich? - zapytałem zdziwiony.
- Zna, bo jest poetą. Przed takim nic się nie ukryje - szepnął Ted i obaj spojrzeliśmy na śpiącego literata z ogromnym podziwem.
Miał nam towarzyszyć przez kilka następnych lat, aż do chwili, gdy znaleźliśmy go na zrudziałej podłodze, z szeroko otwartymi oczami, podobnego do wielkiego karpia z nieruchomą powieką i półotwartymi ustami. Odległego już i woskowego. Prawie nieludzkiego w tej nieruchomości, gdyby nie brzuch, który wyzwolił się z guzików ciasnej koszuli i wylał poza nią, zasłaniając smukłą butelkę po wódce i jakąś książkę, która musiała wypaść mu ze sztywnych palców.
Ale zanim pobiegliśmy z zastygłym krzykiem do wsi, zanim przyjechało pogotowie i nasz posterunkowy, zanim pod leśniczówką zebrał się tłum gapiów, oblegający zarośnięte chaszczami wejście, więc zanim to wszystko wydarzyło się naprawdę, minęło wiele godzin, które Tedowi i mnie upłynęły na wieczorkach poetyckich. Byliśmy w centrum wielkiego monologu o powstawaniu świata złożonego z samych słów. Dla nas wznosiła się i opadała homerycka opowieść o tworzeniu. W naszych szalonych wizjach wkładaliśmy na poetycką głowę Żubra własnoręcznie plecione wieńce laurowe. Nosiliśmy mu z "Malczika" piwo w zardzewiałej kance. Słuchaliśmy z tępymi minami zgrzytu metafor i jęków oksymoronów. Padały obok nas słowa tak śliczne i trudne, że chciałoby się je wszystkie ochronić przed hermańską powszedniością. Część z nich zapamiętywaliśmy, część gdzieś się zawieruszyła, gdy wracaliśmy o zmierzchu do domów. Tam, przygnieceni ciężkimi pierzynami, ukrywaliśmy się przed piekłem domowych pretensji i podążając za nikłym światłem latarki, docieraliśmy do kresów pożółkłych kartek kolejnej książki, którą poeta wyciągał ze starej walizki.
- Czytajcie, młodzieńcy - mawiał, pożyczając nam opasłe tomiska. - Czytajcie, ale jeśli dacie się podejść temu literackiemu ścierwu w pięknej sukience, jesteście straceni. Zeżre was i pochłonie ta perwersyjna modliszka chorej wyobraźni. I w jej służbę pójdziecie, tracąc na zawsze wszystko!
- Co stracimy? - chcieliśmy wiedzieć. Ja i Nieśmiały Ted.
- Spokój ducha - odpowiadał poeta. - A gdy go stracicie, już nic wam nie zostanie. Nic, co można mieć na zawsze.
- A sława? - zapytałem wtedy drżącym głosem. - O panu jest nawet w książce do polskiego...
- Ty mały durniu. - Poeta spojrzał na mnie z bezbrzeżną litością. - Po co ci sława, jeśli nie masz spokoju?
Zastanawialiśmy się potem z Tedem, czy sława rzeczywiście jest cokolwiek warta.
- Uważam, że tak - uznałem po długim ogryzaniu źdźbła trawy. - Łatwo mu mówić, że nic niewarta, jak sam jest znany na całą Polskę! Nawet w Hermańcach - dodałem z zachwytem.
- Ksiądz Belka mówi, że nie chce go znać - przypomniał mi Nieśmiały Ted i mocno się zaczerwienił.
- Nie chce, ale zna! - zatriumfowałem i Nieśmiały zamilkł.
Bo co jeszcze było do dodania? Obaj w jakiś magiczny sposób kochaliśmy starego poetę. Brzydziliśmy się nim i kochaliśmy go tym bardziej, jakby zawstydzało nas to obrzydzenie dla jego wiecznie napuchniętych policzków, strumyczka śliny toczącego się z kącika ust, pijanego oddechu i pustych oczu. Oczy poety sprawiały wrażenie, jakby widziały już wszystko i nie miały zamiaru otworzyć się ponownie na piękno świata. Były martwe.
