V
Maxine
Z moim obecnym chłopakiem poznaliśmy się w noc sylwestrową. Indie uparła się, że ostatni dzień roku spędzimy na imprezie organizowanej przez jej kuzyna. Od początku byłam do tego sceptycznie nastawiona i to nie dlatego, że go nie lubiłam. Mason jest w porządku, ale wiedziałam, że na tamtej domówce będzie mnóstwo ludzi z mojej podstawówki, a niekoniecznie miałam ochotę na konfrontację z nimi. Sama zauważyłam od razu, pewnie dlatego, że nigdy wcześniej go nie widziałam. Mocno przystrzyżone po bokach włosy, spojrzenie spod brwi i taki wyraz twarzy, jakby wcale nie miał ochoty tu być. Z miejsca przykuł moją uwagę. Mieliśmy coś wspólnego - ja też wolałabym być gdzieś indziej, a przynajmniej do chwili, w której go zobaczyłam. Coś przyciągało mnie do niego i - gdy nasze oczy w końcu się spotkały - żadne z nas nie umiało przerwać tego magnetycznego połączenia.
Co innego Indie. Nieświadoma niczego pociągnęła mnie za sobą, brutalnie przerywając tę chwilę słodkiego napięcia, której nie doświadczyłam od dawna. Ostatni raz spojrzałam na Sama, jakbym telepatycznie chciała przekazać mu, żeby znalazł mnie później. Wydawało mi się, że kącik jego ust drgnął, ale zaraz potem on zniknął mi już z pola widzenia. Już po chwili Indie przepadła gdzieś w gąszczu fanów fantasy, których nie brakowało wśród kolegów jej kuzyna, przez co zostawiła mnie samą. Moja przyjaciółka była znawczynią gatunku i uwielbiała zawstydzać chłopaków swoją wiedzą. Czasem wydawało mi się, że pozwalali jej błyszczeć, bo była jedyną dziewczyną w towarzystwie, która dzieliła ich zainteresowania, ale nie śmiałabym psuć jej zabawy, dlatego wolałam trzymać tę opinię dla siebie.
Salon Masona, wypełniony po brzegi ludźmi, wydawał się tego wieczoru większy niż zwykle. Na szczęście nie było w nim niczego cennego, bo byłam pewna, że impreza prędzej czy później wymknie się spod kontroli, a pomieszczenie zostanie zdewastowane. Kiedy już pokręciłam się wśród znajomych z liceum, zajęłam miejsce w rogu, gdzie miałam w końcu chwilę, aby zebrać myśli. Ta nie trwała jednak długo, gdyż mój jeszcze wtedy nieznajomy, siedzący dotąd w przeciwległym rogu pokoju, właśnie zaczął zmierzać w moim kierunku.
- Cześć, jestem Sam. - Wyciąga do mnie rękę i pierwsze, co rzuca mi się w oczy, to tatuaż w stylu tribal na prawym przedramieniu.
- Max - odpowiadam.
Ściska moją dłoń, a ja mam wrażenie, jakby właśnie przeszył mnie prąd.
- Nie jesteś stąd, prawda, Sam? - dopytuję.
- Aż tak to widać? - Jego przenikliwe spojrzenie zapiera mi dech.
- To małe miasteczko... - Peszę się, uśmiecham się lekko i zakładam włosy za ucho, co świadczy o tym, że moje ciało weszło w tryb flirtowania.
- Znasz tutaj wszystkich?
- Obawiam się, że tak. - Kiwam głową, a Sam się uśmiecha. Punkt dla mnie, potrafię go rozbawić.
- Mieszkasz w okolicy? - pyta, najwyraźniej chcąc podtrzymać konwersację. Siada obok, tak że nasze ramiona stykają się ze sobą.
Jakaś część mnie ma ochotę uciec, ale siłą woli się powstrzymuję. Mimo że odczuwam w całym ciele napięcie, to jest to bardzo przyjemne napięcie...
- Nie do końca... Kojarzysz osiedle Oaklane?
- Nie, nie bardzo...
- Ale pewnie słyszałeś o awarii kanalizacji sprzed dwóch tygodni? To właśnie w Oaklane ścieki zalały ulicę... - Gdy wypowiadam ostatnie słowa, dociera do mnie, co właśnie zrobiłam! Teraz na pewno głowę Sama wypełniają koszmarne obrazy. Kurde! Nie tak miało być!
Dlaczego mój mózg nie mógł podążyć za moim ciałem i chociaż spróbować nie być na chwilę zwyczajną Maxine, tylko Maxine w trybie hot and cool?
Zagryzam wargi i czuję, jak moje policzki zalewa rumieniec. Nigdy nie zrozumiem, jak to możliwe, żeby w jednym życiu przeczytać tak wiele książek, pisać całkiem niezłe eseje, a w kontaktach bezpośrednich nie móc nawiązać normalnej rozmowy, o flircie nie wspominając... Co z tego, że schudłam i - jak mówi Indie - "mam wszystko na swoim miejscu", skoro zwykła rozmowa z facetem, którym mi się podoba, zamienia się w szambo. I to dosłownie.
- To musieliście mieć w Oaklane gówniany dzień - kwituje Sam, a ja parskam śmiechem.
Jestem mu wdzięczna za to, jak wybrnął z tej ślepej uliczki, do jakiej sprowadziłam naszą rozmowę. A kiedy wydaje mi się, że jest szansa uratować tę rodzącą się znajomość, kątem oka dostrzegam grupkę chłopaków z czasów mojej podstawówki. Ich obecność nie wróży niczego dobrego. Zbliżają się w naszą stronę na czele z Deaconem, z którym łączy mnie osobna historia...
Był on najbliższym przyjacielem Charliego. Przez chwilę wydawało mi się, że mnie lubi. Najwyraźniej jednak się myliłam, bo tuż po wyjeździe Charliego stałam się celem numer jeden jego żartów. To on nie pozwalał mi zapomnieć o Maxi Max...
- Hej, Sam - zaczyna Deacon, opierając łokieć swojej wielkiej łapy o jego ramię. - Widzę, że poznałeś już naszą Mmm...
Założę się, że celowo przeciąga moje imię, aby jak najdłużej utrzymać mnie w niepewności. Czy przedstawi mnie jako Max czy raczej Maxi Max?
Nie, Deacon... Proszę, nie dziś... - Wbijam w niego błagalne spojrzenie w nadziei, że się nade mną zlituje i nie pogrąży mnie w oczach Sama.
- To nasza Max - artykułuje powoli moje imię i mruga do mnie znacząco, a ja oddycham z ulgą, że nie ujawnił mojego wstydliwego przydomka sprzed lat. - Chodź, Sam, pożegnaj się z panią! Napijesz się z nami... - Odciąga Sama, który posyła mi przepraszające spojrzenie.
- Na razie, Max - rzuca na odchodne Sam, a ja mam już tylko ochotę zanurzyć się w morzu alkoholu.
Po drodze na taras zabieram ze sobą butelkę szampana, którą potem wciskam Masonowi, żeby ją otworzył.
- Kiepski dzień, Max? - zagaduje, wyciągając korek.
- Raczej kiepski rok...
- Na pocieszenie mogę dodać, że właśnie się kończy - rzuca, podając mi otwartą butelkę.
- Naprawdę myślisz, że z nową datą coś się zmieni, Mason?
Uśmiecha się łagodnie i wzrusza ramionami. Wiem, że próbuje mnie pocieszyć, ale w obecnym nastroju niewiele byłoby w stanie poprawić mi humor. Chwilę później ucieka do kuchni, gdzie rozpoczyna się konkurs picia piwa z beczki. Tym sposobem zostaję sama z trunkiem i swoimi myślami, a te rozbiegają się po głowie jak mrówki. Zastanawiam się, jak Amy bawi się z Shane'em w letniej rezydencji jego rodziców. Co powiedziałaby, widząc mnie rozmawiającą z Samem? Pewnie stwierdziłaby, że nie jest w jej typie. Tym lepiej dla mnie...
Mama spędza noc u swojej siostry. Gdyby nie pomoc ciotki, nie byłoby mnie tutaj. Nie zostawiłabym mamy samej, ale June uparła się, że zabierze ją do siebie. W zasadzie jestem jej za to wdzięczna. Jordan nocuje u kolegi, więc jest zmartwieniem jego rodziców, nie moim. Uśmiecham się na myśl, że przynajmniej on na pewno dobrze się bawi. Jordan to król dobrej zabawy.
Tracę poczucie czasu i orientację w tym, ile wypiłam, jeszcze zanim zegar Kit-Cat w salonie pokazuje dwudziestą trzecią. Obserwuję, jak część ludzi wybiega na zewnątrz, żeby zobaczyć jakąś bójkę. Nie zamierzam w tym uczestniczyć, tym bardziej że w moim polu widzenia znów pojawia się Sam.
Po alkoholu robię się odważniejsza. Serce mi przyspiesza, a zdrowy rozsądek wyparowuje, dlatego postanawiam działać, zanim się rozmyślę.
Zbliżam się powoli, aby żaden krok nie zdradził tego, że jestem już mocno wstawiona. Zazwyczaj w ogóle nie piję i pewnie dlatego bąbelki szampana mocno uderzają mi do głowy.
- Hej, Saaam - przeciągam głoski, wymawiając imię chłopaka.
- Hej - odpowiada, a jego niski, głęboki głos rezonuje w moim podbrzuszu.
- Widzę, że nadal tu jesteś, i tak pomyślałam... - zajmuję miejsce obok, przekładam włosy do tyłu i nabieram powietrza w płuca - że gdybyś miał ochotę się stąd wyrwać i sama nie wiem... - Błądzę oczami w poszukiwaniu właściwych słów.
Liczę, że Sam wyjdzie z inicjatywą, ale nic takiego się nie dzieje. Patrzę na niego lekko zamglonymi od alkoholu oczami i nie potrafię rozgryźć wyrazu jego twarzy. Zwilżam usta językiem i przysuwam się jeszcze bliżej, żeby przebić się przez głośną muzykę.
- Może moglibyśmy się przejść? - proponuję, a w odpowiedzi on unosi jedną brew i taksuje mnie wzrokiem. Na pewno na trzeźwo byłoby mi łatwiej rozgryźć jego gesty, spojrzenia i milczenie, ale z drugiej strony wtedy z własnej woli nigdy bym do niego nie podeszła. Facet nie ułatwia mi sprawy, a ja nie mam ochoty silić się na subtelności. - Odnoszę wrażenie, że nie bardzo rozumiesz, co chcę ci przekazać, Sam. Mam rację?
Chłopak patrzy na mnie z rozbawieniem. Kręci głową i uśmiecha się półgębkiem, a wtedy we mnie wstępują nowe pokłady odwagi. Przykładam dłoń do jego twarzy, ściskam jego policzki, aż z ust robi mu się dzióbek, i zwracam jego twarz ku sobie.
- Z drugiej strony, nie ma w tym nic dziwnego - dodaję.
Sam patrzy na mnie oszołomiony, ale mam to gdzieś.
- W końcu chłopcy z taką ładną buzią jak twoja nie muszą grzeszyć inteligencją, prawda?
Chłopak wyrywa się z uścisku moich dłoni, odchyla głowę i zanosi głębokim, odrobinę złowieszczym śmiechem. Następnie zbliża tę swoją ładną buzię do mojej.
- Jutro będziesz żałować tych słów... - mówi groźnie.
Wtedy dostrzegam, że z jego oczu bije pożądanie. Jednak zaraz potem odwraca wzrok, jakby poczuł się przyłapany, i dociera do mnie, że w jego głowie musi toczyć się jakaś wewnętrzna walka.
Pytanie tylko, jak przechylić szalę na moją stronę?
- Co masz na myśli? - Desperacko łapię się wypowiedzianych przez niego słów.
Czyżby miał wobec mnie plany na jutro?
- Słuchaj, Max - Sam się prostuje, jeszcze bardziej prężąc przy tym klatę w szarym T-shircie. - Nawet jeśli miałbym na coś ochotę, to jesteś zbyt pijana, żeby ten wieczór miał się tak skończyć. - Kładzie nacisk na "tak", a ja nie umiem odmówić sobie wizualizacji nas we dwoje, kończących właśnie "tak" tę sylwestrową noc. - Po wszystkim mogłabyś mnie znienawidzić, a tego bym nie chciał.
Przełykam ciężko ślinę i gestykuluję, jakbym chciała uporządkować dłońmi wszystkie wypowiedzianego przez niego słowa.
- Zaraz, zaraz, Sam. - Podnoszę ręce, jakbym chciała go powstrzymać. - Zwolnij trochę. Wróćmy do tego, jak ten wieczór ewentualnie mógłby się zakończyć i na co masz ochotę... - Nie daję za wygraną.
- Uparta jesteś...
- Wolę określenie zdeterminowana.
Sam prycha w odpowiedzi.
Opuszczam głowę i decyduję się na ostatni desperacki krok. Jeśli nie podziała - dam sobie spokój.
Zrzucam to na karb alkoholu i decyduję się na szczerość. Zbliżam usta do jego ucha, jedocześnie muskając oddechem jego szyję, chociaż miałabym ochotę przejechać po niej językiem.
- Uwierz mi, Sam, na co dzień nie jestem taka bezpośrednia, ale wiesz co? - Przysuwam wargi jeszcze bliżej i widzę, jak gęsia skórka nagle pokrywa jego kark. - Właśnie kończę najbardziej pojebany rok w moim życiu i obiecałam sobie, że w nowy nie wejdę na trzeźwo oraz że zanim zacznie się kolejny dzień i znów przyjdzie mi się obudzić w tych samych kiepskich realiach, na tę jedną noc uda mi się oszukać rzeczywistość... - Zawieszam na chwilę głos w poszukiwaniu odpowiednich słów. - Więc jeśli nie wyjdę z tej imprezy z tobą, Sam - kontynuuję, zaskoczona własną śmiałością. - To wyjdę z niej z kimś innym, ale ty wydajesz się miłym i przyzwoitym facetem... I o ile intuicja mnie nie myli, to - przeciągam językiem po ustach - chyba trochę na mnie lecisz...
Sam wbija wzrok w jakiś nieokreślony punkt przed sobą, nadal trzymając w dłoni prawie pustą butelkę z piwem. Wygląda prawie tak samo, jak kilkadziesiąt sekund wcześniej, ale jego klatka piersiowa unosi się tak szybko, że niemal słyszę, jak jego serce wybija rytm.
- Wygrałaś - oznajmia głosem, któremu, w mojej głowie, towarzyszy triumfalny hymn w wykonaniu chóru anielskiego. Odstawia butelkę na blat i łapie moją dłoń. - Wychodzimy.