Hermańce - Barbara Kosmowska

-
Proszę czekać

1

No­si­li­śmy wte­dy krót­kie spoden­ki, któ­re nie ukry­wa­ły wo­jow­ni­czych blizn na na­szych ko­la­nach. Lśni­ły one w słoń­cu łu­ka­mi go­ją­cych się stru­pów i świe­żych ran. Mat­ki cier­pli­wie sma­ro­wa­ły je co wie­czór pie­ką­cy­mi ma­ścia­mi.

- Zno­wu po­la­złeś na her­mań­skie pust­ki, za­ra­zo! - iry­to­wa­ły się, bez­błęd­nie usta­la­jąc po śla­dach ber­be­ry­so­wych kol­ców cel na­szych po­dró­ży.

- A co ksiądz mó­wił w nie­dzie­lę, ło­bu­zie ty?... - py­ta­ły re­to­rycz­nie. - Czy aby nie to, że sam dia­beł w le­śni­czów­ce Her­ma­nów po­miesz­ku­je? Że trzy­mać się trze­ba z dala od tego czar­ta, co w prze­bra­niu ja­kie­goś pi­sma­ka łaj­da­czy się po la­sach?

Nie dys­ku­to­wa­li­śmy z mat­ka­mi, ale jaki tam z nie­go ksiądz? Owszem, gdy­by tak twier­dził nasz umar­ły nie­daw­no pro­boszcz Ma­czek, to co in­ne­go. Ale ten jego na­stęp­ca, ani mło­dy, ani sta­ry, jesz­cze nas do sie­bie nie prze­ko­nał. Zresz­tą nie było cza­su na dys­ku­sje, bo oto ko­lej­ne por­cje zdra­dli­we­go me­dy­ka­men­tu, wcie­ra­ne zgru­bia­ły­mi rę­ka­mi ma­tek, tra­fia­ły na po­ra­nio­ne ko­la­na. Wrzesz­cze­li­śmy, maść bo­le­śnie za­sy­cha­ła i taka była kara za grzech wspi­na­nia się po gło­go­wym szla­ku, prze­czoł­gi­wa­nia przez za­sie­ki z ber­be­ry­su. Tyl­ko po to, aby po­tem z cier­pli­wo­ścią czuj­ne­go lisa go­dzi­na­mi cze­kać na księ­że­go wro­ga.

Wie­dzie­li­śmy, że sie­dzi w swej sa­mot­ni, że być może wi­dzi na­sze bły­ska­ją­ce z po­bli­skich za­ro­śli oczy. I je­śli ze­chce, wyj­dzie, aby­śmy mo­gli ode­tchnąć z ulgą, że jest. Że mo­zol­na wspi­nacz­ka nie była da­rem­na. Wpraw­dzie nie­wie­le dało się za­uwa­żyć, ale cho­dzi­ło prze­cież o tę pew­ność, że on rze­czy­wi­ście wró­cił, że za mu­rem ber­be­ry­sów w pod­upa­dłej le­śni­czów­ce zno­wu za­go­ścił Bru­no Żubr. Po­eta.

Po­cząt­ko­wo cha­dza­li­śmy na pust­ki całą ban­dą. Szedł Ko­stek i Edek, szli Jan­cza­ki i Nie­śmia­ły Ted. Cza­sa­mi szła Ilon­ka Szczę­ście, śli­niąc się i gra­mo­ląc, jak to ona. Sze­dłem tak­że ja. Ale w na­szych wy­pra­wach nie było tej do­stoj­no­ści i pań­skie­go spo­ko­ju, z ja­ki­mi her­mań­scy męż­czyź­ni zmie­rza­li do baru Sta­re­go Wani, ani cięż­kiej po­wa­gi, któ­rą na­sze roz­szep­ta­ne mat­ki wno­si­ły na cmen­tar­ną alej­kę. Przy­tu­lo­ne do sie­bie, po­łą­czo­ne łań­cusz­ka­mi ra­mion, dro­biąc nie­mal w miej­scu ni­czym po­dwó­rzo­we kury, cha­dza­ły mię­dzy gro­ba­mi tak ma­je­sta­tycz­nie, że wy­da­wać się mo­gły bar­dzo waż­ny­mi oso­bi­sto­ścia­mi. My nie. My bie­gli­śmy do świa­ta wła­snych przy­jem­no­ści, uno­sząc się na chu­dych no­gach ni­czym nie­opie­rzo­ne, ale agre­syw­ne ptac­two, któ­re musi do­paść celu, bi­jąc z ca­łych­sił wą­tły­mi skrzy­dła­mi. I wła­śnie w ten spo­sób zdo­by­wa­li­śmy sta­ry ogród Her­ma­na, w któ­rym na woj­sko­wym ha­ma­ku po­le­gi­wał cza­sa­mi Bru­no Żubr. Po­eta.

Naj­pierw tyl­ko pa­trzy­li­śmy. Nie gnie­wał się i w prze­ci­wień­stwie do ro­dzi­ców trak­to­wał na­szą obec­ność jak coś oczy­wi­ste­go. Przy­glą­dał się nam wpraw­dzie z lek­kim zdu­mie­niem, a gdy był bar­dzo zmę­czo­ny, z nie­do­wie­rza­niem, ale żad­nych pre­ten­sji, żad­ne­go rzu­ca­nia w na­szą stro­nę bu­tel­ka­mi! Żad­ne prze­kleń­stwo, choć­by naj­ła­god­niej­sze, nie opusz­cza­ło jego na­brzmia­łych warg. Le­ża­ko­wał po miej­sku. Ze spo­ko­jem, ja­kie­go w Her­mań­cach za­wsze bra­ko­wa­ło. Bez nie­po­trzeb­nych ru­chów i słów. Naj­czę­ściej ob­ser­wo­wa­li­śmy się z pew­ne­go od­da­le­nia, a pra­co­wi­cie brzę­czą­ce psz­czo­ły tań­czy­ły wo­kół szklan­ki piwa, lek­ko wspie­ra­ją­cej się na oka­za­łym brzu­chu po­ety.

Pierw­si prze­sta­li cho­dzić do le­śni­czów­ki chło­pa­ki od Jan­cza­ków.

- To nie jest ża­den księ­ży sza­tan, tyl­ko zwy­czaj­ny pi­jak - star­szy Jan­czak splu­nął da­le­ko i ra­zem z bra­tem wy­co­fał się z za­ro­śli.

- Nie idzie­my z wami - zde­cy­do­wał po ty­go­dniu Edek w swo­im i Kost­ka imie­niu. - Bę­dzie­my bu­do­wać szo­pę u Wy­dmów. A tu jest nud­no - oświad­czył.

- Ja zo­sta­ję - po­wie­dzia­łem, choć do dziś nie wiem, co przy­ku­ło mnie do wi­do­ku tego cho­ler­ne­go ha­ma­ka z tłu­stym po­etą.

- I ja - szep­nął Nie­śmia­ły Ted.

Ilon­ka Szczę­ście nic nie po­wie­dzia­ła. Może na­wet pró­bo­wa­ła za­jąć ja­kieś sta­no­wi­sko w spra­wie pod­glą­da­nia po­ety, tyle że Ilon­ka nie po­tra­fi­ła zło­żyć do kupy trzech zdań, dla­te­go żad­ne sta­no­wi­sko nie zo­sta­ło przez nią za­ję­te.

