Rozdział 2
Gdy ból eksplodował w mojej dłoni, stłumiłam krzyk, a koleś upadł do tyłu z oszołomionym wyrazem twarzy. Nie miałabym kolejnej takiej okazji, więc nie mogłam jej zmarnować.
- Co jest, kurwa? - ryknął facet, ale krzyczał w próżnię, bo mnie już dawno nie było.
Kiedy biegłam, a moje obcasy stukały o chodnik, po raz tysięczny przeklinałam w głowie wybór obuwia. Bree okazała się sprytniejsza, zdejmując swoje, ale rozpięcie kozaczków, które dziś włożyłam, wymagałoby utraty zbyt wielu cennych sekund.
Kroki dudniły gdzieś za mną, a ja, schowawszy się w domu zabaw, wstrzymałam oddech i zamarłam. Bezpieczniej było się ukryć i siedzieć cicho, niż biec przez park bez celu.
- Poddaj się, mała księżniczko - krzyknął już z bliska mój prześladowca. - Nie uciekniesz tak łatwo.
Furia pobrzmiewała w jego głosie, przez co przerażenie poczułam aż w kościach. Uciekłam, bo wykorzystałam element zaskoczenia, ale po raz drugi mogłabym nie mieć tyle szczęścia.
- Madison Kate - zawołał ponownie i zdecydowanie zbyt blisko. - Nie utrudniaj tego bardziej, niż to konieczne.
Milczałam, pozostając nieruchomo.
Jego buty zachrzęściły na zeschłych liściach, a ja znów wstrzymałam oddech. Był tak blisko. Tak cholernie blisko.
W każdej chwili mógł mnie znaleźć. Znaleźć mnie, zaciągnąć do klubu Reapersów i...
Panika zalała mój organizm i podjęłam głupią decyzję.
Mózg krzyczał, żebym się nie ruszała, żebym nie zdradziła kryjówki i miała nadzieję, że przywódca gangu Shadow Grove Reapers mnie nie znajdzie. Ale moje ciało zareagowało jak zaskoczony królik, więc rzuciłam się do ucieczki.
Gdzieś za mną rozległo się wykrzyczane przekleństwo, ale nie poświęciłam ani sekundy, by się odwrócić. Wiedziałam, kto krzyczał, wiedziałam, że mnie ścigał, więc, kurwa, po co miałabym patrzeć?
Wbiegłam w głąb domu zabaw, chowając się i robiąc uniki między pozostawionymi tu rzeczami i groteskowo starymi manekinami, ale odgłos ciężkich butów nadal za mną podążał.
Ledwie zdusiłam krzyk przerażenia, gdy coś poruszyło się w cieniu i tuż przede mną wyskoczył klaun na sprężynie. Przebiegłam pod nim i gnałam dalej, desperacko szukając miejsca, by się ukryć, gdzieś, gdzie Zane D'Ath nie będzie w stanie mnie znaleźć.
Nagle ktoś się wyłonił z mroku, po czym złapały mnie czyjeś silne ręce. Z gardła wyrwał mi się okrzyk przerażenia, natychmiast stłumiony przez dłoń zaciskającą się na moich ustach.
Zadziałałam instynktownie i zamachnęłam się łokciem do tyłu tak mocno, jak tylko mogłam, sprawiając tym, że mój porywacz stęknął z bólu, jego uścisk niestety nie osłabł, gdy wciągał mnie głębiej w cień. Rzucałam się i walczyłam, ale przestałam, gdy ponownie usłyszałam głos Zane'a.
- Nie mam na to czasu ani cierpliwości, Madison Kate - krzyknął, a jego słowa odbiły się echem, ale... nie dobiegały z tyłu. To kto mnie, kurwa, trzymał?
Przerażenie wzrosło, gdy zdałam sobie sprawę, że w domu zabaw czaiła się więcej niż jedna osoba, więc mocno nadepnęłam na stopę porywacza, próbując się uwolnić. Kiedy to nie zadziałało, próbowałam wbić piętę w jego pachwinę - co poskutkowało tylko tym, że uwięził moją kostkę między swoimi nogami.
- Co się, kurwa, dzieje? - zaklął stłumionym szeptem i zacieśnił uścisk na mojej talii i moich ustach, zamiast go rozluźnić.
- Zamknij się - szepnął ktoś inny, na co prawie wyskoczyłam ze skóry. Mimo że dźwięk był cichy, ewidentnie pochodził od mężczyzny. Więc było ich trzech. Trzech mężczyzn, każdy niewątpliwie o wiele większy i wredniejszy ode mnie.
Miałam przejebane.
- Niech ona się zamknie - szepnął drugi facet, czułam ciepło jego oddechu na policzku z tak kurewsko bliskiej odległości. Wciągnęli mnie w całkowicie ciemną część domu zabaw. Nic nie widziałam i, kurwa, musiałam użyć całej swojej samokontroli, by nie pozwolić, aby strach przejął nade mną władzę.
Co za idiotka chowa się w domu zabaw, kiedy boi się ciasnych, mrocznych przestrzeni?
- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić - szepnął ten, który mnie trzymał, a jego ton był równie cichy. Nie było mowy, żeby Zane ich usłyszał, a ja nie byłam pewna, czy bym tego chciała. Do tej pory ta dwójka mnie nie skrzywdziła... A nie można było tego samego powiedzieć o Zanie D'Athie. - Pieprzona suka właśnie próbowała kopnąć mnie w jaja.
Usłyszałam kroki na drewnianej podłodze gdzieś w głębi domu i szarpnęłam się w uścisku porywacza. Nie miałam pojęcia, czego chcieli ode mnie ci dwaj, którzy ukrywali mnie przed Zane'em, ale na pewno nie chodziło o bezpieczne odprowadzenie mnie do samochodu Bree. Większe szanse miałabym z obłąkanymi, zjedzonymi przez mole klaunami i resztą walającego się tu gówna.
- Przestań - warknął mężczyzna przede mną i odniosłam silne wrażenie, że nade mną górował. Kurewsko nienawidziłam, kiedy faceci tak robili. Jakby ich wzrost automatycznie sprawiał, że stawali się tacy onieśmielający.
- Pierdol się - próbowałam odburknąć, ale wyszło z tego tylko kilka stłumionych odgłosów, które jedynie mnie rozwścieczyły. Ale to dobrze. Gniew był dobry, o wiele bardziej przydatny niż strach.
- Madison Kate - zawołał ponownie Zane, najwyraźniej nie poddawał się tak łatwo. - Wiem, że nadal tu jesteś. Czuję twój strach. Gdzie się chowasz, mała myszko?
Gniew opadł w jednej chwili i praktycznie przylgnęłam do faceta, który mnie trzymał. Rozmyśliłam się. Każdy był zdecydowanie lepszy od Zane'a D'Atha. To nie przypadek, że jego nazwisko wymawia się dosłownie jak "death", czyli śmierć.
- Zaknebluj ją czy coś - powiedział apodyktyczny facet przede mną; jego głos wciąż był na tyle cichy, że nikt oprócz mnie, mojego porywacza i szkieletów go nie usłyszał. - Kurwa, zrób wszystko, aby ją uciszyć i trzymać w ukryciu.
Tylko chłodny podmuch powietrza był oznaką tego, że się od nas oddalił. Chwilę później uchylił wąskie drzwiczki, przez co rzucił trochę światła na niewielką przestrzeń, w której się znajdowaliśmy, i swoją barczystą, zakapturzoną postać, po czym przecisnął się przez drzwi do głównej części domu zabaw.
Nie zamknął ich za sobą całkowicie, a ta niewielka ilość światła wystarczyła, żebym odnalazła się w sytuacji. Porywacz wciągnął mnie w obszar, który musiał być kiedyś używany przez personel i aktorów, a drzwiczki musiały być fałszywym panelem w lustrzanym labiryncie.
Przez chwilę wszystko było nieruchome. Facet, który mnie trzymał, zdawał się wyczuwać, że nie będę znów celować w jego jaja, i rozluźnił odrobinę uścisk, pozwalając mi z powrotem postawić dla równowagi stopę na podłodze.
- Nie będziesz krzyczeć, prawda? - wyszeptał mi prosto do ucha. - Jeśli krzykniesz, nie zdołamy ci pomóc i będziesz zdana na siebie.
Zesztywniałam, zjeżyłam się na sugestię, że potrzebuję ich pomocy. Ale... kurwa, potrzebowałam jej. A on właśnie oznajmił, że próbują mi pomóc...
Cień przesunął się przed uchylonymi drzwiami, więc wciągnęłam powietrze, dusząc w sobie dźwięk, zanim jeszcze mój towarzysz zacisnął mi dłoń na ustach.
- Kurwa, wyluzuj, Madison Kate - powiedział i brzmiał na zirytowanego.
Kim on, kurwa, był? Znał mnie? A może tylko powtarzał imię, które usłyszał w drwinach Zane'a?
Labirynt luster sprawiał, że w pomieszczeniu roiło się od cieni, chociaż wiedziałam, że byłam tu tylko ja i facet za mną. No i może jeszcze ten drugi. Pieprzony dom rozrywki. Dlaczego zdecydowałam się ukryć w pieprzonym domu rozrywki?
- Co ty tu, kurwa, robisz? - warknął Zane, zwracając się do tego pierwszego kolesia. Albo drugiego. Albo... kurwa, nie miałam już pojęcia do kogo. Pomimo narastającej paniki skupiłam całą uwagę na labiryncie. Mogłam zrobić albo to, albo przyjąć do wiadomości, w jak małej przestrzeni byłam przetrzymywana. A gdybym to zrobiła...
- Uspokój się, kurwa - syknął mi do ucha porywacz. Nawet nie zauważyłam, że mój oddech gwałtownie przyspieszył, zbliżając się do granicy hiperwentylacji. Ale właśnie to działo się ze mną w małych, ciemnych przestrzeniach.
Kurwa.
Próbowałam się skupić na wątłej szczelinie światła, małej obietnicy, że pomimo trzymającego mnie, silnego faceta nie utknęłam tu na dobre. Ale to nie wystarczyło. Teraz, gdy moja uwaga nie była już zajęta uciekaniem, aby uchronić swoje pieprzone życie, ściany wokół mnie zaczęły się zamykać, a przerażenie drapało w gardło. Oddech świszczał i czułam, że moje płuca się kurczą.
- Cholera - przeklął mój porywacz. - Przestań, wydasz nas. Poważnie, skarbie, uspokój się, kurwa. - Coś w jego lekko szalonym tonie złagodziło moją panikę. Działo się tu coś więcej.
Odwróciłam głowę na bok, wcisnęłam brodę w ramię i odsunęłam jego rękę na tyle, żeby móc wypowiedzieć dwa słowa.
- Mam klaustrofobię - szepnęłam, a mój cichy głos był przesiąknięty strachem i błaganiem.
Po tym wyznaniu jego dłoń opadła z mojej twarzy tak szybko, jakbym sobie tę sytuację wyobraziła. Jednak jego muskularne przedramię nadal obejmowało mnie w talii, a drugą dłoń wciąż mocno zaciskał wokół moich nadgarstków. Niewątpliwie dalej byłam jego więźniem.
- Kurwa, przepraszam - powiedział ze szczerą skruchą. - Siedź cicho, dopóki Zane nie odejdzie. - Jego głos był ledwie słyszalny, a usta muskały moje ucho, gdy mówił: - Zaufaj mi, nie chcesz, żeby cię dogonił. Nie dziś wieczorem.
Pokiwałam energicznie głową.
- Wiem. Jak myślisz, dlaczego, kurwa, uciekałam?
Mimo gniewnego tonu i prób pyskowania fizycznie cała się trzęsłam. Drgawki targały moim ciałem i chociaż udało mi się uspokoić oddech, odkąd moja twarz nie była zasłonięta... nadal znajdowałam się w ciasnej klitce.
Głębokie głosy dudniły z wnętrza lustrzanego labiryntu, zbyt stłumione i ciche, by zrozumieć wypowiadane słowa, ale to byli Zane i ten drugi facet. Władczy dupek. Brzmieli prawie... przyjaźnie? Przynajmniej jak dobrzy znajomi.
- Kim ty jesteś? - szepnęłam do faceta za mną, próbując zająć czymś uwagę. - Znamy się?
Mężczyzna cicho się zaśmiał, a jego oddech musnął mój policzek. Zmienił uchwyt na moim ciele i chociaż nadal mocno mnie trzymał, prawie mogłam udawać, że to był uścisk. Nawet przysunęłam się odrobinę bliżej, szukając siły tam, gdzie moja własna zawiodła.
- Wszyscy cię znają, Madison Kate - powiedział, brzmiąc, jakby był rozbawiony, tylko w połowie odpowiadając na moje pytanie. - Przy okazji, podobają mi się twoje włosy. Są takie niebanalne i bardzo przyciągają wzrok.
Przewróciłam oczami w ciemności, ale nie byłam zaskoczona jego odpowiedzią. "Wszyscy cię znają, Madison Kate". Historia mojego pieprzonego życia, dzięki mojemu ojcu. Główny inwestor i deweloper w Shadow Grove, i całkowicie pretensjonalny dupek, Samuel Danvers Czwarty, zmusił mnie do stania u jego boku na niezliczonych wydarzeniach, imprezach i rozpoczęciach budów - idealna, posłuszna córka zastępująca swoją tragicznie zmarłą matkę. Co za stek bzdur.
- To tymczasowe - mruknęłam, odnosząc się do moich jaskraworóżowych włosów. Do kostiumu seksownej wiedźmy planowałam włożyć perukę, ale cholernie drapała, więc zamiast niej użyłam zmywalnej farby do włosów z drogerii.
Facet, który mnie trzymał, wydał z siebie cichy dźwięk rozbawienia.
- Oczywiście, że tak.
Zirytował mnie jego protekcjonalny komentarz, ale nic nie powiedziałam. Kłótnia z przypadkowym kolesiem na tyłach domu zabaw, podczas gdy polował na mnie prawdziwy, cholerny morderca... To nie brzmiało jak dobry pomysł.
- Wszystko w porządku? - wyszeptał po kilku chwilach milczenia. Głosy Zane'a i drugiego faceta ucichły, a ja pozwoliłam sobie na odrobinę nadziei, że wyjdę z tego żywa.
Potrząsnęłam głową, zaciskając zęby. Pytając, czy wszystko ze mną w porządku, przypomniał mi jedynie, gdzie się znajdowaliśmy. Z Zanem D'Athem gdzieś tam, po drugiej stronie drzwi... To było tak podobne do moich koszmarów, jak tylko mogło być.
Facet, który mnie więził, ponownie zmienił uchwyt, teraz trzymał mnie jedną ręką.
- To nie potrwa długo - zapewnił miękkim głosem. Przesunął palcami drugiej dłoni, tej, która nie obejmowała już moich nadgarstków, w dół mojego nagiego ramienia. - Skup się na czymś innym. - Skóra drżała pod lekkim jak piórko dotykiem, pozostającym w wyraźnym kontraście do sposobu, w jaki trzymał moje nadgarstki. Dotarł do łokcia, po czym wrócił do barku i zaczął od nowa.
Zadrżałam, ale tym razem nie ze strachu.
- To jest twój pomysł na odwrócenie uwagi? - szepnęłam, próbując nie reagować. Mój głos był drżący i nie sądziłam, że to wyłącznie z powodu grożącego mi ataku paniki. Wychodzi na to, że jego sposób działał.
Nie odpowiedział od razu, palcami znów dotykał mojego ramienia, tym razem bawił się kosmykiem długich różowych włosów. Ustami delikatnie dotykał mojej szyi, aż prawie wyskoczyłam z butów do striptizu.
- Cśśś... - zaśmiał się lekko, po czym powtórzył gest, tym razem celowo całując moją szyję, podczas gdy palce kontynuowały drażniącą wędrówkę po moim ramieniu.
Zanim zdążyłam zrozumieć, co się, kurwa, dzieje - albo dlaczego, do cholery, byłam tak mocno podniecona - małe drzwi się otworzyły. Stłumiłam krzyk.
- Co ty, kurwa, robisz? - warknął wysoki facet, wypełniając sobą całą framugę drzwi. Źródło światła znajdowało się za nim, więc był tylko ogromnym cieniem.
W jakiś sposób miałam wrażenie, że pytanie nie było skierowane do mnie.
Usta porywacza wygięły się w uśmiech na mojej szyi, ale nie wykonał żadnego ruchu, aby zwiększyć przestrzeń między nami.
- To, co mi kazałeś, brachu. Powstrzymuję księżniczkę Danvers od krzyku. - Zdecydowanie celowo pocałował mnie ponownie w szyję, po czym rozluźnił ciasny uchwyt wokół talii. - Przynajmniej już się nie boi. - Mroczny chichot nie pozostawiał złudzeń, co miał na myśli, i wywołał podniecenie w moim brzuchu.
- Kurwa mać - warknął wysoki i wściekły, wyciągając rękę i chwytając jeden z moich delikatnych nadgarstków, aby wyrwać mnie z poufałego uścisku kumpla. - Pospieszcie się!
Zachwiałam się na obcasach, ale szybko złapałam równowagę, gdy wciągnął mnie do labiryntu luster. Cienie tańczyły na ich powierzchniach, zniekształcając nasze wielokrotne odbicia na różne przerażające sposoby, ale wydawało się, że mężczyzna dokładnie wiedział, dokąd zmierza.
- Czekaj - zawołał facet za mną, gdy barczysty zrzęda otworzył ciężkie drzwi przemysłowe z napisem "Wyjście".
- Co jest? - warknął wysoki cień, odwracając się i pozwalając mi rzucić pierwsze spojrzenie na jego twarz. Naprawdę oszałamiająco piękną twarz. Czarny zarost pokrywał mocną linię szczęki, a świeży siniak zdobił jedną z wysokich kości policzkowych. Zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem i zaraz uniósł wzrok. Jego uwagę przyciągnęło coś, co było za mną, i puścił mój nadgarstek.
Ja też odwróciłam głowę i spojrzałam na przystojniaka, który szedł za nami. Włosy rozjaśnione na platynowy blond miał wygolone po bokach i wystarczająco długie na czubku, aby układać je w ten artystyczny nieład. Zielone oczy błyszczały szelmowsko, a usta... Te usta, które dopiero co dotykały mojej skóry...
Jakby czytając mi w myślach, sięgnął w górę i rozsunął zamek błyskawiczny bluzy z kapturem, po czym zdjął ją, odsłaniając gładką, opaloną skórę ozdobioną skomplikowanymi tatuażami na piersi i ramionach.
- Weź to - powiedział do mnie, ignorując swojego przerażającego, niebieskookiego kumpla. Zarzucił mi bluzę na barki, wskazując, że powinnam wsunąć w nią ręce. Następnie zapiął mi ją aż pod podbródek i naciągnął kaptur. - Te włosy są seksowne jak cholera, ale incognito to chyba jedyny sposób, żebyś wyszła stąd żywa. - Puścił mi oczko, a jego kumpel warknął gniewnie.
Wstrzymałam śmiech i bez wahania pozwoliłam wściekłemu facetowi wyciągnąć się z domu rozrywki prosto w mroźne nocne powietrze. Tak naprawdę byłam bardzo zadowolona z ciepłej bluzy z kapturem.
Obaj mężczyźni, choć nie biegli, szli cholernie szybkim tempem, byleby wyciągnąć nas z parku. Musiałam co chwilę podbiegać w przeklętych szpilkach, aby nie upaść na twarz. Niebieskooki mocno ściskał mnie za nadgarstek, więc w razie upadku prawdopodobnie pociągnąłby mnie jak szmacianą lalkę.
- Bu! - Ktoś ubrany w prześcieradło wyskoczył na ścieżkę przed nami, po czym zachichotał i odbiegł, żeby dołączyć do grupki innych "duchów" kręcących się obok zepsutej starej karuzeli.
Towarzyszący mi faceci tylko lekko się wzdrygnęli, ale ja się potknęłam i zaliczyłabym bliskie spotkanie z betonem, gdyby zły gość mnie nie złapał i siłą nie podniósł z powrotem na nogi.
- Uważaj - warknął z grymasem na seksownej twarzy, po czym skręcił w lewo i skierował nas w stronę starego diabelskiego młyna.
Gniew w końcu zdominował moje szalejące emocje, więc szarpnęłam do oporu i wyrwałam nadgarstek z jego uścisku.
- O co ci, kurwa, chodzi? - warknęłam na niego. - Nie prosiłam cię o pomoc, a ty zachowujesz się, jakbym była dla ciebie ogromnym ciężarem. Po prostu spierdalaj, sama się stąd wydostanę. Dzięki! - Ostatnie słowo padło do tego drugiego, zielonookiego. Chciałabym znać ich imiona, ale nie wymieniali ich, nawet kiedy ze sobą rozmawiali.
- Nie prosiłaś nas o pomoc? - warknął niebieskooki, naruszając moją przestrzeń osobistą i górując nade mną jak złamas z wiotkim kutasem. Jeśli to było najlepsze, co miał... - Nie powinno cię tu być, Madison Kate. Coś ty sobie myślała? Wiesz, kto cię gonił? Masz pojęcie, co by się stało, gdyby Reapersi dorwali w swoje łapy księżniczkę Shadow Grove? Nie byłoby, kurwa, niczego, co twój tatuś mógłby z tym zrobić, ponieważ okazałaś się na tyle głupia, żeby tutaj przyjść. - Jego idealne usta wykrzywiły się z obrzydzeniem i z oczywistą frustracją przesunął dłonią po krótkich czarnych włosach. Lewą kość policzkową miał czerwoną i opuchniętą, a pod nią krył się cień fioletu. Niedawno mocno oberwał. Od Zane'a?
Zielonooki odchrząknął.
- Chodzi mu o to, że nie prosiłaś o naszą pomoc, ale i tak ją, cholera, otrzymujesz. Wybrałaś naprawdę gównianą noc, by zbuntować się przeciwko swojemu idealnemu życiu, księżniczko. - Uniósł brew, patrząc na mnie, ale jego ton zdradzał, że się ze mną droczył, i tylko dlatego powstrzymałam się przed walnięciem go w twarz.
Pokręciłam głową, mentalnie udzielając sobie nagany, że fiksuję się na tym, jak seksowni są ci kolesie, kiedy bardziej powinnam martwić się wydostaniem z pieprzonego parku rozrywki. A co z Bree? Nadal na mnie czekała? Co jeśli ktoś z ludzi Zane'a ją dorwał?
- Idę tędy - powiedziałam do dwóch facetów, pokazując kciukiem w stronę południowej bramy. - Moja przyjaciółka tam czeka.
- Nie, nie czeka - odpowiedział trzeci facet, podbiegając do nas z kierunku, w którym wskazywałam. Był tego samego wzrostu, może o cal niższy niż zielonooki, ale w porównaniu z nim czułam się jak hobbit. Był równie przystojnym mężczyzną jak pozostali dwaj; aż prawie połknęłam język, kiedy zwrócił na mnie stalowoszare oczy. - Śliczna mała brunetka w białym mercedesie cabrio? - Przechylił głowę na bok, a ja przytaknęłam. - No to nie ma jej.
- Co? Nie, Bree nie zostawiłaby mnie tutaj samej.
Trzeci facet - nazwałabym go dla rozróżnienia szarookim - wzruszył ramionami i się uśmiechnął. Długimi, pełnymi wdzięku palcami potargał brązowe włosy, a światło księżyca odbiło się od kolczyka w jego brwi.
- Powiedziałem jej, że masz podwózkę. - Sugestywne mrugnięcie sugerowało zupełnie inny rodzaj jazdy, aż się zarumieniłam. - Poza tym gliniarze będą tu za około trzy minuty. Twoja Bree była na tyle mądra, żeby spierdalać z miejsca zbrodni.
- Czego? - Spojrzałam na niego zdezorientowana, ale najwyraźniej ta wiadomość była wszystkim, co pozostała dwójka musiała usłyszeć.
Zielonooki wbił mi bark w brzuch i zanim zdążyłam wypowiedzieć kolejny protest, mój tyłek znalazł się w powietrzu, a głowa zwisała obok jego pośladków.
- Przepraszam, księżniczko - powiedział, biegnąc ze mną na ramieniu. - Podziękujesz nam jutro, kiedy wrócisz do swojej wspaniałej szkoły dla bogatych dzieci.
- O kurwa! - przeklęłam, poddając się temu, co się działo, i obejmując ramionami jego nagą talię, próbując powstrzymać twarz przed podskakiwaniem na jego tyłku. Plecy również miał pokryte imponującymi tatuażami, ale byłam w złej pozycji, aby docenić ich walory artystyczne.
Biegł ze mną przez plątaninę zarośniętych ścieżek, bez wysiłku pokonując przeszkody z przewróconych stoisk, a szybki rzut oka pokazał, że pozostali dwaj faceci dotrzymują nam kroku po obu stronach. Dopóki nie zniknęli.
Charakterystyczny dźwięk wybuchającej walki sprawił, że szarpnęłam się w uścisku zielonookiego, na co klepnął mnie w tyłek i przyspieszył.
- Przestań! - krzyknął. - Nie bądź głupia, do cholery.
Ostre słowa uciszyły moje zmagania, podniosłam głowę, by spojrzeć wstecz, w kierunku, z którego przyszliśmy. Niebieskooki i drugi facet - o ładnych szarych oczach - byli pogrążeni w brutalnej walce z trzema bandytami w skórzanych kurtkach. Pięści poszły w ruch, trysnęła krew, a jeden z dupków w skórzanej kurtce wyciągnął nóż; tyle dostrzegłam, zanim zielonooki nagle zmienił kierunek, odcinając mi widok.
- Wsiadaj - rozkazał, stawiając mnie obok motocykla, mechanicznej bestii tak pięknej, aż mój żołądek zrobił fikołka z podniecenia. Sam przełożył nad nim nogę, a potem rzucił mi spojrzenie, które wyraźnie mówiło, żebym się pospieszyła.
Zawahałam się przez chwilę, ale kiedy dwaj pozostali faceci podbiegli do nas, podjęłam szybką decyzję. Do tej pory zapewnili mi bezpieczeństwo, więc... pieprzyć to.
Opadłam tyłkiem na siedzenie za zielonookim tuż przed tym, jak mężczyzna uruchomił silnik. Instynktownie owinęłam ramiona wokół jego talii. Chwilę później wyjechaliśmy z wesołego miasteczka na drogę; pozostała dwójka dołączyła do nas na swoich ciemnych, lśniących motocyklach.
Miałam tylko kilka chwil, aby nacieszyć się jazdą, zanim błękitnooki zjechał z drogi, wskazując, że wszyscy mamy zrobić to samo. Zatrzymał motocykl, opuścił nogi na ziemię i wyciągnął telefon z kieszeni, by odczytać wiadomość.
Żaden z pozostałych facetów się nie odezwał, czekali cierpliwie, gdy czytał. Kiedy skończył, spojrzał na mnie krzywo.
- Co? - zapytałam hardo, czując zdenerwowanie, że się tak na mnie gapi.
Zmrużył oczy i spojrzał w górę drogi, w kierunku, w którym zmierzaliśmy, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
Po chwili zielonooki też musiał poczuć zalegającą niezręczność.
- Co chcesz zrobić? - zapytał kumpla, który znów zwrócił na mnie uwagę.
- Złaź - rozkazał mi. - Zaczekaj tu, zaraz ktoś cię odwiezie do domu.
Rozbłysły we mnie złość i oburzenie.
- Pierdol się. - Splunęłam mu pod nogi. - Nie mam dwóch lat. Poradzę sobie, jeśli masz lepsze rzeczy do roboty.
Spojrzał na mnie, jakbym rzeczywiście była irytującym dzieckiem.
- Masz rację. A teraz zsiądź z motocykla, twoja podwózka będzie tutaj za - zerknął ponownie na telefon - jedną minutę. Jedziemy.
Wściekła zsunęłam się z siodełka i pociągnęłam minisukienkę w dół, aby zakryć przynajmniej część swojej cipki.
- Nie potrzebuję twojej podwózki, sama sobie poradzę. Dzięki, kurwa, za nic.
Niebieskooki przewrócił swoimi... uch... niebieskimi oczami i obrócił motor.
- Dokonuj mądrych wyborów, Madison Kate Danvers - rzucił, po czym wystartował. Wracał w kierunku, z którego przyjechaliśmy. Z powrotem do West Shadow Grove.
- Nie podoba mi się to - powiedział zielonooki do szarookiego.
Przystojny brunet wzruszył ramionami, ale zmarszczył brwi i przytaknął.
- Powiedział, że ktoś ją odbierze, wierzę mu. Daj spokój, stary, to musi być naprawdę gruba sprawa.
Zielonooki chrząknął, a potem spojrzał na mnie z żalem.
- Przepraszam, księżniczko. Wracaj bezpiecznie do domu, dobrze?
Skrzywiłam się i nic nie powiedziałam, zakładając ręce na klatce piersiowej, gdy obaj ruszyli za swoim chujowym kumplem.
- Pieprzyć ich podwózkę - mruknęłam do siebie, gdy już ich nie było. - Potrafię dojechać do domu uberem.
Uch. Tylko że Bree miała mój telefon w torebce.
Panika związana z brakiem możliwości powrotu do domu była jednak krótkotrwała, ponieważ, jak na zawołanie, pojawiła się moja "podwózka". Ze światłami, syrenami i całą resztą.
- Hej, pan jest pewnie moją podwózką do domu? - zapytałam policjanta, który wysiadł z radiowozu. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, kiedy niebieskooki twierdził, że transport mam ogarnięty; z pewnością nie tego.
Drugi oficer również wysiadł z pojazdu i obaj podeszli do mnie z dezorientującą ostrożnością.
- Proszę pani, czy wyszła pani właśnie z parku rozrywki Laughing Clown? - zapytał pierwszy policjant, a ja zmarszczyłam brwi.
- Hm, tak. Myślałam... - Powiedzenie im, że uznałam, iż zostali wysłani po mnie przez bezimiennego, przystojnego mężczyznę, który uratował mnie przed bezwzględnym członkiem gangu, brzmiało... głupio.
- Proszę pani, musi pani pójść z nami - oznajmił policjant, na co skinęłam głową. - Ale najpierw musimy sprawdzić pani kieszenie, dobrze?
Zdezorientowana skinęłam głową. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z policją, nie w ten sposób, więc nie miałam pojęcia, czy to standardowa procedura. Byłam na co najmniej osiemdziesiąt procent pewna, że nie mogą mnie przeszukać bez uzasadnionej przyczyny, ale trwałam w zbyt dużym szoku, aby zaprotestować.
Podniosłam ręce, pozwalając drugiemu oficerowi sprawdzić kieszenie. A raczej... kieszenie bluzy z kapturem zielonookiego, ponieważ moja minisukienka nie mogłaby ukryć tic-taca, tak była ciasna. Jego ręce myszkowały dłużej, niż powinny, a oczy pierwszego oficera błyszczały jak u wilka, wywołując we mnie silny niepokój.
- Co to jest, proszę pani? - zapytał drugi policjant, ten, który mnie przeszukiwał. Trzymał klucz na podpisanym breloku.
Potrząsnęłam głową.
- Nie mam pojęcia. Przykro mi, to nie jest moja bluza.
Obaj oficerowie spojrzeli na mnie podejrzliwie, a ten z kluczem poświecił latarką na brelok, po czym zaśmiał się zimnym śmiechem przypominającym chrząkanie.
- Cóż, spójrz tylko na to - mruknął, podając go koledze. - Wygląda, że znaleźliśmy sposób, w jaki wszyscy weszli dziś wieczorem do parku. To główny klucz do parku rozrywki Laughing Clown.
Krew odpłynęła mi z twarzy, a strach ścisnął żołądek.
- To nie moje - rzuciłam szybko. - Jak już mówiłam, to nie jest moja bluza.
Pierwszy oficer uśmiechnął się krzywo.
- Jasne, że nie. Przypuszczam, że nie zdradzisz nam swojego nazwiska, zanim cię aresztujemy?
Spojrzałam na niego.
- Aresztowanie... Co?! Nie, to nie jest mój klucz, ja nic nie zrobiłam! - spanikowałam, ale gliniarze wyglądali na niewzruszonych.
- Proszę pani, proszę po prostu powiedzieć, jak się pani nazywa - zasugerował drugi, brzmiąc, jakby był znudzony, nawet gdy odpinał kajdanki z paska i zapinał mi je na nadgarstkach.
Szok spowodował, że zdrętwiałam.
- Madison Kate - powiedziałam ochrypłym głosem. - Madison Kate Danvers.
Jeden z policjantów zamarł, a drugi wyszczerzył się w dziwnym, przerażającym uśmiechu. Założyłam, że to z powodu władzy, jaką niosło ze sobą moje nazwisko. Nie spodziewałam się tego, co nastąpi.
- To byłoby trudne - powiedział pierwszy policjant - ponieważ Madison Kate Danvers została dziś zamordowana w Laughing Clown.