Tylko raz dostrzegliśmy w nich coś na kształt uśmiechu. Nawet figlarnego. To było zimą, gdy Bruno Żubr wybrał się do biblioteki na spotkanie z czytelnikami. Przyszedł tylko sołtys Potas z rodziną, kilku nauczycieli i my, ale była także pani Miłka. Bibliotekarka.
Poeta siedział na środku pustej salki, małe Potasy dłubały zawzięcie w nosach, sołtys co rusz trzepał je czerwoną ręką po łapach, polonistka miała rumiane policzki i potakiwała w rytm głośno recytowanych strof. Może znała je na pamięć? A pani Miłka siedziała z rozpromienioną twarzą i chłonęła każdą sylabę, która powoli, ciężkim basem opuszczała poetyckie wargi.
Szepnąłem Tedowi na ucho, że pani Miłka przypomina trochę Marię Magdalenę, tę drewnianą, co stoi przy wejściu na chór. Ted zgodził się ze mną.
- Tylko że Maria jest rozmodlona, a pani Miłka raczej nie - dorzuciłem. - Ale jednak podobna - uznałem, jednym uchem łowiąc robotniczy głód, wołający w poemacie tysiącem gardeł o wolność dla synów kielni.
Bruno Żubr patrzył na rozmodloną Miłkę tulącą do piersi tomik jego wierszy i choć w kolejnych strofach rewolucja pochłaniała ojczyźniane diamenty, a wróg klasowy zacierał dłonie, na których zastygła krew niewinnego brata, pani Miłka zdawała się nie dostrzegać tej śmiertelnej zawieruchy. Dałbym głowę, że tylko poczucie wstydu trzymało ją z dala od kolan poety. Z dala od jego pulchnych, lekko zaślinionych palców, które drżąc, przewracały kolejne stronice podniszczonego maszynopisu.
Po godzinie nikt już nie słuchał. Trudno powiedzieć, co inni robili w czasie, gdy na barykadzie ustroju wydawały ostatnie tchnienie czyste dusze patriotów. Ja w każdym razie patrzyłem na kapkę, która lekko niczym baletnica zwisała z nosa Brunona Żubra. Poety. I zastanawiałem się, czy upadnie na maszynopis w trakcie recytacji, czy uwieńczy dzieło. Stanie się finałowym akordem, genialnym piruetem spóźnionej baletnicy albo kropką po zdaniu, które kończy historię ludzkości. Ale kapka była zwykłą kapką i w pewnej chwili poeta zwyczajnie wytarł ją w rękaw marynarki. Jeszcze przed skąpymi oklaskami pani Miłki, rozgrzanej do czerwoności niczym czajnik mojej matki.
Tego dnia Bruno Żubr zabronił nam odwiedzin w leśniczówce.
- Dzisiaj będę zajęty - powiedział. Wręczył każdemu z nas po tomie swojej poezji i zalecił uważną lekturę.
A następnego ranka, gdy tylko wdrapaliśmy się na wzgórze i błyskawicznie zdobyliśmy progi leśniczówki, jej mieszkaniec nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę. Leżał zagrzebany w barłogu i musiał już sporo wypić, choć na stole wciąż stały dwa nietknięte kieliszki wódki.
- Dlaczego dwa? - dziwiliśmy się z Tedem.
Poręcz połamanego krzesła okrywał jedwabny szal z motywem strusich piór. Taki sam, jaki miała na sobie pani Miłka, gdy przyjmowała wczoraj poetę w bibliotecznej salce.
Ale widocznie - uznaliśmy z Tedem - jedwabnych szalików jest w Warszawie dużo i zapewne Bruno Żubr, poeta, jeden z nich przywiózł na pustki. Może dostał go od jakiejś wielbicielki? Może po prostu nabył w stołecznym sklepie, w dziale dla eleganckich kobiet? Nie obchodziło nas, w jaki sposób wszedł w posiadanie tego cacka, bo taki poeta może więcej niż cała hermańska wieś. Wiedzieliśmy jedno: że nie mógł to być szal pani Miłki, ponieważ pani Miłka poza szalem miała także męża kuternogę. A skoro miała męża, jakżeby mogła przebywać sam na sam z Brunonem Żubrem w rozsypującej się leśniczówce, przesiąkniętej wonią pleśni i fetorem uwięzionego tu od lat powietrza?
Po miejskim poecie zostało nam, Tedowi i mnie, kilka zażółconych tomików z jego poematami. Niektóre przecenione, inne z informacją, że są w całości dotowane przez państwo. Zazdrościliśmy Żubrowi tego państwowego gestu. Musiał znać przynajmniej kilku ministrów, skoro za darmo drukowano jego poglądy, połączone mocnym, nieznoszącym sprzeciwu rymem. Tak myśleliśmy, ciągnąc brudnymi paznokciami po linijkach wierszy.
Nieśmiały Ted dociekał, gdzie może znajdować się grób poety. Z uporem twierdził, że na pewno państwo postawiło mu na własny koszt wspaniały pomnik. Być może nawet z aniołem większym od tego, który wyrzeźbił mój ojciec. Jednak ponieważ znam się na pomnikach lepiej od Teda, zwyczajnie go wyśmiałem. Bo niby kto miał za darmo dłubać w kamieniu? Najwyżej pani Miłka, gdyż na wieść o śmierci Brunona Żubra zemdlała i runęła na biblioteczną półkę z Sienkiewiczem. Stary Janczak śmiał się wtedy do łez, bo sprawdziło mu się stare porzekadło, że dzieci trzeba do roboty, a nie do głupoty wychowywać, a od książek to się we łbie tylko bachorom przewraca. I jeszcze na zebraniu ogrodniczym wszystkim przypomniał, że o niebezpieczeństwie, jakie niosą książki, już dawno miał z panią Miłką rozmowę, a ponieważ go nie posłuchała, to teraz przez jakiegoś Sienkiewicza do końca życia będzie z pipą pod okiem chodzić.
Bo w Hermańcach winę za wszystko, co złe, ponoszą obcy. Poza wspomnianym Sienkiewiczem - geodeci z miasta, każdego roku pomniejszający na swoich mapkach hermańskie własności. I powiatowa policja, która co rusz przysyła na przeszpiegi batalion tępaków z radarami i alkomatami, żeby pozbawić naszą wieś kolejnych komarków czy rowerów. I dostawca wędlin, on też jest obcy ze względu na marżę, z jaką muszą się mierzyć nasze matki, ilekroć kupują w sklepie Żurowej podstarzałe kiełbasy.
Nie sposób wymienić wszystkich hermańskich wrogów, bo i po co? Wspominam o nich tylko dlatego, że Bruno Żubr, który też przybył z zewnątrz, ze świata, aby ostatecznie rozstać się z nim właśnie tu, u nas, nigdy nie był moim wrogiem. Niewykluczone, że rację ma stary Janczak - tymi swoimi książkami namieszał Tedowi i mnie w głowie, bośmy już nigdy nie mogli uwolnić się od myślenia o pisaniu. Ale te rojenia są mniej bolesne od ceny kiełbasy czy utraty kawałka ogrodu, który gmina pragnie zamienić w oczyszczalnię ścieków. Jakże więc stawiać Brunona Żubra w tej samej kolejce do grzechów co geodetę czy sklepikarza? Jakże go zestawiać ze spekulantami, złośliwcami, złodziejami dorabiającymi się na hermańskiej biedzie? Przy tych obcych Bruno Żubr, poeta, był prawie nasz. Teda i mój. Na tyle nasz, na ile nam pozwalał w chwilach kompletnego zamroczenia. Na tyle bliski, na ile potrafiliśmy przemóc wstręt, kiedy podnosiliśmy go z zimnej posadzki, poiliśmy przyniesioną w butelce gorącą herbatą i okrywaliśmy starym pledem podrygujące plecy. A on, gdy dochodził do siebie, zaczynał opowiadać nam o swoim biurku. Że jest jak okręt, którym można dotrzeć do oceanów ludzkiego cierpienia. Mówił też o mocy i niemocy. Że ta pierwsza daje skrzydła, dzięki którym szybuje się wyżej od najśmielszych marzeń, a ta druga jest jak wredna teściowa, bo uświadamia, że z powodu miłości można zacząć nienawidzić...
Ja najbardziej lubiłem, gdy Bruno Żubr, poeta, uśmiechał się do swoich wspomnień. Wtedy opowiadał o wielkich salach zapełnionych ludźmi. W tych salach jego głos brzmiał głośno i majestatycznie, a wszyscy płakali.
- Wyobrażacie to sobie? - pytał nas, wciąż jeszcze wzruszony.
- Trochę - odpowiadałem uczciwie.
- No, jak to sobie wyobrażasz? - chciał wiedzieć.
- U nas, w Hermańcach też tak bywa. - Spuszczałem wzrok na podrapane kolana. - Jak jest pogrzeb w kościele...
Żubr śmiał się tak głośno, że natychmiast nalewaliśmy mu z Tedem kolejną porcję herbaty, bo wpadał w dychawiczny ton.
- Dobrze mówisz - przytakiwał po dłuższej chwili. - I tamto to były pogrzeby - wzdychał. - Moje pogrzeby - dodawał w zamyśleniu. - Tylko wtedy o tym nie wiedziałem...
- To ile on miał tych pogrzebów? - zastanawiałem się, gdy wracaliśmy z Tedem głogowym wzgórzem.
- Trudno powiedzieć - szeptał Ted. - Ale chyba dużo. I tak sobie pomyślałem - dodał, zatrzymując się przed berberysami - że nie każdy potrafiłby przemawiać na własnym pogrzebie.
- Też wymyśliłeś! - wydąłem wargi. - Przecież on jest poetą!
- Ale pomyślałem, że nawet nie każdy poeta potrafi - upierał się Ted.
- Tego nie wiemy, bo każdego nie znamy - postawiłem na swoim i dzielnie zanurkowałem w berberysy.
Ted stał niezdecydowany przed szpalerem krzaków. Nie znosił okaleczeń i trząsł się za każdym razem, gdy trzeba było pokonać zielone zasieki.
- No, na co czekasz? - znęcałem się po drugiej stronie. - Przełaź, bo cię następnym razem nie zabiorę.
I Ted przełaził, drżąc i przystając. Poddawał się ukłuciom, jakby sprawiały mu niewysłowioną frajdę, ale na jego piegowatej twarzy dojrzewało cierpienie. Ocean cierpienia, o którym mówił nam Żubr. Dzięki Tedowi zaczynałem rozumieć ból, po który uparcie przychodziliśmy do leśniczówki Hermana. W tym jednoczącym nas doświadczeniu stawaliśmy się z Tedem trochę inni niż nasze Hermańce. Byliśmy tutejsi, ale czekaliśmy na skrzydła, co do których Bruno Żubr nie miał wątpliwości, że prędzej czy później też nam wyrosną. I właśnie tam, w leśniczówce, u boku pijanego poety, zbieraliśmy kolejne piórka, znajdowaliśmy niewidzialne lotki. One miały nas kiedyś unieść za granicę wsi, wysoko. Tak wysoko, że całe Hermańce musiałyby zobaczyć, jak sobie wędrujemy ponad głogiem, berberysem i lasami. Ponad Dziką Górą i pobliskim miastem. A kto wie? Może nawet ponad samolotem pilota Łajki? Bo jak wysoko można się wspiąć, tego nie wiedział nawet stary Bruno Żubr. Przecież gdyby wiedział, też by się wspiął na jakiś swój szczyt, a nie leżał w przemoczonych portkach na progu walącej się leśniczówki. Stary, cuchnąc na sto metrów samotnością i tanią wodą toaletową. Zbyt tanią, jak na znanego poetę.
Już znacznie później zastanawialiśmy się z Tedem, czy Bruno Żubr był w Hermańcach szczęśliwy.
- Był - przypomniał mi Ted. - Pamiętasz, jak poprosiliśmy go o autograf?
- Jasne, że pamiętam. - Pokiwałem głową. - Ale ręce tak mu się trzęsły, że nie mógł utrzymać długopisu.
- Dlatego wziął go w obie ręce i podpisał. A potem patrzył w szare okno i nie wiem, czy się nie rozpłakał...
- Nie taka znowu była z niego beksa jak z ciebie - zauważyłem, a Ted zaczerwienił się swoim zwyczajem, zamknął tomik poety Żubra i wsunął go za pazuchę swego niemodnego jesiennego płaszcza.
***
Szanowny Panie Brunonie Żubrze, Poeto!
Zapewne dziwi się Pan, że pisze do Niego ten niepozorny chłopak z Hermańców, ten milczek z odrapanymi kolanami. Błąd. Kolana dawno się zagoiły i żaden już ze mnie milczek. Na gadułę rosnę, mówi Antosiowa, a ona, tak jak Pan, zna się raczej na wszystkim.
Tedowi nie wspominam, że z Panem koresponduję. Uważam bowiem, że powinniśmy mieć jakieś męskie tajemnice. Mój ojciec je ma, i stary Wydma. A nawet ksiądz Belka, bo kiedyś widziałem, jak zabija muchę. To było dzień po kazaniu, w którym się chwalił, że nawet muchy by nie tknął. Kiedy mu to przypomniałem, poprosił o zachowanie sekretu. Wydaje mi się, że również Ilona Szczęście ma męskie tajemnice ze względu na swój gruby głos. W każdym razie zamierzam z Panem korespondować, bo nie jestem pewien, czy opuścił Pan Hermańce z własnej woli, czy też był to jakiś nieszczęśliwy wypadek.
Przykro mi o tym pisać, ale mało kto rozpaczał po Pańskiej śmierci. Za to dość długo się o niej mówiło i umierał Pan na sto sposobów. Bo każdy miał swoją opowieść, a co jedna, to straszniejsza. Moja matka, choć Pana nie znała, słyszała na przykład, że przywaliła Pana półka z Pana własnymi książkami, tymi wydanymi za państwowe pieniądze. I że sam jest Pan sobie winien, bo jakby Pan tych bzdur nie napisał, toby Pan sobie spokojnie niejeden jeszcze roczek w hamaku spędził. Niech się Pan na moją matkę nie gniewa, powtarzała, co słyszała, i tyle. A z kolei Kaziu Czapeczka barwnie opisywał Pański upadek z krzesła. I twierdził, że choć spadł Pan tylko ze zwykłego mebla, to wyglądał Pan tak, jakby przejechał po Panu lanzbuldog Janczaków. Stary Kortusz na to, że nieprawda, że agonia Pańska i dogorywanie powolnie się odbywało, a ze wszystkich cielesnych dziur zaczęły wychodzić jakieś dziwne robaki. No i myszy, zwabione Pana poetycką obecnością, wraz ze szczurami wyległy ze wszystkich kątów i osobiście wymierzyły Panu pośmiertną sprawiedliwość.
Tylko pani Miłka, wie Pan, bibliotekarka, tylko ona nic nie mówiła. Chodziła jak struta, aż jej mąż kuternoga poszedł do Belki prosić o specjalną mszę za zdrowie żony. Teraz pani Miłka czuje się zdecydowanie lepiej, a ostatnio siedziała przed biblioteką w słońcu, jadła jabłko i jakby nigdy nic czytała Pana wiersze. Kiedy przyszliśmy z Tedem po nowe książki, uśmiechnęła się normalnie i rzuciła tomik na trawę. Jakby to były zwyczajne wiersze, dajmy na to, Mickiewicza albo Słowackiego, a nie Pańskie. Wyglądała na tak samo szczęśliwą jak wtedy, gdy któregoś lata szła, kręcąc biodrami niczym duża gęś, a my z Tedem zauważyliśmy, że ma okrągły brzuch. Niczym wielki pączek. Pomyśleliśmy wtedy, że albo zaczęła jeść jak smok, albo się rozmnoży.
Podobnie jak pani Miłka, my z Tedem wciąż czytamy Pańskie wiersze i podobają się nam. Pozdrawiam Pana, chociaż nie wiem, jak trzeba zakończyć taki list. Bo ani zdrowia nie będę przecież Panu życzył, ani następnych wierszy, a jeśli napiszę "do widzenia", to skłamię, bo jeszcze wcale nie chcę się z Panem zobaczyć.
M. Złotowski
W Hermańcach jest pięknie wiosną, latem, zimą i jesienią, ale w pozostałe dni panuje u nas zwykle brzydka pogoda - napisałem kiedyś w szkolnym wypracowaniu.
Zawsze wybierałem temat dowolny, który brzmiał: "Moje miejsce na Ziemi". Wszyscy wybieraliśmy temat dowolny. A potem każdy z nas, bez żadnej ściemy, opisywał swoje osobiste miejsce na Ziemi. Najczęściej wyrażałem pogląd, że Hermańce są podobne do wielkiej kury trzymającej rozcapierzone łapy pomiędzy jeziorem Pogodno a ujściem rzeki Radochy. Taką kurę odkryłem na leśnej mapce drwali. Stała tam, pewna siebie, jakby była orłem, a nie kurą. Z kolei Edek lubił nazywać naszą wieś pępkiem świata. Nawet nieźle to brzmiało, ale nikt nie wierzył, że Edek sam to wymyślił. Najpewniej zerżnął z jakiejś gazety, bo tyle wiedział o pępku, co własny sobie obejrzał. Poza tym Edek myślenie zawsze zostawiał innym, słusznie uznając, że życie jest wówczas przyjemniejsze.
Najlepiej Kostek. Porównał kiedyś Hermańce do wielkiej knajpy, z której nie trzeba wychodzić, bo jest w niej wszystko. Również do picia. Dostał za tę metaforę liniałem po łapach. Uważam, że niesłusznie. Może tylko bardziej elegancko byłoby słowo "knajpa" zamienić na "restauracja".
Gdyby ktoś mnie dzisiaj zapytał, czy Hermańce to wciąż owa kura, rozkraczona między niebieskimi plamami naszych wód, oburzyłbym się!
Dzisiaj, gdy patrzę na nie oczami przyszłego pisarza, przypominają mi damski kapelusz, niedbale rzucony między skraj Dzikiej Góry a Suche Bagna. Lekko wymiętoszony, jakby nosiła go na czubku głowy jakaś szalona studentka malarstwa albo zwyczajna menelka, ubierająca się w to, co wpadnie jej w ręce.
Jeżeli na Dzikiej Górze wracamy do zdrowia dzięki doktorowi Rochowi, to umieramy zazwyczaj na dole. A ci z nas, którzy nie chcą czekać z umieraniem, bo z różnych względów spieszno im opuścić Hermańce, idą sobie zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, na Suche Bagna. I tam ich potem znajdujemy.
Właściwie nie wiadomo, dlaczego tutejsi wieszają się właśnie w grząskim półświatku bagien, gdzie drzewa są chorowite i słabe, nie tak dorodne jak w szarłatańskim lesie albo pobliskiej dąbrowie. Zdaniem starych mieszkańców chodzi tu o tradycję. Ledwo stoją te chude drzewiska, oszpecone przywiędłymi konarami, a tu jeszcze trzeba wziąć na skrzypiące kręgosłupy czyjąś śmierć! Ale biorą, nie odmawiają. Nie chcą być obarczone grzechem cudzego zwątpienia i determinacji. Ale są. I to z roku na rok coraz większym. Na tyle dużym, że ksiądz Belka sugeruje w kazaniach, aby Suche Bagna wyciąć w pień. Bo drzewa jak to drzewa. Ulegają milcząco tej śmiertelnej presji, tym rozpaczliwym gestom straceńców. A znowuż ludzie jak to ludzie. Starannie zawiązują ostatnie supły swego żywota na suchych konarach i nieruchomieją wśród bezlistowia. Bledną i szarzeją, dołączając w ten sposób do śmierci starych drzew. Ma się wrażenie, że ich dusze obrastają chropowatą korą. Pewnie z tego powodu rzadko wspomina się u nas wisielców, a ich pogrzeby są najbardziej ponurą uroczystością w Hermańcach.
Na Suchych Bagnach ludzie wieszają się albo wczesną wiosną, albo jesienią. Doktor Roch potrafi wytłumaczyć tę prawidłowość. Ma w swych medycznych zbiorach dokładne wykresy umieralności, obciążone łacińskimi nazwami. I co z tego, że doktor chce naszą śmierć traktować po łacinie, naukowo, chce ją uporządkować i wyjaśnić, jakby umieranie było zadaniem matematycznym, że się wychodzi z punktu A, aby kiedyś dojść do punktu B, jeśli tu, w Hermańcach, każdy idzie własną drogą i tam, gdzie chce. Dlatego u nas każda śmierć ma swoją biografię. I to często o wiele bogatszą od życia.
O tym, że śmierć zawsze jest niezwyczajna, świadczyć może przykład starej Janowej. Najpierw wszyscy bardzo się dziwili, że Janowa wciąż żyje. Nie miała już czym jeść i czym oddychać, ale codziennie siadała na plecionym taborecie przed domem i wpatrywała się w niebo. Chyba szukała w nim dla siebie miejsca. Towarzyszył jej brudny kundel, zbieranina futra i pcheł, grzejący jak termofor schorowane nogi staruszki.
- Patrzcie - mówiono w Hermańcach - Janowa jeszcze żyje! Lekarzom chyba na złość robi, bo ileż to można?!
Żyło tylko to zdziwienie, dotyczące wciąż gapiącej się w niebo Janowej, bo ona sama dawno już dla nas umarła. Nawet jej córka Stenia tylko kiwała ze zdumienia głową.
- Żyje jak nic - stwierdzała co rano, natykając się na matkę, i szła do swych zajęć.
Ciekawe, ile jeszcze lat spędziłaby Janowa na swoim taborecie, gdyby nie ten wypadek z kundlem? Bo kundel któregoś razu zaplątał się pod smrodliwe podbrzusze ruszającego ciągnika. Nie pierwszy to raz i nie ostatni, kiedy kolejny głupi pies źle ocenił swe miejsce na Ziemi. Bo miejsce psa jest przecież także w jakiś sposób odgórnie ustalone. A Janowa, nie myśląc wiele lub wcale, rzuciła się za swoim towarzyszem. Z trudem wczołgała sztywne ciało między walczące z błotem koła, tak silne i nieczułe, że przeszły po niej, zaledwie lekko podskakując. I zostali pod tym ciągnikiem oboje. W krwawym uścisku, który obejrzała zaraz cała wieś.
Ktoś wpadł nawet na pomysł, aby pochować ich razem, w jednej trumnie, ale Stenia nie wyraziła na to zgody.
Kiedy już wszyscy z Hermańców napawali się pełnym grozy widokiem marności ludzkiego i psiego ciała, kiedy po raz pierwszy przyjrzeli się Janowej tak dokładnie i kiedy wreszcie ją dostrzegli, w starej sukience, zmiażdżoną jak orzech włoski, nadszedł czas rozważań o jej życiu i śmierci. I stało się tak, że o życiu Janowej nikt nie miał nic do powiedzenia, ale jej śmierć przeniknęła w sam środek naszej ciekawości. Tyle było domysłów i tyle gdybań, że Janowa, choć dawno spoczęła na naszym małym cmentarzu, wciąż obrastała nową historią. Jak bluszczem. A przecież tak naprawdę nikt jej nie znał. Nawet własna córka.
Porównanie Hermańców do kapelusza spodobało się pilotowi, który kilka razy w roku krąży nad naszymi lasami i rozsiewa środki przeciwko wściekliźnie. Ze względu na samolot mawiamy, że pilot ma w Hermańcach największego ptaka. Ale bardziej od ptaka zazdrościmy mu częstego przebywania w miejscach dla nas niedostępnych.
Przebywanie w miejscach niedostępnych robi na tutejszych spore wrażenie. Pilot, zwany trochę złośliwie Łajką, od lat jadał w barze "Malczik" za darmo. Najczęściej śledzie w śmietanie. Pijał też za darmo, gdyż bywalcy chętnie stawiali mu kolejki w zamian za podniebne opowieści. W ten sposób poznawaliśmy nasze Hermańce z boskiej perspektywy, bo przecież nie inaczej patrzył na nas z góry dobry Bóg.
