Herbata z jaśminem - Agnieszka Gil

Reflow text when sidebars are open.
Pociąg z piskiem zahamował i zatrzymał się na wrocławskim dworcu. Ktoś przez chwilę walczył z drzwiami stawiającymi wyjątkowy opór, wreszcie na podwyższenie ciągnące się wzdłuż toru wyfrunął śpiwór, za nim pojawiły się gitara i ciężki (jak się okazało, zbyt ciężki) plecak.
- Niech to szlag! - ze środka dobiegł wrzask.
Na peron wysypała się barwna grupa nastolatków z plecakami i różnymi tobołkami.
- Moja gitara! - krzyknęła ciemnowłosa dziewczyna w dżinsach i obcisłej czarnej koszulce z krótkimi rękawami, a "r" w słowie "gitara" charakterystycznie zadźwięczało. Pochyliła się nad instrumentem przygniecionym wielkim plecakiem ze stelażem i szybko odpięła klapę futerału. Rozciągnęła zgrabnie sznurek i zsunęła brązowy pokrowiec. Struny zwisły smętnie, a gryf w dziwaczny sposób zbliżył się do pudła rezonansowego, jakby z drugiej strony nic go nie trzymało. Obejrzała gitarę z tyłu - gryf u nasady odłamał się od reszty i całość wyglądała doprawdy żałośnie.
- Co za idiota rzucił plecak na gitarę?! - Rozejrzała się ze złością.
- A czyj to plecak? - spytał chłopak w dżinsach i ciemnoniebieskiej koszulce, który właśnie podszedł do dziewczyny. W jego głosie zabrzmiała troska.
- Mój... Ale mi ktoś, kurczę, pomógł - westchnęła z żalem.
Z powrotem naciągnęła pokrowiec na instrument, wrzuciła plecak na ramiona - nie był lekki, aż się zatoczyła pod jego ciężarem - i poszukała wzrokiem śpiwora.
- Podasz? - zwróciła się do stojącego obok chłopaka.
- Proszę. - Przez chwilę miał zamiar jej go wręczyć, ale zmienił zdanie. - Poniosę, co?
- Chcesz mnie odprowadzić? - spytała trochę kpiąco, ale przyglądając mu się badawczo.
Patrzył przez chwilę w jej oczy obrysowane grubymi czarnymi kreskami. Przy nich tęczówki wydawały się jaśniejsze, bardziej błękitne niż szare. Twarz, pomimo końca wakacji, miała jasną, ledwie smagniętą słońcem - pewnie przez duże ciemne okulary, za którymi zwykle się chowała. Wystrzępiona, trochę przydługa grzywka zasłaniała czoło.
- Mogę?
- Jak chcesz. - Wzruszyła ramionami, aż wielki plecak podskoczył.
Bardzo chciał.
Ruszył za nią wzdłuż peronu, po którym rozchodziły się dworcowe aromaty: zapach pączków i słodkich bułek z kiosku, dym z papierosa (palonego przez jakiegoś ukrywającego się przed służbami porządkowymi delikwenta) i charakterystyczna woń, nie wiadomo, olejów, smarów, starego kurzu z od lat niemytych szybek - po prostu ten jedyny w swoim rodzaju zapach dworca kolejowego.
- Ej, a wy dokąd?! - wrzasnął wysoki brodacz, poprawiając na ramionach wielki plecak. - Jazda z powrotem, pożegnać się ładnie!
Dziewczyna wywróciła oczami, ale posłusznie podeszła do grupy. Chłopak dreptał za nią.
Kiedy pożegnania dobiegły końca i ustalono termin kolejnego spotkania, już we Wrocławiu, odprowadzani jeszcze pojedynczymi okrzykami, poszli wreszcie w stronę bocznego wyjścia (dworzec obecnie remontowano, więc nie było innej możliwości wydostania się z niego).
- Właściwie lubię tędy chodzić - wyznała dziewczyna - ten tunel, a szczególnie kafelki na ścianach i ta dziwna, jakby szorstka posadzka zawsze kojarzą mi się z porucznikiem Klossem. - Uśmiechnęła się półgębkiem.
- Kapitanem - poprawił chłopak i zaraz umilkł pod jej spojrzeniem.
*
Wyszli na ulicę Suchą. Po kilku tygodniach w lesie, kiedy stopy przyzwyczaiły się do chodzenia po szyszkach, gałązkach czy korzeniach, a najchętniej po miękkim podłożu zasypanym opadłymi liśćmi grabów albo po piasku z plaży nad jeziorem, dziwnie było iść miejskim chodnikiem - płaskim, twardym, w którym przez cienkie podeszwy trampek czuć było tylko spojenia między płytkami.
Dziewczyna zatrzymała się na wprost budynku kolei, rozejrzała się i zastanowiła przez chwilę.
- To chyba tylko jeden przystanek? O ile pamiętam, Kura, mieszkasz blisko dworca - zagadnął chłopak.
- Jeden, ale wiesz... Pioruńsko ciężki mam ten plecak. Wolę pojechać autobusem.
- Bilety masz?
- Daj spokój z biletami, kto będzie sprawdzał w niedzielę po południu?!
Przeszli przez jezdnię i skierowali się w stronę przystanku linii 125.
Kobieta, która wsiadła tymi samymi drzwiami co oni, zatrzymała się z tyłu pojazdu, w miejscu, gdzie zwykle najchętniej stawała Kura. Dlatego teraz dziewczyna patrzyła spode łba na kobiecinę z mysimi włosami i w niemodnej bluzce. Uprzytomniła sobie, że zaraz wysiada, więc ostentacyjnie i z pewną satysfakcją odwróciła się do kobiety plecami, nawet lekko trącając ją swym bagażem. Za chwilę pożałowała gorzko każdego spojrzenia i gestu, choć pewnie uśmiech i życzliwość w oczach na niewiele by się zdały... Kobieta dała znak komuś, kto stał na początku autobusu, i wyjęła zza niemodnej bluzki identyfikator kontrolera.
*
- Niech to wszystko... Co za koszmarny dzień! - warczała Kura, maszerując wzdłuż krawężnika do przejścia dla pieszych i potrząsając czarną, spoconą grzywką. Kosmyki włosów, które wysunęły się jej z ciasno zwiniętego węzła z tyłu głowy, poprzyklejały się do wilgotnego karku i skroni. - Wszystko nie tak! Cholera, myślałam, że uda mi się zaoszczędzić te parę groszy, a tu proszę, w sam raz na karę!
Podczas wakacji wcale niełatwo było wydać pieniądze. Obóz znajdował się nad jeziorem w środku lasu. Do najbliższego sklepu trzeba było iść z pięć kilometrów lądem albo poprosić jakiegoś żeglarza, by dowiózł na drugi brzeg, do któregoś z ośrodków kempingowych ze stołówkami i sklepikami.
- No, to jesteśmy, dzięki za poniesienie śpiwora. - Skrzywiła się bardziej gorzko niż wesoło i wyciągnęła do chłopaka rękę.
- To już ci wniosę... - Spojrzał prosząco zza okularów w wąskich oprawkach.
- Jak chcesz, Grzesiu... Mam nadzieję, że to już koniec atrakcji na dzisiaj - mruknęła, nie wiedząc zupełnie, czego może oczekiwać w domu.
Tymczasem nie dane jej było tego sprawdzić, bo pomimo dzwonienia, stukania, a nawet walenia pięścią nikt nie otworzył drzwi.
- Gdzie oni są, do jasnej cholery - złościła się Kura. - Ani kartki w drzwiach, ani telefonu, mogli chociaż SMS-a przysłać!
- Sprawdzałaś? - rzucił przytomnie Grześ. - Może nie usłyszałaś dzwonka?
Kura wyjęła telefon z kieszonki plecaka i znieruchomiała. Właśnie sobie przypomniała, że wyłączyła go poprzedniego wieczora. Mając cichą nadzieję, że bateria się nie wyładowała, włączyła aparat. Jest! Jest SMS: "Pojechaliśmy na grzyby do Gruszeczki. Wracamy wieczorem. Na kuchence zupa".
Wyświetlacz błysnął i zgasł - koniec mocy.
Kura usiadła na schodach, opierając plecak o wyższy stopień. Niewidzącym wzrokiem zagapiła się w okno na podwórze i trwała tak w bezruchu z opuszczonymi ramionami. Grześ ostrożnie zdjął jej plecak i postawił go obok gitary opartej o ścianę.
- Klucza nie masz? - zapytał głupio.
Spojrzała na niego bez słowa i wróciła do wpatrywania się w mur za oknem. Im dłużej się w niego wpatrywała, tym większa ogarniała ją wściekłość. Rodzina wróci najmniej za trzy godziny - ma tu kwitnąć przez tyle czasu? Głodna?! Popatrzyła na kucającego obok chłopaka (schody były bardzo brudne, a on miał jasne spodnie) i zmrużyła oczy.
- To w końcu zaledwie pierwsze piętro, chodźmy po drabinę!
- Po drabinę? Musiałaby być długa...
- Może w browarze będą mieli. No chodź! Bo sama mogę nie dać rady przynieść.
Zostawili bagaże pod drzwiami mieszkania i zbiegli po drewnianych schodach. Właściwie Kura zbiegła, a Grześ zszedł za nią ostrożnie, nie dowierzając skrzypiącym i spróchniałym deskom oraz rozlatującej się, pochylającej od samego patrzenia na nią, poręczy.
*
W browarze, zbudowanym na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku, tuż po wojnie produkowano kwas mlekowy i przez wiele lat warzono piwo Mieszczańskie, rozlewane do małych butelek. Kilka z nich do dziś stało w piwnicy ojca Kury. Teraz od dawna nic tutaj nie produkowano poza hałasem - niemal w każdy weekend odbywały się tu głośne imprezy, tak zwane kulturalne.
Dziewczyna otworzyła furtkę z kutego metalu i zbliżyła się do niskiego ceglanego budynku porośniętego obficie zdziczałym winogronem. Zapukała w szybkę, aż siedząca przy stole portierka podskoczyła.
- Nie macie tu jakiejś drabiny? Wysokiej - zapytała bez zbędnych wstępów Kura.
- Co mamy nie mieć... Ale sama nie uniesiesz - zastrzegła staruszka - a ja też ci nie pomogę. - Portierka nie spytała, kim jest dziewczyna, bo od razu ją rozpoznała.
- Mam tu pomocnika. Chodź, Grzesiu! - zarządziła. - Gdzie ona stoi?
- A tam, widzisz, oparta o ścianę przy kotłowni.
We dwoje unieśli ciężką drabinę i z trudem ustawili ją przy żółtej ścianie budynku. Mieszkanie Kury znajdowało się nad bramą przejazdową, prowadzącą na podwórko, musieli więc najpierw zamknąć wrota, by jakiś sąsiad nie wjechał w drabinę podczas wspinaczki. Starannie wycelowali w miejsce tuż pod oknem, którego lufcik był otwarty.
- No, dawaj, potrzymam - zachęciła Grzesia skinieniem ręki.
- Ja?!
- A kto? - zdziwiła się szczerze.
- Żartujesz? Nie dosięga nawet do parapetu, jak mam tam niby wejść? - Grześ był najwyraźniej przestraszony. - Może ktoś jest w tym browarze, jakiś robotnik albo co...?
- Grzesiek, nie wygłupiaj się, przecież to nie jest skalna ściana. - Spojrzała na jego pobladłą twarz i szybko podjęła decyzję. - Dobrze, trzymaj, ja wejdę.
- Sama? - Zbladł jeszcze bardziej. - Daj spokój, może poprosimy kogoś o pomoc? Jeszcze spadniesz!
- Może zadzwonimy po twojego tatę - warknęła ze złością i zaczęła wstępować na stopnie. - No, trzymaj, do cholery, bo inaczej naprawdę zlecę...
Starając się nie patrzeć w dół, wdrapywała się coraz wyżej, powoli zbliżając się do brudnej ściany i ukruszonego gzymsu. Drabina była za krótka, jednak dziewczynie udało się stanąć na parapecie i chwycić poziomą belkę oddzielającą dolną część okna od górnej.
Na dole, przy wiacie przystanku autobusowego, zgromadziło się kilka osób w ciszy obserwujących wspinaczkę Kury. Grześ, biały jak kreda, z całych sił trzymał drabinę. Dziewczyna, wciąż starając się nie patrzeć w dół, sprawnie wspięła się na okno. Na moment zawisła na belce, walcząc z własnym ciałem. Jednak po chwili ześlizgnęła się do mieszkania, skąd rozległ się dźwięk tłuczonej doniczki. Tłumek na przystanku pod oknem odetchnął z ulgą.
Grześ zostawił drabinę i nie bacząc na rozlatujące się deski podłogi, popędził schodami do góry. Gdy wbiegł na pierwsze piętro, akurat rozlegał się dźwięk otwieranego zamka. W drzwiach mieszkania stanęła Kura, dzwoniąc głośno własnymi kluczami, których nie zabierała na obóz, bo i po co.
- Nic sobie nie zrobiłaś?
- Ja nic, ale dracena straciła życie. To zresztą i tak wielokrotna niedoszła samobójczyni, więc chyba tylko jej pomogłam... Dawaj te toboły i idziemy odnieść drabinę.
Wnieśli do mieszkania plecaki i zeszli na dół. Autobus właśnie odjechał, zabierając ze sobą obserwujących wyczyn Kury gapiów, więc nikt jej nie bił braw - spokojnie wzięli drabinę i odnieśli ją do browaru.
*
W niewielkim mieszkaniu unosił się zapach papierosów. Kura szeroko otworzyła okno i wzięła do ręki zmiotkę i szufelkę.
- Siądź tu na razie. - Wskazała wersalkę byle jak przykrytą pogniecioną narzutą. Sprzątnęła potłuczoną doniczkę, zamiotła ziemię i przyjrzała się połamanej łodydze rośliny.
- Samobójczyni - powtórzyła - już kilka razy skakała z parapetu.
- Jak to? - Grześ się uśmiechnął. - Sama?
- Tak. Widzisz, jaka jest powyginana? Nie mogła chyba utrzymać równowagi w zbyt małej doniczce, więc wywracała się co jakiś czas. Myślę, że dość już tego - zdecydowała i połamała łodygę na mniejsze kawałki. Zapakowała całość do worka na śmieci i postawiła go przy drzwiach wejściowych. - Idę umyć ręce, podobno dracena jest trująca.
Grześ rozglądał się po pokoju urządzonym najwyraźniej bardzo dawno temu. Pod ścianami wyłożonymi tapetą w bordowe welurowe kwiaty stały ciemne, matowe meble. Półki były wypełnione książkami i "kryształowymi" naczyniami. W rzeźbionych koszyczkach, miseczkach i wazonikach tłoczyły się guziki, biżuteria, odcinki przekazów pocztowych i mnóstwo innych rzeczy. Wszystko dość obficie pokrywał kurz. Niska, drewniana ława, z plamami po szklankach, była zastawiona z jednej strony jakimiś papierami i zeszytami częściowo rozwiązanych krzyżówek, z drugiej - samotnie stojącą puszką po piwie i pełną niedopałków wielką, ciężką popielniczką z ciętego szkła. Po drugiej stronie ławy ustawiono dwa fotele tapicerowane czerwonym materiałem w kwiaty, o oparciach pokrytych popękaną dermą. Jeden z nich był zarzucony stertą ubrań, prawdopodobnie czystym praniem, drugi gazetami. W rogu pokoju stało wielkie, co najmniej stulitrowe akwarium, wypełnione roślinami tak szczelnie, że nie widziało się ryb, z wyjątkiem glonojada przyssanego do zielonkawej szyby. Był duży i najwyraźniej najedzony - bo pokarmu miał pod dostatkiem. Przy akwarium stał stolik, również niknący pod stertami papierów i pogniecionych ubrań, a obok znajdowały się drzwi prowadzące do pokoju Kury - niegdyś białe, obecnie całe w żółtawych plamach i z częściowo odpryśniętą farbą.
- Głodna jestem jak wilk, ale chyba najpierw wezmę prysznic. Ty... śpieszysz się gdzieś? - Spojrzała niezbyt zachęcająco.
- Niespecjalnie, więc o ile ci nie przesz... - nie dokończył, bo machnęła niecierpliwie ręką.
- Daj spokój, chcesz coś zjeść?
- Dziękuję, może coś do picia, jeżeli tylko...
"O ile ci nie przeszkadzam, jeżeli tylko, ble ble ble...". Kura wyszła z pokoju, zastanawiając się, jak długo mogłaby trwać jeszcze ta drętwa rozmowa. Grześ był taki grzeczny i ułożony, że czasami robiło się od tego słabo.
