Heartland (Tom 3). Własna droga - Lauren Brooke

-
Proszę czekać
Rozdział 1
 
 

Mama nie wróci, Pegazie - powiedziała Amy cicho do siwego, starego konia. - Nigdy już nie wróci. - Wiedziała, że jej słowa nic dla niego nie znaczyły, ale próbowała mu to wytłumaczyć.

Przez pierwsze tygodnie po tragicznym wypadku Pegaz czekał na Marion Fleming - stał przy drzwiach swojego boksu i godzinami wpatrywał się w drogę prowadzącą do Heartlandu - tak długo, dopóki nie zapadła noc.

A teraz, już od kilku dni, Amy widziała, że w zachowaniu ulubionego konia mamy zaszły pewne zmiany. Był cichy i osowiały, zamiast wyglądać ponad drzwiami wolał pozostawać w głębi swojego boksu z opuszczonym łbem i tępym spojrzeniem - tak jakby zrezygnował z czekania i stracił wszelką nadzieję. Serce krajało się jej na ten widok.

Amy nachyliła się ku jego pyskowi, a Pegaz parsknął cicho i oparł swój wielki łeb o jej pierś. Amy zamknęła oczy. Mimo smutku Pegaz nadal wypełniał swoją obecnością cały boks. Przy nim Amy czuła się bezpieczna i spokojna - jak zawsze. W przeszłości podbijał stadiony świata i razem z tatą stanowił jeden z najsłynniejszych duetów w konkursach skoków.

Ale to było dawno temu - kiedy mieszkali w Anglii, a ojciec był częścią ich życia; wtedy, gdy nie było jeszcze Heartlandu. Amy pokręciła głową - teraz wszystko wyglądało inaczej.

Dobiegający z daleka odgłos otwieranych drzwi przerwał jej rozmyślania. Pocałowała Pegaza w ciemnoszary pysk i podeszła do drzwi boksu. Zobaczyła szczupłą figurę swojej starszej siostry, Lou, która wychodziła właśnie z pokrytego klepkami domu. Za nią wyszedł dziadek, niosąc walizkę.

- Wyjeżdżasz już, dziadku? - zawołała Amy, otwierając drzwi.

Dziadek zatrzymał się przy samochodzie i kiwnął głową.

- Tak, skarbie. Jeżeli wyjadę teraz, zdążę dotrzeć na miejsce za dnia.

- Pozdrów ode mnie wujka Glena i ciocię Sylwię - poprosiła Amy i podeszła do auta, by uściskać dziadka.

- Tylko zadzwoń do nas, jak już zajedziesz - powiedziała Lou, całując go w policzek.

Jack Bartlett spojrzał z troską na wnuczki.

- Jesteście pewne, że dacie sobie radę? Tyle się ostatnio wydarzyło. Nie wiem, czy powinienem jechać.

- Wszystko będzie dobrze - zapewniła go Lou i spojrzała na Amy. - Prawda?

- Oczywiście - uspokoiła go Amy. - Powinieneś pojechać. Przecież Glen i Sylwia czekają na ciebie.

Dziadek nie zaprzeczył. Każdej jesieni spędzał dwa tygodnie na farmie swojego brata Glena i bratowej Sylwii w Tennessee. Gdy Amy była młodsza, też jeździła tam z nim. Ale teraz dziadek niepokoił się.

- Na pewno poradzicie sobie z całą pracą, kiedy mnie nie będzie? - zapytał. - Przecież i tak macie już za dużo na głowie.

- My to już przedyskutowaliśmy, dziadku - powiedziała rzeczowo Lou. - W przyszłym tygodniu przyjeżdża moja przyjaciółka, Marnie. Pomoże nam, a Treg też obiecał zostawać dłużej.

- Stać nas na to? - zapytał dziadek i Amy zauważyła, że gdy wspomina o płaceniu Tregowi, pomocnikowi w Heartlandzie, za nadgodziny, pogłębiają się zmarszczki wokół jego oczu.

- Znajdziemy jakieś rozwiązanie - powiedziała Lou, nie dając dziadkowi możliwości powiedzenia czegokolwiek. - A teraz już jedź - dodała stanowczo.

Uścisnęła go i otworzyła drzwi samochodu.

- Można by pomyśleć, że chcecie się mnie pozbyć - powiedział dziadek, wrzucając walizkę do bagażnika.

- I tak właśnie jest - uśmiechnęła się Amy. - Planujemy tu urządzać dzikie imprezy, gdy cię nie będzie, prawda, Lou?

- Brzmi zachęcająco - dziadek odpowiedział uśmiechem. - Może jednak zostanę?

Widząc wyraz twarzy Lou, dodał szybko:

- Dobrze, dobrze, już mnie nie ma!

Włączył silnik, a Amy i Lou odsunęły się kilka kroków i machały dopóty, dopóki nie odjechał długą, krętą drogą.

- No, to zostałyśmy same - powiedziała Lou do Amy, kiedy samochód zniknął w tumanie kurzu.

W tej chwili z wnętrza domu dobiegł dźwięk telefonu.

- Może to nowy klient - Lou rozbłysły oczy. - Ja odbiorę! - dodała i popędziła do domu.

Amy rozejrzała się po podwórzu. Po lewej stronie stał budynek stajni z sześcioma boksami dla koni. Z drzwi odchodziła płatami biała farba, a drewno framug zostało pogryzione przez rozlicznych mieszkańców stajni. Dookoła koryta z wodą walały się kawałki słomy i siana; pełno ich było także na podwórzu przed stajnią. Amy westchnęła. Przydałoby się zamieść podwórze, a w stajniach z tyłu bałagan był chyba jeszcze większy.

Spojrzała na pola. Konie i kuce różnych maści i wielkości pasły się tam leniwie w promieniach wrześniowego słońca. Ten widok dodał jej otuchy. Wiedziała, że gdyby nie schronisko w Heartlandzie, większość tych zwierząt dawno już by uśpiono. Fakt, że pasły się teraz zdrowe i zadowolone, nadawał sens ich ciężkiej pracy.

W Heartlandzie przebywało obecnie szesnaście koni - dwanaście z nich uratowano przed zaniedbaniem i maltretowaniem. Teraz były leczone z urazów, aby w przyszłości mogły znaleźć nowy dom. Trzy konie pochodziły od prywatnych właścicieli, którzy przysłali je do Heartlandu, by wyleczyć je z narowów. Był jeszcze Pegaz - dawny koń taty, należący do niego przed wypadkiem w konkursie skoków. Kiedy tata odszedł od nich, Pegaz skierował swe uczucia ku mamie. Amy popatrzyła na pusty boks w końcu stajni. Biedny Pegaz! Bez niej był taki nieswój!

Otworzyły się drzwi domu i Lou wyszła na podwórze.

- Nowy klient? - zapytała Amy, chociaż wiedziała już, jaka będzie odpowiedź. Mogła wyczytać to z wyrazu twarzy Lou.

- Nie. To pomyłka - westchnęła Lou, omiatając wzrokiem podwórze. - Musimy jak najszybciej zapełnić te boksy, Amy. Konie od prywatnych właścicieli to nasze jedyne źródło dochodu.

Amy kiwnęła głową. Dzięki opłatom za leczenie prywatnych koni mogli pozwolić sobie na ratowanie zwierząt przed okrucieństwem.

- Nie rozumiem jednego: dlaczego tak nagle ludzie przestali przysyłać do nas swoje konie? - Lou zmarszczyła brwi. - Po tym, jak Nick Halliwell rozpowiedział o nas wśród swych znajomych, mieliśmy parę zgłoszeń, a teraz cisza.

- Mogę zadzwonić do niego i zapytać, czy nie zna kogoś, kto potrzebowałby naszej pomocy - zaproponowała Amy. Nick Halliwell był słynnym jeźdźcem. Dwa miesiące temu Amy wyleczyła jednego z jego utalentowanych koni ze strachu przed wsiadaniem do przyczepy i od tego czasu Nick Halliwell polecał Heartland swoim znajomym.

- Warto spróbować - zgodziła się Lou.

Ale kiedy Amy zadzwoniła do stadniny pana Halliwella, okazało się, że wyjechał za granicę na zawody.

- Wróci dopiero za trzy tygodnie - wyjaśniła sekretarka.

Amy posmutniała, odkładając słuchawkę.

- Nic z tego - powiedziała, odwracając się do Lou, która siedziała przy kuchennym stole.

- To bardzo dziwne - Lou zmarszczyła brwi. - Od ponad tygodnia nie mieliśmy ani jednego zgłoszenia.

To rzeczywiście było zaskakujące. Rzadko kiedy przez tydzień nie mieli ani jednej propozycji. Amy poczuła niepokój, ale oddaliła od siebie złe myśli.

- Wszystko wróci do normy - starała się, by jej słowa zabrzmiały optymistycznie.

- Mam nadzieję, że masz rację - powiedziała Lou. - Będą problemy, jeśli nasza sytuacja się wkrótce nie poprawi - westchnęła i wstała. - No, dobrze, trzeba by się chyba zabrać za pokój mamy.

Amy wstrzymała oddech. "Pokój mamy" - te słowa niczym echo wracały do niej w myślach. Od czasu, kiedy umarła mama, jej pokój pozostawał nietknięty. Teraz jednak przyjeżdżała na parę tygodni przyjaciółka Lou, Marnie Gordon, i potrzebny był im dodatkowy pokój. To Lou podjęła decyzję, by zrobić z tym wreszcie porządek.

- To nie powinno zabrać nam zbyt wiele czasu - powiedziała Lou do Amy, gdy wchodziły po schodach. - Możemy podzielić rzeczy mamy na dwie kupki: na jedną to, co zatrzymujemy, na drugą - rzeczy do wyrzucenia.

Lou otworzyła drzwi i weszła do pokoju.

Amy zatrzymała się na progu. Od śmierci mamy starała się omijać jej pokój. Widok tylu znajomych przedmiotów i delikatny zapach perfum mamy wyzwolił falę uczuć. Amy próbowała zapanować nad sobą. Minęły już trzy miesiące i rozpacz po stracie mamy była nieco mniejsza, ale wystarczyła drobna nawet rzecz, by ból powrócił.

- No, dobrze - Lou podeszła do sterty kartonów, przyniesionych tu wcześniej. - Do tego pudła włożymy rzeczy, które zatrzymujemy, a rzeczy do wyrzucenia kładźmy tam - obeszła pokój i odkaszlnęła. - Zaczniemy chyba od szafy z ubraniami.

Amy weszła do pokoju, poruszając się niczym we śnie. Zdjęcia koni na ścianach, kurtka przewieszona przez oparcie krzesła, przekrzywiona pościel na łóżku, szczotka z zaplątanymi włosami... Wszystko wyglądało tak, jakby mama nadal żyła, jakby w każdej chwili miała wrócić...

Lou otworzyła dębową szafę i przez moment wpatrywała się w rząd dobrze jej znanych ubrań. Wyciągnęła rękę i dotknęła jednej ze spódnic, a Amy zauważyła, że siostra ciężko przełyka ślinę. Ale kiedy znowu się odezwała, jej głos brzmiał już normalnie.

- Zajmiemy się najpierw tym? - zawahała się, a po chwili wyjęła z szafy kilka bluzek. - Wszystko, co jest jeszcze w dobrym stanie, można oddać na cele charytatywne, a resztę możemy chyba wyrzucić.

- Nie wyrzucimy rzeczy mamy - powiedziała szybko Amy i spojrzenia sióstr spotkały się.

- Ale trzeba przecież zrobić miejsce na rzeczy Marnie! - Lou zmarszczyła czoło.

Amy czuła, że nie zniesie myśli o pozbyciu się wszystkiego, co należało do mamy. Jeszcze nie teraz.

- A nie możemy tego po prostu schować gdzie indziej? - Amy podeszła do szafy i wyciągnęła zielone bryczesy. Poczuła ucisk w żołądku: w pamięci miała jeszcze bowiem obraz mamy, kilka dni przed śmiercią, właśnie w tych spodniach.

- No, dobrze - Lou dała za wygraną. - Powinno się znaleźć miejsce w piwnicy.

Zapakowanie wszystkich ubrań nie zajęło im zbyt wiele czasu. Amy składała spodnie, koszule i swetry leżące na półkach, a Lou zdejmowała z wieszaków bardziej eleganckie stroje mamy i pakowała je sprawnie do kartonów. Przy ostatnim ubraniu zatrzymała się.

- Kurtka mamy - wyszeptała, przypatrując się kurtce do jazdy konnej, granatowej z bordowymi wyłogami.

Widząc wzruszenie w oczach Lou, Amy sama poczuła ból w sercu. Mama zrezygnowała z kariery jeździeckiej dwanaście lat temu, po wypadku, w którym Pegaz i tata zostali poważnie ranni. Amy miała wtedy zaledwie trzy lata i tak naprawdę nie pamiętała niczego z tamtego okresu. Jej pierwsze wspomnienia dotyczyły życia w północno-wschodniej Wirginii, w domu dziadka, dokąd przeprowadziły się z mamą, ale zdawała sobie sprawę, że Lou - która wtedy miała jedenaście lat - zachowała wiele wspomnień związanych z Anglią. Wspomnień, które na widok kurtki mamy najwyraźniej powróciły.

Lou zamrugała szybko powiekami, złożyła kurtkę z czułością i położyła na pozostałych ubraniach, po czym zabrała się do porządkowania dołu szafy.

- Ale tu bałagan - powiedziała stłumionym głosem, wyciągając pudła z butami, akcesoria do makijażu i pudełka kremów.

Amy w milczeniu wyjęła stertę butów, wśród których znalazła pudełko. Otworzyła je.

- Zdjęcia! - zawołała, widząc dwa wyblakłe błękitno-złote albumy i koperty pełne luźnych fotografii. Otworzyła pierwszy z brzegu album.

- Zobacz, Lou! To ty! - Amy nie miała wątpliwości, kim jest złotowłosy berbeć z wielkimi jak spodki niebieskimi oczami, uwieczniony na każdym prawie zdjęciu.

- Tak, to ja - przyznała Lou, zaglądając siostrze przez ramię.

- A tu mama i tata.

Amy spoglądała na zdjęcia dziwnie młodych rodziców: wysokiego ojca z ciemnymi kręconymi włosami, uśmiechającą się do niego szczupłą i niską mamę, o takich samych jak Lou niebieskich oczach i jasnych włosach.

Przewróciła stronę. Następne zdjęcia przedstawiały stajnie rodziców w Anglii - z boksów postawionych wokół zadbanego kwadratowego podwórza wyglądały konie. Potem były zdjęcia z konkursów: mama na pięknej gniadej klaczy o imieniu Delila i tata na Pegazie. Niektóre fotografie przedstawiały małą, może pięcioletnią Lou pokonującą przeszkody na małym srokatym kucyku.

- To Minnie - powiedziała Lou z uśmiechem, kucając obok Amy. - Tata kupił mi ją, kiedy miałam trzy latka, ale kiedy ty podrosłaś, zawsze chciałaś na niej jeździć, więc tata kupił mi Nuggeta.

- Zobacz, to ty, zaraz po urodzeniu! - powiedziała Lou, otwierając drugi album.

Amy spojrzała na zdjęcie noworodka, po czym przekartkowała album. Zatrzymała się na zdjęciach przedstawiających ją jako dwulatka - chudą dziewczynkę o jasnobrązowych włosach i szarych oczach, prawie zawsze stojącą przy koniu albo na nim siedzącą. Wyglądała zupełnie inaczej niż Lou - była chyba bardziej podobna do ojca.

Lou wskazała na zdjęcie, na którym cała rodzina siedziała na plaży przy ogromnym zamku z piasku. Wszyscy byli uśmiechnięci.

- Byliśmy w Hiszpanii, ty miałaś trzy lata, a ja jedenaście.

Amy zaczęła przewracać kartki, pragnąc zobaczyć więcej, ale zdjęcia nagle się skończyły. Reszta albumu była pusta. Amy spojrzała na siostrę.

- Wypadek taty - powiedziała cicho Lou.

Amy wzięła do ręki koperty i wysypała zdjęcia na podłogę. Byli na nich ona, mama i dziadek w Heartlandzie. Miała o jakiś rok więcej, ale i mama się zmieniła: jej twarz spoważniała, a oczy posmutniały.

- A to ja - powiedziała Lou, biorąc jedną z fotografii. Przedstawiała poważnie wyglądającą Lou w eleganckim mundurku szkolnym i ze szkolną teczką w ręku, stojącą przed wejściem do swojej angielskiej szkoły.

Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginału
Breaking Free
 
Projekt serii
ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ
 
Ilustracje na okładce
? Working Partners LTD
? zuzule / fotolia.com
 
Koordynacja projektu
SYLWIA MAZURKIEWICZ-PETEK
 
Redakcja
MARIA SZARF
 
Korekta
AXIS
 
Redakcja techniczna
AXIS
 
 
Copyright ? Working Partners Ltd, 2000
Heartland is a trademark of Working Partners Ltd.
 
Polish edition ? Publicat S.A. MMVI, MMXIX (wydanie elektroniczne)
 
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
 
All rights reserved.
 
 
ISBN 978-83-271-5990-8
 
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
 
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
 
Oddział we Wrocławiu
50-010 Wrocław, ul. Podwale 62
tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66
e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl
 
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej