Hattin 1187 (edycja specjalna) - Piotr Biziuk

Kup ebooka

35.00 zł
29.05 zł (27,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP

W XI i XII wieku Europa Zachod­nia rosła w siłę. Naj­starsi pamię­tali jesz­cze nisz­czy­ciel­skie wyprawy żegla­rzy pół­nocy, Wikin­gów, lecz wspo­mnie­nia te odcho­dziły w mroki prze­szło­ści. We Fran­cji, Anglii, Cesar­stwie Niem­ców, wło­skich repu­bli­kach, na Sycy­lii rosły strze­li­ste wieże świą­tyń, a każda z miej­sco­wo­ści chciała mieć kościół pięk­niej­szy niż u sąsia­dów. Kar­czo­wano pusz­cze, na ich miej­scu zaś powsta­wały sioła i mia­sta. Przy­by­wało drewna, żelaza, jak też wszel­kiego jadła. Nie bra­kło przy tym rąk do pracy, dobro­byt pozwa­lał bowiem na przy­rost lud­no­ści. Chłopi upra­wiali w poko­rze rolę, ryce­rze wal­czyli mię­dzy sobą, w wol­nych chwi­lach odda­jąc się polo­wa­niom i ucztom, mnisi wychwa­lali Pana, wyśpie­wu­jąc ula­tu­jące ku niebu cho­rały, a papież spie­rał się z cesa­rzem o władz­two nad całym chrze­ści­jań­stwem. Był to jed­nak wciąż świat str­wo­żony, w każ­dej bowiem chwili zaraza, głód czy pożary mogły przy­po­mnieć o tym, że ist­nieją na tej ziemi siły, nad któ­rymi czło­wiek nie jest w mocy zapa­no­wać.

Na Wscho­dzie sła­bło Cesar­stwo Bizan­tyj­skie, chro­niące spu­ści­znę rzym­skich ceza­rów. Fala, która draży kamie­ni­sty brzeg, w końcu wali go w morze. Takim wła­śnie kli­fem było pań­stwo Gre­ków. Oparło się Bizan­cjum Sło­wia­nom, Per­som, Ara­bom, Buł­ga­rom, Nor­ma­nom i Rusom. Wyda­wać by się mogło, że podob­nie sta­nie się z Tur­kami, któ­rzy przy­byli do gra­nic cesar­stwa ze środ­ko­wo­azja­tyc­kich ste­pów. Tym­cza­sem w jed­nej zale­d­wie bitwie sto­czo­nej z koczow­ni­kami legł cały auto­ry­tet cesa­rzy bizan­tyj­skich. Turcy zbyt byli zasko­czeni swym suk­ce­sem, a może po pro­stu nie przy­szedł jesz­cze ich czas, by się­gnąć po naj­więk­szy klej­not - Kon­stan­ty­no­pol. Stali się mimo to panami całej nie­mal Ana­to­lii i Syrii.

Europa doro­sła już wtedy do podzie­le­nia się z nie­wier­nymi i poga­nami wiarą w Chry­stusa. Dru­go­rzędny był spo­sób, w jaki miała to czy­nić. Gdy na Zachód dotarły wie­ści o dzi­kich Tur­kach, o tym, jak utrud­niają piel­grzy­mom przy­by­wa­nie do miejsc, po któ­rych cho­dził sam Zba­wi­ciel, wśród ludu zawrzało. Idea kru­cjaty mimo­cho­dem rzu­cona przez papieży, zna­ko­mi­cie wpa­so­wała się w ocze­ki­wa­nia wszyst­kich. Żar­li­wość reli­gijna ponio­sła na Wschód tysiące pąt­ni­ków, któ­rzy zamiast kostu­rów mieli mie­cze i topory, a odziani byli nie w zgrzebne lniane wło­sien­nice, lecz w kol­cze zbroje. W roku 1099 stało się coś nad­zwy­czaj­nego - prze­trze­biona trwa­ją­cymi kilka lat wal­kami, gło­dem i zmę­cze­niem armia była w sta­nie poko­nać sil­niej­szego prze­ciw­nika i zająć Jeru­za­lem. Kil­ka­na­ście lat zabrało Fran­kom stwo­rze­nie rzą­dzo­nych przez sie­bie państw w Lewan­cie. Jako że nie znali niczego innego, ich domeny ukształ­to­wane zostały na podo­bień­stwo feu­dal­nych orga­ni­zmów z Zachodu.

Cóż jed­nak z tego, że zna­ko­mi­cie wyekwi­po­wane rycer­stwo stało co naj­mniej o klasę wyżej od muzuł­mań­skich wojow­ni­ków, skoro łacin­nicy tonęli w ciż­bie ota­cza­ją­cych ich ze wszech stron Sara­ce­nów? Kolo­ni­za­cja nie powio­dła się, łatwiej bowiem było wykar­czo­wać las nad Loarą, niż osie­dlić się wśród wyzna­ją­cych islam. Cóż z tego, że rośli jak libań­skie cedry i zręczni w swym wojen­nym rze­mio­śle Nor­ma­no­wie jed­nym cio­sem topora potra­fili roz­pła­tać arab­skiego mut­ta­wija, skoro tych pierw­szych było tak nie­wielu, tych dru­gie zaś mro­wie? Gdy­byż jesz­cze można było uło­żyć się z wyznaw­cami Pro­roka, tak, by pozwo­lili na ist­nie­nie chrze­ści­jań­skich pań­ste­wek pod swoim bokiem... Z pew­no­ścią, chcieli tego pul­la­nie, potom­ko­wie krzy­żow­ców, uro­dzeni w Syrii, ludzie Zachodu, któ­rzy stali się ludźmi Wschodu. Ina­czej myśleli nato­miast piel­grzymi, zbrojni i awan­tur­nicy, przy­by­wa­jący do Jeru­za­lem na skrzy­dłach reli­gij­nego unie­sie­nia, lecz także po to, by dopeł­nić ślu­bów, by szybko się wzbo­ga­cić, zabić iluś tam nie­wier­nych, w końcu zna­leźć zba­wie­nie. Kon­fra­trom zako­nów rycer­skich, które wyro­sły w Pale­sty­nie, rów­nież nie w smak było szu­ka­nie zgody z Sara­ce­nami. Nie było więc dane pań­stew­kom fran­kij­skim cie­szyć się poko­jem.

Musiały one za wszelka cenę utrzy­my­wać jak naj­lep­sze sto­sunki z Zacho­dem, pozba­wione bowiem wspar­cia współ­wy­znaw­ców zza Morza Śród­ziem­nego, szybko sta­łyby się łatwym łupem muzuł­mań­skich emi­rów. Dopóki islam­scy władcy pozo­stali podzie­leni, wal­cząc mię­dzy sobą o przy­wódz­two, dopóty Fran­ko­wie mogli zacie­rać ręce, mie­niąc się panami sytu­acji i zli­cza­jąc zyski z intrat­nego han­dlu korze­niami oraz jedwa­biem. Gdy jed­nak poja­wiła się groźba zjed­no­cze­nia muzuł­ma­nów, powinni byli ude­rzyć. Bogaty Egipt sta­no­wił klucz do odnie­sie­nia suk­cesu.

Los chciał, że mimo sta­rań łacin­ni­ków wła­dzę nad Nilem prze­jął pewien Kurd o imie­niu Salah ad-Din. Szybko oka­zało się, jak nie­bez­piecz­nego wroga mają, w nim Fran­ko­wie. Tym­cza­sem gdy ten jed­no­czył muzuł­ma­nów, oni spie­rali się o to, kto powi­nien stać się władcą Kró­le­stwa Jero­zo­lim­skiego. I wło­żyli koronę na skro­nie jed­nego z pośled­niej­szych spo­śród sie­bie. Na widok Gwi­dona z Lusi­gnan mogły co naj­wy­żej mdleć panny i mężatki podzi­wia­jące na tur­nie­jach w Euro­pie przy­stoj­nych ryce­rzy. Jed­nak do kie­ro­wa­nia pań­stwem czło­wiek ów nie nada­wał się zupeł­nie.

Muzuł­ma­nie mogli prze­grać nie­jedną bitwę, a i tak mieli jesz­cze gdzie się wyco­fać i kim wal­czyć. Klę­ska łacin­ni­ków ozna­czała dla nich koniec wschod­niego mirażu. Pod Hat­tin wła­śnie speł­nił się fran­kij­ski kosz­mar. Jak do tego doszło i co wyda­rzyło się wśród spa­lo­nych słoń­cem gali­lej­skich wzgórz - opo­wiada ta książka.

Pod­bój. Kró­le­stwo Jero­zo­lim­skie i pod­le­głe mu pań­stwa feu­dalne krzy­żow­ców

Pod­bój. Kró­le­stwo Jero­zo­lim­skie i pod­le­głe mu pań­stwa feu­dalne krzy­żow­ców

Pierw­sza kru­cjata. Zdo­by­cie Edessy, Antio­chii i Jero­zo­limy

Latem 1071 roku bizan­tyń­ska armia pod dowódz­twem cesa­rza Romana Dio­ge­nesa zna­la­zła się w Arme­nii. 40 tysięcy Gre­ków miało powstrzy­mać Tur­ków w ich mar­szu na Azję Mniej­szą. Dwu­dzie­stego szó­stego sierp­nia pod twier­dzą Mant­zi­kert doszło do decy­du­ją­cej bitwy. Pierw­szy dzień zma­gań nie przy­niósł roz­strzy­gnię­cia, woj­sko suł­tana Alp-Arslana bro­niło się sku­tecz­nie. W nocy cesarz posta­no­wił wyco­fać swoją armię do obozu. Nie­ocze­ki­wany wybuch paniki i zdrada jed­nego z ary­sto­kra­tów, Andro­nika Dukasa, prze­są­dziły o wyniku star­cia. Eli­tarna gwar­dia Wara­giana dosyć długo sta­wiała opór, jed­nak na widok wyco­fu­ją­cej się kawa­le­rii i stra­co­nego obozu, Roman Dio­ge­nes pod­jął decy­zję o pod­da­niu się. Cesar­stwo ni­gdy nie ponio­sło tak sro­mot­nej klę­ski: basi­leus poj­many, armia roz­bita, droga do sto­licy sto­jąca przed suł­ta­nem otwo­rem.

Wojna domowa, która zaraz po bitwie ogar­nęła Bizan­cjum, pozwo­liła Tur­kom na zaję­cie pra­wie całej Ana­to­lii. Lud­ność grecka albo ucie­kła na zachód, albo została wymor­do­wana. Na pod­bi­tych tere­nach osie­dlali się koczow­nicy, pod­dani emi­rów. Turcy ruszyli też na połu­dnie. Z Pale­styny wyparli arab­skich Faty­mi­dów, w 1078 roku zajęli Jero­zo­limę. Nie zda­wali sobie sprawy, że mimo­wol­nie obu­dzili potęgę, z którą przyj­dzie im się mie­rzyć przez ponad 200 lat.

Z Europy do Świę­tego Mia­sta wyru­szały co roku tysiące piel­grzy­mów. O ile Ara­bo­wie nie prze­szka­dzali im, o tyle Turcy, pry­mi­tywni koczow­nicy, nie byli aż tak tole­ran­cyjni. Pąt­nicy wra­ca­jący z Pale­styny do domów powta­rzali opo­wie­ści o prze­śla­do­wa­niach tam­tej­szych chrze­ści­jan, o tym, że zie­mię, po któ­rej cho­dził Chry­stus, bez­czesz­czą nie­wierni. Wie­ści te powta­rzane z ust do ust ura­stały do roz­mia­rów epo­sów. Nie cho­dziło zresztą o obiek­tywne rela­cje, ale o ich oddzia­ły­wa­nie na słu­cha­czy. Nie bez zna­cze­nia była tu też rodząca się toż­sa­mość i siła mili­tarna Europy. Gdy wspo­mni się jesz­cze o auten­tycz­nym zapale reli­gij­nym, żądzy posia­da­nia reli­kwii1 (gdzie, jeśli nie w Ziemi Świę­tej będzie ich naj­wię­cej!) i eks­pan­sji wła­dzy papieży, widać, że bra­ko­wało tylko iskry, by móc roz­po­cząć zor­ga­ni­zo­waną akcję woj­skową prze­ciwko zewnętrz­nemu wro­gowi. Przy­czy­nek ku temu dała prośba o pomoc bizan­tyń­skiego cesa­rza Alek­sego I Kom­nena.

Basi­leus zwró­cił się do papieża Urbana II o wspar­cie w walce z muzuł­ma­nami. Ten nie pozo­stał głu­chy na wezwa­nie, widział w takiej akcji szansę na umoc­nie­nie swo­jej pozy­cji w chrze­ści­jań­skim świe­cie. Na zakoń­cze­nie synodu w Cler­mont, w listo­pa­dzie 1095 roku, następca świę­tego Pio­tra prze­mó­wił do tłumu zapeł­nia­ją­cego bło­nia za mia­stem:

"Bra­cia żyjący na Wscho­dzie potrze­bują pomocy i musi­cie pośpie­szyć, by im jej udzie­lić, co zresztą wie­lo­krot­nie obie­cy­wa­li­śmy uczy­nić. Jak wielu z was sły­szało, Ara­bo­wie i Turcy zaata­ko­wali i pod­bili pań­stwo Rum [Cesar­stwo Bizan­tyń­skie aż po zachod­nie brzegi Morza Śród­ziem­nego (...). Zajęli zie­mie chrze­ści­jan i prze­mo­gli ich w sied­miu bitwach. Zabili i poj­mali wielu, znisz­czyli kościoły, spu­sto­szyli impe­rium. Im bar­dziej pozwo­li­cie czy­nić te nie­go­dzi­wo­ści, tym moc­niej cier­pieć będą wierni Boga. Z tego też powodu ja, lub raczej Pan Nasz, zaklina was, jako wyznaw­ców Chry­stusa, by ogło­sić to wszyst­kim i prze­ko­nać wszyst­kich, jakie­go­kol­wiek stanu by byli: sta­ją­cych do boju pie­szo i jeźdź­ców, bied­nych i boga­tych, do nie­sie­nia bez­zwłocz­nej pomocy naszym bra­ciom i do star­cia pod­łej rasy [nie­wier­nych z ziemi naszych przy­ja­ciół. Mówię to do tych, któ­rzy są tu obecni i do tych, któ­rych tu brak. Chry­stus pro­wa­dzi!"2.

Odpo­wie­dział mu okrzyk: "Deus le volt!" - "Bóg tak chce!". Ade­mar, biskup Le Puy, uklęk­nął przed papie­żem i zwró­cił się z prośbą o pozwo­le­nie na wzię­cie udziału w pla­no­wa­nej wypra­wie3. Tłum opa­no­wał auten­tyczny zapał. Na wieść o kru­cja­cie wielu przy­szyło do ubrań krzyże, znak, że chcą udać się do Ziemi Świę­tej.

Odzew na apel zasko­czył przede wszyst­kim samego papieża. W jego zamy­śle w skład two­rzą­cej się armii mieli wejść "zawo­dowcy", a więc wszy­scy, któ­rych było stać na wysta­wie­nie zbroj­nego zastępu, jak i stale para­jące się wojen­nym rze­mio­słem. Oka­zało się jed­nak, że gdy wia­do­mo­ści o syno­dzie w Cler­mont roze­szły się po Euro­pie, zarówno męż­czyźni, jak i kobiety, ludzie pocho­dzący ze wszyst­kich klas spo­łecz­nych, przed­sta­wi­ciele wszel­kich zawo­dów zde­cy­do­wali się wyru­szyć na zbrojną piel­grzymkę.

Już wio­sną 1096 roku, za sprawą wędrow­nych kazno­dziei gło­szą­cych kru­cjatę, do drogi gotowe były masy bie­doty, głów­nie z pół­noc­nej Fran­cji, Nider­lan­dów, Nad­re­nii i Sak­so­nii, wsparte nie­wiel­kimi oddzia­łami rycer­stwa. Prze­wo­dził im Piotr Pustel­nik, odzna­cza­jący się tak wielką cha­ry­zmą, że wyry­wano włosy z grzywy jego muła jako reli­kwie. Po Wiel­ka­nocy wyprawa, nazwana póź­niej ludową, wyru­szyła z połu­dnio­wych Nie­miec w kie­runku Kon­stan­ty­no­pola. Po dro­dze doszło do pogro­mów lud­no­ści żydow­skiej, walk z Węgrami i starć z woj­skami cesar­skimi. Trudno było utrzy­mać dys­cy­plinę i posłuch wśród 25-tysięcz­nej tłusz­czy, mówią­cej róż­nymi języ­kami, chci­wej, łak­ną­cej odmiany swego nędz­nego losu, a jed­no­cze­śnie nie­sio­nej reli­gij­nym entu­zja­zmem. Aleksy Kom­nen mógł ode­tchnąć dopiero wtedy, gdy prze­pro­wa­dził tych kło­po­tli­wych sojusz­ni­ków na drugi brzeg Bos­foru. Ci udali się w kie­runku twier­dzy Cive­tot prze­ka­za­nej im przez cesa­rza. Po dro­dze złu­pili miej­scową lud­ność grecką. Nie cze­ka­jąc na nadej­ście głów­nych sił kru­cjaty, baro­nów wio­dą­cych swoje zastępy, sami posta­no­wili zmie­rzyć się z Tur­kami. Suk­ces oddziału fran­cu­skiego w wypra­wie na Nikeę, sto­licę suł­tana, a przede wszyst­kim łupy zwie­zione do obozu pobu­dziły wyobraź­nię i wbiły wojow­ni­ków w pychę. Jesie­nią Niemcy do spółki z Wło­chami zdo­byli twier­dzę Kse­ri­gor­don, jed­nak nie­ba­wem sami zostali w niej uwię­zieni. Turcy poko­nali ich, odci­na­jąc od źró­dła wody. Krzy­żowcy z pra­gnie­nia pili krew koni i osłów, a do latryn wrzu­cali płachty, by "wpro­wa­dzić wil­goć do ust"4. Po ośmiu dniach Kse­ri­gor­don padł. Tych, któ­rzy nie prze­szli na islam, zabito.

Wkrótce pozo­stała część kru­cjaty dała się wcią­gnąć w zasadzkę zale­d­wie pięć kilo­me­trów za Cive­tot. Wybuch paniki uła­twił muzuł­ma­nom zada­nie. Tego dnia musieli prze­dzierz­gnąć się w sie­pa­czy, bez­względ­nie mor­du­ją­cych wszyst­kich, któ­rzy nawi­nęli się im pod sza­ble. Z całej wyprawy oca­lało kilka tysięcy osób, które ewa­ku­owała bizan­tyń­ska flota. Mury w Cive­tot odbu­do­wano póź­niej, wyko­rzy­stu­jąc do tego kamie­nie oraz kości zamor­do­wa­nych krzy­żow­ców5.

W cza­sie, gdy dogo­ry­wała kru­cjata malucz­kich, możni na czele swo­ich oddzia­łów wyru­szali ku sto­licy Bizan­cjum. Naj­więk­szym pod wzglę­dem liczeb­nym kon­tyn­gen­tem dowo­dził Raj­mund, hra­bia Tuluzy. W nim też papież chciał widzieć przy­wódcę całej wyprawy. Lota­ryń­czy­ków pro­wa­dzili bra­cia Got­fryd z Bouil­lon i Bal­dwin z Boulo­gne. Nor­ma­no­wie z pół­nocy podą­żali za Rober­tem z Nor­man­dii, synem Wil­helma Zdo­bywcy. Wraz z nim szli Ste­fan, hra­bia Blois i Robert, hra­bia Flan­drii. Nor­ma­nów wło­skich wie­dli Boemund z Tarentu i jego bra­ta­nek Tan­kred. Nie­wielki oddział wysta­wił też Hugon z Ver­man­dois, brat Filipa I, króla Fran­cji. Ducho­wym przy­wódcą kru­cjaty Urban II uczy­nił Ade­mara, biskupa Le Puy. "I tak stop­niowo, dzień po dniu, z nad­cho­dzą­cych z zachodu huf­ców powstały armie skła­da­jące się z nie­zli­czo­nej liczby ludzi, któ­rzy przy­byli ze wszyst­kich stron" - pisał Ful­cher z Char­tres6. Kro­ni­ka­rze poda­wali, że pod Kon­stan­ty­no­po­lem zebrało się od 100 tys. do 600 tys. wojow­ni­ków. Dane te, zda­niem histo­ry­ków, znacz­nie odbie­gają od rze­czy­wi­sto­ści. Obec­nie uważa się, że w dru­giej fali pierw­szej kru­cjaty na Wschód ruszyło 40-50 tys. osób.

Tak jak wcze­śniej, cesarz bizan­tyń­ski szybko pozbył się Fran­ków, ode­braw­szy od nich wcze­śniej przy­sięgę lenną. Krzy­żowcy prze­szli na drugi brzeg Morza Mar­mara w kwiet­niu 1097 roku. Pierw­szym ich celem stała się Nikea, którą oble­gli. Suł­tana Kilidż Arslana nie było wtedy w mie­ście. Turcy, prze­ko­nani, że oto mają do czy­nie­nia z kolejną grupą pobi­tych wcze­śniej intru­zów, posta­no­wili zaata­ko­wać ich z mar­szu. Bitwa wyka­zała wyż­szość zachod­niego rycer­stwa nad koczow­ni­kami. "Starły się dwie odmienne szkoły walki, z któ­rych jedna odnio­sła bez­a­pe­la­cyjne zwy­cię­stwo. Zawio­dła cał­ko­wi­cie główna broń lek­kiej kawa­le­rii Sel­dżu­ków - łuki. Ostrzał pro­wa­dzony z nich był dla cięż­ko­zbroj­nych ryce­rzy pra­wie nie­szko­dliwy. (...) Sta­lowa ława jeźdź­ców po pro­stu oba­lała lek­ko­zbroj­nych prze­ciw­ni­ków. W bitew­nym zamę­cie cięż­kie mie­cze i topory jesz­cze bar­dziej potę­go­wały tę prze­wagę, sza­ble turec­kie zaś nie imały się cięż­kich zbroi krzy­żow­ców. Nie bez zna­cze­nia był rów­nież fakt znacz­nej prze­wagi fizycz­nej ryce­rzy oraz ich sztuki wła­da­nia białą bro­nią"7.

Oblę­żeni Turcy, widząc klę­skę idą­cych im z pomocą roda­ków, prze­ka­zali Nikeę Bizan­tyj­czy­kom, po roko­wa­niach prze­pro­wa­dzo­nych za ple­cami Fran­ków. Nad­we­rę­żyło to i tak już nie naj­lep­sze sto­sunki łacin­ni­ków z Gre­kami.

Do kolej­nej bitwy doszło pod Dory­leum 1 lipca 1097 roku. Kilidż Arslan zaata­ko­wał w typowy dla koczow­ni­ków spo­sób: oto­czył kolumnę rycer­ską, zaś jego jeźdźcy zaczęli mio­tać w prze­ciw­nika setki strzał. Nie przy­nio­sło to ocze­ki­wa­nego rezul­tatu. Krzy­żow­com bra­ko­wało co prawda zwrot­no­ści, ale grube zbroje pozwa­lały wytrwać kolejne szarże nie­przy­ja­ciela. Nadej­ście odsie­czy wzbu­dziło panikę wśród Tur­ków. Suł­tan uciekł, zosta­wia­jąc skarb prze­zna­czony na żołd dla woj­ska. Arab­ski kro­ni­karz Ibn al-Kala­nisi pisał, że Fran­ko­wie wycięli w pień turecką armię. "Zabi­jali, gra­bili i wzięli wielu jeń­ców, któ­rych sprze­dali jako nie­wol­ni­ków"8. Sara­ceni nie pró­bo­wali już powstrzy­my­wać rycer­stwa. Zajęli się przede wszyst­kim rywa­li­za­cją mię­dzy sobą, co można uznać za sytu­ację nor­malną w wypadku klę­ski władcy. Brak jed­no­ści muzuł­mań­skiego świata był zresztą jedną z przy­czyn suk­ce­sów euro­pej­skich armii.

Marsz przez Ana­to­lię był wyjąt­kowo ciężki. Konie padały tak, że "wielu ryce­rzy szło pie­szo i uży­wało jako ruma­ków wołów"9. W paź­dzier­niku 1097 roku na nie­bie poja­wiła się kometa z ogo­nem w kształ­cie mie­cza. Uwa­żano ją za dobry znak. Jed­nak pod­czas oblę­że­nia Antio­chii zapał wielu krzy­żow­ców wysta­wiony został na ciężką próbę. Armia wgry­zała się w mury tego naj­więk­szego mia­sta pół­noc­nej Syrii10 do czerwca 1098 roku. Naj­więk­sze kło­poty wyni­kały z powta­rza­ją­cych się co jakiś czas kłótni, jed­nak w stan przy­gnę­bie­nia wpę­dzały rycer­stwo głód i desz­cze pada­jące przez kilka tygo­dni po Bożym Naro­dze­niu 1097 roku. Antio­chię zdo­byto osta­tecz­nie dzięki zdra­dzie chrze­ści­jań­skich pod­wład­nych muzuł­mań­skiego namiest­nika. Kil­ku­dzie­się­ciu ryce­rzy weszło na jedną z baszt po spusz­czo­nej dra­bi­nie i otwo­rzyło bramy, przez które wdarła się cała armia. Doszło do rzezi. Pod koniec dnia "nikt nie mógł iść wąskimi ulicz­kami mia­sta jak tylko po cia­łach pomor­do­wa­nych"11.

Suk­ces ten wcale nie popra­wił sytu­acji krzy­żow­ców. Już pod­czas oblę­że­nia udało im się zmu­sić do odwrotu Dukaka z Damaszku zmie­rza­ją­cego do Antio­chii z odsie­czą. Teraz musieli sta­wić czoła armii Kir­bogi, ata­bega Mosulu, który przy­był ze spóź­nioną odsie­czą. "Ogar­nęło ich prze­ra­że­nie, ponie­waż byli mocno osła­bieni, a ich zapasy na wyczer­pa­niu" - rela­cjo­no­wał arab­ski histo­ryk Ibn al-Asir12. Styl, w jakim udało im się i tym razem zwy­cię­żyć, świad­czyć może o wpły­wie reli­gij­nych pobu­dek na zapał bojowy Fran­ków. W tra­gicz­nej sytu­acji do biskupa Le Puy zgło­sił się wie­śniak, Piotr Bar­tło­miej, który wyznał, że święty Andrzej wska­zał mu w wizjach miej­sce ukry­cia włóczni, którą prze­bito bok Chry­stusa. Miała się ona znaj­do­wać w antio­chij­skiej kate­drze świę­tego Pio­tra. Poszu­ki­wa­nia zakoń­czyły się suk­ce­sem. Kolejna część obja­wie­nia mówiła o tym, że Fran­ko­wie odniosą zwy­cię­stwo. Morale armii zde­cy­do­wa­nie wzro­sło. Wszy­scy odbyli trzy­dniowy post, wyspo­wia­dali się i przy­jęli komu­nię świętą. Do bitwy doszło 28 czerwca 1098 roku. Kir­boga, ufny w swoje siły, pozwo­lił na wyj­ście krzy­żow­ców z mia­sta i usta­wie­nie się wojsk prze­ciw­nika w nie­na­gan­nym szyku. Ryce­rze sta­nęli do walki pie­szo, swoje konie dawno już bowiem zje­dli. Turcy zaata­ko­wali od frontu w typowy dla sie­bie spo­sób - szar­żo­wali, wypusz­czali strzały, po czym się wyco­fy­wali. Na nie­wiele się to jed­nak zdało. Ata­beg rzu­cił więc swo­ich wojow­ni­ków do bez­po­śred­niego star­cia. Lep­sze zbroje i dłuż­sze włócz­nie krzy­żow­ców zade­cy­do­wały o wyniku tego ude­rze­nia. Fran­ko­wie utrzy­mali szyk i parli do przodu. Kir­boga naka­zał obejść lewą flankę prze­ciw­nika. Turcy oto­czyli kolumnę rycer­ską dru­giego rzutu. Odsiecz oddziału wydzie­lo­nego z sił głów­nych zmu­siła Sara­ce­nów do odstą­pie­nia. Pierw­szy uciekł z pola bitwy Dukak z Damaszku. To był w zasa­dzie finał bitwy i kariery samego Kir­bogi. Bata­lia potwier­dziła prawdę, że lek­ko­konna kawa­le­ria nie jest w sta­nie poko­nać wal­czą­cej w szyku pie­choty.

Tym­cza­sem nad Eufra­tem powstało pierw­sze pań­stewko krzy­żow­ców. Jesz­cze przed dotar­ciem do Antio­chii Bal­dwin z Boulo­gne odłą­czył się od głów­nych sił i udał na tery­to­rium pozo­sta­jące pod kon­trolą Ormian. Ci powi­tali oddział fran­kij­ski jak wyzwo­li­cieli. Ich przy­wódcę w lutym 1098 roku przy­jął Toros, władca Edessy. Jako że sam nie miał potomka, adop­to­wał Bal­dwina. Kilka tygo­dni póź­niej, w wyniku spi­sku pała­co­wego Toros został zamor­do­wany, a Fran­ko­wie prze­jęli ster rzą­dów w pań­stwie.

Tym­cza­sem wyprawa utknęła w Antio­chii. Doszło do sporu o to, kto powi­nien objąć władz­two nad mia­stem. Baro­no­wie zaczęli też pod­po­rząd­ko­wy­wać sobie pobli­skie tereny. Do dan­tej­skich scen doszło po zdo­by­ciu muzuł­mań­skiego mia­sta Ma'arrat an-Nu'man. "Nasi goto­wali doro­słych pogan w kotłach, a dzieci nadzie­wali na rożny i poże­rali upie­czone" - pisał kro­ni­karz Radulf z Caën13.

"Zabili w okrutny spo­sób wielką liczbę ludzi. Zabrali ich doby­tek. Unie­moż­li­wili dostęp do wody, którą im sprze­da­wali. Wielu zmarło z pra­gnie­nia... żaden mają­tek nie oca­lał. Znisz­czyli mury mia­sta, spa­lili jego domy i meczety, poła­mali min­bary" - rela­cjo­no­wał pocho­dzący z Aleppo Ibn al-'Adim14.

W końcu, pona­glani przez swo­ich pod­wład­nych, krzy­żowcy ruszyli w dal­szą drogę. Antio­chia przy­pa­dła w udziale Boemun­dowi, który zajął się utrwa­la­niem swej nowej domeny. Praw­do­po­dob­nie ter­ror zasiany po bestial­skim pod­bi­ciu Ma'arrat an-Nu'man wpły­nął na fakt, że miej­sco­wo­ści na tra­sie prze­mar­szu Fran­ków z reguły pod­da­wały się im. Siód­mego czerwca 1099 roku, ponad trzy lata po opusz­cze­niu swych domostw, krzy­żowcy ujrzeli kopuły Jeru­za­lem.

Mia­sto z rąk Tur­ków - w wyniku ich ostat­nich klęsk - prze­jęli arab­scy Faty­mi­dzi i posta­no­wili go bro­nić. Prze­ciwko sobie mieli nie­liczną armię krzy­żow­ców (10 tys. pie­chu­rów i do 1,8 tys. kon­nych!) - nie­do­ży­wio­nych, zmę­czo­nych, ale nie­sio­nych reli­gij­nym zapa­łem i wpra­wio­nych w nie­ustan­nych bojach. Fran­ko­wie nie mogli pozwo­lić sobie na trwo­nie­nie sił. Do pierw­szego szturmu doszło 13 czerwca, po prze­po­wiedni pustel­nika napo­tka­nego na Górze Oliw­nej, który miał powie­dzieć, że to dzięki wie­rze krzy­żowcy zdo­będą Jero­zo­limę. Sam entu­zjazm nie wystar­czył, zabra­kło dra­bin i machin, atak został odparty. Sytu­ację ura­to­wało nad­pły­nię­cie okrę­tów genu­eń­skich i angiel­skich do portu w Jaf­fie. Roze­brano je i prze­trans­por­to­wano, zaś z uzy­ska­nego w ten spo­sób drewna powstały trzy wieże oblęż­ni­cze. Dwie z nich usta­wiono przy murze pół­noc­nym, jedną naprze­ciw połu­dnio­wych obwa­ro­wań. Znów ogło­szono trzy­dniowy post. Krzy­żowcy w pro­ce­sjach trzy­krot­nie obe­szli wały Jero­zo­limy. Czter­na­stego lipca, po zasy­pa­niu fosy, ruszyli do osta­tecz­nego ataku. "Chrze­ści­ja­nie, przy­wdziaw­szy zbroje i hełmy i zakryw­szy się tar­czami - ude­rzyli na mury i umoc­nie­nia; spo­tkali się z zaporą z kamieni, strzał i poci­sków, prze­la­tu­ją­cych tam i z powro­tem, ale nie usta­wali w walce przez cały dzień" - zano­to­wał Albert z Aix15. Pięt­na­stego lipca na mury udało się wedrzeć ryce­rzom z oddziału Got­fryda z Boul­lion. Cho­ciaż Ara­bo­wie spro­wa­dzili pomoc z innych sek­to­rów mia­sta, to przez otwartą bramę wdarło się już zbyt wielu prze­ciw­ni­ków, by można było opa­no­wać sytu­ację. "W bez­po­śred­nim star­ciu, w cha­otycz­nych wal­kach wręcz prze­waga cięż­ko­zbroj­nych krzy­żow­ców była bez­dy­sku­syjna"16. Po walce nie brano jeń­ców, wyrżnięto nie­mal wszyst­kich. Na uli­cach ponie­wie­rały się stosy ciał ludz­kich. Cel został jed­nak osią­gnięty - Jeru­za­lem zdo­byte!

Pod pano­wa­niem Fran­ków. Kró­le­stwo Jero­zo­lim­skie u szczytu potęgi

Zaję­cie mia­sta nie zaże­gnało wcale pro­ble­mów, które pię­trzyły się przed krzy­żow­cami. W bitwie pod Aska­lo­nem udało im się co prawda poko­nać silną armię egip­ską, dzięki któ­rej Faty­mi­dzi zamie­rzali odbić Pale­stynę, jed­nak wielu Fran­ków uwa­żało, że wypeł­niło już dane śluby, co ich zda­niem pozwa­lało na spo­kojny powrót do Europy. Wkrótce oka­zało się, że Got­fryd z Boul­lion - któ­rego baro­no­wie wybrali na swo­jego suwe­rena (przy­jął on tytuł Obrońcy Grobu Świę­tego) - nie ma kim wal­czyć. Dys­po­no­wał 300 ryce­rzami i tyluż pie­szymi. W sumie liczba łacin­ni­ków na zdo­by­tych zie­miach (włą­cza­jąc w to hrab­stwo Edessy i księ­stwo Antio­chii) nie prze­kra­czała 3 tysięcy.

Urban II zmarł nie docze­kaw­szy wie­ści o opa­no­wa­niu Jero­zo­limy. Jed­nak wzbu­dziły one nie­kła­many entu­zjazm w Euro­pie. Już we wrze­śniu 1100 roku ruszyła na Wschód trze­cia fala pierw­szej kru­cjaty. Wyprawa zakoń­czyła się nie­po­wo­dze­niem. Krzy­żowcy posta­no­wili przyjść z pomocą Boemun­dowi, który wcze­śniej wpadł w zasadzkę zor­ga­ni­zo­waną przez Tur­ków i był teraz prze­trzy­my­wany na zamku w Niska­rze w Ana­to­lii. Pół­pu­stynny pła­sko­wyż, surowy kli­mat, a co za tym idzie - nie­moż­ność zor­ga­ni­zo­wa­nia przy­zwo­itego sys­temu apro­wi­za­cji - przy­czy­niły się do roz­bi­cia armii Fran­ków przez muzuł­ma­nów. Do Ziemi Świę­tej dotarli nie­liczni. Porażka spra­wiła, iż zde­cy­do­wano się utrzy­my­wać kon­takt z Zacho­dem, wyko­rzy­stu­jąc mor­skie szlaki komu­ni­ka­cyjne. To z kolei rodziło koniecz­ność zdo­by­cia pale­styń­skiego wybrzeża. W 1001 roku zajęto Arsuf i Ceza­reę, trzy lata póź­niej pod­bite zostały Hajfa i Akra, w 1110 roku - Bej­rut i Sydon, do 1124 roku opie­rał się Tyr, dopiero w 1153 roku padł stra­te­giczny Aska­lon.

Szybko ukształ­to­wało się też władz­two Fran­ków nad pod­bi­tymi obsza­rami. Nie­wielu łacin­ni­ków tra­fiło do hrab­stwa Edessy, które zamiesz­ki­wali głów­nie chrze­ści­jań­scy Ormia­nie, raczej przy­jaź­nie nasta­wieni do przy­by­szów z Europy. Pań­stewko to, naj­da­lej wysu­nięte na wschód spo­śród utwo­rzo­nych przez krzy­żow­ców, wbi­jało się kli­nem w posia­dło­ści Tur­ków, przez co było naj­bar­dziej nara­żone na ich ataki. Księ­stwo Antio­chii nie sta­no­wiło nawet lenna wład­ców Jero­zo­limy, teo­re­tycz­nie pod­le­gało bowiem cesa­rzowi Bizan­cjum. Zie­mią, która była ojczy­zną zarówno chrze­ści­jan, jak i muzuł­ma­nów, Ormian i Syryj­czy­ków, wła­dali wło­scy Nor­ma­no­wie. Dalej na połu­dnie roz­cią­gały się wło­ści, które wykroił dla sie­bie Raj­mund z Tuluzy, two­rząc udzielne hrab­stwo Try­po­lisu. Fran­ko­wie, któ­rzy w nim osie­dli, pocho­dzili z połu­dnio­wej Fran­cji, sta­no­wili jed­nak mniej­szość w sto­sunku do żyją­cych tam wyznaw­ców islamu. Sze­roki pas ziem cią­gną­cych się od Bej­rutu na pół­nocy po Gazę i Ajlę (Ejlat) nad Morzem Czer­wo­nym sta­no­wił domenę Kró­le­stwa Jero­zo­lim­skiego. Nad kil­koma warow­niami w górach środ­ko­wej Syrii pano­wali człon­ko­wie muzuł­mań­skiej sekty asa­sy­nów17.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Jacques Le Goff okre­ślił reli­kwie jako "naj­cen­niej­szą zdo­bycz dla poboż­nych zło­dziei, któ­rzy zacho­wają swój łup, i dla łako­mych gra­bież­ców, któ­rzy go drogo sprze­da­dzą" (Kul­tura śre­dnio­wiecz­nej Europy, War­szawa 1994, str. 154). Jed­nak praw­dziwe skarby Fran­ko­wie znajdą w 1204 r. w zdo­by­tym Kon­stan­ty­no­polu. [wróć]

2. Rela­cja Ful­chera z Char­tres za Medie­val Sour­ce­book, www.for­dham.edu/hal­sall/source/urban2-ful­cher.html, tłum. autor. [wróć]

3. S. Run­ci­man, Dzieje wypraw krzy­żo­wych, t. 1, War­szawa 1987, str. 107 [wróć]

4. M. Bil­lings, Wyprawy krzy­żowe, War­szawa 2002, str. 23. [wróć]

5. Tamże, str. 24. [wróć]

6. Tamże, str. 27. [wróć]

7. A. Micha­łek, Wyprawy krzy­żowe. Armie ludów turec­kich, War­szawa 2003, str. 102. [wróć]

8. A. Maalouf, Wyprawy krzy­żowe w oczach Ara­bów, War­szawa 2001, str. 31. [wróć]

9. Bil­lings, op. cit., str. 35. [wróć]

10. Ano­ni­mowy kro­ni­karz Gesta Fran­co­rum pisał o Antio­chii: "wyra­sta z niego czte­ry­sta pięć­dzie­siąt wież". Mia­sto było oto­czone podwój­nym murem o dłu­go­ści 30 km. Nie mogło być mowy o opa­no­wa­niu go bez dłu­go­trwa­łego oblę­że­nia i machin. [wróć]

11. Bil­lings, op. cit., str. 41. [wróć]

12. Maalouf, op. cit., str. 43. [wróć]

13. Maalouf, op. cit., str. 53. [wróć]

14. Bil­lings, op. cit., str. 45. [wróć]

15. Tamże, str. 50. [wróć]

16. Micha­łek, op. cit., str. 120. [wróć]

17. Asa­syni byli szy­icką sektą reli­gijną, w któ­rej obo­wią­zy­wała zasada bez­względ­nego posłu­szeń­stwa. Jej człon­ko­wie ucho­dzili za per­fek­cyj­nych skry­to­bój­ców. Dzięki spe­cjal­nym meto­dom szko­le­nia, pro­wa­dzo­nym także przy wyko­rzy­sta­niu haszy­szu, byli w sta­nie speł­nić każdy roz­kaz swo­jego przy­wódcy. W XIII w. plotka o przy­by­ciu dwóch z nich do Fran­cji wywo­łała panikę w całym kraju. Fran­cu­skie słowo assas­sin, czyli zabójca, pocho­dzi wła­śnie od nazwy człon­ków tej sekty, któ­rych prze­zwano tak ze względu na zaży­wa­nie przez nich haszy­szu (spo­tyka się też nazwę hasz­sza­szini). [wróć]