Łazienka znajdowała się za kuchnią, która była pomieszczeniem przechodnim. Właściwie w mieszkaniu ciągle ktoś komuś deptał po piętach, bo i do pokoju Kury szło się przez tak zwany salon, służący jednocześnie za sypialnię dorosłych - ten, w którym obecnie zostawiła kolegę. Jeśli tylko był ktoś w domu, zwykle mijał się co chwila w drzwiach z innym domownikiem. Mieszkanie miało kształt odwróconej litery L - a gdyby jeszcze używano drzwi prowadzących z korytarza wprost do kuchni, obecnie zastawionych pralką, można by chodzić w kółko.
Dziewczyna, próbując nie widzieć tego, co dzieje się w kuchni, przeskoczyła do łazienki i już po chwili pod silnym strumieniem wody zmywała z siebie całą podróż i wędrówkę po drabinie. Jak Grzesiek to robił, że w ciągu całego dnia nawet się nie spocił? I te jasne dżinsy bez jednej plamki... Czyścioszek.
*
Z głową owiniętą ręcznikiem, niezwykle jak na nią zaróżowioną twarzą, wyszła spod prysznica i wreszcie rozejrzała się po małej kuchni. Większość blatów była zastawiona niezmytymi naczyniami, w zlewie piętrzyły się talerze, na brudnej kuchence stały obklejony spalonym tłuszczem czajnik i jakiś garnek, z którego dochodził dziwny zapach. Zbliżyła się i ostrożnie uchyliła pokrywkę. Ze środka nic jednak nie wyskoczyło, za to w całej okazałości ukazał się cudnej urody pleśniak - zielony, z białym futerkiem. Kura zakaszlała i szybko przykryła go z powrotem. "Jezu, ona chyba nie sprzątała, odkąd wyjechałam...".
Szybko umyła dwa kubki, starając się nie dotykać zlewu, i wrzuciła do nich kostki lodu, które na szczęście znalazła w lodówce. Za cytryną wolała się już nie rozglądać - sama woda Grzesiowi wystarczy, a jej głód jakoś minął. Chwyciła jedynie brzoskwinię, leżącą w plastikowej misce, umyła ją i zatopiła zęby w nabrzmiałym sokiem owocu.
Grześ siedział grzecznie na wersalce i przyglądał się książkom na półkach.
- Dużo czytacie. I takie różne rzeczy.
- Ojciec tak, ale Stara tylko krzyżówki. - Dziewczyna się skrzywiła. - Swoje książki mam u siebie. A ty? - zapytała, sama nie wiedząc, czy chce rozmawiać o lekturach lub czy w ogóle ma ochotę na cokolwiek.
Powrót do domu, do którego trochę chyba już zaczęła tęsknić u kresu obozowych dni, wyglądał zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażała. Siedziała więc obok Grzesia, owinięta ciemnoszarym polarowym szlafrokiem, zupełnie nie słysząc tego, co chłopak mówi, za to wyławiając wzrokiem każdy śmieć i kłębek kurzu pokrywający dywan. "Co ona robiła przez ten czas? - zastanawiała się dziewczyna. - Nie sprzątała, nie gotowała, nawet łóżka nie ścieliła". Kura starła palcem małą plamkę z ławy, obok zauważyła następną i kolejne - z obrzydzeniem otrzepała ręce.
- ...i dlatego mam nadzieję, że kiedyś i ty zechcesz mnie odwiedzić. Moglibyśmy sobie pewnie powiedzieć wiele interesujących rzeczy.
- Jakich rzeczy? - zapytała obojętnie, nie wiedząc, o czym on właściwie mówi.
- Różnych...
Policzki Grzesia lekko spąsowiały i ni stąd, ni zowąd zaczął uciekać wzrokiem przed spojrzeniem Kury, która przyglądała mu się z rosnącym zaciekawieniem. Chłopak wyraźnie chciał coś powiedzieć, jednak słowa więzły w zaciśniętym gardle. Zaczerwienił się jak sztubak.
Dziewczyna patrzyła na niego z najpierw trochę kpiącym, ale coraz szerszym uśmiechem i pomalutku zaczęła łączyć w całość nieznaczące, jak dotąd myślała, drobiazgi. Pomoc w klarowaniu kajaka, zamiana warty na godziny, w których mniej chce się spać czy ostrożny, ale wyraźny dotyk palców przy podawaniu kompotu na obozowej stołówce...
- Na przykład, że ci się podobam? - rzuciła otwarcie.
- Od dawna... - Z trudem przełknął ślinę. - Odkąd cię zobaczyłem jeszcze przed obozem. - Grześ ujął ją za rękę, nieco posunął miękki rękaw szlafroka i gładził ją delikatnie po przegubie dłoni.
Przymknęła oczy i pozwoliła, by ciepło jego ręki przeniknęło przez skórę, w górę do ramienia, rozlało się po klatce piersiowej i przyśpieszyło bicie serca. "Czy to to?" - zastanowiła się krótko, ale nie zdążyła nic więcej pomyśleć, bo chłopak przyciągnął ją do siebie i zbliżył usta do jej wyschniętych nagle warg. Z nieoczekiwaną energią zaczęła oddawać pocałunki, po czym wstała i pociągnęła go w stronę swojego pokoju.
- Jesteś pewna...? - Nie śmiał uwierzyć, ale tak bardzo tego chciał, że postanowił nie czekać na odpowiedź. Otoczył dziewczynę ramionami, pozwolił, by ręcznik zsunął się z jej włosów, i wziął ją na ręce. Była taka drobna, leciutka. I pachniała brzoskwiniami.
Wtuliła głowę w jego szyję i w przelocie spojrzała na mokry ręcznik wśród śmieci na podłodze, na śmierdzącą, pełną niedopałków popielniczkę na ławie i drobinki kurzu wirujące w smudze słońca przeświecającej przez brudną szybę okna.
- Pewna... Tak.
Przymknęła powieki i nie podnosiła ich nawet wtedy, gdy Grzegorz zamknął odrapane drzwi.
*
Słońce oświetlało szczyt ceglanego budynku widocznego przez okno od podwórka. Dzień z popołudnia przeszedł w wieczór. Czas płynął powoli, sprowadzając na miasto senność i ciszę, którą przerywały jedynie dalekie komunikaty z dworca kolejowego i pogwizdywania pociągów. Odgłosy te docierały do pokoju Kury, napełniając jej duszę spokojem. Tęskniła za nimi na obozie. Przez kilka chwil tkwiła nieruchomo, błądząc wzrokiem po pokoju niewidzianym od trzech tygodni i upajając się poczuciem bezpieczeństwa i radości z powrotu. Mimo wszystko radości.
Przeciągnęła się i odwróciła głowę - Grześ leżał nieruchomo, jakby zasnął, jego klatka piersiowa równomiernie podnosiła się i opadała. Zgiętą rękę podłożył sobie pod głowę, drugą wsunął pod szyję dziewczyny. Nie było to zbyt wygodne, więc ostrożnie wstała z łóżka. Przez chwilę patrzyła na niego, zastanawiając się, co zrobić. Sytuacja była, no cóż, wyjątkowa. Bardziej niż chłopak mógłby przypuszczać... Wtem jej wzrok padł na zegar wiszący nad drzwiami.
- Grzesiek! Moi pewnie zaraz wrócą, idź stąd!
Zerwał się w popłochu i oprzytomniawszy w jednej chwili, sprawnie wskoczył w spodnie i inne części garderoby. Potem nagle zsunął się na kolana tuż przed siedzącą dziewczyną i objął dłońmi jej łydki, przytulił twarz do ud.
- Teraz już zawsze... tylko ty! - szepnął wzruszony i z nabożeństwem ucałował jej dłonie.
Zdumiona Kura popatrzyła na niego z rozbawieniem, a może bardziej z irytacją. Wyrwała się wreszcie z jego objęć i krzyknęła:
- No, idź już!
Złapał w przelocie plecak, otworzył drzwi wejściowe i niemalże sfrunąwszy po schodach, wybiegł z bramy. Na przystanku przygładził włosy, poprawił koszulkę i spojrzał w okna mieszkania dziewczyny, spodziewając się ją zobaczyć. Stał tak przez chwilę, a uśmiech na jego twarzy gasł. Wreszcie, wobec szalejących w nim uczuć, które nie pozwalały mu bezczynnie stać w miejscu, ruszył chodnikiem. Ledwie opanował chęć dziecinnego przeskakiwania z płyty na płytę.
A ona oparła czoło o drzwi i tkwiła w bezruchu dobrych kilka minut. Potem powoli przeszła do swego pokoju i wyjęła z szafy miękki beżowy sweter, połyskujący wplecioną w dzianinę złotą nicią. Wtuliła w niego twarz, rzuciła się na łóżko i zapłakała.
*
Zgrzyt zamka w drzwiach i gwałtowne ich otwarcie nie obudziły śpiącej dziewczyny, dopiero rumor dochodzący z drugiego pokoju spowodował, że zerwała się na równe nogi. W pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie się znajduje - mrok zalał pokój, mimo odsłoniętych zasłon z podwórka nie docierało żadne światło.
Coś znów tąpnęło, aż zatrzęsło się mieszkanie, i rozległo się głośne przekleństwo. Kura, przytrzymując poły szlafroka, wyskoczyła z pokoju i jej oczom ukazał się widok, na który nie miała najmniejszej ochoty. Na podłodze, wśród śmieci, petów z przewróconej popielniczki i niewielkiej liczby porozgniatanych grzybów, leżał jej ojciec i mętnym wzrokiem wodził dokoła.
- Córeczka - wychrypiał - moja córeczka wróciła! Z obozu. Patrz, k..., patrz, Marek, moja córeczka wróciła. Wołaj Niuśkę, niech jej kolację robi! - zarządził i przewrócił się na plecy bezwładny jak szmaciana lalka.
Dziewczyna poczuła, jakby miała w gardle kłąb szklanej waty. Z trudem przełknęła ślinę, po czym bez słowa wróciła do pokoju i starannie zamknęła za sobą drzwi.
*
- Coś ci się porobiło z telefonem? - w głosie Nelsona słychać było niepokój. - Próbowałam się dodzwonić w niedzielę, ale wciąż miałaś wyłączony...
- Rozładował mi się w drodze.
- No ale wróciłaś, to mogłaś włączyć!
- Nie mogłam - odparła lakonicznie Kura i sięgnęła leniwie po ziarenko słonecznika.
- Nie wygłupiaj się lepiej. Muszę z tobą koniecznie pogadać. Jak najszybciej!
- Tak?
- Czy ty się dobrze czujesz? - zaniepokoiła się Kornelia i spojrzała uważnie na słuchawkę, jakby mogła przez nią zobaczyć przyjaciółkę, której brak zainteresowania nie pasował do ich zwykłych relacji.
Kura zastanowiła się przez chwilę i rozgryzła pachnące latem ziarenko. Świeżo wyłuskane smakowało naprawdę wspaniale.
- Dobrze. To kiedy?
- Dzisiaj siedzę z młodym do wieczora, jutro też, może w środę?
- W rozpoczęcie roku? Może być. Zdzwonimy się jakoś, OK?
- Jasne... - zająknęła się Nelson. - Czekaj, czekaj, dlaczego nie mogłaś włączyć telefonu?
- Byłam jakby... zajęta.
- Czym?
- Oj, to nie na telefon. - Kura krótko się zaśmiała.
- Gadaj! - zawołała z niecierpliwością koleżanka. - Co robiłaś? Czekaj, czekaj, sama z tego obozu wróciłaś? - Zmrużyła oczy.
- Nie powiem, nieźle kombinujesz, ale muszę kończyć, pa!
*
Dwa dni dzielące Kurę od rozpoczęcia roku szkolnego minęły jej głównie na oczekiwaniu ochłodzenia. Stęskniła się już za glanami i czarną bluzą, a głupio było wystroić się w to przy niemal trzydziestu stopniach w cieniu. Podręczniki na szczęście już miała. Spędzała więc czas, tkwiąc w oknie pokoju i patrząc na zamarłe podwórze. Kiedy była dzieckiem, gromadziło się tam kilkoro rówieśników, podwórko żyło, hucząc ich okrzykami, bieganiną, śmiechem. Teraz poszarzałe, brudne, porośnięte wysokim zielskiem, tęskniło pewnie za dziećmi wyskrobującymi "kakałko" z cegieł starego muru, wspinającymi się na stare szopy, fikającymi na trzepaku. Ale rozlatujące się szopy rozebrano, dzieci wyrosły i wyprowadziły się wraz z rodzinami, a sięgające bioder chwasty nie służyły już nikomu za kryjówki, tworząc jedynie wrażenie jeszcze większego nieładu.
- Będziesz jadła?! - Z zamyślenia wyrwał ją okrzyk dobiegający z kuchni.
- A co jest? - odwrzasnęła.
- Jarzynowa.
- Dobrze, że nie grzybowa - zamruczała pod nosem - bo nawet bym nie ruszyła...
Na wspomnienie ojca, leżącego na brudnym dywanie wśród śmieci i grzybów pomieszanych z zawartością popielniczki, zrobiło się jej niedobrze.
Przeszła do dużego pokoju i z zadowoleniem zauważyła, że Stara trochę posprzątała. Nawet większość naczyń zmyła, choć w szafce pod zlewem stały jeszcze ukryte garnki i patelnia, czekające widocznie na kolejny przypływ zapału do porządków pani gospodyni.
- Rozpoczęcie roku masz o której? - Kobieta odgarnęła z twarzy ciemne włosy i spojrzała na Kurę.
"Moja Cyganeczka" zwykł o Niuśce mówić ojciec, choć Cyganką wcale nie była, ale cerę rzeczywiście miała ciemniejszą, żółtawą, a czarne oczy zawsze podkrążone.
- O dziewiątej. - Dziewczyna z apetytem pochłaniała zupę. Cokolwiek by o Starej powiedzieć, gotowała naprawdę smacznie. Jeśli akurat miała fantazję, żeby gotować.
- Robiłaś pranie? Bluzka mi potrzebna - odezwała się raptem Kura.
- A tobie ręce do boków przyrosły?
- Ciekawe, jak mam wyprać, skoro chyba od tygodnia leżą w pralce jakieś twoje łachy - odgryzła się i przełknąwszy ostatnią łyżkę zupy, wstała od ławy. - Sprawdź, czy nie zapleśniały! - I z trzaskiem drzwi znikła w swoim pokoju.
- Weź jej coś powiedz, bo nie wytrzymam! - dobiegł ją głos Starej.
- Niuśka, ale te rzeczy naprawdę tam pleśnieją? - zapytał ojciec.
- Suche są! Do prania dopiero! A ona ma prawie siedemnaście lat, chyba czas, by sama się nauczyła włączać pralkę!
- Dobrze, dobrze, porozmawiam z nią... - Ojciec odsunął krzesło od stołu z zamiarem pójścia do córki. Nie zdążył - zanim ruszył z miejsca, usłyszał, że klucz w drzwiach jej pokoju się przekręcił.
- Potem z nią pomówię.
Niuśka spojrzała spode łba i nic nie mówiąc, zebrała ze stołu talerze. Postawiła je w kuchennym zlewie i wróciła do pokoju. Po chwili zapomniała o Bożym świecie, pogrążona w rozwiązywaniu krzyżówek.
- Leonku, czy ty choć raz nie możesz iść do szkoły jak człowiek? - Matka stanęła w drzwiach swojego pokoju i przyglądała się odzianemu w czerń synowi, który tkwił przed lustrem w przedpokoju. - Biała koszula to coś bardziej pasującego na rozpoczęcie roku. Wyprasowałam ci, włóż, proszę.
Leon spojrzał na swoją śliczną matkę. Odziedziczył po niej wzrost, a może i jej klasę. Przekorę chyba po ojcu...
- Mamo, czy moja koszula nie jest czysta i wyprasowana? Czy nie wyglądam wystarczająco estetycznie?
- Ale to przecież...
- Sza! Nie ma o czym! - Cmoknął ją w policzek, chwycił czarny płaszcz o kroju prochowca i uśmiechnąwszy się do matki w drzwiach, wyszedł z mieszkania.
Kobieta westchnęła i podeszła do okna. Z czułością, której nie lubiła uzewnętrzniać, patrzyła na syna stawiającego długie kroki. Jego jasne włosy powiewały, choć wiatru nie było. "Zgrzeje się" - pomyślała, ale wiedziała, że nie było sensu namawiać go do pozostawienia płaszcza w domu. "Image" - przypomniała sobie z uśmiechem i zasiadła w fotelu. Zanim weźmie się do obiadu, zdąży jeszcze poczytać - Siostry Ireny Landau, to nie jest książka, którą chce się odkładać na później, a przecież w kolejce czekają jeszcze Pogodne dni.
*
Miasto, jeszcze wczoraj niemal wymarłe z powodu upału i trwających wakacji, teraz zaroiło się od młodzieży w strojach mniej lub bardziej galowych. Ludzie wysypywali się z tramwajów na przystankach w okolicach szkół, pokrzykiwali, machali na powitanie.
Leon rozejrzał się po placu Dominikańskim, wypatrując kolegów z klasy. Ostatni rok - po maturze ich drogi się rozejdą, warto pielęgnować znajomości. Szczupły, ale wyższy od rówieśników co najmniej o głowę, rzucał się w oczy w gromadzie uczniów wchodzących do IX LO.
Po dwóch miesiącach poza szkołą stęsknił się za jej gwarem, a nawet zapachem. Z uśmiechem minął szklane drzwi przy portierni i wtedy jego wzrok padł na tę dziewczynę. Ubrana w czarne rurki i białą bluzkę, stała oparta o ścianę przy wejściu do piwnicy, na szyi miała czarno-białą arafatkę. Nie wiedział, co dokładnie przykuło jego uwagę. Może jej spokój? Bo na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się zbytnio z tłumu innych dziewcząt - drobna, czarnowłosa, z ciemnym makijażem wokół oczu... Ale oczy miała jasne, a spojrzenie tak beznamiętne, jakby nie interesowało jej przyjście tutaj. "Megaindyferencja" - pomyślał Leon i uśmiechnął się do siebie, układając już w głowie słowa, którymi zamierzał przywitać nieznajomą...
Nie zdążył uczynić nawet kroku, gdy do dziewczyny zbliżył się chłopak w śnieżnobiałej koszuli i w krawacie. Jego buty lśniły taką czystością, że można było się w nich przeglądać, a kanty spodni groziły skaleczeniem. Podszedł sprężystym krokiem i uśmiechając się szeroko, powitał dziewczynę jak dobrą znajomą (wcześniej dyskretnie przejrzał się w szybie portierni i poprawił lśniące od żelu włosy). A ona leniwie uniosła na niego wzrok i rzekła:
- O, Grzesiu. Cześć. - W jej głosie było tyle samo entuzjazmu, ile w spojrzeniu.
- Co ty tu robisz? - Nie sądził, żeby przyszła go odwiedzić. Niespecjalnie rozmawiali na wakacjach o szkole, ale był pewien, że ona chodzi zupełnie gdzie indziej.
- A co tu można robić pierwszego września o dziewiątej?
Leon zmierzył wzrokiem ulizanego lalusia, minął go i wszedł po schodach. "Dziewczyna nie zając" - pomyślał i ruszył na poszukiwanie swojej klasy.
*
Kura uważnie śledziła nazwy mijanych przystanków. Nie miała ochoty zabłądzić, a właściwie zupełnie nie znała okolic, w które przeprowadziła się Nelson (czyli Kornelia, jej najlepsza przyjaciółka). Łatwiej było się spotykać, gdy koleżanka mieszkała bliżej - na Tarnogaju, dzielnicy położonej dość daleko od centrum, na południowym krańcu miasta, gdzie wraz z rodziną gnieździła się na poddaszu domu babci. Wtedy przynajmniej mogły codziennie widywać się w szkole. Ale jej rodzice kupili nowe mieszkanie na drugim końcu Wrocławia - na osiedlu nadodrzańskiego Śródmieścia.
Teraz więc Kura czujnie przyglądała się wszystkiemu wokół, by nie pojechać za daleko lub nie wysiąść zbyt blisko. Z grubsza tylko pamiętała drogę od przystanku (z poprzedniej wizyty) - na szczęście to wystarczyło.
- Jesteś! - ucieszyła się szczerze koleżanka. - Już się nie mogłam doczekać! Chodź do mojego pokoju... ale wiesz co? Może wyjdziemy? Przeszłybyśmy się na plac zabaw, chcesz?
- Zwariowałaś? - Kura popukała się palcem w czoło. - Na huśtawki może? - zakpiła.
- Może być na huśtawki, nawet chętnie! - Z pokoju jak z procy wyskoczył młodszy brat Kornelii i rozsiadłszy się na podłodze, zrobił ogromne zamieszanie wśród butów.
- Co ja zrobię, zawsze mi go wciskają... - Skrzywiła się starsza siostra i zrezygnowana wzruszyła ramionami.
*
Plac zabaw rozbrzmiewał głosikami dzieci, nawoływaniami matek i odległymi dźwiękami dochodzącymi z jezdni na obrzeżu osiedla. Dziewczęta zrezygnowały z wysiadywania w piaskownicy - Szymek zresztą był już na nią za duży. Biegał więc od huśtawek do zjeżdżalni, a dziewczyny znalazły ocienioną ławeczkę, z której spoglądały na chłopca.
Rówieśnice, przyjaciółki, ale tak różne. Kornelia - niewielka blondynka, w dżinsach i błękitach, z długimi, rozpuszczonymi włosami, których łagodne fale co chwila odrzucała na plecy. Szymek był jej wiernym odbiciem - nawet dołek na policzku miał w tym samym miejscu. Kura stanowiła przeciwieństwo Nelsona - czarne włosy spinała mocno, zwinąwszy je najpierw w ciasny węzeł. Przydługa grzywka już niebawem miała dołączyć do reszty - skończy się beztroskie powiewanie na wietrze. Ogólnie dziewczyna wyglądała raczej poważnie, by nie rzec - ponuro. To wrażenie pogłębiały zawsze czarne ubrania i ciemny, mocny makijaż.
- Skąd on ma tyle siły? - zastanawiała się Kura, obserwując bawiącego się Szymka. - Lata jak nakręcony, skacze, dynda na drabinkach. W domu też tak?
- Czasami gorzej, jeśli się tu nie wybiega. Ale mów, co tam się takiego wydarzyło, bo mnie skręca z ciekawości! - Nelson pochyliła się do przodu i wpatrzyła w twarz koleżanki. - Co robiłaś? I z kim?!
- Z dworca odprowadził mnie Grzesiek. Ten, wiesz, z klubu. To znaczy nie z mojego klubu - też wiosłuje, tylko po drugiej stronie Odry. W tym roku mieliśmy wspólny obóz.
- No i?
- No i to był bardzo niemiły powrót z wakacji. Najpierw jakiś bezmózgowiec zniszczył mi gitarę, a potem cholerny kanar, właściwie kanarzyca dorwała nas w autobusie. Też nie miała co robić w niedzielę - w domu by z mężem posiedziała... - Kura zamyśliła się smętnie.
- I co - poszliście do ciebie? A starzy?
- Na grzybach byli.
- To chata wolna! - ucieszyła się, nie wiadomo dlaczego, koleżanka.
- Nie bardzo, bo nie miałam kluczy...
- Ale numer! - Kornelia roześmiała się, wysłuchawszy opowieści o wspinaczce. - A moja mama to dopiero kiedyś zrobiła! - Dziewczyna poprawiła się na ławce. - Kiedy mieszkaliśmy jeszcze u babci, a tam, pamiętasz, są same domki. Któregoś razu, kręcąc się po kuchni, zauważyła, że pod domem sąsiadów od dłuższego czasu czeka jakaś pani, przebierając nogami. Wiesz, jaka jest moja mama - człowiek litościwy, a babce najwyraźniej chciało się siusiu. Mama nie wpadła jednak na pomysł, żeby ją zaprosić do naszej łazienki, tylko wyszła i zaczęła wypytywać, kim jest i co tu robi. Okazało się, że tamta chciała zrobić synowi niespodziankę, więc bez uprzedzenia przyjechała go odwiedzić. Nie zastanowiła się zupełnie, że oboje z żoną o tej porze będą w pracy. I co zrobiła moja genialna mama z kobietą pierwszy raz widzianą na oczy? Z naszego podwórka przytargała drabinę, przystawiła ją do balkonu sąsiadów i wlazła do nich przez uchylone drzwi!
Przez chwilę chichotały obie, wreszcie Kornela wróciła do przerwanego wątku.
- No, mów wreszcie, zrobiliście to w końcu? - Z ciekawością wpatrzyła się w koleżankę.
- I tak, i nie... - Kura najwyraźniej nie była dziś wylewna. Właściwie w ogóle rzadko była, ale dziś, kiedy przyjaciółkę skręcało z ciekawości, mogłaby się przecież otworzyć.
- Kura, ja nie mam do ciebie siły. Co to znaczy: "I tak, i nie"?! Gadaj!
- To jest takie idiotyczne, że nie wiem, jak to powiedzieć... No dobra - coś zaszło, on myśli, że to było to, ale nie było. To znaczy... jak by to powiedzieć, on nie wszedł... i już skończył.
- Jak to? I nic nie zauważył? - Nelson wytrzeszczyła oczy i nisko opuściła żuchwę.
- Chyba nie, bo tak się cieszył, jakby wygrał milion w lotto...
- Ale jak mógł nie zauważyć? W głowie się nie mieści!
- Miałam... no cóż... raczej mocno zaciśnięte uda... - Kura zaczerwieniła się po korzonki włosów.
- Jezu, ale głupek. I co teraz?
- A co ma być? Facet się cieszy, a ja nadal jestem dziewicą.
- No wiesz! Od razu widać, że niedoświadczony! - podsumowała. - Inaczej chybaby taką rzecz załapał.
- Bo ja wiem? A ty co taka mądra w te klocki? - zainteresowała się nagle Kura.
- Wygląda na to, że to były wakacje pełne nowych doświadczeń - rzuciła tajemniczo Nelson, ni stąd, ni zowąd poważniejąc, ale nie zdążyła rzec nic więcej - właśnie rozległ się krzyk nadbiegającego Szymka.
- Chce mi się siku! Wracamy?
- Nie możesz iść w krzaczki? - zaproponowała siostra.
- W krzaki chodzą tylko gówniarze i pijaki - oświadczył stanowczo chłopiec, nie dając się namówić na złamanie zasad.
- Oj, dobra, dobra, zaraz wrócimy... Nie wytrzymasz jeszcze trochę?
- To jeszcze raz zjadę i idziemy.
- OK. - Odwróciła się do Kury. - I co z tym Grześkiem? Będziesz się z nim spotykać?
- Chyba nie mam innego wyjścia, chodzimy do jednej szkoły. Gdybym wiedziała, to może zdecydowałabym się na inną. Ale jakoś się na obozie nie zgadało. Z drugiej strony, przynajmniej nie jesteśmy w jednej klasie...
- Trzeba się zbierać - westchnęła Nelson i ociężale podniosła się z ławki. Raptem zbladła, jakby zakręciło się jej w głowie, i klapnęła z powrotem. Kura już miała spytać, co się stało, kiedy rozległ się wrzask Szymka leżącego pod zjeżdżalnią z twarzą zalaną krwią.
Chłopiec zleciał z drabinki podczas walki z jakimś małoletnim kolegą. Na szczęście wszystko wyglądało gorzej, niż było w rzeczywistości, i obeszło się bez szwów i szpitala. Roztrzęsiona Nela cieszyła się, że mama już wróciła z pracy i zajęła się Szymkiem, gdy zaprowadziły go do domu.
- Jak sobie dają radę z nim w przedszkolu, to wolę nie wiedzieć, ja bym takich wiązała - narzekała Kornelia, choć w środku cieszyła się, że ostatecznie nic wielkiego się nie stało. Jednak brat to brat.
Kura pożegnała się i ruszyła w stronę przystanku. Utwierdziła się w przekonaniu, że nie lubi dzieci - widok brudnego, zakrwawionego Szymka nie wzbudził w niej współczucia, raczej obrzydzenie. Jadąc tramwajem, szybko zapomniała o małym - jutro zaczyna się orka, ech...
W domu na wejściu Stara spytała:
- I jak w szkole?
- A jak miało być w pierwszy dzień? - odpowiedziała pytaniem dziewczyna. - Plan lekcji podawali. - I zamknęła się w pokoju.
*
Lato niechętnie ustępowało jesieni. Słońce nie prażyło już tak niemiłosiernie, ale nie dało jeszcze odetchnąć po sierpniowych upałach. Przez smród spalin samochodowych z trudem, lecz uparcie, przebijały się aromaty smażonych konfitur, ostatnich ogórków małosolnych i dojrzałych śliwek.
Kura wędrowała do szkoły z plecakiem z czarnego płótna zarzuconym na jedno ramię. Postanowiła wysiąść wcześniej - miała jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia lekcji, wybrała więc przechadzkę zamiast odoru potu współpasażerów. Wolałaby skręcić na Wzgórze Partyzantów i posiedzieć na ławeczce, zamiast kisić się w sali, ale wiedziała, że drugi raz taki numer nie przejdzie - tę szkołę musiała skończyć. Wątpiła, czy szczątkowe wiadomości nabyte w poprzedniej pomogą jej teraz. Jeśli chce przejść przez drugą klasę, musi się trochę sprężyć. Zrezygnowana wlokła się więc wzdłuż ulicy, zbliżając się do jasnego, ceglanego budynku, odnowionego po niedawnych okrągłych rocznicach IX LO.
Minęła portiernię i wyjęła z kieszonki plecaka plan lekcji nagryzmolony na wymiętej kartce. Bez trudu odnalazła salę i stanęła pod drzwiami na wydeptanej tysiącami stóp podłodze korytarza. Spod grzywki dyskretnie spojrzała na stojących w pobliżu uczniów, przyglądających się jej bardziej lub mniej otwarcie. Zerknęła na zegarek i stwierdziła, że do rozpoczęcia lekcji ma jeszcze sporo czasu. Wyjęła książkę o niewielkim formacie i zagłębiła się w lekturze.
*
Wychowawca wędrował wzrokiem po klasie niewidzianej przez dwa miesiące. Głowy jasne i ciemne, krótko- i długowłose. Świeży, wypoczęci. Chłopcy zmężnieli i wyrośli, dziewczęta śmiało odsłaniały opalone ramiona. Z wyjątkiem tej nowej - bladej, w za dużej czarnej bluzce z długimi rękawami, skrywającej twarz za ciemnymi okularami (póki nie polecił, by je zdjęła). Jej oczy, obwiedzione czarnym tuszem (położonym, według nauczyciela, w zbyt dużej ilości), nie miały w sobie nic wyzywającego, żadnej kokieterii, przeciwnie. Nie patrzyła na nikogo, jego słów wysłuchiwała zapatrzona w blat stolika albo błądząc wzrokiem gdzieś na wysokości tablicy. Bardzo był ciekaw, co sobą reprezentowała. Znalazła się tu w nagrodę czy za karę, po jakichś problemach w poprzedniej szkole? Kim jest? Zobaczymy. Tymczasem wydaje się, jakby nie zależało jej na integracji z klasą, chociaż dziewczyny popatrują na nią bez specjalnego skrępowania, a i niektórzy chłopcy... ukradkiem. Ostatni raz przyjrzał się nowej twarzy i polecił otworzyć podręczniki - królowa nauk czeka.
*
Poły czarnego płaszcza powiewały za Leonem, kiedy krążył po szkole, wypatrując zauważonej poprzedniego dnia dziewczyny. Nie wyglądała na pierwszoklasistkę, pewnie przeniosła się tu z innej szkoły. Ale do której klasy? Rozejrzał się po krótszej części korytarza, mającego kształt litery L - pójść teraz na jego drugą stronę czy też zbiec piętro niżej? W ten sposób może gonić dziewczynę po całym budynku i nie natknąć się na nią do końca lekcji... Zamyślił się na krótko, wreszcie strzelił palcami. "Laluś! On, zdaje się, jest jej znajomym, a w takim razie...". Nie zdążył się dobrze zastanowić, kiedy zauważył Grzesia wchodzącego do pobliskiej sali - był chyba najbardziej ulizanym i odpicowanym facetem w szkole, po prostu nie dało się go przeoczyć. Tym łatwiej będzie za trzy kwadranse za nim pójść - prosto do dziewczyny, tego Leon był pewien.
Zabrzmiał dzwonek, ogłaszając długą przerwę. Leon wyskoczył na korytarz i poczekał tam na Grzesia - jak się okazało, chodzącego do równoległej trzeciej klasy z niemieckim. A Grześ, zgodnie z przypuszczeniami Leona, jak po sznurku zaprowadził go do dziewczyny.
W ciepłe dni długą przerwę większość uczniów spędzała na dworze. Część udawała się do przejścia podziemnego przy wejściu głównym, inni rozsiadali się na murku na dziedzińcu szkolnym albo, po przeciśnięciu się przez ukrytą między wybujałymi tujami dziurę w płocie (w którym ktoś przeciął siatkę), szli nad fosę z tyłu liceum, za boiskiem. Siadali na trawnikach, zwykle z książkami czy zeszytami w rękach, albo na ławeczkach tuż za starą salą gimnastyczną. Inni chowali się za krzewami, gdzie dawali upust nałogowi nikotynowemu - była tam niemała gromada, rozproszona na kilka grupek.
Gdy Leon ujrzał, jak Grzesiek z dziewczyną zbliżają się do jednej z grup, podszedł na tyle blisko, by słyszeć rozmowę, lecz nie zostać posądzonym o podsłuchiwanie. Dziewczyna stała tyłem do niego, więc bez przeszkód mógł się przyjrzeć jej zgrabnej figurze i usłyszeć, jak przedstawia się kolegom z klasy Lalusia.
- Kura...
Ich śmiech zagłuszył resztę wypowiedzi, ale po drganiu ramion poznał, że i ona się śmieje. "Kura - pomyślał. - Bardziej pasowałaby Wrona. Ale "r" wymawia zupełnie jak Tusk" - jedno słowo wystarczyło, by to "r" mu się spodobało...
*
Kura wyrzuciła ledwie nadpalonego papierosa. Nie smakował jej. W zasadzie sama nie wiedziała, dlaczego zdecydowała się zapalić - na dobrą sprawę nie znosiła tego smrodu. Przydeptała spory niedopałek i kiwnąwszy głową do zgromadzonych, zaczęła oddalać się w stronę szkoły. Grześ natychmiast porzucił towarzystwo i poszedł za nią.
- Słuchaj, a tak naprawdę... dlaczego "Kura"?
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. Grześ sam nie wiedział, czy bardziej go to ucieszyło, czy zaskoczyło.
- Kiedy byłam mała, miałam może trzy-cztery lata, moja mama robiła coś w kuchni. Nie pamiętam, chyba ciasto. W każdym razie miała brudne ręce. Przyszłam do niej i poprosiłam, żeby mnie uczesała, czego oczywiście nie mogła w tamtej chwili zrobić. Odesłała mnie więc do ojca. Ten, jak to facet, miał problemy z okiełznaniem mojej fryzury, wróciłam więc do mamy i mówię, że tato nie potrafi. Na to ona, żeby wziął klamerkę i upiął mi z włosów "takiego koguta". Poszłam do ojca i mówię: "Tatuś, zrób mi taką kurę!". Od tej pory zaczęli na mnie w domu mówić Kura, potem w szkole. Teraz mało kto wie, jak naprawdę mam na imię. - Znów się zaśmiała.
- No właśnie...? - zająknął się Grześ.
- I o to pyta chłopak, który... - Zerknęła na niego spod rzęs i uśmiechnęła się jednym kącikiem ust, nie dokończywszy zdania. - Poważnie nie wiesz? - zakpiła.
Na wspomnienie ich przedostatniego spotkania Grześ poczuł w środku miłe ciepło i - to zdumiewające, ale jednak - zapach świeżej brzoskwini. Spojrzał z lekka zamglonym wzrokiem i ostrożnie wziął dłoń dziewczyny w swoją. Natychmiast wyrwała rękę i rzuciła:
- Martyna.
- Pięknie - wyszeptał, a ona wzruszyła ramionami, niby poprawiając plecak.
Leonowi, który przyglądał się im z bezpiecznej odległości, nie umknął jej gest. "Martyna" - powtórzył w myślach i przez chwilę wahał się, czy po prostu nie podejść do dziewczyny. Laluś w ogóle nie zaprzątał jego uwagi. Ostatecznie zdecydował jednak, że poczeka na inną okazję. Wpadł już nawet na pomysł, jak zwabić tę czarną Kurę.
*
Druga połowa września przestała rozpieszczać pogodą - zachmurzone dni płynęły szybko, zupełnie tak samo jak skłębione chmury gnane wiatrem. Babie lato, zamiast żeglować leniwie po parku, mknęło pędzone podmuchami, tylko czasem zahaczając o gałęzie. Nierzadko padało, wobec czego większość czasu uczniowie spędzali w szkole, jedynie garstka palaczy regularnie wymykała się na "górkę".
Wreszcie, kiedy ludzie zaczęli już zapominać o lecie, ono przypomniało o sobie kilkoma cieplejszymi dniami, co nad fosą w okolicy Bramy Oławskiej - oryginalnego przejścia podziemnego przy dawnych, dziewiętnastowiecznych rogatkach Wrocławia - spowodowało nagły wysyp licealistów, szczególnie podczas długiej przerwy.
Kura, ogromnie dziwiąc się samej sobie, również z nimi wychodziła. Papierosów nie lubiła, a jednak wystawała w oparach dymu, ciesząc się obecnością innych i chowając się w tłumie, do którego, kiedy o tym myślała, niespecjalnie ją ciągnęło.
Zawsze jak cień towarzyszył jej Grześ. Jego adoracja, jakkolwiek męcząca, sprawiała Kurze pewną przyjemność. Jednak nie do tego stopnia, by umówić się z nim poza szkołą - a na to najwyraźniej liczył, co wnioskowała z półsłówek, aluzji i niby-przypadkowych dotknięć. Ale ona nie była gotowa na konfrontację, do której z pewnością musiałoby dojść. Nie wyobrażała sobie, że wrócą do tematu ich powrotu z obozu. Dlatego udawała głuchą i ślepą, co w sumie nie sprawiało jej większego problemu. Wiedziała, że szkoła jest złem koniecznym, które im sprawniej się przetrwa, tym lepiej. Grzesia traktowała jak jeden z jej elementów.
Ale był też ktoś inny. Pewien chłopak z trzeciej klasy. Gdyby wyróżniał się tylko wysokim wzrostem, czarną odzieżą czy długim, powiewającym na wietrze płaszczem, być może nie przykułby uwagi Kury. On jednak robił coś tak dziwnego, że nie sposób było to przeoczyć.
*
Przez kilka dni matka Leona ze zdziwieniem obserwowała ubywanie z szafek niektórych produktów żywnościowych. Początkowo gwałtownie skurczyły się zapasy ryżu. Potem przyszła kolej na kasze - gryczana i jęczmienna znikły jedna po drugiej. To samo stało się z bułką tartą. O ile kobieta była w stanie wyobrazić sobie, że ktoś bardzo głodny dopychał się kaszami czy ryżem, o tyle myśl o pochłonięciu pół kilograma tartej bułki napełniała ją szczerym zdumieniem. Kto i po co zatem wynosił z domu - bo przecież nie jadł w pokoju na surowo - te rzeczy?
Wyjaśniło się to szybciej, niż mogła przypuszczać, kiedy ukochany jedynak zapytał, gdzie kupuje się pszenicę.
- Na co ci pszenica? - Zamrugała powiekami matka.
- Do wabienia... drobiu.
- Oszalałeś? - roześmiała się głośno. - Skąd wziąłeś drób? Gdzie go trzymasz?
- W szkole. Sam się trzyma, ale mam nadzieję, że już niedługo - mruknął. - Więc jak z tą pszenicą?
- Najlepiej kup w hali targowej. Tam z tyłu są stoiska ogrodnicze i różne takie.
Leon wyszedł z kuchni, a matka, wciąż uśmiechnięta, usiłowała sobie przypomnieć, czy za czasów jej młodości w liceum hodowano kury. Nie, nigdy.
*
Zawsze - kiedy tylko nie padało, a licealiści udawali się na górkę - chłopak w czarnym płaszczu zatrzymywał się na chwilę przy drzwiach szkoły i idąc wzdłuż dziedzińca, a potem boiska, sypał na ziemię ryż. Robił to dość dyskretnie, mało kto zdołał zauważyć. Rytuał ten trwał kilka dni, po czym chłopak zaczął sypać kaszę. Później zwykłe okruszki chleba, a może bułkę tartą? Wreszcie zaopatrzył się w słonecznik.
Kura niespecjalnie interesowała się sprawami szkoły ani innych uczniów, jednak te przedziwne praktyki spowodowały, że zaczęła z uwagą przyglądać się jasnowłosemu chłopakowi przemykającemu po szkole. Miała wrażenie, że wszędzie go pełno, szczególnie na długich przerwach rzucał się w oczy. Może dlatego, że też wychodził nad fosę. Ale po co? Tego nie wiedziała. Nie zauważyła, żeby palił, może więc chodziło tylko o dokarmianie gołębi.
Usypywał co dzień cienką ścieżkę z pokarmu, a Kura, jak po kresce, zaczęła dokładnie tamtędy udawać się na górkę. Grześ, wypytywany o dziwnego chłopaka, wzruszał ramionami i twierdził, że co prawda nie zna go osobiście, ale to zwykły świr - kto inny zachowywałby się w ten sposób?
Ale tego dnia Grzesia nie było przy Kurze, w ogóle nie przyszedł do szkoły. Pogoda zrobiła się wyjątkowo ładna, wiatr nie szarpał włosów ani okryć wierzchnich, a od tylnego wejścia, obok sali gimnastycznej, aż do ulubionej przez Martynę dziury w płocie wiodła linia usypana z pszenicy.
