1
Juniper
Dziadek mówił, żebym nigdy nie odpowiadała, kiedy ktoś mnie zawoła z lasu. Nieważne, czy będzie to brzmiało jak głos mojej matki, brata, czy nawet najlepszej przyjaciółki. Powtarzał mi to w kółko, odkąd byłam małą dziewczynką, ledwie na tyle dużą, żeby dreptać po podwórku, a co dopiero zapuszczać się samej w las.
- Jeśli las zawoła cię po imieniu, nie odpowiadaj. Uciekaj.
Nigdy nie wytłumaczył, dlaczego mam tak robić. Nie musiał. Trzymałam się tej zasady, nawet gdy byłam już nastolatką. Gdy jechałam na rowerze wijącą się dróżką, a drzewa ze świstem przemykały obok mnie, wsłuchiwałam się w trzask gałęzi i szmer sosnowych igieł. Czasami wyobrażałam sobie, że słyszę wśród nich swoje imię, i mocniej naciskałam na pedały, a serce waliło mi jak szalone do chwili, kiedy dotarłam do szkoły i znalazłam się za żelaznym ogrodzeniem otaczającym jej teren.
Tata twierdził, że to wszystko gówno prawda.
- W tych lasach nie czai się nic, czego nie mogłabyś zabić - oznajmił. - Nie zapominaj o tym, Juniper. Po prostu zachowuj się rozsądnie i nie szwendaj się sama po zmroku.
Każdy mieszkaniec Abelaum, niezależnie od tego, kim był, wiedział swoje na temat lasu. Wiedział, kiedy można wychodzić na zewnątrz, iść na wycieczkę, a kiedy lepiej porządnie zaryglować drzwi. Wyrażano to przekonanie na różne sposoby, ale generalnie wszyscy wierzyli w to samo - te lasy nie są bezpieczne.
Zagrożenie, czymkolwiek było, nigdy nie zostało nazwane po imieniu. Sosnowe lasy budziły w ludziach nieokreślony niepokój; przyzwyczaili się, że należy unikać niektórych szlaków i dróg. Starsze osoby robiły niewielkie talizmany z gałązek, sznurka i rybich ości, które wieszały przed swoim domem albo wokół podwórka. Dziadek trzymał je na palikach ogrodzenia okalającego pastwisko, na którym skubały trawę jego konie, oraz na granicy lasu.
Nadszedł jednak rok, kiedy jedna z klaczy zniknęła. Od tej pory konie spędzały noce w stajni.
Gdy miałam piętnaście lat, wiedziałam już, że te opowiadane ściszonym głosem historyjki nadają się tylko do straszenia dzieci. Droga z osiedla przyczep kempingowych, na którym mieszkaliśmy, do szkoły miała sześć i pół kilometra, ale jeśli zdecydowałam się na skrót przez las, dystans skracał się do dwóch i pół kilometra. Zaczęłam tamtędy jeździć, kiedy miałam czternaście lat, pedałując przez las tak szybko, jak tylko mogłam.
Nie bałam się lasu. Jednak kiedy zbyt długo przebywałam wśród tych drzew, zaczynałam czuć niepokój, jakby moja przedłużająca się obecność niezwykle je irytowała. Dlatego nie ociągałam się i pędziłam przed siebie ile sił w nogach. Nie zamierzałam igrać z losem.
Mimo że jechałam skrótem, i tak zazwyczaj spóźniałam się do szkoły, szczególnie kiedy mama przez całą noc kłóciła się ze swoim chłopakiem, a ja nie potrafiłam odciąć się od ich wrzasków i zasnąć.
Tym razem na śniadanie miałam tylko energetyk wygrzebany z głębin lodówki, który wypiłam duszkiem przed wejściem do klasy, kiedy czekałam na dzwonek oznajmiający przerwę na lunch. Nie zdążyłam na trzy pierwsze lekcje i nie zamierzałam wchodzić w połowie zajęć pana Thorne'a, żeby dostać ochrzan oraz kolejny wykład na temat spóźnialstwa.
Rozległ się dzwonek, a ja schowałam się we wnęce niedaleko wodotrysków z wodą pitną i przyglądałam się uczniom, którzy wylegli na korytarze. Wreszcie dostrzegłam podskakujący w oddali, wysoko upięty brązowy kucyk Victorii i rzuciłam się pędem przez tłum, żeby ją dogonić.
- Znowu się spóźniłaś, dziewczyno? - Victoria spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. - Zobaczysz, skończy się tak, że pan Thorne znowu zadzwoni do twojej mamy.
Wzruszyłam ramionami.
- I tak nie odbierze... Chyba wyłączyli jej telefon. - Niecierpliwie pociągnęłam ją za rękaw. - No i jaaak? Załatwiłaś?
- Ciii... - Szybko rozejrzała się wokół, po czym sięgnęła do torebki, akurat kiedy dotarłyśmy do jadalni. Ostrożnie uniosła woreczek strunowy, tylko na tyle, żebym zobaczyła niewielki kwadracik złożonej folii aluminiowej.
Uśmiechnęłam się do niej szeroko, a ona odwzajemniła uśmiech, nucąc pod nosem:
- Czas na małą wycieczkę z kwaskiem!
Ławki na trawniku były w większości zajęte. Dzień był słoneczny, po nieskazitelnie błękitnym niebie leniwie płynęło kilka białych, puszystych obłoczków, pogoda była niespotykanie ładna jak na październik. Krążyłyśmy między stolikami, a Victoria zastanawiała się na głos, czy powinnyśmy opuścić teren szkoły, żeby kupić sobie mrożoną kawę. Jednak moją uwagę przykuły nie jej kofeinowe rozkminy, a całkiem inna rozmowa.
- Pod spodem jest cała sieć tuneli górniczych. Równie dobrze mogą być i tutaj, pod naszymi stopami. Nikt nie wie, jak głęboko sięgają. - Rozległ się nerwowy śmiech, a ja dostrzegłam Jeremiaha, brata bliźniaka Victorii, w którego jak urzeczone wpatrywały się dwie nowe uczennice przebywające u nas na wymianie. - Jednak coś poszło zdecydowanie nie tak... Wiercili zbyt głęboko w tej starej kopalni srebra, natrafili na podziemny system rzeczny i cała kopalnia została zalana. Większość górników utknęła w zapadliskach.
- Cholera jasna - wyrwało się jednej z dziewczyn. Jej ręka z jedzeniem znieruchomiała w połowie drogi do ust; była zbyt pochłonięta opowiadaną przez Jeremiaha historią, żeby jeść. Cały Jeremiah - nie wystarczyło mu, że przyciąga uwagę jako gwiazda szkolnej drużyny piłki nożnej, musiał jeszcze straszyć nowe dziewczyny lokalnymi legendami.
- Czyli że oni nadal są tam na dole? - zapytała druga dziewczyna. - To znaczy nie wydobyto ciał?
- Przeżyło tylko trzech - oznajmił ponuro Jeremiah. - Przetrwali dwa tygodnie, żywiąc się martwymi ciałami swoich przyjaciół.
- Bleeee! - wrzasnęły chórem dziewczyny, a mnie wtedy przyszło do głowy, że nastraszę Jeremiaha, i podkradłam się do niego od tyłu. Chłopak był pochylony do przodu, dla lepszego efektu zniżył głos, a Victoria spojrzała na mnie znacząco, wymownie wywracając oczami.
- Jednak górnicy twierdzili, że życie zawdzięczają czemuś innemu - wyszeptał, a jego widownia zamarła w nerwowym oczekiwaniu. - Legenda mówi, że podczas budowania kopalni ze snu zbudziło się coś bardzo starego i potężnego. Niektórzy mówią, że to potwór. Zdaniem górników to pradawny Bóg. Bóg, który okazał im łaskę w zamian za...
- Dasz sobie w końcu spokój z tymi opowieściami z dreszczykiem? - Znienacka chwyciłam Jeremiaha za ramiona, a on prawie rozlał swój napój. Jego słuchaczki zrobiły niezadowolone miny. Victoria usiadła na ławce naprzeciwko, posyłając dziewczynom jeden z tych swoich lodowatych uśmiechów, a one pospiesznie się oddaliły.
Nikt nie pogrywał sobie z Victorią - ani z Jeremiahem, jeśli już o tym mowa. Kent Hadleigh, ich ojciec, był najhojniejszym darczyńcą szkoły. W podzięce za szczodrość jego imieniem nazwano jedno ze skrzydeł liceum, nic więc dziwnego, że Victoria i Jeremiah mogli tu robić, co im się podobało.
Nie miałam pojęcia, dlaczego rodzeństwo Hadleigh chce się ze mną przyjaźnić, szczególnie że nawiązywanie znajomości nie było moją najmocniejszą stroną. Większość ludzi uważała mnie za sukę, a to dlatego, że albo w którymś momencie udało im się mnie wkurzyć, albo znali kogoś, kto mnie wkurzył. Z Victorią łączyły mnie właściwie tylko dwie rzeczy - ona również była uważana za sukę, poza tym obie byłyśmy zapalonymi imprezowiczkami.
Różnica polegała na tym, że ona zawsze miała pod ręką jakiegoś dilera, który załatwiał to, czego akurat potrzebowałyśmy. Zresztą jej rodzina była niezwykle szczodra. W ubiegłym roku jej mama zorientowała się, że chodzę w dziurawych butach, wzięła mnie na zakupy i kupiła mi nowe ubrania.
- Do cholery, naprawdę musiałaś mi zepsuć ten podryw? - westchnął ciężko Jeremiah. - Byłem o krok od zdobycia ich numerów!
- Och, jak mi przykro...! Jeremiah stracił okazję, żeby zaliczyć... - powiedziała Victoria fałszywie smutnym głosem, jednocześnie wyciągając lusterko, żeby nałożyć na usta kolejną warstwę błyszczyku. - Prawdziwy dramat! - Przerwała, przenosząc wzrok za mnie i intensywnie się w coś wpatrując nad moim ramieniem. - A niech to...! Szajbuska na dwunastej.
- Cześć wszystkim!
Odwróciłam się. Za mną stała Everly Hadleigh; jej długie jasne włosy układały się wokół twarzy w złocistą aureolę. Zazwyczaj trzymała się z grupką utalentowanych artystycznie uczniów; jak zwykle miała na sobie długi, luźny czarny fartuch poplamiony na dole białą farbą. Ręce miała splecione za plecami, a jej głos był tak cichy, że z trudem przebijał się przez toczone wokół ożywione rozmowy.
Victoria wydęła usta i rozejrzała się dokoła.
- Czy ktoś coś powiedział, Juniper? Czy to tylko wiatr?
Parsknęłam śmiechem, ale nie czułam się z tym dobrze. Nie miałam problemu z Everly. Owszem, była cholernie dziwna i o wiele za miękka, żebym się chciała z nią zaprzyjaźnić, ale Victoria jej nienawidziła. Wiedziałam dlaczego. To żadna tajemnica, wszyscy to wiedzieli.
- Pożyczylibyście mi kilka dolarów? - zapytała Everly, a jej głos wydawał się jeszcze bardziej cichy. - Meredith zapomniała zostawić mi pieniądze na lunch.
- Przecież wiesz, że mama ma wystarczająco dużo na głowie - ofuknęła ją Victoria, grzebiąc w torebce. - W końcu musi się przede wszystkim skupić na własnych dzieciach, prawda?
Skrzywiłam się. Pani Hadleigh - Meredith - nie była mamą Everly. Kiedy osoba tak znana w mieście jak Kent ma romans z własną sekretarką, zaczynają krążyć plotki. A kiedy w efekcie romansu rodzi się dziecko, jest jeszcze gorzej. Ludzie mówili, że mama Everly była niestabilna emocjonalnie i dlatego dziewczyna mieszkała z Kentem i Meredith.
Jednak jej mama nadal pracowała w Towarzystwie Historycznym z Kentem. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ale z drugiej strony byłam ostatnią osobą, która miała prawo oceniać dziwaczną sytuację rodzinną innych ludzi. W końcu u mnie nie było lepiej.
- Proszę... - Everly przełożyła włosy przez ramię i zaczęła nerwowo szarpać sukienkę palcami. - Kupię sobie coś w automacie.
- Hmmm, niech ci będzie - powiedziała niezadowolonym tonem Victoria, wyjmując z portfela pięciodolarowy banknot. Wyciągnęła rękę w stronę Everly, ale kiedy ta chciała wziąć pieniądze, szybko ją cofnęła. Everly westchnęła, ramiona jej opadły.
- Będę za ciebie robić zadanie z matematyki - zaoferowała. - Przez cały tydzień.
Victoria z uśmiechem położyła rękę na sercu, po czym wreszcie wręczyła siostrze gotówkę.
- Ajajaj, Ev, jak miło z twojej strony...! - Gdy tylko Everly się odwróciła, Victoria przestała się uśmiechać. - A tak przy okazji, Jerry, to później biorę samochód.
Jeremiah spojrzał na nią z wściekłością, a ja skorzystałam z okazji i podwędziłam mu kilka frytek.
- Yyyy, nie. Jedziemy z Brendonem pograć w HyperBowl.
- W takim razie zabierzesz się z Brendonem. - Victoria wzruszyła ramionami.
- Nie ma mowy, ostatnim razem też wzięłaś samochód! Niech mama cię podwiezie.
- Jerry, biorę samochód. Pytanie, czy w bagażniku będzie twoje martwe ciało, czy też nie.
Kłótnia trwała do końca przerwy, ale ostatecznie dostałyśmy samochód, a Jeremiah jakimś cudem nie zginął.
- Co powiedziałaś mamie? - zapytała Victoria, ściszając muzykę, żeby dało się rozmawiać. Pozwoliłam jej wybrać miejsce, w którym wieczorem weźmiemy kwas, więc jechałyśmy teraz wzdłuż zatoki na północ, gdzie las był gęsty, a domy nieliczne i oddalone od siebie. Moim zdaniem hotel albo dom znajomych byłby lepszym miejscem na nasz pierwszy odlot, ale przyjaciółka upierała się, że na zewnątrz będzie bardziej "magicznie".
- Mama przynajmniej do jutra będzie na kacu - wyjaśniłam. - Nie zauważyłaby, nawet gdybym zniknęła na tydzień.
- Szczęściara z ciebie. - Victoria wydęła wargi. - Mojej mamie nic nie umknie. Powiedziałam jej, że zostajemy na noc u Kim.
Bmw X5 skręciło z asfaltowej drogi w wąską, poprzecinaną wybojami polną dróżkę. Ziemia była jasnozielona od mchu, wokół przewróconych drzew i ich masywnych korzeni rosły bujne paprocie. Victoria zaparkowała, otworzyła okna oraz szklany szyberdach, po czym zgasiła silnik. Wokół rozlegały się wyłącznie odgłosy lasu: szum wiatru w koronach drzew, śpiew ptaków, skrzypienie konarów nad naszymi głowami.
- Zostajemy tutaj - zadecydowała. - Jest idealnie.
Nie byłam pewna, kiedy kwas zaczął działać. Czas całkowicie stracił znaczenie gdzieś pomiędzy położeniem na język tabletki LSD a chwilą, gdy kolory wokół mnie zaczęły się rozmazywać i łączyć w dziwaczną mozaikę. Z mojego telefonu leciał kawałek You Are a Memory Message to Bears, a ja mogłabym przysiąc, że ten utwór nie ma końca. Mijały godziny, a on trwał i trwał.
Wysiadłyśmy z auta. Wyciągnęłam ramiona w stronę nieba, bo byłam pewna, że uda mi się dosięgnąć chmur. Czułam pod palcami każdą chropowatość suchej kory przewróconego drzewa, na które się wspięłam. Powietrze było tak orzeźwiające - jak napój, w który wtłoczono zbyt dużo dwutlenku węgla - że aż zaczęłam chichotać. A potem nie mogłam przestać, bo wszystko, na co spojrzałam, wydawało mi się ogromnie zabawne.
- Czujesz to? - Głos Victorii brzmiał jak puszczony z magnetofonu na zwolnionych obrotach, co mnie jeszcze bardziej rozśmieszyło. Kiwnęłam głową, zaśmiewając się do łez, po czym znowu kiwnęłam głową, na co przyjaciółka też wybuchnęła śmiechem.
Czas zaczął się zmieniać. Mogłam go odmierzać krokami i oddechami. Mogłam go odmierzać tymi przedziwnymi falami, które podnosiły się w mojej piersi, jednocześnie ją ściskając i wypełniając jakby powietrzem spod skrzydeł ptaka. Efekty działania kwasu potrafią nadciągać falami, ale ile minut trwają te fale? Ile godzin? Może całą wieczność?
Słońce było już nisko nad horyzontem, a ja leżałam w trawie, obserwując kalejdoskop drzew na tle bladoróżowego nieba. Wszystko pulsowało, rozmazywało się i mieniło.
Nagle pojawiła się nade mną twarz Victorii. Wyglądała dziwnie, ale w tym momencie wszystko wyglądało dziwnie.
- Juniper, powinnyśmy się przejść.
Potrząsnęłam głową. Miałam nadzieję, że ona również to widzi: kolory, wirowanie, oddech całego świata. Podała mi rękę, a mnie przyszło na myśl, że jej ręka i głowa wcale nie są połączone.
- Chodźmy się przejść. Wstawaj. Muszę ci coś pokazać.
Chciałam leżeć w trawie i czekać, aż urośnie tak wysoka, że całkiem mnie zakryje, aż stanę się jak ta przewrócona sosna pokryta porostami i małymi kępkami mchu. Jednak Victoria już ciągnęła mnie do góry, więc chwyciłam ją za rękę i z trudem powlekłam się za nią w głąb lasu.
Słońce już zaszło. Las tonął w szarawym świetle, a na niebie było pełno chmur. Po raz pierwszy od sama nie wiem kiedy spojrzałam na zegarek, ale nie potrafiłam odczytać godziny. Cyfry były zaledwie niezrozumiałymi znakami na tarczy, na dodatek zamazanymi i dziwnie trójwymiarowymi; gdybym chciała, mogłabym pogładzić palcami ich krawędzie. Pospiesznie opuściłam nadgarstek i w tym samym momencie zorientowałam się, dokąd Victoria mnie prowadzi.
- Nie powinnyśmy tutaj przychodzić - zauważyłam, kiedy przed nami wyłoniły się z ciemności górujące nad drzewami wiekowe iglice katedry pod wezwaniem Świętego Tadeusza. Na trzeźwo nigdy nie przestraszyłabym się tego miejsca. Legendy osnute wokół katedry były właśnie tylko legendami - starymi, wyssanymi z palca opowieściami. Pokrywająca mury świątyni farba już dawno się złuszczyła, drewno pod nią było ciemne i upstrzone plamami wilgoci. Spomiędzy starych desek wyrastały porosty i grzyby. Pod trzema iglicami zdobiącymi fasadę znajdował się ogromny witraż przedstawiający stojącą nad morzem kobietę. W wysoko uniesionej dłoni trzymała sztylet.
To miejsce miało swoją historię, podobnie jak wszystko w Abelaum. Położone było blisko White Pine, głębokiego szybu górniczego, z którego ratownicy wydobyli na światło dzienne jedynych, którzy przetrwali w zalanej kopalni. Wieść gminna niosła, że trzej ocaleni górnicy zatrzymali się tutaj i ofiarowali katedrę pradawnemu Bogu, który, jak utrzymywali, darował im życie w okrytej mrokiem zalanej głębinie.
Istota z głębin, tak go nazywali. Od czasu do czasu nadal można było usłyszeć, jak jakiś staruszek mamrocze pod nosem na ten temat. Jednak dla naszego pokolenia była to tylko kolejna opowieść z dreszczykiem. Tak jak te o Wielkiej Stopie albo Diable z New Jersey.
W tym miasteczku historia i legendy tak ściśle splatały się ze sobą, że praktycznie nie dało się ich od siebie oddzielić.
Stary kościół powinien być całkowicie martwy, jak zbielałe kości, ale powietrze wokół niego drgało, jakby gorące unosiło się nad dachem samochodu w upalny dzień. Gwałtownie przystanęłam, ciągnąc do tyłu Victorię, a ona spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Dlaczego nie? - zapytała. - Przecież już tam byłaś, Juni. Obie tam byłyśmy. - Wzruszyła ramionami. - To tylko stary kościół.
- Nie... nie teraz... - wyjąkałam, próbując wyszarpnąć rękę z jej uścisku, jednak albo byłam słabsza, niż sądziłam, albo ona trzymała mnie naprawdę mocno. - Nie na haju. Wracajmy. Chcę wracać do lasu.
Victoria potrząsnęła głową.
- Tylko na chwilę, proszę cię. Chcę tylko wejść do środka.
Wiedziałam, że coś tu jest nie tak, choć nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Czułam dym, jakby z ogniska. Wokół nas zapadała coraz głębsza ciemność, a my zbliżałyśmy się do katedry; przez pokryte grubą warstwą brudu okna dostrzegłam poświatę. O zmroku świerszcze powinny głośno cykać, tymczasem panowała tu całkowita cisza.
Jednak Victoria była moją najlepszą przyjaciółką.
Drzwi prowadzące do katedry tym razem nie były zamknięte na łańcuch. Kiedy bywałyśmy tutaj wcześniej z Victorią - żeby pić albo palić, albo robić to, czego zapragnęły nasze zbuntowane młode serca - zawsze musiałyśmy się wślizgiwać do środka tylnym wejściem. Teraz jednak łańcucha nie było, a kiedy Victoria pchnęła drzwi, dotarło do mnie, że nie jesteśmy same.
Ktoś był wewnątrz. Ktoś czekał.
Po raz pierwszy w życiu usłyszałam dobiegający z lasu za moimi plecami szept.
Usłyszałam, że las woła mnie po imieniu.
Chciałabym zapomnieć wszystko, co pamiętam.
Chciałabym, żeby przestały mnie dręczyć koszmary.
Chciałabym wymazać z pamięci tamtą noc.
Noc, kiedy coś zawołało mnie po imieniu, a ja zrozumiałam, dlaczego dziadek powtarzał, że w takiej sytuacji powinnam uciekać.
Dach kościoła zapadł się całe lata temu, w sklepieniu utworzyła się ogromna dziura, przez którą wpadało światło księżyca oświetlające leżącą poniżej stertę gruzu. Jednak ławki nadal znajdowały się na swoich miejscach, ułożone w równe rzędy, jakby w oczekiwaniu na wiernych, którzy je zajmą.
Gdy Victoria otworzyła drzwi, dotarło do mnie, że tym razem ławki nie są puste.
Ponad dwadzieścia par oczu zwróciło się w naszą stronę. Ponad dwadzieścia znajomych osób wstało, kiedy znalazłyśmy się w środku. Przyglądałam się im, nic nie rozumiejąc. Myślałam, że to mój umysł pod wpływem kwasu płata mi figle. Wszyscy mieli na sobie białe peleryny, a kiedy przechodziłam obok nich, rząd za rzędem, nakładali na twarze maski w kształcie czaszki jelenia.
Był tam pan Thorne, podobnie jak pani Malcolm, moja nauczycielka historii. Mike, który pracował na stacji benzynowej. Pani Kathy, ta dziwaczna staruszka mieszkająca niedaleko uniwersytetu. Na środku kościoła płonęło ogromne ognisko, Victoria poprowadziła mnie wokół niego. Miałam wrażenie, że utknęłam w jakimś dziwacznym gabinecie osobliwości w wesołym miasteczku, i z niewinnym zaciekawieniem przyglądałam się otaczającym mnie dziwom.
Dopóki nie okrążyłyśmy ogniska i nie znalazłyśmy się przed amboną.
Przed nami stał ubrany na biało Kent Hadleigh ze splecionymi przed sobą rękami. Tuż obok ustawiła się Meredith, obok niej Jeremiah. Kobieta u boku Kenta wydawała mi się znajoma, ale nie mogłam sobie przypomnieć jej imienia i nazwiska.
Aż do chwili, gdy w cieniu za amboną dostrzegłam Everly.
Kobietą stojącą koło Kenta był nie kto inny jak Heidi Laverne - recepcjonistka Kenta, jego kochanka oraz matka Everly.
Zmarszczyłam brwi. Victoria puściła moją rękę i zajęła miejsce obok matki i Jeremiaha. Uśmiechnęła się do mnie, ale mój otumaniony przez kwas umysł zobaczył na jej ustach złowieszczy grymas. Teraz mogłam mierzyć czas uderzeniami serca. Puk puk, puk puk. Serce boleśnie obijało się o moją klatkę piersiową. Z każdym uderzeniem próbowało wpompować adrenalinę w moje kończyny. Połowa mojego umysłu była święcie przekonana, że to wszystko jest halucynacją. Że to nie dzieje się naprawdę. Że to tylko kolejna fala.
Jednak druga połowa mojego umysłu była pewna, że dzieje się tu coś bardzo, bardzo niedobrego.
Powinnam wyjść. Powinnam natychmiast opuścić to miejsce.
Ale kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że drzwi kościoła zostały zamknięte, a członkowie zgromadzenia, w swoich maskach i białych pelerynach, przysunęli się bliżej. Miałam przed sobą mur zamaskowanych postaci, wpatrujących się we mnie zimnymi oczami wyzierającymi z ciemnych oczodołów.
Na zewnątrz zasnuwające niebo chmury wydały z siebie pierwszy groźny pomruk.
- Czekaliśmy na ciebie, Juniper - oznajmił Kent. Powoli obróciłam się w jego stronę. Victorii podano białą pelerynę, właśnie wkładała ją na ramiona. Potrząsnęłam głową, kiedy jej twarz zniknęła za maską, tak jak twarze innych.
Co to, kurwa, ma być? Co tu się, do cholery, dzieje? Czy to tylko halucynacje?
Zaczęłam się wycofywać, szybko, potykając się o pokrywające posadzkę odłamki gruzu. Jednak nie dotarłam daleko. Kent skinął głową i nagle poczułam mocny uścisk na ramionach, kiedy z dwóch stron chwyciły mnie zamaskowane postaci i siłą pociągnęły z powrotem w stronę ambony. Nie wiedziałam, co się dzieje, poza tym nienawidziłam, kiedy dotykali mnie obcy ludzie. Gwałtownie rzuciłam się do tyłu, szarpałam się i zapierałam. Dlaczego wszyscy tylko się gapili?
- Puśćcie mnie! - Próbowałam im się wyrwać, bo ich maski wyglądały zdecydowanie zbyt realistycznie, w końcu byłam pod wpływem psychodelików. Ale oni jakby mnie nie słyszeli. Zaciągnęli mnie przed Kenta, a następnie zmusili, żebym uklękła.
W chwili, kiedy moje kolana uderzyły w brudne deski podłogi, brutalna prawda wreszcie do mnie dotarła. To wcale nie był wymysł mojego otumanionego narkotykami umysłu. Cholera jasna, to się działo naprawdę...!
- Nie bój się, moja droga. Wszystko jest w porządku. - Głos Kenta był spokojny, prawie kojący. Uśmiechnął się do mnie i lekko dotknął zimnymi palcami mojego policzka. Szarpnęłam się do tyłu, usiłując wyrwać się przytrzymującym mnie mężczyznom.
- Co to, kurwa, ma być? - wrzasnęłam, choć głos mi drżał. - Puśćcie mnie! Niech pan im powie, że mają mnie puścić.
Kent potrząsnął głową, jakbym była dzieckiem zwracającym się do niego z jakąś niedorzeczną prośbą.
- Bóg cię wezwał, moja droga. Czekał na ciebie od bardzo dawna.
Roześmiałam się, choć to wcale nie było zabawne. Miałam wrażenie, że niewidzialna pięść od wewnątrz uderza mnie w żebra - to moje serce biło tak, jakby próbowało się wyrwać z klatki, w której było uwięzione.
- Niech pan się nie wygłupia - powiedziałam. - Niech pan im każe przestać. To nie jest zabawne. To nie jest, kurwa, zabawne...!
Kent odwrócił się, podniósł ze znajdującej się za nim ambony maskę i włożył na głowę. Stał się kolejną czaszką z pustym spojrzeniem, a ubrana na czarno kobieta spojrzała na mnie z góry, uważnie mi się przyglądając.
- Jak się nazywasz? - zapytała.
- Juniper! Juniper Kynes! - wydyszałam, nadal próbując się wyrwać. - I wiem, kim pani jest! Nazywa się pani Heidi Laverne! Znam was wszystkich! - Wrzeszczałam w ich stronę, mając nadzieję, że ich wystraszę. Nie wiedziałam, co zamierzają, ale znałam ich nazwiska, znałam ich twarze. Mogłam komuś o tym powiedzieć. Mogłam ich oskarżyć.
Oskarżyć... ale o co?
Heidi powoli pokiwała głową.
- To jej szuka Pan. To ją wzywa.
- Pan ją wzywa - wymamrotało zgromadzenie zgodnym chórem.
Świat wokół mnie wirował. Na ścianach tańczyły dziwaczne wzory, a na deskach pod moimi stopami oraz w porach i piegach na twarzy Heidi wiły się nieskończone pętle. Kobieta zrobiła krok do tyłu, po czym z fałdów czarnej sukni wyjęła nóż i podała go Kentowi.
Poczułam się, jakby jedna część mojego umysłu nagle się wyłączyła. Dokładnie ta, która była jeszcze zdolna do logicznego myślenia - to ona zorientowała się, co nadchodzi, i postanowiła mnie odłączyć.
Odłączyła tę część mnie, która chciała krzyczeć.
Odłączyła oszalałą walkę, bo nie było sensu tracić energii.
Znieruchomiałam i zamilkłam, tylko po policzkach płynęły mi gorące łzy.
- Bracia i siostry! - Potężny głos Kenta zabrzmiał w przestronnym pomieszczeniu, odbijając się echem wśród krokwi. - Pradawny Bóg od dawna obdarza nas swoją łaską i cierpliwością, jednak również od dawna czekał na tę chwilę! Dzisiejszej nocy zaczniemy wypełniać przysięgę złożoną przez naszych przodków. Dzisiejszej nocy na Ziemi rozpocznie się nowa era. Dzisiejszej nocy złożymy Istocie z głębin pierwszą ofiarę.
- Amen - zgodnym chórem odpowiedzieli zgromadzeni, a mnie przeszedł lodowaty dreszcz odrazy. Nie mogłam oderwać wzroku od noża, w którego ostrzu odbijał się blask ognia, kiedy Kent powoli obrócił go w rękach, klękając przede mną.
- Panie Hadleigh... - zdołałam wyszeptać drżącym głosem. - Proszę...!
- Znasz tę historię, Juniper? - powiedział tak lekkim i radosnym tonem, jakby się zwracał do dziecka. - Dawno temu trzej mężczyźni zostali uratowani z tragicznie zalanej kopalni. Było ich tylko trzech. Jedyni ocaleni spośród kilkudziesięciu górników.
- Słyszałam tę opowieść. - Szlochałam, wpatrując się w ostrze. Świadomość, że stanie się coś strasznego, a ja w żaden sposób nie mogę temu zapobiec, całkowicie mnie sparaliżowała. - Dziadek mi ją opowiadał, ponieważ jego pradziadek był tam na dole...
- I właśnie jego pradziadek ocalał - dokończył Kent. Jednym gładkim ruchem rozciął mi koszulkę.
Zalała mnie fala wstydu i upokorzenia, moja skóra płonęła, za to w żołądku czułam lodowatą bryłę lodu. Próbowałam wyślizgnąć się z przytrzymujących mnie rąk, które teraz zdzierały ze mnie resztki zniszczonej koszulki.
- Proszę, proszę, nie róbcie tego, proszę...
- Twój przodek został ocalony. Nadszedł czas, żeby odwdzięczyć się Bogu za jego łaskę - oznajmił stanowczym głosem Kent.
A potem zaczął nacinać moją skórę.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami. W próżni, która mnie pochłonęła, rozlegał się jedynie głos Kenta.
- Twoja dusza została obiecana Istocie z głębin, moja droga. Przeminęło sześć pokoleń i obietnica musi zostać wypełniona. Trzy ocalone życia w zamian za trzy dusze.
- Trzy ocalone życia w zamian za trzy dusze - powtórzyli jak echo zebrani.
Krzyczałam zachrypniętym głosem:
- Nie, nie, to tylko legenda, to tylko legenda, to nie jest prawda! To nie jest prawda! W kopalni nie ma żadnego Boga! To nie jest prawda!
Dlaczego oni to robili? Dlaczego? Dorośli nie powinni wierzyć w takie historyjki, opowiadali je, żeby nastraszyć małe dzieci. Nastolatki powtarzały własne wersje tej historii, jeszcze bardziej przerażające, popijając tanie wino w ciemnych miejscach. Nie było w niej nic prawdziwego.
Nacięcia paliły, naznaczając moją skórę, jakby nóż był rozpalony do czerwoności. Moja klatka piersiowa była cała we krwi, na ten widok ponownie zakręciło mi się w głowie i poczułam, że jeszcze bardziej pogrążam się w tej bezpiecznej, spowitej mrokiem próżni.
Kiedy się ocknęłam, zorientowałam się, że jestem niesiona w deszczu. Lodowato zimne krople uderzały w moją skórę, zmywając strumyczki krwi płynące z nacięć na piersi. Co oni mi zrobili? Co oni mi, do cholery, zrobili?
Zamierzali mnie zabić?
Wrzucono mnie do błota. Próbowałam się czołgać, próbowałam się poruszać, ale prawdopodobnie czymś mnie odurzyli, bo moje mięśnie nie chciały nawet drgnąć. Dłonie miałam zesztywniałe, palce napięte i obolałe. Przez szum deszczu przebijał się jakiś odgłos, jakby rozłupywanego drewna. Otoczyły mnie białe peleryny, a ja wyciągnęłam w ich stronę ręce, zaciskając zabłocone palce na materiale, mając nadzieję, że ktoś przyjdzie mi z pomocą, błagając, żeby się nade mną zlitowali.
Jednak oni nie mieli litości. Miałam piętnaście lat, a oni po prostu obserwowali mnie w milczeniu. Kilkadziesiąt osób.
Nikt mi nie pomógł.
Nikt się nawet nie ruszył.
- Victorio! - wykrzyknęłam jej imię w stronę tłumu pozbawionego twarzy. - Victorio, pomóż mi!
Jednak ona mi nie pomogła. Nawet nie drgnęła. W końcu to ona mnie tutaj przyprowadziła.
- Oddajcie ją Bogu.
Wlekli mnie po błocie, aż zobaczyłam przed sobą otwarty szyb górniczy. Zacisnęłam palce na ich rękach, walczyłam, aż całkowicie opadłam z sił.
Nic już nie mogłam zrobić.
A oni wrzucili mnie w ciemność.