Słowo wstępne
Sarah Krasnostein
"Każdy dyrektor albo kurator muzeum sztuki", pisze Angus Trumble we
wprowadzeniu do niniejszej książki, która nieoczekiwanie stała się jego
ostatnią1, "pozyskuje niekiedy dzieła, którymi potem się
szczyci, ale rzadko który nabytek potrafi tak naprawdę zdefiniować jego
karierę albo przynajmniej można zaliczyć go do dzieł, z którymi ów
chciałby być kojarzony. W moim przypadku najlepszym przykładem z tej
drugiej kategorii jest Helena Rubinstein w czerwonej sukni od
Balenciagi Grahama Sutherlanda". Trumble, zafascynowany portretem
pędzla Sutherlanda, kierując się na przemian nieokiełznaną ciekawością i naukowym szacunkiem dla faktów ściągającym go na ziemię, dotarł do
początków bohaterki tej książki, a zwłaszcza tych aspektów, które do tej
pory były osnute mgłą mitu.
Helena Rubinstein była kobietą niezwykłą, która sięgnęła po sukces w czasach, gdy nie było to łatwe, i stała się pierwszą prawdziwie globalną
potentatką w dziedzinie kosmetyków. U szczytu powodzenia jej firma
zatrudniała 30 tysięcy kobiet. Dzięki intelektowi, sprytowi, odwadze,
megalomanii, złożonej osobowości i czystej sile woli przeobraziła się w tę opanowaną, pełną godności grande dame na zawsze uwiecznioną w przepychu czerwieni i opalizujących szarości na obrazie Sutherlanda.
Dzisiaj, w stopniowo już blednącym blasku, jest pamiętana jako ta, która
dostarczała naszym babkom najdoskonalsze kremy do twarzy i szminki.
Najbardziej precyzyjne będzie stwierdzenie, że Rubinstein sprzedawała
niedościgłe marzenia w świecie, w którym kobiety były (i nadal są)
bezlitośnie osądzane na podstawie utowarowionych kryteriów, w przeważającym stopniu służących interesom finansowym mężczyzn.
"Uroda to władza", głosiło sprytne hasło reklamowe, które Rubinstein
wymyśliła w 1904 roku, aby promować swój raczkujący biznes w Cudownym
Melbourne2. Jeśli pod pojęciem "władzy" rozumie się status,
autonomię i pieniądze, to w takim razie owo hasło zaiste okazało się
prawdziwe w odniesieniu do jego autorki, niemniej jednak Trumble zachęca
nas, abyśmy się zastanowili, czy kiedykolwiek było prawdziwe w szerszym
sensie. "Uroda może dawać władzę, ale władzę nad czym?", pyta. "W jaki
sposób kobiety dały się przekonać - albo sobie wmówić - że powinny
uczepić się urody i wykorzystywać ją jako broń? A tak nawiasem, to czym
jest uroda?". I chętnie roztrząsa kolejne pytania, które rodzą się,
ilekroć dochodzi do zderzenia estetyki z płcią kulturową i handlem.
Jakie to niewidzialne siły ograniczyły swobodę w życiu kobiet? Które
kobiety wyrwały się na wolność? I za jaką cenę?
Trumble, który kwestionuje wszystkie poznane wcześniej narracje na temat
życia Rubinstein, odtwarza niezwykłą, samotniczą wyprawę
dwudziestotrzyletniej Heleny z krakowskiego Kazimierza do Coleraine,
mieściny w wiejskiej części australijskiego stanu Wiktoria, pod koniec
XIX wieku. Z typową dla siebie skrupulatnością wytycza jej trasę
biegnącą przez odizolowaną, niepoznaną - i dlatego
społeczno-ekonomicznie nieprzejrzystą - Australię i Nową Zelandię,
wówczas jeszcze kolonie - wyliczając kolejne przystanki, jak Darling
Downs w Queensland, Melbourne, Sydney, Brisbane, Auckland, Wanganui,
Wellington, Christchurch i Dunedin. Dzięki długim latom żmudnych
poszukiwań mógł przekonująco dowieść, w jaki sposób młodej Żydówce,
która przybyła do Melbourne bez znajomości angielskiego, ze skromnymi
oszczędnościami i mizernym wsparciem ludzkim, udało się wylansować i przeskoczyć z najodleglejszych przyczółków Imperium Brytyjskiego do
najważniejszych ośrodków tego świata, czyli najpierw do Londynu i Paryża
przed I wojną światową, a później do własnego penthouse'u przy
nowojorskiej Park Avenue - tam "niemal całkowicie self-made
bizneswoman" dopieszczała swoją prywatną mitologię, która ją przeżyła i zaciemniła prawdę o jej życiu. Dzięki swojemu warsztatowi naukowemu
Trumble nie tylko odnalazł niepoznane szczegóły z lat, które Rubinstein
spędziła w Australii, ale także uzupełnił dotychczasowe noty
biograficzne o kontekst i perspektywę, jednocześnie otwierając nowe
tropy dla tego, co pojawiło się w późniejszych latach. Przede wszystkim
zaś zrekonstruował zapomniane fakty z dziedziny przedsiębiorczości
kobiet w czasach powstawania Związku Australijskiego, a ponadto rzucił
nowe światło na ówczesne życie codzienne, handel i diasporę żydowską.
"Każdy historyk musi zapanować nad masą drobnych szczegółów i połączyć
niezliczone polifonie i antyfonie w symfoniczną całość", pisze Trumble.
I dodaje: "Część ekscytacji tym procesem wynika stąd, że tak łatwo
cofnąć się do początków i powtórzyć cały proces na inną nutę,
skomponować nowe melodie, zaaranżować całość z podziałem na inne części,
aby ostatecznie stworzyć wierny (albo mylący) portret, wizerunek pod
każdym względem równie precyzyjny (albo niedokładny) jak ten, który tu
prezentuję". Wiedział doskonale, że biografia - podobnie jak dowolny
inny epizod w historii - jest z konieczności wybiórcza i subiektywna,
zależna nie tylko od faktów, ale także od wrażliwości autora. Dzięki
chirurgicznej wręcz precyzji Trumble'a, jego empatii i samoświadomości,
poczuciu humoru, wdziękowi, wybitnemu zmysłowi wizualnemu i przede
wszystkim ogromnej wiedzy fakty z życia Rubinstein nabierają nowego i zaskakującego znaczenia. Trumble odmalowuje jej postać na papierze tak,
jak Sutherland malował ją na płótnie - z całą jej ludzką złożonością. I nagle się okazuje, że tę kobietę, słynącą z unikatowych przymiotów,
można jednak poznać, razem z jej pragnieniami i wadami. Jej życiorys
pozostaje mityczny, ale zmieniło się padające nań światło. To już nie
jest niewiarygodna opowieść o wojowniczej Atenie, która wyskoczyła na
świat w pełni dojrzała, tylko konkretna lekcja o ludzkiej sile tworzenia
- o tym, co znaczy "borykać się z przeciwnościami i jednocześnie czerpać
z nich siłę". Natomiast w najgłębszym sensie jest to książka o tym, co
to znaczy być obcym w obcym kraju: o potencjale, jaki tego typu
przytłaczająca sytuacja potrafi wyzwolić w duszy, o wpływie, jaki to ma
na przebieg całego życia, o związkach, jakie tworzy, i ranach, jakie
potrafi zadawać.
Dla autora jedną z pociech płynących ze zniechęcającego zadania, jakim
jest przekopywanie się przez góry nieprzebranego materiału - często
całymi latami - jest niezamierzone wydobycie grudki złota: jakiegoś
ulotnego, absurdalnego albo szokująco nieprawdopodobnego faktu, który
iskrzy się energetycznym aspektem ludzkiego doświadczenia. Nigdy nie
miałam okazji porozmawiać z Trumble'em o takim szczególnym momencie
radości, ale on sam opisał to najlepiej:
Historię piszą jednostki i chętnie przyznam, że mój trwający pięć lat
skok na głęboką wodę światów edwardiańskich i późniejszych Rubinstein w Australii i Nowej Zelandii nie przyniósłby owoców, gdyby nie zasilały go
liczne epizody prywatnego zachwytu rodzącego się z tej nostalgii, dzięki
której wydobywamy często zaskakujące, a nawet dziwaczne plamki
kolorowych detali z gęstwy przeszłości: na przykład to, że w 1905 roku
przy Collins Street w Melbourne niejaka panna Fredman udzielała lekcji
gry na cytrze według systemu Maxa Alberta. Albo że krótki różowy
wieczorowy płaszczyk Elsa Schiaparelli ozdobiła słoniami stojącymi na
bębenkach i cyrkowymi akrobatami i że Rubinstein zabrała go do Sydney w 1938 roku. Albo Alice Ward i jej Salon Charmazelle, którego nazwa miała
się kojarzyć ze starożytnym Egiptem. Albo różowe pigułki na bladość od
doktora Williamsa...
Za każdym razem, gdy natrafiałam na któryś z tych rzadkich klejnotów,
odruchowo wysyłałam esemesa do autora, który zmarł krótko po tym, jak
omówiliśmy jego maszynopis. A jednak dzięki magii pisania i czytania mam
wrażenie, że wciąż prowadzimy tę rozmowę. Może on też to czuł podczas
setek godzin spędzonych w archiwach, gdzie szukał nieuchwytnych śladów
pozostawionych przez swoją bohaterkę i starał się przeniknąć do jej
życia.
Wyobrażam sobie Angusa, jak kończy ten tekst przy swoim biurku w Canberze, któregoś mrocznego lockdownowego poranka. Albo jak stoi
zamyślony na pięknym peronie kolejowym w Coleraine, w swoich kolorowych
skarpetkach i eleganckich butach, widząc coś fundamentalnego w ludzkim
doświadczeniu tam, gdzie inni widzieli tylko dworzec. Myślę o jego
bezbrzeżnym zachwycie owym ludzkim doświadczeniem, sztuką i tworzeniem
sensu. O tych latach, które poświęcił na zbieranie materiałów do swojej
książki, borykając się z przeciwnościami i jednocześnie czerpiąc z nich
siłę, tak samo jak Helena Rubinstein. Napisał, że najbardziej chciałby
zostać zapamiętany w związku z pozyskaniem do galerii obrazu
Sutherlanda. Jakie to wspaniałe, że dzięki tej znakomitej warsztatowo
książce jego marzenie na pewno się ziści.
Autor zmarł tuż po napisaniu książki 8.10.2022 roku, w wieku 58 lat (wszystkie przypisy oznaczone gwiazdkami pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Z ang. Marvelous Melbourne - określenie zostało wymyślone pod koniec XIX wieku, kiedy miasto stało się jedną z największych metropolii świata. [wróć]
Nota od autora
W najstarszym zachowanym dokumencie stanowiącym o karierze Heleny
Rubinstein w biznesie, czyli jej wniosku z lutego 1903 roku o zarejestrowanie jej marki własnej jako znaku towarowego w Melbourne,
opisała ona swoją osobę jako "Helena Rubinstein prowadząca działalność
pod nazwą Helena Rubinstein & Co". Później, w 1909 roku, musiała
przekształcić swoją firmę w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością:
zarejestrowała ją w stanie Wiktoria pod nazwą Helena Rubinstein Pty Ltd.
W książce posługuję się oboma terminami - "& Co.", w bardziej
ogólnym sensie, mając na myśli po prostu firmę, oraz "Pty Ltd" w znaczeniu korporacji lub spółki akcyjnej.
Z powodów, które z czasem objaśnię, głównie wynikających z fragmentarycznego, często ulotnego charakteru dokumentów zachowanych w Australii i Nowej Zelandii, moja narracja niekiedy przeskakuje w przód
lub w tył o całe miesiące, lata i nawet dekady. Nie istnieje żaden
dogodny sposób na opisanie rocznego pobytu Rubinstein w Toowoombie w 1900 roku bez sięgnięcia po pamiętnik Laurie E. Smith z 1904 roku.
Dlatego postarałem się wyposażyć czytelnika poprzez dodanie
szczegółowego kalendarium, które przedstawia dobrze udokumentowane
wydarzenia w ich właściwym porządku.
Dla jasności przy cytowaniu gazet i innych źródeł z epoki
uwspółcześniłem skomplikowane konwencje późnowiktoriańskiej i edwardiańskiej interpunkcji. Chcąc uniknąć zamieszania, poprawiłem też
często pojawiającą się błędną pisownię nazwiska mojej bohaterki -
"Rubenstein". Skądinąd ta częsta pomyłka okazała się w niektórych
przypadkach użyteczna, ponieważ dzięki funkcji zaawansowanego
wyszukiwania udało się zgromadzić sporo przeoczonych materiałów po
prostu przez użycie polecenia "Rubenstein NIE Rubinstein".
Kaorite, Koroite, Koroit
W swoim dzienniku z 1965 roku My Life for Beauty Rubinstein opisuje
przyjazd sąsiadów jej wuja Bernharda Silberfelda do Coleraine "z ich
posiadłości za Kaorite Creek", dając do zrozumienia, że były tam piękne
panoramiczne widoki1. Właściwa nazwa rzeki płynącej zaledwie
trzy i pół kilometra na wschód od Coleraine brzmi Koroite Creek,
zastąpiła ona zresztą wcześniejszą nazwę Bryan's albo Bryant's Creek.
Koroite w nazwie wzięło się prawdopodobnie od pobliskiej, liczącej
piętnaście tysięcy hektarów posiadłości ziemskiej Williama Younga o nazwie Mount Koroit and Dundas Station (niekiedy nazywanej w skrócie
Mount Koroite). Ale Koroit to także nazwa miasteczka jakieś siedemnaście
kilometrów na północny zachód od Warrnambool. Możliwe, że pojawiają się
tutaj wszystkie trzy wersje.
Materiał ilustracyjny
Prawdopodobnie z powodu jej osławionej tendencji do wyrażania się
niejasno i zaciemniania niektórych faktów z najdalszej przeszłości
najwcześniejsze fotografie Heleny Rubinstein i członków jej rodziny w różnych publikacjach są opatrzone najrozmaitszymi datami i lokalizacjami. By podać choć jeden istotny przykład: w wydawnictwach
towarzyszących trzem mocno z sobą powiązanym wystawom, Helena
Rubinstein: Beauty Is Power (The Jewish Museum, Nowy Jork, 31
października 2014-22 marca 2015, oraz the Boca Raton Museum of Art,
Floryda, 21 kwietnia-12 lipca 2015); Helena Rubinstein: Die
Schönheitserfinderin (Jüdisches Museum, Wiedeń, 18 października 2017-6
maja 2018) i Helena Rubinstein: L'Aventure de la beauté (Musée d'Art
et d'Histoire du Juda?sme, Paryż, 20 marca-25 sierpnia 2019), rodzinna
fotografia, którą zamieszczam jako ilustrację nr 12, jest podpisana na
różne sposoby. W Nowym Jorku i Boca Raton to: "Helena, w środku, z matką
Augustą, siedzącą po prawej stronie, oraz trzema z jej siedmiu sióstr.
Ma tutaj prawdopodobnie siedemnaście lub osiemnaście lat [co implikuje,
że to 1889/1890 rok]". Tymczasem w Wiedniu i Paryżu: "Augusta
Rubinstein z córkami Mańką, Reginą, Cześką (stoją) i Erną (siedzi).
Studio fotograficzne Wilhelma Kleinberga, Kraków 1890 r." - tak samo
zresztą jak u Maxene Fabe, autorki jednej z licznych biografii
Rubinstein, ale z kolei Mich?le Fitoussi widzi na fotografii Helenę,
natomiast Suzanne Slesin zadowala się lakonicznym "Kobiety z rodziny
Rubinsteinów". Moim zdaniem stojąca kobieta to Helena Rubinstein, a nie
jej siostra Cześka. Z kolei na podstawie strojów i fryzur można datować
tę fotografię na mniej więcej 1893 rok, ale raczej nie później. Wszyscy
jednak się zgadzamy, że została zrobiona w Krakowie. Szukałem, gdzie
tylko się dało, jakichś dowodów potwierdzających te i inne moje
szacunki, ale w wielu przypadkach pozostaje cień wątpliwości.
Jednostki monetarne stosowane na terytorium Imperium Brytyjskiego
1 gwinea = 21 szylingów = 1 funt i 1 szyling
1 funt = 1 złoty suweren = 2 półsuwereny = 2 × 10 szylingów
5 szylingów = 1 korona = 2 półkoronówki = 2 × 2 szylingi i 6 pensów
2 szylingi = 1 floren
1 szyling = 12 pensów
1 pens = 2 półpensówki = 4 ćwierćpensówki (farthing)
Angus Trumble
Canberra, 21 lipca 2022
Wprowadzenie
"Uroda to władza". To proste hasło, jakże nowatorskie i skuteczne w maju
1904 roku, gdy Helena Rubinstein zaczęła za jego pomocą reklamować swój
biznes w Melbourne, Sydney i Brisbane, okazało się jak najbardziej
trafne w jej przypadku, ale czy kiedykolwiek było trafne w sensie
bardziej ogólnym? Golda Meir w jednym z wywiadów telewizyjnych
zażartowała zgryźliwie, dość zresztą twardym tonem, że wizyta w salonie
piękności w jej przypadku okazałaby się raczej bezproduktywna, niewarta
czasu i pieniędzy. Innymi słowy, dla tej kobiety, która została czwartym
premierem Izraela (1969-1974), władza była władzą. Czy promując swoją
bardzo pojemną definicję urody, Rubinstein razem ze swą firmą (podobnie
jak jej rywale z branży) nie stała się przypadkiem bezwiedną agentką
represji, narzucającą rzeszom kobiet na całym świecie wygórowane i niekiedy nierealistyczne oczekiwania co do urody w sporej mierze
napędzane potrzebą zaspokajania męskich pragnień? Można ją o to winić
czy nie?
"Uroda to władza". Naprawdę tak jest? Naprawdę tak było? Uroda może
dawać władzę, ale władzę nad czym? W jaki sposób kobiety dały się
przekonać - albo sobie wmówić - że powinny uczepić się urody i wykorzystywać ją jako broń? A tak nawiasem, to czym jest uroda? Bez
wątpienia wielu ludzi powie, że w tych pytaniach zawiera się większa
część odpowiedzi. A jednak sto dwadzieścia lat temu wszelkie takie
zachodnie ortodoksje miały dopiero gwałtownie się rozwinąć za sprawą
lawinowych zmian, jakie przyniosła epoka edwardiańska. I podczas swego
długiego i burzliwego życia Rubinstein zdecydowanie wiodła prym we
wprowadzaniu i umacnianiu tych dwudziestowiecznych narracji.
Każdy dyrektor albo kurator muzeum sztuki pozyskuje niekiedy dzieła,
którymi potem się szczyci, ale rzadko który nabytek potrafi tak naprawdę
zdefiniować jego karierę albo przynajmniej można zaliczyć go do dzieł, z którymi ów chciałby być kojarzony. W moim przypadku najlepszym
przykładem z tej drugiej kategorii jest Helena Rubinstein w czerwonej
sukni od Balenciagi pędzla Grahama Sutherlanda (il. kolorowa 1). Przez
lata pisałem o licznych nabytkach, w których miałem swój udział, ale
tylko Rubinstein była takim źródłem inspiracji i sama stworzyła
wystarczająco dużo, by dostarczyć materiału na całą książkę. Również ona
zaprowadziła mnie na wcześniej nieznane terytoria, i to bardzo liczne.
Trudno mnie nazwać historykiem kosmetologii, mody, służby domowej w rejonie Darling Downs na południu australijskiego stanu Queensland, albo
choćby ogólnie pracy najemnej, gościnności i handlu w Melbourne, Sydney,
Brisbane i w Nowej Zelandii w pierwszym dziesięcioleciu istnienia
Związku Australijskiego. Jestem nieżonatym białym anglosaskim
protestantem, gejem i historykiem sztuki, który postanowił zgłębić do
tej pory ukrywane aspekty mocno strzeżonego życia dwukrotnie zamężnej
polskiej Żydówki, która niemalże w pojedynkę stworzyła od zera globalną
korporację produkującą kosmetyki, i to w czasach, gdy patrzono na nie
krzywo, mówiąc najoględniej. Kosmetyki były wtedy objęte anatemą:
niemalże powszechnie postrzegano je jako żałośnie ubogi arsenał aktorek
i dziwek. Fakt, że Rubinstein zadawała sobie tyle trudu, by tworzyć,
projektować i chronić swój wizerunek, a później własny mit, dodatkowo
komplikuje już i tak złożoną sytuację. Posunę się nawet do stwierdzenia,
że robiła to wszystko w obliczu przeciwności tak licznych i tak
zniechęcających, iż dla osób tylko odrobinę mniej zdeterminowanych
byłyby nie do przezwyciężenia, i dlatego właśnie to jest chyba jej
największym osiągnięciem. Tak zatem mam dług wdzięczności wobec Heleny
Rubinstein i Grahama Sutherlanda, którego nie mogę spłacić inaczej jak
tą książką, a to dlatego, że po zastanowieniu stwierdziłem, iż są oni i migliori fabbri (lepszymi rzemieślnikami)2.
Niniejsza książka to namalowany słowami portret wspaniałego portretu,
mocno skupiony na początkach kariery przedstawionej na nim kobiety i na
procesie powstawania jej firmy. Z portretami ogólnie łączy ją też pewien
rys tajemniczości - stworzony z niewiadomych i luk, zwłaszcza
odnoszących się do jedenastu formatywnych lat, które Rubinstein spędziła
w Australii i Nowej Zelandii. Na szczęście udało się odkryć i zrekonstruować całkiem sporo, niemniej jednak - jak w przypadku
skrupulatnej konserwacji uszkodzonego obrazu - także tutaj trzeba się
wstrzymać przed całkowitą rekonstrukcją z powodu braku jakichkolwiek
pozostałości pierwotnej powłoki malarskiej, choć to akurat nie
pohamowało kilku innych biografów Rubinstein. A tymczasem jedną z zalet
niewiadomych i luk jest to, że podsycają wyobraźnię poprzez dodanie do
jasnych obszarów zmierzchowych cieni, jakich artysta potrzebuje, aby
stworzyć iluzję materialnych kształtów, rzeczy namacalnych, faktur,
konturów. W latach 1956-1957 Graham Sutherland ożywił suknię od
Balenciagi noszoną przez Rubinstein, ale nie zrobił tego poprzez
niewolnicze odtworzenie każdego szewku i strasu zdobiącego tę wspaniałą,
czerwoną tkaninę, tylko w refleksyjnym procesie bardzo wybiórczego
cytowania w jednych miejscach i aroganckiej, chromatycznej generalizacji
w innych. Czy możemy odczytać w tym pyszałkowatym portrecie Sutherlanda
coś w rodzaju triumfalnego manifestu? Czy też jest to raczej forteca
uzbrojona przez Cristóbala Balenciagę, wzniesiona na pohybel najbliższym
i najgroźniejszym rywalom Rubinstein?
Wybrane cytaty i arogancka generalizacja: pod tymi względami Sutherland
uczynił to, co musi robić każdy historyk - zapanować nad masą drobnych
szczegółów i połączyć niezliczone polifonie i antyfonie w symfoniczną
całość. Część ekscytacji tym procesem wynika stąd, że tak łatwo cofnąć
się do początków i powtórzyć cały proces na inną nutę, skomponować nowe
melodie, zaaranżować całość z podziałem na inne części, aby ostatecznie
stworzyć wierny (albo mylący) portret, wizerunek pod każdym względem
równie precyzyjny (albo niedokładny) jak ten, który tu prezentuję. Tak
jak dzieło Sutherlanda niniejsza książka rusza w swoją drogę z nadzieją,
że przy odrobinie szczęścia "przyszłości pochwałą wzrastać
będzie"1, jak rzekłby Horacy3.
W artykule o Angeli Merkel, opublikowanym na łamach "The Washington
Post" 15 lipca 2021 roku, tuż po ostatniej oficjalnej wizycie pani
kanclerz w Waszyngtonie, zasłużona dziennikarka specjalizująca się w tematyce modowej, Robin Givhan, umiejscowiła nas w teraźniejszości,
której nie wyobraziłyby sobie ani Golda Meir, ani Helena Rubinstein.
Wspomniawszy jej wcześniejszą oficjalną wizytę w Waszyngtonie, Givhan
tak napisała o Merkel: "Z wielkim zadowoleniem ofiarowała sekretarz
stanu Hillary Clinton oprawiony w ramki fotograficzny dowód ich
wspólnego upodobania do kostiumów ze spodniami. I potem obie liderki,
ubrane w swe srogie uniformy, stały obok siebie w 2011 roku, podziwiając
zdjęcie, na którym zostały uwiecznione od klatki piersiowej w dół, w podobnych strojach. Śmiały się do tego obrazka - i z niewygód modowych,
stereotypów genderowych i tendencyjnych wyobrażeń na temat tego, jak
powinien wyglądać przedstawiciel władzy". Również "wiceprezydent Kamala
Harris przystąpiła do żeńskiego zakonu kostiumów ze spodniami, który
kiedyś zacznie być utożsamiany z normą, równie wszechobecną na wysokich
stanowiskach jak bractwo garnituru biznesowego"4.
Rubinstein była wielokrotnie fotografowana w spodniach, które nosiła z wielką swobodą, przy okazjach zarówno oficjalnych, jak i nieformalnych,
jak tego dowodzi śmiałe, niemalże deklaratywne al fresco na fotografii
z przejażdżki na wieś, na której trzyma ręce w kieszeniach żakietu z szerokimi klapami, a do tego ma na głowie zawadiacki beret, ledwie
comme ça (il. 1). Wyraźnie ani trochę się nie boi dociekliwego
spojrzenia aparatu; całą swoją postawą wydaje się "tańczyć pod tę
muzykę", niejako udając mechanika albo odpoczywającego szofera, bo jakby
od niechcenia trzyma stopę na zderzaku - a przy okazji pokazuje swoje
fantastyczne pantofle. I tchnie też od tego obrazka pewną nieśmiałością.
Możemy uznać, że Rubinstein przybrała wyzywającą pozę, ale z kolei
ułożenie głowy sprawia, że jej spojrzenie jest wycofane, a opuszczony
podbródek każe wnosić, że chce o coś spytać, że wręcz jest wewnętrznie
niespokojna5. Ta ciekawa scena każe nam się zastanowić, czy
Rubinstein, którą, jak nam się wydawało, znamy, nie była przypadkiem o wiele bardziej złożoną postacią - pełną sprzeczności.
Il. 1. Helena Rubinstein na wakacjach we Francji, obok samochodów
chrysler plymouth i peugeot, ok. 1932 r.
Przekonamy się, że jeszcze przed założeniem swojej firmy w Melbourne na
początku 1903 roku Rubinstein demonstrowała apetyt na ryzyko i odporność
na nie, co z kolei zrodziło Janusową pewność siebie i potem
konsekwentnie pewność co do swojego przedsięwzięcia, i że dlatego
właśnie jej historia jest dziś tak istotna. Od początku kariery w biznesie aż do samego końca Rubinstein odnosiła sukcesy dzięki
bliźniaczym odruchom: z jednej strony dynamika bezwstydnego
naśladownictwa, kiedy tak jej pasowało, bez strachu wobec licznych
rywali, z drugiej jasność i przekonanie, dzięki którym skutecznie się
wyróżniała i z których wręcz czerpała siłę.
Rubinstein nie kojarzy się z anachronizmem. Stworzyła i rozwinęła firmę
z myślą o kobietach - nowoczesnych kobietach. W swoich salonach
kosmetycznych, laboratoriach i fabrykach w samym szczycie boomu
gospodarczego w epoce prezydenta Dwighta D. Eisenhowera zatrudniała
głównie kobiety - około 30 tysięcy. Za wyłączny cel obrała zaspokajanie
kobiecych potrzeb i pragnień. W niecałe cztery lata po utworzeniu firmy
dotarła do wszystkich sześciu stanów nowo powstałego Związku
Australijskiego i aż do pięciu dużych miast w Nowej Zelandii. W obu
jurysdykcjach polityczne i społeczne prawa kobiet były wtedy większe niż
w niemalże wszystkich innych częściach świata, a już z pewnością
przewyższały te obowiązujące w Londynie. I przez pięćdziesiąt lat
budowania swojego imperium nigdy nie odwróciła się od dwóch krajów,
które w 1907 roku stały się dla niej trampoliną do kariery w Londynie,
Paryżu i w końcu w Nowym Jorku. Kierowała firmą aż do śmierci w 1965
roku, nawet przez moment nie rozważając emerytury. Niemniej jednak rola,
jaką w sadze o Rubinstein odegrały Australia i Nowa Zelandia, została w sporej mierze przeoczona przez jej europejskich i amerykańskich
biografów. W najlepszym razie można stwierdzić, że większość istotnych
szczegółów zaginęła w nieprzerwanej paradzie błędów i niezamierzonych
przekłamań.
Warto też zwrócić uwagę, że w Australii i Nowej Zelandii zupełnie
zapomniano o związkach Rubinstein z antypodami. Podczas długiego okresu,
kiedy zbierałem materiały i pisałem tę książkę, spotkałem wielu ludzi,
głównie młodych, którzy nigdy nie słyszeli o Helenie Rubinstein. Z drugiej jednak strony Ruth Wilson, moja wybitna była koleżanka po fachu,
ceni sobie wspomnienie o tym, jak pracowała, promowała i ostatecznie
zarządzała doskonale zaopatrzonym stoiskiem Rubinstein w pewnym
australijskim domu towarowym (cechowało je zróżnicowanie i progresywna
kultura miejsca pracy). Było to w Australii Południowej, w pierwszej
połowie lat osiemdziesiątych, tuż przed przejęciem marki Rubinstein
przez L'Oréal. W czasach, gdy sporą część debaty publicznej, a także
prywatnych dyskusji, ożywiają pytania odnoszące się do etyki i zrównoważonego rozwoju w modzie, do tożsamości płciowej, kobiet i władzy, szklanych sufitów, mizoginii i przede wszystkim ruchu #MeToo -
nie mówiąc już o uporczywym trwaniu antysemityzmu - postać Rubinstein
okazuje się zaskakująco istotna.
Jeżeli dzisiaj dołączamy do długiej kolejki chcących kupić (najniższa
cena to dziewięćdziesiąt dolarów) niewielki pojemniczek serum
antyzmarszczkowego Clinique Smart Clinical Repair? (CL1870 Laser Focus Complex?), które regeneruje, odnawia, "wypełnia" zmarszczki
i obiecuje "32-procentową redukcję tych uporczywych", to znaczy, że w dość dosłowny sposób dajemy się przekonać bardzo zyskownej reklamowej
narracji, którą prawie w całości Rubinstein stworzyła w Australii i Nowej Zelandii sto dwadzieścia lat temu. Byłaby pewnie bardzo
zadowolona, wiedząc, że blisko sześćdziesiąt lat po śmierci nie tylko
wciąż pozostaje "na topie", ale jeszcze wielu, którzy poszli jej śladem,
złożyło jej sowity hołd z bezwstydnej imitacji, ponosząc jedynie drobne
ryzyko, jeśli w ogóle jakiekolwiek - sama Rubinstein apetyt na ryzyko
miała ogromny. Dlatego to odpowiedni moment, by przyjrzeć się jej
firmie.
* * *
Helena Rubinstein zaliczała się do tego typu ludzi, których długie życie
obfituje w międzynarodowe kontakty oddziałujące na wyobraźnię. Należy
jednak poczynić tu zastrzeżenie, że zdarzają się spotkania, których nikt
nigdy by nie zmyślił, a jednak ona często to robiła. I nie tylko
ona6. Niemniej możemy niezależnie umiejscowić Rubinstein w znanych
lokalizacjach z konkretnymi datami, niekiedy w towarzystwie wybitnych
mężów stanu i osób im bliskich, wielkich europejskich i amerykańskich
pisarzy i artystów, kompozytorów i muzyków, naukowców, takich jak jej
wielka rodaczka Maria Skłodowska-Curie, gwiazd teatru i filmu, pionierów
haute couture i osób na stanowiskach. Przyjaźń Rubinstein z Pablem
Picassem była wprawdzie podszyta rezerwą, ale trwała czterdzieści lat.
Zasadniczo wesoła, licząca dziesiątki lat wojna z Elizabeth Arden
dotarła niedawno na Broadway pod postacią musicalu War Paint2.
W 1959 roku izraelska minister spraw zagranicznych Golda Meir osobiście
przyjęła podarunek w postaci Pawilonu Sztuki Współczesnej im. Heleny
Rubinstein w Tel Awiwie, pod warunkiem że Rubinstein zgodzi się
zbudować, wyposażyć w sprzęt i personel fabrykę w Izraelu. Potem odbył
się lunch z udziałem premiera Dawida Ben Guriona. Jakiś czas później
Rubinstein konsultowała się z legendarnym alpinistą sir Edmundem
Hillarym, z zawodu pszczelarzem, w sprawie jakichś wydarzeń w pasiece
oraz ekscytujących odkryć w związku z odżywczymi dla skóry
właściwościami mleczka pszczelego. Z kolei Georges Pompidou podnajął
aneks słynnego domu Rubinstein przy quai de Béthune na Wyspie Świętego
Ludwika i mieszkał tam jeszcze po tym, jak został premierem Francji w kwietniu 1962 roku (razem z madame Pompidou woleli nie przeprowadzać się
do oficjalnej rezydencji premiera, Hôtel de Matignon). Rubinstein była
też jednym z pierwszych, wizjonerskich inwestorów korporacji Xerox.
Pierwsze małżeństwo Heleny, zawarte w Londynie w 1908 roku z innym
polskim Żydem, Edwardem Titusem, którego poznała w Sydney, zawiodło ją
do Paryża Gertrudy Stein, F. Scotta Fitzgeralda, Ernesta Hemingwaya et
cetera, a później do kulturalnych, artystycznych i literackich światów
Greenwich Village. W 1929 roku Titus został pierwszym francuskim wydawcą
Kochanka Lady Chatterley D.H. Lawrence'a. Trzy lata później, we
wrześniu 1932 roku, ostatni numer czasopisma "This Quarter", którego był
redaktorem naczelnym, został poświęcony surrealizmowi. Lista autorów
zamieszczonych artykułów jest imponująca: Tristan Tzara, Paul Éluard,
Luis Bu?uel, Benjamin Péret, André Breton, Max Ernst, Yves Tanguy, Man
Ray, Giorgio de Chirico i Salvador Dalí.
Podobno w latach dwudziestych w Paryżu James Joyce zaoferował, że
napisze tekst reklamowy do produktów Rubinstein w stylu Ulissesa;
zapewniał, że "zaintrygowane kobiety natychmiast pognają na
zakupy"7. Niezależnie od tego, czy ta anegdota jest prawdziwa -
w co raczej wątpię - fakt, że się ją uparcie przytacza, może stanowić
symboliczny przykład zadawnionego i nieusuwalnego męskiego nawyku
nieuznawania zasług Rubinstein w jej ogromnym biznesowym sukcesie i,
bardziej ogólnie, nieuznawania niezależności, sprawczości i zdolności
nabywczej współczesnych kobiet.
Pierwszy syn Rubinstein, Roy, urodził się w domu przy Grafton Street 24
w Londynie w grudniu 1909 roku; drugi syn, Horace, przyszedł na świat w maju 1912 roku, kiedy Helena nie skończyła jeszcze czterdziestu lat.
Małżeństwo, bardzo burzliwe, rozpadło się pod koniec I wojny światowej i po wielu latach separacji, kiedy to małżonkowie przebywali na innych
kontynentach, zakończyło się rozwodem w 1932 roku, roku triumfu
surrealizmu - Ana?s Nin o mały włos nie została współpozwaną. Drugie
małżeństwo Rubinstein zawarte w 1938 roku ze znacznie od niej młodszym
emigrantem z Gruzji, księciem Artczilem Gourielli-Tczkonią, było
ukoronowaniem jej kariery na niwie towarzyskiej. Później lubowała się w tytule "księżnej Gourielli" i stosownym do niego stylu życia8.
Być może najbardziej imponującym aspektem biografii Rubinstein jest to,
że pokonała długą drogę wiodącą od żydowskiej dzielnicy w Polsce przez
cesarski Wiedeń, kolonialną Australię i Nową Zelandię, Wielką Brytanię i Francję, do trzypiętrowego penthouse'u przy nowojorskiej Park Avenue. I że skutecznie uniknęła kilku największych kataklizmów końca XIX i XX
wieku, a nawet wręcz dumnie nad nimi przemknęła. Kazimierz, stara
żydowska dzielnica Krakowa, uchroniła jej rodzinę przed straszliwymi
rosyjskimi pogromami po zamachu na życie cara Aleksandra II w Sankt
Petersburgu w 1881 roku. Rubinstein przeciwstawiła się stagnacji
ekonomicznej w Melbourne i Wiktorii w ostatniej dekadzie XIX wieku i w pierwszej nowego stulecia. Znalazła azyl i prosperowała w USA przez całą
I wojnę światową, kiedy jej firmy w Londynie i Paryżu stały się jednymi
z nielicznych, na które bezprecedensowa przemysłowa rzeź miała niewielki
wpływ. Obeszła krach na Wall Street i wynikły z niego Wielki Kryzys.
Uniknęła hitlerowskiej okupacji Paryża, przetrwała II wojnę światową i Holokaust.
Nie oznacza to, że to wszystko jej nie dotknęło - bo dotknęło i to
niekiedy bezpośrednio. Jej siostra, Regina Kolin, zmarła w Płaszowie
albo w Auschwitz-Birkenau, lub na ulicach Kazimierza. Być może to
tłumaczy (jeśli jakieś tłumaczenie jest potrzebne), dlaczego w późniejszych latach z taką zapalczywością broniła interesów trójki
dzieci Reginy, Oskara, Henry'ego i Mali, która z czasem zaczęła się
przedstawiać jako Mala Rubinstein. Niemniej jednak trzeba zrozumieć, że
w czasie, gdy Graham Sutherland malował jej portret w latach 1956-1957,
Helena Rubinstein - mimo że jej biznes funkcjonował pod sporą presją -
miała prawo uważać, że swoje przetrwanie, liczne osiągnięcia i wielkie
bogactwo zawdzięcza nie tylko zwykłemu szczęściu.
Na przykład w grudniu 1928 roku, przy cenach akcji sięgających
siedemdziesięciu dolarów, roztropnie sprzedała sporo udziałów swojej
amerykańskiej filii firmie Lehman Brothers. Po kryzysie na Wall Street i jego straszliwym pokłosiu w 1931 roku odkupiła je w całości, po około
trzy dolary za akcję - za gotówkę. Było to mozolne ćwiczenie z perswazji. Rubinstein napisała do tylu drobnych akcjonariuszy, ilu udało
jej się zlokalizować, których większość stanowiły kobiety, tłumacząc, że
w Lehman Brothers nie rozumieją jej firmy - co było prawdą - i że musi
przejąć nad nią bezpośrednią kontrolę, bo od tego zależy jej dalszy
rozwój, co też okazało się prawdą, ale samo to by nie wystarczyło do
wyrwania się spod kontroli Lehman Brothers. Jej prośba skierowana do
małych udziałowców była niemalże niedorzeczna i z pewnością nielegalna.
Jeśli wierzycie w moje produkty, pisała do nich, to tylko odsprzedanie
mi udziałów zapewni ich przetrwanie i ochroni przyszłość firmy. Tempo, w jakim dzięki temu niekonwencjonalnemu posunięciu odkupiła dostatecznie
dużo akcji, przekonało Lehman Brothers, że nie warto się bić o Helena
Rubinstein Incorporated w tak mrocznych czasach, bo przecież na Wall
Street są inne, ważniejsze priorytety. Przyznali się do porażki i sprzedali jej resztę firmy.
Nie zdążyła przed Anschlussem w marcu 1938 roku i nie zamknęła swojej
działalności w Wiedniu, ale wyciągnęła z tego wniosek i w ciągu roku
przezornie przeniosła swoje życie i kolekcję sztuki współczesnej i afrykańskiej z Paryża do Nowego Jorku, ze sporym zapasem czasu przed
przybyciem Niemców. Dopilnowała też, by większa część jej licznej
rodziny dostała się bezpiecznie do Ameryki - a działo się to w czasie,
gdy członkowie starych, bogatych rodów żydowskich we Francji jeszcze nie
przyjmowali do wiadomości, że coś im grozi.
Biorąc pod uwagę te nadzwyczajne okoliczności, trudno sobie wyobrazić
gniew i przerażenie, jakie musiała poczuć Rubinstein, kiedy w 1941 roku
zapragnęła wynająć trzydziestosześciopokojowy, trzypiętrowy penthouse
przy Park Avenue 625 na północno-wschodnim rogu Ulicy Wschodniej
Sześćdziesiątej Piątej w dzielnicy Manhattanu Lenox Hill i usłyszała, że
zarząd budynku nie przyjmuje wniosków od Żydów. W 1915 roku nie
pozwolono jej otworzyć w Nowym Jorku tych lokali, które sobie upatrzyła,
z powodu powszechnych restrykcji wobec Żydów z jakichś powodów
obejmujących sporą część Piątej Alei. Nie miała wtedy wyboru i musiała
zamieszkać przy Wschodniej Czterdziestej Dziewiątej Ulicy 15. W 1941
roku tego typu rażący antysemityzm nie był czymś niezwykłym, za to
reakcja Rubinstein była - bez wahania kupiła cały budynek. Od tego
momentu ci, którzy wcześniej nie chcieli przyjąć jej pieniędzy, nie
mieli wyboru i musieli albo płacić jej czynsz, albo się wyprowadzić. Dom
przy Park Avenue 625 pozostał jej główną rezydencją już do końca
życia9. W całej karierze Rubinstein można się doszukać wielu
innych przykładów równie śmiałych decyzji i trafnych ocen sytuacji,
zarówno w życiu prywatnym, jak i biznesowym.
Dzieje sprzedaży podzielonego na osiem części majątku w domu aukcyjnym
Parke-Bernet Galleries, która trwała przez wiele dni po jej śmierci w 1965 roku, to fascynująca lektura10. Rubinstein była ambitną,
pionierską kolekcjonerką sztuki Oceanii i Afryki (przy którym to
projekcie często polegała na radach brytyjskiego rzeźbiarza Jacoba
Epsteina), a także sztuki nowożytnej i współczesnej, mebli, ozdób,
rzadkich kamieni szlachetnych i innych przedmiotów - zdarzały się jej
nabytki pochopne i zdarzały się trafne. Była właścicielką licznych rzeźb
swojego rodaka Eliego Nadelmana; fakt, że jego pokaźny gipsowy koń (ok.
1911-1915) ostatecznie znalazł się w zbiorach Narodowej Galerii
Australii w Canberze to szczególnie satysfakcjonujący zwrot akcji (il.
2)11. Oprócz Grahama Sutherlanda malowało ją, rysowało i fotografowało wielu innych, nie zawsze znanych artystów, niemalże bez
wyjątku z gorszym rezultatem niż Sutherland. Byli wśród nich: Paul César
Helleu, Christian Bérard, Marie Laurencin, René Bouché, Raoul Dufy,
Emanuele Castelbarco, Louis Marcoussis (właśc. Ludwik Kazimierz
Władysław Markus), Roberto Montenegro, Paweł Czeliczew, Man Ray, Cecil
Beaton, William Dobell, Salvador Dalí, Andy Warhol i Picasso12.
W jakimś sensie kojarzy się to z dramatem Trawestacje Toma Stopparda,
tyle że to działo się naprawdę.
Il. 2. Helena Rubinstein w "skarbcu" swego apartamentu przy Park Avenue;
widać Konia Eliego Nadelmana oraz dywan zaprojektowany przez Jeana
Lurçata w 1936 r.; fot. George Maillard Kessl?re.
Przed tym wszystkim Rubinstein mieszkała w Australii, w latach
1896-1907, a jej firma narodziła się w lutym 1903 roku, w dwóch pokojach
na piętrze w O'Connor's Chambers, przy Elizabeth Street 138, między
ulicami Little Collins i Bourke w Melbourne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
W przekładzie Marcelego Mottego. [wróć]
Z ang. "barwy wojenne", a w pierwotnym sensie albo potocznie przesadny makijaż. [wróć]