Zastanowiła się tylko przez chwilę i wyszła na zewnątrz boiska. Palacze stali w małych grupkach tu i ówdzie, ale dziwaka od ziaren nie było widać. A pszenica... skończyła się jak nożem uciął przy płocie. Zdezorientowana Kura rozglądała się ukradkiem, potem coraz śmielej. W którą stronę mógł pójść? Postawiła na prawą - albo udał się na samą górę Wzgórza Partyzantów, albo zszedł nad wodę.
Miała rację. Poniżej tarasu widokowego, nad fosą, na samym dole schodów, zobaczyła wysoką, nieruchomą sylwetkę. Na tle ciemnego płaszcza w luźnych skrętach wiły się jasne, jakby rudawe włosy - na tyle krótkie, by nie opadać na plecy, ale zbyt długie, by utrzymać się przy karku, za kołnierzem. Nie zdziwiłaby się, gdyby teraz, lekko odbiwszy się od ziemi, skoczył na barierkę ponad ich głowami, bo wyglądał... ależ tak, zupełnie jak Simon z Armii Boga, którego po mistrzowsku zagrał Eric Stoltz!
Na schodach prowadzących w dół zauważyła pojedyncze ziarna pszenicy. Zeszła, stąpając ostrożnie, by nie zdradzić swej obecności, chociaż z drugiej strony fosy znajdowała się dość ruchliwa ulica i szum samochodów przed konsulatem niemieckim zagłuszał wszystko.
Leon stał zapatrzony w drobne fale, a ona zatrzymała się tuż obok, ale za nim. Nie mógł jej zobaczyć, raczej wyczuł, bo w pewnej chwili odezwał się półgłosem:
- Czyli pszenica jest przysmakiem tej kury.
Parsknęła cichym śmiechem i podeszła bliżej.
- Na to wygląda.
Do szkoły wrócili razem, niemal nie rozmawiając. Kura rzuciła kilka ukradkowych spojrzeń, ale ani razu nie napotkała wzroku chłopaka. Leona.
*
Długo wahała się, czy iść do klubu. Wioślarstwo nie było dokładnie tym, o czym marzyła. To raczej dobre na wakacje, i niekoniecznie każde. Miała też podejrzenia, że Grześ zechce przenieść się do jej klubu, a tego sobie nie życzyła - wystarczyły spotkania w szkole. Jeśli nie zdążyła uciec do toalety, dopadał ją niemal na każdej przerwie i... patrzył. O matko, jak on patrzył! Zrozumiała teraz, co znaczy cielęce spojrzenie. Z jednej strony chciało jej się śmiać, z drugiej czuła się trochę zmęczona nachalną adoracją. Z trzeciej - co za różnica w końcu, z kim spędza przerwy? Choć dziś, kiedy poznała Leona, świat stał się jakby barwniejszy.
Kura podniosła się z łóżka, na którym wylegiwała się po zajęciach, i przeciągnęła się z trzaskiem stawów. Nie ma co leżeć - pójdzie, bo już połowa września, a dotąd nie wybrała się ani razu. Trener może mieć żal.
Wyjrzała przez okno - wiatr znów zaczął tańczyć z pierwszymi liśćmi, które opadły z dzikiego wina pnącego się po murze naprzeciwko. Chwyciła kurtkę i cienką, czarną chustę na szyję, po czym wyszła z pokoju.
Stara i ojciec oglądali serial.
Dziewczyna złapała za klamkę drzwi wejściowych.
- A ty dokąd? - zainteresował się ojciec.
- Do klubu.
Pokiwał głową i wrócił do oglądania telewizji. Kura zbiegła po schodach i wskoczyła do stojącego właśnie na przystanku autobusu.
Szybko oddalała się od tętniącego popołudniowym ruchem placu Wróblewskiego i z ulgą zaczęła zanurzać się w klimat podmiejski, choć znajdujący się tylko o krok od centrum Wrocławia. Przeszła przez zdobiony gazowymi latarniami kamienny mostek nad Oławą (stylowy, jakby żywcem przeniesiony z Paryża lub Rzymu), minęła zakłady MPWiK o budynkach z czerwonej cegły i oddzielona od jezdni gęstym żywopłotem maszerowała wzdłuż metalowej siatki, zbliżając się do klubu. Lubiła tędy chodzić - latem uciekała tu przed upałem, zimą zaś wpatrywała się w skrzący się w świetle srebrzystych latarni śnieg. Czasami zdarzało się, że ulica od placu aż do kładki wiodącej do zoo była zamarznięta. A kiedy Odra wylewała, to po zajęciach w klubie, jeśli mieli jeszcze siłę, schodzili za kładkę i szaleli na największym lodowisku Wrocławia. Trener nie pochwalał tego, choć rozciągające się między wałem a rzeką lodowisko było ogromne i bezpieczne. Ostrzegał podopiecznych przed złamaniem ręki, co dla kajakarza równe jest końcowi treningów.
Wreszcie doszła do klubu. Kiedyś chętniej tu przychodziła, ostatnio jednak czuła, że z ludźmi łączy ją coraz mniej. Machanie wiosłami też już ją męczyło. Nawet wspomnienia z obozu zbladły, jakby minęło kilka miesięcy, a nie niespełna trzy tygodnie. Przez chwilę stała przed otwartą na oścież bramą wjazdową, spoglądając na niedokończoną budowlę po lewej. To miał być w przyszłości hotel - tymczasem goście klubu nocowali w domkach kempingowych. Po prawej znajdował się niski, biały budynek, w którym mieściła się portiernia, a za nią knajpa. Odbywały się tam czasem koncerty szantowe, gwarno robiło się, gdy przyjeżdżali ludzie na zawody, częściej jednak świeciła pustkami, za to w spokoju można było napić się czegoś albo zjeść kiepskiej jakości zapiekankę.
Trzeba się przywitać ze starym portierem. Podeszła do otwartego okna i zawołała:
- Dzień dobry, panie Janku!
Mężczyzna siedzący za biurkiem uniósł głowę i skinął przyjaźnie, choć na pana Janka nie wyglądał. Nie miał beretu z antenką, noszonego czy zima, czy lato, ani brązowego fartucha - nieodzownych atrybutów dozorcy od lat sprawującego pieczę nad ośrodkiem.
- Dzień dobry, choć lepiej zabrzmiałoby: "panie Maćku". - Mężczyzna podniósł się zza biurka i podszedł do okna. Dopiero teraz Kura, która mało co widziała przez słońce odbijające się od białych ścian budynku, zorientowała się, że to ktoś zupełnie inny.
- Oj, przepraszam - stropiła się - myślałam, że to pan Janek... A on co, na urlopie?
- O ile wiem, na zwolnieniu. Zastępuję go.
- Ach tak. A co się stało?
- Zdaje się, że coś z sercem, ale nie znam szczegółów.
- Ach tak. No to... no to... dzień dobry - zakończyła niezręcznie i opuściwszy wzrok, odeszła.
- Dzień dobry. - Pan Maciek, ubrany w koszulę w kratkę, niemal do połowy wysunął się z okna i przez chwilę patrzył za dziewczyną drepczącą w stronę grupki znajomych stojących pod hangarem. Potem schował się i wrócił do przerwanej lektury.
Kiedy pierwsi kajakarze zaczęli wychodzić z klubu, Maciek stanął w drzwiach i popatrywał to na nich, to na czyste niebo. Oparł się wygodnie o ścianę, umięśnione nogi rozstawił w lekkim rozkroku, a silne ręce założył na piersiach i przymknął powieki przed zachodzącym już słońcem. Takiego zobaczyła go zbierająca się do wyjścia Kura. Przyglądała się przez chwilę jasnym sztruksom i koszuli rozpiętej pod szyją, stwierdziwszy, że teraz nie dało się pomylić Maćka z panem Jankiem. Stary portier był dobrze po siedemdziesiątce, ten nie miał trzydziestu lat, najwyżej dwadzieścia pięć. Był dość wysoki, ale raczej krępy. Poza tym niczym szczególnym się nie wyróżniał.
Przechodząc obok, Kura rzuciła okiem na opaloną twarz, której czoło zaczynało walczyć o terytorium z jasnymi włosami, i na ledwie wystający spod koszulki zarost na klatce piersiowej. Opuściła głowę i wymruczawszy: "do widzenia", minęła Maćka szybko.
Ciąg dalszy w wersji pełnej