Rozdział 4
Obudziła ją przejeżdżająca na sygnałach dźwiękowych karetka albo policja. Cokolwiek to było, Zośka przeklęła w myślach kierowcę, widząc na telefonie, że jest przed siódmą rano! Chwilę zajęło jej dojście do siebie i zlokalizowanie miejsca, w którym się znajdowała. Opadła jeszcze na poduszkę, zamykając oczy, ale sen już nie miał zamiaru przyjść, więc wysunęła się spod kołdry i drapiąc się po rozczochranych włosach, weszła do kuchni, od razu kierując się do pieca. Otworzyła drzwiczki i zobaczyła, że żar jeszcze się tli. Rozgarnęła trochę wypalone węgielki i dołożyła łopatkę. Złapała czajnik z zamiarem nalania wody, ale okazało się, że jest pełen. Spojrzała na naczynie i zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie, żeby nalewała wczoraj do niego wody, ale pomyślała, że może zmęczenie zrobiło swoje i po prostu nie zakodowała tej czynności. Postawiła czajnik na blachę, po czym zajęła się myciem w zimnej wodzie płynącej z kuchennego kranu. W trakcie tej czynności doszła do wniosku, że kupi elektryczny podgrzewacz wody i po prostu go tutaj zamontuje. Nie miała zamiaru co rano zamrażać twarzy i zębów podczas mycia. Wyjęła puszkę z kawą, wsypała łyżeczkę do kubka i zalała gorącą wodą. W międzyczasie namierzyła małe sitko. Jakichkolwiek fusów nienawidziła pasjami, więc kiedy kawa osiągnęła odpowiedni punkt zaparzenia, położyła sitko na drugim kubku i przelała aromatyczny napój. Fusy wrzuciła do węglarki, a pusty kubek od razu opłukała. W końcu usiadła przy stole, posłodziła kawę i zapatrzona w okno wychodzące na zapuszczony ogród wypiła śniadanie małymi łykami, myśląc o tym, co musi dzisiaj zrobić.
Godzinę później buszowała po supermarkecie spożywczym, robiąc podstawowe zakupy, i kiedy stwierdziła, że ma wszystko, pojechała najpierw do marketu budowlanego, a później do sklepu elektrycznego po podgrzewacz.
- Ma pani fachowca, żeby to zamontował? - zapytała sympatycznie wyglądająca sprzedawczyni.
- Z takim drobiazgiem sama sobie poradzę. Niech mi pani dorzuci jeszcze taśmę silikonową - odpowiedziała Zośka, sprawdzając w pudełku podgrzewacza, czy wszystko w nim jest.
- A średnica rurek jest taka sama? - dopytała kobieta.
- Tak, specjalnie zmierzyłam, jaki mam przekrój rury.
Po wyjściu z elektrycznego rozejrzała się spokojnie i dokładnie. Zobaczyła dwa sklepy z odzieżą, zabawkowy i papierniczy. Wrzuciła kupiony podgrzewacz do samochodu zaparkowanego przy krawężniku i postanowiła się przejść wzdłuż ewidentnie handlowej ulicy miasta. Mijała spożywczaki, sklep mięsny i rybny, dentystę i w końcu znalazła to, czego tak naprawdę szukała. Piekarnia-cukiernia "Bastusiowski i syn" zwracała uwagę nie tylko szyldem, ale też rozchodzącym się wszędzie zapachem świeżo upieczonego chleba. Weszła do sklepu i stanęła w jednej z dwóch kolejek, omiatając spory lokal ciekawskim spojrzeniem. Po prawej stronie ciągnęły się półki zastawione wszelakimi rodzajami pieczywa, po lewej pyszniły się ciasta, ciasteczka, muffinki, kanapki, przekąski na słono i na słodko. Na wprost znajdowały się dwa stanowiska kasowe. Sześć osób z obsługi biegało i pakowało zamówienia, a dwie kasjerki non stop wystawiały rachunki. Pomiędzy kasami Zośka zobaczyła ogromny ekspres do kawy, przy którym uwijała się jak w ukropie bardzo szczupła i sprytna dziewczyna z włosami czerwonymi jak chińska flaga. Ruch w piekarni panował tak wielki, że drzwi prawie się nie zamykały, ale i obsługa działała ekspresowo. Zośka wyszła z kolejki i podeszła do dziewczyny parzącej kawę.
- Przepraszam, mam pytanie - zagadnęła.
- Czego pani sobie życzy? - Dziewczyna odwróciła głowę od ekspresu, nie puszczając metalowego kubka, w którym pieniło się mleko.
- Jestem cukierniczką i szukam pracy. Nie znajdzie się tutaj jakiś wolny etacik?
- Nie wiem, czy na stanowisku cukiernika, ale...
- W sumie jest mi obojętne, co będę robiła - dodała Zośka szybko.
- Proszę poczekać - odpowiedziała czerwonowłosa i dokończyła przygotowywanie kawy, a w międzyczasie kiwnęła na młodą dziewczynę pracującą przy pakowaniu ciast.
Już po chwili Zosia została poproszona na tyły piekarni, gdzie panna od ekspresu poprowadziła ją do części biurowej.
- Baśka. - Czerwona przedstawiła się i podała Zośce rękę.
- Zośka. Długo tu pracujesz?
- A chyba ze trzy lata. Fajne szefostwo, w miarę przyzwoite pieniądze, tylko narobić się trzeba jak wół. Przez osiem godzin nie usiądziesz, a pracujemy na trzy zmiany na wszystkich stanowiskach i w piekarni, i w sklepie. Sporo ludzi nie wytrzymuje takiego tempa, przez co szybko odchodzi.
- Ja się tam ciężkiej pracy nie boję.
Po wejściu do biura, które wyglądało jak sekretariat, Basia przywitała się z siedzącą tam starszą kobietą i zapytała, czy jest Szymon.
- Jest - odpowiedziała i wskazała długopisem w stronę drzwi prowadzących do gabinetu wspomnianego Szymona.
Basia stuknęła w drzwi i od razu je otworzyła.
- Dzień dobry, szefie, mam dziewczynę chętną do pracy. - Odwróciła się do Zośki i z uśmiechem dodała: - Powodzenia.
Zośka weszła do gabinetu, gdzie została przywitana szerokim uśmiechem młodego i przystojnego mężczyzny. Zdziwiła się nieco, bo spodziewała się kogoś zdecydowanie starszego, ale zaraz przypomniała sobie szyld, na którym wyraźnie było zaznaczone: "syn". Musiała więc trafić na wspomnianego potomka właściciela. Mężczyzna wstał i z miłym uśmiechem uścisnął dłoń Zośki.
- Dzień dobry, Szymon Bastusiowski.
- Dzień dobry, Zofia Gorzelska. Mam nadzieję, że znajdzie się dla mnie jakieś zajęcie. Z zawodu jestem cukiernikiem, ale mogę robić wszystko. Obsługiwać kasę czy ekspres też potrafię.
- A szmata i miotła?
Zośka dostrzegła błysk rozbawienia w oku szefa.
- Ten sprzęt też mam nieźle opanowany - podjęła zabawę.
Szymon uśmiechnął się, pokazując rząd białych zębów i wskazał Zośce fotel przed biurkiem.
- Potrzebujemy ludzi do pracy i jeżeli chcesz, możesz zacząć nawet od jutra. - Zośce bardzo spodobało się, że od razu przeszedł na "ty". - Misia, znaczy Michalina, nasza księgowa, da ci dokumenty do wypełnienia. Masz książeczkę sanepidowską?
- Na szczęście zabrałam ze sobą dokumenty, więc mogę je dostarczyć nawet za godzinę.
- Zabrałaś? - zapytał, marszcząc brwi.
- Tak, przyjechałam do Namysłowa dopiero wczoraj, ale mam zamiar zostać dłużej. Chcę posprzątać dom po pradziadkach, a w Krakowie nic mnie nie trzyma.
Bastusiowski przyglądał się Zośce na tyle długo, że aż ją to trochę zdenerwowało. I kiedy nerwowo poprawiła się na fotelu, otworzył jednak usta.
- Jesteś od Gorzelskich? Dobrze usłyszałem nazwisko?
- Tak. Domek po pradziadkach stał pusty, więc...
- Mówisz o starym domu Gorzelskich? Spędziłaś tam noc?
W głosie Szymona wyczuła nutkę ni to niedowierzania, ni to paniki i poczuła się dziwnie.
- Solidnie się wyspałam - potwierdziła. - W tym domu jedynym problemem jest brak łazienki, ale pod każdym innym względem wszystko gra. Mogę wiedzieć, skąd te pytania?
- A, bo wiesz, jak jest w takich niedużych miastach. Ktoś kiedyś zobaczył błysk światła w oknach i poszła plota, że tam straszy.
- Bzdury - prychnęła. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu słowa Szymona wyprowadziły ją z równowagi. - Nic się tam dziwnego nie dzieje. Wracając do mojej pracy, naprawdę mogę zacząć od jutra?
- Tak, widzimy się o piątej trzydzieści.
- Super! - ucieszyła się i podniosła z miejsca.
- Gdybyś potrzebowała pomocy, nie krępuj się, w miarę możliwości ktoś z załogi zawsze ci jej udzieli.
- To bardzo miłe, dziękuję.
Wyszła z gabinetu szefa, chwilę porozmawiała z księgową, która kazała do siebie mówić "Misia" i od razu ostrzegła, że w firmie wszyscy mówią sobie po imieniu, nawet ci najmłodsi do najstarszych.
Zadowolona i uśmiechnięta Zośka wróciła do domu. Wniosła do kuchni zakupy i dopiero teraz spojrzała na zabytkową lodówkę o pięknej nazwie Mińsk. Pociągnęła za rączkę i otworzyła przedpotopowe cudo. Nie działała, więc dziewczyna sprawdziła wtyczkę, ale ta grzecznie tkwiła w gniazdku. A prąd był.
- No to nie mam lodówki - westchnęła, jednak zaraz pomyślała, że jutro w pracy popyta ludzi. Skoro w Krakowie miała znajomego, którego wszyscy nazywali Józek Złota Rączka, pewnie w Namysłowie też kogoś takiego mają.
Po zjedzeniu szybkiego obiadu zabrała kupione w markecie budowlanym farby, pędzel, wałek i kilka innych akcesoriów, po czym ruszyła doprowadzić sławojkę do stanu używalności.
Powyrywała chwasty wokół drewnianej ubikacji, oczyściła środek z pajęczyn, porządnie zamiotła każdy kąt malutkiego pomieszczenia, naoliwiła zawiasy, po czym pomalowała wnętrze na niebiesko. To poszło jej całkiem sprawnie, gorzej sprawa wyglądała na zewnątrz. Znalezioną w stajni starą drucianą szczotką oczyściła deski z mchu i innych zanieczyszczeń, papę na dachu w kilku miejscach uszczelniła specjalną taśmą i również zabrała się za malowanie. W połowie pracy przy tylnej ścianie zobaczyła, że ktoś stoi za płotem i przygląda się jej z uwagą. Mężczyzna mógł mieć spokojnie koło osiemdziesiątki. Prawie łysa głowa odbijała promienie majowego słońca, a naznaczona upływem czasu twarz uśmiechała się niepewnie. Zośka podeszła do płotu.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie.
- A dobry, ciepły - odpowiedział głosem przeżartym przez nikotynę. - Co ty tu, dziecko, robisz?
- Sławojkę doprowadzam do porządku, żebym mogła korzystać bez ubrudzenia się za każdym razem, jak do niej wejdę. Mieszka pan tu obok? - Wskazała dom za płotem.
- Od urodzenia - potwierdził. - Pełczyniak Waldemar jestem.
- Zośka Gorzelska. Wychodzi na to, że jesteśmy sąsiadami. - Wysunęła rękę i podała ją dziadkowi.
Ale mężczyzna dopiero po chwili i z widocznym wahaniem podał jej swoją, bacznie się dziewczynie przyglądając.
- Jesteś od Gorzelskich? - zapytał, jakby chcąc się upewnić, czy dobrze usłyszał nazwisko.
- Tak, z Krakowa. Jestem córką Grzegorza. Przyjechałam zrobić porządek z rzeczami po pradziadkach i ciotce.
- Przecież Grzegorz wie... - szepnął starzec, patrząc na dom Zośki. - Co on...
Pan Waldemar lekko pobladł i zacisnął dłonie na drewnianych sztachetkach płotu.
- Panie Pełczyniak, wszystko w porządku? - Zośkę zaniepokoiło jego zachowanie. - Może wezwać kogoś?
- Nie, w porządku. Ojciec nie miał nic przeciw, żebyś tu przyjechała?
- Wcale. Dał mi klucze i powiedział, że mam z tym domem robić, co chcę. A że nic mnie w Krakowie nie trzyma, domek jest fajny mimo braku łazienki, to na dodatek dostałam dzisiaj pracę w piekarni, mam więc zamiar zostać dłużej. Dlatego maluję kibel, bo przypuszczam, że na zrobienie łazienki w domu jeszcze długo nie będzie mnie stać. Ale przy okazji zapytam: nie ma tutaj kogoś, kto by mi naprawił lodówkę?
- Nawet nie szukaj, nikt nie przekroczy progu tego domu.
Po tych słowach starzec odszedł spokojnym krokiem, zostawiając Zośkę z otwartymi ze zdziwienia ustami.