Wstęp
WSTĘP
W XI i XII wieku Europa Zachodnia rosła w siłę. Najstarsi pamiętali
jeszcze niszczycielskie wyprawy żeglarzy północy, Wikingów, lecz
wspomnienia te odchodziły w mroki przeszłości. We Francji, Anglii,
Cesarstwie Niemców, włoskich republikach, na Sycylii rosły strzeliste
wieże świątyń, a każda z miejscowości chciała mieć kościół piękniejszy
niż u sąsiadów. Karczowano puszcze, na ich miejscu zaś powstawały sioła
i miasta. Przybywało drewna, żelaza, jak też wszelkiego jadła. Nie
brakło przy tym rąk do pracy, dobrobyt pozwalał bowiem na przyrost
ludności. Chłopi uprawiali w pokorze rolę, rycerze walczyli między sobą,
w wolnych chwilach oddając się polowaniom i ucztom, mnisi wychwalali
Pana, wyśpiewując ulatujące ku niebu chorały, a papież spierał się z cesarzem o władztwo nad całym chrześcijaństwem. Był to jednak wciąż
świat strwożony, w każdej bowiem chwili zaraza, głód czy pożary mogły
przypomnieć o tym, że istnieją na tej ziemi siły, nad którymi człowiek
nie jest w mocy zapanować.
Na Wschodzie słabło Cesarstwo Bizantyjskie, chroniące spuściznę
rzymskich cezarów. Fala, która draży kamienisty brzeg, w końcu wali go w morze. Takim właśnie klifem było państwo Greków. Oparło się Bizancjum
Słowianom, Persom, Arabom, Bułgarom, Normanom i Rusom. Wydawać by się
mogło, że podobnie stanie się z Turkami, którzy przybyli do granic
cesarstwa ze środkowoazjatyckich stepów. Tymczasem w jednej zaledwie
bitwie stoczonej z koczownikami legł cały autorytet cesarzy
bizantyjskich. Turcy zbyt byli zaskoczeni swym sukcesem, a może po
prostu nie przyszedł jeszcze ich czas, by sięgnąć po największy klejnot
- Konstantynopol. Stali się mimo to panami całej niemal Anatolii i Syrii.
Europa dorosła już wtedy do podzielenia się z niewiernymi i poganami
wiarą w Chrystusa. Drugorzędny był sposób, w jaki miała to czynić. Gdy
na Zachód dotarły wieści o dzikich Turkach, o tym, jak utrudniają
pielgrzymom przybywanie do miejsc, po których chodził sam Zbawiciel,
wśród ludu zawrzało. Idea krucjaty mimochodem rzucona przez papieży,
znakomicie wpasowała się w oczekiwania wszystkich. Żarliwość religijna
poniosła na Wschód tysiące pątników, którzy zamiast kosturów mieli
miecze i topory, a odziani byli nie w zgrzebne lniane włosiennice, lecz
w kolcze zbroje. W roku 1099 stało się coś nadzwyczajnego -
przetrzebiona trwającymi kilka lat walkami, głodem i zmęczeniem armia
była w stanie pokonać silniejszego przeciwnika i zająć Jeruzalem.
Kilkanaście lat zabrało Frankom stworzenie rządzonych przez siebie
państw w Lewancie. Jako że nie znali niczego innego, ich domeny
ukształtowane zostały na podobieństwo feudalnych organizmów z Zachodu.
Cóż jednak z tego, że znakomicie wyekwipowane rycerstwo stało co
najmniej o klasę wyżej od muzułmańskich wojowników, skoro łacinnicy
tonęli w ciżbie otaczających ich ze wszech stron Saracenów? Kolonizacja
nie powiodła się, łatwiej bowiem było wykarczować las nad Loarą, niż
osiedlić się wśród wyznających islam. Cóż z tego, że rośli jak libańskie
cedry i zręczni w swym wojennym rzemiośle Normanowie jednym ciosem
topora potrafili rozpłatać arabskiego muttawija, skoro tych pierwszych
było tak niewielu, tych drugie zaś mrowie? Gdybyż jeszcze można było
ułożyć się z wyznawcami Proroka, tak, by pozwolili na istnienie
chrześcijańskich państewek pod swoim bokiem... Z pewnością, chcieli tego
pullanie, potomkowie krzyżowców, urodzeni w Syrii, ludzie Zachodu,
którzy stali się ludźmi Wschodu. Inaczej myśleli natomiast pielgrzymi,
zbrojni i awanturnicy, przybywający do Jeruzalem na skrzydłach
religijnego uniesienia, lecz także po to, by dopełnić ślubów, by szybko
się wzbogacić, zabić iluś tam niewiernych, w końcu znaleźć zbawienie.
Konfratrom zakonów rycerskich, które wyrosły w Palestynie, również nie w smak było szukanie zgody z Saracenami. Nie było więc dane państewkom
frankijskim cieszyć się pokojem.
Musiały one za wszelka cenę utrzymywać jak najlepsze stosunki z Zachodem, pozbawione bowiem wsparcia współwyznawców zza Morza
Śródziemnego, szybko stałyby się łatwym łupem muzułmańskich emirów.
Dopóki islamscy władcy pozostali podzieleni, walcząc między sobą o przywództwo, dopóty Frankowie mogli zacierać ręce, mieniąc się panami
sytuacji i zliczając zyski z intratnego handlu korzeniami oraz
jedwabiem. Gdy jednak pojawiła się groźba zjednoczenia muzułmanów,
powinni byli uderzyć. Bogaty Egipt stanowił klucz do odniesienia
sukcesu.
Los chciał, że mimo starań łacinników władzę nad Nilem przejął pewien
Kurd o imieniu Salah ad-Din. Szybko okazało się, jak niebezpiecznego
wroga mają, w nim Frankowie. Tymczasem gdy ten jednoczył muzułmanów, oni
spierali się o to, kto powinien stać się władcą Królestwa
Jerozolimskiego. I włożyli koronę na skronie jednego z pośledniejszych
spośród siebie. Na widok Gwidona z Lusignan mogły co najwyżej mdleć
panny i mężatki podziwiające na turniejach w Europie przystojnych
rycerzy. Jednak do kierowania państwem człowiek ów nie nadawał się
zupełnie.
Muzułmanie mogli przegrać niejedną bitwę, a i tak mieli jeszcze gdzie
się wycofać i kim walczyć. Klęska łacinników oznaczała dla nich koniec
wschodniego mirażu. Pod Hattin właśnie spełnił się frankijski koszmar.
Jak do tego doszło i co wydarzyło się wśród spalonych słońcem
galilejskich wzgórz - opowiada ta książka.
Podbój. Królestwo Jerozolimskie i podległe mu państwa feudalne krzyżowców
Podbój.
Królestwo Jerozolimskie i podległe mu państwa feudalne
krzyżowców
Pierwsza krucjata. Zdobycie Edessy, Antiochii i Jerozolimy
Latem 1071 roku bizantyńska armia pod dowództwem cesarza Romana
Diogenesa znalazła się w Armenii. 40 tysięcy Greków miało powstrzymać
Turków w ich marszu na Azję Mniejszą. Dwudziestego szóstego sierpnia pod
twierdzą Mantzikert doszło do decydującej bitwy. Pierwszy dzień zmagań
nie przyniósł rozstrzygnięcia, wojsko sułtana Alp-Arslana broniło się
skutecznie. W nocy cesarz postanowił wycofać swoją armię do obozu.
Nieoczekiwany wybuch paniki i zdrada jednego z arystokratów, Andronika
Dukasa, przesądziły o wyniku starcia. Elitarna gwardia Waragiana dosyć
długo stawiała opór, jednak na widok wycofującej się kawalerii i straconego obozu, Roman Diogenes podjął decyzję o poddaniu się.
Cesarstwo nigdy nie poniosło tak sromotnej klęski: basileus pojmany,
armia rozbita, droga do stolicy stojąca przed sułtanem otworem.
Wojna domowa, która zaraz po bitwie ogarnęła Bizancjum, pozwoliła Turkom
na zajęcie prawie całej Anatolii. Ludność grecka albo uciekła na zachód,
albo została wymordowana. Na podbitych terenach osiedlali się
koczownicy, poddani emirów. Turcy ruszyli też na południe. Z Palestyny
wyparli arabskich Fatymidów, w 1078 roku zajęli Jerozolimę. Nie zdawali
sobie sprawy, że mimowolnie obudzili potęgę, z którą przyjdzie im się
mierzyć przez ponad 200 lat.
Z Europy do Świętego Miasta wyruszały co roku tysiące pielgrzymów. O ile
Arabowie nie przeszkadzali im, o tyle Turcy, prymitywni koczownicy, nie
byli aż tak tolerancyjni. Pątnicy wracający z Palestyny do domów
powtarzali opowieści o prześladowaniach tamtejszych chrześcijan, o tym,
że ziemię, po której chodził Chrystus, bezczeszczą niewierni. Wieści te
powtarzane z ust do ust urastały do rozmiarów eposów. Nie chodziło
zresztą o obiektywne relacje, ale o ich oddziaływanie na słuchaczy. Nie
bez znaczenia była tu też rodząca się tożsamość i siła militarna Europy.
Gdy wspomni się jeszcze o autentycznym zapale religijnym, żądzy
posiadania relikwii1 (gdzie, jeśli nie w Ziemi Świętej będzie
ich najwięcej!) i ekspansji władzy papieży, widać, że brakowało tylko
iskry, by móc rozpocząć zorganizowaną akcję wojskową przeciwko
zewnętrznemu wrogowi. Przyczynek ku temu dała prośba o pomoc
bizantyńskiego cesarza Aleksego I Komnena.
Basileus zwrócił się do papieża Urbana II o wsparcie w walce z muzułmanami. Ten nie pozostał głuchy na wezwanie, widział w takiej akcji
szansę na umocnienie swojej pozycji w chrześcijańskim świecie. Na
zakończenie synodu w Clermont, w listopadzie 1095 roku, następca
świętego Piotra przemówił do tłumu zapełniającego błonia za miastem:
"Bracia żyjący na Wschodzie potrzebują pomocy i musicie pośpieszyć, by
im jej udzielić, co zresztą wielokrotnie obiecywaliśmy uczynić. Jak
wielu z was słyszało, Arabowie i Turcy zaatakowali i podbili państwo Rum
[Cesarstwo Bizantyńskie aż po zachodnie brzegi Morza Śródziemnego
(...). Zajęli ziemie chrześcijan i przemogli ich w siedmiu bitwach.
Zabili i pojmali wielu, zniszczyli kościoły, spustoszyli imperium. Im
bardziej pozwolicie czynić te niegodziwości, tym mocniej cierpieć będą
wierni Boga. Z tego też powodu ja, lub raczej Pan Nasz, zaklina was,
jako wyznawców Chrystusa, by ogłosić to wszystkim i przekonać
wszystkich, jakiegokolwiek stanu by byli: stających do boju pieszo i jeźdźców, biednych i bogatych, do niesienia bezzwłocznej pomocy naszym
braciom i do starcia podłej rasy [niewiernych z ziemi naszych
przyjaciół. Mówię to do tych, którzy są tu obecni i do tych, których tu
brak. Chrystus prowadzi!"2.
Odpowiedział mu okrzyk: "Deus le volt!" - "Bóg tak chce!". Ademar,
biskup Le Puy, uklęknął przed papieżem i zwrócił się z prośbą o pozwolenie na wzięcie udziału w planowanej wyprawie3. Tłum
opanował autentyczny zapał. Na wieść o krucjacie wielu przyszyło do
ubrań krzyże, znak, że chcą udać się do Ziemi Świętej.
Odzew na apel zaskoczył przede wszystkim samego papieża. W jego zamyśle
w skład tworzącej się armii mieli wejść "zawodowcy", a więc wszyscy,
których było stać na wystawienie zbrojnego zastępu, jak i stale parające
się wojennym rzemiosłem. Okazało się jednak, że gdy wiadomości o synodzie w Clermont rozeszły się po Europie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, ludzie pochodzący ze wszystkich klas społecznych,
przedstawiciele wszelkich zawodów zdecydowali się wyruszyć na zbrojną
pielgrzymkę.
Już wiosną 1096 roku, za sprawą wędrownych kaznodziei głoszących
krucjatę, do drogi gotowe były masy biedoty, głównie z północnej
Francji, Niderlandów, Nadrenii i Saksonii, wsparte niewielkimi
oddziałami rycerstwa. Przewodził im Piotr Pustelnik, odznaczający się
tak wielką charyzmą, że wyrywano włosy z grzywy jego muła jako relikwie.
Po Wielkanocy wyprawa, nazwana później ludową, wyruszyła z południowych
Niemiec w kierunku Konstantynopola. Po drodze doszło do pogromów
ludności żydowskiej, walk z Węgrami i starć z wojskami cesarskimi.
Trudno było utrzymać dyscyplinę i posłuch wśród 25-tysięcznej tłuszczy,
mówiącej różnymi językami, chciwej, łaknącej odmiany swego nędznego
losu, a jednocześnie niesionej religijnym entuzjazmem. Aleksy Komnen
mógł odetchnąć dopiero wtedy, gdy przeprowadził tych kłopotliwych
sojuszników na drugi brzeg Bosforu. Ci udali się w kierunku twierdzy
Civetot przekazanej im przez cesarza. Po drodze złupili miejscową
ludność grecką. Nie czekając na nadejście głównych sił krucjaty, baronów
wiodących swoje zastępy, sami postanowili zmierzyć się z Turkami. Sukces
oddziału francuskiego w wyprawie na Nikeę, stolicę sułtana, a przede
wszystkim łupy zwiezione do obozu pobudziły wyobraźnię i wbiły
wojowników w pychę. Jesienią Niemcy do spółki z Włochami zdobyli
twierdzę Kserigordon, jednak niebawem sami zostali w niej uwięzieni.
Turcy pokonali ich, odcinając od źródła wody. Krzyżowcy z pragnienia
pili krew koni i osłów, a do latryn wrzucali płachty, by "wprowadzić
wilgoć do ust"4. Po ośmiu dniach Kserigordon padł. Tych, którzy
nie przeszli na islam, zabito.
Wkrótce pozostała część krucjaty dała się wciągnąć w zasadzkę zaledwie
pięć kilometrów za Civetot. Wybuch paniki ułatwił muzułmanom zadanie.
Tego dnia musieli przedzierzgnąć się w siepaczy, bezwzględnie
mordujących wszystkich, którzy nawinęli się im pod szable. Z całej
wyprawy ocalało kilka tysięcy osób, które ewakuowała bizantyńska flota.
Mury w Civetot odbudowano później, wykorzystując do tego kamienie oraz
kości zamordowanych krzyżowców5.
W czasie, gdy dogorywała krucjata maluczkich, możni na czele swoich
oddziałów wyruszali ku stolicy Bizancjum. Największym pod względem
liczebnym kontyngentem dowodził Rajmund, hrabia Tuluzy. W nim też papież
chciał widzieć przywódcę całej wyprawy. Lotaryńczyków prowadzili bracia
Gotfryd z Bouillon i Baldwin z Boulogne. Normanowie z północy podążali
za Robertem z Normandii, synem Wilhelma Zdobywcy. Wraz z nim szli
Stefan, hrabia Blois i Robert, hrabia Flandrii. Normanów włoskich wiedli
Boemund z Tarentu i jego bratanek Tankred. Niewielki oddział wystawił
też Hugon z Vermandois, brat Filipa I, króla Francji. Duchowym przywódcą
krucjaty Urban II uczynił Ademara, biskupa Le Puy. "I tak stopniowo,
dzień po dniu, z nadchodzących z zachodu hufców powstały armie
składające się z niezliczonej liczby ludzi, którzy przybyli ze
wszystkich stron" - pisał Fulcher z Chartres6. Kronikarze
podawali, że pod Konstantynopolem zebrało się od 100 tys. do 600 tys.
wojowników. Dane te, zdaniem historyków, znacznie odbiegają od
rzeczywistości. Obecnie uważa się, że w drugiej fali pierwszej krucjaty
na Wschód ruszyło 40-50 tys. osób.
Tak jak wcześniej, cesarz bizantyński szybko pozbył się Franków,
odebrawszy od nich wcześniej przysięgę lenną. Krzyżowcy przeszli na
drugi brzeg Morza Marmara w kwietniu 1097 roku. Pierwszym ich celem
stała się Nikea, którą oblegli. Sułtana Kilidż Arslana nie było wtedy w mieście. Turcy, przekonani, że oto mają do czynienia z kolejną grupą
pobitych wcześniej intruzów, postanowili zaatakować ich z marszu. Bitwa
wykazała wyższość zachodniego rycerstwa nad koczownikami. "Starły się
dwie odmienne szkoły walki, z których jedna odniosła bezapelacyjne
zwycięstwo. Zawiodła całkowicie główna broń lekkiej kawalerii Seldżuków
- łuki. Ostrzał prowadzony z nich był dla ciężkozbrojnych rycerzy prawie
nieszkodliwy. (...) Stalowa ława jeźdźców po prostu obalała
lekkozbrojnych przeciwników. W bitewnym zamęcie ciężkie miecze i topory
jeszcze bardziej potęgowały tę przewagę, szable tureckie zaś nie imały
się ciężkich zbroi krzyżowców. Nie bez znaczenia był również fakt
znacznej przewagi fizycznej rycerzy oraz ich sztuki władania białą
bronią"7.
Oblężeni Turcy, widząc klęskę idących im z pomocą rodaków, przekazali
Nikeę Bizantyjczykom, po rokowaniach przeprowadzonych za plecami
Franków. Nadwerężyło to i tak już nie najlepsze stosunki łacinników z Grekami.
Do kolejnej bitwy doszło pod Doryleum 1 lipca 1097 roku. Kilidż Arslan
zaatakował w typowy dla koczowników sposób: otoczył kolumnę rycerską,
zaś jego jeźdźcy zaczęli miotać w przeciwnika setki strzał. Nie
przyniosło to oczekiwanego rezultatu. Krzyżowcom brakowało co prawda
zwrotności, ale grube zbroje pozwalały wytrwać kolejne szarże
nieprzyjaciela. Nadejście odsieczy wzbudziło panikę wśród Turków. Sułtan
uciekł, zostawiając skarb przeznaczony na żołd dla wojska. Arabski
kronikarz Ibn al-Kalanisi pisał, że Frankowie wycięli w pień turecką
armię. "Zabijali, grabili i wzięli wielu jeńców, których sprzedali jako
niewolników"8. Saraceni nie próbowali już powstrzymywać
rycerstwa. Zajęli się przede wszystkim rywalizacją między sobą, co można
uznać za sytuację normalną w wypadku klęski władcy. Brak jedności
muzułmańskiego świata był zresztą jedną z przyczyn sukcesów europejskich
armii.
