Herezja. Jezus Chrystus i inni synowie Boga - Catherine Nixey


Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
Apsethus jest bogiem.
Greckie papugi przepowiadają pojawienie się
kolejnego bóstwa,
LIBIA, OKOŁO II WIEKU
Jego narodziny były cudem. U progu I tysiąclecia, za rządów Oktawiana Augusta, w miasteczku przy wschodniej granicy Cesarstwa Rzymskiego, kobieta zaszła w ciążę. Gdy jej brzuch zaczął nabierać kształtów, odwiedził ją anioł i do niej przemówił, ale ona wcale się go nie bała. Zapytała skrzydlatą zjawę, kim będzie jej syn, ta zaś odpowiedziała, że bogiem. I to nie synem bożym, tylko samym bogiem, wcielonym i zrodzonym z łona śmiertelnej kobiety31.
Gdy chłopiec przyszedł na świat, niebiosa zdawały się to witać: błyskiem pioruna, który pojawił się nad miejscem jego narodzin, po czym umknął ku górze. Jeden z wyznawców narodzonego pisał później: "Bogowie dali sygnał i znak jego niezwykłości"32.
W jego dalszym życiu nie brakowało nawet większych dziwów. Gdy dorósł, ludzie zaczęli do niego lgnąć. Niektórzy przychodzili, bo usłyszeli cudowną historię jego narodzin i byli ciekawi. Innych fascynował jego niecodzienny wygląd. Mężczyzna był piękny, ale nosił się tak prosto, że niemal ekscentrycznie. Zapuścił długie włosy i chodził boso w prostych lnianych szatach.
Jeszcze inni przychodzili, aby słuchać tego, co mówił. Mężczyzna miał bowiem taką charyzmę, że gdy pojawiał się w jakimś mieście, robotnicy porzucali pracę i szli za nim. Wreszcie jeszcze inni przychodzili, aby ich uzdrowił, bo słyszeli, że wypędza demony, leczy chorych, a nawet wskrzesza zmarłych.
Najbardziej niezwykłego cudu dokonał jednak w całkiem zwyczajnych okolicznościach. Rzecz miała miejsce w Rzymie, w ponury i przygnębiający dzień. Padał deszcz, a miasto pogrążało się w chorobie. Ludzie na każdym rogu kaszleli i chrypieli. Nawet sam cesarz niedomagał.
Mężczyzna wybrał się akurat na przechadzkę. Napotkał procesję pogrzebową, która kroczyła w deszczu za ciałem młodej dziewczyny. Dziewczyna pochodziła z jednej z najznamienitszych rodzin w mieście i tego dnia miała wziąć ślub, ku radości wszystkich bliskich. Tymczasem umarła, dokładnie w godzinie zaślubin. Zamiast więc tańczyć i się radować, dwie rodziny ruszyły ulicami zjednoczone w żałobie. Ponoć wraz z jej niedoszłym małżonkiem pannę młodą opłakiwało całe miasto.
Zobaczywszy ich smutek, mężczyzna zbliżył się do nich. Położył ciało na ziemi i powiedział: "Zakończę waszą żałobę nad tą dziewczyną"33. Zapytał uczestników konduktu, jak miała na imię. Oni nie do końca wiedzieli, co się dzieje, ale uznali, że mężczyzna zamierza wygłosić mowę pogrzebową. On tymczasem dotknął ciała i "ledwo za sprawą dotyku i jakichś sekretnych słów obudził pannę młodą, która przecież wcześniej zmarła". Teraz ożyła w jednej chwili. "Dziewczyna przemówiła i wróciła z ojcem do jego domu"34.
Nie wszyscy traktowali te historie poważnie. Wielu się wydawało, że to bzdury. Inni widzieli to jednak na własne oczy i wierzyli. Wierzyli zresztą nie tylko w to, że mężczyzna czynił cuda, ale także w prawdziwość wizji jego matki. W ich oczach długowłosy uzdrowiciel był rzeczywiście wcielonym synem bożym zrodzonym ze śmiertelniczki. On sam raz zresztą oświadczył: "Nie jestem śmiertelnikiem"35. Jeden z późniejszych autorów stwierdził, że jego biografia powinna nosić tytuł: "Wizyta boga wśród ludzi"36.
Wieści o nim docierały daleko i zewsząd ludzie przybywali gromadnie do jego świątyń. Mężczyzna szybko stał się jednym z najpopularniejszych cudotwórców Cesarstwa Rzymskiego. Zyskał sobie tak wielką popularność, że - przynajmniej tak mówiono - wkrótce nawet rodzina cesarska zaczęła oddawać mu część37.
Nazywał się Apoloniusz z Tiany. Chrześcijanie nazywali go potem antychrystem38.
Dla poety Johna Miltona sprawa była jasna: narodziny Chrystusa w jednej chwili położyły kres bogom Cesarstwa Rzymskiego. Ledwo zaświtał ranek, starożytni rzymscy bogowie i boginie, a także wszyscy półbogowie i nimfy dowiedzieli się, co zaszło, uznali własną klęskę i opuścili ziemię. Milton pisał, że pośród pól, wzgórz i lasów Italii dało się słyszeć zawodzenie i głośny lament starych bóstw, które uciekały w popłochu39. W momencie przyjścia Chrystusa niebo i ziemia uległy przeobrażeniu.
Ta koncepcja długo utrzymywała się zarówno w poezji, jak i w prozie. Oświeceniowy historyk Edward Gibbon twierdził, że narodziny Chrystusa nie tylko były podwalinami chrześcijaństwa, ale też w ogóle stanowią początek prawdziwych wierzeń religijnych w świecie starożytnym. Jego zdaniem Rzymianie jako ludzie niezwykle błyskotliwi nie mogli wierzyć w swoich śmiesznych bogów - takiego na przykład lubieżnego i wiecznie uganiającego się za spódniczkami Jowisza, nadętą Junonę i wszystkich innych - i tak naprawdę żywili w stosunku do nich "potajemną pogardę". Dopiero gdy pojawił się Jezus, zaczęli szczerze wyznawać religię, bo wreszcie zaznali "prawdziwego objawienia godnego racjonalnego uznania i wiary"40. Jeszcze w XX wieku E.H. Gombrich z przekonaniem tłumaczył dzieciom, dla których napisał Krótką historię świata (A Little History of the World), że za sprawą chrześcijaństwa Rzymianie poznali "coś całkowicie nowego, o czym nigdy wcześniej nie słyszeli"41. Przekaz wszystkich tych autorów był jasny. Ich zdaniem świat starożytny czekał na zbawiciela.
Taka narracja, jakkolwiek ujmująca, jest jednak nieprawdziwa. Gdy się wczytać w starożytne teksty - odrzuciwszy uprzednio wszystko to, co wtłoczyły do naszych umysłów dwa tysiąclecia myśli chrześcijańskiej - bez trudu dostrzeże się, że ten nieoświecony pogański świat tak naprawdę nie wypatrywał żadnego zbawiciela. Jeśli już, to co najwyżej cierpiał z powodu nadmiaru ludzi aspirujących do tego miana. Dla starożytnych chrześcijaństwo nie miało w sobie absolutnie nic nowatorskiego. Jego wyznawcy twierdzili, że Jezus był synem boga zrodzonym z dziewicy. Starożytni autorzy chętnie wspominają, że nie oni jedni opowiadali takie rzeczy. Podobny status próbowano przypisywać boskiemu uzdrowicielowi Asklepiosowi (synowi boga Apolla i śmiertelniczki), Apoloniuszowi (synowi boga Proteusza i śmiertelniczki), a także Pitagorasowi (również synowi Apolla i śmiertelniczki). Boski rodowód miał rzekomo mało cnotliwy Aleksander Wielki (spłodzony przez boga, który jakoby nawiedził jego matkę pod postacią węża)42. Starożytni krytycy nie bez pewnej zjadliwości wskazywali, że takie przykłady można mnożyć.
Starożytni intelektualiści nie tylko nie wzdychali z zachwytu nad historią Jezusa, ale wręcz ich ona nudziła. Odnosili się do niej z lekceważeniem, nie kryjąc nawet specjalnie rozbawienia. Krytykowali w zasadzie wszystko, co się wiązało z działaniem tej nowej sekty. Filozof Porfiriusz żyjący w III wieku pisał o chrześcijańskich opowieściach, że to nic niewarte "wymysły". Dla niego były to jedynie "historyjki będące wytworem wyobraźni", "pełne głupot", a przy tym napisane "komicznym i nieprzekonującym" stylem. O chrześcijańskich metaforach pisał, że to "bezwartościowe wynurzenia", a chrześcijańską teologię uważał za idiotyczną43. Starożytni autorzy darzyli też niewielkim poważaniem chrześcijańskie zapowiedzi końca świata (który się przecież nie kończył) i zmartwychwstania po śmierci (jakoś nikt nie wracał do żywych). Słynący z religijności C.S. Lewis napisał kiedyś, że Jezus musiał być albo kłamcą, albo szaleńcem, albo rzeczywiście Bogiem44. Cyniczny świat pogański nie miał problemu z rozstrzygnięciem tej kwestii, a już z całą pewnością nie dopatrywał się w nim tego trzeciego.
Nikt nie zaprzeczy, że chrześcijaństwo wniosło parę nowych elementów, choćby zwyczaj rytualnego spożywania "ciała" i "krwi" swojego zbawiciela. Łagodnie jednak rzecz ujmując, nie wywoływało to wielkiego entuzjazmu starożytnych obserwatorów. Grecy i Rzymianie bynajmniej nie przyjmowali tego jako "godnego racjonalnego uznania", jak chciałby Gibbon. Raczej budziło to w nich odrazę. Porfiriusz uznawał za skrajnie dziwne, "żeby człowiek miał kosztować ludzkiego mięsa i pić krew przedstawicieli swojego plemienia i rasy, aby w ten sposób dostąpić życia wiecznego"45. Filozof nie potrafił tego pojąć. "Cóż to właściwie (...) oznacza?", dopytywał. Zastanawiał się, czy to ma jakiś wymiar alegoryczny. Nawet jeśli tak, to i tak wprawiało go to w osłupienie i oburzało jako "bestialskie i absurdalne". Sama myśl o tym wydawała mu się odstręczająca. Pisał: "Woń tej historii deprawuje duszę, bo każe jej się zajmować rzeczami nieprzyjemnymi"46. Wspomniany zwyczaj nie był taki zupełnie nowy, już wcześniej niektórzy wierzyli, że ludzka krew ma magiczną moc, gdy się ją spożywa. Pliniusz Starszy z niesmakiem pisał o przypadkach, w których ludzie rzucają się na arenę, aby spijać krew gladiatorów, zupełnie jakby stanowiła ona nośnik życia47. Trudno się jednak dziwić, że ta osobliwa koncepcja nie porywała tłumów, a zwłaszcza że nie przemawiała do ludzi wykształconych (o czym niech świadczy choćby intelektualne oburzenie Porfiriusza).
Starożytni obserwatorzy nowego chrześcijańskiego kultu irytowali się nawet nie tyle na to, że Chrystus dokonywał cudów czy że przypisywał sobie boskie cechy, ile przede wszystkim na przekonanie jego wyznawców, że jest w tym cokolwiek nadzwyczajnego. Celsus dopytywał, dlaczego niby jego własne opowieści zasługują jedynie na miano "legend", a te mają być uważane za "szlachetne i przekonujące"?48. Jeden z greckich autorów oburzał się, że Chrystus przecież wcale nie był taki wyjątkowy, ponieważ inni ludzie "też dokonywali cudów (...), a nawet niezliczonych cudów"49. Autorzy starożytni dziwili się też, że chrześcijanie pokładają tak wielką wiarę w tekstach tworzonych przez ludzi niewykształconych. Jeden z nich zauważał: "Rozpisują się o Jezusie, jak to on przywracał wzrok ślepym i sprawiał różne podobne cuda"50, zwracał jednak uwagę, że "uczynki Jezusa zostały wyolbrzymione" przez jego wyznawców, których żadną miarą nie można by nazwać uczonymi, a raczej "kłamcami [i] prostakami"51.
Greccy i rzymscy sceptycy krótko rozprawiali się także z proroctwami Jezusa, które jego uczniowie tak chętnie powtarzali. Celsus zauważał, że nie brakuje ludzi, którzy "przy każdej okazji coś prorokują"52. Można ich było spotkać w świątyniach i przed świątyniami, jak perorowali o końcu czasu. "Szwendają się i żebrzą, chodząc od miasta do miasta, od obozu wojskowego do obozu. Udają poruszonych, jakby głosili słowa wyroczni"53.
Na Bliskim Wschodzie nie brakowało w tamtym czasie wieszczów zagłady. Celsus uznawał ich za "najdoskonalszych w tym regionie". Twierdził, że ich "proroctwa" brzmią zawsze tak samo. Najpierw przypisują sobie boskość, potem wspominają o nadchodzącym zniszczeniu świata, a wreszcie dodają: "Błogosławiony ten, kto teraz mnie wielbi, bo za moją sprawą wszystkich innych - w miastach i na wsiach - pochłonie wieczny ogień. Kto w porę nie zrozumie, co go czeka, na próżno potem będzie próbował odpokutować i się skarżyć. Ocalę na wieczność tych, których zdołałem przekonać"54. Chrześcijanie nie mówili o tym głośno, ale również zdawali sobie sprawę, że mają liczną konkurencję. Zdecydowanie ich to nie cieszyło. Ewangelia Mateusza przestrzega: "Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych"55.
Celsus rozwlekle skarżył się na zamęt, jaki to wywołuje. Skąd bowiem człowiek ma wiedzieć, któremu wieszczowi zagłady wierzyć? "Jeśli jedni głoszą chwałę Jezusa, a inni kogoś innego, ale wszyscy twierdzą to samo: "Uwierz, jeśli chcesz być zbawiony, bo inaczej koniec z tobą", to cóż mają robić ci, którzy rzeczywiście pragną ocalenia? Czy mają rzucić kością, aby w ten sposób odgadnąć, do kogo się zwrócić i za kim iść?"56.
Porfiriusza zajmował z kolei inny aspekt chrześcijańskiej opowieści. Skoro bowiem aby dostąpić zbawienia, trzeba było wierzyć w Chrystusa, to dlaczego Bóg zesłał go tak późno? Dlaczego skazał na piekło wszystkich, którzy żyli i umarli przed jego przyjściem? "Cóż takiego - pytał - uczynili ludzie żyjący przez tyle wieków przed Chrystusem (...) dlaczego rzekomy zbawiciel przez te wszystkie wieki się nie objawił?"57. Co z tymi wszystkimi biednymi ludźmi, którzy urodzili się i odeszli z tego świata, zanim pojawił się Jezus? Dlaczego on nie przyszedł nieco wcześniej? "Czy rzeczywiście mógł przyjść tylko pod koniec dni, a nie wcześniej", skoro przez to skazał na potępienie "niezliczenie wielu ludzi" urodzonych przed nim? Porfiriusz nie potrafił pojąć, dlaczego rzekomo "współczujący i miłosierny Bóg" na to pozwolił?58.
Porfiriusz nie ma przy tym litości dla głoszonego przez chrześcijan końca świata. Jego zdaniem nikt chyba nie jest "tak niewykształcony i tak głupi", żeby wierzyć w ich absurdalne opowieści o tym, co się wydarzy w momencie końca czasów. Jednocześnie Porfiriusz nie wierzy, aby ów koniec miał rzeczywiście wkrótce nastać. Chrześcijanie twierdzili, że stanie się to, gdy tylko ewangelia dotrze do krańców świata. Porfiriusz twierdzi tymczasem, że jest już znana "na każdej ulicy świata", a mimo to "końca nie widać i on nigdy nie nadejdzie"59.
Chrześcijanie stopniowo nabierali pewności siebie i z czasem głosili swoje przesłanie coraz bardziej agresywnie. Wtedy zaczęli sprzeciwiać się stawianiu ich w jednym szeregu z innymi kultami i przyrównywaniu Jezusa do innych starożytnych uzdrowicieli czy zbawicieli. Niemniej początkowo nie tylko uznawali te podobieństwa, ale wręcz się do nich odwoływali, na przykład gdy potrzebowali precedensu dla swoich tez. Justyn Męczennik napisał w II wieku: "Gdy twierdzimy nadto, że [Jezus] zrodził się bez spółkowania kobiety z mężczyzną i że (...) został ukrzyżowany, umarł i powstał z martwych, a potem wstąpił do nieba, w istocie nie twierdzimy niczego odmiennego od tego, w co wy wierzycie w odniesieniu do rzekomych synów Jowisza"60.
Justyn mógł sobie pozwolić na takie porównania między innymi dlatego, że - inaczej niż to sobie wyobrażali Milton czy Gibbon - starożytny świat nie został wyzuty z dotychczasowych bogów natychmiast po przyjściu Chrystusa. Wprost przeciwnie, starożytne bóstwa nadal funkcjonowały w świadomości ludzi i stanowiły obiekty kultu. Rzymski panteon był zresztą rozleglejszy, niż się większości nas wydaje. Oprócz słynnych bogów, którzy do dziś funkcjonują w powszechnej świadomości - takich jak Apollo, Junona i Jowisz - w jego skład wchodziło również wiele pomniejszych bóstw.
W starożytnym świecie każde przedsięwzięcie człowieka, począwszy od zebrania Senatu, przez obsiewanie pola, a skończywszy na akcie seksualnym, jakoś się odnosiło do świata bogów i z jakimś bogiem się kojarzyło. Jeden z krytyków narzekał później, że przedstawiciele panteonu szczególnie interesowali się sprawami sypialni. W V wieku pewien chrześcijanin utyskiwał, że spraw kochanków doglądało "tyle bóstw obojga płci". Jest "bogini Virginensis (Dziewicza), by dziewicę szat pozbawić", a gdy to się dokona, "bóg Subigus (Podkładacz)" przystępuje do dzieła, "by ją mężowi podłożyć". Pomóc może "bogini Prema (Tłoczka), by podsuniętą tak mocno przytulić, iżby się nie kręciła"61. Trudno powiedzieć, jak rzecz się miała z romansem w rzymskiej sypialni, ale najwyraźniej religia odgrywała w niej wielką rolę.
W skład tego kłótliwego panteonu wchodziło kilka bóstw podobnych do Jezusa (choć z racji tego, że od niego wcześniejszych, pewnie słuszniej byłoby powiedzieć, że stanowiących jego pierwowzór). O religii starożytnego Rzymu mówi się czasem, że przypominała targ. Jak to na rynku bywa, często największe sukcesy odnosiły produkty bardzo do siebie podobne. Nie wszystkie te postacie wpasowywały się w tę samą niszę i nie wszystkie sprawiały takie same cuda - bo niektóre głównie prorokowały, inne parały się wróżbiarstwem, a jeszcze inne dokonywały niemożliwego - niemniej miały pewne cechy wspólne. Te często zresztą stanowiły przedmiot kpin ze strony sąsiadów sceptycznie nastawionych do dziwactwa i szarlatanerii.
Weźmy choćby takiego Apsethusa, rzekomego - i generalnie dość rozczarowującego - mistyka, który w II wieku działał w Libii. Tak bardzo zależało mu na statusie boga, że wytresował papugi, aby latały wokół niego i skrzeczały: "Apsethus jest bogiem". Sąsiedzi szybko je jednak wyłapali i w ramach zemsty wyuczyli je innego, równie sensacyjnego hasła: "Apsethus zamknął nas w klatce i kazał mówić, że Apsethus jest bogiem"62. Potem Libijczycy jakby stracili poczucie humoru, bo spalili niedoszłego boga żywcem. Tym samym dołączył on do grona proroków, którzy nie znaleźli uznania we własnym mieście.
Jak słusznie zauważali cynicy, w tamtych czasach niewiele było trzeba, żeby powstała nowa religia. Grecki satyryk Lukian ciętym językiem opisywał szarlatana imieniem Aleksander, który pojawił się na wschodzie Cesarstwa Rzymskiego na początku II wieku i tam zaczął promować nową religię. Jeśli wierzyć Lukianowi, zamiary miał mało wzniosłe, a raczej zupełnie przyziemne. Dostrzegł mianowicie, że "ludzkie życie podlega kaprysom dwóch tyranów: nadziei i strachu". Religia pomaga poskromić jednego i drugiego, Aleksander doszedł więc do wniosku, że "szybko się wzbogaci, jeśli powoła do życia własną63.
Na pewno miał dobre podstawy: boskie pochodzenie (podawał się za wnuka boga) i wygląd (oczy mu lśniły "potężnym blaskiem zapału i entuzjazmu")64. Brakowało mu tylko prawdziwie proroczych loków. Lukian wspomina, że ponieważ włosy nie dorastały do odpowiedniej długości, Aleksander sztucznie je przedłużał. Robił to tak wprawnie, że "większość ludzi nie potrafiła poznać, że to nie są jego własne [włosy]"65.
Dopilnowawszy kwestii wyglądu, Aleksander - "wytrawny łobuz" - przypuścił szturm na swoje "ofiary" (tak o nich pisze Lukian). Wyruszył w zacofane rejony, aby tam szukać ludzi, bez których zdaniem satyryka nie miałby szans stworzyć nowej religii, a mianowicie "tępaków" i "prostaków" gotowych za nim pójść. Lukian twierdzi, że ledwo objawił się ze swoimi bzdurami w jakimś zapadłym kącie, a od razu miejscowi patrzyli na niego "jakby był bogiem z nieba"66.
Aleksander sportretowany przez Lukiana niewątpliwie ma swój urok, ale z dzisiejszej perspektywy spośród wszystkich starożytnych cudotwórców największe wrażenie robi Apoloniusz - a to głównie dlatego, że wiele opowieści na jego temat tak łudząco przypomina te o Jezusie. Nawet urodził się mniej więcej w tym samym czasie. O Jezusie mówi się, że przyszedł na świat między 6 rokiem przed naszą erą a 6 rokiem naszej ery. W przypadku Apoloniusza tak samo trudno o precyzję, ale najpewniej zdarzyło się to od 4-3 roku przed naszą erą do "wczesnych lat" I wieku naszej ery. Niektórzy badacze wskazują jako datę jego narodzin nawet 30 czy 40 rok naszej ery, co tylko podkreśla, jak bardzo niejasna jest ta historia67. Niemniej wydaje się możliwe, a nawet prawdopodobne, że dwie wspomniane osoby żyły w tym samym czasie. Już starożytni krytycy z lubością wskazywali, że poza datą urodzenia łączyło je także wiele innych podobieństw.
Trud szczegółowego porównania obu życiorysów zadał sobie co najmniej jeden starożytny autor. Nie wiemy, do jakich wniosków doszedł - bo podobnie jak wiele innych tekstów krytycznych w stosunku do chrześcijaństwa, również i jego dzieło zaginęło - niemniej nie trzeba nawet specjalnie zgłębiać sprawy, żeby się domyślić, jak niewielkiego wysiłku wymagało sporządzenie tego zestawienia. Weźmy choćby same okoliczności przyjścia na świat obu postaci. Jeśli wierzyć jego zachowanej do naszych czasów biografii, matka Apoloniusza z Tiany została w okresie ciąży nawiedzona przez boską istotę, co jej wszakże nie przestraszyło. Dowiedziała się wówczas, że nosi pod sercem boga68. Również Marii, matce Jezusa, ukazał się anioł. "Lecz anioł rzekł do Niej: "Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga"". Ona również dowiedziała się, że pocznie syna i że "Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym"69. Według ewangelii narodzinom Jezusa towarzyszy "gwiazda na Wschodzie", a przyjście na świat Apoloniusza zwiastuje błyskawica70.
Podobieństwa dotyczą także ich dalszych losów. Obaj mężczyźni po wejściu w wiek dorosły rozpoczynają życie wędrowne. Chodzą od jednego miejsca do drugiego, nauczając i pozyskując zwolenników. Dowiadujemy się, że gdy Apoloniusz przybywał do jakiegoś miasta, "żaden robotnik nie zostawał przy swoim rzemiośle, tylko wszyscy szli za nim"71. W przypadku Jezusa pracę porzucają rybacy. Jezus woła ich, aby z nim poszli, a oni: "natychmiast, zostawiwszy sieci, poszli za Nim"72.
Zarówno Jezus, jak i Apoloniusz wskrzeszają zmarłych. Ten drugi czyni to w Rzymie, gdy jego uwagę przykuwa kondukt idący za ciałem młodej dziewczyny niesionej na marach. Z ewangelii dowiadujemy się, że Jezus "gdy przybliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego - jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta"73.
Apoloniusz nakazuje żałobnikom położyć mary na ziemi i zapewnia, że uwolni ich od łez. W Biblii zaś czytamy, że Jezus zwraca się do matki. "Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: "Nie płacz""74. Apoloniusz podchodzi do ciała, dotyka dziewczyny i szepcze jej coś, czego nikt nie słyszy, a ona wówczas się budzi, przemawia i wraca ze swoim ojcem do domu. Z Biblii dowiadujemy się, że Jezus "postąpił i dotknął się mar". Po czym "rzekł: "Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!". A zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce"75.
Na tym nadal nie koniec podobieństw. Apoloniusz, tak samo jak Jezus, naraża się władzom, i to na tyle, że staje przed rzymskim sądem. W obu opowieściach proces został ukazany jako zdarzenie dramatyczne, ponieważ obu podsądnym groziła kara śmierci. Mimo to obaj chętnie stawiają się przed obliczem sędziego, w obu przypadkach ku rozpaczy przyjaciół i wyznawców. Tuż przed procesem Apoloniusza jeden z towarzyszy pyta go, czy jeszcze się zobaczą. Apoloniusz zapewnia go, że tak. "Czy będziesz żyw?", pyta przyjaciel. Apoloniusz śmieje się i odpowiada: "Wedle mnie żyw, wedle ciebie zmartwychwstały"76.
Bohaterowie obu opowieści bądź to w trakcie procesu, bądź w okresie go poprzedzającym stawiają czoło oskarżeniom o bezzasadne przypisywanie sobie boskości. Jezus staje przed wysokimi kapłanami i urzędnikami żydowskimi, którzy pytają: "Więc ty jesteś Synem Bożym?"77. Apoloniuszowi zadają pytanie podczas procesu: "Dlaczego ludzie nazywają cię bogiem?" (mierzy się też z pytaniem, które pewnie lepiej brzmiałoby w ustach ojca z lat sześćdziesiątych XX wieku niż przedstawiciela władzy Rzymu - mianowicie o powód noszenia tak długich włosów). W żadnym wypadku sędzia nie wydaje wyroku z przekonaniem. Poncjusz Piłat umywa ręce od odpowiedzialności za to, co się ma za chwilę wydarzyć. Mówi: "Nie jestem winny krwi tego Sprawiedliwego"78. Wina Apoloniusza nie zostaje orzeczona z jeszcze dziwniejszego powodu, a mianowicie dlatego, że podsądny znika "w boski i niewytłumaczalny" sposób79. Jezus zostaje stracony. Apoloniusz przepada bez śladu.
Potem obaj ukazują się swoim wyznawcom, ale ci nie wierzą w to, co widzą. W opowieści o Jezusie to jeden z uczniów, Tomasz (nazywany potem niewiernym), odmawia przyjęcia do wiadomości, że rzeczywiście widzi swojego nauczyciela i że ten powstał z martwych. W końcu Jezus mówi do niego: "Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż w mój bok, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym"80. Również jednemu w uczniów Apoloniusza nie mieściło się w głowie, że patrzy na swojego nauczyciela - i że ten żyje. Apoloniusz zatem "wyciągnął rękę i powiedział: "Chwyć mnie, a jeśli przeze mnie przenikniesz, to znaczy, że jestem duchem. (...) Jeśli zaś zatrzymam twój dotyk, to wtedy ty będziesz [wiedział], że ja żyję i że nie opuściłem mego ciała""81.
Do dziś nie wiadomo, z czego mogą wynikać podobieństwa między tymi dwiema opowieściami. Być może tekst o Apoloniuszu powiela motywy ewangeliczne. Nie sposób to rozstrzygnąć. Jeśli autor zachowanej do naszych czasów biografii Apoloniusza znał historię o Chrystusie, to starannie to ukrywał, ponieważ ani razu o nim nie wspomniał82. Być może istniały i krążyły po świecie również inne opowieści o Apoloniuszu. Tego również się już nigdy nie dowiemy. Rąbka tajemnicy mogłoby nam uchylić dokładne określenie dat powstania wszystkich znanych tekstów, ale na razie nie pozostaje nam nic innego, jak zadowolić się szacunkami.
Obaj mężczyźni przyszli na świat mniej więcej w tym samym czasie, można więc powiedzieć, że byli sobie współcześni. O którym napisano najpierw, tego nie wiadomo. Uważa się, że wchodzące w skład Biblii opowieści o życiu Jezusa (czyli "ewangelie") powstały między 70 a 110 rokiem naszej ery, a więc co najmniej jedno pokolenie po śmierci ich bohatera. Jedyna zachowana do naszych czasów biografia Apoloniusza - wiemy, że było ich więcej, ale przepadły, zapewne w związku z nasilającą się niechęcią chrześcijan do jego osoby - pochodzi z mniej więcej 220 roku. Skoro zaś napisano ją znacznie później, uzasadnione wydaje się przypuszczenie, że to jej autor kopiował opowieść o Chrystusie, a nie na odwrót. Sprawa nie jest jednak aż taka prosta, ponieważ chociaż zachowana biografia powstała w III wieku, jej autor bez wątpienia posiłkował się wcześniejszym i znacznie obszerniejszym tekstem. Ten z kolei rzekomo wyszedł spod pióra kogoś młodszego od Apoloniusza, ale mu współczesnego83. Oczywiście nie wiemy dziś, co tam było napisane. Nie sposób też stwierdzić, w jakim stopniu zachowana biografia wiernie oddaje pierwowzór. Jeśli to jednak prawda, że takowy w ogóle istniał, oznaczałoby to, że relacja o życiu Apoloniusza mogła powstać mniej więcej w tym samym czasie, co pierwsze ewangelie. Znaków zapytania tu jednak nie brakuje.
W tej sytuacji pozostają nam tylko spekulacje. Wobec braku wcześniejszych tekstów możemy się jedynie domyślać - tak wiele dzieł starożytnych nie przetrwało do naszych czasów, że tylko to możemy robić - że żaden z tekstów nie jest wierną kopią innego, a raczej oba wyrosły na gruncie tych samych mitów. Jak to ujmuje jeden ze współczesnych badaczy, czerpały ze "wspólnego zbioru idei filozoficznych, w szczególności ze stoickich wyobrażeń o dobrym i cnotliwym życiu"84. Warto też mieć świadomość, że dzisiejszy czytelnik patrzy na sprawę ze specyficznej perspektywy. Podczas lektury biografii Apoloniusza, w szczególności zaś fragmentów dotyczących jego procesu i śmierci, my dopatrujemy się przede wszystkim podobieństwa z historią Jezusa. Nie można jednak wykluczyć, że starożytny czytelnik dostrzegał przede wszystkim paralele z oskarżeniem i egzekucją Sokratesa.
Milton snuł wizję, w której w momencie narodzin Chrystusa nimfy i bogowie starej religii w jednej chwili zniknęli. Tak się jednak nie stało. Apoloniusz i Chrystus urodzili się w świecie, w którym chromi mogli chodzić, a ślepcy widzieli. W tym świecie śmiertelnicy wstępowali do nieba, a bogowie przechadzali się wśród ludzi. W pierwszym stuleciu "po narodzinach Chrystusa", jak to się zwykło dzisiaj mówić, po świecie chodziło wielu jemu podobnych, wielu zbawicieli i wielu bogów. Był wśród nich ten, który został "naszym Panem", ale było też wielu innych, którym się to nie udało.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
31 Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, IV.45.1, tłum. C.P. Jones.
32 Ibid., I.5.
33 Ibid., IV.45.1.
34 Ibid.
35 Ibid., VIII.8. Apoloniusz przywołuje cudze słowa, ale sens zostaje zachowany.
36 Eunapius, cytowany w: C.P. Jones (1980), s. 193.
37 Popularność szacuje V. Nutton (2013). Zyskał sobie uznanie Julii Domny.
38 Por. M. Dzielska (1986), s. 157. Także: G.R.S. Mead (1901), s. 5. Tam znajdziemy spostrzeżenie, że "wielu uczono patrzeć na naszego filozofa nie tylko jako na szarlatana, ale wręcz jako na antychrysta". Od dawna już dyskurs na temat Apoloniusza rozpoczyna się w taki sam sposób, w jaki ja to uczyniłam tutaj. Chwyt ten zastosowano po raz pierwszy w III wieku, po to samo porównanie sięga również wielu autorów współczesnych, np. świetny Bart D. Ehrman (2012), na którym opiera się mój tekst.
39 Milton, On the Morning of Christ's Nativity (1645).
40 E. Gibbon (1909), rozdział XV, s. 330.
41 E.H. Gombrich (2005), s. 94
42 O wężu: Plutarch, Life of Alexander, 2.6, tłum. B. Perrin.
43 Za: Macarius, Apokritikos, 3.3, w: Berchman (2005), fr. 176.
44 C.S. Lewis (1970), s. 158; choć inni wcześniej również o tym wspominali.
45 Za: Macarius, Apokritikos, 3.15, w: Berchman (2005), fr. 181.
46 Ibid.
47 Pliny the Elder, Natural History, 28.2.
48 Origen, Contra Celsum, II.58, tłum. Chadwick.
49 Porfiriusz, w: Jerome, Tractatus de Psalmo 81, w: J.H. Gaisser (2008), s. 24.
50 Eusebius, Reply to Hierocles, 2.1, tłum. C.S. Jones.
51 Ibid., 2.2.
52 Origen, Contra Celsum, VII.9, tłum. Chadwick.
53 Ibid.
54 Ibid.
55 Mt 24, 24.
56 Origen, Contra Celsum, VII.11, tłum. Chadwick.
57 Porfiriusz, podsumowanie w: Augustine, Epistlae 102.8, fr. 112, Berchman (2005), fr. 112.
58 Za: Jerome, Epistulae 133, w: Berchman (2005), fr. 106.
59 Porfiriusz, w: Macarius, Apokritikos, 4.3, w: Berchman (2005), fr. 197.
60 Justin Martyr, First Apology, 21, ANF, vol. 2.
61 Augustyn, Państwo Boże, VI.9, tłum. ks. Władysław Kubicki.
62 Hippolytus, The Refutation of All Heresies, VI.3, ANF, vol. 5.
63 Lucian, Alexander the False Prophet, 8, tłum. A.M. Harmon.
64 Lucian, Alexander the False Prophet, 3, tłum. A.M. Harmon.
65 Ibid.
66 Lucian, Alexander the False Prophet, 9, tłum. A.M. Harmon.
67 Dzielska (1986), s. 32; Bowersock (1970), s. 10; Jones (2005), s. 8.
68 Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, I.4, tłum. C.P. Jones.
69 Łk 1,35.
70 Mt 2,2; Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, IV.45.1, tłum. C.P. Jones.
71 Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, IV.1, tłum. C.P. Jones.
72 Mt 4,20.
73 Łk 7,12.
74 Łk 7,13.
75 Łk 7,14.
76 Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, VII.41, tłum. C.P. Jones.
77 Łk 22, 70.
78 Mt 27, 24.
79 Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, VIII.9, tłum. F.C. Conybeare.
80 J 20, 27.
81 Philostratus, Life of Apollonius of Tyana, VIII.12, tłum. F.C. Conybeare.
82 Por. N. Kanavou (2018), V.32.
83 Dzielska (1986), s. 91. Por. Raynor (1984) w sprawie poglądów Filostrata na temat Moeragenesa. Podsumowanie dyskusji dotyczące postrzegania Apoloniusza w: Rives (2008), s. 33 i nast., datowanie podaje Hagg (2012), s. 324.
84 N. Kanavou (2018), V.32.
Chrześcijańskie dzieci winne być wszystkie
Tak łagodne, posłuszne i dobre jak On.
Once in Royal David's City
\(Dawno temu w królewskim mieście Dawidowym),
hymn z XIX wieku
Naucz go błogosławić, a nie przeklinać,
bo wymrą nasze dzieci.
Utyskiwania rodziców na zachowanie Jezusa,
EWANGELIA DZIECIŃSTWA TOMASZA, II WIEK
Mieszkańcy wioski dostrzegali w Jezusie coś niezwykłego, już gdy był małym dzieckiem. Być może dlatego, że w kontaktach z dorosłymi wykazywał nietypową pewność siebie, graniczącą wręcz z arogancją. A być może z uwagi na to, jak traktowali go rodzice, Maria i Józef. Oboje odnosili się do niego z szacunkiem, żeby nie powiedzieć z lękiem.
Mogło to jednak mieć również związek z faktem, że Jezus zabijał ludzi.
Jego cuda początkowo nie budziły grozy. Ten pierwszy, który potem głoszono przez wieki w całym świecie, od Aleksandrii aż po Arabię, miał w sobie niewątpliwy urok. W wieku zaledwie pięciu lat Jezus bawił się w szabat z innymi dziećmi na płyciźnie strumyka. Jak to z lubością czynią wszystkie dzieci, zatrzymywał pędzącą wodę i zmuszał ją do tworzenia dużych kałuż. Gromadząca się woda zazwyczaj już po chwili stawała się przejrzysta.
Gdyby jednak przyjrzeć się wtedy uważnie, dałoby się dostrzec, że woda zachowywała się jakoś dziwnie. Zamiast płynąć i robić się klarowna zgodnie z prawami przyrody, zdawała się słuchać rozkazów chłopca i zmieniała kierunek pod wpływem jego słowa.
W pewnym momencie Jezus znudził się jednak tą zabawą i wymyślił sobie inną. Wydłubał z błotnistego brzegu trochę gliny i zaczął z niej lepić wróbelki. W sumie było ich dwanaście. Akurat przechodził obok pewien mężczyzna i zwrócił na to uwagę. Zdenerwował się, że Jezus bezcześci pracą dzień szabatu, więc udał się do Józefa na skargę. Józef przyszedł do chłopca i zapytał go, dlaczego robi w dzień szabatu to, czego robić nie należy. Jezus nie odpowiedział mu wprost, tylko klasnął w dłonie i wykrzyknął do wróbli: "Lećcie"1. One zaświergotały i odleciały.
Już to samo w sobie było dość osobliwe, ale tamtego dnia wydarzyło się coś jeszcze.
Mianowicie wszystkiemu przyglądał się mały chłopiec, który w pewnym momencie chwycił witkę wierzbową, wszedł do strumienia i zniszczył tamy zbudowane przez Jezusa. Ten zareagował gniewem. "Niegodziwy bezbożniku i głupcze", zawołał do niego. "Co tobie szkodziły te stawki i ta woda?". Jego gniew z każdą chwilą narastał. "Oto teraz ty uschniesz jako to drzewo i nie przyniesiesz ani liścia, ani korzeni, ani owocu"2. Klątwa zabrzmiała nieco niejasno, ale wywołała bardzo konkretne skutki. Zdrowy dotąd chłopczyk natychmiast zmarniał i się powykrzywiał.
Najgorsze miało jednak dopiero nadejść.
Niedługo po tym zdarzeniu nad strumieniem Jezusa idącego przez wioskę potrącił inny mały chłopiec. Być może stało się to przypadkiem, a być może wcale nie, dość że Jezus znów uniósł się gniewem, a z jego ust po raz kolejny padły mroczne słowa przekleństwa. "Już nie pójdziesz dalej swoją drogą"3. Ledwie chwilę później wyjaśniło się, co właściwie miały oznaczać: chłopczyk padł na ziemię bez życia.
Tak głosi Ewangelia dzieciństwa Tomasza.
1 Ewangelia dzieciństwa Tomasza, wersja grecka A, 1,1-2,4.
2 Ibid., 3,1-2.
3 Ibid., 4,1.
Co roku podczas przesilenia zimowego w kaplicach, kościołach i katedrach rozpoczyna się rytuał.
Ciszę przerywa jeden delikatny głos, który śpiewa: "Dawno temu w królewskim mieście Dawidowym stała uboga stajenka". Kolęda opowiada historię dobrze wszystkim znaną, której właściwie nie trzeba powtarzać. Mówi o tym, jak to w lichej stajence skromna i łagodna dziewica złożyła dzieciątko w żłobie, a także jak z tego dzieciątka wyrósł posłuszny i dobry chłopiec, którego świat poznał potem jako nie tylko jednego z proroków, ale też jako zbawiciela - i który teraz zasiada w niebiosach.
Kto tę pieśń kiedykolwiek słyszał, ten dobrze wie, jakie to poruszające doświadczenie. Wielkie wrażenie robią nawet nie tyle słowa, ile ich oprawa. Najpierw bowiem rozbrzmiewa pojedynczy dziecięcy głosik, gładki jak kamyczek w rzece i migoczący jak gwiazdka na niebie. W drugiej zwrotce dołącza do niego chór, a w końcu śpiewają już wszyscy zgromadzeni. Dźwięk wzbiera jak fala. Jedna nuta daje początek potężnemu brzmieniu, które ustami wszystkich głosi, że oto nadszedł Jezus. Oto narodziło się chrześcijaństwo.
Historia chrześcijaństwa, czyli opowieść o tym, jak niewielka i nic nieznacząca sekta zdominowała zachodni świat, często wybrzmiewa właśnie w tej formule. Najpierw mowa jest w niej o jednym głosie, tym należącym do Jezusa. Potem dołącza do niego niewielki chór - tu jakiś rybak, tam jakiś poborca podatkowy - a z czasem coraz to nowi ludzi, których serca skradła opowieść o chłopcu przywracającym wzrok ślepcom i sprawność chromym, a w końcu ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Najpierw uwierzyły w to dziesiątki, potem setki, tysiące i miliony, aż wreszcie jakiś cud sprawił, że tę narrację przyjęło również Cesarstwo Rzymskie. To raz na zawsze odmieniło losy świata.
Znamy tę historię tak dobrze nie tylko dlatego, że już wielokrotnie ją słyszeliśmy, ale także dlatego, że przesyca ona dominującą w świecie zachodnim sztukę i architekturę chrześcijańską. To o tej historii przypomina sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej. To ona grzmi w potężnych dźwiękach Mesjasza Haendla. To do niej nawiązują Milton, Dante i Donne. Ta historia odmieniła rzeczy błahe i doniosłe. Ukształtowała krajobraz naszych miast (bo to za jej sprawą wyrosły w niebo kopuła Bazyliki Świętego Piotra i wieże Notre Dame, w jej imię Rio de Janeiro rzuca się w rozpostarte ramiona posągu) i język, którym opisujemy świat (to do niej odwołujemy się, gdy mówimy o krainie mlekiem i miodem płynącej, o złodzieju przychodzącym w nocy i o nadstawianiu drugiego policzka). Podporządkowaliśmy jej nawet kalendarz (nazwaliśmy dni imionami świętych, przywykliśmy odpoczywać w niedzielę i świętować w Boże Narodzenie i Wielkanoc). Nawet lata liczymy od narodzin Chrystusa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie być musiało i być musi.
Tymczasem to nasze głębokie przekonanie to nic więcej jak złudzenie. Ewangelia Świętego Jana może i zaczyna się od imponująco lapidarnej deklaracji, że: "Na początku było Słowo", w rzeczywistości jednak żadnego jednego "słowa" na początku nie było4. Nie było też jednego przesłania chrześcijańskiego. To czysty nonsens. W pierwszych stuleciach istnienia chrześcijaństwa słychać było wiele słów i wiele głosów, często zaciekle się ze sobą spierających niemal w każdej kwestii związanej z treścią tej historii. W okresie bezpośrednio po życiu i śmierci Jezusa zdecydowanie nie udało się osiągnąć konsensusu co do tego, kim on był, czego dokonał i dlaczego to było istotne - ani nawet czy to rzeczywiście było istotne. W najwcześniejszym okresie chrześcijaństwa nie brakowało chrześcijan, który widzieli w Jezusie cichego, potulnego i łagodnego człowieka. Nie brakowało jednak również gorących zwolenników koncepcji, zgodnie z którą Jezus oślepiał swoich krytyków i mordował każdego, kto mu w jakikolwiek sposób stanął na drodze. Zdarzali się i tacy, którzy potrafili te dwie koncepcje pogodzić.
Różnice zapatrywań dotyczyły w zasadzie wszystkiego. Weźmy już choćby opowieść o narodzinach Jezusa. Wśród wczesnych chrześcijan znajdziemy takich, którzy wierzyli, że wydała go na świat dziewica Maria. Wielu jednak w to mocno powątpiewało. W ich oczach Jezus był zwykłym człowiekiem, spłodzonym przez Józefa, "tak samo jak każdy człowiek pochodzi z nasienia mężczyzny i kobiety"5. Jeszcze inni całkowicie odrzucali jako niegodziwą koncepcję, że bóg mógłby dojrzewać w łonie śmiertelniczki jak zwykły zjadacz chleba. Twierdzili więc, że Jezus został ukształtowany w niebie, a następnie przybył na ziemię "z góry i przeszedł przez Dziewicę Marię, tak jak woda przez rurę"6. Widocznie takie rozwiązanie bardziej licowało ich zdaniem z koncepcją boskości. Istnieje bardzo stary tekst, datowany na połowę II wieku, który sugeruje, jakoby Jezus sam zapłodnił własną matkę7. W tej niecodziennej wersji wydarzeń Jezus wyjaśnia, że upodobnił się do anioła i ukazał się swojej matce Marii, która się roześmiała, a następnie wszedł w nią. Mówi: "Ja, Słowo, wniknąłem w nią i stałem się ciałem"89.
Również dalsze wydarzenia bywają opisywane rozmaicie. W zasadzie każdy z aspektów Jezusa, dziś na Zachodzie uważany za rzecz oczywistą, swego czasu występował w różnych wersjach. Część starożytnych chrześcijan wielbiła Jezusa, który - niczym Jezus znany nam ze szkółek niedzielnych i opromienionych przedstawień - zachęcał swoich wyznawców, aby przyprowadzali do niego małe dzieci, ale innych raczej przestrzegał, aby w ogóle nie mieli potomstwa, "większość bowiem dzieci sprowadza wielkie bóle, czy to przez to, że król wpadnie na nich, czy też pochwyci je demon lunatyczny, czy to ulegną paraliżowi"10. Niektórzy od początku wierzyli, że Jezus został ukrzyżowany (jak się tego dziś naucza wszystkich chrześcijan), dla innych było to jednak absurdalne, bo niby dlaczego bóg miałby pozwolić się w ten sposób zadręczyć? Jeśli wierzyć tym, którzy ich krytykują, twierdzili oni, że w ostatniej chwili Jezus magicznie zamienił się na ciała z innym człowiekiem, a potem stał obok i śmiał się, podczas gdy tamten umierał w męczarniach11.
Wczesne chrześcijańskie teksty zapatrują się odmiennie na wiele spraw i kreślą bardzo różne wersje historii, którą dziś znamy jako jedynie słuszną chrześcijańską opowieść. Różnic jest oszałamiająco wiele. Dziewica Maria o blond włosach i pochylonej głowie przez wieki stanowiła uosobienie kobiecej uległości. Jak się jednak okazuje, nie zawsze tak ją postrzegano. W jednej z opowieści o narodzeniu Jezusa znajdujemy opis Marii, której pochwa ma zdolność opiekania ludzkiego mięsa i nawet w pewnym momencie czyni z niej użytek. Opisuje to historia pod wieloma względami po prostu piękna. W chwili narodzin Jezusa świat całkiem dosłownie przestał się kręcić. Ptaki zawisły w powietrzu, pewien pasterz zamarł z ręką uniesioną w celu uderzenia owcy, nawet gwiazdy wstrzymały swój pochód po nocnym niebie. Wkrótce po tym, jak dzieciątko przyszło na świat, do słynnej stajenki wkroczyła kobieta, która przyprowadziła ze sobą wołu i osła. Tu pojawia się wątek nieco odmienny od tego, który tak powszechnie znamy, albowiem wsunęła ona dłoń do pochwy Marii, aby sprawdzić, czy ta rzeczywiście pozostała dziewicą - i doznała oparzenia. "Biada mi", powiedziała z żalu nad sobą12.
Przede wszystkim warto jednak pamiętać, że w tamtych mrocznych czasach oprócz chrześcijańskich rozbrzmiewały również inne głosy. Wbrew temu, co nam dziś sugerują sentymentalne hymny chrześcijańskie, Jezus nie przybył na świat pogrążony w duchowej pustce, a już z całą pewnością nie przyszedł na świat pozbawiony proroków. Wprost przeciwnie. U starożytnych satyryków w tamtych czasach roi się od mężczyzn twierdzących, że przywracają wzrok ślepcom i sprawność kalekom. Wielu z nich snuło wizje przyszłości, od których włos się jeży na głowie. Grecki krytyk Celsus zgryźliwie zauważył, że wielu jest "innych, którzy chodzą i żebrzą [i] twierdzą, że są synami Boga i przyszli z góry"13.
Uczeni Grecy i Rzymianie bynajmniej nie oddawali czci tym "prorokom", tylko z nich kpili. Pisarze Grecji i Rzymu chętnie czynili z nich bohaterów swoich bezlitosnych parodii. Celsus pisał o tych tak zwanych prorokach: "Jest zwyczajnym i typowym zwyczajem mówić: "Jestem Bogiem (albo synem Boga, albo Duchem Świętym). I przyszedłem"". Scenariusz był zawsze taki sam: bohater najpierw deklarował własną boskość, a potem wszem wobec głosił, że: "Świat już jest zniszczony, a wy, ludzie, zgubieni z powodu waszych niedoskonałości. Ja jednak pragnę was ocalić. Wrócę do was ponownie w niebieskiej chwale"14.
Do dziś pamiętam okoliczności, w których po raz pierwszy przeczytałam słowa Celsusa. Było szare jesienne popołudnie, a ja siedziałam akurat w Bibliotece Brytyjskiej. Czytelnicy wokół mnie jeden po drugim włączali lampki na biurkach. Gdy utkwiłam wzrok w pożółkłych kartkach (Celsus nigdy nie zyskał wielkiej renomy jako pisarz), zobaczyłam na nich fragment tak nieprzychylny, tak sceptyczny i tak wstrząsający - a przy tym najzupełniej zabawny - że aż mi dech w piersi zaparło. Ledwo oparłam się pokusie, aby szturchnąć człowieka siedzącego obok i mu to pokazać.
Nie zrobiłam tego oczywiście. W tym miejscu muszę wyjaśnić, że dorastałam w religijnym domu. Moja matka była zakonnicą, a mój ojciec mnichem, zanim się poznali i pobrali. Choć zrezygnowali z życia zakonnego, nie odwrócili się całkiem od religii, więc co niedziela chodziliśmy do kościoła, odmawialiśmy modlitwę dziękczynną przed posiłkiem i wieczorną przed spaniem. Z okazji Bożego Narodzenia ustawiałam z matką szopkę, w której oprócz różowego Jezuska znajdowały się także wół i osioł. Na czas Wielkiego Postu rozstawałam się z czekoladą, a gdy przychodziło Halloween, oburzałam się święcie na te wszystkie dzieciaki, które z pomalowanymi buziami dopraszały się po sąsiadach o cukierki (uważałam ten obyczaj za zły i amerykański). Jeszcze jako nastolatka wierzyłam w Boga i dopiero przed trzydziestką zdobyłam się na to, żeby z przekonaniem wyrzec się wiary. Niemniej nawet wcześniej miałam dość mgliste wyobrażenie o Bogu. We wczesnym dzieciństwie wydawało mi się, że Bóg ma na imię Piotr, ponieważ podczas mszy wielokrotnie padały słowa, które w moich uszach brzmiały jako: "Thanks Peter God" (w rzeczywiści "Thanks be to God", czyli "Bogu niech będą dzięki").
Choć ostatecznie porzuciłam chrześcijaństwo, zdążyło ono osiąść na mnie jak kurz - w różnych widocznych i niewidocznych miejscach. Długo po tym, jak przestałam wierzyć, napotykałam w różnych zakamarkach mojego umysłu ślady po katolicyzmie, od lat zapomniane i nieprzywoływane. Pamiętam, jak jako nastolatka dowiedziałam się, że jedna z moich koleżanek nie została ochrzczona. W pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć w niedbalstwo jej rodziców. Ze zdumieniem pomyślałam, że jej imię nie zostało do niej przytwierdzone mocą wody święconej. Zaraz potem zdumiało mnie moje własne zdumienie, niemniej było ono faktem.
Oczywiście nie trzeba wiele, żeby wstrząsnąć dzieckiem mnicha i zakonnicy. Wielokrotnie dziwiłam się, jak rodzice moich znajomych mogą słuchać tak głośnej muzyki w samochodzie. Nie do końca potrafiłam też zrozumieć ludzi, którzy chodzą w dżinsach, bo to przecież taka nowinka. Bynajmniej nie jestem dumna z tej mojej czepliwości, po prostu stwierdzam, jak było. Nadto jeszcze długo po tym, jak przestałam wierzyć w chrześcijańskiego Boga, nadal trwałam w przekonaniu o prawdziwości chrześcijańskiej historii, a w szczególności pochodzenia i rozprzestrzeniania się tej religii. Dlatego gdy tamtego jesiennego dnia pochyliłam się w bibliotece nad tekstem Celsusa, po raz kolejny przeżyłam szok. Tym razem jednak w zdumienie wprawiła mnie moja własna ignorancja. Nie mieściło mi się w głowie, że dotąd nie zdawałam sobie sprawy z istnienia w starożytności tych wszystkich ludzi, którzy takie rzeczy głosili.
Zaczęłam wówczas czytać i... nigdy nie przestałam. Teraz już rozumiem, dlaczego wcześniej tego nie wiedziałam i dlaczego niektórzy nadal nie wiedzą. W pewnych kręgach, między innymi wśród tych, którzy interesują się historią chrześcijaństwa, spostrzeżenia Celsusa to rzecz najzupełniej oczywista. Zdecydowanie nie jest to jednak wiedza powszechna i w szkole raczej się o tym nie wspomina. Nic w tym zresztą dziwnego. Nie wszystkie fakty historyczne są powszechnie znane, a zwłaszcza nie wszyscy wiedzą, że w starożytności chrześcijaństwo istniało w różnych formach. Historyk E.H. Carr napisał kiedyś, że fakty historyczne są "jak ryba pływająca w rozległym i miejscami niedostępnym oceanie, więc co akurat wyłowi historyk, zależy od przypadku, ale przede wszystkim od tego, w której części akwenu zdecyduje się akurat zarzucić sieci"15. Chrześcijańscy historycy przez wieki zwykle unikali połowów tam, gdzie mogliby znaleźć alternatywnych zbawicieli albo opowieści o morderczych skłonnościach Jezusa, a już z całą pewnością nie serwowali tych rewelacji czytelnikom.
Gwoli ścisłości, brak tych opowieści wynika także, przynajmniej częściowo, z innych, mroczniejszych przyczyn. Wiele historii przytoczonych w tej książce zostało pogrzebanych często całkiem dosłownie - gdy w IV wieku chrześcijaństwo doszło do władzy. Pod jego wpływem Cesarstwo Rzymskie wyparło się wielu swoich przyzwyczajeń sprzyjających hałaśliwości, kłótliwości i krytycznym ocenom. Uchwalono prawo, które jednoznacznie zabraniało jakichkolwiek publicznych dyskusji na tematy religijne. Kto by zaś mimo to "polemizował" publicznie w sprawach religii, miał "zapłacić jak za zdradę stanu życiem i krwią"16.
W ślad za tym pojawiły się kolejne przepisy. W ciągu kilkudziesięciu lat od dojścia chrześcijaństwa do władzy tak zwanych heretyków najpierw pozbawiano pewnych praw publicznych, potem możliwości wykonywania pewnych rodzajów pracy. Wypędzano ich z dotychczasowych miejsc kultu, a w końcu także i z domów. Szczególnie wiele zmienił przepis przewidujący, że "plugawa zaraza heretyków zostanie wygnana z miast i wypędzona z wiosek"17. W tym nowym świecie książki heretyckie (a także choćby w niewielkim stopniu krytyczne wobec chrześcijaństwa) zostały wyjęte spod prawa i spalone, samych heretyków dotykały często straszliwe prześladowania. Jak zauważył jeden z obserwatorów, w ciągu zaledwie pół wieku od dojścia chrześcijaństwa do władzy "wiele społeczności ludzi zwanych heretykami zostało całkiem dosłownie wyrżniętych"18. Ta książka stawia sobie za cel przyjrzenie się temu wszystkiemu i pokazanie, jak to się stało, że - tu cytuję wybitnego oksfordzkiego historyka G.E.M. de Ste. Croix - Kościół katolicki wyrósł na "największą zorganizowaną machinę prześladowczą w historii ludzkości"19.
U źródła tych prześladowań często leżało nowe chrześcijańskie pojmowanie koncepcji herezji. Choć dziś kojarzymy to słowo z chrześcijaństwem właśnie, ma ono starszy rodowód. Pochodzi od greckiego haireo, które oznacza: "Wybieram"20. Słowo "herezja" - greckie haeresis - oznacza po prostu coś, co zostało wybrane, czyli "wybór"21. W przedchrześcijańskim greckim świecie miało ono raczej pozytywne konotacje. Dobrze było odwoływać się do intelektu w celu dokonywania niezależnych wyborów. Z czasem te skojarzenia się jednak zatarły. Już w ciągu pierwszego stulecia od ustanowienia nowej religii "wybór" przestał być powodem do chwały, a stał się "trucizną". Heretyk przestał być człowiekiem, a stał się zarazą, od której należało się uwolnić, gangreną, którą należało wyciąć, brudem, z którego należało oczyścić ogół chrześcijaństwa. Święty Augustyn - niekwestionowany mistrz metafory - powiedział później, że heretyków Kościół "wydala jak gówno"22.
Określenia "herezja" warto jednak używać ostrożnie, ponieważ sugeruje ono ścisłość, której zdecydowanie mu brakuje. Przez wieki w książkach o tamtych czasach pisało się o "heretykach" i "prawowiernych" w kategoriach absolutnych, jakby w grę wchodziły tu precyzyjne i jasne definicje. Tymczasem obu tym pojęciom daleko do bezwzględności, oba są względne. W istocie znaczą niewiele więcej niż religijne "moje" i "twoje", a w kontekście historycznym może jeszcze odróżniają "zwycięzców" od "przegranych". Jak napisał później filozof John Locke, "we własnych oczach każdy jest prawowierny"23.
Nadałam tej książce tytuł Herezja, mimo że dalece nie wszystkie opisywane w niej wierzenia mają charakter heretycki. Niektóre należałoby określić jako schizmatyczne, inne tylko spotykały się z niechęcią. Wiele spośród zaskakujących opowieści, które tu zostaną przytoczone, przez wieki cieszyło się powszechnym uznaniem jako element kultu chrześcijańskiego (mimo okazjonalnego postękiwania Kościoła). Wybrałam taki, a nie inny tytuł raczej ze względu na greckie znaczenie tego słowa, a nie na jego chrześcijańskie konotacje. To jest bowiem książka o wyborze i o tym, jak można go stracić.
Utrata wyboru może się dokonać w sposób znacznie bardziej subtelny, niż się większości nas wydaje. Gdy mowa o herezji i prześladowaniach heretyków, przed oczami stają nam obrazy przemocy: wioski wyrzynane w pień na mocy okrutnych praw, obcinane ręce i wyrywane języki, biczowanie, obdzieranie ze skóry i mordowanie. Rzecz jasna, takich elementów w tej historii nie brakuje, ponieważ nie może ich zabraknąć. Przemoc wywierała ogromny wpływ na przekonania ludzi, a nadto - z perspektywy tysiąclecia czy dwóch - ubarwia opowieść jak nic innego.
Trzeba jednak mieć świadomość, że czasem przemoc tylko odwraca naszą uwagę od istoty sprawy. Thomas Carlyle sprzeciwiał się "histerycznemu" relacjonowaniu historii - i tu też będziemy się tego wystrzegać24. Świat starożytny w dużej mierze nawrócił się na nową wiarę, ponieważ zarówno w sferze duchowej, jak i materialnej przynosiło to - już od czasów wczesnochrześcijańskich - wymierne korzyści. Zdarzało się, że kogoś przymuszano lub zastraszano, żeby zmienił religię, ale takie przypadki należały do rzadkości. Zwłaszcza w starożytności w większości społeczeństw zwyczajnie brakowało ludzi, żeby na dużą skalę przeprowadzać represje religijne. Z całą pewnością nie mógł sobie na to pozwolić Rzym, który nawet w okresie swojej świetności zarządzał imperium na tyle swobodnie, że na jednego wyższej rangi urzędnika cesarskiego przypadało średnio 330 tysięcy mieszkańców25.
Stosowanie przemocy było konieczne tylko w sporadycznych przypadkach. Większości ludzi nie trzeba chłostać batem, żeby ich nakłonić do porzucenia pewnych koncepcji. Wystarczy ich postraszyć utratą zatrudnienia. Czasem już nieżyczliwe spojrzenie przyjaciela może spowodować, że człowiek zmieni zdanie, a co najmniej przestanie głośno wyrażać swoje poglądy. "Cóż mówić o tyranii Nerona czy Tyberiusza, gdy prawdziwie tyraniczne oblicze ma tyrania najbliższego sąsiada", pisał wiktoriański dziennikarz i wydawca Walter Bagehot. "Opinia publiczna nie przestaje na nas oddziaływać i skrupulatnie egzekwuje posłuszeństwo"26. Niniejsza książka opowiada więc o herezji oraz o tym, jak gwałtem ucisza się przekonania i poglądy. Opowiada jednak również o tym, jak ludzie sami siebie cenzurują. Pomaga zrozumieć, jak całkiem niepostrzeżenie może dojść do tego, że o pewnych rzeczach najpierw przestaje się pisać, potem mówić, a wreszcie także myśleć.
Ta książka przedstawia założenia, które w świecie historyków uchodzą może nie za herezję, ale na pewno za coś niezbyt pożądanego. Przede wszystkim bez skrupułów stawia chrześcijaństwo w jednym rzędzie z innymi religiami klasycznymi. To podejście dość niezwykłe, choć już nie tak niespotykane jak niegdyś. Przez wieki wśród badaczy obowiązywało coś jakby niepisane porozumienie między historykami starożytności a teologami. Na jego mocy greccy i rzymscy bogowie zaliczali się do kategorii "historia" i "mitologia" (w domyśle: "niedorzeczność") i należeli do domeny badaczy starożytności, natomiast Bóg chrześcijański i jego wyznawcy przynależeli do kategorii "prawdziwa religia", a w związku z tym stanowili przedmiot zainteresowania teologów.
Tę niechęć do wrzucania chrześcijaństwa do jednego worka z religiami starożytnymi łatwo oczywiście zrozumieć. Pionier psychologii William James w serii wykładów dotyczących wierzeń religijnych podkreślał: "Odruchowo nie chcemy, aby nasz intelekt traktował rzeczy, z którymi związane są nasze uczucia i wzruszenia, na równi z innymi przedmiotami"27. Tyle że cierpi na tym historia jako dziedzina wiedzy. Choćby bowiem teologowie i badacze starożytności ustawiali swoje książki na całkiem innych półkach albo i w różnych bibliotekach, świat klasyczny za nic miał takie rozgraniczenia. Jeden ze starożytnych autorów poczynił spostrzeżenie, że posąg Orfeusza śmiało mógłby się pojawić obok statuy Chrystusa28. W tej książce przyjmiemy więc starożytną perspektywę i będziemy zestawiać ze sobą i porównywać zwyczaje chrześcijańskie i niechrześcijańskie. Chrześcijaństwo odniosło wyjątkowy sukces, w rzeczywistości jednak - wbrew temu, co samo potem o sobie mówiło - wcale nie było takie wyjątkowe.
Tę książkę charakteryzuje nadto duży dynamizm. Dokonuje ona szybkich przeskoków między stuleciami i kontynentami. Chrześcijaństwo rozprzestrzeniło się na całym ówczesnym świecie lotem błyskawicy, co przez wiele następnych stuleci rzutowało na bieg historii. Śmiało można próbować je w tej jego zwinności naśladować. Dlatego udamy się do starożytnej Syrii, aby tam posłuchać porywającej ody, w której Duch Święty żywi się mlekiem z piersi chrześcijańskiego Boga (mniej męskiego niż go sobie dziś zazwyczaj wyobrażamy)29, ale też do Afryki, aby zapoznać się z etiopskim tekstem chrześcijańskim, według którego Jezus ożywił kurczaka podanego na kolację i na tysiąc lat posłał go w niebiosa. Potem dokonamy przeskoku w czasie i będziemy towarzyszyć "krzyżowcom", którzy zgromadzili się nad rzeką w średniowiecznej Francji, a potem przypuścili atak na małe miasteczko i wyrżnęli w pień mężczyzn, kobiety i dzieci szukających schronienia w murach katedry tylko dlatego, że niektórzy z nich - tylko niektórzy, nie wszyscy - byli heretykami.
Jako autorka tej książki staram się angażować nie tylko uwagę, ale też wyobraźnię czytelnika. Dlatego na początku proszę o wysłuchanie w ciszy kolędy i nie tylko wyobrażenie sobie, że wtedy w ciemności słychać było również inne głosy, ale także przyjęcie do wiadomości, że kiedyś - dawno, dawno temu - te inne głosy naprawdę się liczyły. Od większości ludzi wymaga to ogromnego wysiłku poznawczego, bo rozum przecież dobrze wie, że niemal wszystkie te głosy zostały w Europie uciszone - i nawet historycy rzadko o nich potem wspominali w swoich rozprawach. Niemniej one istniały i brzmiały bardzo wyraźnie. W niektórych zresztą miejscach na świecie odzywają się do dziś.
Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku poszukiwacz przygód Wilfred Thesiger przybył do Iraku i wyruszył na jego bagniska. Odkrył tam rzeczy, które wprawiły go w niepomierne zdumienie. Natrafił na ludzi, którzy żyli w zasadzie tak samo, jak przed dwoma tysiącami lat. Zastał tam również ludy praktykujące religię trochę podobną do chrześcijaństwa (jej wyznawcy wierzyli w Boga, w Adama i w Jana Chrzciciela), ale przy tym bardzo od niego różną (bo zakładającą, że Jezus był oszustem i złym czarownikiem). W Etiopii zaś do dziś wielu chrześcijan studiuje tekst o wskrzeszonym kurczaku.
Chrześcijaństwo w wersji zachodniej przez wieki promowało tezę, że jego zwycięstwo nad konkurencyjnymi wyznaniami miało charakter naturalny i było mu pisane. To wierutna bzdura. Inne formy chrześcijaństwa i inne starożytne religie bardzo do niego podobne przetrwały w różnych miejscach przez całe wieki. Gdyby historia potoczyła się tylko trochę inaczej, mogłyby nadal istnieć również w Europie. Tak się nie stało, bo na Zachodzie zwyciężyła jedna konkretna postać chrześcijaństwa, która następnie wyeliminowała z gry wszystkie pozostałe. Stało się to szczęśliwym zrządzeniem losu, w którym nowa wiara widziała rękę Opatrzności. Niesłusznie jednak, bo to wszystko mogło - i wcale nie było do tego wiele potrzeba - potoczyć się zupełnie inaczej.
Te wczesne różnice wcale się zresztą tak całkiem nie zatarły. Wiele istniejących niegdyś wariantów chrześcijaństwa odeszło już w zapomnienie, co jednak nie znaczy, że ślad po nich zaginął. Tak jak ukryte pod powierzchnią ziemi starożytne mury do dziś widać na polach porośniętych zbożem, tak samo pradawne wierzenia w mniej lub bardziej doniosły sposób oddziałują na współczesne chrześcijaństwo. Ewangelie i opowieści, które dzisiejszego odbiorcę mogłyby szokować, przez wieki odgrywały ważną rolę w kalendarzu, znajdowały swoje miejsce w czytaniach i przewijały się w doktrynie Kościoła. Wiele z nich wywarło wpływ na sztukę i myśl zachodniego chrześcijaństwa. Wystarczy tylko uważnie popatrzeć i posłuchać, a da się je dostrzec nawet dziś. Odzywają się w poezji Miltona i słowach potępieńców Dantego. Widać je na obrazach Giotta, ale także w bożonarodzeniowych wyobrażeniach ciągle jeszcze obecnych w zachodniej tradycji.
Gdy jako dziecko urządzałam z matką szopkę, oczywiście nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy. Co roku wstawiałem do stajenki Marię i Józefa, a także trzech mędrców. Co roku dołączały do nich wół i osioł, na którym podróżowała Maria. Byliśmy święcie przekonani, że w tej szopce wszystko się zgadza - że doskonale obrazuje ona historię narodzin Jezusa, którą znamy z Biblii. Tyle że ani o wołu, ani o ośle - obecnych na pocztówkach, w kolędach i na obrazach - nie ma w Biblii ani słowa. Pojawiają się za to w innej starożytnej ewangelii - tej, w której w momencie narodzin Jezusa Ziemia przestała się obracać, a wagina Dziewicy Marii poparzyła rękę wątpiącej kobiety.
4 Do kwestii tłumaczenia owego "słowa" (i możliwym błędzie, który przy tym popełniono) wrócimy w rozdziale 5.
5 Epiphanius, The Panarion of Epiphanius of Salamis, I, 27.2, 2, tłum. F. Williams.
6 O rurze w tekście o walentynianach w: Epiphanius, ibid., 31.7, 3.
7 Por. W. Schneemelcher (1991), s. 251.
8 Epistula Apostolorum, Ethiopic, 14, red. Wilson, opr. Schneemelcher. Francis Watson tłumaczy to podobnie: "Gdy przybrałem postać anioła Gabriela, ukazałem się Marii i przemówiłem do niej. Przyjęła mnie w swoim sercu i uwierzyła, ukształtowała mnie i w nią wniknąłem, i stałem się ciałem", por. Watson (2020), s. 179.
9 To pod wieloma względami całkiem logiczne nawiązanie do koncepcji znanej później jako "Trójca". Skoro bowiem Bóg występuje jako w Trójcy jedyny - jest jednocześnie Bogiem Ojcem, Synem Bożym i Duchem Świętym - to można logicznie założyć, że skoro Bóg (jakoś) wywołał ciążę u Marii, to Jezus również mógł w tym (jakoś) uczestniczyć. To niewątpliwie intrygująca koncepcja.
10 O przyprowadzaniu dzieci Mt 19,14; mniej pochlebnie: Dzieje Apostoła Judy Tomasza 12.
11 Epiphanius, Panarion, I, 24.3, 2. Epifaniusz nie był obiektywnym świadkiem, dlatego jego słowa - te, ale też inne - należy traktować z pewną rezerwą. Ponieważ jednak nie mam dostępu do relacji heretyckich (większość nie przetrwała), akademicy muszą się zadowolić mniej przychylnymi źródłami. Za dość przekonującą należy uznać sugestię, że mamy tu do czynienia z błędnym odwzorowaniem gnostyckich wyobrażeń o Jezusie. W koptyjskiej gnostyckiej Apokalipsie Piotra pojawia się wzmianka o tym, że Jezus z zadowoleniem i śmiechem przyjmował gwoździe wbijane w stopy i dłonie ziemskiego ciała. Por. Pearson (2005), s. 23.
12 Protoewangelia Jakuba, 20.1.
13 Origen, Contra Celsum, I.50, tłum. Chadwick.
14 Ibid., VII.9.
15 E.H. Carr (2018), s. 5-20.
16 Codex Theodosianus, 16.4.1, tłum. Pharr.
17 Ibid., 16.5.20.
18 Julian, Epistle 41, tłum. W.C. Wright.
19 G.E.M. de Ste. Croix (2006), s. 201-202.
20 Ściśle rzecz ujmując, tę wymowę "wyboru" ma ono w stronie zwrotnej haireomai - "biorę dla siebie" - ale ponieważ strona zwrotna to skomplikowane zjawisko, uprościłam to do wyrażenia w stronie czynnej.
21 Liddell, Scott (1996).
22 quos partim digessit ecclesia tamquam stercora, omówienie w: Shaw (2011), s. 339.
23 John Locke, A Letter Concerning Toleration, w: Wootton (2003), s. 390.
24 Thomas Carlyle, The French Revolution: A History, vol. 2 (1838), s. 159.
25 Spostrzeżenie przypisywane Mary Beard, por. Beard (2023), s. 8.
26 Bagehot (1881), s. 4.
27 W. James, Odmiany doświadczenia religijnego, s. 21.
28 Na przykład Greckie papirusy magiczne, XIII.285-295. Sprawa samego posągu może budzić wątpliwości (w Historia Augusta nie została przedstawiona w sposób przekonujący), nie ulega wszakże wątpliwości, że ludzie przez długi czas równolegle czcili bóstwa starożytne i chrześcijańskie.
29 Ody Salomona, Oda 19.
Jest w tej książce wiele, bardzo wiele opowieści. Czytelnik może się zastanawiać, które z nich są prawdziwe. Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie zajmuję stanowiska w tej sprawie. Nie podejmuję się rozstrzygać, które z tych historii - na przykład te o morderczych zapędach Jezusa albo o nadludzkich mocach Marii - są bardziej, a które mniej prawdopodobne. Historyka te teksty interesują nie dlatego, że można w nie uwierzyć (wszystkie często i całkiem bezceremonialnie sprzeniewierzają się prawom przyrody), lecz dlatego, że ludzie w nie wierzyli (a w niektóre nawet nadal wierzą). Odrzucenie części ich z uwagi na treść czy wiarygodność przesłania oznaczałoby odejście od perspektywy historycznej na rzecz teologicznej.
Czytelnik może się też zastanawiać, które z tych opowieści początkowo cieszyły się największą popularnością albo oddziaływały ze szczególną siłą. Na te pytania trudno udzielić odpowiedzi. Niektóre zyskiwały duży rozgłos, bo czytano je przez kilka stuleci na kilku kontynentach, ale dopiero po pewnym czasie. Ta książka skupia się tymczasem na wczesnych etapach rozwoju religii, kiedy to - podobnie jak w ewolucji gatunku - liczby bezwzględne są jeszcze niewielkie.
Czasem jakiemuś gatunkowi udaje się zdominować wszystkie inne, nie znaczy to jednak, że tak musiało być. Znane nam dziś historie ewangeliczne od początku cieszyły się popularnością, ale równolegle z nimi funkcjonowały także inne. Biegu ewolucji nie da się przewidzieć. Był taki moment w dziejach, gdy gatunek Homo sapiens o mało nie wyginął. Nie w każdym wyścigu wygrywa ten, kto jest najszybszy. Nie każda bitwa kończy się zwycięstwem strony silniejszej. Czasem decydujące znaczenie ma moment, w którym coś się wydarzyło. Czasem o czymś rozstrzyga przypadek. Religie wyznawane przez ludzi rosły w siłę i traciły impet w takim samym tempie i tak samo mało przewidywalnie. W pierwszym stuleciu naszej ery nie było jeszcze jasne, która forma starożytnych wierzeń ostatecznie zatriumfuje nad pozostałymi. Wierni - tak wtedy, jak i dziś - zapewne by się z tą tezą nie zgodzili, bo oni zwykle wiedzą, która religia jest najlepsza (ich własna). Wcześni wyznawcy Chrystusa też to wiedzieli. Tyle że takie samo przeświadczenie żywiło wielu praktykujących kult Zeusa czy Mitry. Z punktu widzenia obiektywnego obserwatora sprawa wcale nie jest więc taka oczywista.
Która spośród chrześcijańskich opowieści cieszyła się większą popularnością? Najprościej byłoby stwierdzić, że początkowo żadna. Wedle jednych z wielu (bardzo przybliżonych) szacunków w 100 roku naszej ery łączna liczba chrześcijan wynosiła około 700030. Badacze podejmowali także próby określenia liczby chrześcijan, którzy posiedli umiejętność czytania, więc mogli się z tymi historiami zapoznać. Tę również oszacowano: było ich mniej niż stu. To oczywiście tylko domysły (w żargonie naukowym określane mianem heurystyki), ale jakże wiele mówiące!
W pierwszych wiekach istnienia chrześcijaństwa mało kto miał jakiekolwiek podstawy, aby przewidywać, która z tych historii ostatecznie weźmie górę nad pozostałymi. Ostatecznie zadecydowały o tym bieg czasu i zrządzenia losu. Historie, które wygrały, znamy do dziś. Ta książka ma na celu ukazanie pozostałych.
W miarę możliwości będę unikać posługiwania się mocno obarczonych konotacjami słów takich jak "heretyk" czy "heretycki", "prawowierny" czy "ortodoksyjny", względnie "pogański". Będą się one pojawiać sporadycznie i zwykle w cudzysłowie, choć czasem również i bez cudzysłowu, gdy kontekst pozwoli tego uniknąć (nadmiar tych znaków interpunkcyjnych bywa przytłaczający). Nawet jednak jeśli ich tam nie ma, należy założyć, że są.
W książce nie będziemy się zajmować stosunkami między wczesnym chrześcijaństwem a judaizmem. Świetne wprowadzenie do tego zagadnienia dał Géza Vermes w książce Jezus Żyd. Ewangelia w oczach historyka. Tylko pobieżnie pojawi się tu wątek zapalczywej antysemickiej retoryki Kościoła z początkowego okresu jego istnienia, nie zajmuję się również wymierzonymi przeciwko Żydom prawami i edyktami chrześcijańskich władców z różnych okresów dziejów. To temat tak obszerny, że należałoby mu poświęcić odrębne opracowanie. Zainteresowanych odsyłam do Kodeksu Teodozjańskiego. To na pewno dobry punkt wyjścia.
30 Tak twierdzi Keith Hopkins w: Christian Number and its Implications (2018).