Dzi­siaj na­wet tro­chę się wsty­dzę, że całe wa­ka­cje prze­mie­rza­łem dro­gę do le­śni­czów­ki w to­wa­rzy­stwie pie­go­wa­te­go Teda lub włó­czą­cej się za nami Ilon­ki, wy­stro­jo­nej w cien­ką su­kien­kę i gru­by swe­ter. Nie dość, że na tych ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych od­wie­dzi­nach mi­nę­ło nam całe lato, to jesz­cze by­wa­li­śmy tam zimą. Wy­star­czy­ło, że pod wzgó­rzem za­par­ko­wał sta­ry tra­bant na war­szaw­skich nu­me­rach.

Po­eta oswa­jał się z nami jak czło­wiek, któ­ry po la­tach od­kry­wa w swym oto­cze­niu bez­pań­skie koty. Nie lubi ich może, ale z cza­sem sta­wia ta­le­rzyk mle­ka, cie­ka­wy dzi­kie­go lo­ka­to­ra.

Któ­re­goś razu, zimą wła­śnie, gdy roz­pa­li­li­śmy z Te­dem kop­cą­cy ko­mi­nek, a po­dmu­chy cie­pła do­tar­ły do ka­na­py, na któ­rej le­żał po­eta, usły­sze­li­śmy po raz pierw­szy jego głos.

- Po­ezja, moi pa­no­wie, to naj­więk­sza dziw­ka, jaką znam. Kogo ze mnie zro­bi­ła? Wie­cie?

Po­krę­ci­li­śmy z Te­dem prze­ra­żo­ny­mi gło­wa­mi.

- Ni­ko­go - od­po­wie­dział sen­nie i chy­ba się zdrzem­nął, bo po­chra­py­wał mia­ro­wo, choć po­wie­ki miał pół­przy­mknię­te.

Okry­li­śmy go sta­rym ko­cem i do­rzu­ca­li­śmy do ognia, bo od cza­su do cza­su kasz­lał prze­raź­li­wie.

- Wiesz, o czym on mówi? - za­py­ta­łem Teda, na wszel­ki wy­pa­dek ro­biąc dość prze­mą­drza­łą minę.

- Nie. A ty?

- Chy­ba też nie - od­par­łem szcze­rze. - Może o suce Ja­bło­now­skich? - do­da­łem po na­my­śle.

- Dla­cze­go o niej? - do­py­ty­wał się Ted.

- Bo sły­sza­łem, jak Ja­bło­now­scy wrzesz­cze­li na sukę, że jest dziw­ką, kie­dy im skłu­so­wa­ne­go za­ją­ca zja­dła...

- No, to pew­nie o niej - ode­tchnął Ted.

- Ale skąd taki war­sza­wiak zna sukę Ja­bło­now­skich? - za­py­ta­łem zdzi­wio­ny.

- Zna, bo jest po­etą. Przed ta­kim nic się nie ukry­je - szep­nął Ted i obaj spoj­rze­li­śmy na śpią­ce­go li­te­ra­ta z ogrom­nym po­dzi­wem.

Miał nam to­wa­rzy­szyć przez kil­ka na­stęp­nych lat, aż do chwi­li, gdy zna­leź­li­śmy go na zru­dzia­łej pod­ło­dze, z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, po­dob­ne­go do wiel­kie­go kar­pia z nie­ru­cho­mą po­wie­ką i pół­otwar­ty­mi usta­mi. Od­le­głe­go już i wo­sko­we­go. Pra­wie nie­ludz­kie­go w tej nie­ru­cho­mo­ści, gdy­by nie brzuch, któ­ry wy­zwo­lił się z gu­zi­ków cia­snej ko­szu­li i wy­lał poza nią, za­sła­nia­jąc smu­kłą bu­tel­kę po wód­ce i ja­kąś książ­kę, któ­ra mu­sia­ła wy­paść mu ze sztyw­nych pal­ców.

Ale za­nim po­bie­gli­śmy z za­sty­głym krzy­kiem do wsi, za­nim przy­je­cha­ło po­go­to­wie i nasz po­ste­run­ko­wy, za­nim pod le­śni­czów­ką ze­brał się tłum ga­piów, ob­le­ga­ją­cy za­ro­śnię­te chasz­cza­mi wej­ście, więc za­nim to wszyst­ko wy­da­rzy­ło się na­praw­dę, mi­nę­ło wie­le go­dzin, któ­re Te­do­wi i mnie upły­nę­ły na wie­czor­kach po­etyc­kich. By­li­śmy w cen­trum wiel­kie­go mo­no­lo­gu o po­wsta­wa­niu świa­ta zło­żo­ne­go z sa­mych słów. Dla nas wzno­si­ła się i opa­da­ła ho­me­ryc­ka opo­wieść o two­rze­niu. W na­szych sza­lo­nych wi­zjach wkła­da­li­śmy na po­etyc­ką gło­wę Żu­bra wła­sno­ręcz­nie ple­cio­ne wień­ce lau­ro­we. No­si­li­śmy mu z "Mal­czi­ka" piwo w za­rdze­wia­łej kan­ce. Słu­cha­li­śmy z tę­py­mi mi­na­mi zgrzy­tu me­ta­for i ję­ków oksy­mo­ro­nów. Pa­da­ły obok nas sło­wa tak ślicz­ne i trud­ne, że chcia­ło­by się je wszyst­kie ochro­nić przed her­mań­ską po­wsze­dnio­ścią. Część z nich za­pa­mię­ty­wa­li­śmy, część gdzieś się za­wie­ru­szy­ła, gdy wra­ca­li­śmy o zmierz­chu do do­mów. Tam, przy­gnie­ce­ni cięż­ki­mi pie­rzy­na­mi, ukry­wa­li­śmy się przed pie­kłem do­mo­wych pre­ten­sji i po­dą­ża­jąc za ni­kłym świa­tłem la­tar­ki, do­cie­ra­li­śmy do kre­sów po­żół­kłych kar­tek ko­lej­nej książ­ki, któ­rą po­eta wy­cią­gał ze sta­rej wa­liz­ki.

- Czy­taj­cie, mło­dzień­cy - ma­wiał, po­ży­cza­jąc nam opa­słe to­mi­ska. - Czy­taj­cie, ale je­śli da­cie się po­dejść temu li­te­rac­kie­mu ścier­wu w pięk­nej su­kien­ce, je­ste­ście stra­ce­ni. Ze­żre was i po­chło­nie ta per­wer­syj­na mo­dlisz­ka cho­rej wy­obraź­ni. I w jej służ­bę pój­dzie­cie, tra­cąc na za­wsze wszyst­ko!

- Co stra­ci­my? - chcie­li­śmy wie­dzieć. Ja i Nie­śmia­ły Ted.

- Spo­kój du­cha - od­po­wia­dał po­eta. - A gdy go stra­ci­cie, już nic wam nie zo­sta­nie. Nic, co moż­na mieć na za­wsze.

- A sła­wa? - za­py­ta­łem wte­dy drżą­cym gło­sem. - O panu jest na­wet w książ­ce do pol­skie­go...

