3. Bellicus
bellicus ~a ~um, przym.
1. odnoszący się do wojny
2. wojowniczy
W hangarze szóstym panuje ziąb.
Na stacji nigdy nie zabraknie zimna. Jest go pod dostatkiem, bo z każdej strony otacza nas przestrzeń kosmiczna. Dla nas ważne jest ciepło. Ciepło to przetrwanie.
Raz w roku szlachta odcina ogrzewanie w Niskim Okręgu, aby zgromadzić energię na stacji. Mają nawet czelność nazywać to świętem - Zimowe Szaleństwo. Na ulicach zbiera się mgła, a kwas siarkowy wyciekający z otworów wentylacyjnych krystalizuje się w formie neonowych włóczni. Ludzie zamarzają w swoich łóżkach, a mimo to szlachta nalega, abyśmy wtedy świętowali.
Cała nienawiść w moim sercu stała się pojedynczym ostrzem, które pcha mnie do przodu. Mgła w hangarze szóstym jest nawet gęstsza niż w trakcie Zimowego Szaleństwa. Ledwo widzę. Jak mam znaleźć drogę do siodła rumaka w takich okolicznościach?
- Dekontaminacja zaczyna się za pięć, cztery, trzy, dwa...
Rozbrzmiewa spokojny, mechaniczny głos, a ja krzywię się na widok niebieskiego lasera, który nagle wystrzeliwuje w moją stronę. Pajęczyna rozchodzi się po moim ciele, sieć wiązek analizuje każdy kąt - to jakiś system identyfikacji. Najwyraźniej go przechodzę, bo skrzydlaty hełm i biały kombinezon gwałtownie zaciskają się pod moim podbródkiem. Rozlega się przeszywający syk, strzela mi w uszach, które się dostosowują. Wraz z jednym wyciszonym przez hełm świstem gęsta mgła w hangarze zostaje wessana gdzie indziej, pozostawiając za sobą tylko czyste, biało-złote marmurowe ściany.
- Dekontaminacja zakończona. Proszę podejść do siodła.
Głos jest chłodny, a ja płonę z powodu tłumionego strachu. Przestrzeń kosmiczna jest przerażająca, nawet wewnątrz rumaka. Bywa, że jeźdźcy umierają podczas jazdy, jednak nie zdarza się to często. W sezonie turniejowym wiadomości donoszą raczej o złamanych kończynach i zakończeniu funkcji mózgu. A ja po prostu muszę umrzeć w tym rumaku. Nie tylko doznać kontuzji, ale naprawdę ostatecznie umrzeć, nie mam innej możliwości. Bardziej zranię ród Hauteclare własną śmiercią, niż zdołałabym to zrobić, pozostając przy życiu.
Kątem oka dostrzegam płynny ruch - w marmurowej ścianie otwierają się drzwi. To jest jedyne wyjście.
Nauczyłam się, że kiedy strach cię gryzie, musisz się odgryźć, bo inaczej zje cię w całości.
Idę naprzód, ignorując walące serce.
Następny pokój jest niemal identyczny, jedyną różnicą jest okrąg na ziemi, wystarczająco duży, by pomieścić trzy osoby. Został w całości wykonany z czarnego szkła, a u podstawy otacza go świecący szmaragdowy pierścień. Każdy rumak ma siodło - siedzenie, z którego jeździec może kontrolować swoją maszynę. To musi być to.
Wchodzę i czekam, cała dygocząc. Po chwili cienki i półprzezroczysty pierścień zieleni unosi się z hukiem. Gdy tuba ostrego światła zamyka się wokół mnie, świat maluje się na szmaragdowo. Nagle coś się rozpryskuje na czarnym szkle obok mojej stopy - to bladofioletowa kula, a po niej pojawiają się kolejne. Łapię jedną w dłoń, w dotyku przypomina tani żel medyczny, który można znaleźć w każdej apteczce.
Z początku myślę, że została wykonana na bazie oleju, ponieważ ma tęczowy połysk, ale... ten połysk pochodzi od tysięcy dziwnych, migoczących srebrnych wirów powoli wijących się w środku. Pochylam się, by to powąchać. Zapach jest gorzki, z cytrusową nutą. Co to, do cholery, jest...
Nad moją głową rozlega się echo kliknięcia.
W samą porę spoglądam w górę i widzę, jak sufit się otwiera i opada na mnie fala żelu. Opieram się o twardą ścianę, ale nie mam dokąd uciec - żel wlewa się do środka, stopniowo wypełniając tubę po pas, po ramiona. Uduszę się, jeśli dotrze do otworów wentylacyjnych hełmu. Niemożliwe, żeby tak się stało, bo gdyby każdy jeździec udusił się w siodle, nie byłoby zawodów.
Połyskujące srebrne zwoje wiją się w żelu. Wyglądają jak robaki, kijanki lub komórki - małe i walczące o przetrwanie. Czy to nanomaszyny? To całkiem prawdopodobne, bywa, że szlachta trzyma w tajemnicy najlepsze technologie dla siebie, a przecież rumaki są przeznaczone tylko dla nich.
Nawet gdy dziwny żel wypełnia tubę aż po szyję, nie mam wrażenia nacisku, właściwie czuję się lżejsza, jakby moje ciało było wspierane, a nie obciążane. Substancja dociera do mojej szybki i w okamgnieniu się w niej zanurzam. Odwagą nie jest to, co robisz, odwaga jest wtedy, gdy musisz wytrwać. A ja wytrzymuję, gdy żel przedostaje się do otworów wentylacyjnych w hełmie. W nosie i oczach czuję aksamitny chłód. Wstrzymuję oddech, ale nie ma już powietrza, więc ciężko dyszę, wciągając żel głęboko do płuc i uderzając rękami o ścianki tuby. Zalewa on moje usta gorzkim, cytrusowym smakiem i natychmiast rozpuszcza się na języku, a ja panicznie szukam tlenu. Gdy tylko zdaję sobie sprawę, że mogę oddychać w tej substancji, panika w mojej klatce piersiowej ustępuje i nieruchomieję. Wciąż żyję.
Będę mogła się zemścić.
Wtedy przez ziemię przebiega stłumiony wstrząs. Srebrzysty żel blokuje wszystko, ale wibracje targające mną aż do szpiku kości uświadamiają mi, że przesuwam się coraz niżej. Nagle rozlega się głośne kliknięcie.
Nadchodzi błyskawica.
Prąd przepływa przez moje ciało, zastępując mój spokój bólem. Nie mogę się ruszyć, mimowolnie moje usta odsłaniają zęby, powieki mam zamrożone. Pomimo drgającego wzroku widzę, jak srebrne spirale w żelu jaśniej świecą i zaczynają się wić szybciej niż wcześniej - spirale, wiry... Kiedy wreszcie ból zanika, zastępuje go uczucie świadomości. Wiem, że nie jestem sama.
Coś tu jest, tuż obok mnie, unosi się wokół. To jak pewność, że ktoś stoi za tobą we śnie. Czuję palące kłucie obserwujących mnie oczu, niewidzialne ciepło zbliżającego się do mnie ciała. Kogoś ogromnego, większego nawet niż Czerwony Jeździec. Kogoś, kto nie jest mną.
A potem to się porusza.
Jeszcze nie zdążyło ogarnąć mnie przerażenie, a to coś już delikatnie po mnie sięga - lekki jak piórko, ostrożny dotyk, doznaję go w umyśle, ale nie widzę. Przeciwieństwo bólu głowy, przypominające palec naciskający na wnętrze mojej czaszki. Czuję ciekawość, ale nie moją własną, jak dociekliwy pies, który przechyla głowę. To jak zaproszenie, niewidzialna ręka wyciągająca się w moją stronę.
To jest ta granica. To jest wyrok losu, który mnie nie ominie. To jest śmierć.
"Musisz poczekać, aż Bóg ich ukarze, Synali".
Nie, mamo. Nie zrobię tego.
Sięgam do tyłu.
W jednej chwili moje ciało staje się gorące i zarazem lodowate, pocę się, a potem zaczynam się lepić i rosnę. Czuję się większa, jakby moje kończyny były rozciągnięte bardziej niż w rzeczywistości. Moja klatka piersiowa jest jedynym organem, który wciąż wydaje się normalny, wypełnia ją ciężkie bicie serca. Nie wiem, co się tu, do cholery, dzieje. Wiem tylko, że to jest siodło. I że ta rzecz jest ogromna, a ja jestem mała. Różnimy się, ale bezciśnieniowy żel i elektryczność... jakoś nas połączyły. Sprawiły, że jesteśmy nawzajem w swoich myślach.
- Synchronizacja ukończona. - Chłodny, mechaniczny głos rozbrzmiewa w moim hełmie. - Przygotuj się do natychmiastowego wdrożenia za siedem, sześć, pięć, cztery, trzy...
Czy to uczucie... to rumak? Odczuwam go jak człowieka. Mój umysł natychmiast kieruje się ku prawdziwej sztucznej inteligencji, zakazanej sto lat temu po tym, jak się zbuntowała. Fałszywa sztuczna inteligencja jest używana na stacji do wszystkiego, od programów czyszczenia po maszyny chirurgiczne, ale prawdziwa sztuczna inteligencja jest nielegalna. Nawet szlachta nie jest na tyle nierozważna, by umieszczać ją w swoich rumakach - oni pragną rzeczy, które mogą kontrolować, a prawdziwej sztucznej inteligencji stworzonej przez naszych przodków nie można już nadzorować. Dlatego władca rządzący przed królem Ressinimusem kazał ją zniszczyć.
- Czymkolwiek jesteś - mamroczę - proszę tylko, byś mnie zabił.
- ...dwa, jeden.
Otwiera się podłoga pod naszymi stopami i spadamy.
Narządy podchodzą mi do gardła, pięść uderza mnie od środka, ale stan nieważkości szybko przejmuje kontrolę. Mimo że początkowo powietrze stawia opór, zaczynamy się swobodnie unosić w zerowej grawitacji. Albo generatory grawitacyjne na całej stacji zawiodły, albo jesteśmy w...
Srebrne spirale w żelu powoli rozpuszczają się przed moją szybką, pozwalając mi znów widzieć. Dostrzegam teraz przejrzystą jak szkło ciemność upstrzoną trylionami zimnych, ostrych i maleńkich gwiazd.
Przestrzeń kosmiczna.
Bezdźwięczna, bez powietrza, pozbawiona życia przestrzeń otwiera się przede mną jak przerażający czarny kwiat, którego środkiem jest rażące w oddali białe słońce. Wypadki migają mi przed oczami: pęknięcia kadłuba w Niskim Okręgu, ciała wessane w kosmos, które wracają z odmrożeniami, zmumifikowane i z dziurami po implozji, martwa, ciepła skóra ojca pokryta szronem, gdy go tam wysłałam.
Na mojej skórze nie ma szronu. Wciąż oddycham. Muszę znajdować się wewnątrz rumaka ojca.
Wrażenie rozrastania się, dłuższe kończyny, uczucie gorąca w klatce piersiowej... To ma jakiś pokręcony i mętny sens. Oglądałam na wizie szlachciców lecących na masywnych, wysokich jak budynki rumakach, chcących dotrzeć na ważne - wyłącznie dla nich - turnieje, odbywające się w kosmosie. Historia mówi jasno, że czterysta lat temu rycerze wojny wyruszyli w kosmos na swoich gigantycznych rumakach, by bronić Ziemi przed wrogiem. Ale oglądanie i czytanie zupełnie nie przypomina działania. Działanie miażdży mi płuca. Działanie jest przerażające.
Lecę.
Cóż, w sumie to się unoszę. Spoglądam w dół i widzę pod sobą gładkie i metalowe białe kończyny: nogi i ręce ze złotymi wykończeniami na palcach u dłoni. To tak, jakbym patrzyła na własne ciało, tylko że teraz jest ogromne i zbyt błyszczące.
Mówi się, że Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, ale tak samo człowiek stworzył rumaki na swoje podobieństwo.
Rumak to gigantyczny, opancerzony sztuczny człowiek. Stoi prosto na grubych nogach i stopach, z talią jak u osy rozszerzającą się do szerokiej klatki piersiowej i ramion. Posiada hełm, zwykle bez widocznych otworów na oczy, uszy lub usta, ponieważ w przestrzeni otwory mogą stanowić słaby punkt tej konstrukcji. Ujścia plazmy znajdują się na stopach, kostkach, klatce piersiowej i plecach. Każda metalowa krawędź rumaka jest wygładzona i stylowa, ale bezużyteczna, biorąc pod uwagę, że aerodynamika jest w próżni prawie bezcelowa. Kiedy szlachta chce stworzyć coś pięknego, robi to mimo wszystko.
Gdy powoli zagłębiam się w przestrzeń kosmiczną, ożywa przede mną holograficzny ekran o wysokiej rozdzielczości i zawisa wśród gwiazd. Wyświetlają się na nim dwaj mężczyźni w imponujących kamizelkach i zestawach słuchawkowych. Siedzą przed trybunami wypełnionymi po brzegi rozemocjonowaną publicznością. Rozpoznaję ich: wyznaczeni przez dwór komentatorzy turnieju.
- Witajcie na sto czterdziestych ósmych dorocznych półfinałach Pucharu Kasjopei!
Gromki ryk tłumu prawie całkowicie ich zagłusza, ale wszystko przestaje mieć dla mnie znaczenie, gdy odnajduję wzrokiem stację. Po raz pierwszy widzę z zewnątrz swój dom. Znam jego kształt - metalowy okrąg z osłonami o strukturze plastra miodu w kolorze tęczowym i lśniącym blasku, z biegnącą przez niego iglicą, niczym przebita aureola, oraz wiele świetlnych autostrad łączących je jak jaskrawopomarańczowe szprychy w kole oraz tramwaje jeżdżące tam i z powrotem na ich podbrzuszach.
Olbrzymia i zielona Esther zawieszona jest za stacją, która orbituje wokół niej. Dziesiątki podstacji okrążają masywną bryłę - niektóre otaczają jej liczne księżyce, inne dryfują swobodnie, ale wszystkie są mniejsze, wszystkie powoli terraformują jej powierzchnię. Dzieje się tak od zakończenia wojny czterysta lat temu, kiedy to po ostatecznym ataku wroga siedem stacji zostało wyrzuconych z orbity Ziemi i znalazło się w odległych układach słonecznych.
On gdzieś tam jest. Ojciec.
Wodzę wzrokiem po stacji - wrzecionie, w którego centrum mieszkają szlachcice. Poza tym znajdują się na niej tysiące paneli słonecznych skierowanych zarówno na Esther, czyli na teren, jak i na zewnątrz, ku gwiazdom. Nigdzie nie ma jego zwłok, siwych włosów, potarganych mankietów, białej peleryny. W ogóle nie widzę ciała ojca, a wcisnęłam przycisk śluzy powietrznej i patrzyłam, jak dowody mojego morderstwa odpływają w nicość... Więc gdzie on jest? Grawitacja Esther nie ściągnęłaby go tak szybko.
Przed oczami pojawia mi się kolejny holoekran - twarz komentatora jest przesadnie szczęśliwa.
- Mamy dziś dla was fantastyczne starcie! Hauteclare w końcu zmierzy się z niezłomnym rodem Velraydów. Dwie zaszczytne rodziny znane ze swej waleczności! Kto zwycięży? Kto polegnie? Tylko niebiosa mogą to wiedzieć!
Próbuję wyłączyć holoekran, ale nie znika on tak jak wiz.
Inny głos wdziera się do mojego hełmu - ochrypły pomruk Czerwonego Jeźdźca.
- Wybacz, że to powiem, ale co ty, kurwa, wyprawiasz, Mirelle? Nie jesteś amatorką, zajmij miejsce na swojej platformie!
Karmazynowa kropka przecina przestrzeń, zbliżając się do mnie. Widziałam rumaki na wizie, na plakatach i w rękach dzieci jako figurki, ale nie takie: ogromne, na tle zimnej przestrzeni i z zieloną poświatą Esther. Zbyt duże, zbyt realne, zbliżające się zbyt szybko. Nic tak dużego nie powinno poruszać się z taką gracją.
Rumak Czerwonego Jeźdźca ma barwę zasychającej krwi - szkarłatną z głębokim brązowym odcieniem - i jest mniej więcej długości całego tramwaju. Jego hełm ma wypukłość przypominającą dziób, który zajmuje czoło i tył głowy, jakby tworzył grzebień ptaka, jego uwypuklenia mają ten sam pierzasty kształt. Przez chwilę zastanawiam się, gdzie jest jego siodło: w klatce piersiowej czy w głowie? Jako jeźdźcy w jakim miejscu się znajdujemy w tych gigantycznych marionetkach? Spoglądam w dół na białą, tytanową klatkę piersiową mojego rumaka. Muszę znajdować się gdzieś w torsie - mam wrażenie, że jestem w centrum.
Czerwony Jeździec podlatuje do mnie, a ja patrzę jak zahipnotyzowana, jak karmazynowa plazma, którą wytwarza rumak, ciągnie się za nim jak gorące bliźniacze wstęgi, by zaraz potem rozpuścił je chłód przestrzeni. Pożera je. Ciepło to przetrwanie, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jest też piękne.
Za późno.
Jego chrapliwy głos w głośnikach brzmi natarczywie:
- Padł ci silnik, czy co? Może ci pomogę?
Nie potrzebuję twojej cholernej pomocy, szlachcicu.
Żadnych przycisków w siodle, żadnych dźwigni do pociągnięcia - tylko moje własne ciało unoszące się w żelu, który teraz stał się przezroczysty jak szkło. Nie widzę żadnych przełączników, których Czerwony Jeździec używa do sterowania swoim rumakiem. Mój wierzchowiec nie reaguje - nie mogę nawet drgnąć, gdy mój przeciwnik splata nasze metalowe ramiona. Dotyk na mojej ręce sprawia, że podskakuję. Nacisk skóry na skórę i moja pierwsza myśl: "Odpierdol się ode mnie". Wrażenie dotyku jest dokładnie takie samo, jak w prawdziwym życiu. W myślach pokazuję mu środkowy palec i jestem niesamowicie zaskoczona, gdy złote palce wolnej ręki mojego rumaka idealnie naśladują moje myśli. Ten sam środkowy palec - dokładnie to samo odchylenie nadgarstka.
Czerwony Jeździec parska śmiechem.
- Będziesz mnie tak ignorować? Proszę bardzo. To mnie nie powstrzyma przed pomocą znajomemu jeźdźcowi. To tak zwana rycerskość, wiesz? W końcu tak bardzo ją sobie cenisz, prawda?
Słucham go tylko jednym uchem - jestem zbyt zajęta eksperymentem: zamykaniem pięści. Patrzę na nią szeroko otwartymi oczami, gdy pięść biało-złotego rumaka również się zaciska. Dzieje się to w tej samej chwili, jakbym obserwowała swoje odbicie w lustrze. Nie tylko znajduję się wewnątrz rumaka - ja po prostu nim jestem.
Czerwony Jeździec ciągnie mnie powoli w kierunku platformy: przestrzeni, która wyglądałaby na pustą, gdyby nie unoszące się sześciokątne płyty po jej przeciwnych stronach. Mogę co najwyżej oszacować odległość między nimi - pięćdziesiąt parsów, może więcej. W samym środku platformy znajduje się niebieska poświata generatora grawitacyjnego, wiszącego jak lazurowa gwiazda na tle czerni. To urządzenie jest znacznie jaśniejsze niż te na ścianach stacji. To musi być generator grawitacyjny krótkiego zasięgu, taki, jakiego używano podczas wojny do wystrzeliwania pancerników i rumaków za pomocą efektu procy.
Kiedy docieramy do jednej z płyt, Czerwony Jeździec przyciska do niej moje dryfujące ciało. Opuszki jego palców na mojej klatce piersiowej wyzwalają natychmiastowe złośliwe myśli: "Nie próbuj mnie kontrolować, ty uprzywilejowany gnoju". Z okrutnym wstrząsem magnesy się załączają i przykuwają mój kręgosłup do płyty. Spoglądam przed siebie, bo nie chcę patrzeć na niego.
- Cóż - zaczyna wesoło - to spadam stąd. Powodzenia, na chwałę króla i tak dalej! - Czerwone palce przysuwają się do czerwonego czoła, jego rumak subtelnie salutuje.
Czerwony Jeździec się obraca i gdy mija półmetek gengrawu, kierując się do sześciokątnej płyty na drugim końcu platformy, dysze na jego plecach i nogach płoną szkarłatem. Porusza się z łatwością, najwyraźniej był szkolony w akademii. Co więcej, wybrał akademię. Szlacheckie dzieci, takie jak on, mogą decydować o swoim losie, podczas gdy reszta z nas haruje w niebezpiecznych, katorżniczych warunkach, pracując na służbie, przy spawaniu, w górnictwie na podstacjach... To zajęcia, które wyniszczają, zabijają, okaleczają. W końcu zwykłych ludzi można się pozbyć, nie znaczą zbyt wiele - burdel mnie w tym przeszkolił. Ojciec mnie tego nauczył. Traktował matkę jak coś, co można wykorzystać, a potem wyrzucić.
Mój gniew kipi. Mam w sobie ogień, którego nie da się powstrzymać, ogień, którego nie chcę powstrzymać, i płonie, płonie, płonie. O dziwo, czuję, że to, co jest tu ze mną, też zaczyna płonąć, gniew rozlewa się wokół mnie.
Moja matka nie żyje, a ja zabiłam ojca. Jestem na tym świecie sama. Wiem o tym.
Jednak po raz pierwszy od sześciu miesięcy czuję lekką ulgę i pocieszenie, gdy sobie uświadomię, że coś innego w tym wszechświecie płonie tak samo jak ja. Cokolwiek to jest.
Odejdę w ogniu, a płomienie zranią każdego Hauteclare'a na tej przeklętej stacji.