Jeżeli dobry Bóg oceniał Hermańce oczami pilota Łajki, to pół biedy. Gorzej, jeśli używał okularów księdza Belki, który także wszedł w posiadanie miejsca niedostępnego dla zwykłego śmiertelnika, otrzymawszy wraz z naszym kościołem ambonę.
Wprawdzie ambona znajdowała się blisko ziemi, a ksiądz Belka rzadko bujał w obłokach, ale to jedynie pogarszało sytuację, bo nikt nie znał naszych Hermańców tak dobrze jak on. I to nie tylko z góry i z dołu, ale i z mrocznych hermańskich środków. Jakby bywał z wizytą w naszych trzewiach, jakby święcił nasze przepełnione plugawymi uczuciami serca i jakby zaglądał do trochę nadpsutych w barze "Malczik" wątrób czy też przepalonych tanimi fajkami płuc.
Tak. Bez wątpienia Belka wiedział o nas więcej niż ktokolwiek inny. No, może poza doktorem Rochem.
Roch także poświęcał swój nieoceniony naukowo czas, aby zgłębić nasze skomplikowane natury. Wszystkie niepokoiły go w równym stopniu, wszystkie wymagały starannych badań oraz notatek. Zakład Terapii, którym doktor dowodził, mieścił się na Dzikiej Górze, i jeśli cokolwiek łączyło go z amboną, to owo wyniesienie na najwyższy okoliczny szczyt, ponad ziemskie, zwyczajne sprawy. Bo najstarsi do dziś z uporem twierdzą, że jeszcze kilka miesięcy przed budową kliniki na zboczach Dzikiej Góry wałęsała się ostatnia okoliczna wiedźma. Ziała ogniem i z tego powodu drewniana konstrukcja stawianego budynku trzykrotnie płonęła.
Dlaczego trzykrotnie?
Zdaniem mojego ojca dlatego, że to magiczna cyfra symbolizująca Trójcę Świętą, ale trzeba pamiętać, mawiał mój ojciec, że nigdzie tak jak na Dzikiej Górze nie szalały pioruny. Dowodził, że brak piorunochronu mógł stać się przyczyną wyładowania. Po takim wykładzie ojciec najczęściej zapadał w ponure milczenie, gdyż nasz dom, podobnie jak reszta hermańskich chałup, też nie był zabezpieczony.
Z kolei stare kobiety uśmiechały się pod nosem i twierdziły, że do trzech razy sztuka. Nie starałem się nigdy zgłębiać tego, co mówiły kobiety, ponieważ ojciec zwykł mawiać, że babskiego gadania nawet mądry nie pojmie.
A kiedy na przekór zgliszczom i pożarom klinika stanęła, porastając z roku na rok chmielowymi pióropuszami i mchem zieleniejącym na eternitowych daszkach, na szczyt Dzikiej Góry rozpoczęły się męskie pielgrzymki. Na krótkie turnusy zdrowotne trafiali ludzie pod pewnymi względami niezwykli.
Doktor Roch lekceważył księdza Belkę i mawiał o nim "niegroźny wariat". Ta sama diagnoza dotyczyła w różnym stopniu całej wsi. Byliśmy bez wątpienia inni, co nam jednak poniekąd schlebiało. Bycie innym niż reszta świata może w pewnych okolicznościach uchodzić za komplement. U nas, w Hermańcach, uchodziło. Pojęcie świata także interpretowaliśmy na swój sposób. Świat bowiem był tam, gdzie byliśmy my. Zaczynał się od małej porodówki, kończył na pobliskim cmentarzu i miał kształt zielonego kapelusza. Zdaniem Łajki - damskiego. Zdaniem doktora Rocha - myśliwskiego, gdyż w swej niechęci do kobiet pozbawiał je nawet prawa do noszenia kapeluszy. A zdaniem księdza Belki to wcale nie był kapelusz, tylko zielona tiara. Zielona, gdyż należało mieć nadzieję, że hermańska społeczność któregoś dnia się nawróci, choć nic na to nie wskazywało.