- Ty mały dur­niu. - Po­eta spoj­rzał na mnie z bez­brzeż­ną li­to­ścią. - Po co ci sła­wa, je­śli nie masz spo­ko­ju?

Za­sta­na­wia­li­śmy się po­tem z Te­dem, czy sła­wa rze­czy­wi­ście jest co­kol­wiek war­ta.

- Uwa­żam, że tak - uzna­łem po dłu­gim ogry­za­niu źdźbła tra­wy. - Ła­two mu mó­wić, że nic nie­war­ta, jak sam jest zna­ny na całą Pol­skę! Na­wet w Her­mań­cach - do­da­łem z za­chwy­tem.

- Ksiądz Bel­ka mówi, że nie chce go znać - przy­po­mniał mi Nie­śmia­ły Ted i moc­no się za­czer­wie­nił.

- Nie chce, ale zna! - za­trium­fo­wa­łem i Nie­śmia­ły za­milkł.

Bo co jesz­cze było do do­da­nia? Obaj w ja­kiś ma­gicz­ny spo­sób ko­cha­li­śmy sta­re­go po­etę. Brzy­dzi­li­śmy się nim i ko­cha­li­śmy go tym bar­dziej, jak­by za­wsty­dza­ło nas to obrzy­dze­nie dla jego wiecz­nie na­puch­nię­tych po­licz­ków, stru­mycz­ka śli­ny to­czą­ce­go się z ką­ci­ka ust, pi­ja­ne­go od­de­chu i pu­stych oczu. Oczy po­ety spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by wi­dzia­ły już wszyst­ko i nie mia­ły za­mia­ru otwo­rzyć się po­now­nie na pięk­no świa­ta. Były mar­twe.

Tyl­ko raz do­strze­gli­śmy w nich coś na kształt uśmie­chu. Na­wet fi­glar­ne­go. To było zimą, gdy Bru­no Żubr wy­brał się do bi­blio­te­ki na spo­tka­nie z czy­tel­ni­ka­mi. Przy­szedł tyl­ko soł­tys Po­tas z ro­dzi­ną, kil­ku na­uczy­cie­li i my, ale była tak­że pani Mił­ka. Bi­blio­te­kar­ka.

Po­eta sie­dział na środ­ku pu­stej sal­ki, małe Po­ta­sy dłu­ba­ły za­wzię­cie w no­sach, soł­tys co rusz trze­pał je czer­wo­ną ręką po ła­pach, po­lo­nist­ka mia­ła ru­mia­ne po­licz­ki i po­ta­ki­wa­ła w rytm gło­śno re­cy­to­wa­nych strof. Może zna­ła je na pa­mięć? A pani Mił­ka sie­dzia­ła z roz­pro­mie­nio­ną twa­rzą i chło­nę­ła każ­dą sy­la­bę, któ­ra po­wo­li, cięż­kim ba­sem opusz­cza­ła po­etyc­kie war­gi.

Szep­ną­łem Te­do­wi na ucho, że pani Mił­ka przy­po­mi­na tro­chę Ma­rię Mag­da­le­nę, tę drew­nia­ną, co stoi przy wej­ściu na chór. Ted zgo­dził się ze mną.

- Tyl­ko że Ma­ria jest roz­mo­dlo­na, a pani Mił­ka ra­czej nie - do­rzu­ci­łem. - Ale jed­nak po­dob­na - uzna­łem, jed­nym uchem ło­wiąc ro­bot­ni­czy głód, wo­ła­ją­cy w po­ema­cie ty­sią­cem gar­deł o wol­ność dla sy­nów kiel­ni.

Bru­no Żubr pa­trzył na roz­mo­dlo­ną Mił­kę tu­lą­cą do pier­si to­mik jego wier­szy i choć w ko­lej­nych stro­fach re­wo­lu­cja po­chła­nia­ła oj­czyź­nia­ne dia­men­ty, a wróg kla­so­wy za­cie­rał dło­nie, na któ­rych za­sty­gła krew nie­win­ne­go bra­ta, pani Mił­ka zda­wa­ła się nie do­strze­gać tej śmier­tel­nej za­wie­ru­chy. Dał­bym gło­wę, że tyl­ko po­czu­cie wsty­du trzy­ma­ło ją z dala od ko­lan po­ety. Z dala od jego pulch­nych, lek­ko za­śli­nio­nych pal­ców, któ­re drżąc, prze­wra­ca­ły ko­lej­ne stro­ni­ce pod­nisz­czo­ne­go ma­szy­no­pi­su.

Po go­dzi­nie nikt już nie słu­chał. Trud­no po­wie­dzieć, co inni ro­bi­li w cza­sie, gdy na ba­ry­ka­dzie ustro­ju wy­da­wa­ły ostat­nie tchnie­nie czy­ste du­sze pa­trio­tów. Ja w każ­dym ra­zie pa­trzy­łem na kap­kę, któ­ra lek­ko ni­czym ba­let­ni­ca zwi­sa­ła z nosa Bru­no­na Żu­bra. Po­ety. I za­sta­na­wia­łem się, czy upad­nie na ma­szy­no­pis w trak­cie re­cy­ta­cji, czy uwień­czy dzie­ło. Sta­nie się fi­na­ło­wym akor­dem, ge­nial­nym pi­ru­etem spóź­nio­nej ba­let­ni­cy albo krop­ką po zda­niu, któ­re koń­czy hi­sto­rię ludz­ko­ści. Ale kap­ka była zwy­kłą kap­ką i w pew­nej chwi­li po­eta zwy­czaj­nie wy­tarł ją w rę­kaw ma­ry­nar­ki. Jesz­cze przed ską­py­mi okla­ska­mi pani Mił­ki, roz­grza­nej do czer­wo­no­ści ni­czym czaj­nik mo­jej mat­ki.

Tego dnia Bru­no Żubr za­bro­nił nam od­wie­dzin w le­śni­czów­ce.

- Dzi­siaj będę za­ję­ty - po­wie­dział. Wrę­czył każ­de­mu z nas po to­mie swo­jej po­ezji i za­le­cił uważ­ną lek­tu­rę.

A na­stęp­ne­go ran­ka, gdy tyl­ko wdra­pa­li­śmy się na wzgó­rze i bły­ska­wicz­nie zdo­by­li­śmy pro­gi le­śni­czów­ki, jej miesz­ka­niec nie miał naj­mniej­szej ocho­ty na roz­mo­wę. Le­żał za­grze­ba­ny w bar­ło­gu i mu­siał już spo­ro wy­pić, choć na sto­le wciąż sta­ły dwa nie­tknię­te kie­lisz­ki wód­ki.

- Dla­cze­go dwa? - dzi­wi­li­śmy się z Te­dem.

Po­ręcz po­ła­ma­ne­go krze­sła okry­wał je­dwab­ny szal z mo­ty­wem stru­sich piór. Taki sam, jaki mia­ła na so­bie pani Mił­ka, gdy przyj­mo­wa­ła wczo­raj po­etę w bi­blio­tecz­nej sal­ce.

Ale wi­docz­nie - uzna­li­śmy z Te­dem - je­dwab­nych sza­li­ków jest w War­sza­wie dużo i za­pew­ne Bru­no Żubr, po­eta, je­den z nich przy­wiózł na pust­ki. Może do­stał go od ja­kiejś wiel­bi­ciel­ki? Może po pro­stu na­był w sto­łecz­nym skle­pie, w dzia­le dla ele­ganc­kich ko­biet? Nie ob­cho­dzi­ło nas, w jaki spo­sób wszedł w po­sia­da­nie tego cac­ka, bo taki po­eta może wię­cej niż cała her­mań­ska wieś. Wie­dzie­li­śmy jed­no: że nie mógł to być szal pani Mił­ki, po­nie­waż pani Mił­ka poza sza­lem mia­ła tak­że męża ku­ter­no­gę. A sko­ro mia­ła męża, jak­że­by mo­gła prze­by­wać sam na sam z Bru­no­nem Żu­brem w roz­sy­pu­ją­cej się le­śni­czów­ce, prze­siąk­nię­tej wo­nią ple­śni i fe­to­rem uwię­zio­ne­go tu od lat po­wie­trza?

2

Po miej­skim po­ecie zo­sta­ło nam, Te­do­wi i mnie, kil­ka za­żół­co­nych to­mi­ków z jego po­ema­ta­mi. Nie­któ­re prze­ce­nio­ne, inne z in­for­ma­cją, że są w ca­ło­ści do­to­wa­ne przez pań­stwo. Za­zdro­ści­li­śmy Żu­bro­wi tego pań­stwo­we­go ge­stu. Mu­siał znać przy­najm­niej kil­ku mi­ni­strów, sko­ro za dar­mo dru­ko­wa­no jego po­glą­dy, po­łą­czo­ne moc­nym, nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu ry­mem. Tak my­śle­li­śmy, cią­gnąc brud­ny­mi pa­znok­cia­mi po li­nij­kach wier­szy.

Nie­śmia­ły Ted do­cie­kał, gdzie może znaj­do­wać się grób po­ety. Z upo­rem twier­dził, że na pew­no pań­stwo po­sta­wi­ło mu na wła­sny koszt wspa­nia­ły po­mnik. Być może na­wet z anio­łem więk­szym od tego, któ­ry wy­rzeź­bił mój oj­ciec. Jed­nak po­nie­waż znam się na po­mni­kach le­piej od Teda, zwy­czaj­nie go wy­śmia­łem. Bo niby kto miał za dar­mo dłu­bać w ka­mie­niu? Naj­wy­żej pani Mił­ka, gdyż na wieść o śmier­ci Bru­no­na Żu­bra ze­mdla­ła i ru­nę­ła na bi­blio­tecz­ną pół­kę z Sien­kie­wi­czem. Sta­ry Jan­czak śmiał się wte­dy do łez, bo spraw­dzi­ło mu się sta­re po­rze­ka­dło, że dzie­ci trze­ba do ro­bo­ty, a nie do głu­po­ty wy­cho­wy­wać, a od ksią­żek to się we łbie tyl­ko ba­cho­rom prze­wra­ca. I jesz­cze na ze­bra­niu ogrod­ni­czym wszyst­kim przy­po­mniał, że o nie­bez­pie­czeń­stwie, ja­kie nio­są książ­ki, już daw­no miał z pa­nią Mił­ką roz­mo­wę, a po­nie­waż go nie po­słu­cha­ła, to te­raz przez ja­kie­goś Sien­kie­wi­cza do koń­ca ży­cia bę­dzie z pipą pod okiem cho­dzić.

Bo w Her­mań­cach winę za wszyst­ko, co złe, po­no­szą obcy. Poza wspo­mnia­nym Sien­kie­wi­czem - geo­de­ci z mia­sta, każ­de­go roku po­mniej­sza­ją­cy na swo­ich map­kach her­mań­skie wła­sno­ści. I po­wia­to­wa po­li­cja, któ­ra co rusz przy­sy­ła na prze­szpie­gi ba­ta­lion tę­pa­ków z ra­da­ra­mi i al­ko­ma­ta­mi, żeby po­zba­wić na­szą wieś ko­lej­nych ko­mar­ków czy ro­we­rów. I do­staw­ca wę­dlin, on też jest obcy ze wzglę­du na mar­żę, z jaką mu­szą się mie­rzyć na­sze mat­ki, ile­kroć ku­pu­ją w skle­pie Żu­ro­wej pod­sta­rza­łe kieł­ba­sy.

Nie spo­sób wy­mie­nić wszyst­kich her­mań­skich wro­gów, bo i po co? Wspo­mi­nam o nich tyl­ko dla­te­go, że Bru­no Żubr, któ­ry też przy­był z ze­wnątrz, ze świa­ta, aby osta­tecz­nie roz­stać się z nim wła­śnie tu, u nas, nig­dy nie był moim wro­giem. Nie­wy­klu­czo­ne, że ra­cję ma sta­ry Jan­czak - tymi swo­imi książ­ka­mi na­mie­szał Te­do­wi i mnie w gło­wie, bo­śmy już nig­dy nie mo­gli uwol­nić się od my­śle­nia o pi­sa­niu. Ale te ro­je­nia są mniej bo­le­sne od ceny kieł­ba­sy czy utra­ty ka­wał­ka ogro­du, któ­ry gmi­na pra­gnie za­mie­nić w oczysz­czal­nię ście­ków. Jak­że więc sta­wiać Bru­no­na Żu­bra w tej sa­mej ko­lej­ce do grze­chów co geo­de­tę czy skle­pi­ka­rza? Jak­że go ze­sta­wiać ze spe­ku­lan­ta­mi, zło­śliw­ca­mi, zło­dzie­ja­mi do­ra­bia­ją­cy­mi się na her­mań­skiej bie­dzie? Przy tych ob­cych Bru­no Żubr, po­eta, był pra­wie nasz. Teda i mój. Na tyle nasz, na ile nam po­zwa­lał w chwi­lach kom­plet­ne­go za­mro­cze­nia. Na tyle bli­ski, na ile po­tra­fi­li­śmy prze­móc wstręt, kie­dy pod­no­si­li­śmy go z zim­nej po­sadz­ki, po­ili­śmy przy­nie­sio­ną w bu­tel­ce go­rą­cą her­ba­tą i okry­wa­li­śmy sta­rym ple­dem po­dry­gu­ją­ce ple­cy. A on, gdy do­cho­dził do sie­bie, za­czy­nał opo­wia­dać nam o swo­im biur­ku. Że jest jak okręt, któ­rym moż­na do­trzeć do oce­anów ludz­kie­go cier­pie­nia. Mó­wił też o mocy i nie­mo­cy. Że ta pierw­sza daje skrzy­dła, dzię­ki któ­rym szy­bu­je się wy­żej od naj­śmiel­szych ma­rzeń, a ta dru­ga jest jak wred­na te­ścio­wa, bo uświa­da­mia, że z po­wo­du mi­ło­ści moż­na za­cząć nie­na­wi­dzić...

Ja naj­bar­dziej lu­bi­łem, gdy Bru­no Żubr, po­eta, uśmie­chał się do swo­ich wspo­mnień. Wte­dy opo­wia­dał o wiel­kich sa­lach za­peł­nio­nych ludź­mi. W tych sa­lach jego głos brzmiał gło­śno i ma­je­sta­tycz­nie, a wszy­scy pła­ka­li.

- Wy­obra­ża­cie to so­bie? - py­tał nas, wciąż jesz­cze wzru­szo­ny.

- Tro­chę - od­po­wia­da­łem uczci­wie.

- No, jak to so­bie wy­obra­żasz? - chciał wie­dzieć.

- U nas, w Her­mań­cach też tak bywa. - Spusz­cza­łem wzrok na po­dra­pa­ne ko­la­na. - Jak jest po­grzeb w ko­ście­le...

Żubr śmiał się tak gło­śno, że na­tych­miast na­le­wa­li­śmy mu z Te­dem ko­lej­ną por­cję her­ba­ty, bo wpa­dał w dy­cha­wicz­ny ton.

- Do­brze mó­wisz - przy­ta­ki­wał po dłuż­szej chwi­li. - I tam­to to były po­grze­by - wzdy­chał. - Moje po­grze­by - do­da­wał w za­my­śle­niu. - Tyl­ko wte­dy o tym nie wie­dzia­łem...

- To ile on miał tych po­grze­bów? - za­sta­na­wia­łem się, gdy wra­ca­li­śmy z Te­dem gło­go­wym wzgó­rzem.

- Trud­no po­wie­dzieć - szep­tał Ted. - Ale chy­ba dużo. I tak so­bie po­my­śla­łem - do­dał, za­trzy­mu­jąc się przed ber­be­ry­sa­mi - że nie każ­dy po­tra­fił­by prze­ma­wiać na wła­snym po­grze­bie.

- Też wy­my­śli­łeś! - wy­dą­łem war­gi. - Prze­cież on jest po­etą!

- Ale po­my­śla­łem, że na­wet nie każ­dy po­eta po­tra­fi - upie­rał się Ted.

- Tego nie wie­my, bo każ­de­go nie zna­my - po­sta­wi­łem na swo­im i dziel­nie za­nur­ko­wa­łem w ber­be­ry­sy.

Ted stał nie­zde­cy­do­wa­ny przed szpa­le­rem krza­ków. Nie zno­sił oka­le­czeń i trząsł się za każ­dym ra­zem, gdy trze­ba było po­ko­nać zie­lo­ne za­sie­ki.

- No, na co cze­kasz? - znę­ca­łem się po dru­giej stro­nie. - Prze­łaź, bo cię na­stęp­nym ra­zem nie za­bio­rę.

I Ted prze­ła­ził, drżąc i przy­sta­jąc. Pod­da­wał się ukłu­ciom, jak­by spra­wia­ły mu nie­wy­sło­wio­ną fraj­dę, ale na jego pie­go­wa­tej twa­rzy doj­rze­wa­ło cier­pie­nie. Oce­an cier­pie­nia, o któ­rym mó­wił nam Żubr. Dzię­ki Te­do­wi za­czy­na­łem ro­zu­mieć ból, po któ­ry upar­cie przy­cho­dzi­li­śmy do le­śni­czów­ki Her­ma­na. W tym jed­no­czą­cym nas do­świad­cze­niu sta­wa­li­śmy się z Te­dem tro­chę inni niż na­sze Her­mań­ce. By­li­śmy tu­tej­si, ale cze­ka­li­śmy na skrzy­dła, co do któ­rych Bru­no Żubr nie miał wąt­pli­wo­ści, że prę­dzej czy póź­niej też nam wy­ro­sną. I wła­śnie tam, w le­śni­czów­ce, u boku pi­ja­ne­go po­ety, zbie­ra­li­śmy ko­lej­ne piór­ka, znaj­do­wa­li­śmy nie­wi­dzial­ne lot­ki. One mia­ły nas kie­dyś unieść za gra­ni­cę wsi, wy­so­ko. Tak wy­so­ko, że całe Her­mań­ce mu­sia­ły­by zo­ba­czyć, jak so­bie wę­dru­je­my po­nad gło­giem, ber­be­ry­sem i la­sa­mi. Po­nad Dzi­ką Górą i po­bli­skim mia­stem. A kto wie? Może na­wet po­nad sa­mo­lo­tem pi­lo­ta Łaj­ki? Bo jak wy­so­ko moż­na się wspiąć, tego nie wie­dział na­wet sta­ry Bru­no Żubr. Prze­cież gdy­by wie­dział, też by się wspiął na ja­kiś swój szczyt, a nie le­żał w prze­mo­czo­nych por­t­kach na pro­gu wa­lą­cej się le­śni­czów­ki. Sta­ry, cuch­nąc na sto me­trów sa­mot­no­ścią i ta­nią wodą to­a­le­to­wą. Zbyt ta­nią, jak na zna­ne­go po­etę.

Już znacz­nie póź­niej za­sta­na­wia­li­śmy się z Te­dem, czy Bru­no Żubr był w Her­mań­cach szczę­śli­wy.

- Był - przy­po­mniał mi Ted. - Pa­mię­tasz, jak po­pro­si­li­śmy go o au­to­graf?

- Ja­sne, że pa­mię­tam. - Po­ki­wa­łem gło­wą. - Ale ręce tak mu się trzę­sły, że nie mógł utrzy­mać dłu­go­pi­su.

- Dla­te­go wziął go w obie ręce i pod­pi­sał. A po­tem pa­trzył w sza­re okno i nie wiem, czy się nie roz­pła­kał...

- Nie taka zno­wu była z nie­go bek­sa jak z cie­bie - za­uwa­ży­łem, a Ted za­czer­wie­nił się swo­im zwy­cza­jem, za­mknął to­mik po­ety Żu­bra i wsu­nął go za pa­zu­chę swe­go nie­mod­ne­go je­sien­ne­go płasz­cza.

***

Sza­now­ny Pa­nie Bru­no­nie Żu­brze, Po­eto!

Za­pew­ne dzi­wi się Pan, że pi­sze do Nie­go ten nie­po­zor­ny chło­pak z Her­mań­ców, ten mil­czek z odra­pa­ny­mi ko­la­na­mi. Błąd. Ko­la­na daw­no się za­go­iły i ża­den już ze mnie mil­czek. Na ga­du­łę ro­snę, mówi An­to­sio­wa, a ona, tak jak Pan, zna się ra­czej na wszyst­kim.

Te­do­wi nie wspo­mi­nam, że z Pa­nem ko­re­spon­du­ję. Uwa­żam bo­wiem, że po­win­ni­śmy mieć ja­kieś mę­skie ta­jem­ni­ce. Mój oj­ciec je ma, i sta­ry Wy­dma. A na­wet ksiądz Bel­ka, bo kie­dyś wi­dzia­łem, jak za­bi­ja mu­chę. To było dzień po ka­za­niu, w któ­rym się chwa­lił, że na­wet mu­chy by nie tknął. Kie­dy mu to przy­po­mnia­łem, po­pro­sił o za­cho­wa­nie se­kre­tu. Wy­da­je mi się, że rów­nież Ilo­na Szczę­ście ma mę­skie ta­jem­ni­ce ze wzglę­du na swój gru­by głos. W każ­dym ra­zie za­mie­rzam z Pa­nem ko­re­spon­do­wać, bo nie je­stem pe­wien, czy opu­ścił Pan Her­mań­ce z wła­snej woli, czy też był to ja­kiś nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek.

Przy­kro mi o tym pi­sać, ale mało kto roz­pa­czał po Pań­skiej śmier­ci. Za to dość dłu­go się o niej mó­wi­ło i umie­rał Pan na sto spo­so­bów. Bo każ­dy miał swo­ją opo­wieść, a co jed­na, to strasz­niej­sza. Moja mat­ka, choć Pana nie zna­ła, sły­sza­ła na przy­kład, że przy­wa­li­ła Pana pół­ka z Pana wła­sny­mi książ­ka­mi, tymi wy­da­ny­mi za pań­stwo­we pie­nią­dze. I że sam jest Pan so­bie wi­nien, bo jak­by Pan tych bzdur nie na­pi­sał, toby Pan so­bie spo­koj­nie nie­je­den jesz­cze ro­czek w ha­ma­ku spę­dził. Niech się Pan na moją mat­kę nie gnie­wa, po­wta­rza­ła, co sły­sza­ła, i tyle. A z ko­lei Ka­ziu Cza­pecz­ka barw­nie opi­sy­wał Pań­ski upa­dek z krze­sła. I twier­dził, że choć spadł Pan tyl­ko ze zwy­kłe­go me­bla, to wy­glą­dał Pan tak, jak­by prze­je­chał po Panu lan­zbul­dog Jan­cza­ków. Sta­ry Kor­tusz na to, że nie­praw­da, że ago­nia Pań­ska i do­go­ry­wa­nie po­wol­nie się od­by­wa­ło, a ze wszyst­kich cie­le­snych dziur za­czę­ły wy­cho­dzić ja­kieś dziw­ne ro­ba­ki. No i my­szy, zwa­bio­ne Pana po­etyc­ką obec­no­ścią, wraz ze szczu­ra­mi wy­le­gły ze wszyst­kich ką­tów i oso­bi­ście wy­mie­rzy­ły Panu po­śmiert­ną spra­wie­dli­wość.

Tyl­ko pani Mił­ka, wie Pan, bi­blio­te­kar­ka, tyl­ko ona nic nie mó­wi­ła. Cho­dzi­ła jak stru­ta, aż jej mąż ku­ter­no­ga po­szedł do Bel­ki pro­sić o spe­cjal­ną mszę za zdro­wie żony. Te­raz pani Mił­ka czu­je się zde­cy­do­wa­nie le­piej, a ostat­nio sie­dzia­ła przed bi­blio­te­ką w słoń­cu, ja­dła jabł­ko i jak­by nig­dy nic czy­ta­ła Pana wier­sze. Kie­dy przy­szli­śmy z Te­dem po nowe książ­ki, uśmiech­nę­ła się nor­mal­nie i rzu­ci­ła to­mik na tra­wę. Jak­by to były zwy­czaj­ne wier­sze, daj­my na to, Mic­kie­wi­cza albo Sło­wac­kie­go, a nie Pań­skie. Wy­glą­da­ła na tak samo szczę­śli­wą jak wte­dy, gdy któ­re­goś lata szła, krę­cąc bio­dra­mi ni­czym duża gęś, a my z Te­dem za­uwa­ży­li­śmy, że ma okrą­gły brzuch. Ni­czym wiel­ki pą­czek. Po­my­śle­li­śmy wte­dy, że albo za­czę­ła jeść jak smok, albo się roz­mno­ży.

Po­dob­nie jak pani Mił­ka, my z Te­dem wciąż czy­ta­my Pań­skie wier­sze i po­do­ba­ją się nam. Po­zdra­wiam Pana, cho­ciaż nie wiem, jak trze­ba za­koń­czyć taki list. Bo ani zdro­wia nie będę prze­cież Panu ży­czył, ani na­stęp­nych wier­szy, a je­śli na­pi­szę "do wi­dze­nia", to skła­mię, bo jesz­cze wca­le nie chcę się z Pa­nem zo­ba­czyć.

M. Zło­tow­ski

3

W Her­mań­cach jest pięk­nie wio­sną, la­tem, zimą i je­sie­nią, ale w po­zo­sta­łe dni pa­nu­je u nas zwy­kle brzyd­ka po­go­da - na­pi­sa­łem kie­dyś w szkol­nym wy­pra­co­wa­niu.

Za­wsze wy­bie­ra­łem te­mat do­wol­ny, któ­ry brzmiał: "Moje miej­sce na Zie­mi". Wszy­scy wy­bie­ra­li­śmy te­mat do­wol­ny. A po­tem każ­dy z nas, bez żad­nej ście­my, opi­sy­wał swo­je oso­bi­ste miej­sce na Zie­mi. Naj­czę­ściej wy­ra­ża­łem po­gląd, że Her­mań­ce są po­dob­ne do wiel­kiej kury trzy­ma­ją­cej roz­ca­pie­rzo­ne łapy po­mię­dzy je­zio­rem Po­god­no a uj­ściem rze­ki Ra­do­chy. Taką kurę od­kry­łem na le­śnej map­ce drwa­li. Sta­ła tam, pew­na sie­bie, jak­by była or­łem, a nie kurą. Z ko­lei Edek lu­bił na­zy­wać na­szą wieś pęp­kiem świa­ta. Na­wet nie­źle to brzmia­ło, ale nikt nie wie­rzył, że Edek sam to wy­my­ślił. Naj­pew­niej ze­rżnął z ja­kiejś ga­ze­ty, bo tyle wie­dział o pęp­ku, co wła­sny so­bie obej­rzał. Poza tym Edek my­śle­nie za­wsze zo­sta­wiał in­nym, słusz­nie uzna­jąc, że ży­cie jest wów­czas przy­jem­niej­sze.

Naj­le­piej Ko­stek. Po­rów­nał kie­dyś Her­mań­ce do wiel­kiej knaj­py, z któ­rej nie trze­ba wy­cho­dzić, bo jest w niej wszyst­ko. Rów­nież do pi­cia. Do­stał za tę me­ta­fo­rę li­nia­łem po ła­pach. Uwa­żam, że nie­słusz­nie. Może tyl­ko bar­dziej ele­ganc­ko by­ło­by sło­wo "knaj­pa" za­mie­nić na "re­stau­ra­cja".

Gdy­by ktoś mnie dzi­siaj za­py­tał, czy Her­mań­ce to wciąż owa kura, roz­kra­czo­na mię­dzy nie­bie­ski­mi pla­ma­mi na­szych wód, obu­rzył­bym się!

Dzi­siaj, gdy pa­trzę na nie ocza­mi przy­szłe­go pi­sa­rza, przy­po­mi­na­ją mi dam­ski ka­pe­lusz, nie­dba­le rzu­co­ny mię­dzy skraj Dzi­kiej Góry a Su­che Ba­gna. Lek­ko wy­mię­to­szo­ny, jak­by no­si­ła go na czub­ku gło­wy ja­kaś sza­lo­na stu­dent­ka ma­lar­stwa albo zwy­czaj­na me­nel­ka, ubie­ra­ją­ca się w to, co wpad­nie jej w ręce.

Je­że­li na Dzi­kiej Gó­rze wra­ca­my do zdro­wia dzię­ki dok­to­ro­wi Ro­cho­wi, to umie­ra­my za­zwy­czaj na dole. A ci z nas, któ­rzy nie chcą cze­kać z umie­ra­niem, bo z róż­nych wzglę­dów spiesz­no im opu­ścić Her­mań­ce, idą so­bie zwy­czaj­nie, jak gdy­by nig­dy nic, na Su­che Ba­gna. I tam ich po­tem znaj­du­je­my.

Wła­ści­wie nie wia­do­mo, dla­cze­go tu­tej­si wie­sza­ją się wła­śnie w grzą­skim pół­świat­ku ba­gien, gdzie drze­wa są cho­ro­wi­te i sła­be, nie tak do­rod­ne jak w szar­ła­tań­skim le­sie albo po­bli­skiej dą­bro­wie. Zda­niem sta­rych miesz­kań­ców cho­dzi tu o tra­dy­cję. Le­d­wo sto­ją te chu­de drze­wi­ska, oszpe­co­ne przy­wię­dły­mi ko­na­ra­mi, a tu jesz­cze trze­ba wziąć na skrzy­pią­ce krę­go­słu­py czy­jąś śmierć! Ale bio­rą, nie od­ma­wia­ją. Nie chcą być obar­czo­ne grze­chem cu­dze­go zwąt­pie­nia i de­ter­mi­na­cji. Ale są. I to z roku na rok co­raz więk­szym. Na tyle du­żym, że ksiądz Bel­ka su­ge­ru­je w ka­za­niach, aby Su­che Ba­gna wy­ciąć w pień. Bo drze­wa jak to drze­wa. Ule­ga­ją mil­czą­co tej śmier­tel­nej pre­sji, tym roz­pacz­li­wym ge­stom stra­ceń­ców. A zno­wuż lu­dzie jak to lu­dzie. Sta­ran­nie za­wią­zu­ją ostat­nie su­pły swe­go ży­wo­ta na su­chych ko­na­rach i nie­ru­cho­mie­ją wśród bez­li­sto­wia. Bled­ną i sza­rze­ją, do­łą­cza­jąc w ten spo­sób do śmier­ci sta­rych drzew. Ma się wra­że­nie, że ich du­sze ob­ra­sta­ją chro­po­wa­tą korą. Pew­nie z tego po­wo­du rzad­ko wspo­mi­na się u nas wi­siel­ców, a ich po­grze­by są naj­bar­dziej po­nu­rą uro­czy­sto­ścią w Her­mań­cach.

Na Su­chych Ba­gnach lu­dzie wie­sza­ją się albo wcze­sną wio­sną, albo je­sie­nią. Dok­tor Roch po­tra­fi wy­tłu­ma­czyć tę pra­wi­dło­wość. Ma w swych me­dycz­nych zbio­rach do­kład­ne wy­kre­sy umie­ral­no­ści, ob­cią­żo­ne ła­ciń­ski­mi na­zwa­mi. I co z tego, że dok­tor chce na­szą śmierć trak­to­wać po ła­ci­nie, na­uko­wo, chce ją upo­rząd­ko­wać i wy­ja­śnić, jak­by umie­ra­nie było za­da­niem ma­te­ma­tycz­nym, że się wy­cho­dzi z punk­tu A, aby kie­dyś dojść do punk­tu B, je­śli tu, w Her­mań­cach, każ­dy idzie wła­sną dro­gą i tam, gdzie chce. Dla­te­go u nas każ­da śmierć ma swo­ją bio­gra­fię. I to czę­sto o wie­le bo­gat­szą od ży­cia.

O tym, że śmierć za­wsze jest nie­zwy­czaj­na, świad­czyć może przy­kład sta­rej Ja­no­wej. Naj­pierw wszy­scy bar­dzo się dzi­wi­li, że Ja­no­wa wciąż żyje. Nie mia­ła już czym jeść i czym od­dy­chać, ale co­dzien­nie sia­da­ła na ple­cio­nym ta­bo­re­cie przed do­mem i wpa­try­wa­ła się w nie­bo. Chy­ba szu­ka­ła w nim dla sie­bie miej­sca. To­wa­rzy­szył jej brud­ny kun­del, zbie­ra­ni­na fu­tra i pcheł, grze­ją­cy jak ter­mo­for scho­ro­wa­ne nogi sta­rusz­ki.

- Pa­trz­cie - mó­wio­no w Her­mań­cach - Ja­no­wa jesz­cze żyje! Le­ka­rzom chy­ba na złość robi, bo ileż to moż­na?!

Żyło tyl­ko to zdzi­wie­nie, do­ty­czą­ce wciąż ga­pią­cej się w nie­bo Ja­no­wej, bo ona sama daw­no już dla nas umar­ła. Na­wet jej cór­ka Ste­nia tyl­ko ki­wa­ła ze zdu­mie­nia gło­wą.

- Żyje jak nic - stwier­dza­ła co rano, na­ty­ka­jąc się na mat­kę, i szła do swych za­jęć.

Cie­ka­we, ile jesz­cze lat spę­dzi­ła­by Ja­no­wa na swo­im ta­bo­re­cie, gdy­by nie ten wy­pa­dek z kun­dlem? Bo kun­del któ­re­goś razu za­plą­tał się pod smro­dli­we pod­brzu­sze ru­sza­ją­ce­go cią­gni­ka. Nie pierw­szy to raz i nie ostat­ni, kie­dy ko­lej­ny głu­pi pies źle oce­nił swe miej­sce na Zie­mi. Bo miej­sce psa jest prze­cież tak­że w ja­kiś spo­sób od­gór­nie usta­lo­ne. A Ja­no­wa, nie my­śląc wie­le lub wca­le, rzu­ci­ła się za swo­im to­wa­rzy­szem. Z tru­dem wczoł­ga­ła sztyw­ne cia­ło mię­dzy wal­czą­ce z bło­tem koła, tak sil­ne i nie­czu­łe, że prze­szły po niej, za­le­d­wie lek­ko pod­ska­ku­jąc. I zo­sta­li pod tym cią­gni­kiem obo­je. W krwa­wym uści­sku, któ­ry obej­rza­ła za­raz cała wieś.

Ktoś wpadł na­wet na po­mysł, aby po­cho­wać ich ra­zem, w jed­nej trum­nie, ale Ste­nia nie wy­ra­zi­ła na to zgo­dy.

Kie­dy już wszy­scy z Her­mań­ców na­pa­wa­li się peł­nym gro­zy wi­do­kiem mar­no­ści ludz­kie­go i psie­go cia­ła, kie­dy po raz pierw­szy przyj­rze­li się Ja­no­wej tak do­kład­nie i kie­dy wresz­cie ją do­strze­gli, w sta­rej su­kien­ce, zmiaż­dżo­ną jak orzech wło­ski, nad­szedł czas roz­wa­żań o jej ży­ciu i śmier­ci. I sta­ło się tak, że o ży­ciu Ja­no­wej nikt nie miał nic do po­wie­dze­nia, ale jej śmierć prze­nik­nę­ła w sam śro­dek na­szej cie­ka­wo­ści. Tyle było do­my­słów i tyle gdy­bań, że Ja­no­wa, choć daw­no spo­czę­ła na na­szym ma­łym cmen­ta­rzu, wciąż ob­ra­sta­ła nową hi­sto­rią. Jak blusz­czem. A prze­cież tak na­praw­dę nikt jej nie znał. Na­wet wła­sna cór­ka.

 

Po­rów­na­nie Her­mań­ców do ka­pe­lu­sza spodo­ba­ło się pi­lo­to­wi, któ­ry kil­ka razy w roku krą­ży nad na­szy­mi la­sa­mi i roz­sie­wa środ­ki prze­ciw­ko wście­kliź­nie. Ze wzglę­du na sa­mo­lot ma­wia­my, że pi­lot ma w Her­mań­cach naj­więk­sze­go pta­ka. Ale bar­dziej od pta­ka za­zdro­ści­my mu czę­ste­go prze­by­wa­nia w miej­scach dla nas nie­do­stęp­nych.

Prze­by­wa­nie w miej­scach nie­do­stęp­nych robi na tu­tej­szych spo­re wra­że­nie. Pi­lot, zwa­ny tro­chę zło­śli­wie Łaj­ką, od lat ja­dał w ba­rze "Mal­czik" za dar­mo. Naj­czę­ściej śle­dzie w śmie­ta­nie. Pi­jał też za dar­mo, gdyż by­wal­cy chęt­nie sta­wia­li mu ko­lej­ki w za­mian za pod­nieb­ne opo­wie­ści. W ten spo­sób po­zna­wa­li­śmy na­sze Her­mań­ce z bo­skiej per­spek­ty­wy, bo prze­cież nie in­a­czej pa­trzył na nas z góry do­bry Bóg.

Je­że­li do­bry Bóg oce­niał Her­mań­ce ocza­mi pi­lo­ta Łaj­ki, to pół bie­dy. Go­rzej, je­śli uży­wał oku­la­rów księ­dza Bel­ki, któ­ry tak­że wszedł w po­sia­da­nie miej­sca nie­do­stęp­ne­go dla zwy­kłe­go śmier­tel­ni­ka, otrzy­maw­szy wraz z na­szym ko­ścio­łem am­bo­nę.

Wpraw­dzie am­bo­na znaj­do­wa­ła się bli­sko zie­mi, a ksiądz Bel­ka rzad­ko bu­jał w ob­ło­kach, ale to je­dy­nie po­gar­sza­ło sy­tu­ację, bo nikt nie znał na­szych Her­mań­ców tak do­brze jak on. I to nie tyl­ko z góry i z dołu, ale i z mrocz­nych her­mań­skich środ­ków. Jak­by by­wał z wi­zy­tą w na­szych trze­wiach, jak­by świę­cił na­sze prze­peł­nio­ne plu­ga­wy­mi uczu­cia­mi ser­ca i jak­by za­glą­dał do tro­chę nad­psu­tych w ba­rze "Mal­czik" wą­trób czy też prze­pa­lo­nych ta­ni­mi faj­ka­mi płuc.

Tak. Bez wąt­pie­nia Bel­ka wie­dział o nas wię­cej niż kto­kol­wiek inny. No, może poza dok­to­rem Ro­chem.

Roch tak­że po­świę­cał swój nie­oce­nio­ny na­uko­wo czas, aby zgłę­bić na­sze skom­pli­ko­wa­ne na­tu­ry. Wszyst­kie nie­po­ko­iły go w rów­nym stop­niu, wszyst­kie wy­ma­ga­ły sta­ran­nych ba­dań oraz no­ta­tek. Za­kład Te­ra­pii, któ­rym dok­tor do­wo­dził, mie­ścił się na Dzi­kiej Gó­rze, i je­śli co­kol­wiek łą­czy­ło go z am­bo­ną, to owo wy­nie­sie­nie na naj­wyż­szy oko­licz­ny szczyt, po­nad ziem­skie, zwy­czaj­ne spra­wy. Bo naj­star­si do dziś z upo­rem twier­dzą, że jesz­cze kil­ka mie­się­cy przed bu­do­wą kli­ni­ki na zbo­czach Dzi­kiej Góry wa­łę­sa­ła się ostat­nia oko­licz­na wiedź­ma. Zia­ła ogniem i z tego po­wo­du drew­nia­na kon­struk­cja sta­wia­ne­go bu­dyn­ku trzy­krot­nie pło­nę­ła.

Dla­cze­go trzy­krot­nie?

Zda­niem mo­je­go ojca dla­te­go, że to ma­gicz­na cy­fra sym­bo­li­zu­ją­ca Trój­cę Świę­tą, ale trze­ba pa­mię­tać, ma­wiał mój oj­ciec, że nig­dzie tak jak na Dzi­kiej Gó­rze nie sza­la­ły pio­ru­ny. Do­wo­dził, że brak pio­ru­no­chro­nu mógł stać się przy­czy­ną wy­ła­do­wa­nia. Po ta­kim wy­kła­dzie oj­ciec naj­czę­ściej za­pa­dał w po­nu­re mil­cze­nie, gdyż nasz dom, po­dob­nie jak resz­ta her­mań­skich cha­łup, też nie był za­bez­pie­czo­ny.

Z ko­lei sta­re ko­bie­ty uśmie­cha­ły się pod no­sem i twier­dzi­ły, że do trzech razy sztu­ka. Nie sta­ra­łem się nig­dy zgłę­biać tego, co mó­wi­ły ko­bie­ty, po­nie­waż oj­ciec zwykł ma­wiać, że bab­skie­go ga­da­nia na­wet mą­dry nie poj­mie.

A kie­dy na prze­kór zglisz­czom i po­ża­rom kli­ni­ka sta­nę­ła, po­ra­sta­jąc z roku na rok chmie­lo­wy­mi pió­ro­pu­sza­mi i mchem zie­le­nie­ją­cym na eter­ni­to­wych dasz­kach, na szczyt Dzi­kiej Góry roz­po­czę­ły się mę­skie piel­grzym­ki. Na krót­kie tur­nu­sy zdro­wot­ne tra­fia­li lu­dzie pod pew­ny­mi wzglę­da­mi nie­zwy­kli.

Dok­tor Roch lek­ce­wa­żył księ­dza Bel­kę i ma­wiał o nim "nie­groź­ny wa­riat". Ta sama dia­gno­za do­ty­czy­ła w róż­nym stop­niu ca­łej wsi. By­li­śmy bez wąt­pie­nia inni, co nam jed­nak po­nie­kąd schle­bia­ło. By­cie in­nym niż resz­ta świa­ta może w pew­nych oko­licz­no­ściach ucho­dzić za kom­ple­ment. U nas, w Her­mań­cach, ucho­dzi­ło. Po­ję­cie świa­ta tak­że in­ter­pre­to­wa­li­śmy na swój spo­sób. Świat bo­wiem był tam, gdzie by­li­śmy my. Za­czy­nał się od ma­łej po­ro­dów­ki, koń­czył na po­bli­skim cmen­ta­rzu i miał kształt zie­lo­ne­go ka­pe­lu­sza. Zda­niem Łaj­ki - dam­skie­go. Zda­niem dok­to­ra Ro­cha - my­śliw­skie­go, gdyż w swej nie­chę­ci do ko­biet po­zba­wiał je na­wet pra­wa do no­sze­nia ka­pe­lu­szy. A zda­niem księ­dza Bel­ki to wca­le nie był ka­pe­lusz, tyl­ko zie­lo­na tia­ra. Zie­lo­na, gdyż na­le­ża­ło mieć na­dzie­ję, że her­mań­ska spo­łecz­ność któ­re­goś dnia się na­wró­ci, choć nic na to nie wska­zy­wa­ło.