Marsz przez Anatolię był wyjątkowo ciężki. Konie padały tak, że "wielu
rycerzy szło pieszo i używało jako rumaków wołów"9. W październiku 1097 roku na niebie pojawiła się kometa z ogonem w kształcie miecza. Uważano ją za dobry znak. Jednak podczas oblężenia
Antiochii zapał wielu krzyżowców wystawiony został na ciężką próbę.
Armia wgryzała się w mury tego największego miasta północnej
Syrii10 do czerwca 1098 roku. Największe kłopoty wynikały z powtarzających się co jakiś czas kłótni, jednak w stan przygnębienia
wpędzały rycerstwo głód i deszcze padające przez kilka tygodni po Bożym
Narodzeniu 1097 roku. Antiochię zdobyto ostatecznie dzięki zdradzie
chrześcijańskich podwładnych muzułmańskiego namiestnika. Kilkudziesięciu
rycerzy weszło na jedną z baszt po spuszczonej drabinie i otworzyło
bramy, przez które wdarła się cała armia. Doszło do rzezi. Pod koniec
dnia "nikt nie mógł iść wąskimi uliczkami miasta jak tylko po ciałach
pomordowanych"11.
Sukces ten wcale nie poprawił sytuacji krzyżowców. Już podczas oblężenia
udało im się zmusić do odwrotu Dukaka z Damaszku zmierzającego do
Antiochii z odsieczą. Teraz musieli stawić czoła armii Kirbogi, atabega
Mosulu, który przybył ze spóźnioną odsieczą. "Ogarnęło ich przerażenie,
ponieważ byli mocno osłabieni, a ich zapasy na wyczerpaniu" -
relacjonował arabski historyk Ibn al-Asir12. Styl, w jakim udało
im się i tym razem zwyciężyć, świadczyć może o wpływie religijnych
pobudek na zapał bojowy Franków. W tragicznej sytuacji do biskupa Le Puy
zgłosił się wieśniak, Piotr Bartłomiej, który wyznał, że święty Andrzej
wskazał mu w wizjach miejsce ukrycia włóczni, którą przebito bok
Chrystusa. Miała się ona znajdować w antiochijskiej katedrze świętego
Piotra. Poszukiwania zakończyły się sukcesem. Kolejna część objawienia
mówiła o tym, że Frankowie odniosą zwycięstwo. Morale armii zdecydowanie
wzrosło. Wszyscy odbyli trzydniowy post, wyspowiadali się i przyjęli
komunię świętą. Do bitwy doszło 28 czerwca 1098 roku. Kirboga, ufny w swoje siły, pozwolił na wyjście krzyżowców z miasta i ustawienie się
wojsk przeciwnika w nienagannym szyku. Rycerze stanęli do walki pieszo,
swoje konie dawno już bowiem zjedli. Turcy zaatakowali od frontu w typowy dla siebie sposób - szarżowali, wypuszczali strzały, po czym się
wycofywali. Na niewiele się to jednak zdało. Atabeg rzucił więc swoich
wojowników do bezpośredniego starcia. Lepsze zbroje i dłuższe włócznie
krzyżowców zadecydowały o wyniku tego uderzenia. Frankowie utrzymali
szyk i parli do przodu. Kirboga nakazał obejść lewą flankę przeciwnika.
Turcy otoczyli kolumnę rycerską drugiego rzutu. Odsiecz oddziału
wydzielonego z sił głównych zmusiła Saracenów do odstąpienia. Pierwszy
uciekł z pola bitwy Dukak z Damaszku. To był w zasadzie finał bitwy i kariery samego Kirbogi. Batalia potwierdziła prawdę, że lekkokonna
kawaleria nie jest w stanie pokonać walczącej w szyku piechoty.
Tymczasem nad Eufratem powstało pierwsze państewko krzyżowców. Jeszcze
przed dotarciem do Antiochii Baldwin z Boulogne odłączył się od głównych
sił i udał na terytorium pozostające pod kontrolą Ormian. Ci powitali
oddział frankijski jak wyzwolicieli. Ich przywódcę w lutym 1098 roku
przyjął Toros, władca Edessy. Jako że sam nie miał potomka, adoptował
Baldwina. Kilka tygodni później, w wyniku spisku pałacowego Toros został
zamordowany, a Frankowie przejęli ster rządów w państwie.
Tymczasem wyprawa utknęła w Antiochii. Doszło do sporu o to, kto
powinien objąć władztwo nad miastem. Baronowie zaczęli też
podporządkowywać sobie pobliskie tereny. Do dantejskich scen doszło po
zdobyciu muzułmańskiego miasta Ma'arrat an-Nu'man. "Nasi gotowali
dorosłych pogan w kotłach, a dzieci nadziewali na rożny i pożerali
upieczone" - pisał kronikarz Radulf z Caën13.
"Zabili w okrutny sposób wielką liczbę ludzi. Zabrali ich dobytek.
Uniemożliwili dostęp do wody, którą im sprzedawali. Wielu zmarło z pragnienia... żaden majątek nie ocalał. Zniszczyli mury miasta, spalili
jego domy i meczety, połamali minbary" - relacjonował pochodzący z Aleppo Ibn al-'Adim14.
W końcu, ponaglani przez swoich podwładnych, krzyżowcy ruszyli w dalszą
drogę. Antiochia przypadła w udziale Boemundowi, który zajął się
utrwalaniem swej nowej domeny. Prawdopodobnie terror zasiany po
bestialskim podbiciu Ma'arrat an-Nu'man wpłynął na fakt, że miejscowości
na trasie przemarszu Franków z reguły poddawały się im. Siódmego czerwca
1099 roku, ponad trzy lata po opuszczeniu swych domostw, krzyżowcy
ujrzeli kopuły Jeruzalem.
Miasto z rąk Turków - w wyniku ich ostatnich klęsk - przejęli arabscy
Fatymidzi i postanowili go bronić. Przeciwko sobie mieli nieliczną armię
krzyżowców (10 tys. piechurów i do 1,8 tys. konnych!) - niedożywionych,
zmęczonych, ale niesionych religijnym zapałem i wprawionych w nieustannych bojach. Frankowie nie mogli pozwolić sobie na trwonienie
sił. Do pierwszego szturmu doszło 13 czerwca, po przepowiedni pustelnika
napotkanego na Górze Oliwnej, który miał powiedzieć, że to dzięki wierze
krzyżowcy zdobędą Jerozolimę. Sam entuzjazm nie wystarczył, zabrakło
drabin i machin, atak został odparty. Sytuację uratowało nadpłynięcie
okrętów genueńskich i angielskich do portu w Jaffie. Rozebrano je i przetransportowano, zaś z uzyskanego w ten sposób drewna powstały trzy
wieże oblężnicze. Dwie z nich ustawiono przy murze północnym, jedną
naprzeciw południowych obwarowań. Znów ogłoszono trzydniowy post.
Krzyżowcy w procesjach trzykrotnie obeszli wały Jerozolimy. Czternastego
lipca, po zasypaniu fosy, ruszyli do ostatecznego ataku. "Chrześcijanie,
przywdziawszy zbroje i hełmy i zakrywszy się tarczami - uderzyli na mury
i umocnienia; spotkali się z zaporą z kamieni, strzał i pocisków,
przelatujących tam i z powrotem, ale nie ustawali w walce przez cały
dzień" - zanotował Albert z Aix15. Piętnastego lipca na mury udało
się wedrzeć rycerzom z oddziału Gotfryda z Boullion. Chociaż Arabowie
sprowadzili pomoc z innych sektorów miasta, to przez otwartą bramę
wdarło się już zbyt wielu przeciwników, by można było opanować sytuację.
"W bezpośrednim starciu, w chaotycznych walkach wręcz przewaga
ciężkozbrojnych krzyżowców była bezdyskusyjna"16. Po walce
nie brano jeńców, wyrżnięto niemal wszystkich. Na ulicach poniewierały
się stosy ciał ludzkich. Cel został jednak osiągnięty - Jeruzalem
zdobyte!
Pod panowaniem Franków. Królestwo Jerozolimskie u szczytu potęgi
Zajęcie miasta nie zażegnało wcale problemów, które piętrzyły się przed
krzyżowcami. W bitwie pod Askalonem udało im się co prawda pokonać silną
armię egipską, dzięki której Fatymidzi zamierzali odbić Palestynę,
jednak wielu Franków uważało, że wypełniło już dane śluby, co ich
zdaniem pozwalało na spokojny powrót do Europy. Wkrótce okazało się, że
Gotfryd z Boullion - którego baronowie wybrali na swojego suwerena
(przyjął on tytuł Obrońcy Grobu Świętego) - nie ma kim walczyć.
Dysponował 300 rycerzami i tyluż pieszymi. W sumie liczba łacinników na
zdobytych ziemiach (włączając w to hrabstwo Edessy i księstwo Antiochii)
nie przekraczała 3 tysięcy.
Urban II zmarł nie doczekawszy wieści o opanowaniu Jerozolimy. Jednak
wzbudziły one niekłamany entuzjazm w Europie. Już we wrześniu 1100 roku
ruszyła na Wschód trzecia fala pierwszej krucjaty. Wyprawa zakończyła
się niepowodzeniem. Krzyżowcy postanowili przyjść z pomocą Boemundowi,
który wcześniej wpadł w zasadzkę zorganizowaną przez Turków i był teraz
przetrzymywany na zamku w Niskarze w Anatolii. Półpustynny płaskowyż,
surowy klimat, a co za tym idzie - niemożność zorganizowania
przyzwoitego systemu aprowizacji - przyczyniły się do rozbicia armii
Franków przez muzułmanów. Do Ziemi Świętej dotarli nieliczni. Porażka
sprawiła, iż zdecydowano się utrzymywać kontakt z Zachodem,
wykorzystując morskie szlaki komunikacyjne. To z kolei rodziło
konieczność zdobycia palestyńskiego wybrzeża. W 1001 roku zajęto Arsuf i Cezareę, trzy lata później podbite zostały Hajfa i Akra, w 1110 roku -
Bejrut i Sydon, do 1124 roku opierał się Tyr, dopiero w 1153 roku padł
strategiczny Askalon.
Szybko ukształtowało się też władztwo Franków nad podbitymi obszarami.
Niewielu łacinników trafiło do hrabstwa Edessy, które zamieszkiwali
głównie chrześcijańscy Ormianie, raczej przyjaźnie nastawieni do
przybyszów z Europy. Państewko to, najdalej wysunięte na wschód spośród
utworzonych przez krzyżowców, wbijało się klinem w posiadłości Turków,
przez co było najbardziej narażone na ich ataki. Księstwo Antiochii nie
stanowiło nawet lenna władców Jerozolimy, teoretycznie podlegało bowiem
cesarzowi Bizancjum. Ziemią, która była ojczyzną zarówno chrześcijan,
jak i muzułmanów, Ormian i Syryjczyków, władali włoscy Normanowie. Dalej
na południe rozciągały się włości, które wykroił dla siebie Rajmund z Tuluzy, tworząc udzielne hrabstwo Trypolisu. Frankowie, którzy w nim
osiedli, pochodzili z południowej Francji, stanowili jednak mniejszość w stosunku do żyjących tam wyznawców islamu. Szeroki pas ziem ciągnących
się od Bejrutu na północy po Gazę i Ajlę (Ejlat) nad Morzem Czerwonym
stanowił domenę Królestwa Jerozolimskiego. Nad kilkoma warowniami w górach środkowej Syrii panowali członkowie muzułmańskiej sekty
asasynów17.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki