2
Hawana, 2007
Od chwili gdy otworzył oczy, nim jeszcze zdołał umiejscowić swoją rozchwianą świadomość, wciąż oszołomioną tanim rumem, co skłaniało go do przypuszczenia, że spędził noc u Tamary i że kobietą śpiącą obok jest Tamara, a któż by inny, Mario Conde doznał nieodpartego, bolesnego przeczucia klęski, które towarzyszyło mu od zbyt długiego już czasu. Po co wstawać? Co począć z tym dniem? - dudniło w uszach natrętne pytanie, a Conde nie wiedział, jak na nie odpowiedzieć. Przytłoczony owym brakiem odpowiedzi, wstał z łóżka, zważając, by nie przerwać łagodnego snu kochanki, której półotwarte usta znaczyła strużka srebrzystej śliny, a dobywające się z gardła niemal muzykalne pochrapywanie przechodziło, być może z powodu zalegającej flegmy, w wysoką, śpiewną tonację.
Usadowiony przy kuchennym stole, po wypiciu świeżo zmielonej kawy i zapaleniu pierwszego w tym dniu papierosa, który tak bardzo pomagał mu w odzyskaniu wątpliwej kondycji istoty racjonalnej, spoglądał przez uchylone drzwi na patio, gdzie pojawił się już pobrzask grożący kolejnym skwarnym dniem wrześniowym. Brak jakiejkolwiek nadziei był tak przemożny, że Conde zdecydował się stawić mu czoło w jedyny i zarazem najskuteczniejszy sposób, jaki znał: frontalnym atakiem.
Półtorej godziny później, gdy wszystkimi porami skóry lał się z niego pot, tenże sam Mario Conde przemierzał ulice El Cerro i niczym średniowieczny kupiec wykrzykiwał na całe gardło swoje desperackie zawołanie:
- Stare książki kupuję! No dalejże, sprzedawajcie stare książki!
Odkąd niemal dwadzieścia lat wcześniej porzucił pracę w policji, deską ratunku stało się dlań finezyjne, lecz nadal dochodowe przedsięwzięcie polegające na kupowaniu i sprzedawaniu używanych książek. Wypróbował wszelkie możliwe sposoby prowadzenia tego interesu: od prymitywnego wykrzykiwania oferty na ulicach (co swego czasu godziło w jego honor) aż po przeszukiwanie bibliotek wskazanych przez jakiegoś informatora, natomiast etapem pośrednim było chodzenie od drzwi do drzwi w El Vedado i Miramar, gdzie jego wytrawnemu oku domy objawiały swoje szczególne cechy (zapuszczony ogród, stłuczone szyby w oknach), świadczące o obecności licznych książek, a przede wszystkim o pilnej potrzebie ich sprzedania. Na szczęście kiedy pewnego razu poznał Yoyiego Gołębia, młodego człowieka o niezawodnym instynkcie handlowym, i podjął z nim współpracę sprowadzającą się wyłącznie do wyszukiwania wybranych pozycji, na które Yoyi zawsze miał upatrzonych nabywców, dla Condego zaczął się trwający kilka lat okres dobrobytu, to zaś pozwoliło mu oddać się niemal bez zahamowań wszystkiemu, co tak sobie upodobał: lekturze dobrych książek, jedzeniu, piciu, słuchaniu muzyki i filozofowaniu (a po prawdzie pieprzeniu głupot) w towarzystwie najbliższych i najbardziej zacietrzewionych przyjaciół.
Niemniej jego działalność handlowa nie była studnią bez dna. Od trzech czy czterech lat, wkrótce po natknięciu się na bajeczną bibliotekę rodziny Montes de Oca, zamkniętą i niedostępną przez pięćdziesiąt lat z racji nadgorliwości rodzeństwa Dionisia i Amalii Ferrerów[3], nigdy więcej nie znalazł podobnej żyły złota, a każde zamówienie złożone przez wymagających klientów Yoyiego wymagało ogromnych wysiłków. Coraz bardziej wyjałowiony teren wyglądał niczym spękana ziemia w czasie długotrwałej suszy i Conde przeżywał właśnie okres, w którym upadki zdarzały mu się znacznie częściej niż wzloty, co często zmuszało go do znojnej i żebraczej sprzedaży ulicznej.
Po półtoragodzinnym krążeniu po El Cerro i bezskutecznym wykrzykiwaniu docierającym aż do sąsiedniej dzielnicy Palatino zmęczenie, rozleniwienie i palące wrześniowe słońce kazały mu zwinąć interes i wskoczyć do autobusu, który Bóg raczy wiedzieć skąd przyjechał i jakimś cudem zatrzymał się tuż przy nim, by zawieźć go do domu wspólnika.
Yoyi Gołąb, w przeciwieństwie do Condego, był biznesmenem z wizją, który umiejętnie poszerzał pole swojej działalności. Białe kruki i wartościowe woluminy stanowiły tylko jego hobby, zapewniał, a najbardziej dochodowe interesy dotyczyły kupna i sprzedaży domów, samochodów, biżuterii, cennych przedmiotów. Ten młody inżynier, który nigdy nie dotknął narzędzi ani nie odwiedził żadnego placu budowy, od dawna wiedział - w czym przejawiał dalekowzroczność niezmiennie wprawiającą Condego w zdumienie - że ich kraj niewiele ma wspólnego z wizją raju roztaczaną przez gazety i głoszoną w oficjalnych przemówieniach, postanowił zatem wyciągnąć korzyści, jakie przedsiębiorczy ludzie czerpią z wszechobecnego ubóstwa. Jego umiejętności oraz inteligencja pozwoliły mu rozwinąć działania na wielu frontach, na granicy legalności, acz niezbyt daleko od jej przekroczenia, i robić interesy, które zapewniały wystawne życie: od kupowania markowych ubrań i złotych kosztowności po włóczenie się po restauracjach, zawsze w towarzystwie pięknych kobiet, i przejażdżki kabrioletem Chevrolet Bel Air z 1957 roku, najprawdziwszym produktem amerykańskim, uznawanym przez znawców motoryzacji za maszynę doskonałą, solidną, elegancką i komfortową, która kosztowała go fortunę, w każdym razie na stosunki kubańskie. Yoyi, jakkolwiek by na to patrzeć, był wzorcowym egzemplarzem z katalogu Nowego Człowieka, wytworem swoich czasów i okoliczności: trzymał się z dala od polityki, pełnymi garściami korzystał z życia i wyznawał utylitarną moralność.
- O kurwa, man, wyglądasz jak kupa gówna - stwierdził na widok Condego i jego spoconego oblicza, które opisał z tak precyzyjną skatologiczną semantyką.
- Dziękuję - wykrztusił gość i opadł na miękką kanapę, na której Yoyi, świeżo wykąpany po dwugodzinnych ćwiczeniach w prywatnej siłowni, relaksował się, śledząc na pięćdziesięciodwucalowej plazmie mecz bejsbolowy jakiejś drużyny z amerykańskiej Major League.
Jak zwykle Yoyi zaprosił go na lunch. Tego dnia kucharka przygotowała dorsza po baskijsku, ryż z czarną fasolą, banany na słodko i sałatkę z mnóstwa warzyw, co Conde pochłonął łapczywie i perfidnie, wspomagany butelką pesquery reservy, którą Yoyi wyciągnął z freezera, gdzie przechowywał swoje wina w stosownej, znacznie odbiegającej od tropikalnej, temperaturze.
Kiedy pili na tarasie kawę, Conde znów poczuł przypływ wszechogarniającego przygnębienia.
- Nic z tego nie wyjdzie, Yoyi. Ludzie nie mają już nawet starych gazet...
- Zawsze coś się znajdzie, man. Tylko się nie załamuj - powiedział Yoyi i swoim zwyczajem pogładził ogromny złoty medalion z podobizną Najświętszej Panienki, zawieszony na grubym łańcuchu z tego samego kruszcu, opadającym na wypukłą, przypominającą gołębie wole pierś, od której młody biznesmen wziął swój przydomek.
- Skoro tak, to co mam, do diabła, robić?
- Węszę grubszy interes - powiedział Yoyi, wciągając nosem skwarne wrześniowe powietrze. - Skapnie ci kupa pesos...
Conde dobrze wiedział, do czego prowadzą węchowe przeczucia Yoyiego, i zawstydził się na myśl, że odwiedza ten dom po to, by je sprowokować. Ale niewiele już zostało z jego dawnej dumy, czując więc na szyi dławiącą pętlę, przychodził, żeby się wyżalić. W wieku pięćdziesięciu czterech lat uznawał się za paradygmatycznego członka grupy nazwanej niegdyś przez niego i jego przyjaciół ukrytym pokoleniem, złożonym z coraz bardziej starzejących się i złamanych życiem osobników, którzy nie mogąc wyjść ze swej nory, ulegli ewolucji (w istocie inwolucji), by przekształcić się w najbardziej rozczarowane i udupione pokolenie w nowym, formującym się dopiero państwie. Wycieńczenie i zaawansowany wiek nie pozwoliły im poddać się recyklingowi i zostać marszandami albo prezesami zagranicznych korporacji, albo przynajmniej hydraulikami czy cukiernikami, i tylko z trudem udawało im się jakoś przetrwać. Podczas gdy niektórzy utrzymywali się przy życiu dzięki dolarom przysyłanym przez rozproszone po całym świecie dzieci, inni robili, co mogli, żeby uniknąć skrajnego ubóstwa lub więzienia, imając się wszelkich zawodów: korepetytorów, szoferów wynajmujących swoje rozklekotane auta, pracujących na własny rachunek weterynarzy albo masażystów - co tylko się nadarzyło. Lecz decyzja, by przetrwać, gryząc ściany, nie należała do łatwych i powodowała kosmiczne zmęczenie, nieustające poczucie niepewności oraz totalnej klęski, które często prześladowało ekspolicjanta, zmuszając go, wbrew jego woli i chęci, do wydeptywania ulic w poszukiwaniu starych książek, by zarobić choćby parę pesos.
Po wypiciu kawy, wypaleniu kilku papierosów i rozmowie o życiu Yoyi ziewnął tak potężnie, że aż zadygotały ściany, po czym oświadczył Condemu, że nadszedł czas sjesty, jedynej stosownej czynności, jakiej winien oddać się o tej porze i w tym upale każdy hawańczyk godny swego miana.
- Bez obaw, już idę...
- Nigdzie nie idziesz, man - oświadczył Yoyi, kładąc szczególny nacisk na to ostatnie, ulubione przezeń słówko. - Wyciągnij z garażu łóżko polowe i zabierz je do pokoju. Już wcześniej kazałem włączyć tam klimatyzację... Sjesta rzecz święta... Potem muszę wyjść, więc odwiozę cię do domu.
Conde, nie mając nic lepszego do roboty, wykonał polecenie Gołębia. Mimo że był od Yoyiego dwadzieścia lat starszy, zwykł wierzyć w jego życiową mądrość. A nadto, po zjedzeniu dorsza i wypiciu pesquery, sjesta narzucała się siłą rzeczy, niczym nakaz dyktowany geograficznym fatalizmem tropików i najlepszą cząstką iberyjskiego dziedzictwa.
Trzy godziny później, usadowieni w lśniącym chevrolecie - kabriolet po dziurawych hawańskich ulicach prowadził z dumą Yoyi - zmierzali ku dzielnicy, w której mieszkał Conde. Gdy byli już prawie na miejscu, ekspolicjant poprosił wspólnika, żeby się zatrzymał.
- Wysadź mnie na rogu, mam tu coś do załatwienia...
Yoyi Gołąb uśmiechnął się i podjechał do krawężnika.
- Przed Barem Desperatów? - zapytał, dobrze zorientowany w słabościach i potrzebach byłego policjanta i jego duszy.
- Mniej więcej.
- Masz jeszcze forsę?
- Mniej więcej. Z funduszu zakupu książek. - Conde powtórzył stałą formułkę i wyciągnął na pożegnanie rękę do wspólnika, który mocno ją uścisnął. - Dziękuję za obiad, sjestę i słowa otuchy.
- Słuchaj, man, w każdym razie weź to na wszelki wypadek. - Przytrzymując kierownicę chevroleta, Yoyi przeliczył banknoty w wyciągniętym z kieszeni pliku i wręczył część Condemu. - Drobniuchna zaliczka na poczet dobrego interesu, który wyniuchałem.
Conde spojrzał nań i nie namyślając się długo, wziął pieniądze. Nie wydarzyło się to po raz pierwszy, a kiedy Yoyi wspomniał o zwietrzeniu dobrego interesu, ekspolicjant domyślił się, że i tym razem jest to forma pożegnania. Chociaż relacje między nimi zrodziły się na kanwie handlu, a każdy z nich wniósł do owej spółki własne umiejętności, Conde wiedział, że wspólnik szczerze go docenia. Toteż bez uszczerbku dla honoru przyjął banknoty, które na jakiś czas zapewniały mu oddech.
- Wiesz co, Yoyi? Jesteś najprzyzwoitszym skurwysynem na Kubie.
Yoyi uśmiechnął się, gładząc dyndający na piersi złoty medalion.
- Nie rozgaduj tego, man... jak się rozniesie, że jestem przyzwoity, stracę autorytet. To na razie. - Zapuścił silnik milczącego bel aira. Samochód ruszył pełnym gazem, jakby wiózł króla ulicy Calzada. Albo całego świata.
Mario Conde miał przed sobą obraz dewastacji i z całą wyrazistością dostrzegał, że ów widok tylko pogłębia w nim depresję. Skrzyżowanie, które było sercem jego dzielnicy, przypominało teraz ropiejący wrzód. Z perwersyjną nostalgią wspominał, jak w czasach dzieciństwa dziadek Rufino uczył go sekretnej sztuki szkolenia kogutów do walki, starając się tak wyćwiczyć uczucia wnuka, by zapewnić mu edukację niezbędną do przetrwania w świecie jakże przypominającym walkę kogutów. Tego popołudnia Conde stał dokładnie w tym samym miejscu i patrzył na tłum ludzi niezmiennie kotłujący się na słynnej pętli autobusowej, na której przez wiele lat pracował jego ojciec. Teraz jednak, gdy zlikwidowano komunikację miejską, dworzec z wolna popadał w ruinę, zdegradowany do rangi parkingu dla pojazdów w stanie agonalnym. W dodatku bar Conchity, budka Porfiria z guarapo, stoisko Pancha Mentiry i rodziny Albino z fritas, skup złomu Nenity, zakład fryzjerski Wilda i Chila, dworcowa jadłodajnia, stragan z kurczakami Miguela, winiarnia Narda i Manola, kafejka Izquierda, sklep Chińczyków, pawilon meblowy, sklepik żelazny, dwa warsztaty samochodowe z myjnią i składem opon, sala bilardowa, piekarnia La Ceiba pachnąca życiem... zniknęły także, jakby tsunami lub coś jeszcze gorszego zmiotło je z powierzchni ziemi, a ich obraz rozmywał się w upartej pamięci ludzi pokroju Condego. Teraz, oskrzydlony dziurawymi ulicami i zdewastowanymi chodnikami, jeden z warsztatów został przemianowany na kawiarnię, w której handlowano wrakami samochodów na części zamienne płatne w CUC, szemranym wymienialnym peso kubańskim. W drugim warsztacie samochodowym nie działo się nic. Natomiast w lokalu, który mieścił ongiś winiarnię Narda i Manola, wielokrotnie adaptowanym i przerabianym, zawsze na gorsze, znajdował się niewielki, otwarty na ulicę Calzada barek, który - chroniony przed możliwym atakiem korsarzy i piratów przez pordzewiałe żelazne pręty - służył jako miejsce zbytu alkoholu i tytoniu, ochrzczone przez Condego mianem Baru Desperatów. Tam właśnie, a nie w kawiarni z płatnością w CUC, tutejsi pijacy dniem i nocą raczyli się tanim rumem pozbawionym uroków lodu, stojąc lub siedząc na zatłuszczonej podłodze i walcząc o miejsce ze sforą bezdomnych kundli.
Conde, omijając wypełnione mętną wodą kałuże, przeszedł na drugą stronę Calzada i skierował się ku więziennej kracie wznoszącej się nad nowym barem. Co prawda tego popołudnia nie suszyło go tak strasznie, lecz mimo wszystko czuł, że musi się napić. Jego wybawcą miał zostać właściciel baru, Gandinga, dla bywalców Gandi.
Po dwóch solidnych drinkach i dwóch długich godzinach, wykąpany i wyperfumowany niemiecką wodą kolońską ofiarowaną przez Aymarę, bliźniaczkę Tamary, Conde powrócił na ulicę. W misce stojącej przy psich drzwiczkach w kuchni zostawił jedzenie dla Śmiecia II, który mimo ukończonych już dziesięciu lat kontynuował upodobanie do zwyczajów bezpańskich psów, odziedziczone po ojcu, zasłużonym i pochowanym już Śmieciu I. Dla siebie jednak nie przygotował nic, albowiem - jak prawie każdego wieczoru - Josefina, matka jego przyjaciela Carlosa, zaprosiła go na kolację, a w takim wypadku lepiej było zachować w brzuchu jak najwięcej wolnego miejsca. Z dwiema butelkami rumu, które dzięki wspaniałomyślności Yoyiego mógł kupić w Barze Desperatów, wsiadł do autobusu i pomimo upału, szarpaniny, akustycznej i moralnej przemocy reggaetonu i poczucia wszechobecnej udręki perspektywa mile spędzonego wieczoru skłoniła go do refleksji, że znów czuje się w miarę spokojny, niemal poza światem, który tak bardzo go irytował i nieustannie mu zagrażał.
Spędzenie wieczoru z przyjaciółmi w domu chudzielca Carlosa, który już od dawien dawna przestał być chudy, było dla Maria Condego najlepszym sposobem zakończenia dnia. Drugim było spędzenie wieczoru z Tamarą na wspólnym oglądaniu jego ulubionych filmów - czegoś w stylu Chinatown, Cinema Paradiso albo Sokoła maltańskiego czy też niezmiennie odpychającego i wzruszającego obrazu Byliśmy tacy zakochani Ettore Scoli, z udziałem Stefanii Sandrelli, zdolnej wzbudzić instynkty kanibalistyczne - aby zamknąć dzień seansem seksu, coraz bardziej stonowanego i niespiesznego (z obu stron), lecz zawsze sprawiającego wiele satysfakcji. Owe drobne przyjemności stanowiły najlepszą cząstkę tego, co zostało mu z życia, które w miarę jak Condemu przybywało lat i celnie wymierzanych weń kopniaków, wyzbywało się nadziei i sprowadzało do pospolitego trwania. Na domiar złego porzucił wszelkie marzenia o napisaniu kiedyś powieści, w której opowiedziałby jakąś historię, ma się rozumieć również odpychającą i wzruszającą, w stylu tego dupka Salingera, który umrze lada chwila i z pewnością nie opublikuje nawet najmizerniejszej nowelki.
Jedynie na terytoriach owych światów, uparcie konserwowanych na obrzeżach realnego czasu, chronionych wysokimi murami wzniesionymi przez Condego i jego przyjaciół przeciw inwazji barbarzyńców, istniały swojskie i niezmienne przestrzenie, z których żaden z nich, mimo że dotykały ich zmiany fizyczne i umysłowe, nie chciał ani nie zamierzał rezygnować: światy, z którymi się utożsamiali i gdzie czuli się niczym figury woskowe, niemal zupełnie odporne na klęski i zgniliznę otoczenia.
Carlos Chudzielec, Królik i Ryży Candito już czekali pod bramą, pogrążeni w rozmowie. Od paru miesięcy Carlos cieszył się z posiadania elektrycznego wózka inwalidzkiego na baterie. Urządzenie to sprowadziła z Zaświatów zawsze wierna i uczynna Dulcita, najwierniejsza eksnarzeczona Chudzielca, teraz wierna w dwójnasób, gdyż od roku była wdową i dwakroć częściej przyjeżdżała z Miami, przedłużając swoje pobyty na Wyspie z przyczyn oczywistych, których nie chciała ujawniać publicznie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki