Hedda Gabler - Henryk Ibsen

Kup ebooka

24.49 zł
20.08 zł (19,09 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena III

Poprzedni bez Berty.

TESMAN. Wyobraź sobie, ciociu! cały kufer wypakowałem notatkami. Nie do uwierzenia, ilem ich nagromadził ze wszystkich archiwów. Stare, nadzwyczaj ciekawe rzeczy, o których nikt nie ma wyobrażenia. PANNA TESMAN. Tak, tak, Jörgenie, w twéj poślubnéj podróży, nie traciłeś czasu. TESMAN. Mogę to śmiało przyznać. Ale zdejmże kapelusz, ciociu. Pozwól, rozwiążę wstążki. Dobrze tak. PANNA TESMAN ( w czasie gdy on to czyni). Ach! Boże, to tak, jak kiedyś był u nas w domu. TESMAN ( oglądając kapelusz). Cóż za ładny kapelusz dziś włożyłaś? PANNA TESMAN. Sprawiłam go sobie z powodu Heddy. TESMAN. Heddy? PANNA TESMAN. Ażeby się mnie nie wstydziła, gdy razem będziemy na mieście. TESMAN ( głaszcząc ją po twarzy). Ty, ciociu, myślisz o wszystkiém. ( Kładzie kapelusz na krześle przy stole). A teraz wiesz co, siądźmy sobie na kanapie i pogawędźmy, zanim Hedda nadejdzie ( siadają). PANNA TESMAN ( stawia parasolkę przy rogu kanapy). Jakże jestem szczęśliwa, że cię znowu widzę, Jörgenie, ciebie jedynaka nieboszczyka Jana. TESMAN. I ja jestem szczęśliwy, że cię widzę, tyś była dla mnie i ojcem i matką zarazem. PANNA TESMAN. Wiem dobrze, że ty kochasz zawsze twoję starą ciotkę. TESMAN. A jakże ciocia Ryna? czy jéj nie lepiéj? PANNA TESMAN. Dla téj biedaczki nie może być polepszenia. Leży, jak leżała przez te wszystkie lata. Oby tylko Bóg zostawił mi ją jak najdłużéj. Nie wiem, cobym bez niéj zrobiła, zwłaszcza téż teraz, kiedy ci już potrzebną nie jestem. TESMAN ( klepie ją po ramieniu). No, no, no. PANNA TESMAN ( szybko, odmiennym tonem). Ale kiedy pomyślę, żeś się, ożenił Jörgenie, i że to ty pozyskałeś rękę Heddy Gabler, téj Heddy, tak zawsze otoczonéj młodzieżą... TESMAN ( nuci i uśmiecha się z zadowoleniem). Zdaje mi się, że mam w mieście paru dobrych przyjaciół, którzy mi z całego serca zazdroszczą. Czy nie? PANNA TESMAN. Zazdroszczą ci tego także, żeś mógł odbyć tak długą poślubną podróż. Wszakże trwała blizko sześć miesięcy. TESMAN. Dla mnie była to także podróż naukowa. Ileż archiwów musiałem przewertować! ile książek przeczytać! PANNA TESMAN. No tak. ( Poufnie i ciszéj). Ale posłuchaj Jörgenie, czy nie masz mi nic po powiedzenia, nic wcale? TESMAN. Z podróży? PANNA TESMAN. Tak. TESMAN. Doprawdy, nie wiem nic więcéj nad to, com ci pisał, a żem się doktoryzował, o tém powiedziałem ci wczoraj. PANNA TESMAN. Ale ja pytam, czy... czy nie masz żadnych... nadziei? TESMAN. Nadziei? PANNA TESMAN. Mój Boże! jestem przecież twoją starą ciotką. TESMAN. Naturalnie, że mam nadzieję... PANNA TESMAN. A więc. TESMAN. Mam niemal pewną nadzieję, że wkrótce będę profesorem. PANNA TESMAN. Profesorem... tak. TESMAN. A nawet mogę powiedziéć, że to rzecz zupełnie pewna. Przecież wiesz o tém, ciociu? PANNA TESMAN ( z uśmiechem). O tém wiem, masz słuszność. ( Zmieniając ton). Ale mówiliśmy o podróży. Musiała cię ona strasznie kosztować. TESMAN. Mój Boże, kosztowała, ale dopomogło mi bardzo to duże stypendyum. PANNA TESMAN. Jednakże nie pojmuję, jakim sposobem starczyło na dwoje. TESMAN. Bo téż to nie było rzeczą tak prostą. PANNA TESMAN. A jeszcze kiedy się podróżuje z taką damą. Mówiono mi, że to bez porównania drożéj kosztuje. TESMAN. Ma się rozumiéć, ale Hedda musiała odbyć tę podróż, doprawdy, ciociu, musiała. Inaczéj być nie mogło. PANNA TESMAN. Masz pewno słuszność, bo dzisiaj podróż poślubna uważaną jest za konieczność. Ale powiedz mi - czyś się już dobrze w mieszkaniu rozejrzał. TESMAN. Naturalnie, wstałem o świcie. PANNA TESMAN. Jakże ci się całość podoba? TESMAN. Przepyszna, wydaje mi się przepyszna. Tylko nie mogę zrozumieć, na co są te dwa pokoje za sypialnią Heddy. PANNA TESMAN ( uśmiechając się). O, mój drogi, spożytkujecie je - z czasem. TESMAN. Doprawdy masz słuszność, ciociu, bo kiedy się księgozbiór tak bardzo powiększa... to... PANNA TESMAN. Właśnie, mój chłopcze, myślałam o twoim księgozbiorze. TESMAN. Cieszę się bardzo z powodu Heddy. Zanim jeszcze byliśmy zaręczeni, mówiła ciągle, że żadne mieszkanie tak jéj się nie podoba jak willa radczyni Falk. PANNA TESMAN. I właśnie się tak zdarzyło, że była do sprzedania, po waszym wyjeździe. TESMAN. Tak, ciociu, mieliśmy prawdziwe szczęście. PANNA TESMAN. Mój drogi, to wszystko będzie cię strasznie kosztować. TESMAN ( trochę zniechęcony). No będzie, ale cóż. PANNA TESMAN. Mój Boże. TESMAN. No! ale jak sądzisz? Ileż przecie? PANNA TESMAN. Nie wiem, dopóki się wszytkie rachunki nie pokończą. TESMAN. Na szczęście, Brack wyjednał mi dobre warunki, pisał to sam do Heddy. PANNA TESMAN. Nie drecz-że się tem, mój chłopcze. A co do mebli, dywanów i t. p. dałam na nie poręczenie. TESMAN. Poręczenie? Ty ciociu? Jakież poręczenie dać mogłaś? PANNA TESMAN. Ubezpieczyłam je na mojéj rencie. TESMAN ( zrywając się). Jakto? Na rencie twojéj i ciotki Ryny? PANNA TESMAN. No tak. Innego sposobu nie było. TESMAN ( staje przed nią). Ciociu! czyś zmysły postradała? Ta renta stanowi przecież cały majątek was obydwóch. PANNA TESMAN. Nie bierz-że tego do serca, Jörgenie, to przecież czysta formalność. Mówił mi to także radca Brack. On był tak grzeczny, że mnie we wszystkiém wyręczał. Czysta formalność, nic więcéj. TESMAN. Wszystko to być może, przecież... PANNA TESMAN. Teraz gdy otrzymasz pensyę, będziesz mógł to wszystko opłacić. A zresztą, Boże mój, choćbyśmy także trochę... no troszeczkę zapłaciły, trochę wam dopomogły z początku, uważałybyśmy to sobie za szczęście. TESMAN. Ach! ciociu, ty zawsze musisz poświęcać się dla mnie. PANNA TESMAN. ( powstaje i kładzie mu ręce na ramionach). Bo też jesteś mojem jedynem szczęściem na świecie, drogi chłopcze. Byłeś bez ojca i matki, coby ci mogli dopomódz. Teraz przecież stanęliśmy u celu. Niekiedy było nam ciężko i smutno, ale teraz Bogu dzięki, Jörgenie, wypłynąłeś. TESMAN. Wszystko się tak dziwnie złożyło. PANNA TESMAN. Tak - i wszyscy, co byli przeciwko tobie - czy albo stali na twojéj drodze, albo ustąpili, albo poupadali. Ten, co był najniebezpieczniejszy, upadł najniżéj... Teraz spoczywa tak, jak sobie sam posiał, zbłąkany biedak. TESMAN. Czyś od mego wyjazdu słyszała co o Eilercie? PANNA TESMAN. Słyszałam tylko, że wyszła nowa jego książka. TESMAN. Co? Eilerta Lövborga? Teraz? TESMAN. Tak! Bóg jeden wie, co on tam napisał. Twoja książka to będzie zupełnie co innego. O czémże ty piszesz, Jörgenie? TESMAN. O przemyśle domowym w Brabancie, w wiekach średnich. PANNA TESMAN. Pomyśléć tylko, że ty piszesz o takich rzeczach. TESMAN. Moje dzieło nie zaraz wyjść może. Muszę wprzódy cały bogaty zbiór materyałów uporządkować. PANNA TESMAN. Zebrać i uporządkować. Już ty doskonale to potrafisz. Niedarmo jesteś synem nieboszczyka Jana. TESMAN. Pilno mi téż zacząć tę robotę, szczególniéj téż teraz, gdy mam tak wygodny dom, w którym pracować mogę. PANNA TESMAN. I w którym przedewszystkiém jest ta, którą twoje serce wybrało. TESMAN ( ściska ją). Ach tak! tak, ciociu! Hedda, to ze wszystkiego najpiękniejsze. ( Zagląda do pokoju w głębi). Zdaje mi się, że ona idzie.

Scena I

JULIANNA TESMAN, kobieta miłéj powierzchowności lat około sześćdziesięciu pięciu w skromnéj, schludnéj tualecie, wchodzi przez przedpokój w kapeluszu, z parasolką w ręku. BERTA, niemłoda pokojówka, skromnie po miejsku wyglądająca, wchodzi za nią, niosąc w papier obwinięty bukiet.

PANNA TESMAN ( staje we drzwiach i nasłuchuje półgłosem). Doprawdy zdaje mi się, że oni jeszcze nie wstali. BERTA ( także półgłosem). Mówiłam to już pani. Parowiec przyszedł tak późno, a potém Boże, miły... młoda pani musiała wszystko wypakować, zanim się położyła. PANNA TESMAN. To téż niech spoczywa. Tylko potrzeba tutaj świeżego rannego powietrza. ( Otwiera na oścież drzwi szklane). BERTA ( stoi niepewna z bukietem w ręku). Na sumienie, tu już niema wcale miejsca na bukiet, chyba postawię go na fortepianie. ( Stawia go tak, jak mówi). PANNA TESMAN. No, moja Berto, masz więc teraz nowych państwa. Ach! jakże mnie było ciężko rozstać się z tobą. BERTA ( blizka płaczu). A mnie, proszę pani! Cóż ja mam powiedziéć? Tyle lat służyłam u pań i dobrze mi było. PANNA TESMAN. Trzeba się do tego przyzwyczaić. Żale na nic się nie zdadzą. Musisz być u Jörgena. On do ciebie przywykł, obsługiwałaś go jeszcze, gdy był maleńki. BERTA. Tak, proszę pani, ale ja ciągle myślę o biednéj choréj, którą musiałam opuścić. Jest całkiem bezwładna, a nowa służąca?.. Czy ona się kiedy nauczy, jak z chorą obchodzić się trzeba? PANNA TESMAN. Już ja ją nauczę, zresztą wiele rzeczy zrobię sama. Nie troszcz się o moję biedną siostrę, Berto. BERTA. Tak proszę pani, ale to przy mnie co innego, zdaje mi się, iż nie będę dla młodéj pani dogodną. PANNA TESMAN. Ach! Boże! z początku może się to i owo wydarzyć. BERTA. Bo ona jest bardzo wymyślna. PANNA TESMAN. Ma się rozumiéć, córka gienerała Gablera. Za życia ojca, była przyzwyczajona do zbytków. Przypomnij sobie tylko, kiedy to z nim jeździła konno, w czarnéj sukiennéj amazonce, w kapeluszu z piórami. BERTA. Tak, tak, pamiętam. Na sumienie, ktoby wówczas pomyślał, że to będzie kiedyś żona pana kandydata. PANNA TESMAN. I mnie to przez myśl nie przeszło. Ale żebym nie zapomniała, Berto. Odtąd nie trzeba mówić "pan kandydat", tylko "pan doktór". BERTA. Młoda pani to już przykazała, jeszcze dziś w nocy, zaraz na wstępie. Czy tak jest, proszę pani? PANNA TESMAN. Ma się rozumiéć. Wyobraź sobie, Berto, doktoryzował się za granicą, teraz w czasie podróży. Nie wiedziałam o tém ani słówka, dopiero wczoraj powiedział mi, przy wysiadaniu na ląd. BERTA. On może teraz dojść do wszystkiego. On taki mądry. Ale nigdybym nie pomyślała, żeby mu się chciało chorych leczyć. PANNA TESMAN. Nie, on wcale nie jest takim doktorem. ( Kręci głową w zamyśleniu). Niedługo zresztą będzie miał jeszcze znakomitszy tytuł. BERTA. Czy doprawdy! A jaki téż proszę pani? PANNA TESMAN ( z uśmiechem). O, gdybyś wiedziała ( wzruszona). Mój Boże! gdyby nieboszczyk Jan mógł w grobie zobaczyć, na co wyrósł jego chłopak ( ogląda się wkoło). Ale słuchajno, Berto! dlaczegoś pozdejmowała pokrowce ze wszystkich mebli? BERTA. Tak kazała młoda pani, mówiła, że nie może znosić pokrowców. PANNA TESMAN. Więc oni chcą tu zawsze przesiadywać, i na codzień także? BERTA. Tak się zdaje z tego, co młoda pani mówiła. Ona sama, - pan doktór nic niemówił.

Scena IV

Poprzedni i HEDDA, piękna kobieta lat dwudziestu dziewięciu. Postać jéj jest szlachetna i wykwintna, ma twarz matową bladą, oczy stalowego koloru, z wyrazem zimnym i stanowczym, włosy jéj są ciemne, ani zbyt czarne, ani gęste, ubrana jest w elegancką ranną suknię, wchodzi z lewéj strony do pokoju w głębi.

PANNA TESMAN ( idzie naprzeciw niéj). Dzień dobry, droga Heddo. Śliczny poranek cię wita. HEDDA ( podając jéj rękę). Dzień dobry, droga pani. PANNA TESMAN ( trochę zmieszana). Czy pani dobrze spała w nowém mieszkaniu? HEDDA. Dziękuję, tak, średnio. TESMAN ( śmiejąc się). Średnio! Wiesz, Heddo, że to doskonałe. Spałaś jak kamień, kiedym wstawał. HEDDA. To bardzo szczęśliwie. Trzeba się przyzwyczaić do wszystkiego, co nowe, nieprawdaż, pani? ( Spogląda na prawo). Ach! służąca otworzyła na oścież drzwi od werandy i tyle tu słońca! PANNA TESMAN ( idzie ku drzwiom). Zaraz je zamkniemy. HEDDA ( zwraca się do męża). Może lepiéj zasłoń firankę, światło będzie łagodniejsze. TESMAN ( przy drzwiach). Dobrze, dobrze ( zasuwa firankę). Tak, Heddo, teraz masz cień i świeże powietrze zarazem. HEDDA. Świeże powietrze bardzo tu jest potrzebne, przy tych wszystkich nieznośnych kwiatach. Czy pani nie siada? PANNA TESMAN. Nie, dziękuję. Wiem teraz, że tu dzięki Boga wszystko dobrze i muszę się śpieszyć do domu, do téj biedaczki, która czeka mnie z utęsknieniem. TESMAN. Pozdrów ją po tysiąc razy odemnie i powiedz, że dziś przyjdę do niéj, chociażby późniéj. PANNA TESMAN. Powiem jéj to. Ale prawda. ( Szuka czegoś w kieszeni). Byłabym zapomniała. Patrz, Jörgenie, com ci przyniosła! TESMAN. Co to jest, ciociu? PANNA TESMAN ( wyciąga płaską paczkę zawiniętą w gazetę i daje ją Tesmanowi). Masz, mój chłopcze. TESMAN ( rozwija ją). O mój Boże! że téż ciocia o tém pamiętała. Heddo, patrz. HEDDA ( stoi na prawo przy etażerce). Co takiego, mój drogi? TESMAN. Moje stare pantofle. HEDDA. To... Przypominam sobie, że w podróży często o nich wspominałeś. TESMAN. Bardzo mi ich brakowało. ( Idzie do żony). Patrz, oto są, Heddo! HEDDA ( idzie do pieca). Dziękuję, to rzecz dla mnie zupełnie obojętna. TESMAN. Ależ pomyśl tylko, że ciocia Ryna w łóżku wyhaftowała je dla mnie. Była już bardzo chora. Ileż to wspomnień wiąże się z niemi! HEDDA ( przy stole). Dla mnie żadne się nie wiąże. PANNA TESMAN. Pod tym względem Hedda ma słuszność, Jörgenie. TESMAN. Sądzę przecież, że teraz, kiedy należy do rodziny... HEDDA ( przerywając mu). Zdaje mi się, że z tą służącą nie dojdziemy nigdy do ładu. PANNA TESMAN. Z Bertą? nie dojdziecie do ładu? TESMAN. Najdroższa moja, skądże ci to przyszło? HEDDA ( pokazuje). Patrz tam, zostawiła na krześle swój stary kapelusz. TESMAN ( wydaje okrzyk i opuszcza pantofle). Ależ Heddo. HEDDA. Pomyśl tylko, gdyby kto nadszedł. TESMAN. Ależ Heddo! To kapelusz cioci Julii! HEDDA. Tak? PANNA TESMAN ( biorąc kapelusz). Tak jest, to mój kapelusz. A starym nie jest także, droga pani. HEDDA. Ach! doprawdy, nie przyjrzałam mu się dobrze. PANNA TESMAN ( kładąc go i zawiązując wstążki). Włożyłam go dziś po raz pierwszy, Bogu to wiadomo! TESMAN. Przytém jest ładny, bardzo ładny. PANNA TESMAN. Jest przynajmniej znośny, Jörgenie ( ogląda się dokoła). Parasolka? Ach jest. ( Bierze ją). Parasolka także do mnie należy. ( Mruczy). A nie do Berty. TESMAN. Uważaj, Heddo! nowy kapelusz i nowa parasolka. HEDDA. Ładne i eleganckie. TESMAN. Nieprawdaż? Ale ciociu, przyjrzyj się dobrze Heddzie, zanim odejdziesz. Patrz, jak ona jest ładną i elegancką. PANNA TESMAN. Mój drogi, to przecież nic nowego. Hedda zawsze była piękną. ( Kłania się i wychodzi na prawo). TESMAN ( idąc za nią). Ale nie uważałaś, jak utyła, jak ślicznie wygląda po podróży? HEDDA ( chodząc po pokoju). Ach! dajże pokój... PANNA TESMAN ( która zatrzymała się we drzwiach i odwróciła ku niéj). Tak, rozwinęła się. TESMAN. Ach! ciociu, nie możesz tego dobrze ocenić w téj sukni, ale ja, który mam ku temu sposobność... HEDDA ( przy drzwiach szklanych niecierpliwie). Ty nie masz do niczego sposobności. TESMAN. O, z pewnością dzięki górskiemu powietrzu w Tyrolu. HEDDA ( przerywając mu stanowczo). Jestem zupełnie taką samą jak wprzódy. TESMAN. Tak ci się się zdaje, ale tak nie jest. Nieprawdaż, ciociu? PANNA TESMAN ( złożywszy ręce, wpatruje się w nią). Śliczna - śliczna jest Hedda. ( Idzie do niéj, bierze obydwoma rękoma jéj głowę, pochyla ją i całuje włosy). Niech cię Bóg błogosławi i strzeże dla Jörgena. HEDDA ( wysuwając się lekko). Ach! - proszę mnie puścić. PANNA TESMAN ( z cichém wzruszeniem). Jeżeli Bóg pozwoli, codzień będę do was przychodzić. TESMAN. Ach! uczyń to, ciociu! PANNA TESMAN. Adieu, adieu. ( Wychodzi przez przedpokój. Tesman odprowadza ją do drzwi i stoi w nich chwilę. Słychać pożegnania i podziękę dla cioci Ryny za pantofle. Hedda tymczasem chodzi po pokoju, wyciąga ramiona i zaciska pięści w gniewie. Potem ściąga firankę z drzwi szklanych i spogląda przez nie).