HATE. Madison Kate. Tom 1 - Tate James

Kup ebooka

29.99 zł
21.59 zł (20,88 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Nie powinno mnie tu być.

Gdyby mój ojciec wiedział...

Ale podjęłam ryzyko, żeby być świadkiem tej walki. Żeby zo­baczyć tego zawodnika.

Z głośnika obok mnie rozbrzmiała muzyka, a tłum stał się głośniejszy. Bardziej szalony i zniecierpliwiony. Adrenalina zapulsowała mi w żyłach, zwiększając podniecenie tak bardzo, że ledwo mogłam ustać w miejscu. Zaczęłam lekko podskakiwać, wszystko byle nie krzyczeć, nie zemdleć czy coś w tym rodzaju.

Usta wykrzywił mi uśmiech i pokiwałam głową w rytm znanej melodii.

- Oklepany wybór, ale mogło być gorzej - mruknęłam pod no­sem. Pio­senka Bodies zespołu Drowning Poll nadal ryczała, gdy uniosłam się na czubkach palców, próbując rzucić okiem na jeden z powodów, dla którego opuściłyśmy gównianą imprezę halloweenową.

- MK, nie rozumiem tego - jęknęła stojąca obok Bree, moja najlepsza przyjaciółka. Zakrywała rękami uszy i wykrzywiała swoją delikatną twarz, jakby odczuwała fizyczny ból. - Dlaczego właściwie tu jesteśmy? Tak daleko od naszej części miasta, że aż strach. To naprawdę przerażające. Możemy już stąd iść?

- Co? - rzuciłam, marszcząc brwi i uznając, że na pewno źle ją zrozumiałam. - Nie możemy teraz wyjść, walka jeszcze się nie rozpoczęła! - Musiałam krzyczeć, żeby mnie usłyszała, a ona znowu się wzdrygnęła. Miała ku temu powody. W tłumie zdominowanym przez rosłych mężczyzn, Bree i ja nie miałyśmy nawet szansy zobaczyć ringu, a co dopiero walczących na nim. A raczej, jeśli mam być szczera, jednego konkretnego zawodnika. Dlatego, aby mieć lepszy widok, wspięłyśmy się na jeden z ogromnych generatorów prądu.

Tak się złożyło, że na tym, który wybrałyśmy, stał również głośnik, a muzyka dobywająca się z niego była ogłuszająca.

- Złotko, jesteśmy tu od ponad godziny - poskarżyła się Bree. - Jestem zmęczona i trzeźwa, bolą mnie stopy i pocę się jak świnia. Proszę, możemy już iść? - Próbowała posłać mi gniewne spojrzenie, ale efekt psuło to, że nadal miała narysowane na twarzy wąsy i koci nos. Nie wspominając o puszystym ogonie przyczepionym do tyłka.

Nie żebym miała prawo ją oceniać. Sama zdecydowałam się na kostium seksownej wiedźmy. Tyle że ja mogłam przynajmniej ściągnąć spiczastą czapkę, dzięki czemu teraz miałam na sobie zdzirowatą sukienkę z czarnej koronki i lakierowane kozaczki na wysokiej szpilce.

Było po północy trzydziestego pierwszego października, co oznaczało, że powinnyśmy bawić się na corocznej imprezie halloweenowej naszej przyjaciółki Veroniki. Jednak Bree i ja zdecydowałyśmy, że wymknięcie się z domówki, aby wziąć udział w nielegalnej gali MMA, będzie lepszym pomysłem. Tym bardziej że odbywała się ona w namiocie cyrkowym dawno opuszczonego parku rozrywki Laughing Clown.

Czyż nie był to o niebo lepszy sposób na celebrowanie tej nocy niż bycie podrywanym przez chłopaka z rolexem, a następnie spędzenie z nim całych trzech minut na tylnym siedzeniu jego bentleya?

Tak, wszystkie imprezy Veroniki kończyły się mniej więcej tak samo, a ja miałam już tego dość.

- Bree, nie zmuszałam cię do pójścia ze mną - odpowiedziałam zirytowana jej marudzeniem. - Chciałaś tu przyjść. Pamiętasz?

Otworzyła usta z oburzenia.

- Tak, żeby cię nie okradli lub nie zamordowali, czy coś w tym stylu, gdy łapałabyś stopa, aby się tu dostać! MK, ratowałam twój seksowny tyłek i dobrze o tym wiesz.

Przewróciłam oczami na jej dramatyzm.

- Zamierzałam przyjechać uberem, nie autostopem. A West Shadow Grove nie jest przecież siódmym kręgiem piekła.

Oczy jej się rozszerzyły, gdy spojrzała na tłum ludzi, którzy się zebrali, aby obejrzeć walki.

- Ale równie dobrze mogłoby być. Wiesz, ile osób ginie każdego dnia w West Shadow Grove?

Zmrużyłam powieki i postanowiłam sprawdzić jej blef.

- Właściwie to nie. Ile?

- Ja też nie wiem - przyznała - ale dużo. - Pokiwała głową, co miało chyba sprawić, że jej wypowiedź zabrzmi bardziej przekonująco; aż się roześmiałam.

Cokolwiek jeszcze planowała powiedzieć, żeby skłonić mnie do wyjścia, zostało zagłuszone przez głos komentatora walki, który od razu odwrócił moją uwagę od Bree. Wytężyłam wzrok, żeby dostrzec ring. Niestety, nawet wysokość skrzynki generatora nie pomagała; byłyśmy na tyle daleko, że widok był gówniany.

Podniecenie osiągnęło szczyt, buzowało we mnie jak szam­­pan, aż wplotłam spocone ręce w rozciągliwy materiał sukienki. Komentator podawał jego statystyki.

Metr dziewięćdziesiąt trzy wzrostu, dziewięćdziesiąt jeden kilogramów wagi, dwadzieścia trzy wygrane, zero remisów, zero przegranych.

Zero przegranych! Ten facet był stworzony do MMA.

To nie była oficjalna walka - wręcz przeciwnie. Nie podali zatem więcej szczegółów. Nie było żadnej wzmianki o jego wieku, rodzinnym mieście, siłowni... nic. Nawet o jego imieniu. Tylko:

- ...proszę o brawa dla... - komentator zrobił dramatyczną pauzę, doprowadzając zgromadzonych do szału - tajemniczego i niepokonanego Archera! - Wykrzyczał pseudonim zawodnika, a widownia zwariowała. Ja też.

Kawałek Paranoid zespołu I Prevail wylał się z głośnika koło nas, a zanim wysoka, zakapturzona postać, otoczona swoją ekipą, przedostała się przez tłum, moje gardło było suche i obolałe od krzyku. Nawet pomimo dzielącego nas dystansu zadrżałam z niecierpliwością, zastanawiając się, jakby to było wspiąć się na niego jak na drzewo. Z tym że nago.

- Zgaduję, że to dlatego tu przyszłyśmy? - zapytała oschle Bree, marszcząc nos, przez co jej kocie wąsy zadrgały. Przebranie przyjaciółki nie rzucało się za bardzo w oczy, gdyż większość widzów miała na sobie kostiumy halloweenowe. Dzisiaj nawet zawodnicy włożyli pełne maski, a komentator był przebrany za Ponurego Żniwiarza.

- Wiesz, że tak - odpowiedziałam, nie spuszczając ringu z oczu ani na sekundę. Ledwo ośmieliłam się mrugnąć z obawy, że coś mi umknie.

Ktoś z jego zespołu - odrobinę niższy facet o podobnej sylwetce, z bejsbolówką naciągniętą nisko na oczy - zdjął mu szlafrok z ramion, a mnie zaparło dech. Stał odwrócony do nas tyłem, każdy kawałek skóry miał ozdobiony tatuażami. Byłyśmy zbyt daleko, żeby dostrzec ich szczegóły, ale wiedziałam - moje zainteresowanie graniczyło z obsesją - że największa dziara na jego plecach przedstawiała jelenia naszpikowanego strzałami. Stąd wzięła się ksywka. Tatuaż prezentował jego znak zodiaku - Strzelca*.

- Kuuurwa - westchnęła Bree i nawet nie patrząc na nią, wiedziałam, że nagle odkryła w sobie miłość do MMA.

- Podobno UFC próbuje go zrekrutować - paplałam do niej - ale powiedzieli, że musiałby zrezygnować z wszelkich nielegalnych walk w klatkach, i najwyraźniej kazał im spadać.

Bree wydobyła z siebie dźwięk świadczący o uznaniu, ale znając ją, nawet nie wiedziała, czym jest UFC, nie mówiąc już o zrozumieniu, jakie to niesamowite osiągnięcie dla młodego zawodnika.

- Cicho - powiedziałam, mimo że się nawet nie odezwała. - Zaczyna się.

W prowizorycznym ringu Archer i jego przeciwnik - obaj ubrani tylko w szorty i maski - uderzyli nawzajem w swoje rękawice i starcie zostało oficjalnie rozpoczęte.

Całkowicie zafascynowana walką wieczoru czekałam z nie­­cier­­pliwością, żeby zobaczyć, jak przebiegnie pojedynek. Czy będzie to wyrównana potyczka równie utalentowanych zawodników i potrwa pełnych pięć rund? A może okaże się absolutną dominacją jednego z nich? Mogłam tylko trzymać kciuki i mieć nadzieję, że Archer nie zrobił się zarozumiały po swoich ostatnich sukcesach i nie skończy znokautowany w trzydzieści sekund jak Rhonda Rousey.

Przeciwnik uderzył pierwszy, z niecierpliwością i porywczością. Obserwując sposób, w jaki Archer zablokował jego atak, a następnie oddał mu podstępnym ciosem w twarz i z kolana w bok, mogłam już powiedzieć, że walka rozstrzygnie się przed końcem pierwszej rundy.

- Cholera, jest szybki - skomentowałam, podczas gdy mój ulubiony zawodnik robił uniki i lawirował, nie pozwalając rywalowi na kontratak. Po każdym uderzeniu, które zablokował lub którego uniknął, odpowiadał trzema, aż w końcu przeciwnik leżał zakrwawiony na macie.

- Czy to koniec? - zapytała Bree, chwytając mnie za ramię.

Potrząsnęłam głową.

- Nie, dopóki jeden z nich nie odklepie lub wiesz - wzruszyłam ramionami - nie zostanie znokautowany.

- Brutalne - westchnęła, ale w jej oczach pojawiła się iskra, która mówiła, że dobrze się bawi.

Przeciwnik Archera wił się jak ryba na haku, powstrzymując próbę wsunięcia ramienia pod swoją brodę. Kiedy większy, wytatuowany wojownik rozpocznie duszenie, dla faceta, którego ksywki nawet nie dosłyszałam, będzie po wszystkim.

- Dawaj, dawaj - zagrzewałam faworyta do walki, lekko podskakując na idiotycznie wysokich obcasach. - Dawaj, Archer. Wykończ go!

Walka trwała jeszcze kilka chwil, po czym jakiś olbrzymi dupek zasłonił mi widok na ring. Wtedy coś się stało i tłum ryknął. Mogłam sobie tylko wyobrazić, że to Archer zamknął uścisk.

- Tak! - krzyknęłam, wyciągając szyję, by cokolwiek zobaczyć. - Och, gościu, proszę, rusz się! - zwróciłam się do mężczyzny zasłaniającego mi widok. Ten jakby mnie nie słyszał.

Sędzia zaczął odliczać. Wszystko skończy się w ciągu dziesięciu sekund, chyba że drugi zawodnik odklepie wcześniej.

- ...trzy, cztery, pięć...

Rosła we mnie frustracja, gdyż nie widziałam, co się dzieje.

- ...sześć, siedem...

BUM!

Zaskoczona i zdezorientowana nagłym hukiem odwróciłam się do Bree. Czy gaźnik samochód właśnie wystrzelił? Wewnątrz namiotu? Jak to, do diabła, możliwe?

- Co to było? - próbowałam zapytać, ale nie słyszałam własnego głosu. Dzwoniło mi w uszach i tylko ten wysoki dźwięk wypełniał moją głowę.

Bree coś mówiła i szarpała mnie za ramię, ale nic do mnie nie docierało.

- Co ty, kurwa, wyprawiasz?

- MK, rusz się! - Jej słowa w końcu przeniknęły przez świsty w moich uszach.

Potknęłam się, gdy ściągnęła mnie z podwyższenia w kłębiący się poniżej chaos. Potrząsałam głową, wciąż zdezorientowana jak cholera, aż krzyk spanikowanej Bree dotarł do mojej świadomości.

- Ktoś został właśnie postrzelony - powiedziała. - Musimy się stąd wynieść. Natychmiast!

Kurwa mać, miała rację. W zatłoczonej przestrzeni rozbrzmiało jeszcze kilka wystrzałów, a ludzie rozbiegli się jak mrówki.

Chwyciłyśmy się z Bree za ręce i pochylając się, ruszyłyśmy jak najszybciej do wyjścia. Wkrótce zdałyśmy sobie sprawę, że sytuacja jest o wiele poważniejsza niż atak samotnego snajpera. Między nami a wyjściem rozgrywała się brutalna bójka, w której co najmniej trzydzieści osób rozdawało ciosy i kopniaki. Krew i cholera wie co jeszcze lały się wszędzie, a ja cudem odciągnęłam Bree na bok, gdy krzepki facet w skórzanej kurtce zatoczył się do tyłu po uderzeniu w twarz i niemal ją przewrócił.

- Musimy znaleźć inną drogę na zewnątrz - powiedziałam, stwierdzając coś, co było oczywiste, w poszukiwaniu innego sposobu ewakuacji. To był cholernie duży namiot, zgromadziło się w nim prawie pięćset osób, by obejrzeć nielegalną galę walk MMA. To miejsce musiało mieć mnóstwo innych wyjść. - Tędy! - krzyknęłam, robiąc unik, i zaczęłam się przeciskać przez wściekły tłum.

- MK - zawołała przyjaciółka, szarpiąc mnie za rękę. - Zobacz!

Podążyłam wzrokiem za jej drżącym palcem i dostrzegłam kałużę czerwieni na wypolerowanej betonowej podłodze. Rozrzucone blond włosy - moje miałyby ten sam kolor, gdybym nie przefarbowała ich na jaskrawy róż do dzisiejszego kostiumu - i martwa dłoń z paznokciami z odpryskami lakieru.

- Nie patrz - warknęłam do Bree i pociągnęłam ją za rękę, żeby się ruszyła. Jedna dziewczyna już nie żyła, a ja za cholerę nie chciałam do niej dołączyć.

Zostawienie za sobą rozgardiaszu panującego wewnątrz namiotu zajęło nam jeszcze kilka minut, a kiedy wypadłyśmy na zewnątrz, mroźne nocne powietrze sprawiło, że szczękały nam zęby, gdy razem z Bree biegłyśmy przez pogrążony w ciemności park rozrywki.

- T-to było... - wyjąkała Bree, a ja zwolniłam na tyle, by sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku. Jej oczy były rozszerzone i pełne udręki, twarz miała bladą, ale nie zaczęła jeszcze histerycznie płakać, więc może choć raz szok działał na naszą korzyść.

Miałam nadzieję, że powstrzyma ją też przed dopytywaniem, dlaczego wydawałam się zupełnie nieporuszona zobaczeniem martwego ciała i skali przemocy wokół. Tego rozlewu krwi.

Wyparłam wspomnienie ostatniego martwego ciała, które widziałam, wpychając je z powrotem do małego mentalnego pudełka, w którym przebywało od dokładnie sześciu lat. Halloween to rocznica morderstwa mojej mamy.

- Bądź cicho - szepnęłam do niej, skupiając uwagę na otaczających nas cieniach. - Musimy dotrzeć do twojego samochodu i stąd uciec.

Moja najlepsza przyjaciółka, pomimo wszystkich swoich niesamowitych zdolności, nie miała pojęcia, w jakim niebezpieczeństwie jesteśmy.

- Co się dzieje, MK? - zapytała twardo i jak dla mnie zdecydowanie zbyt głośno.

- Cśśś... - Położyłam dłoń na jej ustach, aby wzmocnić przekaz. Schowałyśmy się w cieniu, obok rozwalającego się stoiska, a ja gorączkowo rozglądałam się wokół, aby sprawdzić, czy jesteśmy same. - Bree, musisz mi zaufać. To nie był przypadkowy akt przemocy. Nie widziałaś tatuaży tych walczących kolesi? Naszywek na ich kurtkach?

Jej oczy, widoczne nad moją dłonią, rozszerzyły się jeszcze bardziej, a oddech przeszedł w szarpane, spanikowane westchnienia. Skinęłam głową, potwierdzając to, co właśnie odgadła.

- Taaa. No właśnie. Siedzimy po uszy w środku wojny gan­gów i jeśli szybko stąd nie spierdolimy... - urwałam. Wiedziała, co mam na myśli. Nie chciałam nawet myśleć o konsekwencjach, gdyby złapał nas któryś z gangów, Wraithsi lub Reapersi. Powiedzmy, że śmierć byłaby najłatwiejszym wyjściem. Prawdopodobnie obrzydliwie bogata rodzina Bree zapłaciłaby za nią okup, ale ja nie miałabym tyle szczęścia. Nie dlatego, że mój ojciec nie mógłby zapłacić, ale dlatego, że w jakiś sposób stał się wrogiem przywódcy Reapersów.

Rozległy się śmiechy przechodzących gdzieś w pobliżu mężczyzn, więc wciągnęłam Bree głębiej w cień i czekałyśmy, żeby nas minęli.

- Chodźmy - wyszeptałam, gdy głosy ucichły.

Bree trzymała się tuż za mną, kiedy pospiesznie ruszyłam w kierunku miejsca, gdzie zaparkowałyśmy jej samochód. Coraz więcej osób wylewało się z parku rozrywki, więc aby się nie wyróżniać, próbowałyśmy się wtopić w grupę przebierańców. Pomogło nam, że Bree nadal miała na sobie strój seksownej kocicy, a moje długie do pasa włosy były jaskraworóżowe. Wyglądałyśmy jak zwyczajne dziewczyny na imprezie halloweenowej.

Gdy minęłyśmy połowę parku, prawie pozwoliłam, aby napięcie ze mnie zeszło. Nie mogłyśmy jednak wiecznie się ukrywać w tłumie. Tym bardziej że samochód Bree zaparkowałyśmy przy szopie za południową bramą, a wszyscy inni kierowali się do zachodniej.

W milczeniu pociągnęłam przyjaciółkę za rękę i oderwałyśmy się od tłumu, natychmiast przyspieszając tempo, gdy mijałyśmy zepsute samochodziki.

- To był zły pomysł - wymamrotała Bree, ale trzymała się blisko mnie, gdy biegłyśmy w butach na obcasach przez cholernie przerażający park. Dlaczego, kiedy przyjechałyśmy, wszystko wydawało się takie ekscytujące? Teraz czułyśmy się, jakbyśmy utknęły w horrorze i w każdej chwili mógł na nas wyskoczyć ktoś z nożem lub piłą łańcuchową.

Z adrenaliną pulsującą w żyłach skręciłam za róg bez spraw­dzenia, co się za nim kryje, i wbiegłam prosto w plecy faceta ubranego w kostium Beetlejuice'a.

- Cholera, przepraszam! - wykrzyknęłam, łapiąc równowagę na obcasach godnych striptizerki.

Starałam się go ominąć, gdy ogromna dłoń objęła moje ramię. Zatrzymał mnie w pół kroku i w tym samym momencie zobaczyłam mężczyznę, z którym rozmawiał... oraz dużą, otwartą torbę pełną gotówki leżącą na ziemi między nimi.

- Przepraszam - powiedziałam i oblizałam usta, przenosząc wzrok między Beetlejuicem a drugim facetem - nie będziemy wam przeszkadzać.

Pociągnęłam Bree za rękę i ignorując uścisk Beetlejuice'a na swoim ramieniu, popchnęłam ją, by mnie okrążyła, z dala od jego ubranego w skórzaną kurtkę przyjaciela. Było na tyle ciemno, że nie mogłam dostrzec, jaką miał naszywkę, ale to nie miało znaczenia. Obaj byli kurewsko niebezpieczni.

- Co usłyszałyście? - zapytał stanowczo Beetlejuice, potrząsając mną lekko i nachylając się do mojej twarzy. Jego przyjaciel tylko patrzył, obojętnym wzrokiem.

- Nic - warknęłam do niego. - Właśnie stąd wychodziłyśmy. W parku dzieje się coś złego.

Beetlejuice uśmiechnął się szyderczo, a facet w skórzanej kurtce zarechotał. Jakby już o tym wiedzieli i byli z tego zadowoleni.

- Puść mnie - powiedziałam stanowczym głosem. - Nic nie widziałyśmy ani nie słyszałyśmy i naprawdę nas to nie obchodzi. W tym parku jest już jedna martwa dziewczyna i cała tona świadków. W każdej chwili może tu być pełno glin.

Beetlejuice spojrzał na mnie podejrzliwie, mrużąc oczy, po czym skinął głową.

- Nic nie widziałyście - warknął ostrzegawczo i mnie wypuścił. - Głupie dziwki - wymamrotał do kumpla, gdy się od nich oddalałyśmy.

Przeszłam powoli kilka kroków, nie chcąc biec, dopóki nas widzieli, ale posłałam Bree spojrzenie mówiące: pospiesz się!

- Zaczekaj. - To jedno słowo uderzyło we mnie jak piorun, całe moje ciało się napięło, a noga zamarła w powietrzu. - Czy my się nie znamy?

To powiedział ten drugi facet, a jego głęboki znajomy głos przyprawiał mnie o dreszcze. Był na tyle blisko, że czułam zapach jego kurtki i onieśmielającą obecność. Gdyby tylko chciał, mógłby wyciągnąć rękę i skręcić mi kark.

Spanikowałam i szybko podjęłam decyzję.

- Bree, cokolwiek się stanie, nie zatrzymuj się, dopóki nie dotrzesz do samochodu. Spotkamy się na miejscu - powiedziałam pod nosem, ale spojrzenie, które jej rzuciłam, uciszyło jej ewentualne protesty. - Mówię poważnie - zapewniłam ją. - Biegnij, kurwa.

Twardo skinęła głową z oczami pełnymi strachu i determinacji, po czym prędko ruszyła i zniknęła w nocy.

- Pieprzyć to - warknął Beetlejuice, a jego kroki szybko ucichły, gdy pobiegł w przeciwnym kierunku. Ale tylko jego. Mój przerażający cień nie ruszył się ani na centymetr.

- Tak - mruknął, a gorący oddech rozwiał różowe kosmyki moich włosów. - Wydawało mi się, że rozpoznaję ten tyłek. A teraz powiedz mi, Madison Kate Danvers, co taka dziewczyna jak ty robi w West Shadow Grove?

Nie pobiegłam za Bree, bo nie byłam pieprzoną idiotką. Nie było mowy, żebym uciekła przed tym facetem w tym, co miałam na sobie. A teraz, gdy wiedział, kim jestem, nie stałby w miejscu, pozwalając mi uciec.

Zamiast tego zrobiłam jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy.

Obróciłam się i uderzyłam go prosto w twarz.

* Znak zodiaku Strzelec często prezentowany jest z łukiem, stąd nawiązanie do archera (ang.), czyli łucznika (przyp. red.).

Rozdział 2

Gdy ból eksplodował w mojej dłoni, stłumiłam krzyk, a koleś upadł do tyłu z oszołomionym wyrazem twarzy. Nie miałabym kolejnej takiej okazji, więc nie mogłam jej zmarnować.

- Co jest, kurwa? - ryknął facet, ale krzyczał w próżnię, bo mnie już dawno nie było.

Kiedy biegłam, a moje obcasy stukały o chodnik, po raz tysięczny przeklinałam w głowie wybór obuwia. Bree okazała się sprytniejsza, zdejmując swoje, ale rozpięcie kozaczków, które dziś włożyłam, wymagałoby utraty zbyt wielu cennych sekund.

Kroki dudniły gdzieś za mną, a ja, schowawszy się w domu zabaw, wstrzymałam oddech i zamarłam. Bezpieczniej było się ukryć i siedzieć cicho, niż biec przez park bez celu.

- Poddaj się, mała księżniczko - krzyknął już z bliska mój prześladowca. - Nie uciekniesz tak łatwo.

Furia pobrzmiewała w jego głosie, przez co przerażenie poczułam aż w kościach. Uciekłam, bo wykorzystałam element zaskoczenia, ale po raz drugi mogłabym nie mieć tyle szczęścia.

- Madison Kate - zawołał ponownie i zdecydowanie zbyt blisko. - Nie utrudniaj tego bardziej, niż to konieczne.

Milczałam, pozostając nieruchomo.

Jego buty zachrzęściły na zeschłych liściach, a ja znów wstrzymałam oddech. Był tak blisko. Tak cholernie blisko.

W każdej chwili mógł mnie znaleźć. Znaleźć mnie, zaciągnąć do klubu Reapersów i...

Panika zalała mój organizm i podjęłam głupią decyzję.

Mózg krzyczał, żebym się nie ruszała, żebym nie zdradziła kryjówki i miała nadzieję, że przywódca gangu Shadow Grove Reapers mnie nie znajdzie. Ale moje ciało zareagowało jak zaskoczony królik, więc rzuciłam się do ucieczki.

Gdzieś za mną rozległo się wykrzyczane przekleństwo, ale nie poświęciłam ani sekundy, by się odwrócić. Wiedziałam, kto krzyczał, wiedziałam, że mnie ścigał, więc, kurwa, po co miałabym patrzeć?

Wbiegłam w głąb domu zabaw, chowając się i robiąc uniki między pozostawionymi tu rzeczami i groteskowo starymi manekinami, ale odgłos ciężkich butów nadal za mną podążał.

Ledwie zdusiłam krzyk przerażenia, gdy coś poruszyło się w cieniu i tuż przede mną wyskoczył klaun na sprężynie. Przebiegłam pod nim i gnałam dalej, desperacko szukając miejsca, by się ukryć, gdzieś, gdzie Zane D'Ath nie będzie w stanie mnie znaleźć.

Nagle ktoś się wyłonił z mroku, po czym złapały mnie czyjeś silne ręce. Z gardła wyrwał mi się okrzyk przerażenia, natychmiast stłumiony przez dłoń zaciskającą się na moich ustach.

Zadziałałam instynktownie i zamachnęłam się łokciem do tyłu tak mocno, jak tylko mogłam, sprawiając tym, że mój porywacz stęknął z bólu, jego uścisk niestety nie osłabł, gdy wciągał mnie głębiej w cień. Rzucałam się i walczyłam, ale przestałam, gdy ponownie usłyszałam głos Zane'a.

- Nie mam na to czasu ani cierpliwości, Madison Kate - krzyknął, a jego słowa odbiły się echem, ale... nie dobiegały z tyłu. To kto mnie, kurwa, trzymał?

Przerażenie wzrosło, gdy zdałam sobie sprawę, że w domu zabaw czaiła się więcej niż jedna osoba, więc mocno nadepnęłam na stopę porywacza, próbując się uwolnić. Kiedy to nie zadziałało, próbowałam wbić piętę w jego pachwinę - co poskutkowało tylko tym, że uwięził moją kostkę między swoimi nogami.

- Co się, kurwa, dzieje? - zaklął stłumionym szeptem i zacieśnił uścisk na mojej talii i moich ustach, zamiast go rozluźnić.

- Zamknij się - szepnął ktoś inny, na co prawie wyskoczyłam ze skóry. Mimo że dźwięk był cichy, ewidentnie pochodził od mężczyzny. Więc było ich trzech. Trzech mężczyzn, każdy niewątpliwie o wiele większy i wredniejszy ode mnie.

Miałam przejebane.

- Niech ona się zamknie - szepnął drugi facet, czułam ciepło jego oddechu na policzku z tak kurewsko bliskiej odległości. Wciągnęli mnie w całkowicie ciemną część domu zabaw. Nic nie widziałam i, kurwa, musiałam użyć całej swojej samokontroli, by nie pozwolić, aby strach przejął nade mną władzę.

Co za idiotka chowa się w domu zabaw, kiedy boi się ciasnych, mrocznych przestrzeni?

- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić - szepnął ten, który mnie trzymał, a jego ton był równie cichy. Nie było mowy, żeby Zane ich usłyszał, a ja nie byłam pewna, czy bym tego chciała. Do tej pory ta dwójka mnie nie skrzywdziła... A nie można było tego samego powiedzieć o Zanie D'Athie. - Pieprzona suka właśnie próbowała kopnąć mnie w jaja.

Usłyszałam kroki na drewnianej podłodze gdzieś w głębi domu i szarpnęłam się w uścisku porywacza. Nie miałam pojęcia, czego chcieli ode mnie ci dwaj, którzy ukrywali mnie przed Zane'em, ale na pewno nie chodziło o bezpieczne odprowadzenie mnie do samochodu Bree. Większe szanse miałabym z obłąkanymi, zjedzonymi przez mole klaunami i resztą walającego się tu gówna.

- Przestań - warknął mężczyzna przede mną i odniosłam silne wrażenie, że nade mną górował. Kurewsko nienawidziłam, kiedy faceci tak robili. Jakby ich wzrost automatycznie sprawiał, że stawali się tacy onieśmielający.

- Pierdol się - próbowałam odburknąć, ale wyszło z tego tylko kilka stłumionych odgłosów, które jedynie mnie rozwścieczyły. Ale to dobrze. Gniew był dobry, o wiele bardziej przydatny niż strach.

- Madison Kate - zawołał ponownie Zane, najwyraźniej nie poddawał się tak łatwo. - Wiem, że nadal tu jesteś. Czuję twój strach. Gdzie się chowasz, mała myszko?

Gniew opadł w jednej chwili i praktycznie przylgnęłam do faceta, który mnie trzymał. Rozmyśliłam się. Każdy był zdecydowanie lepszy od Zane'a D'Atha. To nie przypadek, że jego nazwisko wymawia się dosłownie jak "death", czyli śmierć.

- Zaknebluj ją czy coś - powiedział apodyktyczny facet przede mną; jego głos wciąż był na tyle cichy, że nikt oprócz mnie, mojego porywacza i szkieletów go nie usłyszał. - Kurwa, zrób wszystko, aby ją uciszyć i trzymać w ukryciu.

Tylko chłodny podmuch powietrza był oznaką tego, że się od nas oddalił. Chwilę później uchylił wąskie drzwiczki, przez co rzucił trochę światła na niewielką przestrzeń, w której się znajdowaliśmy, i swoją barczystą, zakapturzoną postać, po czym przecisnął się przez drzwi do głównej części domu zabaw.

Nie zamknął ich za sobą całkowicie, a ta niewielka ilość światła wystarczyła, żebym odnalazła się w sytuacji. Porywacz wciągnął mnie w obszar, który musiał być kiedyś używany przez personel i aktorów, a drzwiczki musiały być fałszywym panelem w lustrzanym labiryncie.

Przez chwilę wszystko było nieruchome. Facet, który mnie trzymał, zdawał się wyczuwać, że nie będę znów celować w jego jaja, i rozluźnił odrobinę uścisk, pozwalając mi z powrotem postawić dla równowagi stopę na podłodze.

- Nie będziesz krzyczeć, prawda? - wyszeptał mi prosto do ucha. - Jeśli krzykniesz, nie zdołamy ci pomóc i będziesz zdana na siebie.

Zesztywniałam, zjeżyłam się na sugestię, że potrzebuję ich pomocy. Ale... kurwa, potrzebowałam jej. A on właśnie oznajmił, że próbują mi pomóc...

Cień przesunął się przed uchylonymi drzwiami, więc wciągnęłam powietrze, dusząc w sobie dźwięk, zanim jeszcze mój towarzysz zacisnął mi dłoń na ustach.

- Kurwa, wyluzuj, Madison Kate - powiedział i brzmiał na zirytowanego.

Kim on, kurwa, był? Znał mnie? A może tylko powtarzał imię, które usłyszał w drwinach Zane'a?

Labirynt luster sprawiał, że w pomieszczeniu roiło się od cieni, chociaż wiedziałam, że byłam tu tylko ja i facet za mną. No i może jeszcze ten drugi. Pieprzony dom rozrywki. Dlaczego zdecydowałam się ukryć w pieprzonym domu rozrywki?

- Co ty tu, kurwa, robisz? - warknął Zane, zwracając się do tego pierwszego kolesia. Albo drugiego. Albo... kurwa, nie miałam już pojęcia do kogo. Pomimo narastającej paniki skupiłam całą uwagę na labiryncie. Mogłam zrobić albo to, albo przyjąć do wiadomości, w jak małej przestrzeni byłam przetrzymywana. A gdybym to zrobiła...

- Uspokój się, kurwa - syknął mi do ucha porywacz. Nawet nie zauważyłam, że mój oddech gwałtownie przyspieszył, zbliżając się do granicy hiperwentylacji. Ale właśnie to działo się ze mną w małych, ciemnych przestrzeniach.

Kurwa.

Próbowałam się skupić na wątłej szczelinie światła, małej obietnicy, że pomimo trzymającego mnie, silnego faceta nie utknęłam tu na dobre. Ale to nie wystarczyło. Teraz, gdy moja uwaga nie była już zajęta uciekaniem, aby uchronić swoje pieprzone życie, ściany wokół mnie zaczęły się zamykać, a przerażenie drapało w gardło. Oddech świszczał i czułam, że moje płuca się kurczą.

- Cholera - przeklął mój porywacz. - Przestań, wydasz nas. Poważnie, skarbie, uspokój się, kurwa. - Coś w jego lekko szalonym tonie złagodziło moją panikę. Działo się tu coś więcej.

Odwróciłam głowę na bok, wcisnęłam brodę w ramię i odsunęłam jego rękę na tyle, żeby móc wypowiedzieć dwa słowa.

- Mam klaustrofobię - szepnęłam, a mój cichy głos był przesiąknięty strachem i błaganiem.

Po tym wyznaniu jego dłoń opadła z mojej twarzy tak szybko, jakbym sobie tę sytuację wyobraziła. Jednak jego muskularne przedramię nadal obejmowało mnie w talii, a drugą dłoń wciąż mocno zaciskał wokół moich nadgarstków. Niewątpliwie dalej byłam jego więźniem.

- Kurwa, przepraszam - powiedział ze szczerą skruchą. - Siedź cicho, dopóki Zane nie odejdzie. - Jego głos był ledwie słyszalny, a usta muskały moje ucho, gdy mówił: - Zaufaj mi, nie chcesz, żeby cię dogonił. Nie dziś wieczorem.

Pokiwałam energicznie głową.

- Wiem. Jak myślisz, dlaczego, kurwa, uciekałam?

Mimo gniewnego tonu i prób pyskowania fizycznie cała się trzęsłam. Drgawki targały moim ciałem i chociaż udało mi się uspokoić oddech, odkąd moja twarz nie była zasłonięta... nadal znajdowałam się w ciasnej klitce.

Głębokie głosy dudniły z wnętrza lustrzanego labiryntu, zbyt stłumione i ciche, by zrozumieć wypowiadane słowa, ale to byli Zane i ten drugi facet. Władczy dupek. Brzmieli prawie... przyjaźnie? Przynajmniej jak dobrzy znajomi.

- Kim ty jesteś? - szepnęłam do faceta za mną, próbując zająć czymś uwagę. - Znamy się?

Mężczyzna cicho się zaśmiał, a jego oddech musnął mój policzek. Zmienił uchwyt na moim ciele i chociaż nadal mocno mnie trzymał, prawie mogłam udawać, że to był uścisk. Nawet przysunęłam się odrobinę bliżej, szukając siły tam, gdzie moja własna zawiodła.

- Wszyscy cię znają, Madison Kate - powiedział, brzmiąc, jakby był rozbawiony, tylko w połowie odpowiadając na moje pytanie. - Przy okazji, podobają mi się twoje włosy. Są takie niebanalne i bardzo przyciągają wzrok.

Przewróciłam oczami w ciemności, ale nie byłam zaskoczona jego odpowiedzią. "Wszyscy cię znają, Madison Kate". Historia mojego pieprzonego życia, dzięki mojemu ojcu. Główny inwestor i deweloper w Shadow Grove, i całkowicie pretensjonalny dupek, Samuel Danvers Czwarty, zmusił mnie do stania u jego boku na niezliczonych wydarzeniach, imprezach i rozpoczęciach budów - idealna, posłuszna córka zastępująca swoją tragicznie zmarłą matkę. Co za stek bzdur.

- To tymczasowe - mruknęłam, odnosząc się do moich jaskraworóżowych włosów. Do kostiumu seksownej wiedźmy planowałam włożyć perukę, ale cholernie drapała, więc zamiast niej użyłam zmywalnej farby do włosów z drogerii.

Facet, który mnie trzymał, wydał z siebie cichy dźwięk rozbawienia.

- Oczywiście, że tak.

Zirytował mnie jego protekcjonalny komentarz, ale nic nie powiedziałam. Kłótnia z przypadkowym kolesiem na tyłach domu zabaw, podczas gdy polował na mnie prawdziwy, cholerny morderca... To nie brzmiało jak dobry pomysł.

- Wszystko w porządku? - wyszeptał po kilku chwilach milczenia. Głosy Zane'a i drugiego faceta ucichły, a ja pozwoliłam sobie na odrobinę nadziei, że wyjdę z tego żywa.

Potrząsnęłam głową, zaciskając zęby. Pytając, czy wszystko ze mną w porządku, przypomniał mi jedynie, gdzie się znajdowaliśmy. Z Zanem D'Athem gdzieś tam, po drugiej stronie drzwi... To było tak podobne do moich koszmarów, jak tylko mogło być.

Facet, który mnie więził, ponownie zmienił uchwyt, teraz trzymał mnie jedną ręką.

- To nie potrwa długo - zapewnił miękkim głosem. Przesunął palcami drugiej dłoni, tej, która nie obejmowała już moich nadgarstków, w dół mojego nagiego ramienia. - Skup się na czymś innym. - Skóra drżała pod lekkim jak piórko dotykiem, pozostającym w wyraźnym kontraście do sposobu, w jaki trzymał moje nadgarstki. Dotarł do łokcia, po czym wrócił do barku i zaczął od nowa.

Zadrżałam, ale tym razem nie ze strachu.

- To jest twój pomysł na odwrócenie uwagi? - szepnęłam, próbując nie reagować. Mój głos był drżący i nie sądziłam, że to wyłącznie z powodu grożącego mi ataku paniki. Wychodzi na to, że jego sposób działał.

Nie odpowiedział od razu, palcami znów dotykał mojego ramienia, tym razem bawił się kosmykiem długich różowych włosów. Ustami delikatnie dotykał mojej szyi, aż prawie wyskoczyłam z butów do striptizu.

- Cśśś... - zaśmiał się lekko, po czym powtórzył gest, tym razem celowo całując moją szyję, podczas gdy palce kontynuowały drażniącą wędrówkę po moim ramieniu.

Zanim zdążyłam zrozumieć, co się, kurwa, dzieje - albo dlaczego, do cholery, byłam tak mocno podniecona - małe drzwi się otworzyły. Stłumiłam krzyk.

- Co ty, kurwa, robisz? - warknął wysoki facet, wypełniając sobą całą framugę drzwi. Źródło światła znajdowało się za nim, więc był tylko ogromnym cieniem.

W jakiś sposób miałam wrażenie, że pytanie nie było skierowane do mnie.

Usta porywacza wygięły się w uśmiech na mojej szyi, ale nie wykonał żadnego ruchu, aby zwiększyć przestrzeń między nami.

- To, co mi kazałeś, brachu. Powstrzymuję księżniczkę Danvers od krzyku. - Zdecydowanie celowo pocałował mnie ponownie w szyję, po czym rozluźnił ciasny uchwyt wokół talii. - Przynajmniej już się nie boi. - Mroczny chichot nie pozostawiał złudzeń, co miał na myśli, i wywołał podniecenie w moim brzuchu.

- Kurwa mać - warknął wysoki i wściekły, wyciągając rękę i chwytając jeden z moich delikatnych nadgarstków, aby wyrwać mnie z poufałego uścisku kumpla. - Pospieszcie się!

Zachwiałam się na obcasach, ale szybko złapałam równowagę, gdy wciągnął mnie do labiryntu luster. Cienie tańczyły na ich powierzchniach, zniekształcając nasze wielokrotne odbicia na różne przerażające sposoby, ale wydawało się, że mężczyzna dokładnie wiedział, dokąd zmierza.

- Czekaj - zawołał facet za mną, gdy barczysty zrzęda otworzył ciężkie drzwi przemysłowe z napisem "Wyjście".

- Co jest? - warknął wysoki cień, odwracając się i pozwalając mi rzucić pierwsze spojrzenie na jego twarz. Naprawdę oszałamiająco piękną twarz. Czarny zarost pokrywał mocną linię szczęki, a świeży siniak zdobił jedną z wysokich kości policzkowych. Zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem i zaraz uniósł wzrok. Jego uwagę przyciągnęło coś, co było za mną, i puścił mój nadgarstek.

Ja też odwróciłam głowę i spojrzałam na przystojniaka, który szedł za nami. Włosy rozjaśnione na platynowy blond miał wygolone po bokach i wystarczająco długie na czubku, aby układać je w ten artystyczny nieład. Zielone oczy błyszczały szelmowsko, a usta... Te usta, które dopiero co dotykały mojej skóry...

Jakby czytając mi w myślach, sięgnął w górę i rozsunął zamek błyskawiczny bluzy z kapturem, po czym zdjął ją, odsłaniając gładką, opaloną skórę ozdobioną skomplikowanymi tatuażami na piersi i ramionach.

- Weź to - powiedział do mnie, ignorując swojego przerażającego, niebieskookiego kumpla. Zarzucił mi bluzę na barki, wskazując, że powinnam wsunąć w nią ręce. Następnie zapiął mi ją aż pod podbródek i naciągnął kaptur. - Te włosy są seksowne jak cholera, ale incognito to chyba jedyny sposób, żebyś wyszła stąd żywa. - Puścił mi oczko, a jego kumpel warknął gniewnie.

Wstrzymałam śmiech i bez wahania pozwoliłam wściekłemu facetowi wyciągnąć się z domu rozrywki prosto w mroźne nocne powietrze. Tak naprawdę byłam bardzo zadowolona z ciepłej bluzy z kapturem.

Obaj mężczyźni, choć nie biegli, szli cholernie szybkim tempem, byleby wyciągnąć nas z parku. Musiałam co chwilę podbiegać w przeklętych szpilkach, aby nie upaść na twarz. Niebieskooki mocno ściskał mnie za nadgarstek, więc w razie upadku prawdopodobnie pociągnąłby mnie jak szmacianą lalkę.

- Bu! - Ktoś ubrany w prześcieradło wyskoczył na ścieżkę przed nami, po czym zachichotał i odbiegł, żeby dołączyć do grupki innych "duchów" kręcących się obok zepsutej starej karuzeli.

Towarzyszący mi faceci tylko lekko się wzdrygnęli, ale ja się potknęłam i zaliczyłabym bliskie spotkanie z betonem, gdyby zły gość mnie nie złapał i siłą nie podniósł z powrotem na nogi.

- Uważaj - warknął z grymasem na seksownej twarzy, po czym skręcił w lewo i skierował nas w stronę starego diabelskiego młyna.

Gniew w końcu zdominował moje szalejące emocje, więc szarpnęłam do oporu i wyrwałam nadgarstek z jego uścisku.

- O co ci, kurwa, chodzi? - warknęłam na niego. - Nie prosiłam cię o pomoc, a ty zachowujesz się, jakbym była dla ciebie ogromnym ciężarem. Po prostu spierdalaj, sama się stąd wydostanę. Dzięki! - Ostatnie słowo padło do tego drugiego, zielonookiego. Chciałabym znać ich imiona, ale nie wymieniali ich, nawet kiedy ze sobą rozmawiali.

- Nie prosiłaś nas o pomoc? - warknął niebieskooki, naruszając moją przestrzeń osobistą i górując nade mną jak złamas z wiotkim kutasem. Jeśli to było najlepsze, co miał... - Nie powinno cię tu być, Madison Kate. Coś ty sobie myślała? Wiesz, kto cię gonił? Masz pojęcie, co by się stało, gdyby Reapersi dorwali w swoje łapy księżniczkę Shadow Grove? Nie byłoby, kurwa, niczego, co twój tatuś mógłby z tym zrobić, ponieważ okazałaś się na tyle głupia, żeby tutaj przyjść. - Jego idealne usta wykrzywiły się z obrzydzeniem i z oczywistą frustracją przesunął dłonią po krótkich czarnych włosach. Lewą kość policzkową miał czerwoną i opuchniętą, a pod nią krył się cień fioletu. Niedawno mocno oberwał. Od Zane'a?

Zielonooki odchrząknął.

- Chodzi mu o to, że nie prosiłaś o naszą pomoc, ale i tak ją, cholera, otrzymujesz. Wybrałaś naprawdę gównianą noc, by zbuntować się przeciwko swojemu idealnemu życiu, księżniczko. - Uniósł brew, patrząc na mnie, ale jego ton zdradzał, że się ze mną droczył, i tylko dlatego powstrzymałam się przed walnięciem go w twarz.

Pokręciłam głową, mentalnie udzielając sobie nagany, że fiksuję się na tym, jak seksowni są ci kolesie, kiedy bardziej powinnam martwić się wydostaniem z pieprzonego parku rozrywki. A co z Bree? Nadal na mnie czekała? Co jeśli ktoś z ludzi Zane'a ją dorwał?

- Idę tędy - powiedziałam do dwóch facetów, pokazując kciukiem w stronę południowej bramy. - Moja przyjaciółka tam czeka.

- Nie, nie czeka - odpowiedział trzeci facet, podbiegając do nas z kierunku, w którym wskazywałam. Był tego samego wzrostu, może o cal niższy niż zielonooki, ale w porównaniu z nim czułam się jak hobbit. Był równie przystojnym mężczyzną jak pozostali dwaj; aż prawie połknęłam język, kiedy zwrócił na mnie stalowoszare oczy. - Śliczna mała brunetka w białym mercedesie cabrio? - Przechylił głowę na bok, a ja przytaknęłam. - No to nie ma jej.

- Co? Nie, Bree nie zostawiłaby mnie tutaj samej.

Trzeci facet - nazwałabym go dla rozróżnienia szarookim - wzruszył ramionami i się uśmiechnął. Długimi, pełnymi wdzięku palcami potargał brązowe włosy, a światło księżyca odbiło się od kolczyka w jego brwi.

- Powiedziałem jej, że masz podwózkę. - Sugestywne mru­gnię­cie sugerowało zupełnie inny rodzaj jazdy, aż się zarumieniłam. - Poza tym gliniarze będą tu za około trzy minuty. Twoja Bree była na tyle mądra, żeby spierdalać z miejsca zbrodni.

- Czego? - Spojrzałam na niego zdezorientowana, ale najwyraźniej ta wiadomość była wszystkim, co pozostała dwójka musiała usłyszeć.

Zielonooki wbił mi bark w brzuch i zanim zdążyłam wypowiedzieć kolejny protest, mój tyłek znalazł się w powietrzu, a głowa zwisała obok jego pośladków.

- Przepraszam, księżniczko - powiedział, biegnąc ze mną na ramieniu. - Podziękujesz nam jutro, kiedy wrócisz do swojej wspaniałej szkoły dla bogatych dzieci.

- O kurwa! - przeklęłam, poddając się temu, co się działo, i obejmując ramionami jego nagą talię, próbując powstrzymać twarz przed podskakiwaniem na jego tyłku. Plecy również miał pokryte imponującymi tatuażami, ale byłam w złej pozycji, aby docenić ich walory artystyczne.

Biegł ze mną przez plątaninę zarośniętych ścieżek, bez wysiłku pokonując przeszkody z przewróconych stoisk, a szybki rzut oka pokazał, że pozostali dwaj faceci dotrzymują nam kroku po obu stronach. Dopóki nie zniknęli.

Charakterystyczny dźwięk wybuchającej walki sprawił, że szarpnęłam się w uścisku zielonookiego, na co klepnął mnie w tyłek i przyspieszył.

- Przestań! - krzyknął. - Nie bądź głupia, do cholery.

Ostre słowa uciszyły moje zmagania, podniosłam głowę, by spojrzeć wstecz, w kierunku, z którego przyszliśmy. Niebieskooki i drugi facet - o ładnych szarych oczach - byli pogrążeni w brutalnej walce z trzema bandytami w skórzanych kurtkach. Pięści poszły w ruch, trysnęła krew, a jeden z dupków w skórzanej kurtce wyciągnął nóż; tyle dostrzegłam, zanim zielonooki nagle zmienił kierunek, odcinając mi widok.

- Wsiadaj - rozkazał, stawiając mnie obok motocykla, mechanicznej bestii tak pięknej, aż mój żołądek zrobił fikołka z podniecenia. Sam przełożył nad nim nogę, a potem rzucił mi spojrzenie, które wyraźnie mówiło, żebym się pospieszyła.

Zawahałam się przez chwilę, ale kiedy dwaj pozostali faceci podbiegli do nas, podjęłam szybką decyzję. Do tej pory zapewnili mi bezpieczeństwo, więc... pieprzyć to.

Opadłam tyłkiem na siedzenie za zielonookim tuż przed tym, jak mężczyzna uruchomił silnik. Instynktownie owinęłam ramiona wokół jego talii. Chwilę później wyjechaliśmy z wesołego miasteczka na drogę; pozostała dwójka dołączyła do nas na swoich ciemnych, lśniących motocyklach.

Miałam tylko kilka chwil, aby nacieszyć się jazdą, zanim błękitnooki zjechał z drogi, wskazując, że wszyscy mamy zrobić to samo. Zatrzymał motocykl, opuścił nogi na ziemię i wyciągnął telefon z kieszeni, by odczytać wiadomość.

Żaden z pozostałych facetów się nie odezwał, czekali cierpliwie, gdy czytał. Kiedy skończył, spojrzał na mnie krzywo.

- Co? - zapytałam hardo, czując zdenerwowanie, że się tak na mnie gapi.

Zmrużył oczy i spojrzał w górę drogi, w kierunku, w którym zmierzaliśmy, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

Po chwili zielonooki też musiał poczuć zalegającą niezręczność.

- Co chcesz zrobić? - zapytał kumpla, który znów zwrócił na mnie uwagę.

- Złaź - rozkazał mi. - Zaczekaj tu, zaraz ktoś cię odwiezie do domu.

Rozbłysły we mnie złość i oburzenie.

- Pierdol się. - Splunęłam mu pod nogi. - Nie mam dwóch lat. Poradzę sobie, jeśli masz lepsze rzeczy do roboty.

Spojrzał na mnie, jakbym rzeczywiście była irytującym dzieckiem.

- Masz rację. A teraz zsiądź z motocykla, twoja podwózka będzie tutaj za - zerknął ponownie na telefon - jedną minutę. Jedziemy.

Wściekła zsunęłam się z siodełka i pociągnęłam minisukienkę w dół, aby zakryć przynajmniej część swojej cipki.

- Nie potrzebuję twojej podwózki, sama sobie poradzę. Dzięki, kurwa, za nic.

Niebieskooki przewrócił swoimi... uch... niebieskimi oczami i obrócił motor.

- Dokonuj mądrych wyborów, Madison Kate Danvers - rzucił, po czym wystartował. Wracał w kierunku, z którego przyjechaliśmy. Z powrotem do West Shadow Grove.

- Nie podoba mi się to - powiedział zielonooki do szarookiego.

Przystojny brunet wzruszył ramionami, ale zmarszczył brwi i przytaknął.

- Powiedział, że ktoś ją odbierze, wierzę mu. Daj spokój, stary, to musi być naprawdę gruba sprawa.

Zielonooki chrząknął, a potem spojrzał na mnie z żalem.

- Przepraszam, księżniczko. Wracaj bezpiecznie do domu, dobrze?

Skrzywiłam się i nic nie powiedziałam, zakładając ręce na klatce piersiowej, gdy obaj ruszyli za swoim chujowym kumplem.

- Pieprzyć ich podwózkę - mruknęłam do siebie, gdy już ich nie było. - Potrafię dojechać do domu uberem.

Uch. Tylko że Bree miała mój telefon w torebce.

Panika związana z brakiem możliwości powrotu do domu była jednak krótkotrwała, ponieważ, jak na zawołanie, pojawiła się moja "podwózka". Ze światłami, syrenami i całą resztą.

- Hej, pan jest pewnie moją podwózką do domu? - zapytałam policjanta, który wysiadł z radiowozu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, kiedy niebieskooki twierdził, że transport mam ogarnięty; z pewnością nie tego.

Drugi oficer również wysiadł z pojazdu i obaj podeszli do mnie z dezorientującą ostrożnością.

- Proszę pani, czy wyszła pani właśnie z parku rozrywki Laughing Clown? - zapytał pierwszy policjant, a ja zmarszczyłam brwi.

- Hm, tak. Myślałam... - Powiedzenie im, że uznałam, iż zostali wysłani po mnie przez bezimiennego, przystojnego mężczyznę, który uratował mnie przed bezwzględnym członkiem gangu, brzmiało... głupio.

- Proszę pani, musi pani pójść z nami - oznajmił policjant, na co skinęłam głową. - Ale najpierw musimy sprawdzić pani kieszenie, dobrze?

Zdezorientowana skinęłam głową. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z policją, nie w ten sposób, więc nie miałam pojęcia, czy to standardowa procedura. Byłam na co najmniej osiemdziesiąt procent pewna, że nie mogą mnie przeszukać bez uzasadnionej przyczyny, ale trwałam w zbyt dużym szoku, aby zaprotestować.

Podniosłam ręce, pozwalając drugiemu oficerowi sprawdzić kieszenie. A raczej... kieszenie bluzy z kapturem zielonookiego, ponieważ moja minisukienka nie mogłaby ukryć tic-taca, tak była ciasna. Jego ręce myszkowały dłużej, niż powinny, a oczy pierwszego oficera błyszczały jak u wilka, wywołując we mnie silny niepokój.

- Co to jest, proszę pani? - zapytał drugi policjant, ten, który mnie przeszukiwał. Trzymał klucz na podpisanym breloku.

Potrząsnęłam głową.

- Nie mam pojęcia. Przykro mi, to nie jest moja bluza.

Obaj oficerowie spojrzeli na mnie podejrzliwie, a ten z kluczem poświecił latarką na brelok, po czym zaśmiał się zimnym śmiechem przypominającym chrząkanie.

- Cóż, spójrz tylko na to - mruknął, podając go koledze. - Wygląda, że znaleźliśmy sposób, w jaki wszyscy weszli dziś wieczorem do parku. To główny klucz do parku rozrywki Laughing Clown.

Krew odpłynęła mi z twarzy, a strach ścisnął żołądek.

- To nie moje - rzuciłam szybko. - Jak już mówiłam, to nie jest moja bluza.

Pierwszy oficer uśmiechnął się krzywo.

- Jasne, że nie. Przypuszczam, że nie zdradzisz nam swojego nazwiska, zanim cię aresztujemy?

Spojrzałam na niego.

- Aresztowanie... Co?! Nie, to nie jest mój klucz, ja nic nie zrobiłam! - spanikowałam, ale gliniarze wyglądali na niewzruszonych.

- Proszę pani, proszę po prostu powiedzieć, jak się pani nazywa - zasugerował drugi, brzmiąc, jakby był znudzony, nawet gdy odpinał kajdanki z paska i zapinał mi je na nadgarstkach.

Szok spowodował, że zdrętwiałam.

- Madison Kate - powiedziałam ochrypłym głosem. - Madison Kate Danvers.

Jeden z policjantów zamarł, a drugi wyszczerzył się w dziw­nym, przerażającym uśmiechu. Założyłam, że to z powodu władzy, jaką niosło ze sobą moje nazwisko. Nie spodziewałam się tego, co nastąpi.

- To byłoby trudne - powiedział pierwszy policjant - ponieważ Madison Kate Danvers została dziś zamordowana w Laughing Clown.

Hate

Copyright ? Tate James

Copyright ? Wydawnictwo Inanna

Copyright ? MORGANA Katarzyna Wolszczak

Copyright ? for the translation by Monika Cisek, Marcin A. Dobkowski

Copyright ? for the cover photo by zamuruev|Adobe Stock

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2024 r.

książka ISBN 978-83-7995-660-9

ebook ISBN 978-83-7995-661-6

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Tłumaczenie: Monika Cisek, Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Ewelina Nawara, Joanna Błakita

Korekta: Monika Kociuba

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara

Skład i typografia: proAutor.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

sekretariat@inanna.pl

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz na: www.inanna.pl

Rozdział 3

Jedenaście miesięcy później...

Taśmociąg z bagażami warkotał i skrzypiał, obracając się przede mną jak karuzela. Przetarłam ręką zmęczone oczy. Stałam tu już wieki, więc prawdopodobnie moja walizka miała być ostatnia. Po prostu cudownie.

Uniosłam ręce nad głowę i rozciągnęłam się, aż kręgosłup zaprotestował. To był długi lot powrotny do Shadow Grove, i to w klasie ekonomicznej. Nie powinnam być zaskoczona oszczędnością na bilecie, biorąc pod uwagę, że ojciec wyrzekł się mnie rok wcześniej, ale kiedy odkryłam, że przydzielone mi miejsce było upchnięte między dwiema starymi, grubymi, spoconymi kobietami, musiałam przełknąć gulę goryczy.

Minęło osiem miesięcy, odkąd opuściłam jedyny dom, jaki kiedykolwiek znałam. Jedenaście miesięcy temu zostałam oskarżona o serię wykroczeń i skazana za przestępstwa, których nigdy nie popełniłam.

Ścisnęło mnie w żołądku ze złości i zacisnęłam usta. W czasie tych ośmiu miesięcy, który spędziłam, mieszkając z ciotką, w dawnym klasztorze w Kambodży, furia była moim stałym towarzyszem.

Nie żebym żałowała przeżyć, które z ciocią dzieliłam, ani naszej wspólnej pracy w sierocińcach. Ale to ojciec zdecydował, że dla jego publicznego wizerunku lepiej będzie, jeśli poniosę konsekwencje działań, o które mnie oskarżono, i odmówił wpłacenia kaucji. Jedyną łaską, jaką mi wyświadczył, było to, że opłacił wystarczającą liczbę urzędników, żeby mój proces odbył się szybko i żebym nie musiała gnić w więzieniu przez lata. Po trzech miesiącach, które spędziłam w trakcie procesu w zakładzie penitencjarnym hrabstwa Shadow Grove, z ulgą przyjęłam wyjazd na drugi koniec świata, z dala od moich zrujnowanych planów na przyszłość.

- Hej - zaczął ktoś, przebijając się przez moje mroczne myśli - to ty, prawda? Ty jesteś Madison Kate Danvers? - powiedziała kobieta w średnim wieku, z ręką opartą na walizce, którą prawdopodobnie właśnie ściągnęła z taśmy. Nie wyglądała na rozgniewaną ani rzucającą oskarżenia, raczej była zaciekawiona.

Lekko kiwnęłam głową.

- To właśnie ja. - Mój głos był chropowaty i skrzekliwy. Od kiedy kilka tygodni temu zmarła moja ciotka Marie, prawie z nikim nie rozmawiałam.

Kobieta skinęła głową, zaciskając w zamyśleniu usta.

- Masz ciężki okres, dzieciaku. Twój tata powinien się wstydzić tego, co zrobił po Nocy Zamieszek.

Wzięłam głęboki oddech, licząc w myślach do pięciu, by opanować gniew, który we mnie tkwił.

- Tak, naprawdę powinien.

Nie miałam zamiaru bronić poczynań mojego ojca. Postąpił źle. Ale zrobienie przykładu ze swojej jedynej córki, by zyskać poparcie i spełnić swoje biznesowe aspiracje, było najmniejszym z jego grzechów. W tej sytuacji nie chciał tylko znaleźć się w centrum uwagi.

W noc, w którą zostałam aresztowana - noc gali MMA w Laughing Clown - ucierpiało całe Shadow Grove. Część wschodnia i zachodnia. W kolejnych dniach media ochrzciły ją Nocą Zamieszek przez liczne rozróby, które spowodowały milionowe straty i kilka zgonów. Przegapiłam większość z tego, najpierw siedząc skuta w kajdankach z tyłu radiowozu, a następnie zamknięta w celi.

To nie przeszkodziło im nazwać mnie "mózgiem operacji", stojącym za najbardziej brutalnym wydarzeniem w Shadow Grove. Nie miało znaczenia, jak niedorzeczne były zarzuty, i tak mieli zamiar zrobić ze mnie kozła ofiarnego.

Najwyraźniej walki między Reapersami i Wraithsami i Upiorami w Laughing Clown były tylko kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Gangi znajdowały się na skraju wojny przez długi czas, a Noc Zamieszek stała się punktem zapalnym.

- Cóż, witaj w domu, kochana - powiedziała kobieta, klepiąc mnie współczująco po ramieniu. - Ledwo rozpoznasz nowe lśniące Shadow Grove.

Uśmiechnęłam się do niej sztywno, a gdy odeszła, przeniosłam uwagę z powrotem na taśmę z bagażami. Oczywiście wiedziałam, co miała na myśli. W następstwach Nocy Zamieszek mój ojciec - jak zawsze oportunista - zobaczył możliwość, by jego gwiazda zaświeciła jeszcze jaśniej, i postawił na odbudowę zniszczonych nieruchomości i połączenie obu stron miasta. Rzekomo tworząc most między klasami, których podział tak długo definiował Shadow Grove. Nowy uniwersytet, SGU, zbudowany na dawnej granicy między wschodnim a zachodnim Shadow Grove był jego najnowszym PR-owym osiągnięciem. I właśnie to była moja jedyna opcja, gdybym teraz chciała zdobyć wyższe wykształcenie.

Gdy w końcu pojawiła się moja wyblakła walizka, westchnęłam z ulgą. Było w niej wszystko, co miałam. Ubrania, buty i samochody, które znajdowały się w Shadow Grove, należały do mojego ojca. Wszystko, co mieliśmy przed Nocą Zamieszek, spłonęło, gdy nasz dom został podpalony w ramach jednego z ataków, mających miejsce tego wieczoru.

Wyszłam z małego lotniska, ciągnąc za sobą walizkę, i zatrzymałam się dopiero przy pustym postoju taksówek. Oczywiście, odprawa mojego bagażu trwała tak długo, że nie było już żadnej dostępnej.

- Czy to ty? - Głęboki, melodyjny głos za mną sprawił, że się przestraszyłam i natychmiast odwróciłam, ledwie tłumiąc okrzyk.

- Ty! - warknęłam, wpatrując się w przystojnego faceta przede mną. Głowę miał ogoloną krócej niż jedenaście miesięcy temu, a karmelowobrązowy kolor jego włosów błyszczał w słońcu jaśniej niż w moich wspomnieniach. Ale te pieprzone oczy były takie same, piękne, stalowoszare, oprawione w ciemne rzęsy.

Uśmiechał się szeroko, zadowolony, a błysk metalu zdradził kolczyk w języku.

Chciałam go walnąć prosto w pieprzony nos.

- O, super, Kody jest mi winien pięćdziesiąt dolców. Obstawiał, że nie będziesz mnie pamiętać. - Mrugnął do mnie, jakbyśmy dzielili wspólny sekret. - Najwyraźniej nie docenił wrażenia, jakie pozostawiam na laskach. Bez względu na to, jak krótko byśmy ze sobą nie rozmawiali.

Oszołomiona, zdołałam tylko zamrugać. Ostatnim razem, gdy widziałam tego kutasa, odjeżdżał w noc ze swoimi dwoma kumplami na chwilę przed tym, jak zostałam aresztowana za ich zbrodnie.

- Masz cholerny tupet - zaczęłam, ale przerwałam, gdy znowu poczułam rosnącą wściekłość. Włożyłam tyle pracy, aby zapanować nad emocjami, a tymczasem wystarczyła niecała godzina w Shadow Grove, bym prawie straciła rozum.

Nie byłam na to przygotowana. Nie byłam gotowa tak szybko stawić czoła jednemu z trzech mężczyzn, którzy mnie wystawili. Nie spodziewałam się napływu surowej, pierwotnej nienawiści krążącej w moich żyłach.

Facet uniósł przekłutą brew, czekając, co powiem dalej. Szczegóły jego wyglądu nie były zbyt dokładne w moich wspomnieniach - co zrozumiałe, widziałam go tylko przez kilka chwil po ucieczce Zane'a - ale naprawdę był oszałamiający. Miał na sobie koszulę z krótkimi rękawami, a na lewym przedramieniu dostrzegłam skomplikowany tatuaż.

Przebiegł mnie lekki dreszcz strachu. Czy jego obecność znaczyła, że wpadnę też na tamtą dwójkę? Niebieskooki i zielonooki, dwóch przystojnych chłopaków, którzy uratowali mnie przed Zane'em D'Athem i prawdopodobną, bolesną śmiercią w Noc Zamieszek, a następnie oddali w ręce policji, wrobiwszy w swoje zbrodnie.

Pomimo wielu wręczonych łapówek, które miały zapewnić utrzymanie tego gównianego oskarżenia, że to właśnie ja zorganizowałam Noc Zamieszek, zarzuty zostały oddalone z powodu braku wystarczających dowodów. I słusznie. Ale do wyroku sądu moja przyszłość legła w gruzach: zostałam wydalona ze szkoły, wymarzona uczelnia z Ligii Bluszczowej wycofała wcześniejszą akceptację, a ojciec zmusił mnie do wyjazdu do Kambodży. Ostatnią klasę skończyłam korespondencyjnie, przez co miałam teraz bardzo ograniczone perspektywy.

"To dla twojego bezpieczeństwa, Madison Kate".

Nie żeby dbał o moje bezpieczeństwo, kiedy siedziałam zamknięta w areszcie przez trzy miesiące.

Mimo to w kółko trzymał się tej jednej, gównianej wymówki, aż się spakowałam i wyjechałam na drugi koniec świata, nie oglądając się za siebie. Jak się okazało, dziewczyna, która zmarła w Laughing Clown, blondynka, o której ciało potknęłyśmy się z Bree, używała mojego dowodu. Ukradła mój portfel z samochodu Bree, więc sanitariusze, którzy przybyli na miejsce, uznali, że to ja.

Czemu właściwie nie mieliby tak założyć? Po tym, jak jej martwe ciało zostało zdeptane przez setki spanikowanych, pijanych widzów, rozpoznanie twarzy było niemożliwe. Dziewczyna nadal nie została zidentyfikowana i pochowano ją jako NN.

Oczywiście mojego ojca skłoniło to do przekonania, że to ja byłam celem. Ktoś próbował zamordować jego córkę... Więc odesłał mnie z Shadow Grove dla mojego bezpieczeństwa.

- Czego ode mnie chcesz? - warknęłam, krzyżując ramiona na piersi. Byłam ubrana w luźne lniane spodnie, jasnoniebieską koszulkę bez rękawów i znoszony, ręcznie dziergany sweter. Nie przypominałam Madison Kate sprzed roku, jedynie włosy były takie same. Kiedy ciotka Marie zmarła, a ojciec wezwał mnie do domu, byłam wściekła. Zdecydowałam przypomnieć mu nasze ostatnie spotkanie, więc przefarbowałam włosy z powrotem na ten ciemnoróżowy kolor, jaki miały, gdy opuszczałam Shadow Grove. W areszcie używałam naprawdę gównianych szamponów, przez co wściekle różowa farba się wypłukała, zostawiając naprawdę ładny odcień, który polubiłam.

Okazałam się głupia, ojciec nawet się nie pofatygował, żeby mnie odebrać.

Przystojny, wytatuowany i zakolczykowany chłopak o stalowoszarych oczach znów się uśmiechnął. Z czym, kurwa, miał problem? Nikt się tak dużo nie uśmiechał.

- Mam cię odwieźć do domu - powiedział, wskazując głową w kierunku eleganckiego, srebrnego, podrasowanego samochodu zaparkowanego w strefie wyraźnie oznaczonej "Tylko dla taksówek". - Twój ojciec... hm... nie mógł przyjechać.

Parsknęłam gorzkim śmiechem.

- Bez kitu - odpowiedziałam. - Jest zbyt zajęty pieprzeniem mojej nowej mamusi? - Gdy szarooki zmarszczył nos, westchnęłam. - No nieźle. Pracujesz dla niego czy co? - Choć bardzo chciałam wykastrować tego dupka i jego dwóch przyjaciół... bardziej chciałam wziąć prysznic. Po spędzeniu w samolocie większości dnia zdecydowanie marzyłam o prysznicu.

Facet lekko potrząsnął głową, po czym ponownie skinął w stronę samochodu.

- Może wyjaśnię po drodze? Musisz być wykończona. Jak długi był lot z Singapuru?

Zacisnęłam usta.

- Z Siem Reap - poprawiłam go w kwestii miejsca, z którego przyleciałam. - Zajebiście długi. - Nie byłam w nastroju na pogawędki z tym kutasem.

- Okej, no to... - Zrobił krok do przodu i sięgnął po moją walizkę.

- Nic z tego. - Szarpnęłam bagaż z dala od niego i cofnęłam się o kilka kroków. Za plecami szarookiego widziałam zbliżającą się taksówkę i zdecydowanie wolałam ten środek transportu. Wyciągnęłam rękę, by machnąć na kierowcę.

- Serio? - zapytał, marszcząc brwi, zdezorientowany - Przyjechałem tu specjalnie, by cię odebrać.

Wzruszyłam ramionami, pozwoliłam taksówkarzowi wziąć moją walizkę i załadować ją do bagażnika.

- Cóż, po pierwsze, powinieneś tu być godzinę temu, kiedy wylądowałam. A po drugie, nie powinieneś był mnie, kurwa, wrabiać we włamanie i nieumyślne spowodowanie śmierci. - Chwyciłam okulary przeciwsłoneczne zaczepione o pasek torebki z frędzlami w stylu boho i nasunęłam je na nos. - Następnym razem, gdy cię zobaczę, nie będę taka miła. Zejdź mi, kurwa, z drogi, Grey**.

Ciężko opadłam na tylne siedzenie taksówki i zatrzasnęłam drzwi. Okno było do połowy opuszczone, więc kiedy kierowca wsunął się z powrotem na swoje miejsce, wrzucił bieg, usłyszałam, że szarooki coś mruczał.

- Co? - zapytałam hardo, odmawiając mu ostatniego słowa, nawet jeśli nie byłam w stanie go usłyszeć.

- Powiedziałem: Steele. Nazywam się Steele, nie Grey. - Jego irytujący uśmiech znów się rozszerzył, błyskając metalem kolczyka w języku, a koleś mrugnął jednym ze stalowoszarych oczu. - Ale byłaś blisko.

Taksówka ruszyła, oszczędzając mi konieczności odpowiedzi, a ja z jękiem oparłam głowę o zagłówek.

Steele. Co za głupie imię. Pasowało do niego.

* * *

Telefon zawibrował w mojej kieszeni, gdy GPS taksówki pokazywał około pięciu minut drogi od nowego domu ojca.

- Halo - odebrałam, nie zawracając sobie głowy spojrzeniem na ekran. Tylko dwie osoby miały mój numer, a jedna z nich nie żyła.

- Madison Kate - po drugiej stronie zabrzmiał szorstki głos mojego ojca - miałem nadzieję, że cię zobaczę, zanim wyjedziemy, ale Steele właśnie wrócił bez ciebie.

Przewróciłam oczami, gryząc się język. Ojciec nie uwierzył mi w Noc Zamieszek, kiedy opowiedziałam mu o trzech facetach, którzy wyciągnęli mnie z wesołego miasteczka i zostawili na poboczu. Nie uwierzył, że skradziony klucz był w mojej kieszeni tylko dlatego, że bluza należała do przystojnego, zalotnego, zielonookiego kolesia. Nie zamierzałam więc teraz marnować czasu, mówiąc mu o udziale Steele'a w tym wszystkim. Chciałam tylko się zemścić za zniszczenia, jakich on i jego kumple dokonali w moim życiu.

- Nie przyjmuję podwózek od nieznajomych - odpowiedziałam z odrobiną sarkazmu. - Dlaczego sam po mnie nie przyjechałeś? Myślałam, że zechcesz zobaczyć swoje jedyne dziecko po skazaniu mnie na miesiące wygnania.

Ojciec wydał dźwięk świadczący o zirytowaniu, a w tle usłyszałam kobiecy głos. Cherise, jego nowa dziewczyna, zdecydowanie nie cieszyłam się na to spotkanie.

- Jestem pewien, że ci wspominałem, Madison Kate - odpowiedział ojciec, brzmiąc, jakby był zirytowany i rozkojarzony; nawet nie odniósł się do mojego komentarza o tym, jakim gównianym, zaniedbującym rodzicem był. - Cherise i ja wyjeżdżamy dziś do Włoch.

To nie powinno mnie zaboleć. Ojciec nie odwiedził mnie ani razu w Kambodży i dzwonił tylko wtedy, gdy był do tego zmuszony. Ale mimo to wiadomość, że zaplanował wakacje ze swoją nową ślicznotką na ten sam dzień, w którym wracałam do domu, zabolała mnie.

- Racja - powiedziałam bezbarwnym i pozbawionym emocji głosem. - Oczywiście. Chyba zapomniałam. - Albo nigdy mi nie powiedział. - Jak długo cię nie będzie?

- Osiem tygodni. Ale nie martw się, twój pokój jest przygotowany.

Zacisnęłam szczęki, żeby powstrzymać westchnienie. Mój pokój. Nawet nie widziałam jego nowego domu. Nasz stary - ten, w którym dorastałam, i ten, w którym widziałam, jak moja matka została zamordowana - był jedną z naszych wielu nieruchomości spalonych w Noc Zamieszek.

- Okej, jasne. Do zobaczenia za dwa miesiące, jak sądzę. - Pomimo najlepszych starań w mój ton wkradła się gorycz.

Usłyszałam więcej szeptów w tle telefonu, Cherise powiedziała coś mojemu ojcu, a potem on przemówił ponownie:

- Dzięki, kochanie. Nie martw się, nie będziesz samotna podczas naszej nieobecności. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, jestem pewien, że chłopcy ci pomogą.

Chwila, co? Chłopcy? Jacy chłopcy?

- Tato... - zaczęłam, ale mi przerwał.

- Muszę lecieć, nasz samochód już jest. Zadzwoń do mnie w poniedziałek i powiedz, jak ci minął pierwszy dzień w SGU. Wiesz, jak ważny jest dla mnie ten projekt. - Nawet nie czekał, aż odpowiem, zanim zakończył rozmowę, a ja musiałam użyć całej siły woli, aby nie wyrzucić telefonu przez okno.

Minutę później minął nas rolls-royce z przyciemnianymi szybami i wiedziałam, że to on. Nie mógł nawet poczekać dwóch minut, aż wrócę do domu.

Dupek.

Jego słowa ciążyły mi jak kamień w brzuchu. Jacy chłopcy byliby w stanie mi pomóc? Fakt, że szarooki, Steele, został wysłany po mnie na lotnisko... Miałam naprawdę złe przeczucie odnośnie do tego, co zastanę w domu ojca.

- Jesteśmy na miejscu? - spytał kierowca, przebijając się przez moje zamyślenie.

Wyjrzałam przez okno i spojrzałam w górę, na ogromną rezydencję skrytą za wysoką, ozdobną bramą. W żelazie wykuto fantazyjny monogram D. Jak Danvers. Samuel Danvers był aż tak arogancki.

- Tak, myślę, że tak - odpowiedziałam z westchnieniem. Zapłaciłam facetowi pogniecionymi banknotami wydobytymi z torby, amerykańską walutą, która leżała nietknięta przez cały czas mojej nieobecności, a potem wyjęłam walizkę z bagażnika.

- Wszystko w porządku? - zapytał taksówkarz, rzucając monolitycznej strukturze za mną ostrożne spojrzenie.

Posłałam mu sztywny uśmiech.

- Nic mi nie będzie - odpowiedziałam, po cichu modląc się, by nie udowodniono mi, że się mylę. - Dzięki.

Facet skinął głową, po czym wsiadł z powrotem do samochodu i odjechał, zostawiając mnie z torbą u stóp. Nie miałam nawet jebanego kodu do otwarcia frontowej bramy. Jak bardzo popieprzona była ta sytuacja?

- Wielkie dzięki, tato - mruknęłam pod nosem, podchodząc do interkomu. Mogłam do niego zadzwonić i zapytać, ale byłam cholernie wkurzona, że na mnie nie poczekał. Miałam nadzieję, że któryś z "chłopców" mnie wpuści. Jeśli nie, ojciec zawsze miał personel czekający w cieniu.

Mocno wcisnęłam brzęczyk, a potem czekałam, kręcąc się, aż usłyszałam kliknięcie kamery bezpieczeństwa. Nikt się nie odezwał, a ja stłumiłam zirytowane westchnienie.

Policz do pięciu.

Oddychaj.

- Wiem, że tam jesteś, dupku - warknęłam. Ups, może powinnam była policzyć do dziesięciu.

- W czym możemy pomóc? - zapytał gładki, męski głos. To nie był Steele. Przynajmniej tak sądziłam. Może kamerdyner? Służba, którą zatrudniał mój ojciec, wyniosła definicję uprzejmości na całkiem nowy poziom. Zazwyczaj byli niewidoczni, a gdy ich dostrzegano, wykazywali się nienagannymi manierami.

- Czy mógłby mnie pan wpuścić? Tata zapomniał podać mi kod do bramy. - Spojrzałam w kamerę, krzyżując ramiona i stukając stopą z irytacji.

Nastąpiła kolejna długa przerwa, a potem:

- Jesteś niezależną kobietą, Madison Kate. W końcu dotarłaś tu sama z lotniska; jestem więc pewien, że i z tym sobie poradzisz.

Ktokolwiek to był, brzmiał tak, jakby się ze mnie śmiał.

Skurwiel.

Po wyłączeniu kamery bezpieczeństwa całe dwie minuty zajęło mi przerzucenie walizki przez bramę, a następnie wspięcie się na to cholerstwo, ostentacyjnie wykorzystując do tego monogram z kutego żelaza. Ciężko dysząc, opuściłam się na drugą stronę, a potem wytarłam ręce z pyłu o spodnie. Już dawno porzuciłam swój dawny styl: designerskie sukienki i szpilki, i nigdy nie czułam się z tym bardziej komfortowo. Z pewnością ułatwiło to także takie rzeczy jak włamanie się do rodzinnej posiadłości.

Ciągnięcie walizki po utwardzonym podjeździe do głównego wejścia do domu zajęło mi pięć minut. Pięć minut, w czasie których czułam, że ktoś mnie obserwuje i się ze mnie śmieje.

Kimkolwiek był ten kutas, wybrał zły dzień, żeby ze mną zadzierać. Zły, kurwa, rok.

- Udało ci się. - Z boku budynku wyszedł Steele, uśmiechając się do mnie krzywo. Brudną szmatą ścierał coś czarnego z rąk, a gdy spojrzałam za niego, zauważyłam półotwarte drzwi do garażu. Wewnątrz stał jego lśniący, srebrnoszary, podrasowany samochód i miał otwartą maskę.

- Tak - odpowiedziałam, mrużąc oczy. - A co ty tu robisz?

Uśmiechnął się szerzej i wsunął tłustą szmatę do tylnej kieszeni podartych czarnych dżinsów.

- Och, nie wiedziałaś? Mieszkam tu.

** Grey (ang. szary) - ksywka nawiązuje do szarych oczu bohatera (przyp. red.).

Rozdział 4

Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi odbił się w ogromnym holu dźwiękiem przypominającym wystrzał. Z trudem zdusiłam grymas gniewu. Nie o to mi chodziło, gdy wchodziłam, jednak znowu pozwoliłam, by gniew mnie pokonał.

- Madison Kate, zaczekaj - zawołał za mną Steele, ale nie byłam w nastroju. Odwróciłam się, by spojrzeć mu w oczy, a moje różowe włosy do pasa rozwiały się wokół mnie niczym peleryna superbohatera.

- Pokaż mi, gdzie jest mój pokój - na wpół zażądałam, na wpół poprosiłam. - Zadzwonię do taty, gdy się wykąpię. Jestem pewna, że ma naprawdę świetne wyjaśnienie, dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie akurat ty tu mieszkasz.

Przesunął dłonią po krótkich brązowych włosach, pozostawiając na nich smugę smaru.

- A może wyluzujesz na dwie sekundy i pozwolisz mi wy­ja­śnić? Naprawdę myśleliśmy, że już wiesz.

- My? - powtórzyłam, a potem przypomniałam sobie, że mój ojciec też używał liczby mnogiej. - Po prostu wspaniale. Jest was więcej. - Ścisnęłam grzbiet nosa i zamknęłam oczy w bezsensownym wysiłku powstrzymania narastającej migreny.

- Najwyższy czas, księżniczko. Zaczynaliśmy już myśleć, że boisz się wrócić do Shadow Grove. - Głos był tak cholernie znajomy. Ten, który rozbrzmiewał w mojej głowie przez długich jedenaście miesięcy, podczas gdy marzyłam o wszelkich brutalnych i bolesnych sposobach, w jakie każę mu zapłacić za to, co mi zrobił.

Otworzyłam oczy i utkwiłam je w parze niezapomnianych jasnobłękitnych tęczówek.

- To ty - warknęłam, biorąc zamach zaciśniętą pięścią i uderzając przystojnego mężczyznę prosto w pieprzony nos.

A raczej uderzyłabym go, gdyby nie zrobił uniku dzięki swojemu nadzwyczajnie szybkiemu refleksowi. W każdym razie moje kłykcie zsunęły się po jego kości policzkowej, a ja się potknęłam i straciłam równowagę.

- O kurwa! - krzyknął oszałamiający, niebieskooki mężczyzna, przyciskając rękę do policzka.

Jeśli chodzi o mnie, jedynym powodem, dla którego nie wylądowałam twarzą na brzydkim perskim dywanie, na którym staliśmy, był fakt, że para rąk owinęła się wokół mojej talii i złapała mnie w połowie drogi.

- O co ci, kurwa, chodzi? - ryknął niebieskooki, podczas gdy ja zostałam obrócona w uścisku mojego zbawcy i szybko pocałowana, prosto w usta, przez trzeciego kolesia. Zielonookiego.

- Hej, piękna. - Uśmiechnął się, a jego szmaragdowe oczy błyszczały szelmowsko. - Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę. Uwielbiam te włosy. - Chwycił jeden z ciemnoróżowych kosmyków i mrugnął. Usta mrowiły tam, gdzie właśnie mnie pocałował, a przez ciało przeszła fala sprzecznych emocji.

Co jest, kurwa?

Wyrwałam się z jego uścisku i zrewanżowałam ciosem za skradziony pocałunek, po czym zrobiłam kilka naprawdę długich kroków, by się od nich odsunąć.

- To się nie dzieje - mruknęłam na głos. - Niech jeden z was lepiej wyjaśni, co, kurwa, robicie w domu mojego ojca albo...

- Albo co? - Niebieskooki drwił ze mnie. Na policzku i pod prawym okiem miał czerwony ślad, z czego byłam zadowolona. Nie planowałam tego, ale miałam nadzieję, że przynajmniej go boli.

Powoli potrząsnęłam głową, pozwalając, aby zebrane przez rok gniew i nienawiść pojawiły się w moich oczach.

- Zaufaj mi, nie chcesz wiedzieć. Już jesteś na mojej liście za wrobienie mnie we włamanie i nieumyślne spowodowanie śmierci. Prawie mnie przez ciebie zamknęli. - Mój głos był ostry jak brzytwa.

- Co? - spytał zielonooki, marszcząc czoło.

To tylko podsyciło mój gniew. Spojrzałam na nich wszystkich z pogardą.

- Och, zamierzasz udawać, że nie wydałeś mnie policji Shadow Grove, żebym wzięła na siebie winę za gówno, z którym nie miałam nic wspólnego?

Zielonooki przynajmniej miał na tyle przyzwoitości, by wyglądać na zawstydzonego. Steele zmarszczył brwi, a niebieskooki? Sprawiał wrażenie gotowego do walki. Dawaj, przystojniaku. Przez rok dusiłam w sobie nienawiść, która teraz błagała o uwolnienie.

- Cóż - powiedział niebieskooki i odniosłam nieodparte wrażenie, że był liderem tej małej ekipy. Nie był najwyższy, zielonooki miał parę centymetrów wzrostu więcej, ale był najlepiej zbudowany. Wyglądał, jakby był przyzwyczajony do tego, że ludzie kulą się przed nim ze strachu. - Mam nadzieję, że nauczyłaś się wybaczać i zapominać na tych swoich rekolekcjach medytacyjnych, ponieważ nie tylko od poniedziałku będziemy chodzić razem na SGU, ale... praktycznie jesteśmy rodziną.

Zamrugałam szybko, nie wierząc w to, co powiedział.

- Słucham? - wykrztusiłam.

Okrutny, groźny uśmiech wykrzywił mu usta.

- Nie wiedziałaś? Moja mama spotyka się z twoim tatą, który był na tyle uprzejmy, że zaoferował nam mieszkanie na czas nauki w nowym, lśniącym Uniwersytecie Shadow Grove.

Potrząsnęłam głową z niedowierzaniem. Jak mój ojciec mógł o tym nie wspomnieć? Wydaje mi się, że informacja o trzech obcych mężczyznach mieszkających w jego domu powinna być wysoko na liście rzeczy, o których należy powiedzieć swojej jedynej córce. Z drugiej strony, nawet nie zadał sobie trudu, żeby się tu ze mną spotkać.

- To musi być jakiś pieprzony żart - mruknęłam, przesuwając dłonią po twarzy. - To się, kurwa, nie dzieje. Nie mam aż takiego pecha.

- Z reguły dziewczyny reagują inaczej - mruknął któryś z nich. Być może zielonooki.

- Zamknij się, Kody - warknął Steele; otworzyłam oczy i rzuciłam mu ostre spojrzenie.

- Pokażesz mi, gdzie jest mój pokój? - Steele wzbudził we mnie najmniej gniewu i obrzydzenia, a ja nie miałam ochoty na bezsensowne błądzenie po posiadłości. - Muszę się przespać jakieś sześć dni, potem zadzwonię do taty i wszystko załatwię. Jestem pewna, że znajdzie wam jakiś ładny hotel.

Niebieskooki parsknął sarkastycznym śmiechem i potrząsnął głową.

- Powodzenia, księżniczko.

Odwrócił się, by wyjść, i rzucił zielonookiemu - Kody'emu? - ostre spojrzenie.

- Biegnij, szczeniaku - zakpiłam z drwiącym uśmiechem, gdy zmarszczył brwi, patrząc za swoim przystojnym, wściekłym kumplem. - Twój pan cię wezwał.

Zielonooki znów zmarszczył brwi, patrząc tym razem na mnie i wyglądając na zdezorientowanego i zmartwionego, po czym przeczesał ręką dłuższe pasmo platynowych włosów na czubku głowy. Westchnął zrezygnowany i wyszedł za kumplem z holu, jak dobry mały piesek.

- Madison - zaczął Steele, ale gwałtownie potrząsnęłam głową.

- Dosłownie nic, co powiesz, nie wynagrodzi tego, co wy trzej zrobiliście mi w Noc Zamieszek - powiedziałam lodowatym głosem. - Żadne piękne słówka czy przeprosiny nie naprawią tego, co zrujnowaliście. Pokaż mi, gdzie jest mój pokój, a potem zejdź mi z drogi.

Steele mocno zmarszczył czoło nad szarymi oczami, po czym westchnął i chwycił moją walizkę z miejsca u podstawy ogromnych schodów, gdzie ją upuściłam. Był na tyle szybki, że nie mogłam mu jej wyrwać, nie zachowując się jak obrażone dziecko, więc zacisnęłam pięści i poszłam za nim po wysokich schodach.

Spełnił moje życzenie i nie odezwał się ponownie, dopóki nie zatrzymał się przed zamkniętymi drzwiami. Nie było w nich nic specjalnego - po drodze, idąc korytarzem, minęliśmy pół tuzina identycznych - ale najwyraźniej te były moje.

- Twój ojciec poprosił Cherry o pomoc w urządzeniu pokoju, więc może wyglądać okropnie - poinformował z lekkim wzruszeniem ramion. - Mieliśmy zamówić pizzę na obiad, bo obsługa ma wolne w piątkowe wieczory. Jaką lubisz najbardziej? - Spojrzałam na niego, a on posłał mi mały, drażniący uśmiech. - Wszyscy muszą jeść, Madison Kate.

Potrząsnęłam głową i otworzyłam drzwi do "mojej" sypialni.

- O Boże - jęknęłam.

- Cholera... - skomentował Steele i wciągnął ze świstem oddech, zaglądając do pokoju. - Tak podejrzewałem. Cherry zawsze chciała mieć córkę.

Odwróciłam się do niego przerażona i oniemiała. Cały pokój był różowy. Nie, nie tylko różowy. Był w tym jaskrawym, dziecinnym odcieniu różu z...

- Czy ściany są pomalowane brokatem?

Steele wydawał się powstrzymywać śmiech, i trzeba przyznać, że mimo oczu przepełnionych rozbawieniem usta tylko lekko mu drgnęły.

- Chyba chciała dopasować je do twoich włosów...

Posłałam mu mordercze spojrzenie, a on częściowo stracił panowanie nad sobą i parsknął śmiechem, po czym potarł dłonią przystojną twarz, prawie tak, jakby mógł fizycznie zetrzeć z niej uśmiech.

- Słuchaj, możemy to naprawić. Kilka warstw farby i różnica będzie ogromna.

Prawie przyjęłam jego ofertę pomocy. Prawie. Bo ta sypialnia w kolorze waty cukrowej była naprawdę okropna. Nic dziwnego, że ten dupek na dole nazywał mnie "księżniczką". Ale...

- Myślę, że wasza trójka zrobiła już wystarczająco dużo - powiedziałam cichym, pełnym nienawiści głosem. Trucizna sącząca się z moich negatywnych emocji paliła całe ciało i popychała mnie na skraj wybuchu.

Wzięłam od niego walizkę i upuściłam ją na podłogę przy nogach łóżka, po czym wzruszyłam ramionami i zdjęłam sprany, ręcznie robiony sweter. Gdy odwróciłam się do Steele'a z rękami opartymi na biodrach, zauważyłam jego szare oczy przesuwające się po mojej obcisłej niebieskiej koszulce. Wystawały spod niej fragmenty czarnego biustonosza, ale ja gówno sobie z tego robiłam, ponieważ był to biustonosz, nie zatyczka analna.

- Nie żebyś był subtelny - warknęłam, mrużąc oczy. Nie wydawał się nawet w najmniejszym stopniu zawstydzony, że został przyłapany na gapieniu się na mnie. Kutas.

Steele wzruszył ramionami i posłał mi jeden z tych seksownych, krzywych uśmiechów.

- Czy możesz mnie za to winić? Kiedy spotkałem cię w Noc Zamieszek, tonęłaś w tej czarnej bluzie z kapturem. Nie zdawałem sobie sprawy, że jesteś... taka. - Wskazał na moje ciało, a ja spojrzałam na niego ostrzej.

- Ach, tak, bluza z kapturem, która miała w kieszeni obciążający mnie klucz. O nią chodzi? Ta sama, która towarzyszyła mi, gdy gniłam w pieprzonym więzieniu przez trzy miesiące, podczas gdy byłam sądzona za przestępstwa, z którymi nie miałam nic wspólnego. Ta bluza z kapturem? - Tak, tryskałam sarkazmem na próżno, ale nie obchodziło mnie to. Ten skurwysyn najwyraźniej nie rozumiał, jak bardzo spieprzył mi życie tamtej nocy, a cholernie chciałam, żeby to do niego dotarło. W jakikolwiek sposób.

Steele westchnął głośno, jakby był zirytowany.

Serio, kurwa?

- Słuchaj, Madison Kate, wiem, że myślisz...

- Nie myślę - syknęłam na niego, ucinając jakąkolwiek gównianą wymówkę, którą miał zamiar mi rzucić. - Ja wiem... Wiem, że twoi kumple mnie wystawili, a teraz mieszkasz w domu mojego ojca. Co do chuja, Steele?

Jego usta drgnęły w kolejnym z tych półuśmiechów, jakie planowałam zetrzeć mu z twarzy. A może scałować. Przemawiał przeze mnie rok celibatu. Ale, cholera, rzeczywiście byłam zainteresowana tym, co mógłby zrobić swoim przekłutym językiem.

- No dobra, no... Dam ci znać, jak przywiozą pizzę. Jakieś preferencje?

Zamrugałam kilka razy, oszołomiona nagłą zmianą tematu. Steele zmarszczył nos i kląsknął językiem, aż kolczyk zadzwonił o zęby.

- Wyglądasz jak dziewczyna typu wszystko albo nic. Podwójny czy standardowy ser?

Wściekła trzema długimi krokami zmniejszyłam dzielącą nas odległość i naparłam ręką na środek jego torsu, by wypchnąć go z powrotem na korytarz. Naprawdę starałam się nie myśleć o tym, jak umięśniona była jego klatka piersiowa ani o seksownych fragmentach tatuażu widocznych nad kołnierzykiem. Zamiast tego zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem i zirytowana zakryłam twarz rękami.

- Dobrze, zamówię oba! - krzyknął Steele przez drzwi. - Już wiem, że będziemy się świetnie bawić, mieszkając razem! - zaśmiał się, wydając z siebie ten głęboki, gardłowy pomruk, który sprawił, że w moim brzuchu zapaliło się pożądanie. Chciałam krzyczeć. Miałam ochotę w coś uderzyć. Ale to byłoby przeciwieństwo wszystkiego, czego ciotka Marie próbowała mnie nauczyć w ciągu ostatniego roku. Kiedy stanęłam na progu jej domu w Kambodży, dostrzegła, jak bardzo byłam wściekła, przepełniona nienawiścią. Musiałam przyznać, że zrobiła, co mogła. Ale byłam okropną adeptką medytacji, a wszystkie negatywne uczucia właśnie się we mnie zaogniły.

- Kurwa! - krzyknęłam w dłonie, tłumiąc dźwięk własnego głosu.

Wyczerpana, zdezorientowana i wściekła jak diabli, upadłam na różowo-fioletową kołdrę z falbankami i zaczęłam krzyczeć w poduszki. Kiedy skończyłam, zmusiłam się do działania.

Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć!

Uspokajające oddechy wypełniały moje płuca z każdą cyfrą, ale niewiele pomogły na rosnącą we mnie wściekłość. Byłam skończona, i zaakceptowałam to miesiące temu. Teraz wszystko, czego chciałam, to pociągnąć tych skurwieli za sobą na dno. Chociaż byłam skłonna zaakceptować, że Steele prawdopodobnie miał niewiele wspólnego z moim aresztowaniem, nie mogłam tego samego powiedzieć o pozostałych dwóch. Zielonooki Kody dał mi bluzę z kapturem i kluczem. A niebieskooki oddał mnie prosto w ręce policji. Wiedział dokładnie, gdzie i kiedy mnie zostawić. Doskonale wiedział, co robi, i żadna ilość flirtowania ze Steele'em tego nie zmieni.

- Skurwysyny - szepnęłam głośno i ciężko odetchnęłam. Byłam wyczerpana, po długim locie bolały mnie mięśnie, a powieki były jak papier ścierny. Marzyłam, by spać przez następny miesiąc... ale na tym froncie miałam pecha. Za trzy dni, w poniedziałek rano, zaczynałam naukę na SGU, Uniwersytecie Shadow Grove.

Z jękiem przewróciłam się na okropnej kołdrze na plecy i wyłowiłam telefon z torby. Musiałam wiedzieć, w co, do kurwy nędzy, się wpakowałam, i znałam osobę, która by mi to mogła wyjaśnić.

O ile ze mną porozmawia.