Początek, zderzenie, Ghana '58
Przede wszystkim rzuca się w oczy światło. Wszędzie - światło. Wszędzie
- jasno. Wszędzie - słońce. Jeszcze wczoraj, ociekający deszczem,
jesienny Londyn. Ociekający deszczem samolot. Zimny wiatr i ciemność. A tu, od rana całe lotnisko w słońcu, my wszyscy - w słońcu.
Dawniej, kiedy ludzie wędrowali przez świat pieszo, jechali na
wierzchowcach albo płynęli statkami, podróż przyzwyczajała ich do
zmiany. Obrazy ziemi przesuwały się przed ich oczami wolno, scena świata
obracała się ledwie-ledwie. Podróż trwała tygodniami, miesiącami.
Człowiek miał czas, żeby zżyć się z innym otoczeniem, z nowym
krajobrazem. Klimat też zmieniał się etapami, stopniowo. Nim podróżnik
dotarł z chłodnej Europy do rozpalonego równika, miał już za sobą
przyjemne ciepło Las Palmas, upały El-Mahary i piekło Zielonego
Przylądka.
Dzisiaj nic nie zostało z tych gradacji! Samolot gwałtownie wyrywa nas
ze śniegu i mrozu i jeszcze tego samego dnia rzuca w rozpaloną otchłań
tropiku. Nagle, ledwie przetarliśmy oczy, jesteśmy wewnątrz wilgotnego
piekła. Od razu zaczynamy się pocić. Jeżeli przylecieliśmy z Europy zimą
- zrzucamy palta, zdejmujemy swetry. To pierwszy gest inicjacji nas,
ludzi Północy, po przybyciu do Afryki.
Ludzie Północy. Czy pomyśleliśmy, że ludzie Północy stanowią na naszej
planecie wyraźną mniejszość? Kanadyjczycy i Polacy, Litwini i Skandynawowie, część Amerykanów i Niemców, Rosjanie i Szkoci, Lapończycy
i Eskimosi, Ewenkowie i Jakuci - lista nie jest tak bardzo długa. Nie
wiem, czy obejmuje ona w sumie więcej niż pięćset milionów ludzi: mniej
niż dziesięć procent mieszkańców globu. Natomiast ogromna większość żyje
w cieple, całe życie grzeje się w słońcu. Zresztą człowiek narodził się
w słońcu, jego najstarsze ślady znaleziono w ciepłych krajach. Jaki
klimat panował w biblijnym raju? Panowało wieczne ciepło, wręcz upał,
tak że Ewa i Adam mogli chodzić nago i nawet w cieniu drzewa nie czuli,
żeby było im chłodno.
Już na schodkach samolotu spotyka nas inna nowość: zapach tropiku.
Nowość? Ależ to przecież woń, która wypełniała sklepik pana Kanzmana
"Towary kolonialne i inne" przy ulicy Pereca w Pińsku. Migdały,
goździki, daktyle, kakao. Wanilia, liście laurowe; pomarańcze i banany
na sztuki, kardamon i szafran na wagę. A Drohobycz? Wnętrza sklepów
cynamonowych Schulza? Przecież ich "słabo oświetlone, ciemne i uroczyste
wnętrza pachniały głębokim zapachem farb, laku, kadzidła, aromatem
dalekich krajów i rzadkich materiałów"! Jednak zapach tropiku jest
trochę inny. Szybko odczujemy jego ciężar, jego lepką materialność. Ten
zapach zaraz uświadomi nam, że jesteśmy w tym punkcie ziemi, w którym
wybujała i niestrudzona biologia nieustannie pracuje, rodzi, krzewi się
i kwitnie, a jednocześnie choruje, rozkłada się, próchnieje i gnije.
Jest to zapach rozgrzanego ciała i suszących się ryb, psującego się
mięsa i pieczonej kassawy, świeżych kwiatów i kisnących wodorostów,
słowem wszystkiego, co jednocześnie przyjemne i drażniące, co przyciąga
i odpycha, wabi lub budzi odrazę. Zapach ten będzie dobiegał do nas z pobliskich gajów palmowych, wydobywał się z rozpalonej ziemi, unosił nad
stęchłymi rynsztokami miasta. Nie opuści nas, jest częścią tropiku.
I wreszcie odkrycie najważniejsze - ludzie. Tutejsi, miejscowi. Jakże
pasują do tego krajobrazu, światła, zapachu. Jak tworzą jedność. Jak
człowiek i krajobraz są nierozerwalną, uzupełniającą się, harmonijną
wspólnotą, tożsamością. Jak każda rasa jest osadzona w swoim pejzażu, w swoim klimacie! My kształtujemy nasz krajobraz, a on formuje rysy
naszych twarzy. Biały człowiek jest wśród tych palm, lian, w tym buszu i dżungli jakimś dziwacznym i nieprzystającym wtrętem. Blady, słaby,
spocona koszula, sklejone włosy, ciągle męczy go pragnienie, uczucie
bezsiły, chandra. Ciągle boi się, boi się moskitów, ameby, skorpionów,
węży - wszystko, co się porusza, napełnia go lękiem, przerażeniem,
paniką.
Miejscowi - przeciwnie: ze swoją siłą, wdziękiem i wytrzymałością
poruszają się naturalnie, swobodnie, w tempie ustalonym przez klimat i tradycję, w tempie nieco spowolniałym, niespiesznym, bo przecież w życiu
i tak nie da się wszystkiego osiągnąć, bo cóż by pozostało dla innych?
Jestem tu od tygodnia. Próbuję poznać Akrę. To jakby rozmnożone,
powielone miasteczko, które wypełzło z buszu, z dżungli i zatrzymało się
nad brzegiem Zatoki Gwinejskiej. Akra jest płaska, parterowa, licha, ale
są też domy, które mają jedno i więcej pięter. Żadnej wymyślnej
architektury, żadnego zbytku ni pompy. Tynki zwyczajne, ściany w kolorach pastelowych, jasnożółtych, jasnozielonych. Na tych ścianach
pełno zacieków. Świeże, po porze deszczowej tworzą nieskończone
konstelacje i kolaże plam, mozaik, fantastycznych map, esów-floresów.
Ciasno zabudowane śródmieście. Ruch, tłoczno, gwarno, życie toczy się na
ulicy. Ulica to jezdnia oddzielona od pobocza otwartym
ściekiem-rynsztokiem. Nie ma chodników. Na jezdni samochody wmieszane w tłum ludzi. Wszystko to posuwa się razem - przechodnie, auta, rowery,
wózki tragarzy, jakieś krowy i kozy. Na poboczu, za ściekiem, wzdłuż
całej ulicy - życie domowe i gospodarcze. Kobiety ubijają maniok, pieką
na węglach bulwy taro, gotują jakieś potrawy, handlują gumą do żucia,
herbatnikami i aspiryną, piorą i suszą bieliznę. Na widoku, jakby
obowiązywał nakaz, żeby o ósmej rano wszyscy opuszczali domy i przebywali na ulicy. W rzeczywistości przyczyna jest inna: mieszkania są
małe, ciasne, ubogie. Duszno, nie ma wentylacji, powietrze jest ciężkie,
zapachy mdłe, nie ma czym oddychać. Poza tym, spędzając dzień na ulicy,
można brać udział w życiu towarzyskim. Kobiety cały czas rozmawiają ze
sobą, krzyczą, gestykulują, a potem śmieją się. Stojąc tak nad
garnczkiem czy miednicą, mają świetny punkt obserwacyjny. Mogą widzieć
sąsiadów, przechodniów, ulicę, przysłuchiwać się kłótniom i plotkom,
śledzić wypadki. Cały dzień człowiek jest wśród ludzi, jest w ruchu i na
świeżym powietrzu.
Po tych ulicach jeździ czerwony ford z głośnikiem na dachu. Ochrypły,
donośny głos zachęca do przyjścia na wiec. Atrakcją wiecu będzie Kwame
Nkrumah - Osagyefo, premier, przywódca Ghany, przywódca Afryki,
wszystkich uciskanych ludów. Fotografie Nkrumaha są wszędzie - w gazetach (codziennie), na plakatach, na chorągiewkach, na perkalowych,
do kostek sięgających spódnicach. Energiczna twarz mężczyzny w średnim
wieku, uśmiechnięta albo poważna, w takim ujęciu, które powinno
sugerować, że przywódca patrzy w przyszłość.
- Nkrumah to zbawiciel! - mówi mi z zachwytem w głosie młody nauczyciel
Joe Yambo. - Słyszałeś, jak przemawia? Jak prorok!
Otóż tak, słyszałem. Przyjechał na wiec, który odbywał się na tutejszym
stadionie. Z nim ministrowie - młodzi, ruchliwi, sprawiali wrażenie
ludzi rozbawionych, takich, którzy się cieszą. Impreza zaczęła się od
tego, że kapłani z butelkami dżinu w ręce polewali tym alkoholem podium
- to była ofiara dla duchów, nawiązanie z nimi kontaktu, prośba o ich
życzliwość, ich dobroć. Na takim wiecu są, oczywiście, dorośli, ale jest
także mnóstwo dzieci - od niemowląt noszonych przez matki na plecach,
poprzez takie co ledwie raczkują, aż po maluchy i szkolną dzieciarnię.
Młodszymi opiekują się starsze, tymi starszymi - jeszcze starsze. Ta
hierarchia wieku jest bardzo przestrzegana, a posłuszeństwo - absolutne.
Czterolatek ma pełną władzę nad dwulatkiem, sześciolatek nad
czterolatkiem. Przy czym dzieci zajmują się dziećmi, starsze są
odpowiedzialne za młodsze, tak że dorośli mogą poświęcić się swoim
sprawom, na przykład słuchać uważnie Nkrumaha.
Osagyefo przemawiał krótko. Powiedział, że najważniejsze to zdobyć
niepodległość - reszta przyjdzie niejako sama, wszelkie dobro wyniknie
właśnie z tej niepodległości.
Postawny, o zdecydowanych ruchach, miał kształtne, wyraziste rysy twarzy
i duże, żywe oczy, które przesuwały się po morzu czarnych głów z taką
skupioną uwagą, jakby chciał je wszystkie dokładnie policzyć.
Po wiecu ci z podium zmieszali się z tłumem, zrobił się ruch, tłoczno,
nie było właściwie widać żadnej ochrony, obstawy, policji. Joe dopchał
się do młodego człowieka (mówiąc mi po drodze, że to minister) i spytał
go, czy mógłbym przyjść do niego jutro. Tamten, w ogólnie panującym
gwarze nie bardzo słysząc, o co dokładnie chodzi, powiedział, trochę na
odczepnego - dobrze! dobrze!
Nazajutrz odnalazłem stojący wśród królewskich palm nowy budynek
Ministerstwa Oświaty i Informacji. Był to piątek. W sobotę, w swoim
hoteliku, opisałem ów dzień poprzedni:
Droga wolna, ani policjanta, ani sekretarki, ani drzwi.
Odchylam wzorzystą zasłonkę i wchodzę. Gabinet ministra w ciepłym
półmroku. On sam stoi przy biurku i porządkuje papiery. Te zmiąć i do
kosza. Te wygładzić i do teczki. Szczupła, drobna postać, koszulka
gimnastyczna, krótkie spodenki, sandały, kwiecista kente przez lewe
ramię, nerwowe ruchy.
To Kofi Baako, minister oświaty i informacji.
Jest najmłodszym ministrem w Ghanie i w całej Wspólnocie Brytyjskiej. Ma
trzydzieści dwa lata i swoją tekę piastuje od trzech lat. Jego gabinet
znajduje się na drugim piętrze gmachu ministerstwa. Tu hierarchii
stanowisk odpowiada drabina pięter. Im wyższa osobistość, tym wyższe
piętro. Bo na górze jest przewiew, a w dole powietrze kamienne,
nieruchome. Więc na parterze duszą się drobni urzędnicy, nad nimi
dyrektorzy departamentów mają już leciutki cug, a u samej góry chłodzi
ministrów właśnie ten wymarzony powiew.
Do ministra może przyjść kto chce. I kiedy chce. Jeśli kto ma sprawę,
przyjeżdża do Akry, dopyta się, gdzie tu minister np. od rolnictwa,
idzie, odchyla zasłonkę, siada przed urzędową osobą i wyłuszcza, co go
trapi. Nie zastanie osoby w urzędzie, to znajdzie ją w domu. Nawet i lepiej, bo tam dostanie obiad i coś do napicia. Ludzie czuli dystans
wobec białej administracji. Ale teraz są swoi, można się nie krępować.
Mój rząd, to musi mi pomóc. Żeby mógł, musi wiedzieć w czym. Żeby
wiedział, muszę przyjść i wyjaśnić. Najlepiej samemu, osobiście i wprost. Nie ma końca tym interesantom.
- Dzień dobry! - powiedział Kofi Baako. - Skąd to?
- A z Warszawy.
- Wiesz, mało brakowało, żebym tam był. Bo ja zjeździłem całą Europę:
Francję, Belgię, Anglię, Jugosławię. W Czechosłowacji czekałem na wyjazd
do Polski, ale Kwame przysłał telegram, że mam wrócić na zjazd partii,
naszej rządzącej Convention People's Party.
Siedzieliśmy przy stole, w jego gabinecie bez drzwi i okien. Zamiast
tego były okiennice z rozsuniętymi szparami, przez które ciągnął słaby
powiew. Niewielki pokój zawalały papiery, akta, broszury. W kącie stała
szafa pancerna, na ścianach wisiało parę portretów Nkrumaha, na półce
stał głośnik u nas zwany kołchoźnikiem. Przez ten głośnik łomotały
tam-tamy, aż w końcu Baako go wyłączył.
Chciałem, żeby mi opowiedział o sobie, o swoim życiu. Baako ma ogromny
mir wśród młodych. Lubią go za to, że jest dobrym sportowcem. Gra w nożną, w krykieta, jest mistrzem Ghany w ping-pongu.
- Zaraz - przerwał - tylko zamówię Kumasi, bo jadę tam jutro na mecz.
Zadzwonił na pocztę, żeby mu dali połączenie. Nie dali, kazali czekać.
- Wczoraj byłem na dwóch filmach - mówi do mnie ze słuchawką przy uchu -
chciałem zobaczyć, co grają. Puszczają takie filmy, na które szkolniacy
nie powinni chodzić. Muszę wydać zarządzenie, aby młodzieży zabronić
oglądania takich rzeczy. A dzisiaj od rana wizytowałem w mieście stoiska
z książkami. Rząd ustala niskie ceny na szkolne podręczniki. A mówią, że
sprzedawcy te ceny podnoszą. Poszedłem sprawdzić. Tak, sprzedają drożej,
niż powinni.
Znowu zadzwonił na pocztę.
- Słuchajcie, czym wy się tam zajmujecie? Ile mam czekać? Może nie
wiecie, kto dzwoni?
Kobiecy głos w słuchawce odpowiedział: - Nie.
- A ty kto jesteś? - zapytał Baako.
- Dyżurna telefonistka.
- No to ja jestem ministrem oświaty i informacji, Kofi Baako.
- Dzień dobry, Kofi! Zaraz dostaniesz połączenie.
Już rozmawiał z Kumasi.
Patrzyłem na jego książki leżące w małej szafce: Hemingway, Lincoln,
Koestler, Orwell. Popularna historia muzyki, Słownik amerykański -
wydanie kieszonkowe, kryminały.
- Czytanie to moja pasja. W Anglii kupiłem sobie Encyclopaedia
Britannica i teraz czytam po kawałku. Nie mogę jeść, nie czytając,
książka musi leżeć przede mną otwarta.
Po chwili:
- Jeszcze większe hobby to fotografia. Zdjęcia robię zawsze i wszędzie.
Mam ponad dziesięć aparatów fotograficznych. Kiedy idę do sklepu i widzę
nowy aparat, zaraz muszę kupić. Dzieciom sprawiłem projektor i wieczorem
wyświetlam im filmy.
Ma czworo dzieci, od dziewięciu do trzech lat. Wszystkie chodzą do
szkoły, to najmłodsze też. Nie jest to nic osobliwego, jeżeli trzyletni
berbeć zostaje uczniakiem. Zwłaszcza kiedy łobuzuje, matka oddaje go do
szkoły, żeby mieć spokój.
Sam Kofi Baako poszedł do szkoły, mając trzy lata. Ojciec jego był
nauczycielem i wolał mieć chłopca na oku. Kiedy skończył szkołę, wysłano
go do gimnazjum w Cape Coast. Został nauczycielem, potem urzędnikiem. W końcu 1947 roku Nkrumah wraca po studiach w Ameryce i w Anglii do Ghany.
Baako słucha, o czym mówi ten człowiek. Mówi o niepodległości. Wtedy
Baako pisze artykuł Moja nienawiść do imperializmu. Zostaje wyrzucony
z pracy. Ma wilczy bilet, nigdzie go nie chcą zatrudnić, obija się po
mieście. Następuje spotkanie z Nkrumahem. Kwame powierza mu stanowisko
naczelnego "Cape Coast Daily Mail".
Kofi ma dwadzieścia lat. Pisze artykuł Wołamy o wolność i idzie do
więzienia. Poza nim aresztują Nkrumaha i kilku aktywistów. Siedzą
trzynaście miesięcy, w końcu zostają uwolnieni. Dzisiaj grupa ta stanowi
rząd Ghany.
Teraz mówi o sprawach ogólnych: - Tylko trzydzieści procent ludzi w Ghanie umie czytać i pisać. Chcemy przez piętnaście lat zlikwidować
analfabetyzm. Są trudności: brak nauczycieli, książek, szkół. Szkoły są
dwojakiego rodzaju: misyjne i państwowe. Ale wszystkie podlegają rządowi
i jest jedna polityka oświatowa. Poza tym: za granicą kształci się pięć
tysięcy studentów. Z nimi jest tak, że często wracają i już nie mają z ludem wspólnego języka. Patrz na opozycję. Przywódcy opozycji to
wychowankowie Oxfordu i Cambridge.
- Czego chce opozycja?
