1
Pięć dni później
USS "Cheyenne"
Punkt skoku Beta, system Ares
- Element Alfa - rozkazała Nadine - wejść w punkt. Beta zapewnia osłonę, a Gamma pozostaje jako bezpośrednie wsparcie konwoju.
Dowódcy poszczególnych elementów potwierdzili polecenie. Zespół Alfa z przyspieszeniem czterech g oddalał się od kolumny, zespół Beta dłużej zajmował pozycję. "Cheyenne" wraz z eskortą pozostał z tyłu, tworząc wsparcie bezpośrednie. Admirał Brookes czekała na wyniki dalekiego rozpoznania.
Nazwa systemu Ares wzięła się stąd, że jedyna planeta w tym układzie jako tako nadająca się do zamieszkania warunkami naturalnymi przypominała nieco Marsa. Ktoś zdecydował więc, że skoro bóg wojny ma planetę nazwaną jego łacińskim imieniem, to jej odpowiednik w odległym układzie może nosić imię greckie.
Jednak już pierwsze badania spowodowały ogromne poruszenie wśród kompanii górniczych z powodu absolutnie niespotykanej do tej pory ilości rzadkich pierwiastków. Cała planeta praktycznie się z nich składała. Nawet biorąc pod uwagę koszty transportu i utrzymania pozaziemskiej kolonii, eksploatacja Aresa była na tyle opłacalna, by załamać kilka ziemskich monopoli i wstrząsnąć światową ekonomią.
"Na ziemi jest kilka państw, które nie uronią nawet jednej łzy nad utratą tych instalacji" - pomyślała Nadine, zaczynając sortować informacje napływające z głębi systemu.
Na skanerach pasywnych wszystko wydawało się w porządku. Nic na Aresie i jego księżycach nie wzbudzało niepokoju. Znając jednak upodobanie przeciwnika do chowania się w słońcu, admirał podchodziła do tych danych z dużą rezerwą.
Czujniki grawitacyjne wskazywały dokładnie to, co powinny - żadnych śladów przyspieszeń sugerujących czyjeś zabawy z czasoprzestrzenią. Nadine w końcu uspokoiła się nieco i cały czas obserwując główną gwiazdę układu, zajęła się rozmieszczeniem własnych sił i doprowadzeniem kolumny z pomocą na czas.
Dotarcie na orbitę Aresa zajęło konwojowi dwa dni od chwili wejścia w system. Wolne tempo przemieszczania pozwalało elementom prowadzącym na pełny skan systemu. Brookes nie spodziewała się oczywiście, że wykryje cokolwiek, jednak zaniechanie byłoby poważnym błędem. Nawet stosunkowo mała przestrzeń systemu Ares była wystarczająco duża, by warto było przyjrzeć się jej bardzo dokładnie.
W Układzie Słonecznym nadal znajdowano obiekty rozmiarów planety, pomimo że od rozpoczęcia lotów międzyplanetarnych upłynął wiek. Oczywiście nie znajdowały się one w centrum Układu, jednak za orbitą Plutona było ich sporo. Te, które odkryto, skolonizowane zostały przez różne państwa. Wybudowano na nich bazy naukowe i założono kopalnie.
A były to planety. Okręt, nawet duży okręt, mógł się ukryć praktycznie wszędzie.
Mając to na uwadze, Nadine przekierowała bojową część swojego zespołu tak, by okręty mogły wypatrywać jednostek maskujących się w słońcu lub w okolicach gazowych gigantów. Po wykonaniu tego zadania jej rola sprowadzała się do koordynacji działań kolumny lecącej z pomocą.
Obserwowała, jak statki wysyłają wahadłowce mające na pokładach zarówno zapasy, jak i materiały konstrukcyjne niezbędne do budowy nowego łącza. Jego instalacja miała potrwać w najlepszym wypadku kilka dni, przy założeniu, że kotwice pozostały nienaruszone. W przeciwnym wypadku, w razie konieczności wyboru nowych miejsc i budowy nowych zakotwiczeń, okres ten wydłużał się do tygodni. Dla załóg jednostek bojowych był to czas obserwacji i oczekiwania.
Dowództwo Zjednoczonej Floty Solarnej
Port kosmiczny Ameryka, New Mexico
To, co kiedyś było jednym z najbardziej sennych biur w całym mieście, obecnie tętniło aktywnością. ZFS przez długi czas funkcjonowała przy tak drastycznie małym budżecie, że już dawno na nic nie było jej stać. Teraz jednak, przy ogromnym zaangażowaniu amerykańskim i brytyjskim, budżet wzrósł stukrotnie, wprawiając administrację niemal w zażenowanie.
Admirał John Givens przez wiele lat był głosem oburzenia i frustracji, narzekając na sposób, w jaki traktuje się organizację zabezpieczającą ponad osiemdziesiąt procent transportu międzyplanetarnego. A teraz, jakby za karę, stał się odpowiedzialny za nagle rozrośnięte finanse i odkrył, że na ich ogarnięcie dni stały się zbyt krótkie.
Oczywiście sytuacja nie wyglądała wcale tak, że pieniędzy było za dużo. Nie podczas wojny. Problem polegał jednak na tym, że w leniwych czasach poprzedzających inwazję na Haydena spora część infrastruktury, tak obecnie potrzebnej, uległa zniszczeniu lub też nigdy nie została wybudowana. Tak więc admirał zawalony teraz był kontraktami, aplikacjami czy wnioskami personalnymi. Sprawę dotacji zlecił podwładnym. Kontrakty przydzielone zostały komisji budżetowej, której był przewodniczącym, ale nie wtrącał się zbytnio w jej prace. Wnioskami personalnymi postanowił jednak zająć się osobiście.
W ZFS dramatycznie brakowało personelu.
W początkowej fazie wojny Flota straciła około osiemdziesięciu procent swoich sił. Po śmierci Sweeta i Shepharda Givens znalazł się w kropce. Ci dwaj admirałowie byli jednymi z najlepszych znanych mu oficerów, a ich wiedza stanowiła ponad pięćdziesiąt procent doświadczenia bojowego dowództwa strategicznego Floty. Ich załogi wnosiły osiemdziesiąt procent takiego doświadczenia, jeśli chodzi o marynarzy, podoficerów i młodszych oficerów.
Oczywiście nie znaczyło to, że Nadine Brookes brakowało doświadczenia, natychmiast poprawił się w myślach Givens. Była ona jednak typowym przykładem oficera rozpoczynającego drogę kariery od szczebli naukowych, dla którego taktyka i strategia niewiele różniły się od gier komputerowych.
Inną sprawą, która zaprzątała umysł admirała, a o której nieco obawiał się mówić głośno, był fakt, że siedemdziesiąt procent kapitanów okrętów, dowodzących obecnie jednostkami, stanowiły kobiety. Oczywiście nie chodziło o jakąś dyskryminację z jego strony, jednak to kobiety zazwyczaj wybierały naukową ścieżkę kariery, a mężczyźni taktyczną.
Nie urażając pań, Givens potrzebował obecnie doświadczonych taktyków i strategów.
Mając to wszystko na uwadze, przyznawał absolutny priorytet aplikacjom złożonym przez ludzi z doświadczeniem bojowym. To faworyzowało oczywiście mężczyzn, ale nic nie dało się z tym zrobić. Jako kapitanów nowych okrętów klasy Cheyenne, które opuścić miały Alamo, Givens chciał mieć doświadczonych wojowników, nie naukowców.
Następna grupa zadaniowa, którą ZFS zmontuje do misji, w żadnym wypadku nie mogła być ironicznie nazywana "Task Force Walkiria".
Sorilla czekała w biurze Wydziału Służby Zdrowia, wezwana przez przełożonych. Teoretycznie powinna móc przekazać im wszystko, czego potrzebowali, z biura ZFS w New Mexico, jednak z jakiegoś powodu nalegali na jej osobistą obecność w Fort Bragg.
- Sierżant Aida?
Spojrzała na zbliżającą się kobietę w mundurze i potwierdziła.
- Zgadza się.
- Doktor Prescott za chwilę panią przyjmie.
- Dziękuję - odpowiedziała sierżant, wstając.
Czas dowiedzieć się, o co tu chodzi.
Prescott był wielkim mężczyzną, i to wcale nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Miał około pięćdziesięciu kilogramów nadwagi i łysiał, jednocześnie brakowało mu tego stereotypowego uroku, jaki zwykle towarzyszy jowialnym grubasom. Zamiast tego wydawał się poukładany i zdyscyplinowany, co w połączeniu z jego figurą tworzyło dziwny dysonans.
- Pani sierżant - powiedział, nie patrząc na Sorillę. - Proszę siadać.
Wolałaby postać, ale wyglądało na to, że sprawa jest poważniejsza, niż przypuszczała, więc siadła, robiąc głęboki wdech. W końcu doktor skończył czytać akta i spojrzał na nią.
- Założę się, że jest pani ciekawa wyników.
- Nie da się ukryć, sir.
Doktor wygiął usta w półuśmiechu, który nie wyrażał wesołości, a manifestował jego poczucie panowania nad sytuacją.
- Po powrocie z Haydena pani akta zostały poddane analizie. W normalnej sytuacji prawdopodobnie nie przysłano by ich tutaj, ale trwa wojna. A to zmienia pewne procedury.
- To znaczy?
- W zasadzie pani implanty powinny zostać zmodyfikowane za dwa lata, prawda?
Sorilla pokiwała głową. Implanty komputerowe i inne ulepszenia, które poza poziomem wyszkolenia odróżniały operatora Wojsk Specjalnych od zwykłego piechocińca, teoretycznie obliczone były na funkcjonowanie przez dekady, jednak uaktualniano je co jakiś czas. Armia starała się zapewnić absolutne nowości, często o lata wyprzedające technologicznie to, co dostępne było na rynku, a oprogramowanie odświeżać tak często jak możliwe. Jednak aktualizacja oprogramowania nie wystarczała. Konieczna była również interwencja chirurgiczna w celu wymiany samego sprzętu.
- Powiadomiono mnie, że istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że w momencie planowej wymiany będzie pani w trakcie wykonywania misji, a biorąc pod uwagę charakter wykonywanych przez panią zadań, zdecydowano, że należy przyspieszyć termin wymiany.
Sorilla musiała ukryć grymas niezadowolenia, choć wieści mogły być gorsze. Jednak myśl o ponownym cięciu gałek ocznych mogła przyprawić o dreszcz. Nie dlatego, że było to bolesne. Przy znieczuleniu miejscowym i blokadzie nerwowej nie czuło się w ogóle bólu. Jednak lekarze wymagali, aby podczas całego zabiegu pacjenci byli przytomni w celu kalibracji sprzętu. Patrzenie, jak ktoś ostrym narzędziem tnie gałkę oczną, by dostać się do jej wnętrza, absolutnie nie zaliczało się do przyjemności. Z bólem czy bez niego.
Nawet jeśli Prescott zauważył jej grymas, nie wyglądało, by się tym przejął. Otworzył kciukiem następny folder na tablecie i mówił dalej:
- Mamy dla pani także nowy komputer wewnętrzny i kilka modyfikacji genetycznych, które właśnie zostały zatwierdzone do testowania na ludziach. Ponieważ operacja unieruchomi panią na miesiąc, zasugerowano, by wszystko wykonać za jednym razem. W zasadzie wyraziła pani już zgodę na wszystkie te zabiegi w momencie przeniesienia do Wojsk Specjalnych, ale ponieważ wiele z tych dodatków nadal zalicza się do eksperymentalnych, przeprowadzimy panią przez cały proces ze szczególną troską.
"O cholera". Westchnęła najciszej, jak tylko mogła. Technologia odgrywała kluczową rolę na współczesnym polu walki, ale mogło się wydawać, że dowództwo nie spocznie, dopóki nie zamieni swoich operatorów w zdalnie sterowane drony, którymi można będzie kierować zza wielkiego biurka.
- Fazy odpoczynku i treningu[3] w zasadzie mogłyby w tym przeszkodzić, biorąc pod uwagę obecne zapotrzebowanie na personel, jednak ze względu na przewidziane przesłuchania wypadła pani z normalnego cyklu, co daje nam spore okno czasowe - powiedział Prescott spokojnym tonem. - Możemy rozpocząć instruktaż?
Marszcząc brwi, Sorilla skinęła głową.
- Tak jest, sir.
- Doskonale.
USS "Cheyenne"
Wysoka orbita Aresa
- Kapitan "Prometeusza" zameldował, że są zakotwiczeni i obracają się normalnie, panie kapitanie.
Patrick nie podnosił wzroku znad sporządzanych właśnie notatek.
- Dobra wiadomość, poruczniku. Kiedy będą mogli zacząć testować łącze?
- Za kilka godzin, sir.
- W porządku. Przekażę to pani admirał. Dziękuję.
Kapitan skończył notatki i odwrócił się, by sprawdzić status "Prometeusza". Jak większość statków badawczych starszego typu, USV "Prometeusz" skonstruowany został tak, by w razie potrzeby mógł służyć jako stacja orbitalna. Mógł zawisnąć na orbicie z dyszami VASIMR skierowanymi w stronę planety, a następnie zrzucić łącze o długości stu dwudziestu tysięcy kilometrów w ręce ekipy czekającej, by go zakotwiczyć.
Łącze chroniło statek przed wyrzuceniem w przestrzeń przez siłę odśrodkową i zapewniało łatwy i efektywny transport z ziemi na orbitę. Konstrukcja "Prometeusza" umożliwiała mu nawet wystrzeliwanie pakietów balistycznych przy użyciu siły odśrodkowej, co było przydatne choćby w górnictwie.
"Jednak z punktu widzenia obrony to siedząca kaczka" - pomyślał Patrick.
Statek wyposażony został w wystarczającą ilość rakiet, by wygrać kilka tuzinów ziemskich wojen, a planowano jeszcze go dozbroić, skoro pozbył się już ładunku ponad stu tysięcy kilometrów łącza. Posiadał wszystko - od rakiet nuklearnych po wyrzutnie pocisków kinetycznych, czyli Papa Kilo, jednak nadal nie mógł manewrować. Co gorsza, ponad połowa dróg podejścia do planety zasłonięta była przez nią samą. Jeśli okręty przeciwnika zbliżyłyby się od strony Aresa, broń stacji orbitalnej nie mogłaby ich namierzyć aż do momentu, kiedy byłoby już za późno.
Istniały plany rozwiązania tego problemu. Sieć satelitów miała być pierwszym krokiem, ale dopóki dział badawczy nie wynajdzie jakiegoś sposobu obrony przed bronią grawitacyjną przeciwnika, niewiele da się zrobić. Normalnie Patrick rekomendowałby opuszczenie planety. Można było ewakuować naukowców lub przesłać im zaopatrzenie i nakazać zejście głęboko do wnętrza planety, jednak tworzenie kolejnej stacji orbitalnej wydawało się szaleństwem. Niestety, wartość minerałów z Aresa była tak wielka, że ZFS nie mogła sobie pozwolić na utratę systemu.
Zaopatrzyła więc "Prometeusza" w ogromną ilość broni i wykonała dla niego specjalnie zaprojektowane łącze. Większość łączy karbonowych mogła umożliwić ruch windy i zapewnić wzajemne wsparcie dla bazy na planecie i bazy orbitalnej. To, którym dysponował "Prometeusz", było jednak nieco inne.
Cząsteczki węgla tworzące wstęgę zostały pracowicie uporządkowane w procesie, który trwał miesiące i kosztował miliardy dolarów. Perfekcyjne ułożenie wiązań atomowych dało wstędze właściwości superprzewodnika, który, połączony z wielkim wojskowym reaktorem przygotowanym do instalacji na powierzchni, miał zapewnić stacji orbitalnej zasilanie dla energochłonnych akceleratorów magnetycznych napędzających Papa Kilo.
Kapitan westchnął, wypinając się z fotela, zapisał swoje notatki. Potem odepchnął się i podryfował w kierunku rury łączącej pomieszczenie z mostkiem admiralskim. Kiedy znalazł się na miejscu, zauważył, że admirał przypięła się do swojej stacji i zajęła pracą, zaś jej adiutant dryfowała w drugim końcu pomieszczenia, sprawdzając coś na wyświetlaczach.
- Hmm - chrząknął niegłośno.
Nadine Brookes odwróciła głowę, zauważając go kątem oka.
- Spocznij, kapitanie.
- Proszę o pozwolenie wejścia do pomieszczenia.
- Udzielam.
Admirał zamknęła komputer i rozpięła pasy mocujące ją do fotela.
- Co pana sprowadza, kapitanie?
- "Prometeusz" melduje, że za kilka godzin rozpoczną testowanie łącza. Biorąc pod uwagę wszystkie inne meldunki, jesteśmy dwa dni do przodu w stosunku do planu.
- Doskonale. Wiem, że to ważny system, ale nie mogę się doczekać, kiedy go opuścimy - odparła Brookes. - TF5 ma przed sobą ważniejsze zadania. Obcy nie wrócą tutaj, a przynajmniej nieprędko.
- Ma'am? - Nie można było powiedzieć, że Patrick całkowicie się z nią nie zgadzał, jednak jej sposób rozumowania budził niepokój.
- Oni szukają teraz nas, Ziemi - westchnęła - i wiemy, że nie dysponują nieograniczonymi środkami. Gdyby tak było, nigdy nie odzyskalibyśmy przyczółku na Haydenie. Nie, nie będą tracić sił na system, w który już uderzyli i którym zbytnio się nie interesują.
Patrick w zasadzie zgadzał się z tą opinią. Przeciwnik najwyraźniej miał ograniczone możliwości, w innym wypadku widziano by już więcej jego okrętów. ZFS umieściła posterunki w wielu systemach i tylko kilka z nich potwierdziło, że widziało okręty przeciwnika. Nigdy też nie widziano grupy większej niż dwie lub trzy jednostki.
Najprawdopodobniej Ziemianie mieli do czynienia z elementem rozpoznawczym, składającym się z krążowników. Żaden okręt liniowy ani tym bardziej lotniskowiec nie pojawił się jeszcze w zasięgu. Nie wiadomo było, czy przeciwnik w ogóle posiadał tego typu okręty, jednak Patrick skłonny był przypuszczać, że dysponuje on jednostkami cięższymi niż to, co dotychczas wprowadził do walki.
Oczywiście, biorąc pod uwagę naturę jego głównej broni, istniała także możliwość, że kapitan mylił się całkowicie. Trudno było sobie wyobrazić coś potężniejszego od dział grawitacyjnych. Z drugiej jednak strony, mogły istnieć większe okręty, zaopatrzone w lepsze systemy obrony punktowej, których główna broń dysponowała większym zasięgiem.
Każdy z tych elementów z osobna, a tym bardziej połączone, mógł sprawić, że przeciw pojedynczemu, dużemu okrętowi przeciwnika trzeba by wystawiać pełną Task Force.
- To najprawdopodobniej prawda, pani admirał, jednak Ares jest niezwykle ważnym ogniwem w naszym łańcuchu zaopatrzenia. Gdyby wiedzieli, jak ważnym, nigdy by go nie opuścili.
- Wiem, ale po tym, co stało się z Task Force Trzy, chcę ich mieć na oku, kapitanie.
Patrick zmarszczył brwi.
"Czyżby znała bliżej kogoś z grupy bojowej Shepharda?"
Sam sobie odpowiedział na to pytanie.
"Oczywiście, że kogoś znała. Wszyscy znaliśmy, ZFS nie jest taka duża. Ale to wygląda na coś osobistego. Mam nadzieję, że nie chodzi jej po głowie jakiś pomysł na zemstę. Dla dowódcy Task Force to niezbyt rozsądna motywacja".
Coś w wyrazie jego twarzy musiało zdradzić, o czym myślał, bo admirał uśmiechnęła się.
- Proszę się nie obawiać, kapitanie. Nie mam zamiaru pchać grupy w jakąś idiotyczną misję odwetową. Oni wkrótce i tak wejdą nam w drogę, nie mam co do tego wątpliwości. Nie unikniemy tego, choćbyśmy chcieli. Prawdę mówiąc, pomimo całej frustracji zadowolona jestem z każdej sekundy, która nas od tego dzieli. Musimy mieć nadzieję, że naukowcom uda się wreszcie wymyślić jakiś sposób na tę ich przeklętą broń grawitacyjną. W innym wypadku będzie to króciutka wojenka, która nie zostanie nawet odnotowana w ich historii.
Patrick pokiwał głową, choć zdecydowanie wolałby móc się z tym nie zgodzić.
- A pani chciałaby mieć w niej cały rozdział?
Nadine uśmiechnęła się smutno.
- Jeśli mamy zginąć jako gatunek, chcę, żeby napisano o tym książki, ballady, nakręcono filmy. Nic poniżej tego mnie nie interesuje.
Cassius Aida niósł tacę do pokoju córki, a przed oczami miał obrazy z przeszłości. Minęło wiele lat, odkąd czynił to ostatni raz, wtedy nie było jej nic poważniejszego niż zwykła grypa, ale towarzyszyło temu identyczne uczucie.
- Twoja kolacja, hija - powiedział miękko.
Sorilla lekko jęknęła, podnosząc się na łóżku do pozycji siedzącej. Lekarze dezaktywowali jej blokadę nerwową, aby uchronić ją przed komplikacjami. Z doświadczenia wiedzieli,że ludzie pokroju Sorilli, decydujący się na wykonywanie tego rodzaju zajęcia, nie są skłonni dobrowolnie leżeć w łóżku. Sierżant miała więc do wyboru: pozostanie w szpitalu pod stałą kontrolą lub wyłączenie blokady. Szpitali nie cierpiała jeszcze bardziej niż bólu.
- Dzięki - wymamrotała oszołomiona farmaceutykami.
Doktorzy byli jednak dziwni. Czysta blokada nerwowa była czymś złym, ale szprycowanie jej morfiną czy jakimś jej odpowiednikiem jak najbardziej w porządku.
"Prawdopodobnie chodzi o to, że nafaszerowana tym gównem i tak nie mogę chodzić" - pomyślała dziewczyna.
Ojciec położył tacę obok niej i pomógł jej się przekręcić przy wtórze jęków.
- Wszystko w porządku?
- Będę żyła.
Westchnął, kręcąc głową.
- Za moich czasów sprzęt nosiło się na ciele, tam, gdzie jego miejsce. Spędziłem mnóstwo czasu, walcząc z pomysłami wsadzania tego do wnętrza człowieka.
- Nie ściemniaj, tato, masz co najmniej tyle samo implantów, co ja.
- Tylko dlatego, że nie byłem wystarczająco skuteczny w powstrzymywaniu ludzi przed wkładaniem ich do naszego organizmu - powiedział kwaśno. - I nie mówię tu o implantach medycznych.
- Czasy się zmieniają - przyznała Sorilla teatralnym tonem, zmuszając się do jedzenia. - Wydaje mi się, że armia miała dość staruszków gubiących całe wyposażenie, którego nie mieli w sobie.
Cassius wybuchnął śmiechem.
- Pewnie tak. Widzę, że czujesz się znacznie lepiej. Wystarczająco dobrze, by wdawać się w przekomarzanki.
- Branie mnie na oczywistą przynętę nie sprawi, że nie skopię ci tyłka, mimo iż jesteś nieuzbrojony.
- I wystarczająco przytomna, by wychwycić oczywistą przynętę - powiedział tym samym tonem Cassius. - Będziesz zdrowa za kilka dni.
- Dwa tygodnie - mruknęła. - Dopiero za dwa tygodnie wrócę do treningów.
- Wytrzymasz - powiedział, patrząc na nią z rozbawieniem.
Jako były ranger Cassius znał to uczucie, kiedy człowiek zmuszony jest leżeć w łóżku, a jego sprawność gdzieś znika. Frustracja kogoś, kto całe swoje życie definiuje przy pomocy aktywności fizycznej, była niemal namacalna. Wiedział jednak także, że czasem z bólem dało się wygrać, a czasem trzeba było się poddać. Tym razem jego ukochana córka musiała się nauczyć, że poddanie się oznacza po prostu ochronę samej siebie, czas na przygotowanie do następnych bitew.
Sorilla patrzyła na niego przez chwilę, a później wróciła do jedzenia, obserwując świat przez nowe implanty. OLED-y o lata świetlne wyprzedzały te, których używała uprzednio, a które dysponowały tylko dwoma kolorami, zielonym i czerwonym, oraz bardzo ograniczoną grafiką. Nowe zapewniały pełną gamę kolorów i prawie naturalną rozdzielczość. Kiedy patrzyła na jedzenie, komputer analizował je w czasie rzeczywistym. Rzecz jasna zdolności kulinarne jej ojca nie robiły na nim wielkiego wrażenia.
Zdolne do analizy hiperspektralnej soczewki były w stanie rozpoznać skład chemiczny na podstawie koloru i sposobu odbijania się światła. Sama technologia nie była nowością, Sorilla pracowała już z przenośnymi zestawami o podobnych możliwościach, jednak nie słyszała nawet plotek, że ich miniaturyzacja posunęła się tak daleko.
Minusem było to, że po kilku minutach analizy Sorilla poczuła się zmuszona wyłączyć wyświetlacze, by w spokoju zjeść posiłek. Nie musiała znać wszystkich pierwiastków śladowych, które wchodziły w jego skład. Wystarczyło jej, że wiedziała, czy jest trujący, czy nie. Jej nowe implanty o kilka generacji wyprzedzały to, co dostępne było na rynku cywilnym, chociaż zazwyczaj sprzęt wojskowy pochodził ze starszych technologii. Po pierwsze dlatego, że był przez to lepiej sprawdzony i bardziej wytrzymały, po drugie, zdobycie wszystkich oficjalnych rządowych certyfikatów trwało lata. Ale niektóre jednostki, takie jak ta, w której służyła, wyposażane były w sprzęt pozostający w fazie testów, tak by mógł on zostać sprawdzony w boju, a uwagi specjalistów wykorzystane przy masowej produkcji dla zwykłych piechocińców.
Wielordzeniowy procesor w jej klatce piersiowej to jedno, ale Sorilla mogła przysiąc, że te, które wszczepione zostały do jej systemu nerwowego, sprawiały ból za każdym razem, gdy o nich pomyślała.
Wojsko rozważało wiele opcji programów narkotykowych przez lata, posuwając się nawet do wszczepiania niektórym żołnierzom dawek jako części wyposażenia bojowego, lecz ich negatywne działanie spowodowało, że nie zostały wprowadzone na szeroką skalę. Sorilla stała się jednak teraz właścicielem alternatywnego rozwiązania, które armia miała dla tego problemu, a mianowicie zestawu miniaturowych procesorów przeznaczonych do wyzwalania produkcji jej własnych hormonów, niezbędnych w sytuacjach bojowych.
Trochę adrenaliny tutaj, nieco dopaminy, by zniwelować drżenie i niepokój - aż do osiągnięcia pożądanego efektu. Przepis na cały ten koktajl miał kilka kartek długości, ale były to substancje produkowane przez ludzkie ciało. Przydatny dodatek dla kogoś, kto wiódł życie w miejscach nieprzyjaznych człowiekowi i ciągle walczył.
Wszystko to było wspaniałe, jednak następny miesiąc Sorilla miała poświęcić na rehabilitację, przywracanie ciała do stanu używalności, a potem co najmniej dwa, by nauczyć się w pełni korzystać z nowych udogodnień. To oznaczało przynajmniej trzy miesiące, zanim wróci do służby, a najgorsze w tym wszystkim było to, że cały ten czas będzie musiała odpowiadać na głupie pytania ważniaków zza biurek dotyczące tego, co robiła na Haydenie.
Trening dało się przeżyć, nawet rehabilitacja nie była niczym więcej jak wyganianiem z ciała słabości. Wstąpiła jednak do Zielonych Beretów po to, by raz na zawsze uwolnić się od aroganckich oficerów i sal konferencyjnych.
"Następnym razem schowam się w krzakach i poczekam, aż pieprzone wahadłowce odlecą!"
USS "Cheyenne"
Wysoka orbita Aresa
- Łącze sprawdzone, pani admirał - odezwała się z ekranu komandor Elize Vasquez. - Zakończyliśmy także proces przenoszenia uzbrojenia i zapasów.
- Dziękuję, pani komandor. Nie zabawimy tu długo, tak więc wkrótce zostanie pani sama.
- Zrozumiałam, ma'am.
- Dostanie pani pod swoją komendę kilka zmodernizowanych niszczycieli, ale proszę posłuchać mojej rady, Elize - powiedziała Nadine, pochylając się do przodu. - Proszę się nie wychylać. Zachować ciszę radiową, ograniczać wszystkie przekazy, także świetlne, po prostu za wszelką cenę starać się pozostać niezauważoną. Jeśli będzie pani zmuszona użyć broni, to znaczy, że gdzieś pani zawiodła.
- Aye, aye, ma'am.
Nadine zamilkła, starając się ukryć zły nastrój. Młoda kobieta z drugiej strony ekranu nie potrzebowała więcej obciążeń. To były długie dwa miesiące wypełnione ustawianiem nowego łącza, budowaniem instalacji na planecie i przygotowywaniem tego miejsca na wojnę... Bardzo konstruktywne miesiące, ale koszmarnie długie.
Teraz nadszedł czas, by TF5 opuściła to miejsce. W jej planach, przed patrolowaniem szeregu układów gwiezdnych, do których mógł zawitać przeciwnik, jeśli przestrzegałby logarytmicznego wzoru działań, którym dotąd się posługiwał, był przelot przez układ Hayden.
Porozrzucane światy, skolonizowane przez ludzi, były trudne do znalezienia, ale z drugiej strony, wyśledzenie okrętów przeciwnika było jeszcze trudniejsze. Nikomu wcześniej nie przyszło do głowy, aby naszpikować sondami niezamieszkałe układy. Wprawdzie ZFS bardzo starała się to teraz nadrobić, nadal jednak niemożliwe było wyśledzenie dwóch lub trzech okrętów w przestrzeni mierzonej w setkach lat świetlnych.
Do zrobienia mieli jeszcze bardzo wiele, a nikt nie wiedział, ile czasu pozostało.
Nadine ponownie skoncentrowała się na rozmówczyni.
- Powodzenia przy nowym zadaniu, pani komandor.
- Dziękuję, ma'am - zasalutowała Elize.
Admirał odpowiedziała oddaniem honorów i przerwała połączenie, przełączając się na interkom.
- Status, kapitanie?
- Jesteśmy gotowi, ma'am. Zielone światła na wszystkich tablicach - pewnym głosem oznajmił Patrick.
- Doskonale, ruszamy więc do punktu skoku Alfa. Przyspieszenie jeden g.
- Aye, ma'am. Punkt Alfa. Jeden g.
Okręty flotylli zbudziły się do życia, pchnięte przez napędy VASIMR. Admirał patrzyła z satysfakcją, jak okręty w szyku opuszczają orbitę, nabierając prędkości na kursie do punktu Alfa. Sprawdziła obliczenia, by upewnić się, że na miejsce dotrą w określonym czasie.
Punkty skoku otwierały się i zamykały, a wpływ na to miały liczne czynniki, które pomimo upływu wielu dekad nadal stanowiły zagadkę dla naukowców. W grę wchodziły oddziaływania grawitacyjne układów, szczególnie takich, w których występowały gazowe olbrzymy, jednak fale grawitacyjne tylko częściowo tłumaczyły tajemnicę, jaką stanowiły punkty skoku. Za resztę ponosiły odpowiedzialność wpływy odległych pulsarów, nieznanych osobliwości, ciemnej materii i Bóg jeden wie, co jeszcze.
Jedyną dobrą wiadomością w tym wszystkim było to, że otwieranie się i zamykanie punktów następowało regularnie. Grupa miała dwa dni, by załapać się na wysoką falę grawitacyjną, która z największą prędkością zaniesie ją z Aresa do systemu Hayden. Stamtąd flotylla miała dużym łukiem wracać na Ziemię, zahaczając o granice przestrzeni skolonizowanej przez człowieka. Jeśli przeciwnik nadal trzymał się logarytmicznego wzorca, tam najłatwiej będzie go spotkać.
Punkt skoku Alfa
System Hayden
Flotylla przebiła się przez czasoprzestrzeń i gwałtownie wytracała prędkość.
- Ekrany w górę!
- Meldunki! - nakazał ze swojego fotela Roberts.
- W strefie lokalnej czysto.
- Dane ze skanowania dalekosiężnego napływają. Przewidywany czas odbioru: dwadzieścia sekund.
- Mamy informacje od dronów zwiadowczych.
- Dajcie na mój ekran - powiedział Patrick.
- Aye, kapitanie.
Dowódca sprawdził napływające wiadomości i połączył się z mostkiem flagowym.
- Pani admirał, dane z dronów rozpoznawczych wskazują, że o ile na samym Świecie Haydena wciąż przebywa przeciwnik, o tyle w pobliżu nie ma jego okrętów. Skany lokalne to potwierdzają. Czekamy na wyniki skanowania dalekosiężnego.
- Rozumiem, kapitanie. Odwołać alarm stanowiskowy, pozostać w stanie alarmu bojowego.
- Aye, ma'am. - Roberts przełączył się na kanał flotylli. - Wszystkie jednostki, odwołać alarm stanowiskowy, pozostać w stanie alarmu bojowego. Powtarzam, wszystkie jednostki, odwołać alarm stanowiskowy, pozostać w stanie alarmu bojowego.
- Mamy wyniki dalekosiężne, sir. Układ wygląda na czysty.
- Tak, ale nie zakładałbym się o to - odparł Patrick, ponownie wchodząc na kanał ogólny. - Rozluźnić formację. Szyk Gamma Delta. Powtarzam, Gamma Delta.
Szyk Gamma Delta stworzony został do zmaksymalizowania efektywności działania czujników grawitacyjnych na każdym z okrętów. Przy pomocy macierzy bardzo czułych sensorów flotylla rozpoczęła mapowanie czasoprzestrzeni. Cała trudność polegała na odróżnieniu tego, co powinno się w niej znajdować, od tego, czego być nie powinno. Planety, lokalna gwiazda i większe planetoidy, takie jak księżyce czy asteroidy, łatwe były do zmapowania. Problem stanowiły mniejsze odłamki, kawałki skał, które poruszały się w pobliżu. Były one prawie niewidoczne podczas skanowania pasywnego, chyba że akurat znalazły się na tle gwiazdy. Nawet wtedy jednak odczyty konwencjonalnych czujników ulegały przekłamaniom.
- Kapitanie, priorytetowa wiadomość z drona zwiadowczego!
- Proszę przesłać.
- Aye, sir.
Wiadomość kilka sekund później ukazała się na ekranie. Patrick szybko ją przeczytał.
"No to mamy niezły burdel" - pomyślał, łącząc się z mostkiem flagowym.
- Pani admirał, priorytetowa wiadomość od grupy na Haydenie. Mówią, żeby nie podchodzić do planety, ponieważ przeciwnik zdołał uruchomić nowy zawór grawitacyjny. Próbują go zlokalizować, ale znajduje się na innym kontynencie, co poważnie utrudnia im zadanie.
- Zrozumiałam - odparła Nadine chwilę później. - Dane od operatora na Haydenie są w takim razie prawdziwe. Zrobimy przelot zgodnie z planem. Proszę tak ustawić trajektorię, abyśmy byli poza zasięgiem zaworu, a jednocześnie na tyle blisko, by zeskanować całą planetę. Zobaczmy, czy nam uda się go znaleźć.
- Aye, ma'am.
Wysunięta baza operacyjna (FOB) ZFS
Świat Haydena
Komandor porucznik Jean-Paul Rivers schylił głowę pod gałęzią drzewa, u którego podstawy zbudowano centrum planowania haydeńskiego dowództwa lądowego. Właśnie wrócił z operacji prowadzonej w odległej części kontynentu. Dość brudnej operacji, i to nie tylko ze względu na fakt, że lokalna fauna nie traktowała ich po przyjacielsku. Wyglądało, że nieprzyjaciel przeniósł się na inny kontynent tuż przed przybyciem Riversa.
"Sądząc po tempie, w jakim się stąd ewakuowali, ta sierżant Aida musiała nieźle zaleźć im za skórę" - pomyślał z pewnym podziwem. Sam ze swoimi ludźmi także nie próżnował, ale przeciwnikowi udało się przenieść na inne pozycje i aktywować drugi zawór grawitacyjny.
Gdy broń ta była aktywna, obcy panowali nad przestrzenią powietrzną Haydena, a teraz większość sił ludzi znajdowała się po drugiej stronie planety.
- Komandorze, miło znów pana widzieć.
- Panie generale! - Rivers wyprężył się w salucie.
- Spocznij, zanim pan coś połamie - mruknął generał Isaac Kayne, nie odrywając wzroku od stołu plastycznego. - Mamy towarzystwo.
- Sir?
- Flotylla ZFS weszła w przestrzeń Haydena około dwunastu godzin temu - wyjaśnił Kayne. - Ostrzegliśmy ich, ale oni i tak wykonują przelot, mając nadzieję zlokalizować ten przeklęty zawór. A pan coś znalazł?
- Nie, sir. Na Zachodnim Wybrzeżu nie stwierdzono sił przeciwnika.
- No cóż. Nie spodziewałem się tego - powiedział nieco rozczarowany Kayne. Sięgnął, by zmienić skalę mapy, pokazując najpierw kontynent, na którym się znajdowali, widziany z orbity, a następnie przenosząc obraz za ocean. - Oczyściliśmy kontynent przy pomocy patroli i dronów. Zajęło nam to ponad dwa miesiące, ale się udało. Sprawdziliśmy także tu, tu i tu. - Wskazał mniejsze masy lądu. - Biorąc pod uwagę, co wiemy o przeciwniku i jego wymaganiach, miejsca, których potrzebuje, znajdują się na tych dwóch kontynentach.
Rivers skrzywił się, patrząc na mapę. Generał pokazywał dwa największe i najbardziej oddalone lądy Haydena.
"Zaje-kurwa-biście. Musiałaś pogonić ich na drugi koniec tej pieprzonej planety, prawda, Aida?"
Następnie pochylił się nad ekranem.
- Czy to... czas rzeczywisty?
- Niezupełnie, ale lepsze niż cokolwiek, czym dysponowaliśmy po wylądowaniu - odparł Kayne. - To komputerowo poprawiane obrazy z TF5. Mają jakieś dwadzieścia minut.
- Alleluja! - powiedział Rivers, opierając dłonie na krawędzi stołu. - Może teraz uda nam się znaleźć drani.
- Jeśli znajdziemy ich wystarczająco szybko, miła pani admirał, która tam dowodzi, jest w stanie zrzucić im na głowy kilka ciężkich przedmiotów.
- Ile mamy czasu?
- Flotylla jest na odwrotnej orbicie, tak więc przejścia dokona za niecałą dobę. Jeśli dostarczymy jej uzasadnionego powodu, pani admirał gotowa jest opóźnić odlot. Ale mają swój plan i nie mogą czekać w nieskończoność.
- Rozumiem - powiedział Rivers. - Dajmy te zdjęcia cywilom i niech szukają. Im więcej oczu, tym lepiej.
Kayne uśmiechnął się.
- O Boże! Chłopcze, gdyby usłyszały to szychy w domu, to albo zesłaliby cię do najdalszej dziury, albo awansowali. A może jedno i drugie. Ale to dobry plan. Zróbmy tak.
* * *
- No dobra, chłopaki. - Silver uderzył dłońmi o uda. - Mundurowi mają dla nas robotę.
- Wracamy w pole, Sil? - spytał Jerry, wstając.
- Możesz się włóczyć, kiedy chcesz i gdzie chcesz, ale nie o to chodzi. - Silver pokręcił głową. - Właśnie wysłałem każdemu z was zdjęcia, które zostały zrobione z orbity Haydena niecałą godzinę temu. Musimy znaleźć bazę przeciwnika, gdziekolwiek się ukrył. Jeśli uda nam się to zrobić w ciągu dwudziestu dwóch godzin, flotylla ZFS, która zrobiła te zdjęcia, będzie w stanie mu przywalić... Jeśli nie zdążymy, będziemy musieli zrobić to po staroświecku. Nie wiem jak wy, ale kiedy nie ma tu sierżant, wolałbym nie pchać w to paluchów bezpośrednio. Czy to uczciwy układ?
Kilka osób roześmiało się, większość tylko uśmiechnęła.
- No pewnie, że uczciwy, Sil.
- To dobrze. Zabierajmy się do roboty. Dajcie mi znać, jak coś znajdziecie, a ja pchnę to w górę - powiedział Silver, włączając palmtopa i kolejny raz przeglądając zdjęcia.
Od momentu, w którym sierżant opuściła planetę, uchodźcy nie byli bardzo zajęci walką. Wpłynęły na to głównie dwa czynniki. Po pierwsze, nowo przybyli żołnierze nie ufali partyzantom. Jednak, co ważniejsze, po laniu, jakie sprawiła obcym Sorilla, stracili oni zainteresowanie kolonistami i całym ich kontynentem.
"Żeby takie nastawienie mieli od początku, uniknęlibyśmy całego tego bałaganu" - pomyślał Silver, przybliżając obraz, by przyjrzeć się dokładniej.
Zastanawiał się przy tym, jak cała ta sytuacja odbierana jest w domu, na Ziemi. Był prawie pewien, że politycy trzymają to wszystko w największej tajemnicy, ale równie pewne było, że niemożliwe stało się już zamiecenie spraw pod dywan. Nie traci się dwóch flotylli okrętów klasy Los Angeles ani nie tłumaczy nagłego wzrostu budżetów wszelkich instytucji obronnych ot tak, po prostu.
Z czysto wojskowego punktu widzenia Silverowi nawet szkoda było facetów, którzy musieli tę wojnę planować. Nieznany przeciwnik o nieznanym uzbrojeniu i zasobach. To musiał być planistyczny koszmar, bardzo delikatnie rzecz ujmując. A jednak ktoś miał jaja i głowę na swoim miejscu. Nad głową Sila latała właśnie flotylla, czekając na wskazanie celu. To zupełnie nieźle na początek.
Oczywiście najpierw należało ten cel znaleźć.
* * *
Przy zaangażowaniu w poszukiwania kilku tuzinów par oczu znalezienie położenia instalacji przeciwnika zajęło pięć i pół godziny. Z tego czterdzieści minut przeznaczone zostało na potwierdzenie wyniku przez analityków rozpoznania po tym, jak trzynastoletnia dziewczynka wskazała miejsce.
Pomijając wszelkie ironiczne komentarze, był to cud. Pomimo że obcy nie zastosowali ekstremalnie skutecznego maskowania, nowa instalacja była co najmniej tak dobrze ukryta jak pierwsza, a to już mogło stworzyć sporo problemów. Zdradził ich brak ludzkich budowli w okolicy, po prostu nie udało im się ukryć konstrukcji w środowisku naturalnym w taki sposób, by była ona całkowicie niezauważalna.
Tak czy inaczej, wiedza, że flotylla ziemska ma ogromne szanse spuścić na najeźdźców piekielny ogień, mocno poprawiła nastroje w bazie partyzantów.
Wojskowe komórki rozpoznawcze szybko przeanalizowały wskazane miejsce, porównały je ze starymi mapami planety i uzupełniły w miarę możliwości plan ogniowy flotylli, która była właśnie po przeciwległej stronie planety, poza zasięgiem komunikacji laserowej. Kiedy się z tym uporały, pozostało im tylko oczekiwanie.
Godziny, które zaraz po otrzymaniu zadania wydawały się biec z niewiarygodną prędkością, teraz zaczęły pełznąć, powodując frustrację nawet u najbardziej cierpliwych żołnierzy i mieszkańców Haydena.
Kiedy do uderzenia pozostały trzy godziny, pojawiła się kolejna wiadomość od flotylli, która została szybko odkodowana i odczytana.
Później znów było tylko czekanie.
USS "Cheyenne"
Na podejściu do Haydena
- Otrzymaliśmy właśnie listę celów z dowództwa naziemnego na Haydenie.
- Świetnie - ucieszył się Patrick. - Nie będziemy musieli opóźniać odlotu. Proszę przesłać koordynaty na moją stację.
- Już tam są, sir.
Kapitan kiwnął głową i przemieścił się do swojej stacji. Nie zapinał pasów, gdyż poruszali się z przyspieszeniem jednego g, co sprawiało, że funkcjonowanie na pokładzie było łatwiejsze niż w warunkach mikrograwitacji. Kapitan wywołał dane celownicze i sprawdził je przed przekazaniem do stacji uzbrojenia, która miała wypracować nastawy strzeleckie.
- Będę na mostku flagowym, ZDO, przejmujesz mostek - rzucił kapitan.
- Aye, przejmuję mostek.
Patrick skierował się do drabiny i nie zawracając sobie głowy szczeblami, zsunął się po niej. Mostek flagowy znajdował się o jeden poziom niżej od mostka okrętu, tak więc z powrotem będzie musiał się wspinać.
No tak, z grawitacją nie wszystko było łatwiejsze.
Admirał i jej adiutantki nachylone były nad projekcją powierzchni Haydena i wektorami podejścia.
- Ma'am - powiedział Patrick.
- Ma pan dane, których potrzebujemy?
- Operacyjna już pracuje nad nastawami ogniowymi.
- To dobrze. Im wcześniej to zrobimy i odlecimy stąd, tym lepiej - powiedziała cicho Brookes. - Nadal nie ma znaku, że powrócili do tego układu, chociaż wydaje się dla nich ważny. Zaczynam się zastanawiać, czy nie przeceniamy ich możliwości przemieszczania się.
- Bardziej prawdopodobne jest, że nie przerzucili jeszcze odpowiedniej liczby okrętów na ten front. Znajdujemy się na końcu ramienia Galaktyki. Być może ściągają dopiero sprzęt i wyposażenie.
- Tym gorzej dla nas - powiedziała Nadine. - Ale to nie zmienia niczego w sprawie okrętów buszujących gdzieś po naszych granicach.
- Nie, ma'am.
Brookes zapisała to, co robiła na ekranie, i wyłączyła go.
- W porządku. Po kolei. Wypracujcie nastawy i prześlijcie do flotylli. Przelecimy na tyle blisko, aby zbombardować ten zawór, a potem lecimy dalej, zgodnie z planem.
- Tak jest.
Patrick opuścił mostek admiralski, zostawiając Nadine uważnie przyglądającą się fotografiom Haydena, podczas gdy jej adiutantki kończyły pracę. Admirał nie wiedziała, co ma myśleć o dziwnym zachowaniu przeciwnika. O ile pewne z jego działań można było żywcem wstawić do podręcznika taktyki, o tyle inne wskazywały na całkowitą ignorancję. Można było odnieść wrażenie, że Hayden stanowi dla niego ważny punkt. Czemu więc nie wysłał tu więcej okrętów?
Czy po prostu mu ich brakowało, tak jak przypuszczał Patrick? Flota w tym układzie gwiezdnym zniszczyła cztery jego krążowniki. Może po prostu nie mieli innych pod ręką, skoro część poleciała na Aresa i dalej. Mógł to także wytłumaczyć długi łańcuch zaopatrywania, ale wtedy rodziło się pytanie, po co został aż tak bardzo rozciągnięty?
Brookes przywołała niezbyt obszerne dane na temat aktywności przeciwnika, które w większości pochodziły od jednej kobiety, sierżant Sorilli Aidy, przywiezionej na Ziemię przez konwój Aleksieja Petronowa. Jej osobiste notatki były bardzo ciekawą lekturą, potwierdzającą w odniesieniu do sił lądowych przeciwnika to, co Nadine myślała o jego marynarce.
"Tak jakby w ich działaniu istniał pewien podział, rozdwojenie jaźni. Może dowództwo taktyczne nie zgadza się z operacyjnym?"
Niestety, bez większej ilości informacji, zdaniem Nadine, nie dało się rozwiązać tej łamigłówki. "W tym momencie należy się skupić na najbliższej przyszłości" - pomyślała, kolejny raz zagłębiając się w mapy.
Zawór ponownie zlokalizowany był w okolicach równika, co rodziło pytanie, czy przypadkiem takie usytuowanie nie jest niezbędne do jego prawidłowego funkcjonowania. Nic, co Nadine wiedziała o operacjach na materii czasoprzestrzeni, nie sugerowało, że miało to jakiekolwiek znaczenie. Być może w jakichś superprecyzyjnych operacjach.
Przybliżyła nieco obraz, przyglądając się dżungli wokół nowej lokalizacji. Znalezienie konstrukcji nie zajęło jej wiele czasu, gdy wiedziała już, gdzie szukać.
"Znowu budują ten dziwny "kolektor". Po co? Jakie ma on zadanie?"
Frustracja była tak wyraźnie widoczna na jej twarzy, że Denise podeszła zaniepokojona.
- Wszystko w porządku, pani admirał?
- Spokojnie, Denise - odpowiedziała Brookes. Po chwili wskazała ekran. - Co o tym sądzisz?
Denise uważnie przyjrzała się zdjęciu, przygryzając wargi, tak jak to robiła, kiedy coś ją naprawdę zainteresowało.
- Znowu to budują. Tym razem jest większe i wygląda na to, że włożyli sporo wysiłku w maskowanie.
- Tak, ale co to jest?
- Nie wiem - pokręciła głową Denise. - Nie znam żadnej teorii, która wymagałaby użycia czegoś takiego.
- Jak również takiej, która opisywałaby, jak zamienić okręt bojowy w latającą osobliwość grawitacyjną - odpowiedziała Nadine ze złością.
- To niestety prawda - potwierdziła Denise. - Wiem tylko, że to wygląda na ważne dla nich.
- Oczywiście. No dobra, skontaktuj się z operacyjną i powiedz im, żeby poświęcili nieco Papa Kilo, by to zniszczyć. - Brookes skrzywiła się. - Czymkolwiek to jest, nie chcę, żeby to mieli.
- Jasne, ma'am.
* * *
Task Force Pięć, znana pod nieoficjalną i rzadko wymawianą głośno nazwą "Task Force Walkiria", odcięła przyspieszenie. Nastawy strzeleckie przesłane zostały przez sieć bojową flotylli. W przelocie uczestniczyły tylko okręty bojowe. Jednostki wsparcia pozostały z tyłu w bezpiecznej odległości.
Maszyny klas Cheyenne i Longbow poruszały się po trajektorii bojowej, a ich załogi kolejny raz potwierdzały poprawność nastaw.
- Jesteśmy na autopilocie, sir.
Patrick Roberts skinął głową.
- Doskonale. Sprzęgnijcie komputery, odpalenie na jeden sygnał. Zrobimy to jak najefektywniej.
- Jest potwierdzenie.
- Dobrze. Teraz pozostaje tylko czekać - powiedział nieco zrezygnowany kapitan.
Oczekiwanie stanowiło istotną część życia każdego marynarza, ale w przestrzeni było jeszcze gorsze. Nawet w środku bitwy trzeba było na coś czekać. Rakiety, pociski, pokonywały przestrzeń z określoną prędkością i ani odrobinę szybciej.
W pewnym momencie z letargu wyrwał kapitana ostry brzęczyk.
- O co chodzi?
Znał dźwięk każdego alarmu na tym okręcie, ale ten...
- Małe zakłócenia przepływu, sir. Prawdopodobnie niewykryta planetoida.
Alarm grawitacyjny. To ten dźwięk!
- To nie wzbudziłoby alarmu! - rzucił Patrick.
- To właśnie widzimy, kapitanie.
- Skorelować z pozostałymi okrętami flotylli!
Po wyrazie zaszokowania i wstydu na twarzy młodej kobiety wiedział już, że się nie myli. Zapomniała sprawdzić odczyty pozostałych jednostek. Jeśli odstępstwo było duże, to znaczyło, że znaleźli się w zasięgu...
- Wykryto anomalię grawitacyjną!
- Kurwa! - zaklął Patrick. - Gdzie?
- To "Apache", sir! Oddala się z szyku!
- To dobrze. Bóg z nimi! - ryknął, uruchamiając skaner krótkodystansowy w poszukiwaniu źródła ataku. - Gdzie, do cholery, jesteście?
- Czy nie możemy się ruszyć, sir?
- Nie! Jesteśmy zablokowani na pozycji ogniowej i mamy tylko jedno najście nad celem bez rozwalania planu w diabły. Trzymać kurs!
- A...aye, sir!
Na jednym z ekranów widać było, jak "Apache" oddala się od reszty z przyśpieszeniem większym niż czternaście g, chcąc opuścić rejon, zanim będzie można użyć broni. Nie wiadomo dokładnie dlaczego, ale przyjmowano, że broń przeciwnika najpierw musi dokładnie złapać cel, by uderzyć z pełną mocą. To właśnie ten sygnał namierzający, zdaniem większości kapitanów ZFS, wykrywany był bezpośrednio przed atakiem na okręt.
- Anomalia grawitacyjna! Znów "Apache". Zostali trafieni!
Ekrany na chwilę zbielały, wybuch nuklearny spowodował chwilowe wyłączenie kamer. Patrick skrzywił się i zacisnął zęby z wściekłości.
- Dwie minuty do punktu odpalenia!
"Boże, jesteśmy jak siedzące kaczki" - pomyślał. Dwie minuty to cała wieczność, szczególnie w przestrzeni, gdy stawką było życie.
- Panie kapitanie! "Apache"! Wciąż tam jest!
Wzrok Patricka natychmiast skierował się na ekran, który właśnie powrócił do życia. Z całą pewnością wielki okręt nadal wisiał w przestrzeni. Jego przyspieszenie znikło, ale prócz sporej wyrwy w okolicach rufy był cały. Kapitan gwizdnął zaskoczony.
- Czy oni faktycznie przetrwali uderzenie tego czegoś?
- To pierwszy raz, kiedy kadłub okrętu klasy Cheyenne miał kontakt z bronią przeciwnika, poruczniku - odpowiedział Patrick. - Wygląda na to, że tylko nieznacznie go zgnietli, ale pancerz wytrzymał eksplozję nuklearną. Są jednak unieruchomieni.
- Czy mam wysłać grupę poszukiwawczo-ratowniczą?
- Nie, do cholery - zaoponował Roberts. - Jeśli chcesz im pomóc, znajdź źródło nieprzyjacielskiego ognia!
- Aye, sir.
- Anomalia grawitacyjna! Skoncentrowana na "Sherwood Forest"! Okręt odchodzi z szyku!
- Życz im powodzenia i upewnij się, że działa szynowe[4] są gotowe do strzału! - rozkazał dowódca, bardziej, by odwrócić uwagę od ostrzału, niż by rzeczywiście sprawdzać gotowość dział.
- Aye, kapitanie!
- Gdzie oni, do cholery, są? - warknął cicho Patrick, zmieniając skalę skanera z krótkiego na średni dystans i wypatrując okrętu przeciwnika. Musiał gdzieś tu być.
- Kapitanie!
Już miał coś odburknąć, ale poznał głos admirał.
- Tak, pani admirał?
- Ja także nie widzę żadnego okrętu. Może go tam nie ma.
- Co? A więc co to?
- Instalacja na powierzchni jest jedynym potwierdzonym zaworem grawitacyjnym w układzie. Proszę kontynuować zgodnie z planem.
- Aye, ma'am - zgodził się łatwo, mimo wszystko wciąż wypatrując okrętu, który jego zdaniem powinien znajdować się gdzieś w pobliżu. Byli zbyt daleko od planety. Dużo poza granicą zasięgu zaworu ze Świata Haydena, jeśli uwzględnić dane z poprzednich uderzeń. Te ataki nie mogły pochodzić z planety! Mimo tego zadanie ogniowe nadal stanowiło absolutny priorytet i nie miał zamiaru przerywać jego wykonania bez bardzo oczywistego i ważnego powodu.
- "Sherwood" się wyrwał. Bez śladu uszkodzeń!
Umysł Patricka pracował na najwyższych obrotach. Fakt, że właściwy atak nie nastąpił, potwierdzał założenie, że były one prowadzone z dużej odległości. Gdyby źródło ostrzału znajdowało się bliżej, byliby w stanie potwierdzić uchwycenie przyspieszającego celu i mimo wszystko oddać strzał.
"Czyżby rzeczywiście źródłem była planeta?" - zastanawiał się, kalkulując w myślach dystans i porównując go z prędkością propagacji światła.
- Anomalia! - wyrwał go z obliczeń alarm. - Koncentracja na "Shilo", kapitanie!
- Cholera! - zaklął Patrick, kiedy wspomniany okręt musiał wyrwać się z szyku i rozpocząć wykonywanie losowych zwrotów, by utrudnić celowanie.
Niestety, "Shilo" zajmował jedną z kluczowych pozycji w formacji i jego brak powodował ogromną wyrwę w planie ogniowym.
- Sir, HMS "Hood" przyspiesza. Połączenie od kapitan MacKay!
Patrick pstryknął przełącznikiem.
- Pani kapitan?
- Sir, "Hood" zgłasza gotowość zajęcia pozycji "Shilo".
- Wślizguj się, "Hood". Witamy w pierwszej linii.
- Cała przyjemność po naszej stronie, kapitanie - głos Jane MacKay brzmiał jeszcze w głośnikach, kiedy HMS "Hood" zajął pozycję "Shilo" w formacji bojowej.
- Czas do odpalenia: T minus czterdzieści sekund, kapitanie.
- Przyjąłem - odparł Patrick ze wzrokiem utkwionym w akcelerometrze, próbując znaleźć jakiś wzorzec, który pozwoliłby mu zlokalizować źródło ataków.
W myślach liczył sekundy, zastanawiając się, ile czasu przeciwnik potrzebuje na przekierowanie broni na inny cel. Jak dotychczas zajmowało mu to około pół minuty między impulsami namierzającymi, co potwierdzałoby opinię admirał, że broń znajduje się w dużej odległości, może nawet na Haydenie. Jeśli byłaby to prawda, to tym bardziej należało uderzyć na ten świat. Roberts nie miał pewności, czy tym razem uda się przeprowadzić skuteczny atak, ale było to prawdopodobne.
Pociski kinetyczne nie były bronią nuklearną, wymagały dość dużej precyzji w celowaniu. Uderzenie z niewielkiej odległości także miało znaczenie, ale musiało być naprawdę bliskie. W odróżnieniu od przeciwnika szastającego na lewo i prawo nuklearnymi zabawkami ludzie mieli opory przed używaniem broni atomowej na powierzchni planet. Nie zrobili tego od czasów drugiej wojny światowej.
- Anomalia grawitacyjna!
Kapitan rzucił paskudne przekleństwo. Tak niewiele do odpalenia.
- Celem jest "Cheyenne"!
Patrick przełknął ślinę.
- Czas do odpalenia?
- Osiem sekund!
- Trzymać prędkość i kurs! - powiedział przez zaciśnięte zęby.
- Kapitanie?
- Słyszał pan rozkaz, poruczniku. Jeśli przegapimy okazję do strzału, będziemy musieli robić to jeszcze raz. - Patrick przełączył się na interkom. - Uwaga wszyscy, uwaga wszyscy. Pełna moc bojowa. Powtarzam - pełna moc bojowa!
Timer kończył odliczanie. Kapitan modlił się, by admirał miała rację. Jeśli zawór był na planecie, powinno wystarczyć czasu. Akurat.
- Dwie... jedna... Papa Kilo poszły!
- Zabieraj nas stąd! Piętnaście g, przyspieszenie alarmowe! - Przełączył się na kanał ogólny. - Rozejście! Rozejście! Rozejście!
Roberts i wszyscy inni na pokładzie "Cheyenne" wgnieceni zostali w fotele przez napęd VASIMR, pchający okręt naprzód. Cała flotylla również przyspieszyła, zmieniając wektory i rozchodząc się we wszystkich kierunkach. Na pokładach załogi modliły się, aby przyspieszenie nie wycisnęło im mózgów z czaszek.
* * *
Pociski kinetyczne, czyli Papa Kilo, były po prostu dwudziestokilogramowymi stalowymi prętami wystrzeliwanymi z elektromagnetycznych prowadnic znajdujących się w kadłubach okrętów klasy Cheyenne i Longbow. Po wystrzeleniu wchodziły na trajektorię balistyczną, spadając w polu grawitacyjnym planety i cały czas przyspieszając aż do osiągnięcia atmosfery.
Stabilizowane lotkami pręty opadały dalej, uderzając w powierzchnię z siłą, która wahała się od równoważnika kilkudziesięciu ton trotylu do prawie megatony na każdy z prętów.
Salwa wystrzelona przez Task Force Pięć uderzyła zgodnie z planem, a każdy z prętów przekazał energię odpowiadającą ośmiuset kilotonom, przenosząc ją daleko w głąb lądu, z dewastującym efektem geologicznym.
Uderzenie widoczne było z orbity i w promieniu setek kilometrów od instalacji obcych. Czujniki sejsmiczne powiadomiły cywilnych naukowców z Haydena o ataku szybciej niż wiadomość przekazana przez fale radiowe.
* * *
Patrick siedział w fotelu utrzymywany jedynie przez pasy. "Cheyenne" tuż po odpaleniu napędu VASIMR wprawiony został w szybki ruch obrotowy.
Pulsujący ból świadczył, że Roberts żyje i powoli wraca do przytomności. Jak z oddali słyszał jęki innych członków obsady mostka dochodzących do siebie.
Okręt już nie przyspieszał, dało się odczuć mikrograwitację. Nie słychać było jednak żadnego alarmu, co oznaczało, że jednostka nie została uszkodzona w poważnym stopniu.
- Status okrętu - wykrztusił Roberts.
Minęła dłuższa chwila, zanim usłyszał jękliwą odpowiedź.
- Wszystkie tablice zielone bądź żółte, kap... Powiem więcej, jak uzyskam potwierdzenia.
Patrick roześmiał się z wysiłkiem, śmiech przeszedł po chwili w kaszel. W ustach poczuł smak krwi.
- Proszę to zrobić. Czy ktokolwiek ma czerwoną tablicę?
Chór przeczących odpowiedzi zdecydowanie poprawił mu nastrój. Brak czerwonych świateł oznaczał, że żaden z systemów okrętu nie był wykluczony z działania. Oczywiście dopóki w pobliżu nie było okrętu nieprzyjaciela, czekającego, by dokończyć dzieła.
- Okej, okej - powiedział Patrick, odpinając klamry i pozwalając sobie dryfować. - Dość spania w pracy!
Przesuwał się od stacji do stacji, przywracając przytomność ich obsłudze, jeśli tego potrzebowała. Nie mieli czasu na odpoczynek. Trzeba było jak najszybciej przywrócić "Cheyenne" do pełnej sprawności bojowej.
- Łączność! Wyślij sygnał do pozostałych jednostek, czy są cali. Następnie skomunikuj się z "Apache" i sprawdź, w jakim są stanie. Cholera, Stew, obudź się! Potrzebuję twoich sensorów. Tu może być jeszcze jakiś bandyta!
- ...ieśpie... - wymamrotał młody człowiek.
- To dobrze, a teraz otwieraj oczy i skieruj wzrok na systemy wczesnego ostrzegania.
- Już patrzę, kapitanie.
Kiedy już cała obsada wykonywała obowiązki, dowódca podryfował do swojej stacji i otworzył kanał do admirał.
- Pani admirał, tu mostek... Pani admirał, tu mostek. Proszę się zgłosić.
Minęła dłuższa chwila, zanim usłyszał odpowiedź Nadine:
- U nas w porządku, kapitanie. Proszę sprawdzić okręt.
- Aye, ma'am. Miło słyszeć, że u pani wszystko dobrze.
- Będzie, kiedy okręt przestanie się kręcić, kapitanie.
- To nie okręt, pani admirał.
- W takim razie się rozłączam. Czy mógłby pan przysłać kogoś z medycznej z czymś na chorobę lokomocyjną?
- Już się robi - powiedział i wywołał służbę zdrowia.
- Medyczna, słucham?
- Tu kapitan. Wyślijcie kogoś na mostek flagowy. Admirał Brookes skarży się na chorobę lokomocyjną. Nie jestem pewien, czy to wszystko, czy przypadkiem nie uderzyła o coś głową.
- Już gnamy, kapitanie.
Patrick przerwał połączenie i zapiął pas, zanim spojrzał na tablice sytuacyjne. Transpondery wszystkich okrętów były widoczne, choć niektóre w odległości kilku sekund świetlnych od sił głównych. Otworzył ogólny kanał flotylli:
- Wszystkie jednostki, tu Roberts z "Cheyenne". Meldujcie status.
Jeden po drugim okręty zgłaszały się, aż do "Apache", który zameldował się jako "uszkodzony, ale szczelny". Nadal wpatrując się w akcelerometr, Patrick połączył się bezpośrednio z "Apache".
- "Apache", tu "Cheyenne". Podaj swój szczegółowy status.
Odległość między jednostkami sprawiała, że na odpowiedź trzeba było poczekać kilka sekund.
- Podczas ataku straciliśmy piętnaście osób z sekcji technicznej, ale grodzie wytrzymały i nie jesteśmy narażeni na oddziaływanie plazmy. Tak więc uważam, że nie jest najgorzej - odpowiedział kapitan James May mocno zirytowanym głosem.
- Możecie usunąć usterki?
Przerwa.
- Niemożliwe. "Apache" w zasadzie nadaje się tylko na żyletki - odpowiedział James, zdradzając powód swojego zdenerwowania.
- Powtórz, "Apache". Czy nie da się usunąć usterki? Czy mamy ewakuować twoją załogę?
- Nie. "Apache" jest w stanie dolecieć do przestrzeni ziemskiej, "Cheyenne". Będziemy musieli obejść sterowanie VASIMR i prowadzić okręt ręcznie, ale jest to wykonalne. Jednak zewnętrzna struktura została zniszczona.
"Niedobrze" - pomyślał Patrick. Kadłuby klasy Cheyenne były odlewem niklowo-żelazowym. Jeśli zewnętrzna struktura została uszkodzona, to kapitan "Apache" miał rację. Okręt nadawał się na żyletki, chyba że admiralicja zdecyduje o jego remoncie, a następnie przebudowie i odsprzedaży cywilnemu armatorowi. Tak czy inaczej, jego kariera jako okrętu wojennego była definitywnie skończona.
Patrick westchnął.
- Zrozumiałem, "Apache". Zacznijcie naprawy i czekajcie na rozkazy.
- Przyjąłem, "Cheyenne". Wilco. Koniec przekazu.
"No cóż, jeden okręt stracony, ale nie zniszczony w starciu z zaworem grawitacyjnym". Nie było tragicznie w porównaniu z innymi, którzy mieli do czynienia z obcymi, ale nie najlepiej, jak na początek.
Rozejrzał się po mostku.
- Czy ktoś ma jakiekolwiek wskazania, które sugerowałyby, że w pobliżu nadal mamy bandytów?
- Nie. Żadnych anomalii grawitacyjnych od chwili wystrzelenia Papa Kilo.
- W porządku. ZDO?
- Tak, kapitanie?
- Mostek jest pański. Idę zobaczyć, co z admirał - powiedział Patrick, odpinając się.
- Aye, sir. Przejmuję mostek.
* * *
Kiedy znalazł się na mostku flagowym, Patrick zobaczył medyka mocującego opatrunek na głowie admirał, na której mundurze widać było ślady krwi.
- Co z nią?
Ratownik spojrzał w górę.
- Uderzenie. Rana głowy. Średnie wstrząśnienie mózgu. Wyjdzie z tego.
Patrick uśmiechnął się z ulgą i podryfował ku Nadine.
- Pani admirał?
- Kapitanie. Jakieś meldunki?
- Wygląda na to, że nic pani nie będzie. Strzelano do nas z planety, ma'am. Miała pani rację. "Apache" jest uszkodzony, prawdopodobnie niezdatny do służby, ale kapitan twierdzi, że samodzielnie odprowadzi go do domu.
- Cholera - mruknęła Nadine, sięgając dłonią czaszki.
- Mogło być gorzej, pani admirał.
- Mogło być także znacznie lepiej, kapitanie - rzuciła gniewnie, ale zaraz się uspokoiła. - W porządku. Proszę nakazać Jamesowi zaprowadzić "Apache" do domu najkrótszą drogą. Jeśli potrzebuje czegoś, ma to dostać, zanim odleci.
- Aye, aye, ma'am. A reszta flotylli?
- Przeformować i skierować w następny punkt patrolowania zgodnie z planem - powiedziała, mrugając. - Proszę sprawdzić, czy na planecie czegoś jeszcze nie potrzebują, zanim odlecimy.
- Wilco, ma'am. Proszę trochę odpocząć. Dam pani znać, kiedy będziemy gotowi do skoku poza Hayden.
- Dziękuję, kapitanie.
- Wykonuję tylko swoją robotę. Proszę iść z medykiem. W izbie chorych dokładniej panią zbadają - powiedział, puszczając oko do ratownika, który zrozumiawszy, o co mu chodzi, ujął admirał pod ramię i pomógł jej się ruszyć. Patrick pierwszy wysunął się przez właz, ale zamiast do izby skierował się na mostek.
- Kapitan na mostku!
- Spocznij! - powiedział, przeciskając się ku swojej stacji roboczej.
- Co z admirał? - spytał Gere.
- Poobijana, wstrząśnienie mózgu... nic jej nie będzie. Przejmuję mostek.
- Kapitan przejął mostek.
Patrick wsunął się na fotel, zapiął pasy i zaczął przygotowywać rozkazy dla "Apache".
Pot strugami spływał po twarzy Sorilli, kiedy biegła przez wąską kładkę o długości czterech metrów nad pięciometrowym kanałem. Mogłaby go prawdopodobnie przeskoczyć, gdyby było jej wolno uruchomić nowe implanty, ale był to podstawowy test sprawności fizycznej sprawdzający, czy jest już gotowa do służby operacyjnej. Zero implantów, zero pancerza, zero żartów.
W biegu dopadła do ściany, robiąc cztery kroki po pionowej powierzchni, zanim grawitacja stwierdziła, że wyżej już się nie da. Sierżant wyciągniętymi dłońmi chwyciła krawędź, podciągnęła się i machając nogami w obie strony, nabrała momentu pędu do zarzucenia stóp na krawędź. Zeskoczyła z drugiej strony.
Przetoczyła się po ubitej ziemi i pobiegła do następnej przeszkody, którą była sieć rozciągnięta nisko nad ziemią. Zanurkowała pod nią, tarzając się w błocie. Posuwała się naprzód w brei, mając nad jej powierzchnią tylko usta, nos i czoło. Z każdym przebytym centymetrem jej mięśnie coraz głośniej wrzeszczały z bólu.
Większość z dwóch miesięcy od czasu operacji spędziła w łóżku, co odesłało do diabła jej kondycję fizyczną, a ciało upewniało się właśnie, czy dostatecznie jasno to zrozumiała.
Za linią mety nogi odmówiły jej posłuszeństwa, uginając się i powodując, że przewróciła się na bok.
Usłyszała kroki i zobaczyła wojskowe buty zatrzymujące się kilka centymetrów od jej twarzy. Właścicielka butów nachyliła się i pokazała twarz.
- Wiesz, Sor - powiedziała denerwująco atrakcyjna blondynka, uśmiechając się do niej szeroko - gdybyś zapisała się do jakiejś sensownej służby, na przykład medycznej, nie musiałabyś się tarzać w błocie i bólu.
- Zamknij się, Jen - mruknęła Sorilla, przekręcając się na plecy. - Wiesz, że nie znoszę widoku krwi.
- Chyba że to ty ją przelewasz. - Medyczka teatralnie przewróciła oczyma. - A tak przy okazji, doktor powiedział, żebyś przestała, bo przesadzasz.
- Powiedz temu nadętemu osłu, że kobieta potrzebuje nieco prywatności i żeby odpieprzył się od moich implantów.
Jennifer Ransom chrząknęła.
- Naprawdę, Sor? A ja myślałam, że to wszystko miało być "na żywca".
- Goń się. - Sorilla, pomimo zawziętych protestów mięśni brzucha, zmusiła się, by usiąść. - Jaki miałam czas?
Jen prychnęła, ale spojrzała na stoper.
- Rekord toru w żadnym momencie nie był zagrożony, ale całkiem nieźle, jak na inwalidę.
Sorilla wyrwała zegarek z ręki medyczki i sama spojrzała.
- Cholera!
- Dobrze ci idzie - powiedziała Jennifer, gdy sierżant odpoczywała skulona. - Pomimo desperackich prób porozrywania blizn całkiem nieźle się goisz, a nowe implanty dają radę. Doktor mówi, że jesteś dopuszczona do służby operacyjnej, tak więc możesz już przestać udawać twardą sukę i zacząć być nią naprawdę.
- Nareszcie - jęknęła znowu Sorilla, stawiając stopy na ziemi i próbując wstać. - Implanty?
- Odblokowane. Jak powiedziałam, jesteś dopuszczona do operacyjnej. Nie wykorzystaj tego, by zrobić coś głupiego, Sor.
- Wiem, w której fazie cyklu jestem, Jen. Jestem dużą dziewczynką - odparła Aida, wolno podchodząc do ławki i biorąc butelkę wody.
Pociągnęła duży łyk, aż spłukała suchość z gardła, następnie przepłukała usta.
- Jakieś wieści o przydziałach?
- Nie u nas, ale wiesz, że to nie ten wydział. Myślę, że do ciebie zadzwonią.
- Jasne. Idę się wykąpać i coś zjeść. Powiedz doktorkowi, że lepiej byłoby, abym nie złapała go na włażeniu w zapisy moich implantów.
- Musisz nabrać zwyczaju wyłączania wideo, kiedy latasz z gołymi cyckami.
- Miały być z założenia wyłączone - warknęła Sorilla.
- Tak było, zanim nauczyli się zapisywać dane holograficznie - uśmiechnęła się Jen. - Dwadzieścia lat zajmie ci przeglądanie tego wszystkiego.
- Świetnie - mruknęła sierżant.
- Spokojnie, nie wiń doktora za sprawdzanie twoich parametrów życiowych. To jego praca.
Sorilla spojrzała na przyjaciółkę spode łba.
- Ile siedział w szafie?
Jennifer zaśmiała się głośno.
- Po tym, jak prawie zesikał się ze strachu? Prawie dwie godziny.
- I dobrze.
Prolog
Winda bazy orbitalnej New Mexico
Wejście w atmosferę
Sierżant Sorilla Aida patrzyła na krzywiznę Ziemi, podczas gdy czerń kosmosu ustępowała błękitowi nieba. Winda opadała pod wpływem grawitacji, zmierzając do portu kosmicznego New Mexico, znajdującego się dwadzieścia tysięcy metrów niżej. Myślami Sorilla nie była jeszcze w domu, nadal krążyły one wokół ludzi, których zostawiła na Haydenie.
Ostatnia przeprowadzona przez nią na tej planecie akcja doprowadziła do zniszczenia zaworu grawitacyjnego i zażegnała, przynajmniej na jakiś czas, zagrożenie dla okrętów ziemskich. Czego jednak nie udało jej się dokonać, to pozbyć się najeźdźców na dobre. Niektórzy zdołali przetrwać zagładę bazy, a systemy wykrywania "Socratesa" nie stwierdziły obecności żadnego innego okrętu w systemie, z wyjątkiem krążownika zniszczonego przez statek badawczy. Niemożliwym było, aby ta jednostka podjęła kogoś z powierzchni planety, a Sorilla wiedziała, że obcy posiadali już swoje bazy także poza stolicą kolonii, do czego zmusiła ich działalność haydeńskiego ruchu oporu.
Odwołanie przed zakończeniem zadania irytowało sierżant, ale zdawała sobie także sprawę z jego konieczności. Dowództwo potrzebowało danych z pierwszej ręki, pomijając już nawet cały materiał zgromadzony w pamięci pancerza bojowego i implantu. Odtwarzanie tego zaplanowane było na miesiące, co już powodowało nieprzyjemne dreszcze na ciele sierżant. Na razie, zgodnie z rozkazem, miała wziąć tydzień wolnego i lecieć do domu. Mogła być pewna, że po zakończeniu przesłuchań ponownie zostanie wrzucona do jakiegoś piekła.
I zupełnie jej to nie przeszkadzało. Tak było nawet lepiej.
Biurka i komputery są dobre dla mięczaków.
- Proszę upewnić się, że wszystkie przedmioty zostały zabezpieczone - rozległ się sztuczny głos. - Winda rozpoczyna proces wytracania prędkości. Po uruchomieniu hamulców mikrograwitacja zostanie wyłączona i nieumocowane przedmioty mogą ulec zniszczeniu.
Zapowiedź została powtórzona, ale Sorilla ją zignorowała. Nie zadała sobie nawet trudu, by rozpiąć pasy i dryfować swobodnie. To było dość przyjemne, ale dla kogoś pracującego w kosmosie dawno straciło posmak nowości. Słyszała, jak ludzie w pośpiechu zapinali teraz te pasy i próbowali łapać latające wokół aparaty fotograficzne, jednak ponieważ żaden z nich nie leciał w jej kierunku, ponownie zatopiła się w rozmyślaniach.
Obcy nie byli tym, czego się spodziewała, nawet po miesiącach walki z golemami i goblinami, które wysyłali do prac na zewnątrz. Wewnątrz bazy miała do czynienia z przynajmniej dwoma różnymi gatunkami - wielkimi, futrzastymi mięśniakami i mniejszymi, szarymi, przypominającymi "obcych z Roswell". Wyglądało na to, że szarzy dowodzili. Byli prawdopodobnie technikami, podczas gdy "kotołaki" wydawały się wynajętymi ochroniarzami.
To z kolei nasunęło jej inną myśl. Wyczyszczenie tej bazy było dziecinnie proste. Przypomniała sobie wszystkie wojny, w których brała udział, i uznała, że nawet najgłupsi żołnierze z Trzeciego Świata byli bardziej kompetentni. Jej przeciwnicy zachowywali się jak pracownicy podrzędnej agencji ochrony wynajętej do pilnowania biurowca, co bardzo kłóciło się z jej innymi wspomnieniami z Haydena. Golemy i gobliny nie były wojownikami, nie były nawet dronami bojowymi, tylko maszynami budowlanymi.
Ale był też zawór grawitacyjny.
Jeśli jakaś kultura zapewniała dostęp do broni masowego rażenia ochroniarzom i pracownikom budowlanym, to zdaniem Sorilli powinno się jej uzmysłowić znaczenie wyrażenia "zdrowe zmysły".
- Proszę schować stoły i wyjąć siedziska znajdujące się we wnękach. Za dwanaście minut będziemy lądować w porcie kosmicznym Ameryka. Dziękujemy za skorzystanie z usług linii Maiden Solar.
"Jakby miało to jakieś znaczenie" - przemknęło Sorilli przez głowę. "Wszystkie one dzierżawią windy od ZFS".
Grawitacja wróciła już w pełni i proces lądowania nie zaliczał się do najprzyjemniejszych. Winda zniżyła się do poziomu portu, jednak pasażerowie musieli zaczekać, aż jej poprzedniczka zostanie przepięta do łącza idącego w górę.
W odróżnieniu od łączy na koloniach port kosmiczny Ameryka zapewniał ciągły ruch w obu kierunkach. To zapewne czyniło życie serwisantów wind bardzo interesującym, ale zdaniem Sorilli każdy był kowalem własnego losu i nikt nie kazał tym ludziom wybierać tego właśnie zawodu.
- Witamy w porcie kosmicznym Ameryka - zabrzmiał miły kobiecy głos, gdy winda opadła do dużego budynku terminala. - Proszę nie zapomnieć o zabraniu bagażu i rzeczy osobistych. Proszę pozostać na miejscach aż do całkowitego zatrzymania się windy. Jeszcze raz dziękujemy za skorzystanie z usług linii Maiden Solar. Życzymy miłego dnia.
USS "Cheyenne"
Zewnętrzne rejony Układu Słonecznego
- Pani admirał...
Nadine Brookes odwróciła się, chwytając poręcz. Jej adiutant wsunęła się przez gródź do pomieszczenia.
- O co chodzi?
Denise Milan zawahała się przez chwilę, sprawdzając swoje położenie względem dowódcy, nie zawracając sobie jednak głowy salutowaniem. O ile teoretycznie było ono wymagane przez regulamin, o tyle w warunkach zerowej grawitacji wyglądało komicznie. Ponadto w kabinie przebywały tylko we dwie. Adiutant wyciągnęła chip z kieszeni i podała przełożonej.
- Rozkazy?
- Tak, ma'am. Grupa humanitarna wróciła z Haydena.
- Wiem, a co z Task Force? - spytała Nadine, wypowiadając wreszcie głośno pytanie, które dręczyło ją, odkąd na monitorach zobaczyła sygnatury powracających jednostek. Miała nadzieję, że bojowa część Floty pozostała na miejscu w celu patrolowania systemu.
- Zniszczona - odparła Denise, spuszczając wzrok.
- Cholera! Cała?
- Niestety tak.
Nadine potarła policzek.
- W jaki sposób przetrwały statki badawcze? Czy Task Force w jakiś sposób doprowadziła do wzajemnego unicestwienia stron?
- Prawie. Przetrwał jeden krążownik. Kapitan Petronow z "Socratesa" zdołał wykończyć go z niskiej orbity.
Ta wiadomość zaskoczyła admirał. Nadine, jak większość starszych oficerów Floty, nie pokładała większych nadziei w statkach badawczych zamienionych w okręty wojenne.
- Aleksiej Petronow? Nigdy bym nie przypuszczała, że ten facet ma w sobie to coś. Jest stuprocentowym cywilem.
W stwierdzeniu tym było sporo autoironii, bowiem Nadine Brookes także rozpoczynała karierę jako naukowiec, by później przenieść się do Marynarki Wojennej. Znała jednak Petronowa, tak jak większość dowódców jednostek Floty, i jeśli istniał wzorzec pacyfisty, to był nim Aleksiej. Wiadomość, że to właśnie on zniszczył nieprzyjacielski krążownik, była ostatnią, jakiej admirał się spodziewała.
- Jaki jest status statków badawczych?
- Są doposażane i ładowane - odpowiedziała Denise. - Załogi przebywają na krótkich urlopach, ale wkrótce znów będą w trasie.
Nadine skinęła głową, biorąc chip i zwracając się ku swojej stacji roboczej, zajmującej większość mostka flagowego. Wsunęła urządzenie w czytnik i dotknęła skanera biometrycznego. Po przeczytaniu rozkazów oparła się wygodniej w fotelu.
- Misja eskortowa.
- Słucham, ma'am?
- Dostarczenie zaopatrzenia i pomocy humanitarnej do systemu Aresa - wyjaśniła admirał. - Nowe łącze, uzbrojenie, żywność i materiały medyczne. Tego typu sprawy.
Denise pokiwała głową. To miało sens. Wielu ludzi w systemie Aresa zginęło podczas ataku, ale większość przetrwała. Lwia część żyła i pracowała pod powierzchnią planety, w kopalniach i podziemnych miastach. Ci ludzie zostali tam uwięzieni. Nawet po zamontowaniu nowego łącza istniała bardzo niewielka szansa na to, że Flota w tym momencie dysponuje wystarczającymi możliwościami transportowymi, by ewakuować ich wszystkich. Trzeba było jednak zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, aby im pomóc.
Task Force Pięć była obecnie jedynym mobilnym związkiem taktycznym, jako że Jedynka prawdopodobnie utworzy grupę humanitarną, zaś Czwórka właśnie otrzymała zadania przewidziane dla obrony terytorialnej. Wysyłanie TF5 jako eskorty było w pewnym sensie marnotrawieniem jej potencjału bojowego. Była to ciężka grupa, stricte bojowa, przeznaczona do bezpośredniej konfrontacji z przeciwnikiem.
Co było obecnie nieco utrudnione, gdyż od czasu bitwy o Haydena nigdzie go nie napotkano.
Nadine z westchnieniem wyłączyła monitor i uruchomiła łączność wewnętrzną.
- Tu mostek, pani admirał.
- Kapitan jest na miejscu?
- Połączę panią.
- Dziękuję.
Chwilę potem w głośniku rozległ się męski głos:
- Tu Roberts, słucham, pani admirał.
- Otrzymaliśmy rozkazy, kapitanie. Odprawa eskadry za dwadzieścia minut.
- Aye, ma'am, będę gotów.
- Wiem, że będziesz. Koniec przekazu - powiedziała, przerywając łączność. - Jeden z głowy, teraz reszta.
- Zacznę przygotowywać telekonferencję.
- Dzięki, Denise - odparła admirał, łącząc się z HMS "Hood".
* * *
Zebranie wszystkich kapitanów zajęło nieco więcej niż dwadzieścia minut, pomimo użycia łącza konferencyjnego Denise udało się to zrobić dość sprawnie. Nadine nakreśliła kapitanom pokrótce plan, wypracowano rozkaz do pierwszego skoku i spotkania z Task Force Jeden.
Eskadra okrętów klas Longbow i Cheyenne uruchomiła napędy VASIMR na jeden g i nie spiesząc się, skierowała do punktu skoku. W tym samym czasie TF1 także szykowała się do drogi. Brookes spodziewała się, że i tak będzie musiała poczekać jeden dzień, ale to nie stanowiło problemu. Pomimo długiego okresu sprawdzania i przygotowywania sprzętu cały czas wychodziły jakieś drobne usterki, które trzeba było usuwać. Obie klasy okrętów były największymi i najpotężniejszymi okrętami bojowymi zbudowanymi przez ludzi, ale konstruowano je w dużym pośpiechu i skutki tego dało się już odczuć.
Przelot z przyspieszeniem jednego g dawał załogom okazję do kontroli i poprawek. Poruszanie się w mikrograwitacji było wprawdzie zabawne, ale praca w takich warunkach to zupełnie inna sprawa.
* * *
Na mostku USS "Cheyenne" kapitan Roberts nadzorował niekończącą się listę kontroli i prób. Jego życie przed wojną mogło wydawać się nudne, ale przynajmniej nie czuł się jak urzędnik. "Taka jest nagroda admiralicji za lata nienagannej służby" - myślał, otwierając kanał do sekcji technicznej.
- Sekcja techniczna, słucham.
- Tu Roberts - powiedział. - Szef jest uchwytny?
- Stara się zmniejszyć przepływ na tok, sir.
Roberts skrzywił się. Nieregularne odczyty z systemu generującego antymaterię były właśnie jedną ze spraw, o których chciał pogadać z szefem.
- Już do czegoś doszedł?
- Tak, sir. Jakiś czas temu odkryliśmy przyczynę. Teraz to tylko sprawa potwierdzenia tego, co wynika z obliczeń.
- Jasne. Powiedz szefowi, że chciałbym z nim porozmawiać, gdy tylko będzie miał wolną chwilę.
- Wilco, kap.
- Koniec przekazu.
Dowódca westchnął, starając się nawet nie myśleć o tym, co niekontrolowany przepływ na tokamaku mógłby zrobić z jego nowym okrętem.
"Zapowiada się misja pełna wrażeń".
Hacjenda rodziny Aida
Przedmieścia Ciudad Juárez
Sorilla zarzuciła worek podróżny na ramię i przeszła przez popękany chodnik do swojego domu rodzinnego.
"Nic się tu nie zmieniło". Uśmiechnęła się lekko, porównując suche, gorące, meksykańskie powietrze z wilgotnym upałem haydeńskiej dżungli.
Szczekanie psa prawie ją zaskoczyło. Odwróciła się do nadbiegającego i przygotowującego się do skoku kundelka. Rzuciła worek na ziemię i wzięła psa na ręce.
- Dobrze cię widzieć, paszczaku - usiłowała przebić się przez radosne ujadanie czworonoga. Kiedy odstawiła go na ziemię, zrobił rundę wokół jej nóg i worka i pognał do domu.
- Halo! - zawołała kobieta, otwierając stopą drzwi. - Tato? Jesteś tu?
Nie słysząc odpowiedzi, rzuciła worek na stół kuchenny i przeszła przez dom do wejścia do garażu. Usłyszała odgłosy pracujących narzędzi.
- Tato - krzyknęła od progu, wiedząc, że nie należy zbliżać się znienacka do pracującego szlifierką kątową. - Tato, odwróć się, stary wariacie!
Mężczyzna przerwał pracę, nasłuchując uważnie i upewniając się, czy faktycznie dotarł do niego czyjś głos, czy tylko mu się wydawało. Wreszcie odwrócił się. Szlifierka upadła na warsztat, a Cassius Aida uśmiechnął się szeroko i podszedł do córki.
Podobnie jak przed chwilą pies, Sorilla poczuła nagle, że jej stopy odrywają się od podłoża, a ona sama wiruje.
- Puszczaj, wariacie!
Cassius Aida zaniósł się głębokim basowym śmiechem, przechodzącym prawie w infradźwięki, i odstawił córkę na podłogę.
- Czemu nie uprzedziłaś, że wracasz?
- Jeszcze rano byłam na lotnisku - odparła, uśmiechając się ciepło. - Super jest znowu cię zobaczyć.
- Ciebie także, dzieciaku - powiedział. - Tym razem jesteś sama?
- Tak - potwierdziła. Zacisnęła usta, przypominając sobie, że ostatnim razem była tu z nią połowa jej drużyny.
Cassius Aida nie był głupcem, a zanim przeniósł się do Meksyku, służył w Armii Stanów Zjednoczonych. Znał wyraz twarzy, który zobaczył u Sorilli, nieraz widział taki grymas w lustrze.
- Było bardzo źle, hija[2]? - spytał po chwili, odkładając resztę narzędzi. Musiał zająć czymś ręce, by nie zobaczyła ich drżenia na myśl o tym, w jaki sposób jego kochana dziewczynka zarabia na życie.
- Paskudnie - potwierdziła cicho, opierając się o stół.
- Tak, widać to w twoich oczach. Ilu?
- Wszyscy.
Młotek upadł na podłogę obok samochodu naprawianego przez Cassiusa Aidę.
Wszyscy.
Mężczyzna spojrzał w sufit, jakby szukając tam jakichś wyjaśnień.
- Wypadek?
- Nie. Nie, papo - powiedziała, zwracając się do niego w ten sposób po raz pierwszy od wielu lat i podnosząc upuszczony młotek. - To nie był wypadek.
Ojciec wolno pokiwał głową i wziął narzędzie, które mu podała.
- Dorwałaś ludzi, którzy to zrobili?
Sorilla zaśmiała się gorzko.
- Jeśli kogoś pominęłam, inni nadal ich tropią.
- To dobrze. Możesz zdradzić mi jakieś szczegóły?
- Jeśli do tej pory nie wiesz, to znaczy, że nie.
- W porządku - odparł, wycierając dłonie ścierką. - Kolacja będzie za godzinę. Potrzebujesz czegoś?
- Pada komunikacyjnego z dostępem telekonferencyjnym.
- Fab jest w kącie, tam gdzie zawsze. To nowy model, ale system operacyjny prawie się nie zmienił. Znasz hasło do mojej sieci.
- Dzięki.
- Widzimy się na kolacji?
- No jasne.
Cassius spojrzał na nią przeciągle i poszedł do kuchni. Sorilla znała swojego ojca, wiedziała, że nie był typem faceta, który lubił gadać, jednak czasem sposób, w jaki zachowywał się w sytuacjach emocjonalnych, ranił. Ale nie winiła go za to. Za pomocą implantów połączyła się z siecią domową i zaczęła przeglądać najnowsze modele padów.
Nie potrzebowała niczego wyszukanego ani szczególnie ładnego. Przy implantach miała świadomość, że urządzenie najprawdopodobniej nigdy nie opuści jej kieszeni. W ciągu kilku minut znalazła model spełniający jej oczekiwania. W momencie kiedy oprogramowanie załadowane zostało do implantu, należało tylko poczekać, aż fab wydrukuje pada.
Wolałaby użyć bezpośrednio swoich implantów, jednak wojsko zabraniało łączenia się z siecią cywilną za pomocą sprzętu wojskowego. Głównie ze względu na niebezpieczeństwo złapania wirusa. Podłączenie się do sieci domowej było już lekkim naruszeniem tych zasad, więc Sorilla nie chciała ryzykować serfowania po sieci ogólnej. Wzięła urządzenie z fabu, sprawdziła, czy wydrukowane zostało z naładowanymi bateriami, i po połączeniu z implantami schowała do kieszeni.
Weszła do domu, łącząc się z pocztą elektroniczną.
- Idę trochę odpocząć, tato - zawołała. - Daj mi znać, kiedy kolacja będzie gotowa.
Machnął w jej kierunku ręką, biorąc nieco ryżu, fasoli i mięsa.
- Możesz jeść w każdej chwili. Zjem z tobą.
- Dzięki, tato - powiedziała, wchodząc do swojego pokoju i kładąc się.
Zamknęła oczy, przeglądając wiadomości w skrzynce, lokalne serwisy prasowe, a głównie starając się zapomnieć.
Od ponad roku nie myślała o swoim zespole. Zagłębianie się w to piekło podczas pobytu na Haydenie nie było dobrym pomysłem, ale teraz, kiedy została odwołana, każdą chwilę będzie musiała poświęcić odpowiadaniu na pytania. Musiała się do tego przygotować.
Po udzieleniu odpowiedzi na kilka wiadomości od przyjaciół i zmianie statusu na portalu społecznościowym z "poza Ziemią" na "w domu" nadała komputerowi priorytety powiadamiania i nakazała wyłączenie HUD-a.