- A bo ja wiem? Uważamy, że opozycja jest potrzebna. Przywódca opozycji
w parlamencie otrzymuje pensję od rządu. Pozwoliliśmy zjednoczyć się tym
wszystkim opozycyjnym partyjkom, grupom i grupkom w jedną partię, żeby
byli silniejsi. Stoimy na stanowisku, że każdy, kto chce, ma prawo w Ghanie stworzyć partię polityczną, z tym, aby nie opierała się o kryterium rasy, religii czy plemienia. Każda partia może u nas używać
wszystkich środków konstytucyjnych, aby zdobyć władzę polityczną. Ale,
rozumiesz, przy tym wszystkim nie wiadomo, czego opozycja chce. Zwołują
wiec i krzyczą: my mamy Oxford, a taki Kofi Baako nie skończył nawet
gimnazjum. On jest dziś ministrem, a ja niczym. Ale jak zostanę
ministrem, to Baako będzie dla mnie za głupi, żebym go zrobił bodaj
gońcem. Ludzie tego gadania nie słuchają, bo takich Kofi Baaków jest
tutaj więcej niż wszystkich opozycjonistów razem wziętych.
Powiedziałem, że będę się zbierał, bo czas na obiad. Spytał, co robię
wieczorem. Miałem jechać do Togo.
- Co tam - machnął ręką - przyjdź na zabawę. Dzisiaj Radio robi zabawę.
Nie miałem zaproszenia. Poszukał kawałka kartki i napisał: "Przyjąć
Ryszarda Kapuścińskiego, dziennikarza z Polski, na Waszą zabawę - Kofi
Baako, Minister Oświaty i Informacji".
- Masz, ja tam też będę, zrobimy trochę zdjęć.
Warta u bram gmachu Radia oddała mi wieczorem sprężyste honory i zasiadłem przy specjalnym stoliku. Zabawa była w pełnym biegu, kiedy
zajechał pod parkiet do tańca (było to w ogrodzie) szary peugeot, z którego wysiadł Kofi Baako. Był ubrany tak samo jak w ministerstwie,
tylko pod pachą trzymał czerwony dres, bo tej nocy jechał do Kumasi,
mógł zmarznąć. Znali go tu świetnie. Baako jest ministrem szkół,
wyższych uczelni, prasy, radia, wydawnictw, muzeów, wszystkiego, co jest
nauką, kulturą, sztuką i propagandą w tym kraju.
Rychło znaleźliśmy się w tłumie. Usiadł, żeby wypić coca-colę. Zaraz
poderwał się.
- Chodź, pokażę ci moje aparaty.
Otworzył bagażnik samochodu i wyciągnął walizkę. Położył ją na ziemi,
uklęknął i otworzył. Zaczęliśmy wyjmować aparaty i rozkładać je na
trawie. Było ich piętnaście.
Wtedy podeszło dwóch chłopaków, trochę podpitych.
- Kofi - zaczął jeden z pretensją - kupiliśmy bilet, a tu nie pozwalają
nam zostać, bo nie mamy marynarek. To po co sprzedali nam bilet?
Baako wstał, żeby odpowiedzieć.
- Słuchajcie, ja jestem za wielkim człowiekiem do takich spraw. Tu jest
mnóstwo małych facetów, niech oni załatwiają te małe sprawy. Ja mam na
głowie zagadnienia państwowe.
Ta dwójka odpłynęła chybotliwie, a myśmy poszli robić zdjęcia.
Wystarczyło, że pokazał się obwieszony aparatami, już wołano go od
stolików, prosząc o zdjęcie.
- Kofi, zrób nam.
- Nam!
- I nam też!
Krążył, wybierając miejsca, gdzie były co ładniejsze dziewczęta,
ustawiał je, kazał się śmiać i strzelał fleszem. Znał je po imieniu:
Abena, Ekwa, Esi. One witały się, podając mu rękę, nie wstając,
wzruszając ramionami, co jest tu wyrazem zalotnej kokieterii. Baako
szedł dalej, zrobiliśmy wtedy dużo zdjęć. Spojrzał na zegarek.
- Muszę jechać.
Chciał zdążyć na mecz.
- Przyjdź jutro, to wywołamy zdjęcia.
Peugeot błysnął światłami i zniknął w mroku, a zabawa wirowała czy
raczej - kołysała i kłębiła się do świtu.
Droga do Kumasi
Co przypomina dworzec autobusowy w Akrze? Najbardziej przypomina tabor
wielkiego cyrku, który zatrzymał się na krótki postój. Jest kolorowo i rozbrzmiewa muzyka. Autobusy są podobne raczej do wozów cyrkowych niż do
luksusowych chaussonów, które suną po autostradach Europy i Ameryki.
Te w Akrze to jakby ciężarówki o drewnianych nadwoziach, które mają dach
oparty na słupkach. Dzięki temu, że nie ma ścian, w czasie jazdy chłodzi
nas zbawienny przewiew. Przewiew jest w tym klimacie wartością wielce
poszukiwaną. Jeżeli chcemy wynająć mieszkanie, pierwsze pytanie do
właściciela będzie: "Ale czy jest tu przewiew?". Na to otworzy on
szeroko okna i zaraz obejmuje nas życzliwie prąd ruchomego powietrza:
oddychamy głębiej, czujemy ulgę - zaczynamy znów żyć.
Na Saharze pałace władców mają najbardziej wymyślne konstrukcje - pełne
otworów, szczelin, zakosów i korytarzy, tak pomyślanych, ustawionych i zbudowanych, żeby dawały możliwie najlepszy przewiew. W południowy upał
u wylotu takiego orzeźwiającego ciągu leży na macie władca i z rozkoszą
oddycha nieco chłodniejszym w tym miejscu powietrzem. Przewiew jest
rzeczą wymierną finansowo: najdroższe domy budowane są tam, gdzie jest
najlepszy przewiew. Powietrze, kiedy stoi nieruchomo, nie ma wartości,
ale wystarczy, że się ruszy - od razu nabiera ceny.
Autobusy są jaskrawo, wzorzyście, różnobarwnie pomalowane. Na szoferkach
i burtach krokodyle szczerzą ostre zęby, prężą się węże gotowe do ataku,
na drzewach hasają stada pawianów, sawanną pędzą ścigane przez lwa
antylopy. Wszędzie zatrzęsienie ptaków... a także łańcuchy, bukiety
kwiatów. Kicz, ale jakże pełen fantazji i życia.
Najważniejsze są jednak napisy. Biegną ozdobione girlandami kwiatów,
duże, z daleka widoczne, ponieważ mają być zachętą albo przestrogą.
Dotyczą Boga, ludzi, powinności i zakazów.
Duchowy świat Afrykanina (świadomy jestem, że używając tego określenia,
bardzo upraszczam) jest bogaty i złożony, a jego życie wewnętrzne
przenika głęboka religijność. Wierzy on, że istnieją jednocześnie trzy
różne, choć powiązane ze sobą światy.
Pierwszy to ten, który go otacza, a więc namacalna i widoczna
rzeczywistość, na którą składają się żywi ludzie, zwierzęta i rośliny, a także przedmioty martwe - kamienie, woda, powietrze. Drugi - świat
przodków - tych, którzy zmarli przed nami, ale zmarli jak gdyby nie
całkowicie, nie do końca, nie ostatecznie. Owszem, w sensie
metafizycznym istnieją nadal, a nawet potrafią brać udział w naszym
życiu realnym, wpływać na nie, kształtować je. Dlatego utrzymanie
dobrych stosunków z przodkami jest warunkiem pomyślnego życia, a czasem
nawet życia w ogóle. Wreszcie, świat trzeci to przebogate królestwo
duchów; duchów, które istnieją niezależnie, ale zarazem żyją w każdym
bycie, w każdej istności, w każdej rzeczy, we wszystkim i wszędzie.
Na czele tych trzech światów stoi Istota Najwyższa, Byt Najwyższy, Bóg.
Dlatego wiele napisów na autobusach przenika pryncypialna
transcendencja: "Bóg jest wszędzie", "Bóg wie, co robi", "Bóg jest
tajemnicą". Są też napisy bardziej przyziemne, ludzkie: "Uśmiechaj się",
"Powiedz mi, że jestem piękna", "Kto się czubi, ten się lubi" itd.
Wystarczy pojawić się na placu, na którym tłoczą się dziesiątki
autobusów, a już otoczy nas gromada przekrzykujących się dzieci z pytaniem - dokąd chcemy jechać: do Kumasi, do Takoradi czy do Tamale?
- Do Kumasi.
Te, które łowią pasażerów jadących do Kumasi, podają nam rękę i podskakując z radości, prowadzą do odpowiedniego autobusu. Cieszą się,
ponieważ za to, że znalazły pasażera, dostaną od kierowcy banana albo
pomarańczę.
Wchodzimy do autobusu i zajmujemy miejsce. W tym momencie może dojść do
starcia dwóch kultur, do zderzenia i konfliktu. Stanie się tak wówczas,
jeżeli pasażer to przybysz, który nie zna Afryki. Człowiek taki zacznie
rozglądać się, wiercić i pytać "Kiedy odjedzie autobus?". "Jak to -
kiedy? - odpowie zdumiony kierowca. - Kiedy zbierze się tyle ludzi, aby
cały zapełnili".
Europejczyk i Afrykanin mają zupełnie różne pojęcia czasu, inaczej go
postrzegają, inaczej się do niego odnoszą. W przekonaniu europejskim
czas istnieje poza człowiekiem, istnieje obiektywnie, niejako na
zewnątrz nas, i ma właściwości mierzalne i linearne. Według Newtona czas
jest absolutny: "Absolutny, prawdziwy, matematyczny czas płynie sam
przez się i dzięki swej naturze, jednostajnie, a nie zależnie od
jakiegokolwiek przedmiotu zewnętrznego". Europejczyk czuje się sługą
czasu, jest od niego zależny, jest jego poddanym. Żeby istnieć i funkcjonować, musi przestrzegać jego żelaznych, nienaruszalnych praw,
jego sztywnych zasad i reguł. Musi przestrzegać terminów, dat, dni i godzin. Porusza się w trybach czasu, nie może poza nimi istnieć. One
narzucają mu swoje rygory, wymagania i normy. Między człowiekiem i czasem istnieje nierozstrzygalny konflikt, który zawsze kończy się
klęską człowieka - czas człowieka unicestwia.
Inaczej pojmują czas miejscowi, Afrykańczycy. Dla nich czas jest
kategorią dużo bardziej luźną, otwartą, elastyczną, subiektywną. To
człowiek ma wpływ na kształtowanie czasu, na jego przebieg i rytm
(oczywiście, człowiek działający za zgodą przodków i bogów). Czas jest
nawet czymś, co człowiek może tworzyć, bo np. istnienie czasu wyraża się
poprzez wydarzenia, a to, czy wydarzenie ma miejsce czy nie, zależy
przecież od człowieka. Jeżeli dwie armie nie stoczą bitwy, to bitwa ta
nie będzie miała miejsca (tzn. czas nie przejawi swojej obecności, nie
zaistnieje).
Czas pojawia się w wyniku naszego działania, a znika, kiedy go
zaniechamy albo w ogóle nie podejmiemy. Jest to materia, która pod
naszym wpływem może zawsze ożyć, ale popadnie w stan hibernacji i nawet
niebytu, jeżeli nie udzielimy jej naszej energii. Czas jest istnością
bierną, pasywną i przede wszystkim - zależną od człowieka.
Całkowita odwrotność myślenia europejskiego.
W przełożeniu na sytuacje praktyczne oznacza to, że jeżeli pojedziemy na
wieś, gdzie miało po południu odbyć się zebranie, a na miejscu zebrania
nie ma nikogo, bezsensowne jest pytanie: "Kiedy będzie zebranie?". Bo
odpowiedź jest z góry wiadoma: "Wtedy, kiedy zbiorą się ludzie".
Toteż Afrykanin, który wsiada do autobusu, nie pyta, kiedy autobus
odjedzie, tylko wchodzi, siada na wolnym miejscu i od razu zapada w stan, w jakim spędza znaczną część swojego życia - w stan martwego
wyczekiwania.
- Ci ludzie mają fantastyczną zdolność czekania! - powiedział mi
mieszkający tu od lat Anglik. - Zdolność, wytrwałość, jakiś inny zmysł!
Gdzieś w świecie krąży, płynie tajemnicza energia, która, jeżeli zbliży
się i nas wypełni, da nam siłę, aby uruchomić czas - coś zacznie się
dziać. Dopóki jednak to nie nastąpi, trzeba czekać - wszelkie inne
zachowanie jest złudą i donkiszoterią.
Na czym polega owo martwe czekanie? Ludzie wchodzą w ten stan świadomi
tego, co nastąpi: starają się więc umościć najwygodniej, w miejscu
możliwie najlepszym. Czasem kładą się, czasem siedzą wprost na ziemi, na
kamieniu albo w kucki. Przestają mówić. Gromada martwo czekających jest
niema. Nie wydaje głosu, milczy. Następuje rozluźnienie mięśni. Sylwetka
wiotczeje, osuwa się, kurczy. Szyja nieruchomieje, głowa nie porusza
się. Człowiek nie rozgląda się, niczego nie wypatruje, nie jest ciekaw.
Czasem ma przymknięte oczy, ale nie zawsze. Raczej oczy są otwarte, ale
wzrok nieobecny, bez iskry życia. Ponieważ godzinami obserwowałem całe
tłumy będące w stanie martwego oczekiwania, mogę stwierdzić, że zapadają
w jakiś głęboki fizjologiczny sen: nie jedzą, nie piją, nie oddają
moczu. Nie reagują na bezlitośnie prażące słońce, na natrętne, żarłoczne
muchy obsiadające ich powieki, ich usta.
Co się w tym czasie dzieje w ich głowach?
Nie wiem, nie mam pojęcia. Nie myślą? Śnią? Wspominają? Układają plany?
Medytują? Przebywają w zaświatach? Trudno powiedzieć.
Wreszcie, po dwóch godzinach czekania, pełny autobus rusza z dworca. Na
wyboistej drodze, potrząsani, pasażerowie budzą się do życia. A to ktoś
sięga po biszkopta, a to obiera banana. Ludzie rozglądają się, wycierają
spocone twarze, dokładnie składają mokre chustki. Szofer cały czas coś
mówi, jedną ręką trzyma kierownicę, drugą gestykuluje. Wszyscy raz po
raz zanoszą się śmiechem, on najgłośniej, inni ciszej; może tylko z grzeczności, bo tak wypada?
Jedziemy. Ci ze mną w autobusie to dopiero drugie, a często i pierwsze
pokolenie szczęśliwców, którzy w Afryce jadą. Przez tysiące i tysiące
lat Afryka chodziła pieszo. Ludzie nie znali tu pojęcia koła ani nie
umieli go sobie przyswoić. Chodzili, wędrowali, a to, co trzeba było
nosić, nosili na plecach, na ramionach, a zwykle - na głowach.
Skąd się wzięły statki na jeziorach w głębi kontynentu? Stąd, że były
rozbierane w portach oceanicznych na części, części przenoszono na
głowach i składano na brzegach jeziora. W częściach, w głąb Afryki
przenoszono miasta, fabryki, urządzenia kopalń, elektrowni, szpitali.
Cała cywilizacja techniczna XIX wieku została przeniesiona do wnętrza
Afryki na głowach jej mieszkańców.
Mieszkańcy północnej Afryki, czy nawet Sahary, mieli więcej szczęścia:
mogli używać zwierzęcia jucznego - wielbłąda. Ale wielbłąd czy koń nie
mogły zadomowić się w Afryce na południe od Sahary - ginęły
dziesiątkowane przez muchę tse-tse, a także z powodu innych śmiertelnych
chorób wilgotnego tropiku.
Problem Afryki to sprzeczność między człowiekiem a środowiskiem, między
ogromem przestrzeni afrykańskiej (ponad trzydzieści milionów kilometrów
kwadratowych!) a bezbronnym, bosonogim, ubogim człowiekiem - jej
mieszkańcem. W którą stronę obrócić się - wszędzie daleko, wszędzie
pustkowie, bezludzie, bezkres. Trzeba było iść setki, tysiące
kilometrów, żeby spotkać innych ludzi (nie można powiedzieć - innego
człowieka, ponieważ pojedynczy człowiek nie mógłby w tamtych warunkach
przeżyć). Żadna informacja, wiedza, zdobycze techniki, dobra, towary,
doświadczenia innych - nie przenikały, nie znajdowały drogi. Nie
istniała wymiana jako forma uczestniczenia w kulturze światowej. Jeżeli
pojawiała się, to wyłącznie jako przypadek, wydarzenie, święto. A bez
wymiany nie ma postępu.
Najczęściej mało liczebne grupy, klany, ludy żyły w izolacji, zagubione,
rozrzucone na bezkresnych, wrogich obszarach, śmiertelnie zagrożone
malarią, suszą, upałami, głodem.
Z drugiej strony - bytowanie i poruszanie się w małych grupach pozwalało
im uciekać z miejsc zagrożenia, np. z rejonów suszy lub epidemii, i w ten sposób przetrwać. Ludy te stosowały tę samą taktykę, jaką dawniej
obierała lekka kawaleria na polach bitewnych. Jej zasady to ruchliwość,
unikanie frontalnej konfrontacji, omijanie i przechytrzanie zła. To
sprawiało, że tradycyjnie Afrykanin był człowiekiem w drodze. Nawet
jeżeli wiódł żywot osiadły, mieszkał na wsi - też był w drodze, bo cała
wieś, od czasu do czasu, również wędrowała: a to skończyła się woda, a to ziemia przestała rodzić, innym razem - wybuchła epidemia, więc - w drogę, w poszukiwaniu ocalenia, w nadziei na lepsze. Dopiero życie w miastach wniosło w tę egzystencję więcej stabilizacji.
Ludność Afryki to była gigantyczna, splątana, krzyżująca się i pokrywająca cały kontynent sieć w ciągłym ruchu, w nieustannym
falowaniu, zbiegająca się w jednym miejscu i rozprzestrzeniająca w innym, bogata tkanina, barwny arras.
Ta przymusowa ruchliwość ludności sprawiła, że w głębi Afryki nie ma
starych miast, tak starych, jak bywają w Europie czy na Bliskim
Wschodzie, które by istniały do dzisiaj. Podobnie - znowu w przeciwieństwie do Europy i Azji - bardzo dużo społeczności (niektórzy
twierdzą, że wszystkie) zajmuje dziś tereny, na których kiedyś nie
mieszkały.
Wszyscy są przybyszami z innych stron, wszyscy imigrantami. Ich wspólnym
światem jest Afryka, ale w jej obrębie wędrowali i przemieszczali się
przez wieki (w różnych miejscach kontynentu ten proces trwa do dzisiaj).
Stąd uderzająca cecha tej cywilizacji - jej tymczasowość, prowizorka,
brak ciągłości materialnej. Chata dopiero wczoraj sklecona, a dzisiaj
już jej nie ma. Pole uprawiane jeszcze trzy miesiące temu - dziś już
leży odłogiem.
Ciągłość, która jest tu żywa i spaja poszczególne społeczności - to
ciągłość tradycji rodowych i obrządków, głęboki kult przodków. Stąd,
bardziej niż wspólnota materialna czy terytorialna, Afrykańczyka łączy z najbliższymi wspólnota duchowa.
Autobus coraz głębiej wjeżdża w gęsty, wysoki las tropikalny. Biologia w strefach umiarkowanych wykazuje dyscyplinę i porządek: tu mamy lasek
sosnowy, tam rosną dęby, gdzie indziej - brzozy. Nawet w lasach
mieszanych panuje przejrzystość i stateczność. Natomiast w tropiku
biologia żyje w stanie szaleństwa, w ekstazie najdzikszego płodzenia i mnożenia. Uderza nas tu buńczuczna i rozpychająca się obfitość, ta
nieustająca erupcja bujnej, dyszącej masy zieleni, z której każda
cząstka - drzewo, krzew, liana, pnącze - rozrastając się, napierając na
siebie, stymulując i podbechtując, tak się już posczepiała, zawęźliła i zwarła, że tylko ostra stal, i to z nakładem pracy katorżniczej, może
przecinać w niej przejścia, ścieżki, tunele.
Ponieważ nie było pojazdów kołowych, w przeszłości na tym ogromnym
kontynencie nie było również dróg. Kiedy na początku XX wieku
sprowadzono pierwsze samochody, nie bardzo miały gdzie jeździć. Szosa
bita lub asfaltowa jest w Afryce rzeczą nową, liczy kilkadziesiąt lat. I ciągle na wielu obszarach jest rzadkością. Zamiast dróg jezdnych, były
ścieżki. Dla ludzi, dla bydła, zwykle wspólne. Ta ścieżkowa forma
komunikacji tłumaczy, dlaczego ludzie mają tu zwyczaj chodzić gęsiego;
nawet jeżeli idą dziś szeroką szosą, to też gęsiego. Dlatego idąca
gromada milczy - gęsiego trudno prowadzić dyskusję.
Trzeba być wielkim specjalistą od geografii tych ścieżek. Kto jej nie
zna - zabłądzi; a jeżeli będzie błądził długo bez wody i jedzenia -
zginie. Rzecz w tym, że różne klany, plemiona i wioski mogą mieć swoje
krzyżujące się ścieżki i kto o tym nie wie, może chodzić po tych
ścieżkach - myśląc, że one go dobrze prowadzą - a one go zaprowadzą na
manowce i w śmierć. Najbardziej tajemnicze i niebezpieczne są ścieżki w dżungli. Człowiek ciągle zahacza o jakieś kolce i gałęzie, nim dojdzie
do celu, jest cały podrapany i opuchnięty. Warto mieć kij, bo jeżeli na
ścieżce będzie leżał wąż (co się zdarza często), trzeba go wypłoszyć,
właśnie najlepiej kijem. Innym problemem są talizmany. Ludzie
tropikalnego lasu, żyjąc w niedostępnej głuszy, są z natury nieufni i przesądni. Dlatego na ścieżkach rozwieszają przeróżne talizmany, aby
płoszyły wszelkie złe duchy. Kiedy natrafi się na wiszącą w poprzek
ścieżki skórę jaszczurki, główkę ptaka, pęczek trawy lub ząb krokodyla -
nie wiadomo, co robić: ryzykować i iść dalej czy raczej zawrócić, bo za
tym znakiem ostrzegawczym może kryć się coś naprawdę złego.
Co jakiś czas nasz autobus zatrzymuje się na poboczu. Bo ktoś chce
wysiąść. Jeżeli wysiada młoda kobieta z dzieckiem albo z dwojgiem dzieci
(rzadki to widok - młoda kobieta bez dziecka), wówczas scena, którą
zobaczymy, będzie pełna zręczności i gracji. Najpierw kobieta perkalową
chustą przytroczy sobie dziecko do pleców (ono cały czas śpi, nie
reaguje). Następnie kucnie i postawi swoją nieodłączną miskę albo
miednicę pełną wszelkiego jedzenia i innych towarów - na głowie. Teraz
wyprostuje się i zrobi taki ruch ciałem jak linoskoczek, kiedy stawia
pierwszy krok na linie nad przepaścią: balansując, chwyta równowagę. W lewą rękę bierze plecioną matę do spania, a prawą prowadzi za rączkę
drugie dziecko. I tak - idąc od razu bardzo równym, jednostajnym krokiem
- wchodzą na ścieżkę leśną wiodącą w świat, którego nie znam i może
nigdy nie zrozumiem.
Mój sąsiad w autobusie. Młody człowiek. Buchalter w jakiejś firmie w Kumasi, której nazwy nie dosłyszałem. - Ghana jest niepodległa! - mówi
przejęty, zachwycony. - Jutro cała Afryka będzie niepodległa! -
zapewnia. - Jesteśmy wolni!
I podaje mi rękę w geście, który ma oznaczać: teraz Czarny może Białemu
podać rękę bez żadnych kompleksów. - Widziałeś Nkrumaha? - pyta
zaciekawiony. - Tak? To jesteś szczęśliwym człowiekiem! Wiesz, co
zrobimy z wrogami Afryki?
Śmieje się ha, ha, ale dokładnie nie mówi, co zrobimy.
- Teraz najważniejsza jest oświata. Oświata, wykształcenie, zdobywanie
wiedzy. Tacy jesteśmy nierozwinięci, tacy nierozwinięci! Myślę, że cały
świat przyjdzie nam z pomocą. Musimy być z rozwiniętymi krajami równi!
Nie tylko wolni - ale i równi! Na razie oddychamy wolnością. I to jest
raj. To jest wspaniałe!
Ten jego entuzjazm jest tu powszechny. Entuzjazm i duma, że Ghana stoi
na czele ruchu, daje przykład, przewodzi całej Afryce.
Mój drugi sąsiad, siedzący po lewej stronie (autobus ma trzy miejsca w rzędzie), jest inny: zamknięty w sobie, małomówny, wyłączony. Od razu
zwraca uwagę, ponieważ ludzie tutaj są z reguły otwarci, chętni do
rozmowy, skorzy do opowiadań i wygłaszania wszelkich opinii. Dotąd
powiedział mi tylko tyle, że nie pracuje i że ma z pracą trudności.
Jakie - nie mówi.
W końcu jednak - kiedy wielki las kurczy się już i maleje, co oznacza,
że powoli dojeżdżamy do Kumasi - decyduje się coś mi wyznać. Otóż - ma
kłopoty. Jest chory. Nie jest zawsze, bez przerwy chory, ale czasami,
okresami - jest. Był już u różnych rodzimych specjalistów, ale żaden mu
nie pomógł. Sprawa polega na tym, że w głowie, pod czaszką, ma
zwierzęta. Nie to, że widzi te zwierzęta, że o nich rozmyśla lub się ich
boi - nie. Nic podobnego. Chodzi o to, że te zwierzęta są w jego głowie,
one tam żyją, biegają, pasą się, polują albo po prostu śpią. Jeżeli są
to zwierzęta łagodne, jak antylopy, zebry czy żyrafy, znosi je dobrze,
są nawet przyjemne. Ale czasem przychodzi głodny lew. Jest głodny, jest
wściekły - więc ryczy. I wtedy ryk tego lwa rozsadza mu czaszkę.
Struktura klanu
Do Kumasi przyjechałem bez żadnego celu. Na ogół uważa się, że mieć
określony cel to dobra rzecz, bo wtedy człowiek czegoś chce i do czegoś
zdąża; z drugiej jednak strony taka sytuacja nakłada na niego końskie
okulary: widzi tylko swój cel i nic więcej. Tymczasem to więcej -
szerzej - głębiej, może być znacznie ciekawsze i ważniejsze. Przecież
wejście w inny świat to wejście w jakąś tajemnicę, a ona może kryć w sobie tyle labiryntów i zakamarków, tyle zagadek i niewiadomych!
Kumasi leży wśród zieleni i kwiatów, na łagodnych wzgórzach. Jest jak
wielki ogród botaniczny, w którym pozwolono osiedlić się ludziom.
Wszystko wydaje się tu życzliwe człowiekowi - klimat, roślinność, inni
ludzie. Poranki są olśniewająco piękne, choć trwają tylko kilka minut.
Jest noc i z tej nocy nagle wypływa słońce. Wypływa? Ten czasownik
sugeruje przecież pewną powolność, pewien proces. Ono zostaje wyrzucone
przez kogoś w górę jak piłka! Od razu widzimy ognistą kulę tak blisko
nas, że odczuwa się pewien lęk. W dodatku kula sunie w naszą stronę,
coraz bardziej. Zbliża się.
Widok słońca działa jak strzał startera: od razu miasto rusza z miejsca!
Jak gdyby przez całą noc wszyscy czaili się w swoich blokach startowych
i teraz, na sygnał, na ten słoneczny strzał ruszyli i pognali do przodu.
Żadnych stadiów pośrednich, żadnych przygotowań. Od razu ulice pełne
ludzi, sklepy otwarte, dymią ogniska i kuchnie.
Kumasi jest jednak ruchliwe w inny sposób niż Akra. Ruch w Kumasi jest
miejscowy, regionalny, jakby zamknięty w sobie. Miasto jest stolicą
królestwa Ashanti (stanowiącego część Ghany) i czujnie strzeże swojej
inności, swojej barwnej i żywej tradycji. Tu można spotkać
przechadzających się ulicą wodzów rodowych albo zobaczyć obrządek
wywodzący się z pradawnych czasów. Tu również żyje, wybujały w tej
kulturze, świat magii, czarów i zaklęć.
Droga z Akry do Kumasi to nie tylko pięćset kilometrów od wybrzeża
Atlantyku w głąb Afryki, to także podróż do tych obszarów kontynentu, na
których mniej jest śladów i znamion kolonializmu niż w pasie
przybrzeżnym. Albowiem rozległość Afryki, niedostatek spławnych rzek i brak jezdnych dróg, a także ciężki, zabójczy klimat, były co prawda
przeszkodą w jej rozwoju, ale zarazem stanowiły naturalną obronę przed
inwazją; sprawiły, że kolonialiści nie mogli przeniknąć zbyt głęboko.
Trzymali się brzegów morskich, swoich statków i uzbrojonych
fortyfikacji, swoich zapasów żywności i chininy. Jeżeli w XIX wieku ktoś
- jak Stanley - odważył się przewędrować kontynent ze wschodu na zachód,
to wyczyn taki był na świecie tematem prasy i literatury przez wiele
lat. Dzięki tym przeszkodom komunikacyjnym wiele kultur i zwyczajów
afrykańskich mogło przetrwać do naszych czasów w nie zmienionej postaci.
Formalnie, ale tylko formalnie, kolonializm panuje w Afryce od czasu
konferencji w Berlinie (1883-85), na której kilka państw Europy (głównie
Anglia i Francja, a także Belgia, Niemcy i Portugalia) podzieliło między
siebie cały kontynent - aż do czasu wyzwolenia się Afryki w drugiej
połowie XX wieku. Faktycznie jednak penetracja kolonialna zaczęła się
znacznie wcześniej, bo już w XV wieku, i rozkwitała przez następnych
pięćset lat. Najbardziej haniebną i brutalną fazą tego podboju był
trwający ponad trzysta lat handel niewolnikami afrykańskimi. Trzysta lat
obław, łapanek, pościgów i zasadzek, organizowanych, często z pomocą
afrykańskich i arabskich wspólników, przez białych ludzi. Miliony
młodych Afrykanów zostało wywiezionych - w koszmarnych warunkach,
upychani w lukach statków - za Atlantyk, aby tam w pocie czoła budować
bogactwo i potęgę Nowego Świata.
Afryka - prześladowana i bezbronna - została wyludniona, zniszczona,
zrujnowana. Opustoszały całe połacie kontynentu, jałowy busz zarósł
kwitnące i słoneczne krainy. Ale najbardziej bolesne i trwałe ślady
pozostawiła ta epoka w pamięci i świadomości Afrykanów: wieki pogardy,
upokorzenia i cierpień wytworzyły w nich kompleks niższości i gdzieś w głębi serca osadzone poczucie krzywdy.
W momencie kiedy wybucha II wojna światowa, kolonializm przeżywa
apogeum. Jednakże przebieg tej wojny, jej symboliczna wymowa w rzeczywistości zapoczątkowały klęskę i koniec tego systemu.
Jak i dlaczego tak się stało? Wiele wyjaśni krótka wyprawa do mrocznej
krainy myślenia w kategoriach rasy. Otóż centralnym tematem, esencją,
rdzeniem stosunków między Europejczykami i Afrykanami, główną formą,
jaką te stosunki przybierają w epoce kolonialnej, jest różnica ras,
koloru skóry. Wszystko, każda relacja, zależność, konflikt przekłada się
na język pojęć: Biały - Czarny; przy czym, oczywiście, Biały jest
lepszy, wyższy, silniejszy niż Czarny. Biały to - sir, master, sahib,
bwana kubwa, niekwestionowany pan i władca, zesłany przez Boga, aby
rządził Czarnymi. Wpajano Afrykaninowi, że Biały jest nietykalny,
niezwyciężony, że Biali stanowią jednolitą, zwartą siłę. To była
ideologia podpierająca system kolonialnej dominacji, ideologia, która
gruntowała przekonanie, że wszelkie jego kwestionowanie czy kontestacja
nie mają żadnego sensu.
I nagle Afrykanie, których werbowano do armii brytyjskiej i francuskiej,
widzą, że w tej wojnie, w której uczestniczą w Europie, Biały bije
Białego, że strzelają do siebie, że jedni drugim burzą miasta. Jest to
rewelacja, zaskoczenie, szok. Żołnierze afrykańscy w armii francuskiej
widzą, że ich władczyni kolonialna - Francja - jest pokonana i podbita.
Żołnierze afrykańscy w armii brytyjskiej widzą, jak stolica imperium -
Londyn - jest bombardowana, widzą Białych ogarniętych paniką, Białych,
którzy uciekają, o coś proszą, płaczą. Widzą Białych obdartych,
głodnych, wołających o chleb. A w miarę, jak posuwają się na wschód
Europy i razem z białymi Anglikami biją białych Niemców, napotykają to
tu, to tam kolumny odzianych w pasiaki białych ludzi, ludzi-szkielety,
ludzi-strzępy.
Wstrząs, jakiego doznawał Afrykanin, kiedy obrazy wojny Białych
przesuwały się przed jego oczyma, był tym silniejszy, że mieszkańcom
Afryki (poza małymi wyjątkami, a w wypadku np. Konga belgijskiego - bez
wyjątku) nie wolno było do Europy, czy w ogóle poza ich kontynent,
jeździć. O życiu Białych mogli sądzić tylko na podstawie luksusowych
warunków, jakie mieli Biali w koloniach.
Jeszcze i to: mieszkaniec Afryki, w połowie XX wieku, nie ma żadnych
źródeł informacji poza tym, co powie mu sąsiad albo szef wioski czy
kolonialny administrator. Wie on więc o świecie tyle, co sam zobaczy w najbliższej okolicy albo co usłyszy od innych w czasie wieczornej
pogwarki przy ognisku.
Tych wszystkich kombatantów II wojny, którzy wrócili potem z Europy do
Afryki, spotkamy wkrótce w szeregach różnych ruchów i partii walczących
o niepodległość swoich krajów. Liczba tych organizacji rośnie teraz
szybko, powstają jak grzyby po deszczu. Mają różne orientacje, stawiają
sobie odmienne cele.
Ci z kolonii francuskich wysuwają na razie ograniczone postulaty. Nie
mówią jeszcze o wolności. Chcą tylko, aby wszystkich mieszkańców kolonii
uczynić obywatelami Francji. Paryż odrzuca ten postulat. Owszem,
obywatelem Francji zostanie ten, kto zostanie wykształcony w kulturze
francuskiej, wzniesie się do jej poziomu - tzw. évolué. Ale tacy okażą
się wyjątkami.
Ci z kolonii brytyjskich są bardziej radykalni. Inspiracją, impulsem i programem są dla nich śmiałe wizje przyszłości kreślone przez potomków
niewolników, intelektualistów afro-amerykańskich w drugiej połowie XIX i pierwszej - XX wieku. Sformułowali oni doktrynę, którą nazwali
panafrykanizmem. Jej główni twórcy to: działacz Alexander Crummwell,
pisarz W.E.B. Du Bois i dziennikarz Marcus Garvey (ten ostatni z Jamajki). Różnili się, ale w dwóch punktach byli zgodni: 1) że wszyscy
Czarni na świecie - w Ameryce Południowej i w Afryce - tworzą jedną
rasę, jedną kulturę i że powinni być dumni ze swojego koloru skóry; 2)
że cała Afryka powinna być niepodległa i zjednoczona. Ich hasło brzmiało
"Afryka dla Afrykanów!". W trzecim, równie ważnym punkcie programu,
W.E.B. Du Bois głosił pogląd, że Czarni powinni pozostać w tych krajach,
w których mieszkają, natomiast Garvey - że wszyscy Czarni, gdziekolwiek
są, powinni powrócić do Afryki. Jakiś czas sprzedawał on nawet
fotografię Hajle Sellasje, utrzymując, że jest to wiza powrotna. Umarł w 1940 roku, nigdy nie zobaczywszy Afryki.
Entuzjastą panafrykanizmu stał się młody działacz i teoretyk z Ghany -
Kwame Nkrumah. W 1947 roku, po skończeniu studiów w Ameryce, wrócił do
kraju. Założył partię, do której przyciągnął kombatantów II wojny, a także młodzież, i na jednym z wieców rzucił w Akrze bojowe hasło:
"Niepodległość teraz!". Wtedy, w tamtej kolonialnej Afryce zabrzmiało to
jak wybuch bomby. Ale w dziesięć lat później Ghana stała się pierwszym
na południe od Sahary niepodległym krajem Afryki, a Akra - od razu
prowizorycznym, nieformalnym centrum wszelkich ruchów, pomysłów i działań dla całego kontynentu.
Panowała tu gorączka wyzwoleńcza i można było spotkać ludzi z całej
Afryki. Przyjeżdżało też mnóstwo dziennikarzy ze świata. Sprowadzała ich
ciekawość, niepewność i nawet lęk stolic europejskich - czy aby Afryka
nie wybuchnie, czy nie poleje się tu krew Białych, a nawet czy nie
powstaną armie, które, wyposażone w broń, jaką podrzucą im Sowieci, nie
spróbują - w odruchu zemsty i nienawiści - ruszyć na Europę?
Rano kupiłem miejscową gazetę "Ashanti Pioneer" i poszedłem szukać
redakcji. Doświadczenie uczy, że w takiej redakcji można przez godzinę
dowiedzieć się więcej, niż chodząc przez tydzień do różnych instytucji i notabli. Tak było i tym razem.
W małym obskurnym pomieszczeniu, w którym woń przejrzałego mango łączyła
się w przedziwny sposób z zapachem farby drukarskiej, powitał mnie
wylewnie - jakby czekając na tę wizytę nie wiedzieć od kiedy - pogodny,
korpulentny człowiek ("Ja też jestem reporterem" - powiedział na
wstępie) - Kwesi Amu.
Przebieg i atmosfera powitania mają istotne znaczenie dla dalszych losów
znajomości, dlatego przykładają tu wielką wagę do sposobu, w jaki się
witają. Najważniejsze to od samego początku, od pierwszej sekundy okazać
wielką, żywiołową radość i serdeczność. Więc najpierw wyciągamy rękę.
Ale nie tak formalnie, powściągliwie, wiotko, lecz przeciwnie - biorąc
duży, energiczny zamach tak, jakbyśmy chcieli witanemu nie tyle podać
spokojnie rękę, co mu ją urwać. Jeżeli jednak zachowuje on rękę w całości i na miejscu, to dlatego, że znając cały obrządek i reguły
powitania, on również ze swojej strony nabiera dużego i energicznego
zamachu i kieruje swoją rozpędzoną rękę w stronę naszej rozpędzonej
ręki. Obie te, naładowane ogromną energią kończyny spotykają się teraz w pół drogi i wpadając na siebie ze straszliwym impetem redukują, a nawet
znoszą do zera, przeciwnie działające siły. Jednocześnie, kiedy nasze
wprawione w ruch ręce pędzą sobie naprzeciw, wydobywamy z siebie
pierwszą, donośną, przeciągłą kaskadę śmiechu. Ma ona oznaczać, że
cieszymy się ze spotkania i że jesteśmy do spotkanej osoby dobrze
usposobieni.
Teraz następuje długa lista okolicznościowych pytań i odpowiedzi w rodzaju: "Jak się masz? Czy jesteś zdrów? Jak się czuje twoja rodzina?
Czy wszyscy zdrowi? A dziadek? A babcia? A ciocia? A wujek?" - itd.,
itd., bo rodziny są tu liczne i rozgałęzione. Zwyczaj każe, żeby każdą z pomyślnych odpowiedzi kwitować kolejną kaskadą donośnego i żywiołowego
śmiechu, która powinna wywołać podobną, a nawet jeszcze bardziej
homerycką kaskadę u pytającego.
Często widzimy dwóch (albo więcej) ludzi stojących na ulicy i zanoszących się śmiechem. Nie oznacza to, że opowiadają sobie dowcipy.
Oni się po prostu witają. Natomiast jeżeli śmiechy zamilkną - to albo
zakończył się akt powitania i można przejść do meritum rozmowy, albo,
zwyczajnie, spotykający się ucichli, żeby zmęczonym trzewiom dać przez
chwilę odpocząć.
Kiedy już odbyliśmy z Kwesi cały huczny i wesoły rytuał powitania,
zaczęliśmy rozmowę o królestwie Ashanti. Ashanti opierali się Anglikom
do końca XIX wieku i tak na dobrą sprawę nigdy im się do końca nie
poddali. A i teraz, w warunkach niepodległości, trzymają się oni na
dystans od Nkrumaha i popierających go ludzi z wybrzeża, których kultury
nie cenią sobie najwyżej. Są bardzo przywiązani do swojej przebogatej
historii, swoich tradycji, wierzeń i praw.
W całej Afryce każda większa społeczność ma własną, odrębną kulturę,
oryginalny system wierzeń i obyczajów, swój język i tabu, a wszystko to
niezmiernie skomplikowane, arcyzawiłe i tajemnicze. Dlatego wielcy
antropolodzy nigdy nie mówili "kultura afrykańska" czy "religia
afrykańska", wiedząc, że nic takiego nie istnieje, że istotą Afryki jest
jej nieskończona różnorodność. Widzieli kulturę każdego ludu jako świat
odrębny, jedyny, niepowtarzalny. W ten też sposób pisali: E.E.
Evans-Pritchard wydał monografię o Nuerach, M. Gluckman - o Zulu, G.T.
Basden - o Ibo itd. Tymczasem umysł europejski skłonny do racjonalnej
redukcji, do szufladkowania i uproszczeń, chętnie wpycha wszystko co
afrykańskie do jednego worka i zadowala się łatwymi stereotypami.
- Wierzymy - powiedział mi Kwesi - że człowiek składa się z dwóch
elementów. Z krwi, którą dziedziczy po matce, i z ducha, którego dawcą
jest ojciec. Silniejszym z tych elementów jest pierwiastek krwi, dlatego
dziecko należy do matki i jej klanu - nie do ojca. Jeżeli klan żony każe
jej zostawić męża i wracać do rodzinnej wioski, zabiera ona ze sobą
wszystkie dzieci (bo żona co prawda mieszka w wiosce i w domu męża, ale
jest tam tylko niejako w gościnie). Ta szansa powrotu do swojego klanu
sprawia, że jeżeli mąż ją porzuci, kobieta ma gdzie się podziać. Może
też sama się wynieść, jeżeli będzie on dla niej despotą. Ale są to
sytuacje skrajne, bo zwykle rodzina jest silną i żywotną komórką, w której wszyscy mają zwyczajowo wyznaczone role i każdy zna swoje
powinności.
Rodzina jest zawsze liczna - to kilkadziesiąt osób. Mąż, żona (żony),
dzieci, kuzyni. Jeżeli jest to możliwe, rodzina zbiera się często i wspólnie spędza czas. Wspólne spędzanie czasu jest jedną z największych
wartości, którą wszyscy starają się szanować. Ważne jest, by mieszkać
razem albo blisko siebie: jest dużo prac, które można wykonać tylko
zbiorowo - inaczej nie ma szansy na przeżycie.
Dziecko wychowuje się w rodzinie, ale w miarę, jak dorasta, widzi, że
granice jego świata społecznego sięgają dalej, że obok żyją inne rodziny
i że wiele tych rodzin razem stanowi klan. Klan tworzą ci wszyscy,
którzy wierzą, że mieli wspólnego praprzodka. Jeżeli wierzę, że kiedyś
ty i ja mieliśmy tego samego praprzodka - to należymy do jednego klanu.
Z tego przekonania wynikają niesłychanie ważne konsekwencje. Np.
mężczyźnie i kobiecie z tego samego klanu nie wolno mieć kontaktów
seksualnych. Jest to objęte najostrzejszym tabu. W przeszłości za jego
naruszenie oboje byli skazywani na śmierć. Ale i dziś jest to ciężkie
wykroczenie, które może rozgniewać duchy przodków i ściągnąć na klan
masę nieszczęść.
Na czele klanu stoi wódz. Wybiera go zgromadzenie klanu, któremu
przewodzi rada starszych. Starsi to szefowie wsi, wodzowie podklanów,
funkcyjni wszelkiego rodzaju. Może być kilku kandydatów i wiele
głosowań, bo ten wybór ma znaczenie: pozycja wodza jest ważna. Od
momentu wyboru wódz staje się osobą świętą. Odtąd nie wolno mu chodzić
boso. Ani bezpośrednio siadać na ziemi. Nie wolno go dotknąć ni
powiedzieć o nim złego słowa. Że idzie wódz - widać z daleka po
rozpiętym parasolu. Wielki wódz ma ogromny, zdobny parasol, który trzyma
specjalny sługa; mniejszy wódz chodzi z normalnym parasolem kupionym u Araba na targu.
Wódz klanu to funkcja o wyjątkowym znaczeniu. Sednem wiary ludzi Ashanti
jest kult przodków. Klan obejmuje ogromną liczbę istot, ale tylko część
możemy widzieć i spotkać, tę część, która żyje na ziemi. Inni -
większość - to przodkowie, którzy częściowo odeszli, ale w rzeczywistości nadal uczestniczą w naszym życiu. Patrzą na nas,
obserwują nasze zachowanie. Są wszędzie, wszystko widzą. Mogą nam pomóc,
ale mogą też ukarać. Obdarzyć szczęściem albo skazać na zagładę.
Decydują o wszystkim. Dlatego utrzymanie dobrych stosunków z przodkami
jest warunkiem pomyślności całego klanu i każdego z nas. A właśnie za
jakość i temperaturę tych stosunków odpowiada wódz. Jest on pośrednikiem
i łącznikiem dwóch integralnych części klanu: świata przodków i świata
żywych. To on komunikuje żywym, jaka jest wola i decyzja przodków w danej sprawie, on również błaga ich o przebaczenie, jeżeli żywi
naruszyli obyczaj lub prawo.
To przebaczenie można uzyskać, składając przodkom ofiary: kropiąc ziemię
wodą lub winem palmowym, odkładając im jedzenie, zabijając owcę.
Wszystko to jednak może nie wystarczyć - przodkowie będą gniewać się
dalej, co oznacza dla żywych ciągłe niepowodzenia i choroby. Największy
gniew wywołują: kazirodztwo, zabójstwo, samobójstwo, napad, obrażanie
wodza, czarownictwo.
- Samobójstwo? - zdziwiłem się. - Jak można ukarać kogoś, kto popełnił
samobójstwo?
- Prawo nasze nakazywało obciąć mu głowę. Samobójstwo było złamaniem
tabu, a naczelną zasadą kodeksu klanowego jest to, że każde przewinienie
musi być ukarane. Jeżeli zdarzy się przewinienie, które nie spotka się z karą - klan pogrąży się w katastrofie, stanie w obliczu zagłady.
Siedzieliśmy na werandzie jednego z wielu tutejszych barów. Piliśmy
fantę; firma najwyraźniej ma tu monopol na sprzedaż. Za kontuarem,
oparłszy głowę na rękach, drzemała młoda barmanka. Było gorąco i sennie.
- Wódz - ciągnął Kwesi - ma mnóstwo innych obowiązków. Rozstrzyga spory
i rozwiązuje konflikty, jest więc również i sędzią. Ważne, a na wsiach
ważne szczególnie, jest to, że wódz przydziela rodzinom ziemię. Nie może
on tej ziemi dać ani sprzedać, ponieważ ziemia jest własnością przodków.
Oni są w niej, w jej wnętrzu. Wódz może ją tylko przydzielić pod uprawę.
Jeżeli pole wyjałowieje, wyznaczy on rodzinie inny kawałek gruntu, a ten
będzie odpoczywał, nabierał sił na przyszłość. Ziemia jest święta.
Ziemia daje ludziom życie, a to, co daje życie, jest święte.
Wódz cieszy się najwyższym szacunkiem. Jest otoczony radą starszych i nie może zdecydować o niczym bez zasięgnięcia jej opinii i bez jej
zgody. Tak rozumiemy demokrację. Rano każdy z członków rady odwiedza dom
wodza, aby pozdrowić gospodarza. W ten sposób wie on, że rządzi dobrze i ma poparcie. Jeżeliby tych rannych wizyt nie było, znaczyłoby to, że
stracił zaufanie i musi odejść. Stanie się tak wówczas, jeśli popełni
jedno z pięciu przewinień. Są nimi: pijaństwo, obżarstwo, konszachty z czarownikami, zły stosunek do ludzi i rządzenie bez zasięgania opinii
rady starszych. Musi też odejść, jeżeli oślepnie, zarazi się trądem lub
postrada zmysły.
Kilka klanów tworzy związek, który Europejczycy nazywają plemieniem.
Ashanti to połączenie ośmiu klanów. Na czele stoi król - Ashantehene,
otoczony radą starszych. Związek taki łączą nie tylko wspólni
praprzodkowie. Jest on także wspólnotą terytorialną, kulturową i polityczną. Czasem taki lud jest potężny, wielomilionowy, większy niż
niejeden naród europejski.
Długo wahałem się, ale w końcu poprosiłem go: - Powiedz mi coś o czarownictwie. - Wahałem się, ponieważ jest to temat, o którym mówi się
tu z niechęcią, a często po prostu pomija milczeniem.
- Już nie wszyscy w to wierzą - odpowiedział Kwesi. - Ale dużo ludzi -
tak. Wielu po prostu boi się nie wierzyć. Moja babcia uważa, że
czarownice istnieją i nocą spotykają się na wysokich drzewach stojących
pojedynczo w polu. Ale czy babcia widziała kiedyś czarownicę? - pytałem
ją. - To jest niemożliwe - odpowiadała z przekonaniem. Nocą czarownice
osnuwają całą ziemię pajęczą nicią. Jeden koniec nici trzymają w ręku,
drugi jest umocowany do wszystkich drzwi na świecie. Jeżeli ktoś próbuje
drzwi otworzyć i wyjść na zewnątrz - porusza pajęczynę. Czarownice to
czują i w popłochu znikają w ciemnościach. Rano można tylko zobaczyć
strzępy pajęczyn zwisające z gałęzi i z klamek drzwi.
Ja, Biały
W Dar es-Salaam kupiłem starego land rovera od Anglika, który wracał już
do Europy. Był rok 1962, kilka miesięcy wcześniej Tanganika uzyskała
niepodległość i wielu Anglików ze służby kolonialnej straciło posady,
stanowiska i nawet domy. W ich pustoszejących klubach coraz to ktoś
opowiada, jak wszedł rano do swojego pokoju w ministerstwie, a tam zza
jego biurka uśmiecha się ktoś z miejscowych: - Przepraszam. Bardzo mi
przykro!
Ta okolicznościowa zmiana warty nazywa się afrykanizacją. Jedni witają
ją z aplauzem, jako symbol wyzwolenia, innych ten proces oburza.
Wiadomo, kto się cieszy, a kto jest przeciwny. Londyn i Paryż, żeby
zachęcić swoich urzędników do pracy w koloniach, stwarzały chętnym do
wyjazdu wspaniałe warunki życia. Drobny, skromny urzędnik na poczcie w Manchesterze po przyjeździe do Tanganiki dostawał willę z ogrodem i basenem, samochody, służbę, urlopy w Europie itd. Biurokracja kolonialna
żyła naprawdę świetnie. I oto mieszkańcy kolonii z dnia na dzień
otrzymują niepodległość. Przejmują w nie zmienionej postaci państwo
kolonialne. Nawet dbają o to, żeby nic tu nie zmienić, ponieważ to
państwo daje biurokratom fantastyczne przywileje, których nowi
właściciele oczywiście nie chcą się zrzec. Wczoraj jeszcze ubodzy i poniżani, dzisiaj są już wybrańcami, mają i wysokie pozycje, i pełną
kiesę. Ta kolonialna geneza państwa afrykańskiego - w którym europejski
urzędnik płacony był ponad sens i miarę, a system ten został bez zmian
przejęty przez miejscowych - sprawiła, że w niepodległej Afryce walka o władzę przyjęła od razu niesłychanie zacięty i bezlitosny charakter. W jednej chwili, od jednego zamachu, powstaje tam nowa klasa rządząca -
burżuazja biurokratyczna, która niczego nie wytwarza, nie produkuje,
lecz tylko rządzi społeczeństwem i korzysta z przywilejów. Prawo XX
wieku, prawo zawrotnego pośpiechu, zadziałało i w tym wypadku - niegdyś
na powstanie klasy społecznej trzeba było dziesięcioleci, nawet wieków,
tu wystarczyło kilka dni. Francuzi, którzy z przymrużeniem oka
przyglądali się owej walce o miejsca w nowej klasie, nazwali ten fenomen
la politique du ventre (polityką brzucha), tak ściśle bowiem
stanowisko polityczne było związane z krociowymi korzyściami
materialnymi.
Ale to jest Afryka i szczęśliwy nuworysz nie może zapomnieć o starej
tradycji klanowej, a jeden z jej naczelnych kanonów brzmi: dziel się
wszystkim, co masz, ze swoimi pobratymcami, z innym członkiem klanu,
czyli, jak się tu mówi, kuzynem (w Europie więź z kuzynem jest dosyć już
słaba i odległa, w Afryce kuzyn z linii matki jest ważniejszy niż mąż).
A więc - masz dwie koszule - daj mu jedną, masz miskę ryżu - daj mu
połowę. Kto łamie tę zasadę, skazuje się na ostracyzm, na wygnanie z klanu, na budzący zgrozę status jednostki odosobnionej. To w Europie
indywidualizm jest wartością cenioną, w Ameryce nawet najbardziej
cenioną; w Afryce - indywidualizm jest synonimem nieszczęścia,
przekleństwa. Tradycja afrykańska jest kolektywistyczna, bo tylko w zgodnej gromadzie można było stawić czoło piętrzącym się tu nieustannie
przeciwnościom natury. A jednym z warunków przetrwania gromady jest
właśnie dzielenie się najmniejszą drobiną tego, co posiadam. Kiedyś
otoczyła mnie tu gromada dzieci. Miałem jeden cukierek, który położyłem
na dłoni. Dzieci stały nieruchomo, wpatrzone. Wreszcie najstarsza
dziewczynka wzięła cukierek, ostrożnie rozgryzła go i sprawiedliwie
rozdała wszystkim po kawałku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki