Hate list. Nienawiść - Jennifer Brown

-
Proszę czekać

Na ogół potrafiłam dostrzec ironię w fakcie, że mama woziła Frankiego do szkoły, bo nie znosił autobusu, a ja jeździłam autobusem, bo nie znosiłam makabrycznych podróży z mamą. Ale czasem tak dostawałam w kość, że żałowałam, iż nie zacisnęłam zębów i nie przecierpiałam jej porannych krytycznych uwag.

Przeważnie udawało mi się znaleźć miejsce na środku pojazdu, gdzie kuliłam się ze słuchawkami na uszach i starałam się zupełnie zniknąć.

Ale ostatnio Christy Bruter zrobiła się nie do wytrzymania. Nic nowego, bo wcześniej też jej nie znosiłam. Była ogromna i masywna, miała sterczący brzuch i potężne uda, którymi mogłaby zgnieść komuś czaszkę jak orzech. Dziwne, że wybrali ją na kapitana drużyny softballu. Nigdy tego nie pojęłam. Jakoś nie umiałam sobie wyobrazić Christy Bruter, która wyprzedza kogoś w biegu do pierwszej bazy. Ale musiała tego dokonać przynajmniej parę razy. Albo trener za bardzo się jej bał, by ją wyrzucić. Kto wie?

Znałam Christy co najmniej od przedszkola i ani razu nie przyszło mi do głowy, że mogłabym ją polubić. I vice versa. Co roku po rozpoczęciu szkoły mama brała nauczycielkę na bok i wyjaśniała jej, że lepiej nie sadzać mnie i Christy w tej samej ławce.

- Wszyscy mamy taką jedną osobę... - mówiła z przepraszającym uśmiechem. Moją "taką jedną osobą" była Christy.

W podstawówce przezywała mnie Kaczką Dziwaczką. W szóstej klasie rozpuściła plotkę, że noszę stringi, co wtedy stanowiło sensację. A w liceum uznała, że nie podoba się jej mój makijaż i ciuchy, więc zaczęła mnie nazywać Siostrą Śmierć, co wszystkich niesamowicie bawiło.

Wsiadała dwa przystanki po mnie, co na ogół stanowiło plus, bo miałam czas, żeby stać się niewidzialna. Nie żebym się jej bała czy coś, po prostu nie zamierzałam się z nią użerać.

Usadowiłam się tak, aby moja głowa nie wystawała nad oparcie, wcisnęłam słuchawki w uszy i podkręciłam dźwięk empetrójki. Wyjrzałam przez okno; dobrze byłoby dziś wziąć Nicka za rękę. Tak bardzo chciałam się z nim zobaczyć. Tak bardzo chciałam poczuć jego pachnący cynamonową gumą oddech, wtulić głowę w jego ramię, czuć się bezpiecznie, zapomnieć o reszcie świata. Christy Bruter, Jeremy, rodzice i ich "dyskusje", które zawsze, zawsze, zawsze zmieniały się w pyskówki i kończyły ucieczką taty w noc oraz żałosnym pochlipywaniem mamy.

Autobus zatrzymał się raz i drugi. Nie odwracałam spojrzenia od okna. Przyglądałam się terierowi obwąchującemu worek ze śmieciami wystawiony przed czyimś domem. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że ten odór go nie odrzuca, i co go tak zafascynowało.

Autobus znowu ruszył. Podkręciłam dźwięk jeszcze bardziej, bo wraz z nowymi pasażerami pojawił się hałas. Umościłam się wygodnie i zamknęłam oczy.

Poczułam uderzenie w ramię. Sądziłam, że ktoś przypadkiem trącił mnie, przechodząc, i nie zareagowałam. Kuksaniec powtórzył się, tym razem był mocniejszy. Szarpnięta za kabel słuchawka wyleciała mi z ucha i zawisła w powietrzu, brzęcząc.

- No co? - Wyjęłam słuchawkę z drugiego ucha i owinęłam przewód wokół empetrójki. Zobaczyłam szczerzącą się w uśmiechu Christy Bruter. - Spadaj, Christy.

Jej brzydka koleżanka Ellen (równie atletycznie zbudowane, rude dziewuszysko o męskiej urodzie, grające w drużynie na pozycji łapacza) zarechotała, ale Christy tylko gapiła się na mnie pozornie niewinnie.

- Nie wiem, o co ci chodzi. Może masz jakieś halucynacje. Może wzięłaś jakąś dziwną pigułkę. Może diabeł cię opętał.

Przewróciłam oczami.

- Spadaj.

Włożyłam słuchawki do uszu i znowu skuliłam się w ulubionej pozycji. Zamknęłam oczy. Nie zamierzałam dawać Christy satysfakcji.

Gdy autobus skręcił na podjazd szkoły, znowu poczułam uderzenie w ramię, ale tym razem poparte mocnym szarpnięciem, które wydarło mi słuchawki z uszu i wytrąciło z ręki odtwarzacz. Empetrójka prześliznęła się po podłodze, wpadając pod fotel przede mną. Podniosłam ją. Zielone światełko z boku już nie migało, ekranik zgasł. Wyłączyłam ją i włączyłam, ale nic się nie zmieniło. Zepsuta.

- Boże! Co ci odbiło?! - spytałam podniesionym głosem.

Ellen znowu zarechotała, podobnie jak parę innych ich kumpelek. A Christy raz jeszcze spojrzała na mnie, udając niewiniątko.

Drzwi się otworzyły i wszyscy wstaliśmy. U nastolatków to odruch. Cokolwiek by się robiło, człowiek wstaje, kiedy drzwi autobusu się otwierają. Jeden z niezmiennych elementów życia. Rodzisz się, umierasz, wstajesz, gdy drzwi autobusu się otwierają.

Christy i ja stałyśmy o parę centymetrów od siebie. Czułam od niej syrop klonowy. Zmierzyła mnie szyderczym spojrzeniem od stóp do głów.

- Spieszysz się na jakiś pogrzeb? Może rzucisz Nicka i poderwiesz jakiegoś fajnego nieboszczyka? Zaraz, przecież Nick jest nieboszczykiem.

Wytrzymałam jej spojrzenie. Po tylu latach nadal nie miała dość tych starych głupich dowcipów. Nie wyrosła z nich. Mama była przekonana, że Christy się znudzi, kiedy nie doczeka się reakcji. Ale w takie dni jak dzisiaj brak reakcji wydawał się nierealny. Miałam już dość tych przepychanek, ale nie zamierzałam potulnie przemilczeć faktu, że zniszczyła mój odtwarzacz.

Przecisnęłam się obok niej do wyjścia.

- Nie wiem, jaki masz problem... - warknęłam, unosząc empetrójkę. - Ale zapłacisz za to.

- Już się boję!

Ktoś inny dodał:

- Uważaj, Christy, bo rzuci na ciebie zaklęcie.

Wszyscy parsknęli śmiechem.

Wysiadłam i popędziłam do ławek przy boisku, gdzie jak zwykle czekali Stacey, Duce i David.

Podbiegłam do nich, zdyszana i wściekła.

- Cześć - odezwała się Stacey. - Co jest? Ale się wkurzyłaś.

- No - sapnęłam. - Patrz, co ta suka Christy Bruter zrobiła z moją empetrójką.

- O kurczę. - David wyjął mi ją z rąk. Przycisnął parę guzików, kilka razy włączył i wyłączył. - Możesz to dać do naprawy.

- Nie chcę! - warknęłam. - Chcę zabić tę zdzirę! Mogłabym jej ukręcić ten głupi łeb. Pożałuje! Już ja jej pokażę!

- Daj spokój - powiedziała Stacey. - To straszna krowa. Nikt jej nie lubi.

Na parking wjechał z rykiem czarny chevrolet. Zatrzymał się tuż koło boiska. Rozpoznałam samochód Jeremy'ego i serce mi załomotało. Na chwilę zapomniałam o odtwarzaczu.

Drzwi od strony pasażera otworzyły się i zobaczyłam Nicka. Miał na sobie grubą czarną kurtkę, którą ostatnio nosił, zapiętą aż pod brodę, bo wiał zimny wiatr.

- Nick! - zawołałam, machając do niego.

Zauważył mnie, lekko uniósł głowę i ruszył w moją stronę. Szedł miarowym, powolnym krokiem. Zbiegłam z trybuny i popędziłam do niego przez trawnik.

- Cześć, skarbie! - rzuciłam, chcąc go objąć. Uchylił się, ale mnie pocałował. Potem jak zwykle zarzucił mi rękę na ramiona. Jego dotyk sprawił mi ulgę.

- Cześć - mruknął. - Jak sobie radzicie, leszcze?

Wolną ręką przywitał się z Duce'em w jakiś skomplikowany sposób i trzepnął Davida w ramię.

- Gdzieś się podziewał? - spytał David.

Nick uśmiechnął się pod nosem. Uderzyło mnie, że wygląda dziwnie. Niemal jakby promieniał.

- Miałem robotę - odpowiedział zwięźle. Omiótł spojrzeniem teren przed szkołą. - Miałem robotę - powtórzył, ale tak cicho, że tylko ja go usłyszałam. Nie zwracał się do nas. Przysięgłabym, że skierował te słowa do samej szkoły. Do tętniącego życiem budynku, który przypominał mrowisko.

Nie zauważyliśmy, że za naszymi plecami stanął pan Angerson. Odezwał się tym tonem, który lubiliśmy naśladować na imprezach: "Uczniowie Garvin, piwo szkodzi waszym rozwijającym się mózgom. Uczniowie Garvin, zdrowe śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. I pamiętajcie, uczniowie Garvin, narkotykom mówimy nie!".

- Dobrze, uczniowie Garvin - odezwał się, a Stacey i ja z chichotem trąciłyśmy się łokciami. - Nie marnujmy czasu. Pora na lekcje!

Duce zasalutował mu i pomaszerował do szkoły. Stacey i David poszli za nim, prychając śmiechem. Ja też ruszyłam, ale Nick mnie zatrzymał. Spojrzałam na niego. Nadal wpatrywał się w budynek, a na wargach błąkał mu się uśmiech.

- Lepiej chodźmy, bo Angersonowi pęknie jakaś żyłka - szepnęłam, pociągając go za sobą. - A może darujemy sobie dziś obiad i wpadniemy do Casey's?

Nie odpowiedział, zapatrzony w szkołę.

- Nick? Chodźmy - powtórzyłam. Zero reakcji. W końcu trąciłam go biodrem. - Nick?

Zamrugał i spojrzał na mnie, nie zmieniając wyrazu twarzy. Blask nie zniknął z jego oczu, może nawet stał się silniejszy. Zaczęłam się zastanawiać, co dziś wziął z Jeremym. Zachowywał się bardzo dziwnie.

- Aha - mruknął. - Aha. Mam dziś masę roboty.

Ruszyliśmy, przy każdym kroku trącając się biodrami.

- Pożyczyłabym ci empetrójkę na pierwszą lekcję, ale Christy Bruter mi ją zepsuła - pożaliłam się, pokazując Nickowi odtwarzacz. Rzucił na niego okiem. Uśmiechnął się szerzej. Uścisnął mnie mocniej i przyspieszył.

- Od dawna chciałem z nią coś zrobić - oznajmił.

- Wiem. Jak ja jej nienawidzę! - jęknęłam, żeby zwrócić na siebie jego uwagę. - Nie rozumiem, o co jej chodzi.

- Zajmę się tym.

Uśmiechnęłam się ożywiona. Rękaw kurtki Nicka przyjemnie drapał mnie w kark. Miłe uczucie. Takie... prawdziwe. Jakby wszystko miało pozostać normalne, dopóki czułam to ocieranie. Nawet jeśli Nick coś zaplanował. Na razie szedł ze mną, obejmował mnie, zajmował się mną. Nie Jeremym. Mną.

Stanęliśmy przed szkołą i Nick zdjął rękę z moich ramion. Akurat wtedy powiał wiatr, wydymając mi bluzkę. Zadrżałam, nagle zlodowaciała.

Nick otworzył drzwi i przepuścił mnie przed sobą.

- Skończmy z tym - powiedział. Skinęłam głową i ruszyłam do Sejmu, wypatrując Christy Bruter. Z zimna szczękałam zębami.

3

["Sun-Tribune", 3 maja 2008, tekst: Angela Dash]

Jeff Hicks (15 lat) z pierwszej klasy trzymał się z dala od szkolnej stołówki, co potwierdzają niektórzy uczniowie.

- Nie chodzimy tam, jeśli możemy tego uniknąć - wyjawia inna pierwszoklasistka, Marcie Stindler. - Starsi uczniowie nas prześladują, jeśli tam zaglądamy. To taka niepisana zasada - wolno nam tam wchodzić tylko na obiad. Każdy o tym wie.

Ale rankiem drugiego maja Hicks spóźnił się na zajęcia i przebiegł przez stołówkę, by jak najszybciej dostać się do klasy. W ten sposób znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Kula trafiła go w potylicę, zabijając na miejscu. W banku Garvin State otwarto konto, na które można wpłacać pieniądze dla rodziny chłopaka. Policja nie stwierdziła jeszcze, czy Levil znał Hicksa, czy też postrzelił go przypadkowo, celując w kogoś innego.

* * *

Ponieważ pani Tate trzymała mnie tak długo, spóźniłam się na lekcję i weszłam w środku powitalnej przemowy pani Tennille. Wiem, że Tate chciała oszczędzić mi sterczenia na korytarzu, ale chyba wolałabym to od spojrzeń, które mnie przeszyły, gdy wkroczyłam do klasy. Na korytarzu przynajmniej mogłabym się ukryć w cieniu.

Otworzyłam drzwi. Przysięgam, że wszyscy porzucili swoje zajęcia i spojrzeli na mnie. Billy Jenkins upuścił ołówek, który stoczył się z ławki i znieruchomiał na podłodze. Mandy Horn otworzyła usta tak szeroko, że prawie słyszałam, jak w szczęce jej trzasnęło. Nawet pani Tennille zamilkła na parę sekund.

Stałam w progu, zastanawiając się, czy popełniłabym nietakt, gdybym się teraz odwróciła i wyszła z klasy. Ze szkoły. Wróciła do łóżka. Powiedziała mamie i doktorowi Hielerowi, że się pomyliłam, że jednak chcę się uczyć w domu. Że nie jestem tak silna, jak myślałam.

Pani Tennille odkaszlnęła i odłożyła marker, którym pisała na tablicy. Nabrałam powietrza w płuca i powlokłam się do jej biurka. Dałam jej przepustkę, którą wręczyła mi sekretarka pani Tate.

- Właśnie omawiamy tegoroczny plan nauczania - wyjaśniła pani Tennille, przyjmując przepustkę. Jej twarz znieruchomiała jak kamienna maska. - Usiądź. Jeśli zechcesz spytać o coś, co już przedyskutowaliśmy, zrób to po dzwonku.

Przez chwilę mierzyłam ją spojrzeniem. Pani Tennille od początku za mną nie przepadała. Nie mogła mi darować, że nie udzielałam się podczas eksperymentów w laboratorium i że Nick tak jakby przypadkiem podpalił kiedyś probówkę. Nie zliczę, ile razy zatrzymała Nicka po lekcjach, i zawsze mierzyła mnie złym spojrzeniem, kiedy czekałam na niego przed szkołą.

Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, co do mnie teraz czuła. Może litość, bo nie dostrzegłam w Nicku tego, co ona? Czy miała ochotę mną potrząsnąć i krzyknąć: "A nie mówiłam, ty idiotko?!". A może znienawidziła mnie za to, co spotkało pana Kline'a.

Może i w jej głowie, tak jak w mojej, milion razy dziennie przewijała się ta scena: pan Kline, nauczyciel chemii, osłaniający swoim ciałem z dziesięcioro uczniów. Płakał. Z nosa ciekły mu smarki, cały dygotał. Rozłożył ręce jak Chrystus. Kręcił głową, wpatrzony w Nicka uparcie i ze strachem.

Lubiłam go. Wszyscy go lubili. Był takim nauczycielem, którego zaprasza się na bal maturalny. Takim facetem, który pogada z tobą w sklepie - i bez tego beznadziejnego tonu "Witam młodzież", którego używa wielki pan dyrektor Angerson. Kline by powiedział: "Cześć, jak tam? Jakoś leci?". Kline omijał cię wzrokiem, jeśli przyłapał cię gdzieś z piwem. Kline oddałby za ciebie życie. Zawsze to wiedzieliśmy. Teraz dowiedział się o tym świat.

Dzięki telewizji, która z imponującą dokładnością udokumentowała strzelaninę, i dzięki tej wkurzającej Angeli Dash z "Sun-Tribune" cała ludzkość usłyszała, że pan Kline zginął, ponieważ nie chciał powiedzieć Nickowi, gdzie jest pani Tennille. Dlatego przypuszczam, że ona sama też się już zorientowała. Podejrzewam również, że dlatego patrzyła na mnie jak na chodzącą zarazę.

Powlokłam się na puste miejsce. Usiłowałam iść ze wzrokiem wbitym w krzesło, ale okazało się to niemożliwe. Przełknęłam ślinę. Miałam zaciśnięte gardło. Ręce tak mi się spociły, że zeszyt się z nich wyślizgiwał. W dodatku rozbolała mnie noga i zaczęłam utykać, za co po cichu się przeklinałam.

Skuliłam się na swoim miejscu i podniosłam oczy na panią Tennille. Odczekała, aż się usadowię, i odwróciła się do tablicy. Odkaszlnęła i wróciła do pisania swojego adresu mailowego.

Po chwili wszyscy inni także oderwali ode mnie wzrok i oddychanie stało się łatwiejsze. "Osiemdziesiąt trzy - powtarzałam w myślach jak mantrę. - Osiemdziesiąt dwa, jeśli odliczyć dzisiejszy dzień".

Tennille dalej nawijała o metodach kontaktu, a ja wpatrywałam się we własne dłonie, usiłując spowolnić oddech tak, jak uczył mnie doktor Hieler. Oglądałam swoje paznokcie, połamane i brzydkie. Nie zdołałam się zmusić do opiłowania ich i nagle zaczęłam się ich wstydzić. Wszystkie inne dziewczyny wyszykowały się na ten pierwszy dzień szkoły, zrobiły manicure, włożyły najlepsze ciuchy. Ja ledwie się umyłam. Kolejna rzecz, która odróżniała mnie od nich, a także, co trochę niepokojące, od dawnej mnie.

Zacisnęłam pięści, żeby ukryć paznokcie. Nie chciałam ich pokazywać. Przeraziłam się, że ktoś zauważy ich brzydotę, choć dziwnie uspokoiło mnie to ukłucie, kiedy wbiły się w skórę. Położyłam dłonie na kolanach i ścisnęłam je mocniej, boleśniej; wreszcie mogłam odetchnąć, nie czując fali mdłości.

- Wszelkie pytania kierujcie na e-mail - mówiła pani Tennille, wskazując tablicę. Nagle znieruchomiała.

Po mojej lewej stronie powstało zamieszanie. Jakaś dziewczyna szybko chowała książki i zeszyty do plecaka. Po policzkach spływały jej łzy, a ona usiłowała je powstrzymać tak gwałtownie, że dostała czkawki. Parę koleżanek stało nad nią, głaszcząc ją po plecach i coś do niej szepcząc.

- Czy coś się stało? - spytała nauczycielka. - Kelsey? Meghan? Dlaczego wstałyście?

- Chodzi o Ginny - odezwała się Meghan, wskazując płaczącą dziewczynę, w której dopiero teraz rozpoznałam Ginny Baker. Słyszałam, że miała wiele operacji plastycznych, ale aż do tej pory nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo zmieniła się jej twarz.

Pani Tennille odłożyła marker i spokojnie założyła ręce na piersi.

- Ginny - odezwała się głosem tak łagodnym, że nie potrafiłam uwierzyć, iż wydobył się z jej ust. - Czy mogę jakoś pomóc? Chcesz coś do picia?

Ginny zasunęła suwak plecaka i wstała. Cała dygotała.

- To przez nią - oznajmiła, nie wskazując nikogo, choć wszyscy i tak wiedzieli, o kim mówi. Znowu spuściłam głowę i jeszcze mocniej wbiłam paznokcie w dłonie. Zagryzłam wargi, żeby nie wyrwało się z nich żadne słowo. - Nie mogę siedzieć obok niej, nie myśląc o... o... - Ginny nabrała tchu i wyrzuciła z siebie słowa pełne takiego bólu, że włosy zjeżyły mi się na rękach. - Dlaczego pozwolili jej wrócić?

Chwyciła plecak, przycisnęła go do brzucha i puściła się biegiem do drzwi, odpychając Meghan i Kelsey.

Pani Tennille zrobiła parę kroków, ale stanęła. Skinęła lekko głową i Ginny wypadła z klasy. Jej zniekształconą, zmasakrowaną twarz wykrzywiał grymas.

Przez pełną minutę nikt nie drgnął. Zamknęłam oczy i zaczęłam w myślach liczyć od pięćdziesięciu do jednego - kolejna metoda, której się nauczyłam. Nie pamiętałam, od mamy czy doktora Hielera. W uszach mi dzwoniło, cała się rozdygotałam. "Czy też mam wyjść? Pobiec za Ginny, przeprosić ją? Iść do domu i nigdy nie wracać? Powiedzieć coś klasie? Co mam robić?".

W końcu pani Tennille odkaszlnęła, odwróciła się do tablicy i wzięła marker. Na jej twarzy malowało się wzburzenie, ale zachowanie go nie zdradzało. Niewzruszona Tennille. Nie da się na nią wpłynąć prośbą ani groźbą.

- Jak mówiłam... - zaczęła i wróciła do wcześniejszego tematu.

Zamrugałam, żeby pozbyć się białych iskierek, które tańczyły mi przed oczami, i usiłowałam się skupić na słowach nauczycielki, co okazało się dość trudne, bo wszyscy się na mnie gapili.

- Następnie skoncentrujemy się...

Znowu rozległy się głosy i pani Tennille ponownie przerwała, bo kilka osób po lewej dyskutowało ze sobą zapalczywie.

- Czy mogę prosić o uwagę? - rzuciła surowo, choć wyraźnie traciła kontrolę nad sytuacją.

Głosy ucichły, ale uczniowie się nie uspokoili.

- Chciałabym zakończyć ten temat, żeby nie mieć zaległości, zanim rozpocznie się rok szkolny.

Sean McDannon podniósł rękę.

- Tak? - spytała pani Tennille z nutką desperacji.

Sean odkaszlnął w pięść, jak niektórzy mężczyźni, kiedy chcą zmienić głos z normalnego, codziennego, na władczy i męski. Spojrzał na mnie i szybko odwrócił wzrok. Zmusiłam się do słabego uśmiechu, ale mój wysiłek poszedł na marne, bo Sean już patrzył w inną stronę.

To był fajny chłopak. Nigdy się z nikim nie kłócił. Nie budził w nikim prawdziwej sympatii ani nienawiści. Jakoś udawało mu się schodzić wszystkim z drogi, co w liceum czasem decyduje o tym, czy należy się do grupy lubianych uczniów, czy do ofiar. Nikt się nad nim nie pastwił, a przynajmniej o tym nie wiedziałam. Dobrze się uczył, należał do kółek naukowych, pilnował własnego nosa, miał niewymagającą dziewczynę. Mieszkał sześć domów ode mnie, co oznaczało, że w dzieciństwie razem się bawiliśmy. Od piątej klasy właściwie ze sobą nie rozmawialiśmy, ale nie zachowywaliśmy się wobec siebie wrogo. Pozdrawialiśmy się na korytarzu czy przystanku autobusowym. Normalka.

- Przepraszam... pani Tate powiedziała, że powinniśmy rozmawiać o... o tych sprawach... i...

- Dlaczego to Ginny musiała wyjść? - spytała Meghan. Po tym pierwszym spojrzeniu Sean umyślnie omijał mnie wzrokiem, ale ona ostentacyjnie wbiła we mnie płonące oczy. - Ginny nie zrobiła nic złego.

Pani Tennille obracała w dłoniach marker.

- Nikt nie kazał jej wychodzić. A pani Tate z pewnością miała na myśli, że możecie porozmawiać z nią...

- Nie - odezwał się ktoś za moimi plecami. Wydawało mi się, że to Alex Gold, ale poczułam się, jakbym skamieniała, i nie mogłam się obejrzeć. Jeszcze mocniej wbiłam paznokcie w dłonie. Na skórze powstały bolesne fioletowe ślady. - Nie, ten psycholog, który tu przyszedł, powiedział, że mamy o tym rozmawiać, kiedy tylko poczujemy potrzebę. Nie żebym ją czuł. Dla mnie to już zakończone.

Meghan przewróciła oczami i przeniosła nienawistne spojrzenie ze mnie na punkt nad moim ramieniem.

- No to gratuluję. Ale to nie tobie ktoś odstrzelił twarz.

- Bo może nigdy nie wkurzyłem Nicka Levila.

- Dość tego - rzuciła pani Tennille, ale sytuacja już się wymknęła spod kontroli. - Wróćmy do naszej dyskusji...

- Tobie też nie, Meghan - odezwała się Susan Crayson. - Też ci nikt nie odstrzelił twarzy. Przed strzelaniną nie przyjaźniłaś się z Ginny. Po prostu lubisz melodramaty.

I wtedy rozpętało się piekło. Wszyscy wrzeszczeli tak głośno, że słowa ginęły w hałasie.

- ...melodramat?! Moja przyjaciółka umarła...

- ...zresztą Valerie nikogo nie zastrzeliła! Miała od tego Nicka! A Nick nie żyje, więc w czym problem?!

- Pani Tate powiedziała, że kłótnia nie rozwiąże...

- ...tak straszne, że co noc śnią mi się koszmary, ale skoro przyszła do klasy i...

- ...czyli co, ucieszyłam się, że Ginny dostała, bo mogę sobie podramatyzować?! Serio?!

- ...była miła dla Nicka, może by do tego nie doszło! Czy nie w tym...

- ...zdaniem zasłużył na śmierć! Dobrze, że nie żyje...

- ...co ty możesz wiedzieć o przyjaźni, cieniasie...

Zrobiło się dziwnie, bo wszyscy tak się skupili na skakaniu sobie do oczu, że zapomnieli o pastwieniu się nade mną. Nikt na mnie nie patrzył. Pani Tennille osunęła się na krzesło za biurkiem i w milczeniu wyglądała przez okno, przebierając palcami po kołnierzu. Broda lekko jej drżała.

Z relacji dziennikarzy telewizyjnych wynikało, że moi koledzy nic, tylko trzymają się za ręce i śpiewają Give Peace a Chance. Nic z tych rzeczy. Mało nie poprzegryzali sobie gardeł. Ożyły wszystkie dawne urazy, pretensje, wspomnienia o doznanych upokorzeniach, jątrzące się pod ładną fasadą.

W końcu odzyskałam zdolność ruchu i się rozejrzałam - naprawdę przyjrzałam się tym wszystkim, którzy wrzeszczeli i machali rękami. Parę osób płakało. Kilka się śmiało.

Miałam wrażenie, że powinnam coś powiedzieć, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Gdybym im przypomniała, że to nie ja strzelałam, zabrzmiałoby to jak usprawiedliwienie. Gdybym usiłowała kogoś pocieszyć, zrobiłoby się maksymalnie dziwnie. Jakiekolwiek działanie wydawało się nie na miejscu. Nie byłam na to jeszcze gotowa i nie sądziłam, żebym kiedykolwiek do tego dojrzała. Nie znajdowałam odpowiedzi na własne pytania, więc jak mogłabym wyjaśnić ich wątpliwości? Odruchowo sięgnęłam po komórkę. Może powinnam zadzwonić do mamy. Błagać, żeby mi pozwoliła jechać do domu. I nigdy nie wracać. A może lepiej wybrać numer doktora Hielera i powiedzieć, że po raz pierwszy się pomylił. Nie wytrzymam nawet osiemdziesięciu trzech minut, nie mówiąc już o dniach.

Po chwili pani Tennille zdołała opanować chaos i wszyscy usiedli na miejscach. Napięcie wisiało nad nami jak chmura do końca lekcji.

Powoli ludzie zaczęli zapominać o mojej obecności, a ja dopuściłam możliwość, że zdołam wytrzymać w tej ławce, klasie, szkole. "Musisz znaleźć sposób, by zobaczyć prawdziwe oblicze spraw - poradził doktor Hieler. - Musisz znowu zaufać swojemu osądowi rzeczywistości".

Otworzyłam zeszyt i wzięłam długopis. Ale zamiast notować słowa Tennille, rysowałam to, co widziałam. Otaczały mnie młode twarze i młode ciała w młodzieżowych ubraniach, młodzieżowych rozsznurowanych butach i młodzieżowych podartych dżinsach. Ale jakoś się zmieniły. Zamiast gniewnych grymasów i szyderczych uśmieszków zobaczyłam zagubienie. Oni wszyscy także nie wiedzieli, co robić.

Narysowałam ich z wielkimi pytajnikami zamiast głów. Ich unoszące się nad kołnierzykami bluz i podkoszulków kropki były rozdziawionymi, krzyczącymi ustami. Niektóre płakały. Niektóre skuliły się w kłębek.

Nie wiem, czy o to chodziło doktorowi Hielerowi, ale wiem, że narysowanie tych znaków zapytania uspokoiło mnie o wiele bardziej niż liczenie od pięćdziesięciu wstecz.

Weszłam z Nickiem do szkoły. Wiatr wyrwał mu z ręki skrzydło drzwi i głośno je zatrzasnął. Jak zawsze na korytarzu roiło się od uczniów tłoczących się przy szafkach, rodzicach lub nauczycielach. Mnóstwo śmiechu, mnóstwo złośliwych prychnięć, łomot - poranne odgłosy, naturalna ścieżka dźwiękowa szkolnego życia.

Skręciliśmy do Sejmu, gdzie płynący korytarzem zdyscyplinowany strumień uczniów zwalniał i rozpadał się na plotkujące przed lekcjami grupy. Niektórzy kupowali pączki, a potem siadali na podłodze oparci o ściany. Cheerleaderki stały na krzesłach, rozwieszając plakaty. Kilka par całowało się w kącie. Szkolne wyrzutki - nasi przyjaciele - czekały na nas przy okrągłym stoliku koło wejścia do kuchni. Paru nauczycieli - tych odważnych, jak Kline i pani Flores od rysunku - chodziło w tłumie, usiłując zaprowadzić coś w rodzaju porządku, ale wszyscy wiedzieli, że to walka z wiatrakami. Porządek i Sejm to dwa wykluczające się pojęcia.

Nick i ja stanęliśmy w progu. Wspięłam się na palce i wyciągnęłam szyję. Nick wodził wzrokiem po pomieszczeniu, uśmiechając się lekko.

- Tam! - powiedziałam, wskazując. - Tam stoi!

Nick odnalazł Christy w tłumie.

- Wyduszę z niej nową empetrójkę - oznajmiłam.

Nick powoli rozpiął kurtkę, ale jej nie zdjął.

- Skończmy to - rzucił, a ja się uśmiechnęłam, zadowolona, że się za mną ujął. Cieszyło mnie też, że Christy Bruter dostanie w końcu, na co zasłużyła. Wreszcie odzyskałam dawnego Nicka - tego, w którym się zakochałam. Nicka, który bronił mnie przed Christy Bruter i wszystkimi innymi, który nie cofał się przed szkolnymi osiłkami. Nicka, który rozumiał, co się składa na moje życie - nędzna rodzina, nędzna pozycja w szkole, ludzie nieustannie mi przypominający, że do nich nie należę i jestem od nich mniej warta.

Nick szybkim krokiem ruszył przez tłum. Jego oczy przybrały dziwny, nieobecny wyraz. Nie patrzył pod nogi. Torował sobie drogę, brutalnie się rozpychając. Szłam za nim wśród rozgniewanych twarzy, ale nie zwracałam na nikogo uwagi.

Nick dotarł do Christy pierwszy. Musiałam wyciągnąć szyję, żeby dostrzec dziewczynę zza jego ramienia. Wytężałam słuch, aby usłyszeć każde jego słowo, bo nie zamierzałam stracić ani sekundy z awantury. Dlatego wiem z całą pewnością, co powiedział. Słyszę to codziennie.

Chyba trącił Christy w ramię, tak jak ona mnie w autobusie. Nie widziałam tego, bo Nick nadal mi ją zasłaniał. Ale zobaczyłam, jak Christy wpada na swoją kumpelkę Willę. Odwróciła się z zaskoczeniem.

- Co ci odbiło?

Dogoniłam Nicka i przystanęłam tuż za nim. Na nagraniu z kamer przemysłowych wygląda to tak, jakbym znajdowała się obok niego. Trudno dostrzec granicę między naszymi ciałami. Ale stałam krok za nim i widziałam tylko głowę i ramiona Christy.

- Od dawna jesteś na liście - powiedział i natychmiast zrobiło mi się zimno, bo nie mogłam uwierzyć, że wyjawił jej taką sprawę. Szczerze mówiąc, wkurzyłam się. Tę listę uważałam za naszą tajemnicę, za sprawę, która powinna pozostać między nami. A on wszystko wypaplał. I wiedziałam, że Christy Bruter to wykorzysta. Pewnie rozpowie o tym koleżankom i zrobi z nas pośmiewisko. Naskarży rodzicom, którzy zadzwonią do moich rodziców i czeka mnie szlaban. Może nawet zawieszą nas w szkole. Egzaminy końcowe zmienią się w koszmar.

- Na jakiej liście? - spytała Christy i spojrzała na coś, lekko spuszczając wzrok. Oczy się jej rozszerzyły. Zaczęła się śmiać, Willa też, a ja wspięłam się na palce, żeby zobaczyć, o co chodzi.

I wtedy huknęło.

Właściwie nie w moich uszach, tylko w mózgu. Jakby cały świat na mnie runął. Krzyknęłam. Wiem, że to zrobiłam, bo poczułam, jak usta mi się otwierają i wibrują struny głosowe, ale nic nie usłyszałam. Zamknęłam oczy, odruchowo osłoniłam głowę rękami i myślałam tylko o jednym: "Dzieje się coś złego, dzieje się coś złego, dzieje się coś złego". Prawdopodobnie moje ciało włączyło autopilota. Instynkt przetrwania. Czułam, że to informacja, którą przesyła moim nogom podświadomość: "Niebezpieczeństwo, uciekać!".

Otworzyłam oczy i chciałam chwycić Nicka, ale już się odsunął i ujrzałam Christy, stojącą z kompletnie zaskoczoną miną. Usta miała otwarte i wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć. Obiema rękami trzymała się za brzuch. Spomiędzy jej palców ciekła krew.

Zachwiała się i zaczęła przechylać do przodu. Odskoczyłam; runęła na podłogę między mną a Nickiem. Spojrzałam na Christy - miałam wrażenie, że wszystko rozgrywa się w zwolnionym tempie. Na jej podkoszulku szybko rosła plama krwi z dziurą w środku.

- Załatwiłem ją - odezwał się Nick, także patrząc na Christy. W drżącej ręce trzymał broń. - Załatwiłem ją - powtórzył. Z gardła wyrwał mu się chichot, wysoki i przenikliwy. Nadal uważam, że to z zaskoczenia. Muszę w to wierzyć. Że gdzieś za prochami i obsesją na punkcie Jeremy'ego krył się prawdziwy Nick, który tak jak ja sądził, że to żart, udawanie.

A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Ludzie krzyczeli i uciekali, tłoczyli się w drzwiach i wpadali na siebie. Parę osób stało z rozbawionymi minami, jakby ktoś wyciął niezły numer, którego niestety nie zdążyli zobaczyć. Pan Kline torował sobie drogę, pani Flores wykrzykiwała polecenia.

Nick też pobiegł w tłum, zostawiając mnie przy zakrwawionej Christy. Odwróciłam głowę i napotkałam spojrzenie Willi.

- O Boże! - krzyknął ktoś. - Ludzie, ratunku!

Wydaje mi się, że to ja wołałam, ale nawet dziś nie mam pewności.

4

["Sun-Tribune", 3 maja 2008, tekst: Angela Dash]

Wzorowa uczennica Ginny Baker (16 lat), w chwili gdy padł pierwszy strzał, właśnie żegnała się przed lekcją z przyjaciółmi. Zgodnie z zeznaniami świadków, wyglądało na to, że napastnik z premedytacją wybrał sobie ofiarę. Levil pochylił się, by do niej strzelić, kiedy dziewczyna schowała się pod stołem.

- Krzyczała: "Pomóż mi, Meg!", a on się pochylił i wycelował w nią broń - relacjonuje trzecioklasistka Meghan Norris. - Ale nie wiedziałam, co robić. Nie wiedziałam, co się dzieje, nie usłyszałam nawet pierwszego strzału. I wszystko wydarzyło się tak szybko... Słyszałam tylko, że pani Flores woła, żebyśmy się schowali pod stołami i osłonili głowy. A ja skoczyłam pod ten sam stół co Ginny. Nick do niej strzelił. Nic nie powiedział, tylko zajrzał pod stół, wycelował pistolet w jej twarz, strzelił i odszedł. Ginny ucichła. Nie prosiła mnie już o pomoc i myślałam, że umarła. Wyglądała jak trup.

Matka Baker nie skomentowała tego wydarzenia. Ojciec, który mieszka na Florydzie, opisuje incydent jako "najgorszy koszmar każdego rodzica". Dodaje, że pomoże córce przejść przez czekające ją poważne operacje plastyczne, mające zrekonstruować jej twarz.

* * *

- To co, twoja mama wróciła dziś do pracy? - spytała Stacey. Stałyśmy w stołówce w kolejce do okienka, po drodze stawiając jedzenie na tacach. Miałyśmy razem angielski. W klasie czuło się napięcie, choć niezbyt wielkie. Kilka dziewczyn wymieniło się liścikami, a miejsce Ginny świeciło pustką. Poza tym nie wydarzyło się nic złego. Pani Long, nauczycielka angielskiego, znalazła się wśród tych, którzy podpisali list od rady szkolnej. Na mój widok oczy jej zwilgotniały, ale nic nie powiedziała. Uśmiechnęła się tylko i skinęła mi głową. Potem zaczęła lekcję. Bogu dzięki.

- No.

- Moja mama mówiła, że twoja zadzwoniła do niej wczoraj, żeby pogadać.

Znieruchomiałam ze szczypcami pełnymi sałatki.

- Naprawdę? I co?

Stacey nie spojrzała na mnie. Szła ze wzrokiem wbitym w tacę. Patrząc na nas, nikt nie potrafiłby zgadnąć, czy ze sobą rozmawiamy, czy też Stacey po prostu miała pecha, że znalazła się obok mnie. Ona prawdopodobnie tak wolała. Tak było bezpieczniej.

Stacey wzięła miseczkę tęczowej galaretki i postawiła ją na tacy. Zrobiłam to samo.

- Znasz moją mamę - powiedziała. - Oznajmiła, że nie chce, by nasze rodziny się przyjaźniły. Uważa, że twoja mama cię nie dopilnowała.

- Rany - mruknęłam. Żołądek mi się ścisnął. Prawie zrobiło mi się żal mamy, której niczego nie ułatwiałam. Poczułam się głupio. Wolałam myśleć, że mama uważa mnie za najgorszą córkę świata, która zrujnowała jej życie. - Auć.

Stacey wzruszyła ramionami.

- Twoja mama powiedziała mojej: "Zabieraj dupę z mojego życia".

Cała mama. Choć pewnie potem poszła do pokoju i się popłakała. Przyjaźniła się z panią Brinks od piętnastu lat. Obie zamilkłyśmy. Nie wiem jak Stacey, ale mnie w gardle utkwił bolesny gruzeł, który odebrał mi mowę.

Wzięłyśmy tace, zapłaciłyśmy i ruszyłyśmy w stronę stolików.

Normalnie nie miałabym się nad czym zastanawiać. W zeszłym roku skierowałybyśmy się w głąb sali, do trzeciego stolika od końca. Pocałowałabym Nicka i usiadła między nim a Masonem. Jedlibyśmy, śmiejąc się, kuksając, rzucając w siebie serwetkami i tak dalej.

Stacey szła przede mną. Przystanęła przy stojaku z przyprawami. Ja też nalałam sobie malutki kubeczek keczupu, choć nie kupiłam nic, co można by nim doprawić. Usiłowałam się czymś zająć, żeby się nie rozglądać po stołówce. Czułam na sobie wzrok wielu osób. Stacey znowu ruszyła, jakby nie zdawała sobie sprawy, że idę za nią. A ja szłam, może z nawyku, a może dlatego, że nie miałam pomysłu, co innego mogłabym zrobić.

Oczywiście przy stoliku w głębi siedziała nasza paczka. David. Mason. Duce. Bridget. Jej przyrodni brat Joey. David podniósł głowę, pomachał Stacey, a potem jakby oklapł, gdy jego spojrzenie spoczęło na mnie. Podniósł rękę bez przekonania i natychmiast ją opuścił. Wyglądał, jakby chciał się zapaść pod ziemię.

Stacey postawiła tacę przed jedynym wolnym krzesłem przy stole, między Duce'em i Davidem. Duce natychmiast zaczął z nią rozmawiać - chodziło o YouTube - a ona pisnęła ze śmiechu: "No! Widziałam, ale czad!". Stałam parę kroków od nich, nie wiedząc, co z sobą począć.

- A, tak - powiedziała Stacey, podnosząc głowę. Spojrzała na mnie niemal ze zdziwieniem, jakby do tej pory nie uświadamiała sobie, że za nią idę. Jakbyśmy nie stały obok siebie w kolejce. Jakby ze mną nie rozmawiała. Zerknęła na Duce'a, a potem znowu na mnie. - Tak... Eee... - Zacisnęła usta. - Val... skończyły nam się krzesła.

Duce objął ją, a ona znowu uśmiechnęła się w ten podstępny, pełen wyższości sposób.

David zrobił ruch, jakby chciał wstać, żeby mi ustąpić miejsca albo przynieść krzesło. Nie jadł. Jak niemal zawsze.

Duce kopnął nogę jego krzesła. Nie spojrzał na niego, ale David usiadł. Nieśmiało wzruszył ramionami i wbił wzrok w stół, odwracając ode mnie głowę. Duce znowu zaczął mówić do Stacey, prawie szepcząc jej do ucha. Zachichotała. Nawet David skupił się na słowach Bridget. Całkiem jakby po śmierci Nicka "rodzina" się mnie wyparła. A może to ja się siebie wyparłam, nie wiem.

- Nie ma sprawy - rzuciłam, choć nikt mnie nie słuchał. - Mogę usiąść gdzie indziej. Żaden problem.

Ale tak naprawdę postanowiłam się wymknąć i usiąść tam, gdzie nikt mi nie będzie przeszkadzać i - co ważniejsze - gdzie ja nie będę nikomu przeszkadzać. Tak było najlepiej. Zresztą co miałabym im powiedzieć? Przez te wakacje korzystali z życia. Tymczasem ja rozpaczliwie starałam się zacząć je od nowa.

Odwróciłam się i powiodłam wzrokiem po Sejmie. Dziwne - wszystko wyglądało tak samo jak przedtem. Te same twarze przy tych samych stolikach. Te same chude dziewczyny jedzące te same sałatki. Ci sami sportowcy ładujący w siebie proteiny. Te same kujony kulące się w kącie. Hałas ogłuszał. Wśród stolików przechadzał się pan Cavitt, komenderując:

- Ręce na stół, dzieci. Ręce na stół!

Tylko ja się zmieniłam.

Odetchnęłam głęboko i ruszyłam przed siebie, starając się nie zwracać uwagi na śmiech i piski Stacey. "Tego chciałaś - powiedziałam sobie. - Chciałaś odsunąć od siebie Stacey. Chciałaś wrócić do Garvin. Chciałaś udowodnić, że nie masz powodu się ukrywać. Chciałaś, to masz. To tylko obiad. Zaciśnij zęby i wytrzymaj". Wyszłam na korytarz, nie odrywając wzroku od tacy i podłogi.

Tuż za drzwiami stołówki oparłam się o ścianę, odchyliłam głowę i zamknęłam oczy. Odetchnęłam głęboko. Pociłam się, a ręce mi zlodowaciały. Nie czułam głodu i marzyłam tylko o tym, żeby ten dzień już się skończył. Powoli osunęłam się na podłogę i postawiłam przed sobą tacę. Oparłam łokcie na kolanach i schowałam twarz w dłoniach.

Wróciłam myślami do jedynego znanego mi bezpiecznego miejsca: pokoju Nicka. Przypomniałam sobie, jak siedziałam na podłodze z padem od Playstation, wrzeszcząc:

- Nie pozwalaj mi wygrać! Cholera, Nick, dajesz mi fory! Przestań!

A on miał tę swoją przekorną minę - z koniuszkiem języka wystającym w kąciku lekko uśmiechniętych ust. Co chwila cicho chichotał.

- No weź, przestań! Serio! Nienawidzę, kiedy dajesz mi fory. To obraźliwe!

Znowu chichot co parę sekund, a potem ognisty wybuch, celowo kończący grę.

- Nick, cholera! - krzyknęłam, uderzając go w ramię padem. Moja postać migała na ekranie telewizora, prężąc się w zwycięskiej pozie. - Przecież prosiłam. Boże!

Założyłam ręce na piersi i odwróciłam od niego wzrok.

Nick śmiał się już otwarcie. Trącił mnie ramieniem.

- No co? No co? Wygrałaś w uczciwej walce. Poza tym jesteś tylko dziewczyną. Trzeba ci pomagać.

- Oooo, świństwo! Ja ci pokażę! - wrzasnęłam, rzuciłam pada i staranowałam Nicka, który rozchichotał się jeszcze bardziej.

Zabębniłam żartobliwie pięściami w jego ramiona i piersi. Nie mogłam się dłużej gniewać. Nick nieczęsto wpadał w taki psotny nastrój, ale kiedy już mu się to zdarzało, zarażał nim wszystkich.

- O, nie! O, nie, ty wielka silna kobieto! - powtarzał piskliwie i kpiąco, co chwila wybuchając śmiechem. - Auć, robisz mi krzywdę!

Rzuciłam się na niego jeszcze raz. Upadliśmy na podłogę i nagle znalazłam się pod nim. Przygniatał moje nadgarstki do podłogi, oboje ciężko dyszeliśmy. Pochylił się nade mną i zajrzał mi w oczy.

- Wiesz co, to nic złego, że ktoś ci czasem da fory - powiedział, nagle poważniejąc. - Nie zawsze musimy przegrywać. Inni mogą chcieć, żebyśmy się tak czuli, ale nie jesteśmy ofiarami. Czasem i nam zdarza się wygrać.

- Jasne - potwierdziłam. Zastanowiłam się, czy Nick wie, że już czuję się wygrana - tylko dlatego, że trzyma mnie w ramionach.

- Możesz usiąść ze mną - powiedział ktoś, wyrywając mnie z zamyślenia. Otworzyłam oczy, przygotowując się na następną część tego kawału. Możesz usiąść ze mną... na święty Nigdy. Albo: możesz usiąść ze mną... jak świnie zaczną latać! Ale to, co zobaczyłam, zaparło mi dech w piersiach.

Jessica Campbell stała nade mną z kamienną miną. Miała na sobie strój do siatkówki. Włosy ściągnęła w koński ogon.

Jessica właściwie rządziła w naszym liceum. Najbardziej popularna, bez trudu mogła się także stać najbardziej okrutna, bo ludzie ją podziwiali i zrobiliby wszystko, żeby się jej przypodobać. Christy Bruter wymyśliła przezwisko Siostra Śmierć, ale to Jessica wypowiadała je głosem tak zimnym i lekceważącym, że czułam się nieważna i głupia. To ona namówiła Jacoba Kinneya, żeby popychał Nicka na korytarzu, i to ona naskarżyła panu Angersonowi, że rano palimy trawkę w moim samochodzie na parkingu przed szkołą, co było bezczelnym kłamstwem, ale i tak zostaliśmy zatrzymani po lekcjach. To ona wyśmiewała się z nas za plecami. I w twarz. Nie raz znalazła się na liście Do odstrzału. Z podkreślonym nazwiskiem. I wykrzyknikami.

To ona powinna mieć w udzie wielką wyrwę po kuli. To jej życie uratowałam. Do maja szczerze jej nienawidziłam. Teraz nie miałam pojęcia, co powinnam do niej czuć.

Kiedy ostatnio ją widziałam, kuliła się przed Nickiem, zasłaniając twarz rękami. Krzyczała. Na całe gardło. Prawie oszalała ze strachu. Ale przecież wszyscy wtedy wrzeszczeli. Pamiętam strugę krwi na nogawce jej dżinsów i włosy usmarowane jedzeniem. Potem wiele razy myślałam, jakie to śmieszne: nigdy w życiu nie widziałam nikogo tak bardzo upokorzonego, ale nie poczułam żadnej satysfakcji. Powinnam się cieszyć, że zobaczyłam ją w takim stanie, ale nie potrafiłam, bo sytuacja zmieniła się w koszmar.

- Co? - wychrypiałam.

Wskazała drzwi Sejmu.

- Jeśli chcesz, możesz jeść przy moim stole.

Nadal zero uśmiechu, zero grymasu, żadnej emocji. Podejrzewałam, że to pułapka. Jessica Campbell po prostu nie mogła mnie zapraszać do własnego stolika. Pewnie coś knuła.

Powoli pokręciłam głową.

- Lepiej nie. Ale dziękuję.

Patrzyła na mnie przez parę minut, lekko przechylając głowę i przygryzając wargę. Dziwne, ale nie pamiętałam, żeby tak wcześniej robiła. Wyglądała... jakoś krucho. Łagodnie. Może nawet trochę się bała. Nie kojarzyłam jej z takimi uczuciami.

- Na pewno? Bo siedzę tylko z Sarą, a ona i tak pracuje nad jakimś referatem z psychologii. Nawet nie zauważy, że ktoś z nami usiadł.

Spojrzałam na jej zwykłe miejsce. Rzeczywiście Sara pochylała się nad zeszytem, ale obok zauważyłam z dziesięć innych osób. Paczkę Jessiki. Poważnie wątpiłam, żeby nie zauważyli mojej obecności. Jeszcze nie zgłupiałam. I nie byłam aż tak zdesperowana.

- Nie. Serio. To bardzo miłe i w ogóle, ale dziękuję.

Wzruszyła ramionami.

- Jak wolisz. Ale jeśli zechcesz, zawsze możesz się przysiąść.

Skinęłam głową.

- Zapamiętam.

Odwróciła się, ale jakoś niepewnie.

- Ee... Czy mogę cię o coś spytać?

- No.

- Wiele osób zastanawia się, dlaczego wróciłaś.

"A, no to się stało - pomyślałam. - Teraz zacznie mnie wyzywać, powie, że nie chcą mnie tutaj, wyśmieje mnie". Znowu poczułam, że rośnie we mnie dawna ściana.

- Bo to moja szkoła - wymamrotałam trochę zbyt opryskliwie. - Nie powinnam z niej odchodzić. Dyrekcja się zgodziła.

Znowu zagryzła wargę.

- Masz rację - powiedziała. - Nikogo nie zastrzeliłaś.

Znikła w stołówce, a ja odchyliłam się, odprowadzając ją wzrokiem. "Musisz dostrzegać prawdziwy obraz sytuacji" - usłyszałam głos doktora Hielera. Sięgnęłam do plecaka i wyjęłam zeszyt i ołówek. Spojrzałam na ludzi we wnętrzu sali. Przyglądałam się temu, co robią, i takich ich narysowałam - zgraja wilków nachylonych nad talerzami, długie pyski odsłaniające kły w warkocie i kpiących uśmiechach. Z wyjątkiem Jessiki. Jej ślepia spoglądały na mnie łagodnie. Z zaskoczeniem przyjrzałam się swojemu rysunkowi. Ten wilczy pysk wyglądał bardziej jak mordka szczeniaka.

Kiedy Christy Bruter upadła na podłogę u moich stóp, a wokół wybuchły wrzask, panika i chaos, ogarnęło mnie dziwne przeświadczenie, że to wytwór mojej wyobraźni. Że leżę w łóżku i wszystko mi się śni. Za chwilę zadzwoni moja komórka i Nick powie, że jedzie gdzieś z Jeremym na cały dzień i nie przyjdzie do szkoły.

Ale potem Nick ruszył przed siebie biegiem, a Willa rzuciła się na kolana przy Christy i odwróciła ją na plecy. Wszędzie była krew. Mnóstwo krwi. Christy nadal oddychała, ale tak dziwnie, jakby w gardle miała kisiel czy coś w tym stylu. Willa robiła jej sztuczne oddychanie, przyciągając i odwodząc jej ręce. Powtarzała w kółko, że Christy z tego wyjdzie.

Uklękłam obok niej i ucisnęłam ranę.

- Masz komórkę?! - wrzasnęłam. Willa pokręciła głową. Swoją zostawiłam w plecaku, ale w tym chaosie gdzieś zniknął. Na nagraniach z kamer przemysłowych zobaczyłam później, że leżał na podłodze za mną, nasiąkając krwią. To dziwne - patrzyłam na niego, ale w tym przerażeniu i zamieszaniu go nie zauważyłam. Całkiem jakby nie mieściło mi się w głowie, że "krew" i "plecak" mogą się znaleźć w tym samym zdaniu.

- Ja mam! - odezwała się Rachel Tarvin. Stała tuż za Willą i zachowywała się niewiarygodnie spokojnie, jakby codziennie brała udział w strzelaninie.

Wyjęła komórkę z kieszeni dżinsów i ją otworzyła. Zaczęła wybierać numer. W tej samej chwili rozległ się kolejny huk i krzyk. I znowu dwa głośne wystrzały. I trzy następne. I krzyki.

Tłum rzucił się w naszym kierunku. Poderwałam się, żeby uniknąć stratowania.

- Nie zostawiaj nas! - krzyknęła Willa. - Ona umrze. Nie możesz odejść. Pomóż mi! Ratunku!

Ale tłum porwał mnie ze sobą i zanim się zorientowałam, już ślizgałam się we krwi Christy, otoczona osobami, które uciekały z Sejmu. Ktoś uderzył mnie łokciem w usta; poczułam smak krwi. Ktoś mocno przydepnął mi stopę. Prawie tego nie zauważyłam, tak gwałtownie oglądałam się na Christy. Zniknęła mi z oczu. A wtedy zobaczyłam coś straszniejszego.

W okolicy stołu z pączkami widniała kałuża krwi. Pod stołem leżały dwa nieruchome ciała. Nick przewracał kolejne stoliki i krzesła. Od czasu do czasu przykucał i zaglądał pod blat, wywlekał kogoś i mówił do niego, celując mu w twarz. Potem rozlegał się kolejny huk i krzyk.

Zaczęłam powoli to wszystko do siebie dodawać. Nick. Broń. Huk. Krzyki. Mózg nadal działał mi na zwolnionych obrotach, ale powoli zaczęłam kojarzyć fakty. To wszystko nie miało sensu. "A może? Przecież o tym rozmawialiśmy".

- Słyszałaś o tej strzelaninie w szkole w Wyoming? - spytał Nick przez telefon pewnego wieczoru przed paroma tygodniami. Siedziałam na łóżku, malując paznokcie u stóp. Przełączyłam aparat na głośnik. Rozmawiałam z Nickiem milion razy i ten temat nie wydał mi się dziwniejszy od innych.

- Aha - mruknęłam, wycierając umazaną lakierem opuszkę. - Odjazd, nie?

- Słyszałaś, jakie głupoty pierniczą o sprawcach? Że nikt nie zauważył znaków ostrzegawczych?

- No. Mniej więcej. Nie skupiałam się za bardzo.

- Ciągle powtarzają, jacy ci faceci byli lubiani, że wszyscy za nimi przepadali i tak dalej. Głąby.

Przez chwilę milczeliśmy. Włożyłam empetrójkę do gniazda w komputerze.

- No tak. Telewizja jest do dupy. Wiesz.

- Wiem.

Znowu milczenie. Przekartkowałam gazetę.

- I co sądzisz? Dałabyś radę to zrobić?

- Co?

- Zastrzelić ich. Christy, Jessicę, Tennille i innych.

Skubnęłam zębami paznokieć, czytając podpis pod zdjęciem Cameron Diaz. Coś o jej torebce.

- Chyba - mruknęłam i przewróciłam stronę. - Ale nie jestem lubiana i tak dalej, więc to nie to samo.

Westchnął. Ten dźwięk zabrzmiał w głośniku jak eksplozja.

- No. Masz rację. Ale ja mógłbym. Na sto procent mógłbym ich rozwalić. Tylko że nikt by się nie zdziwił.

Oboje się roześmialiśmy.

Nick nie miał racji. Wszyscy się bardzo zdziwili. Zwłaszcza ja. Tak się zdziwiłam, że uznałam to za jakieś nieporozumienie. Nieporozumienie, któremu muszę położyć kres.

Przepchnęłam się obok dwóch trzymających się w objęciach dziewczyn. Później przez tłum przy drzwiach. Szłam pod prąd - dokładnie tam, skąd wszyscy uciekali. Z każdym krokiem czułam się silniejsza, bardziej zdecydowana. Odpychałam tych, którzy stanęli mi na drodze. Niektórzy padali na podłogę, ślizgając się we krwi, padali z plaskiem na kafelki. W końcu zaczęłam biec. Z mojego gardła wydobywały się ochrypłe dźwięki.

- Nie... - mamrotałam, potrącając mijanych uczniów. - Nie. Zaczekaj...

W końcu znalazłam niewielki fragment wolnej przestrzeni i pospieszyłam w jego stronę. Na podłodze jakieś dwa kroki ode mnie leżał na brzuchu ktoś mi nieznany. Jego potylica lśniła od krwi.

Znowu usłyszałam trzy czy cztery strzały. To oderwało moją uwagę od martwego chłopaka.

- Nick! - wrzasnęłam.

Stałam na środku stołówki, ale nigdzie go nie widziałam. Zbyt wiele osób uciekało w zbyt wielu kierunkach. Zatrzymałam się i rozejrzałam gorączkowo.

Nagle dostrzegłam po lewej jakiś znajomy kształt. Nick zbliżał się do pana Kline'a, nauczyciela chemii. Pan Kline trwał odważnie, osłaniając rękami małą grupkę uczniów. Miał czerwoną twarz, lśniącą od potu, a może od łez. Pobiegłam do nich.

- Gdzie ona jest?! - ryczał Nick. Kilku uczniów pisnęło z przerażeniem i przytuliło się do siebie.

- Stary, odłóż tę broń - poprosił pan Kline. Wydawało mi się, że usiłuje nad sobą panować, choć głos mu drżał. - Odłóż ją i pogadamy.

Nick zaklął i kopnął krzesło, które uderzyło nauczyciela w nogi. Ale pan Kline się nie cofnął. Nawet nie drgnął.

- Gdzie ona jest?!

Pan Kline powoli pokręcił głową.

- Nie wiem, o kim mówisz. Odłóż broń, a przedyskutujemy...

- Milcz! Zamknij mordę! Mów, gdzie ta suka Tennille, bo ci łeb odstrzelę!

Usiłowałam przyspieszyć, ale nogi się pode mną uginały.

- Nie wiem, stary. Nie słyszysz syren? Policja już przyjechała. To koniec. Odłóż broń i oszczędź sobie...

Znowu huk. Odruchowo zamknęłam oczy. A kiedy je otworzyłam, pan Kline z rozłożonymi rękami padał na podłogę. Runął jak długi. Nie widziałam rany, ale jego oczy znieruchomiały.

Stałam jak skamieniała, w uszach mi dzwoniło od wystrzału, oczy mnie paliły, gardło się zacisnęło. Nie powiedziałam nic, nic nie zrobiłam. Stałam wpatrzona w leżącego na boku pana Kline'a.

Sześć czy siedem osób, które przedtem kryły się za plecami pana Kline'a, utknęło między Nickiem a ścianą. Nadal tuliły się do siebie i popiskiwały jak szczenięta. Na końcu grupki stała Jessica Campbell. Pochyliła się dziwnie, jakby przykucnęła z tyłkiem opartym o ścianę. Włosy miała związane w koński ogon, ale ich pasma wymknęły się spod gumki i otuliły jej twarz. Trzęsła się tak bardzo, że zaczęła szczękać zębami.

Wystrzał rozległ się za blisko mnie i na chwilę straciłam słuch. Nie rozumiałam słów Nicka. Niektóre brzmiały podobnie do "spadać" albo "uciekać". Uczniowie początkowo się sprzeciwili, ale wtedy trafił Lin Young w ramię i wszyscy się rozbiegli, pociągając Lin ze sobą. Została tylko przyciśnięta do ściany Jessica.

Wtedy zrozumiałam. Właśnie w tej chwili dotarło do mnie, co zamierza Nick. Nadal miałam zatkane uszy, ale nie aż tak, żeby nie słyszeć, jak on na nią wrzeszczy, a ona po prostu krzyczy. Stała z otwartymi ustami i zamkniętymi oczami.

"Boże - pomyślałam. - Lista. On odszukuje ludzi, których wpisaliśmy na listę Do odstrzału". Ruszyłam przed siebie, lecz tym razem miałam wrażenie, że brnę w głębokim piasku. Stopy miałam ciężkie i zmęczone, coś opasywało mi pierś, odbierając oddech i ciągnąc do tyłu.

Nick znowu podniósł broń. Jessica zakryła twarz rękami i skuliła się jeszcze bardziej. Uświadomiłam sobie, że nie zdążę.

- Nick! - wrzasnęłam.

Odwrócił się do mnie, nadal trzymając broń w górze. Uśmiechał się. Bez względu na wszystkie moje wspomnienia o nim, do końca życia nie zapomnę, że odwrócił się do mnie z uśmiechem. To był nieludzki uśmiech. Ale gdzieś w jego oczach dostrzegłam prawdziwe uczucie. Jakby Nick, którego znałam, tkwił uwięziony w tym obcym i błagał, by go wypuścić.

- Nie! - krzyknęłam, podbiegając. - Przestań! Nie!

Miał bardzo dziwną minę. Nie przestawał się uśmiechać, ale wyglądał, jakby nie rozumiał, czego od niego chcę. Jakbym to ja miała jakiś problem. Spojrzał na mnie, uśmiechając się z zaskoczeniem, i powiedział coś w stylu: "Nie pamiętasz naszego planu?". Wtedy zwolniłam, bo nie zrozumiałam, o co mu chodzi. Mówiąc to, miał ten upiorny nieobecny wyraz oczu, jakby nie brał udziału w wydarzeniach. W ogóle nie przypominał siebie.

Lekko potrząsnął głową, jakby z politowaniem, że ten jakiś plan wypadł mi z pamięci. Uśmiechnął się szerzej, odwrócił się do Jessiki i znowu podniósł broń. Tym razem wyciągnęłam do niego ręce. W głowie miałam tylko jedną myśl: "Nie mogę patrzeć, jak Jessica Campbell umiera na moich oczach".

Chyba potknęłam się o pana Kline'a. Nie "chyba", bo widziałam to później na nagraniu kamer przemysłowych. No więc potknęłam się o pana Kline'a i potrąciłam Nicka. Oboje zatoczyliśmy się parę kroków, a potem znowu usłyszałam huk i podłoga usunęła mi się spod stóp.

Wiedziałam tylko, że leżę pod stołem jakiś metr od pana Kline'a, a Nick patrzy na broń w swoich rękach, zaskoczony i poważny. Znajdował się tak daleko ode mnie, że nie rozumiałam, jak to możliwe. Ale Jessica Campbell nie stała już pod ścianą. Wydawało mi się, że widzę, jak ucieka w ślad za innymi.

Bardziej poczułam, niż zobaczyłam - choć oczywiście także widziałam - tryskający mi z uda strumień krwi, gęstej i czerwonej. Usiłowałam powiedzieć coś do Nicka - nie pamiętam co - i chyba podniosłam głowę, jakbym zamierzała wstać. Nick przeniósł spojrzenie z broni na mnie i oczy nagle mu się zaszkliły. A potem przed moimi oczami zawirowały szare paprochy i stałam się bardzo lekka, a może bardzo ciężka, i wszystko zgasło.

5

["Sun-Tribune", 3 maja 2008, tekst: Angela Dash]

Morris Kline (47 lat), nauczyciel chemii i trener męskiej drużyny lekkoatletycznej, w latach 2004 i 2005 otrzymał tytuł Nauczyciela Roku.

- Pan Kline zrobiłby dla człowieka wszystko - twierdzi pierwszoklasistka Dakota Ellis. - Kiedyś zatrzymał się na autostradzie, bo zauważył, że mama i ja złapałyśmy gumę. Pomógł nam zmienić koło, choć był wystrojony, bo wybierał się na jakąś uroczystość. Nie wiem jaką, ale nie zawahał się ubrudzić. Taki już był.

Choć uczniowie ciężko przeżyli stratę Kline'a, niewielu zdziwiła jego bohaterska postawa. Otrzymał strzał w pierś, gdy osłaniał sobą dzieci i usiłował namówić Levila do odłożenia broni. Sanitariusze twierdzili, że "ledwie się trzymał". W szpitalu stwierdzono jego zgon. Wydaje się, że Levil nie planował zabójstwa Kline'a, lecz strzelił do niego w gorączce chwili.

Pan Kline pozostawił żonę Renee i troje dzieci. Pani Kline powiedziała dziennikarzom:

- Nick Levil okradł moje dzieci z przyszłości z ojcem. Cieszę się, że się zabił. Nie zasługiwał na życie po tym, co zrobił tym wszystkim rodzinom.

* * *

Mama siedziała w pierwszym samochodzie w kolejce pod szkołą. Nigdy w życiu nie ucieszyłam się bardziej niż na widok tego brązowego buicka. Dosłownie rzuciłam się do niego biegiem, całkiem zapominając o zostawionej w szafce pracy domowej.

Wskoczyłam do auta i po raz pierwszy tego dnia naprawdę odetchnęłam. Mama spojrzała na mnie, marszcząc z troską czoło. Jej zmarszczki wydawały się całkiem głębokie, jakby od dawna nad nimi pracowała.

- Jak poszło? - spytała. Widziałam, że sili się na wesoły, optymistyczny ton, ale przebijała przez niego nutka niepokoju. Nad nią też chyba pracowała od dawna.

- W porządku - powiedziałam. - W zasadzie okropnie. Ale w porządku.

Wrzuciła bieg i ruszyła.

- Spotkałaś się ze Stacey?

- Mhm.

- Dobrze. Pewnie miło jest spotkać dawną koleżankę?

- Mamo. Daj już spokój.

Zerknęła na mnie. Jej zmarszczki się pogłębiły. Zacisnęła mocno usta i prawie pożałowałam, że nie skłamałam. Chciała usłyszeć, że wróciłam do przyjaciół, poznałam nowych, wszyscy zrozumieli, że nie miałam nic wspólnego ze strzelaniną, i że jesteśmy teraz wielką szczęśliwą rodziną, o której ciągle słyszymy w telewizji. Ale to spojrzenie trwało sekundę.

- Mamo, naprawdę, nic się nie stało.

- Powiedziałam jej matce. Powiedziałam, że temu nie zawiniłaś. Można by pomyśleć, że zrozumie. Jak Boga kocham, przecież była twoją drużynową w skautach.

- Mamo, przestań. Wiesz, co mówił doktor Hieler o tym, jak ludzie mogą na mnie reagować.

- Tak, ale Brinksowie powinni się zachowywać inaczej. Powinni wiedzieć. Dlaczego musimy ich przekonywać? Razem dorastałyście. Razem was wychowywaliśmy.

Milczałyśmy przez resztę drogi do domu. Mama wjechała do garażu i wyłączyła silnik. Potem oparła czoło o kierownicę i zamknęła oczy. Nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam tak po prostu wysiąść z samochodu. Ale czułam, że nie ma ochoty rozmawiać. Wyglądała, jakby ten dzień dał się jej we znaki.

W końcu przerwałam milczenie.

- Stacey powiedziała, że rozmawiałaś z jej mamą. - Cisza. - I że kazałaś jej zabierać dupę z twojego życia.

Mama zachichotała.

- Znasz Lorraine. Strasznie się wywyższa. Od dawna chciałam jej to powiedzieć. - Znowu zachichotała, a potem zaczęła się śmiać, nadal z głową na kierownicy. - Wreszcie nadarzyła się okazja. Fajne uczucie.

Zerknęła na mnie jednym okiem i parsknęła jeszcze głośniej. Nie zdołałam się opanować i wkrótce ja też zaczęłam chichotać. Zanim się opamiętałam, wyłyśmy w tym samochodzie w zamkniętym garażu.

- Tak naprawdę powiedziałam jej: "Zabieraj swoją zarozumiałą tłustą dupę". - Obie ryknęłyśmy na całe gardło. - I jeszcze dodałam... - wykrztusiła, łapiąc oddech - że Howard podrywał mnie na ostatniej imprezie.

- Przestań! - rzuciłam. - Tata Stacey? Ohyda! Cały włochaty, obrzydliwy i stary.

Mama pokręciła głową, z trudem odzyskując głos.

- Zmyśliłam to. Boże... żałuję... że nie mogę zobaczyć jego miny, kiedy Lorraine go o to oskarży!

Zarykiwałyśmy się w nieskończoność. Nie pamiętam, kiedy ostatnio mi się to przydarzyło. Śmiech zostawiał w ustach dziwne wrażenie. Niemal smak.

- Jesteś podła - wykrztusiłam wreszcie, kiedy wrócił nam oddech. - Kocham cię, ale jesteś podła.

Mama znowu pokręciła głową, wycierając oczy małymi palcami.

- Nie. Podły człowiek to taki, który nie daje drugiej szansy.

Spuściłam wzrok na plecak i wzruszyłam ramionami.

- Właściwie nie mam do nich pretensji. Wyglądałam podejrzanie. Nie musisz stawać w mojej obronie. Dam sobie radę.

Mama wycierała oczy mankietem.

- Ale oni muszą zrozumieć, że to Nick zawinił. To on. Powtarzam ci to od lat. Jesteś taka ładna, powinnaś mieć miłego chłopca. Nie takiego jak Nick. Nigdy do niego nie pasowałaś.

Przewróciłam oczami. No nie, znowu. Mama mówi, że Nick źle na mnie wpływał. Że nie powinnam się zadawać z takimi facetami. Że Nick miał jakąś usterkę - poznawała to po jego oczach. Najwyraźniej zapomniała, że Nick nie żyje i że nie musi się już wysilać, bo wszystko straciło sens.

Sięgnęłam do klamki.

- Mamo, przestań. Naprawdę. On umarł. Możemy się z tego otrząsnąć?

Otworzyłam drzwi i wysiadłam, ciągnąc za sobą plecak. Stanęłam na okaleczonej nodze i mimowolnie się skrzywiłam.

Mama wyplątała się z pasa i także wysiadła.

- Nie kłócę się z tobą, ale chcę, żebyś była szczęśliwa. A nie wyglądasz na szczęśliwą. Doktor Hieler zaproponował...

Instynkt kazał mi na nią łypnąć spode łba. Powiedzieć, co wiem o szczęściu - a mianowicie, że nigdy nie wiadomo, kiedy zmieni się w horror. Że to nietrwała rzecz. Że zanim w moim życiu pojawił się Nick, od dawna nie czułam się szczęśliwa, o co zatroszczyła się razem z tatą. A w ogóle to ona także nie jest szczęśliwa, jeśli nie zauważyła. Ale gdy zobaczyłam, jak stoi w tym pomiętym kostiumie z oczami pełnymi łez i twarzą jeszcze zaróżowioną od śmiechu, poczułam, że te słowa zabrzmią okrutnie. Nawet jeśli to sama prawda.

- Mamo, poradzę sobie. Naprawdę - oznajmiłam. - Nawet już nie myślę o Nicku.

Odwróciłam się i poszłam do domu.

Frankie jadł w kuchni kanapkę. Włosy miał nieco oklapnięte. Drugą ręką pisał SMS-a.

- Co tam? - zagadnął, kiedy weszłam.

- Mama - mruknęłam. - Nie pytaj.

Otworzyłam lodówkę i wyjęłam colę. Oparłam się o blat koło Frankiego i otworzyłam puszkę.

- Dlaczego do niej nie dociera, że Nick nie żyje? Czemu ciągle mnie o niego dręczy? Dlaczego sobie nie daruje tego gadania?

Frankie przyjrzał mi się, nie przestając przeżuwać.

- Pewnie się boi, że skończysz jak ona i wyjdziesz za jakiegoś beznadziejnego gościa.

Chciałam odpowiedzieć, ale usłyszałam szczęk garażowych drzwi. Mama wracała do domu. Pobiegłam do siebie.

Frankie pewnie miał rację. Rodziców trudno było nazwać szczęśliwymi. Przed majem chcieli się rozwieść, co pewnie stanowiłoby najlepsze wyjście. Frankie i ja szaleliśmy z radości na myśl, że te awantury się skończą.

Jednak strzelanina - choć wiele rodzin pewnie by się przez nią rozpadło - moją, jak na ironię, ocaliła. Rodzice twierdzili, że "nie chcą potęgować stresu", ale ja wiedziałam, o co chodzi naprawdę.

1. Tata odnosił sukcesy jako adwokat i wolał uniknąć kolejnych artykułów sugerujących, że u podstaw masakry w liceum w Garvin leżą jego problemy małżeńskie.

2. Mama miała pracę, ale nie taką jak tata. Zarabiała, lecz nie aż tyle, ile on. I wszyscy wiedzieliśmy, że trzeba będzie płacić gigantyczne rachunki za opiekę psychiatryczną.

Frankie i ja musieliśmy się pogodzić z manifestacjami ich uczuć - na ogół cywilizowanej pogardy, ale czasami wybuchów wrogości, na widok których mieliśmy ochotę wyrzucić ich rzeczy przez okno, a im kupić bilety na samolot dokądkolwiek, byle dalej od nas.

Weszłam do sypialni, która robiła wrażenie o wiele bardziej zabałaganionej i dusznej niż rano. Stanęłam w progu i rozejrzałam się, trochę zdziwiona, że w zasadzie nie wychodziłam z tego pokoju od maja i nie zauważyłam, kiedy tu się zrobiło wstrętnie. Wręcz dołująco. Nie żebym wcześniej pucowała wszystko na wysoki połysk. Ale oprócz Wielkiej Nickowej Czystki, którą mama przeprowadziła po strzelaninie, ani razu tu nie sprzątnięto.

Sięgnęłam po szklankę, która stała obok mojego łóżka mniej więcej sto lat, i postawiłam ją na talerzu. Zgniotłam w kulkę porzucony nieopodal papierowy ręcznik i wcisnęłam go do szklanki.

Naszło mnie przelotne uczucie, że powinnam tu posprzątać. Zacząć od nowa. Zrobić własną Wielką Czystkę. Ale spojrzałam na ubrania rzucone na podłogę, książki piętrzące się przy łóżku, telewizor z upaćkanym ekranem - i dałam sobie spokój. Uprzątanie mojej rozpaczy zapowiadało się zbyt wyczerpująco.

Z kuchni dobiegały głosy mamy i Frankiego. Mama mówiła z rozdrażnieniem, trochę jak wtedy, gdy za długo przebywała w jednym pomieszczeniu z tatą. Zrobiło mi się głupio, że zostawiłam brata na pastwę złego humoru, który sama spowodowałam. Ale jego nigdy się tak nie czepiała. Właściwie od strzelaniny jakby nie istniał. Żadnych wymagań, obowiązków, zakazów. Rodzice za bardzo skupiali się na kłótniach i martwieniu się o mnie, żeby sobie przypomnieć, że mają jeszcze jedno dziecko. Nie wiedziałam, czy powinnam tego zazdrościć bratu, czy mu współczuć. Może i to, i to.

Wróciło zmęczenie. Wrzuciłam szklankę i talerz do kosza i runęłam na wznak na łóżko. Sięgnęłam do plecaka. Wyjęłam zeszyt i go otworzyłam. Przejrzałam rysunki, zagryzając wargę.

Przewróciłam się na brzuch, włączyłam stereo i odkręciłam dźwięk na maksa. Za parę minut przybiegnie mama, wrzeszcząc, żebym to ściszyła. Już skonfiskowała moją "niepokojącą" muzykę - czyli taką, która według niej, taty i pewnie doktora Hielera oraz każdego starego pryka na świecie mogła mnie sprowokować do podcięcia sobie żył w gorącej kąpieli. Wciąż byłam na nią wściekła, bo większość płyt kupiłam za własne pieniądze. Zrobiłam jeszcze głośniej, żeby nie usłyszeć mamy. Dobijanie do drzwi znudzi jej się, na długo zanim mnie znudzi się go słuchać. No to niech się dobija.

Znowu sięgnęłam do plecaka i wyjęłam ołówek. Przez chwilę gryzłam gumkę, spoglądając na zaczęty szkic pani Tennille. Wyglądała bardzo smutno. Czy to nie śmieszne, że jeszcze niedawno nie miałabym nic przeciwko temu? Nie znosiłam jej. Ale dziś na widok jej smutku poczułam się okropnie. Miałam wyrzuty sumienia. Chciałam, żeby się uśmiechnęła. Zastanowiłam się, czy się uśmiecha, kiedy wraca do domu i przytula dzieci. A może siada w fotelu i pije, aż przestanie słyszeć strzały?

Spuściłam głowę i zaczęłam ją rysować - osłaniała swoim ciałem małego chłopca, a ręką - butelkę wódki.

6

Gdy znowu otworzyłam oczy, z zaskoczeniem przekonałam się, że leżę we własnym łóżku, gotowa do rozpoczęcia nowego dnia nauki. Czyli wszystko się zgadza. Nick zaraz zadzwoni, a ja pójdę do szkoły, ani na chwilę nie przestając cierpieć i martwić się, że mój chłopak robi nie wiadomo co z Jeremym, że pewnie ze mną zerwie. Obudzę się, a te strzępki wspomnień o Nicku strzelającym w stołówce okażą się sennymi majakami, które znikną, zanim zdołam je sobie w pełni przypomnieć.

Obudziłam się w szpitalu. W moim pokoju stali odwróceni tyłem policjanci, wpatrzeni we włączony telewizor. Przez ekran przemykały kojarzące mi się z czymś obrazki: parking, ceglany budynek, boisko. Znowu zamknęłam oczy. W głowie mi się kręciło. Dokuczała mi suchość oczu, w nodze pulsował ból i wróciły do mnie nie tyle wspomnienia, ile świadomość, że stało się coś bardzo złego.

- Budzi się - usłyszałam. Ten głos należał do Frankiego, ale jego samego nie widziałam. Łatwiej było mi sobie wyobrazić, że stoi przy łóżku, niż starać się go zobaczyć. Dlatego odpłynęłam w wyobrażony świat, w którym mój brat stał nieopodal, mówiąc: "Budzi się", ale to nie był szpital, a moja noga nie bolała.

- Pójdę po pielęgniarkę - odezwał się ktoś inny. Tata. To odgadłam od razu. W jego głosie brzmiało napięcie, zdenerwowanie, rozdrażnienie. Cały ojciec. On także wpasował się w moją wyobrażoną scenę, gdzieś w tle, poza zasięgiem wzroku. Pisał coś na palmtopie, przytrzymując komórkę między uchem i ramieniem. Zniknął i znowu zobaczyłam Frankiego.

- Val - powiedział mój brat. - Hej, Val. Nie śpisz?

Zobaczyłam moją sypialnię. Frankie chciał, żebym wstała i zrobiła z nim coś fajnego, jak w dawnych czasach, kiedy rodzice się lubili, a my byliśmy po prostu dziećmi. Może chodziło o szukanie wielkanocnych jajek albo o gwiazdkowe prezenty, albo o naleśniki. Spodobało mi się w tym miejscu. Bardzo. I nie mam pojęcia, dlaczego powieki mi się uniosły. Zrobiły to bez mojej zgody.

Otworzyłam oczy i ujrzałam Frankiego stojącego w nogach mojego łóżka. Nie, nie mojego, jakiegoś nieznanego, ze sztywną, drapiącą pościelą i brązowym kocem pachnącym owsianką. Brat miał przylizane włosy i musiałam się nad tym poważnie zastanowić. Z trudem skojarzyłam twarz czternastoletniego Frankiego z fryzurą, jaką miał jako jedenastolatek. Parę razy mrugnęłam, zanim w końcu mnie olśniło.

- Frankie - szepnęłam, ale zanim zdołałam powiedzieć coś jeszcze, moją uwagę zwróciło pochlipywanie po prawej. Powoli odwróciłam głowę. Mama siedziała na różowym tapicerowanym krześle. Założyła nogę na nogę i oparła łokieć na kolanie. W dłoni trzymała zmiętą chusteczkę, którą wycierała nos.

Przyjrzałam się jej, mrużąc oczy. Nie zdziwiły mnie jej łzy, bo czułam, że brałam udział w jakichś złych wydarzeniach - choć jeszcze nie całkiem się połapałam, dlaczego leżę w łóżku wyglądającym mi coraz bardziej na szpitalne.

Położyłam dłoń na przegubie mamy (tej ręki, w której trzymała mokrą chusteczkę).

- Mamo - szepnęłam. Gardło mnie zabolało. - Mamo - powtórzyłam.

Ale ona się odsunęła. Nie gwałtownie - tego subtelnego ruchu nie można by tak nazwać. Tak jakby się odchyliła... poza zasięg mojej ręki. Jakby fizycznie się ode mnie oddalała. Nie bała się mnie, po prostu nie chciała mieć ze mną nic wspólnego.

- Obudziłaś się - powiedziała. - Jak się czujesz?

Spojrzałam na siebie i zastanowiłam się, dlaczego miałabym się nie czuć dobrze. Sprawdziłam i wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Dostrzegłam także parę drutów, które normalnie nie stanowiły części mojego ciała. Nadal nie rozumiałam, co tu robię, ale wiedziałam, że to mnie zmieni. Odniosłam jakąś ranę - tyle wywnioskowałam z tego tępego pulsowania pod kołdrą. A jednak nie straciłam chyba nogi, więc nie miałam się o co martwić.

- Mamo - odezwałam się, żałując, że nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłabym powiedzieć. Coś o wiele ważniejszego. Gardło mnie bolało i wydawało się spuchnięte. Usiłowałam odkaszlnąć, ale okazało się, że jest także wyschnięte, i wyrwał mi się tylko charkot. - Co się stało?

Pielęgniarka w różowym stroju, krzątająca się za plecami mamy, podeszła do stolika i wzięła plastikowy kubek ze słomką. Podała go mamie, która spojrzała na niego, jakby pierwszy raz w życiu widziała taki wynalazek. Zerknęła przez ramię na policjanta. Już się odwrócił od telewizora i patrzył na mnie z palcami założonymi za pasek.

- Zostałaś postrzelona - oznajmił bez ogródek. Zauważyłam, że mama lekko się skrzywiła, choć nadal zwracała się w jego stronę i nie widziałam dobrze jej twarzy. - Przez Nicka Levila.

Zmarszczyłam brwi. "Postrzelona przez Nicka Levila".

- Przecież tak się nazywa mój chłopak - powiedziałam. Później uświadomiłam sobie, jak głupio to zabrzmiało, i trochę się zawstydziłam. Ale wtedy nic z tego nie zrozumiałam, głównie dlatego, że jeszcze sobie tego nie poskładałam, no i nie oprzytomniałam po narkozie. Może także mój mózg nie chciał sobie przypomnieć wszystkiego naraz. Kiedyś oglądałam film o tym, w jaki sposób umysł się broni. Na przykład wykorzystywane seksualnie dziecko wykształca osobowość mnogą i tak dalej. Zdaje się, że mój mózg właśnie to robił - bronił mnie - ale nie wytrwał długo. W każdym razie nie tyle, ile bym chciała.

Policjant pokiwał głową, jakby już to wiedział, a mama się odwróciła i spuściła głowę. Powiodłam wzrokiem po twarzach zebranych - mamy, policjanta, pielęgniarki, Frankiego, nawet taty (nie widziałam, kiedy wrócił, ale stał przy oknie z rękami założonymi na piersi). Nikt nie patrzył mi w oczy. Zły znak.

- Co się dzieje? - spytałam. - Frankie?

Nie odpowiedział. Zacisnął zęby jak zawsze, kiedy się na coś wkurzał, i pokręcił głową. Twarz mu spurpurowiała.

- Valerie, czy pamiętasz, co się działo dziś w szkole? - odezwała się cicho mama. Nie twierdzę, że zadała to pytanie łagodnie, czule czy w jakiś inny matczyny sposób, bo to nieprawda. Patrzyła na kołdrę i mówiła cichym, suchym głosem, który ledwie rozpoznawałam.

- W szkole?

I raptem wszystko wróciło. Śmieszne, bo kiedy zaczęłam przytomnieć, wydarzenia w szkole wydały mi się snem. Pomyślałam: "Przecież nie chodzi jej o to, bo to jakiś głupi koszmar". Ale po paru sekundach dotarło do mnie, że to nie sen, i te obrazy przygniotły mnie niemal fizycznie.

- W szkole wydarzyło się dziś coś okropnego. Pamiętasz? - nalegała mama.

Nie mogłam odpowiedzieć. Ani jej, ani nikomu. Mogłam tylko wpatrywać się w ekran telewizora, patrzeć na widok liceum z lotu ptaka, na wszystkie otaczające je karetki i radiowozy. Gapiłam się tak intensywnie, że, przysięgam, rozróżniałam poszczególne piksele. Głos mamy docierał z daleka; słyszałam ją, ale tak, jakby nie zwracała się do mnie. Nie w moim świecie. Nie pod tą lawiną okropności. W moim świecie byłam sama.

- Valerie, mówię do ciebie. Co się z nią dzieje? Valerie? Słyszysz mnie? O Jezu, Ted, zrób coś!

I głos taty:

- Na przykład co? Masz jakiś pomysł?

- No nie stój tak! To twoja rodzina, na litość boską, twoja córka! Valerie, odpowiedz! Val!

Ale nie mogłam oderwać spojrzenia od ekranu telewizora, który jednocześnie widziałam i którego nie widziałam.

Nick. Strzelał do ludzi. Strzelił do Christy Bruter. Strzelił do pana Kline'a. Boże, on ich zastrzelił. Naprawdę. Ja to widziałam, a on ich zastrzelił. Zastrzelił...

Wyciągnęłam rękę, dotknęłam obandażowanego uda. I zaczęłam ryczeć. Nie płakać, zanosić się szlochem czy coś w tym stylu. Ramiona mi drgały, wyszczerzyłam zęby w grymasie - kiedyś słyszałam, jak Oprah nazywa to Brzydkim Płaczem.

Mama poderwała się z krzesła, pochyliła nade mną, ale nie zwróciła się do mnie.

- Ona cierpi. Proszę jej dać coś na ból. Ted, niech jej dadzą jakiś środek! - Zauważyłam - mgliście, przez zasłonę oszołomienia - że mama także płacze. Tak bardzo, że w jej urywanych, rozpaczliwych poleceniach zabrzmiała jakaś histeryczna szorstkość.

Kątem oka dostrzegłam, że tata staje za mamą, chwyta ją za ramiona i odciąga od łóżka. Pozwoliła mu na to, choć niechętnie, wtuliła twarz w jego pierś i oboje wyszli z pokoju. Słyszałam oddalający się szloch.

Pielęgniarka wciskała jakieś guziki na monitorze koło mnie, a policjant odwrócił się i znowu spojrzał na telewizor. Frankie wpatrywał się bez ruchu w moją kołdrę.

Płakałam, aż rozbolał mnie żołądek i myślałam, że zwymiotuję. Oczy mnie paliły, a nos całkiem się zatkał. Mimo to popłakałam jeszcze trochę. Nie potrafię powiedzieć, co mi wtedy chodziło po głowie - ale były to ponure, mroczne, nienawistne i żałosne myśli. Tęskniłam za Nickiem i jednocześnie nie chciałam go nigdy więcej widzieć. Chciałam i nie chciałam do mamy. Tylko gdzieś w zakamarkach, które mój mózg ukrywał przed samym sobą, czaiła się świadomość, że w pewnym sensie ja także odpowiadam za to, co się wydarzyło. Że mimowolnie brałam w tym udział. I że nie wiem na pewno, czy gdyby czas się cofnął, nie postąpiłabym tak samo. Choć nie wiedziałam też, czybym tak postąpiła.

W końcu płacz ustał na tyle, że zdołałam znowu odetchnąć, co nie wyszło mi na dobre.

- Zwymiotuję - ostrzegłam.

Pielęgniarka wyjęła skądś kaczkę i podstawiła mi pod brodę. Z ust mi chlusnęło.

- Proszę na chwilę wyjść - zwróciła się do policjantów. Skinęli głowami i w milczeniu ruszyli ku drzwiom. Kiedy je otworzyli, usłyszałam stłumione głosy rodziców. Frankie trwał przy moim łóżku.

Zwymiotowałam jeszcze raz, wydając brzydkie dźwięki. Z nosa ciekły mi strugi smarków. Odetchnęłam, a pielęgniarka wytarła mi twarz mokrą szmatką. To przyniosło ulgę - chłód, ukojenie. Zamknęłam oczy i oparłam głowę na poduszce.

- Mdłości to normalny objaw po narkozie - powiedziała kobieta tonem, który opisałabym jako urzędowy. - Z czasem miną. Na razie miej to pod ręką. - Podała mi czystą kaczkę, złożyła szmatkę i położyła mi ją na czole, a potem bezszelestnie wyszła.

Usiłowałam oczyścić umysł. Zastąpić te obrazy w głowie czernią. Ale nie potrafiłam. Pchały się przemocą, jeden straszniejszy od drugiego.

- Jest w więzieniu? - spytałam Frankiego. Głupie pytanie. Oczywiście, po czymś takim Nick musiał się tam znaleźć.

Mój brat podniósł głowę z zaskoczeniem, jakby zdążył już zapomnieć o mojej obecności.

- Valerie... - wykrztusił, mrugając gwałtownie i kręcąc głową. - Co... co ty zrobiłaś?

- Czy Nick jest w więzieniu? - powtórzyłam.

Frankie pokręcił głową.

- Uciekł?

Znowu zaprzeczenie.

Pozostała mi tylko jedna możliwa opcja.

- Zastrzelili go. - Właściwie nie pytałam, tylko stwierdzałam fakt. Zdziwiłam się, kiedy Frankie jeszcze raz pokręcił głową.

- Sam się zastrzelił - powiedział. - Nie żyje.

7

Zabawne, że o nazwisku, które rozsławiło moją klasę - Nick Levil - nikt nie słyszał aż do naszego pierwszego roku w szkole.

Nick akurat wprowadził się do Garvin i nie znalazł sobie towarzystwa w tym niedużym spokojnym mieście z mnóstwem wielkich domów i bogatych gnojków. Mieszkał na uboższej ulicy, jednej z tych, które opasywały centrum jak linia graniczna. Ubierał się w byle jakie, czasem za duże ciuchy, nigdy modne. Był chudy, chodził zamyślony i wyglądał, jakby olewał to wszystko, co ludzie zwykle brali do siebie.

Od razu się nim zainteresowałam. Miał takie błyszczące ciemne oczy i asymetryczny uśmiech, uroczo nieśmiały i nigdy nieodsłaniający zębów. Nick podobnie jak ja nie pasował do ogółu - i, tak jak ja, wcale tego nie chciał.

Choć kiedyś nie odstawałam od reszty. W podstawówce człowiek prawie nigdy się nie wyróżnia. Lubiłam wtedy to, co inni - ubrania, zabawki, chłopców, piosenki, za którymi wszyscy szaleli. Ale gdzieś w szóstej klasie to się nagle zmieniło. Zaczęłam się rozglądać i doszłam do wniosku, że chyba nie mam aż tak wiele wspólnego z kolegami. Ich rodziny się nie rozpadały. Nie wyobrażałam sobie, żeby oni także czuli się w domu jak zmrożeni, jakby po przekroczeniu progu otaczała ich śnieżna burza. Na szkolnych spotkaniach rodzice mówili do nich "pączuszku" albo "córeczko", a moi nawet się nie zjawiali. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie znaleźć sobie miejsce. Christy Bruter, moja "ta jedna osoba", zyskała popularność i nagle podejrzenia zmieniły się w pewność: nie pasowałam do nich.

Dlatego Nick mi się spodobał. Przybrałam podobny wyraz lekceważenia i zaczęłam wycinać dziury w moich uroczych ubrankach, żeby wyglądały na sponiewierane i straciły ten nieskazitelny wygląd, za którym szaleli rodzice i do którego mnie tak gwałtownie przekonywali. Pomógł mi fakt, że mama i tato padliby trupem, gdyby zobaczyli mnie z Nickiem. Sądzili, że w szkole wszyscy za mną przepadają, co dowodzi, jak bardzo stracili kontakt z rzeczywistością. Szósta klasa już dawno odeszła do historii.

Nick i ja chodziliśmy razem na matematykę. Tak się poznaliśmy. Jemu spodobały się moje buty, oklejone na czubkach taśmą - nie dlatego, że się rozlatywały, ale ponieważ chciałam im nadać taki wygląd. Tak to się zaczęło, od jego słów: "Podobają mi się twoje buty" i mojej odpowiedzi: "Dzięki. Nienawidzę matmy", na co oznajmił: "Ja też".

- Hej - szepnął później, kiedy pani Parr rozdawała nam odbitki. - Znasz Stacey?

Skinęłam głową, podając plik kartek jakiemuś kujonowi za mną.

- A ty?

- Jeździmy razem autobusem. Chyba jest w porządku.

- Aha. Znamy się od przedszkola.

- Ekstra.

Pani Parr kazała nam siedzieć cicho i pracować, ale rozmawialiśmy codziennie przed lekcją i po niej. Poznałam Nicka ze Stacey, Duce'em i resztą paczki, ale od samego początku widziałam, że ja pasuję do niego najbardziej.

Wkrótce zaczęliśmy razem chodzić na zajęcia, spotykać się przy jego szafce i razem wychodzić z klasy. Czasami rano spotykaliśmy się na trybunach ze Stacey, Duce'em i Masonem.

A potem zdarzył mi się wyjątkowo ciężki dzień i miałam ochotę się odegrać na wszystkich, którzy się do tego przyczynili. Dlatego wpadłam na pomysł, żeby spisać ich w zeszycie - jakbym w ten sposób rzucała na nich zaklęcie czy coś w tym stylu. Chyba podświadomie sądziłam, że w ten sposób udowodnię, że oni to dranie, a ja jestem tą niewinną.

Dlatego otworzyłam mój zaufany czerwony zeszyt, ponumerowałam linie aż do końca strony i zaczęłam notować nazwiska kolegów i gwiazd oraz różne zjawiska - wszystko, czego nienawidziłam. Do końca trzeciej lekcji zapisałam połowę strony. Na liście znalazły się takie punkty jak "Christy Bruter" i "algebra - nie można dodawać liter do cyfr!!!", a także "lakier do włosów". I nadal miałam wrażenie, że to nie koniec, więc zabrałam zeszyt na matmę. Nick zastał mnie pogrążoną w pracy.

- Cześć - rzucił, osuwając się na krzesło. - Nie widziałem cię przy szafkach.

- Bo mnie tam nie było - mruknęłam, nie podnosząc głowy. Notowałam właśnie: "problemy małżeńskie rodziców". Ważny punkt. Napisałam te słowa jeszcze cztery razy.

- Aha... - Nick zamilkł, ale czułam na sobie jego spojrzenie. - Co to? - spytał w końcu z cichym śmiechem.

- Moja lista Do odstrzału - palnęłam bez namysłu.

Po zajęciach Nick stanął za mną i rzucił od niechcenia:

- Możesz dodać do listy dzisiejszą pracę domową. Jest do luftu.

Zerknęłam na niego. Uśmiechał się. Odwzajemniłam się tym samym. Miał rację. I jakoś zrobiło mi się lepiej, że ktoś mnie rozumie.

- Dobrze - powiedziałam. - Dopiszę na następnej lekcji.

I tak powstała niesławna lista Do odstrzału. Zaczęło się od żartu. Sposobu na rozładowanie frustracji. A zmieniło się w coś, czego nie przewidziałam.

Codziennie na matmie siadywaliśmy obok siebie w ostatnim rzędzie i spisywaliśmy nazwiska wszystkich kolegów, których potajemnie nienawidziliśmy. Tych, którzy nas wkurzali. Tych, którzy nas męczyli. A zwłaszcza tych, którzy prześladowali nas i innych.

Może na pewnym etapie wyobrażaliśmy sobie, że ta lista zostanie opublikowana i dzięki temu cały świat dowie się, na co niektórych stać. Że będziemy mogli wyśmiać wszystkich dręczycieli, cheerleaderki, które nazywały mnie Siostrą Śmierć, sportowców, którzy kuksali Nicka na korytarzach, gdy nikt nie patrzył, te wcielone ideały, które tak naprawdę niczym się nie różniły od łobuzów. Rozmawialiśmy, o ile lepszy stałby się świat, gdyby wszyscy zrobili takie listy i gdyby ludzie musieli odpowiedzieć za swoje postępki.

Tę listę wymyśliłam ja, to ja ją stworzyłam i ja dbałam o to, żeby się wydłużała. Dzięki niej zaczęła się moja przyjaźń z Nickiem. Ona nas połączyła.

W dniu, w którym po raz pierwszy odwiedziłam Nicka, oficjalnie się w nim zakochałam. Zajrzeliśmy do jego kuchni, brudnej i zabałaganionej. W oddali słyszałam telewizor i paskudny kaszel palacza. Nick otworzył drzwi za kuchnią i dał mi znak, żebym zeszła za nim drewnianymi schodami do piwnicy.

Betonową podłogę pomieszczenia przykryto małym pomarańczowym dywanem. Jego krawędź dotykała nieposłanego materaca, na który Nick rzucił plecak. Potem sam na niego wskoczył. Odetchnął głęboko, przesuwając dłońmi po oczach.

- Długi dzień - mruknął. - Nie mogę się doczekać lata.

Obróciłam się wokół własnej osi. Pod ścianą stały pralka i suszarka, na których piętrzyły się stosy koszul. W kącie dostrzegłam pułapkę na myszy. Obok pudeł po przeprowadzce znajdowała się ciężka komoda z szufladami, z których wystawały ubrania. Jej wierzch zaśmiecały najróżniejsze drobiazgi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1

["Sun-Tribune", 3 maja 2008, tekst: Angela Dash]

Ekipa śledcza pracująca nad identyfikacją ofiar strzelaniny, do której doszło w piątek rano, opisuje Sejm - czyli szkolną stołówkę w liceum w Garvin - słowami "makabryczny widok".

- Nasi ludzie sprawdzają każdy szczegół - zapewnia sierżant Pam Marone. - Z uzyskanych informacji wyłania się bardzo wyraźny obraz zajść wczorajszego dnia. To niełatwe zadanie. Nawet doświadczeni funkcjonariusze przeżyli szok. Ta tragedia wstrząsnęła wszystkimi.

W strzelaninie, która zaczęła się przed pierwszą lekcją, zginęło co najmniej sześcioro uczniów, a wielu innych odniosło rany.

Ostatni strzał ugodził Valerie Leftman (16 lat), zanim Nick Levil, domniemany napastnik, odebrał sobie życie.

Leftman, trafiona z bliska w udo, została przewieziona na oddział intensywnej opieki medycznej. Przedstawiciele szpitala opisują jej stan jako krytyczny.

- Straciła wiele krwi - powiedział obecny na miejscu zdarzenia funkcjonariusz policji. - Zapewne pocisk rozerwał tętnicę udową.

- Miała wielkie szczęście - twierdzi pielęgniarka pogotowia. - Najprawdopodobniej przeżyje, ale zachowujemy wyjątkową ostrożność. Zwłaszcza że chce z nią porozmawiać tyle osób.

Relacje świadków zdarzenia znacznie się różnią. Według niektórych Leftman to ofiara, inni nazywają ją bohaterką, podczas gdy jeszcze inni sugerują, że wspólnie z Levilem uknuła plan zastrzelenia nielubianych kolegów.

Jane Keller - uczennica będąca świadkiem zajścia - wyraża opinię, że Leftman została postrzelona przypadkiem.

- Wyglądało to tak, jakby się potknęła i wpadła na niego, ale nie mam pewności - wyznaje dziennikarzom dziewczyna. - Wiem tylko, że potem wszystko szybko się skończyło. A kiedy na niego upadła, parę osób zdołało uciec.

Ale policja jeszcze nie chce się wypowiadać, czy Leftman odniosła ranę przypadkiem, czy też było to nieudane podwójne samobójstwo.

Pierwsze doniesienia świadczą o tym, że Leftman i Levil zamierzali odebrać sobie życie; ich znajomi utrzymują, że dyskutowali także o morderstwie, co nasuwa policji podejrzenie, że za tą strzelaniną kryje się więcej, niż początkowo zakładano.

- Chętnie mówili o śmierci - zwierza się Mason Markum, kolega Leftman i Levila. - Nick częściej niż Valerie, ale ona też. Wszyscy sądziliśmy, że to taka zabawa, ale teraz widzę, że nie. Nie mogę uwierzyć, że oni tak naprawdę... przecież ze trzy godziny temu rozmawiałem z Nickiem i nie pisnął o tym słowem. W życiu bym się nie kapnął.

Mimo niejasności co do charakteru obrażeń Leftman policja nie wątpi, że Nick Levil zamierzał popełnić samobójstwo po odebraniu życia pięciu uczniom liceum.

- Naoczni świadkowie relacjonują, że postrzeliwszy Leftman, przyłożył broń do własnej głowy i pociągnął za spust - informuje Marone. Levil zginął na miejscu.

- Wszyscy odetchnęli - stwierdza Keller. - Niektórzy zaczęli bić brawo, co mnie osobiście wydaje się niefajne. Ale chyba ich rozumiem. Przeżyliśmy koszmar.

Policja bada udział Leftman w strzelaninie. Bliscy dziewczyny nie udzielają wywiadów, a przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości przyznają jedynie, że rozmowa z nią stanowi "sprawę priorytetową".

* * *

Zlekceważyłam trzeci jazgot budzika. Mama zaczęła się dobijać do drzwi, usiłując mnie wypłoszyć z łóżka. Jak co dzień. Ale ten ranek różnił się od innych. Dziś miałam się pozbierać i żyć dalej. Widać matki z trudem rezygnują ze starych przyzwyczajeń - jeśli budzik nie poderwie potomka z wyra, trzeba się wydzierać i łomotać do drzwi, bez względu na okoliczności.

Tylko że w głosie mamy brzmiało to trwożne drżenie, które ostatnio często u niej słyszałam. Jakby nie wiedziała, czy to tylko foch, czy też sytuacja wymagająca telefonu na policję.

- Valerie! Musisz już wstać. Dyrektor zrobił nam wielką uprzejmość, że zgodził się na twój powrót. Nie zepsuj tego pierwszego dnia!

Jakby ponowne pojawienie się w szkole mnie cieszyło. Jakbym nie mogła się doczekać powrotu na te upiorne korytarze. I do stołówki, w której zawalił się mój świat. Jakby noc w noc nie prześladowały mnie koszmary, z których budziłam się spocona, zapłakana, z ulgą, że widzę swój pokój, gdzie nic mi nie grozi.

Władze szkoły nie potrafiły zdecydować, czy uznać mnie za bohaterkę, czy za morderczynię, i wcale się im nie dziwiłam. Sama się w tym pogubiłam. Byłam zbrodniarką, która wcieliła w życie plan rozstrzelania połowy szkoły, czy heroiczną dziewczyną, która pod koniec egzekucji omal nie złożyła ofiary z własnego życia? Czasem czułam, że łączę w sobie te dwie osoby. Czasem, że nie mam z nimi nic wspólnego. To wszystko mnie przerastało.

Rada szkolna usiłowała zorganizować w lecie ceremonię na moją cześć, co według mnie pobiło rekordy obłędu. Nie starałam się zostać bohaterką. Skoczyłam między Nicka i Jessicę bez zastanowienia. I z całą pewnością nie myślałam: "Oto nadarza się okazja, by ryzykując życie, uratować dziewczynę, która wyśmiewała mnie i nazywała Siostrą Śmierć". To niewątpliwie heroizm, ale w moim przypadku... No cóż, nikt nie miał pewności.

Odmówiłam udziału w ceremonii. Powiedziałam mamie, że za bardzo boli mnie noga, muszę się wyspać i że to w ogóle głupi pomysł. Żałość dokładnie w stylu szkoły. Nie wzięłabym udziału w takim obciachu nawet za pieniądze.

A tak naprawdę się bałam. Bałam się stanąć przed nimi wszystkimi. Bałam się, że uwierzyli w to, co czytali o mnie w gazetach i widzieli w telewizji - że jestem morderczynią. Że zobaczę to w ich oczach - powinnaś popełnić samobójstwo jak on - choć nikt mi nic nie powie. Albo gorzej, że widzą we mnie osobę nieulękłą i pełną poświęcenia. To mnie dobijało jeszcze bardziej, ponieważ to mój chłopak odebrał życie tym wszystkim ludziom i najwyraźniej sądził, że ja też tego pragnę. Nie wspominając już, że jak ostatnia idiotka nie zorientowałam się, iż mój ukochany zamierza wystrzelać całą szkołę, choć powtarzał mi to dosłownie codziennie. Tyle że kiedy otwierałam usta, by powiedzieć o tym mamie, padało z nich tylko: "No weź! To straszna żenada, nie poszłabym tam, nawet gdybyś mi zapłaciła". Widać wszyscy z trudem pozbywamy się starych nawyków.

Dyrektor szkoły, pan Angerson, w końcu przyszedł wieczorem do naszego domu. Usiadł przy kuchennym stole i rozmawiał z moją mamą o... no, nie wiem... Bogu, przeznaczeniu, traumie i tak dalej. Pewnie czekał, aż wyjdę z pokoju z uśmiechem i powiem, jaka dumna jestem z mojej szkoły i że z największą radością złożyłam z siebie ofiarę, byle tylko uratować bezcenną Jessicę Campbell. Może czekał też na przeprosiny. Akurat na to mogłabym się zdobyć, gdybym tylko wiedziała jak. Ale na razie nie znajdowałam wystarczająco dobrych słów.

Pan Angerson czekał na mnie w kuchni, a ja włączyłam muzykę i zakopałam się w pościeli. Nie wyszłam nawet wtedy, gdy mama zaczęła się dobijać do drzwi i tonem, który zawsze przybiera przy gościach, prosić, żebym się zachowywała i zeszła.

- Valerie, proszę! - syknęła, uchylając drzwi i zaglądając do środka.

Nie odpowiedziałam. Schowałam się pod kołdrę. Nie chodzi o to, że nie chciałam zejść, po prostu nie mogłam. Mama by tego nie zrozumiała. Uważała, że im więcej osób mi "wybaczy", tym mniejsze stanie się moje poczucie winy. A ja... Ja myślałam dokładnie na odwrót.

Po chwili zobaczyłam przez okno światła reflektorów. Usiadłam i wyjrzałam. Pan Angerson odjechał. Po chwili mama znowu zapukała.

- Czego? - burknęłam.

Otworzyła drzwi i weszła, płochliwa jak sarenka. Twarz miała czerwoną i pokrytą plamami, nos zatkany. Trzymała obciachowy medal i list z podziękowaniem.

- Nie mają do ciebie pretensji - powiedziała. - Chcą, żebyś o tym wiedziała. I żebyś wróciła. Bardzo doceniają to, co zrobiłaś. - Wcisnęła mi w ręce medal i list, który podpisało tylko około dziesięciu nauczycieli. Wśród nich, oczywiście, zabrakło pana Kline'a. Po raz milionowy od strzelaniny przeszyło mnie poczucie winy. Pan Kline należał do osób, które podpisują takie listy, ale tego akurat podpisać nie mógł, bo nie żył.

Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie. Wiedziałam, że mama spodziewa się z mojej strony jakiegoś wyrazu wdzięczności. Decyzji, że skoro szkoła wykonała ten ruch, to się jej zrewanżuję. Że wszyscy powinniśmy żyć dalej.

- Aha - mruknęłam, oddając jej medal i list. - No... świetnie. - Usiłowałam się uśmiechnąć pocieszająco, ale okazało się to niewykonalne. A jeśli już nie chciałam żyć? A jeśli ten medal przypomniał mi, że chłopak, któremu ufałam najbardziej na świecie, strzelił do mnie i popełnił samobójstwo? Dlaczego nie rozumiała, że przyjęcie podziękowań szkoły sprawiało mi ból? Jakby pozwolono mi czuć jedynie wdzięczność. Że przeżyłam. Że mi przebaczono i doceniono, że uratowałam życie innym uczniom.

Tymczasem ja nie potrafiłam niczego z siebie wydusić. Na ogół nie umiałam nawet nazwać tego, co czułam. Czasami smutek, czasami ulgę, czasami oszołomienie, czasami niezrozumienie. I bardzo często gniew. Co gorsza, nie wiedziałam, na kogo się gniewam najbardziej: na siebie, Nicka, rodziców, szkołę, świat. Czułam też gniew najgorszy ze wszystkich: na tych, którzy zginęli.

- Val - odezwała się mama z błagalnym spojrzeniem.

- Nie, naprawdę. Jest super i w ogóle. Ale chciałabym odpocząć. I ta noga...

Wtuliłam się w poduszkę i znowu okryłam kocami.

Mama spuściła głowę i wyszła przygarbiona. Wiedziałam, że podczas następnej wizyty zacznie suszyć głowę doktorowi Hielerowi w sprawie "mojej reakcji". Już go widziałam, jak zaczyna, siedząc w fotelu: "A zatem powinniśmy porozmawiać o tym medalu...".

Mama schowała medal i list do pudełka z pamiątkami, które zbierała przez lata. Rysunki z przedszkola, świadectwa, list z podziękowaniem za przerwanie masakry. Według niej wszystko do siebie pasowało.

Żywiła upartą nadzieję, że kiedyś mi się poprawi, choć pewnie nie potrafiłaby określić, kiedy ostatnio widziała mnie w dobrym nastroju. Szczerze mówiąc, sama tego nie wiedziałam. Przed strzelaniną? Zanim w życiu Nicka pojawił się Jeremy? Zanim rodzice się znienawidzili, a ja zaczęłam szukać kogoś, kto uratuje mnie przed tym nieszczęściem? Dawno temu, kiedy miałam aparat na zębach, nosiłam pastelowe sweterki, słuchałam listy przebojów i myślałam, że życie jest proste?

Znowu odezwał się budzik. Pacnęłam go, niechcący strącając na podłogę.

- Valerie, wstawaj! - krzyknęła mama. Wyobraziłam sobie, że stoi ze słuchawką w ręku i z palcem wiszącym nad cyfrą 9. - Za godzinę masz lekcje! Obudź się!

Skuliłam się, przytulając poduszkę do brzucha, i zapatrzyłam na konie na mojej tapecie. Od dzieciństwa w trudnych chwilach kładłam się i patrzyłam na nie, wyobrażając sobie, że wskakuję na grzbiet jednego z nich i odjeżdżam. Że galopuję przed siebie z rozwianymi włosami, mój wierzchowiec nigdy się nie męczy ani nie chce jeść, a po drodze nie spotykamy żywej duszy. Przede mną rozciągają się tylko nieograniczone możliwości.

Teraz konie wyglądały jak zwykłe rysunki na dziecięcej tapecie. Nigdzie mnie nie uwoziły. Nie mogły. Fakt, że teraz już to wiedziałam, przybijał mnie. Jakby moje życie okazało się głupim złudzeniem.

Usłyszałam chrobot i jęknęłam. Oczywiście - klucz. W pewnym momencie doktor Hieler, na ogół stojący niezłomnie po mojej stronie, pozwolił mamie na wchodzenie do mojego pokoju. "Na wszelki wypadek", rozumiecie. "W ramach prewencji", rozumiecie. "Mając w pamięci sprawę samobójstwa", rozumiecie. I teraz kiedy nie odpowiem na jej pukanie, mama może zajrzeć z telefonem w ręku - na wypadek gdybym leżała wśród porozrzucanych żyletek, w kałuży krwi wsiąkającej w narzutę w stokrotki.

Patrzyłam bezradnie na poruszającą się klamkę. Mama weszła na paluszkach. Faktycznie trzymała słuchawkę.

- Dobrze, że nie śpisz - powiedziała. Uśmiechnęła się i podeszła do okna. Uniosła żaluzje. Zmrużyłam oczy, porażone blaskiem porannego słońca.

- Włożyłaś kostium - zauważyłam, osłaniając się ręką przed światłem.

Mama wygładziła karmelową spódniczkę nieśmiałym gestem, jakby jeszcze nigdy nie ubrała się w nic ładnego. Przez chwilę wydawała się równie zdenerwowana jak ja, co mnie zasmuciło.

- Tak - mruknęła i tą samą ręką przygładziła włosy z tyłu. - Doszłam do wniosku, że skoro wracasz do szkoły, znowu zacznę pracować w biurze na pełen etat.

Usiadłam z wysiłkiem. Miałam wrażenie, że od tak długiego leżenia głowa mi się spłaszczyła. Nogę chwycił lekki skurcz. Z roztargnieniem roztarłam udo.

- Tak szybko?

Mama zbliżyła się do mnie, brnąc przez leżącą na podłodze stertę brudnych ubrań - trochę niezdarnie z powodu karmelowych szpilek.

- No... tak. Minęło parę miesięcy. Doktor Hieler uważa, że powinnam wrócić. Przyjadę po ciebie po szkole. - Usiadła na łóżku i pogłaskała mnie po głowie. - Poradzisz sobie.

- Skąd ta pewność? - spytałam. - Skąd wiesz, że sobie poradzę? Nie możesz wiedzieć. W maju sobie nie radziłam, a ty nie miałaś o tym pojęcia. - Wstałam. Gardło mi się zacisnęło i przestraszyłam się, że wybuchnę płaczem.

Mama siedziała nieruchomo, ściskając bezprzewodowy telefon.

- Po prostu wiem. Ten dzień się już nie powtórzy. Nick... odszedł. Nie denerwuj się tak...

Za późno. Już się zdenerwowałam. Im dłużej siedziała na łóżku, pachnąc perfumami, które w duchu nazywałam "perfumami do pracy", i głaszcząc mnie po głowie jak przed laty, tym bardziej rzeczywista stawała się ta sytuacja. Musiałam wrócić do szkoły.

- Uzgodniliśmy, że tak będzie najlepiej, pamiętasz? - spytała. - W gabinecie doktora Hielera doszliśmy do wniosku, że ucieczka nie wyjdzie naszej rodzinie na zdrowie. Zgodziłaś się. Nie chciałaś, żeby Frankie cierpiał z powodu tego, co się wydarzyło. A tata ma kancelarię... Gdybyśmy to zostawili i musieli zacząć gdzieś od zera, zrobiłoby się bardzo krucho z pieniędzmi... - Wzruszyła ramionami, kręcąc głową.

- Mamo... - spróbowałam, ale nie znalazłam odpowiednio ważnego argumentu. Miała rację. To ja stwierdziłam, że Frankie nie powinien się rozstawać z przyjaciółmi, przeprowadzać do nowego miasta i szkoły tylko dlatego, że trafiła mu się taka siostra jak ja. Że tata, który zaciskał gniewnie zęby, gdy tylko ktoś sugerował, żebyśmy się wynieśli z miasta, nie powinien zakładać nowej kancelarii, skoro tak się natrudził nad rozkręceniem tej. Że nie zdecyduję się na naukę w domu ani na zmianę szkoły w ostatniej klasie. I że niech mnie diabli, jeśli zacznę się kryć po kątach, jakbym miała coś na sumieniu.

- Przecież i tak zna mnie cały świat - oznajmiłam, bębniąc palcami po oparciu kanapy doktora. - I nie znajdę szkoły, w której by o mnie nie słyszeli. Już sobie wyobrażam, jakim wyrzutkiem stałabym się w nowej klasie. Tutaj przynajmniej wiem, czego się spodziewać. A jeśli stąd ucieknę, wszyscy jeszcze bardziej utwierdzą się w przekonaniu, że to moja wina.

- Ale licz się z trudnościami - ostrzegł doktor Hieler. - Staniesz przed wieloma wyzwaniami.

Wzruszyłam ramionami.

- I co z tego? Dam radę.

- Na pewno? - spytał sceptycznie.

Skinęłam głową.

- Wyjazd byłby nie w porządku. Poradzę sobie. Jeśli sytuacja stanie się nie do zniesienia, zawsze mogę się przenieść pod koniec semestru. Ale wytrzymam. Nie boję się.

Tak, tylko że wtedy miałam przed sobą całe, niewyobrażalnie długie lato. Powrót wydawał się zagadnieniem teoretycznym. Zresztą nadal uważałam, że mam rację. Nie popełniłam żadnej zbrodni - po prostu kochałam Nicka i nienawidziłam naszych dręczycieli. Nie zamierzałam się ukrywać przed ludźmi, którzy uważali mnie za winną. Ale kiedy musiałam przejść od słów do czynów, ogarnął mnie nie zwykły strach, a panika.

- Miałaś całe lato na zmianę zdania - wytknęła mama, nadal siedząc na łóżku.

Zacisnęłam zęby i podeszłam do komody. Wyjęłam z niej czyste majtki i stanik, a potem rozejrzałam się po podłodze za jakimiś dżinsami i podkoszulkiem.

- Proszę bardzo. Już się ubieram - wycedziłam.

Nie twierdzę, że odpowiedziała uśmiechem, ale na jej twarzy pojawił się grymas bardzo do niego podobny, choć trochę bolesny. Mama parę razy ruszała do drzwi i się zatrzymywała. W końcu podjęła decyzję i wyszła, ściskając oburącz telefon. Zastanawiałam się, czy pojedzie z tą słuchawką do pracy, nadal trzymając kciuk nad dziewiątką.

- Dobrze. Zaczekam na dole.

Włożyłam pomięte dżinsy i podkoszulek, nie zastanawiając się, czy do siebie pasują. Ładne ubranie nie poprawiłoby mi humoru ani nie pomogłoby wtopić się w tłum. Powlokłam się do łazienki i przeczesałam włosy niemyte od czterech dni. Makijażem też nie zawracałam sobie głowy. Nawet nie wiedziałam, gdzie są kosmetyki. Tego lata raczej nie brylowałam na imprezach. Na ogół nie mogłam się zmusić nawet do chodzenia.

Włożyłam trampki, chwyciłam plecak - nowy, mama kupiła mi go parę dni temu. Stał pusty w miejscu, w którym go zostawiła, aż w końcu sama go spakowała. Stary... ten zakrwawiony... pewnie wylądował na śmietniku razem z podkoszulkiem Nicka z logo Flogging Molly, który mama znalazła w szafie, kiedy leżałam w szpitalu. Po powrocie się rozpłakałam i nakrzyczałam na nią. Mama nic nie chwytała - ten podkoszulek nie należał do Nicka mordercy, tylko do mojego Nicka, chłopaka, który dał mi niespodziewany prezent - bilety na koncert Flogging Molly. Który wziął mnie na barana, kiedy zespół śpiewał Factory Girls. Który wpadł na pomysł, żebyśmy zrobili zrzutkę, kupili jeden podkoszulek i nosili go na zmianę. Który przyjechał w nim do domu, potem go zdjął, dał mi i nigdy się o niego nie upomniał.

Mama twierdziła, że doktor Hieler kazał jej to zrobić, ale nie uwierzyłam. Czasami miałam wrażenie, że podpiera się jego autorytetem, aby mnie przekonać. Doktor Hieler zrozumiałby, że ten ciuch nie należał do Nicka mordercy. Nawet nie znałam tej osoby. Doktor Hieler to rozumiał.

Stałam gotowa do wyjścia, kiedy ogarnęło mnie uczucie, że zbyt się zdenerwowałam, by sobie z tym poradzić. Wydawało mi się, że nie zdołam przejść przez próg. Na kark wystąpił mi pot. Nie mogłam jechać, nie mogłam stanąć przed tymi ludźmi, zobaczyć tych wnętrz. Zabrakło mi siły.

Drżącymi rękami wygrzebałam z kieszeni komórkę i zadzwoniłam do doktora Hielera, który natychmiast odebrał.

- Przepraszam, że przeszkadzam - wymamrotałam, osuwając się na łóżko.

- Kazałem ci zadzwonić. Pamiętasz? Czekałem.

- Chyba nie dam rady - wyznałam. - Nie jestem gotowa. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę. To chyba kiepski pomysł, żeby...

- Przestań - przerwał. - Potrafisz to zrobić. Dojrzałaś do tego. Już o tym rozmawialiśmy. To niełatwe, ale sobie poradzisz. Przez te minione miesiące przetrzymałaś o wiele więcej, prawda? Masz w sobie siłę.

Do oczu napłynęły mi łzy. Wytarłam je kciukiem.

- Skup się na życiu chwilą - dodał. - Nie dopatruj się ukrytych znaczeń. Dostrzegaj tylko to, co istnieje naprawdę, dobrze? A po powrocie zadzwoń do mnie. Każę Stephanie połączyć cię nawet podczas sesji. Dobrze?

- Dobrze.

- A jeśli w szkole poczujesz potrzebę rozmowy...

- Wiem, zawsze mogę zadzwonić.

- I pamiętasz, co sobie powiedzieliśmy? Nawet jeśli wytrzymasz tylko pół dnia, to i tak będzie zwycięstwo, prawda?

- Mama jedzie do pracy. Na cały dzień.

- Bo w ciebie wierzy. Ale wróci do domu, jeśli ją o to poprosisz. Choć sądzę, że się bez tego obejdzie. A wiesz, że zawsze mam rację. - Wyczułam, że się uśmiechnął.

Zachichotałam i pociągnęłam nosem. Znowu wytarłam oczy.

- Jasne. Dobra. Muszę iść.

- Świetnie sobie poradzisz.

- Tak pan myśli?

- Ja to wiem. I pamiętaj, co mówiliśmy: jeśli ci się nie uda, pod koniec semestru zawsze możesz się przenieść. A to tylko... ile? Siedemdziesiąt pięć dni?

- Osiemdziesiąt trzy.

- Widzisz? Łatwizna. Nic takiego. Zadzwoń później.

- Dobrze.

Rozłączyłam się i podniosłam plecak. Ruszyłam do drzwi, ale stanęłam. Czegoś zapomniałam. Sięgnęłam pod górną szufladę komody i przez chwilę przesuwałam pod nią dłonią, aż wreszcie znalazłam - za listewką, poza zasięgiem mamy.

Patrzyłam na nie milion pierwszy raz - zdjęcie Nicka i mnie nad Blue Lake ostatniego dnia szkoły, w trzeciej klasie. Nick trzymał piwo, ja się śmiałam tak serdecznie, że prawie pokazywałam migdałki. Siedzieliśmy na ogromnym głazie nad jeziorem. Zdaje się, że to zdjęcie zrobił Mason. Za żadne skarby nie mogłam sobie przypomnieć, co mnie tak rozbawiło, choć zastanawiałam się nad tym wiele bezsennych nocy.

Wyglądaliśmy na bardzo szczęśliwych. I tacy byliśmy. Niezależnie od treści e-maili, listów samobójczych i naszej hate list: listy Do odstrzału. Byliśmy szczęśliwi.

Dotknęłam nieruchomej roześmianej twarzy Nicka. Nadal słyszałam wyraźnie jego głos. Pytanie zadane w ten jego poważny sposób, jednocześnie śmiało, gniewnie, romantycznie i niepewnie.

- Val... - odezwał się, wstając z głazu i schylając się po butelkę piwa. W wolną rękę wziął płaski kamyk, zrobił parę kroków i rzucił go na jezioro. Kaczka odbiła się dwa, trzy razy i zatonęła. Z lasu nieopodal dobiegł śmiech Stacey. Zaraz potem roześmiał się Duce. Zmierzchało się i gdzieś po lewej zaczęły rechotać żaby. - Zastanawiasz się czasem nad odejściem?

Podciągnęłam kolana pod brodę. Pomyślałam o wczorajszej kłótni rodziców, o głosie mamy, który dotarł do mnie z salonu. Nie rozróżniałam słów, ale wyraźnie słyszałam jadowity ton. Pomyślałam o tacie, który wyszedł z domu koło północy, cicho zamykając za sobą drzwi.

- Czyli ucieczką? Pewnie.

Nick długo milczał. Rzucił kolejny kamyk, który dwukrotnie odbił się od powierzchni jeziora i zatonął.

- No. Albo... na przykład... nad zjechaniem z urwiska w przepaść.

Zapatrzyłam się w zadumie na zachodzące słońce.

- Jasne. Każdy o tym myśli. Normalnie Thelma i Louise.

Odwrócił się i prychnął, jakby się zaśmiał, potem wypił resztkę piwa i rzucił butelkę na ziemię.

- Nie oglądałem - powiedział. - Pamiętasz, jak w zeszłym roku czytaliśmy Romea i Julię?

- Aha.

Pochylił się nade mną.

- Myślisz, że moglibyśmy być jak oni?

Zmarszczyłam nos.

- Nie wiem. Może. Pewnie.

Znowu obejrzał się na jezioro.

- Moglibyśmy. Naprawdę. Myślimy podobnie.

Wstałam i otrzepałam spodnie. Ślad kamienia odcisnął mi się na udach.

- Zapraszasz mnie na randkę?

Odwrócił się, podbiegł, chwycił mnie w pasie i podniósł; mimowolnie pisnęłam, a potem zachichotałam. Pocałował mnie. Przez moje ciało przebiegł dreszcz, zamrowiło mnie nawet w palcach u stóp. Wydało mi się, że czekałam na to od dawna.

- A gdyby... odmówiłabyś?

- W życiu, Romeo - odpowiedziałam i także go pocałowałam.

- No, to cię zapraszam, Julio - szepnął i przysięgam, że teraz, dotykając zdjęcia, znowu to usłyszałam. Poczułam jego obecność. Choć w maju dla całego świata stał się potworem, ja nadal uważałam go za tego chłopaka, który trzymał mnie w ramionach, całował i nazywał Julią.

Wsunęłam zdjęcie do kieszeni.

- Osiemdziesiąt trzy dni - mruknęłam, odetchnęłam głęboko i zeszłam po schodach.

Moja komórka zaświergotała. Sięgnęłam po nią, zanim usłyszała ją mama, Frankie czy - nie daj Boże - tata. Na dworze nadal panowała szarówka. Jeden z tych ranków, kiedy tak trudno się obudzić. Zbliżały się wakacje, a to oznaczało trzy miesiące spania do późna i wolności od liceum. Nie żebym go nienawidziła czy coś, ale Christy Bruter jak zawsze pastwiła się nade mną w autobusie, z fizyki dostałam pałę, bo zapomniałam się pouczyć, a egzaminy zapowiadały się przerażająco.

Nick ostatnio jakoś przycichł. Nie pojawił się w szkole od dwóch dni i przez cały ten czas zasypywał mnie SMS-ami, w których pytał o "klasowe gnojki", "grube suki z wuefu" albo "tego palanta McNeala".

W zeszłym miesiącu zaprzyjaźnił się z takim jednym Jeremym i czułam, że z każdym dniem coraz bardziej się ode mnie oddala. Bałam się, że ze mną zerwie, więc udawałam, że to rozstanie mnie nie rusza. Nie chciałam go przyciskać - stał się wybuchowy, a ja wolałam go nie prowokować. Nie spytałam, co porabiał w te dni, w które nie przychodził do szkoły, i tylko wysłałam mu SMS-y: "Gnojki trzeba by utopić w formaldehydzie", "Nienawidzę tych suk" i "McNeal niech się cieszy, że nie mam broni". Ta ostatnia wiadomość się na mnie później zemściła. Właściwie to wszystkie, ale ta... Bardzo długo na samo jej wspomnienie wymiotowałam. I z jej powodu odbyłam trzygodzinną rozmowę z funkcjonariuszem Panzellą. A ojciec zaczął na mnie patrzeć inaczej - jakby właśnie odkrył, że wychował potwora.

Jeremy był starszy od nas - miał ze dwadzieścia jeden lat - ale chodził kiedyś do naszego liceum. Nie studiował. Nie miał pracy. Z tego, co wiedziałam, zajmował się głównie biciem swojej dziewczyny, paleniem skrętów i oglądaniem kreskówek. Potem poznał Nicka i zrezygnował z filmów, a dziewczynę bił tylko wtedy, gdy nie chodził do garażu Nicka, gdzie grał na perkusji tak najarany, że zapominał o całym świecie. Parę razy widziałam ich razem i Nick zachowywał się wtedy jak ktoś obcy. Ktoś mi nieznany.

Potem bardzo długo myślałam, że wcale go nie znałam. Może kiedy oglądaliśmy razem telewizję w piwnicy jego domu albo się wygłupialiśmy na basenie, wcale nie widziałam jego prawdziwej twarzy. Jakby pokazywał ją tylko Jeremy'emu - twarz egoistycznego Nicka o twardym spojrzeniu.

Słyszałam, że niektóre kobiety nie dostrzegają, że ich facet jest zboczeńcem czy potworem, ale wtedy nikt by mnie nie przekonał, że do nich należę. Gdy Jeremy znikał... kiedy zostawaliśmy sami i patrzyłam w oczy Nicka... widziałam coś dobrego. Dobrego jak on. Miewał chore poczucie humoru - jak wszyscy - ale zawsze tylko żartował. Dlatego czasem wydaje mi się, że to Jeremy nakładł Nickowi do głowy tych pomysłów. Nie ja. Jeremy. To on zawinił.

Schowałam się z komórką pod kołdrę, gdzie powoli dojrzewałam do świadomości, że czeka mnie przeprawa przez następny dzień w szkole.

- Halo?

- Kochanie... - Jego głos brzmiał piskliwie, niemal przeraźliwie, choć wtedy doszłam do wniosku, że to z powodu wczesnej pory, bo Nick rzadko wstawał rano.

- Cześć - szepnęłam. - Dla odmiany przyjdziesz dziś do szkoły?

Roześmiał się z autentyczną radością.

- No. Jeremy mnie podwiezie.

Usiadłam na łóżku.

- Super. Stacey wczoraj o ciebie pytała. Podobno widziała, jak jechałeś z Jeremym w stronę Blue Lake. - Niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu.

- Aha. - W słuchawce rozległ się zgrzyt zapalniczki. Nick zaciągnął się dymem. - Mamy tam taką robotę.

- Jaką?

Zero odpowiedzi. Tylko ten syk palącego się papierosa.

Zrobiło mi się ciężko na sercu. Nie zamierzał mi powiedzieć. Nie podobało mi się jego zachowanie. Dotąd nie miał przede mną tajemnic. Zawsze rozmawialiśmy o wszystkim, nawet o bolesnych sekretach naszych rodziców, o tym, jak nas przezywają w szkole i że czasem czujemy się, jakbyśmy nic nie znaczyli. Mniej niż nic.

Miałam ochotę go przycisnąć. Oznajmić, że chcę wiedzieć, że na to zasługuję, ale postanowiłam zmienić temat. Skoro w końcu go spotkam, nie warto marnować czasu na kłótnie.

- Słuchaj, mam nowe punkty listy.

- No?

Potarłam oczy.

- Ludzie, którzy każde zdanie kończą "przykro mi". Goście odpowiedzialni za reklamy fast foodów. I Jessica Campbell. - Omal nie dodałam: "Jeremy", ale się opamiętałam.

- Ta chuda blondyna, co chodzi z Jakiem Diehlem?

- Aha, ale Jake jest w porządku. Trochę przygłup, jednak nie tak wkurzający jak ona. Wczoraj na biologii się zamyśliłam i chyba utkwiłam w niej wzrok, bo nagle powiedziała: "I co się gapisz, Siostro Śmierć?", skrzywiła się, przewróciła oczami i dodała: "Hello, weź się zajmij sobą", a ja na to: "Wierz mi, mam cię gdzieś", a ona: "Nie spieszysz się na jakiś pogrzeb?" i wszystkie jej debilne koleżanki zaczęły się śmiać jak głupie. Co za suka.

- No, masz rację. - Odkaszlnął. Usłyszałam szelest papieru. Wyobraziłam go sobie, jak siedzi na łóżku i pisze w naszym czerwonym zeszycie. - Te wszystkie blondyny powinny zniknąć.

Roześmiałam się. To mnie rozbawiło. Przyznałam mu rację. W każdym razie tak powiedziałam. No dobra, naprawdę uważałam, że tak się powinno stać. I nie uważałam się za kogoś okropnego. To tamci zachowywali się okropnie. Zasłużyli.

- Żeby ich przejechały beemki rodziców! - zawołałam.

- Dodam też tę Chelle.

- Dobrze. Ciągle nawija o szkolnej drużynie. Chora jakaś.

- No.

Przez chwilę milczeliśmy. Nie wiem, o czym myślał Nick. Wtedy uważałam tę ciszę za dowód naszej więzi, jakbyśmy porozumiewali się bez słów, nadawali na tej samej częstotliwości. Teraz wiem, że to ta "atrybucja", o której ciągle mówi doktor Hieler. Typowa sytuacja - wydaje ci się, że wiesz, co się dzieje w cudzej głowie. To niemożliwe. A jeśli myślisz, że możliwe, to bardzo się mylisz. Bardzo konkretnie się mylisz. I ta pomyłka może ci zrujnować życie.

W słuchawce rozległo się jakieś mamrotanie.

- Muszę lecieć - oznajmił Nick. - Odwozimy dziecko Jeremy'ego do przedszkola. Dziewczyna ciągle mu o tym truje. Widzimy się w Sejmie?

- Jasne. Poproszę Stacey, żeby zajęła nam miejsce.

- Super.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też, skarbie.

Odłożyłam słuchawkę z uśmiechem. Może pozbył się tego, co go dręczyło. Może miał już dość Jeremy'ego, jego dziecka, kreskówek i jarania. Może namówię go na wyskoczenie do Casey's na kanapkę. Tylko my. Jak za dawnych czasów. Usiądziemy na betonowym murku między pasami autostrady, ramię w ramię, i dyndając nogami, będziemy jeść, wyrzucając cebulę spomiędzy kromek i przepytując się ze znajomości piosenek.

Wskoczyłam pod prysznic, nie zapaliwszy światła, i stałam w ciemnościach, otoczona kłębami pary. Miałam nadzieję, że Nick przyniesie mi dziś coś ładnego. Często tak robił - przychodził do szkoły z różyczką kupioną na stacji benzynowej, wsuwał batonik do mojej szafki albo liścik do zeszytu. Kiedy chciał, potrafił się zdobyć na romantyzm.

Wyszłam spod prysznica, wytarłam się, starannie ułożyłam włosy i umalowałam oczy, włożyłam podartą mini z czarnego dżinsu i ulubione rajstopy w czarno-białe paski, z dziurą na kolanie. Dodałam jeszcze skarpetki i trampki, chwyciłam plecak.

Mój młodszy brat Frankie jadł w kuchni płatki. Włosy postawił na żel i wyglądał jak bohater reklamy PopTart - jeżdżący na deskorolce chłopaczek z wypieszczoną fryzurą. Frankie miał czternaście lat i lekko mu odbiło na punkcie własnego wyglądu. Uważał się za jakiegoś guru od spraw mody i zawsze ubierał tak stylowo, jakby zszedł ze stron żurnala. Lubiliśmy się, choć obracaliśmy się w zupełnie różnych kręgach i zupełnie inaczej definiowaliśmy słowo "fajny". Frankie potrafił mi czasem zajść za skórę, ale przeważnie zachowywał się jak grzeczny chłopczyk.

Na stole obok niego leżał otwarty podręcznik historii Ameryki, a Frankie gorączkowo gryzmolił coś na kartce, przerywając tylko po to, żeby włożyć do ust łyżkę płatków.

- Masz zdjęcia do reklamy żelu? - rzuciłam, trącając biodrem jego krzesło.

- No co? - mruknął i przeczesał ręką najeżone włosy. - Dziewczyny na to lecą.

Przewróciłam oczami z uśmiechem.

- Jasne. Tata już wyszedł?

Mój brat zjadł kolejną łyżkę płatków i wrócił do pisania.

- No - wybełkotał z pełnymi ustami. - Parę minut temu.

Wyjęłam z zamrażarki wafla i wrzuciłam go do tostera.

- Co, dziewczyny nie zostawiły ci czasu na pracę domową? - zażartowałam, pochylając się, żeby przeczytać, co napisał. - A co właściwie sądziły kobiety... eee... z czasów wojny secesyjnej... o nadmiarze żelu do włosów?

- Odwal się - burknął, trącając mnie łokciem. - Gadałem do północy z Tiną. Muszę to zrobić. Mama się wścieknie, jeśli dostanę następną tróję z historii. Znowu mi zabierze komórkę.

- Dobra, dobra. Dam ci spokój. W życiu bym nie stanęła tobie i Tinie na drodze do szczęścia. - Wafel wyskoczył z tostera. Zjadłam kawałek na sucho. - A skoro mowa o mamie, znowu cię dziś odwozi?

Frankie przytaknął. Mama odwoziła go codziennie po drodze do pracy. Dzięki temu rano zyskiwał parę minut. Też bym tak mogła, ale ponieważ musiałabym siedzieć metr od mamy i codziennie słuchać, że mam "skandaliczną fryzurę" i "za krótką spódnicę", i "dlaczego taka piękna dziewczyna oszpeca sobie twarz i włosy?", wolałam czekać na autobus pełen idiotów. A to chyba o czymś świadczy.

Spojrzałam na zegar na kuchence. Autobus przyjedzie lada chwila. Zarzuciłam plecak na ramię i ugryzłam kolejny kęs wafla.

- Spadam - oznajmiłam, ruszając do wyjścia. - Powodzenia z pracą domową.

- Na razie! - zawołał za mną. Wyszłam na ganek i zamknęłam za sobą drzwi.

W powietrzu poczułam mroźniejszy powiew, jakby zbliżała się zima, nie wiosna. Jakby miało się już nigdy nie ocieplić.

2

["Sun-Tribune", 3 maja 2008, tekst: Angela Dash]

Christy Bruter (16 lat), kapitan drużyny softballowej, padła ofiarą mordercy jako pierwsza. Wydaje się, że zabójca wybrał ją z premedytacją.

- Trącił ją w ramię - zwierza się matka nastolatki, Amy Bruter. - Dziewczyny, które to widziały, powiedziały nam, że Christy odwróciła się, a on oznajmił: "Od dawna jesteś na liście". "Na jakiej liście?", spytała. Wtedy do niej strzelił.

Lekarze uważają, że Bruter, która otrzymała postrzał w brzuch, miała "diabelne szczęście, że przeżyła". Dochodzenie ujawniło, że jej nazwisko rzeczywiście znajduje się na pierwszym miejscu niesławnej listy Do odstrzału, w czerwonym zeszycie zabezpieczonym w domu Nicka Levila parę godzin po strzelaninie.

* * *

- Denerwujesz się?

Skubnęłam odklejającą się podeszwę buta i wzruszyłam ramionami. Kłębiło się we mnie tyle emocji, że powinnam pogalopować z wrzaskiem przed siebie. A jednak jakoś udało mi się ograniczyć do ruchu barków. Teraz uważam, że to dobrze. Mama przyglądała mi się tego ranka wyjątkowo uważnie. Jeden fałszywy ruch i popędziłaby do doktora Hielera. Oczywiście wszystko by przeinaczyła, jak zwykle, a potem znowu odbylibyśmy Rozmowę.

Od maja powtarzaliśmy ją co najmniej raz w tygodniu. Zawsze przebiegała tak samo:

- Dobrze się czujesz?

- Nie zabiję się, jeśli o to pan pyta - odpowiadałam.

- O to.

- Nie zamierzam tego zrobić. Ona po prostu świruje.

- Martwi się o ciebie - oznajmiał, a potem na szczęście przechodziliśmy do innych spraw.

Ale po powrocie do domu kładłam się i zaczynałam o tym myśleć. O samobójstwie. Czy dobrze się czuję? Czy to możliwe, że chcę się zabić i nawet o tym nie wiem? Czas mijał, w pokoju robiło się ciemno, a ja zastanawiałam się, dlaczego, do cholery, nie potrafię określić, kim właściwie jestem. To chyba najłatwiejsza rzecz na świecie, prawda? Ale ja tego nie potrafiłam już od dawna. Może nigdy mi się nie udawało.

W moim świecie, w którym rodzice się nienawidzili, a szkoła przypominała pole bitwy, kiepsko się żyło we własnej skórze. Nick był moją ucieczką. Jedyną rozumiejącą mnie osobą. Cieszyłam się, że stanowimy jedność, z tymi samymi myślami, uczuciami, żalami. Ale teraz druga połowa tej całości znikła, a ja, leżąc w ciemnym pokoju, zdałam sobie sprawę, że nie wiem, jak znowu stać się sobą.

Wpatrywałam się w majaczące w mroku koniki na tapecie i marzyłam, że uwiozą mnie ze sobą tak, jak sobie wyobrażałam w dzieciństwie, abym nie musiała się już dłużej zadręczać. Bo nieznajomość samej siebie za bardzo mnie bolała. A jedno wiedziałam na pewno: miałam serdecznie dość cierpienia.

Mama poklepała mnie po kolanie.

- Jeśli zechcesz ze mną porozmawiać, wystarczy zadzwonić. Tak?

Nie odpowiedziałam. Miałam zbyt zaciśnięte gardło. Chodzenie po tych samych korytarzach, z tak dobrze znanymi mi uczniami, którzy stali się zupełnie obcy, wydawało się surrealistyczne. Niektórzy z kolegów, na przykład Allen Moon, mówili, patrząc prosto w kamerę: "Oby Valerie dostała dożywocie za to, co zrobiła", a słowa Carmen Chiarro zacytowano w gazecie: "Nie wiem, dlaczego moje nazwisko znalazło się na tej liście. Aż do tego dnia nawet nie wiedziałam o istnieniu Nicka i Valerie".

Rozumiałam, że mogła nie pamiętać Nicka. Kiedy przeprowadził się do Garvin, był cichym, chudym chłopcem w brzydkich ciuchach i z brudnymi włosami. Ale kłamała, że mnie nie kojarzy. Przecież chodziłam z nią do podstawówki. A skoro przez cały zeszły rok przyjaźniła się z wielkim panem sportowcem Chrisem Summersem i skoro Chris Summers nienawidził Nicka i wykorzystywał każdą okazję, żeby mu utrudnić życie, a ponadto kumple Chrisa uważali to za przezabawne, jej stwierdzenie, że nie zna Nicka, uważałam za wysoce podejrzane.

Czy spotkam dziś Allena i Carmen? Czy mnie odnajdą? Czy mają nadzieję, że się nie pokażę?

- I znasz numer doktora Hielera - dodała mama, znowu klepiąc mnie po kolanie.

Przytaknęłam.

- Znam.

Skręciłyśmy w Oak Street. Trafiłabym tu z zamkniętymi oczami. W prawo w Oak Street. W lewo w Foundling Avenue. W lewo w Starling. W prawo na parking. Przed nami liceum. Nie można nie zauważyć.

Tego ranka budynek wydał mi się inny. Już nigdy nie obudzi we mnie tych nadziei i lęków co w pierwszej klasie. Już nigdy nie skojarzy mi się z porywającym romansem, euforią, śmiechem, dobrze wykonaną pracą. Z tym wszystkim, co inni utożsamiają ze szkołami. Kolejna rzecz, jaką Nick ukradł mnie, nam wszystkim, tamtego dnia. Nie odebrał nam jedynie niewinności i zadowolenia. Udało mu się także obrabować nas ze wspomnień.

- Poradzisz sobie - oznajmiła mama. Odwróciłam głowę i wyjrzałam przez okno. Delaney Peters szła przez boisko, trzymając pod rękę Sama Halla. Nie miałam pojęcia, że ze sobą chodzą. Nagle odniosłam wrażenie, że przepadło mi nie lato, ale całe życie. Normalnie spędziłabym wakacje nad jeziorem, na kręglach albo w McDonaldzie, słuchając plotek i dowiadując się o nowych romansach. Tymczasem zamknęłam się w sypialni, przerażona i chora na myśl o wyjściu do sklepu z mamą. - Doktor Hieler nie wątpi, że wyjdziesz z tej próby zwycięsko.

- Wiem - mruknęłam. Pochyliłam się; żołądek mi się ścisnął. Stacey i Duce siedzieli jak zawsze na ławkach, a obok nich Mason, David, Liz i Rebecca. Zwykle bym im towarzyszyła. Nick też. Porównywalibyśmy plany lekcji, rozmawiali o jakiejś imprezie. Ręce zaczęły mi się pocić. Stacey roześmiała się z czegoś, co powiedział Duce. Poczułam się jeszcze bardziej wyobcowana.

Mama skierowała samochód na podjazd. Natychmiast zauważyłam dwa zaparkowane przed szkołą radiowozy. Chyba coś mi się wyrwało albo zrobiłam przestraszoną minę, bo mama wyjaśniła:

- Teraz to rutyna. Dla bezpieczeństwa. Bo... no, wiesz. Nie chcą tu naśladowców. Dzięki temu będziesz bezpieczniejsza.

Mama zatrzymała samochód. Zdjęła ręce z kierownicy i spojrzała na mnie. Usiłowałam nie patrzeć na jej drżące wargi, nie zauważać, że skubie paznokieć kciuka. Uśmiechnęłam się blado.

- Do zobaczenia w tym samym miejscu za dziesięć trzecia - powiedziała. - Przyjadę punktualnie.

- Poradzę sobie - wykrztusiłam cichuteńko. Pociągnęłam za klamkę. Nie miałam siły otworzyć drzwi. W końcu się udało. Niestety, bo potem musiałam wysiąść.

- Może jutro lekko umalujesz usta - dodała mama. "Dziwna uwaga" - pomyślałam, ale odruchowo zagryzłam wargi. Zamknęłam drzwi i niemrawo pomachałam mamie. Odpowiedziała tym samym, nie odwracając ode mnie pytającego spojrzenia. W końcu samochód czekający z tyłu zatrąbił i odjechała.

Przez minutę sterczałam w miejscu, jakbym zapuściła korzenie w chodnik. Nie wiedziałam, czy zdołam wejść do tego budynku. Bolało mnie udo i szumiało mi w głowie. Poza tym wszystko wydawało się normalne. Minęło mnie kilku pierwszaków gadających z ożywieniem o imprezie. Jakaś dziewczyna zachichotała, gdy chłopak trącił ją palcem w bok. Nauczyciele stali przed szkołą, zbierając swoje klasy. Wszystko jak kiedyś. Dziwne.

Ruszyłam przed siebie, ale głos, który rozległ się za moimi plecami, zatrzymał mnie w pół kroku.

- No nie!

Wszystkie otaczające mnie odgłosy ucichły, jakby nagle ktoś wcisnął guzik. Odwróciłam się powoli. Stacey i Duce stali, trzymając się za ręce. Stacey miała otwarte usta, Duce - zaciśnięte.

- Val? - spytała Stacey, jakby nie mogła uwierzyć nie tylko w to, że ja to ja, ale że jestem tutaj.

- Cześć - powiedziałam.

Dave podszedł i objął mnie, uścisnął ze skrępowaniem, a potem cofnął się, spuszczając oczy.

- Nie wiedziałam, że dziś przyjdziesz - oznajmiła Stacey. Zerknęła na Duce'a. Od razu zauważyłam, że zaczęła się do niego upodabniać. Nowy uśmiech, krzywy i przemądrzały, dziwnie nie pasował do jej twarzy.

Wzruszyłam ramionami. Przyjaźniłam się z nią od wieków. Nosiłyśmy ten sam rozmiar ciuchów, lubiłyśmy te same filmy, ubierałyśmy się w podobnym stylu, tak samo kłamałyśmy. W wakacje przez długie tygodnie prawie się nie rozstawałyśmy.

Ale istniała między nami wielka różnica. Stacey nie miała wrogów - może dlatego, że tak bardzo starała się wszystkim przypodobać. Jakby urodziła się bez osobowości; wystarczyło jej powiedzieć, jaka powinna się stać, i od razu się zmieniała. Na pewno nie należała do najbardziej popularnych dziewczyn, ale nie była wyrzutkiem jak ja. Zawsze się jej udawało lawirować, unikać radaru.

Po "incydencie", jak nazywał to tata, Stacey dwa razy mnie odwiedziła. Raz w szpitalu, zanim zaczęłam się odzywać, i raz w domu, gdy mnie zwolniono. Poprosiłam Frankiego, żeby jej powiedział, że śpię. Potem nie próbowała się ze mną skontaktować - ani ja z nią. Może uważałam, że nie zasługuję już na przyjaciół. Że ona zasługuje na lepszą koleżankę.

W pewnym sensie nawet współczułam Stacey. Niemal widziałam to w jej oczach - pragnienie powrotu do tego, co nas łączyło przed strzelaniną, wyrzuty sumienia, że trzymała mnie na dystans, ale także świadomość, jak by to wyglądało, gdyby znowu się ze mną zaprzyjaźniła. Skoro zawiniłam tylko dlatego, że kochałam Nicka, może ją także uznano by za winną? Znajomość ze mną pociągała za sobą zbyt wielkie ryzyko. Każdy, kto by się na nią zdecydował, popełniłby towarzyskie samobójstwo. A Stacey nie miała dość siły, żeby to znieść.

- Boli cię noga? - zagadnęła.

- Czasami - mruknęłam, spoglądając w dół. - Przynajmniej nie muszę chodzić na wuef. Ale pewnie nie dotrę do klasy na czas.

- Odwiedziłaś grób Nicka? - spytał Duce. Spojrzałam na niego ostro. Przyglądał mi się z pogardą. - Albo innych?

Stacey trąciła go łokciem.

- Daj spokój. To jej pierwszy dzień - powiedziała, choć bez przekonania.

- No właśnie - wymamrotał David. - Dobrze, że czujesz się już lepiej. Do kogo chodzisz na matematykę?

- No co? - przerwał mu Duce. - Ma sprawną nogę. Dlaczego nie poszła na żaden grób? Gdybym to ja spisywał nazwiska ludzi, którym życzyłem śmierci, przynajmniej pofatygowałbym się na cmentarz.

- Nie chciałam, żeby ktokolwiek zginął - prawie wyszeptałam. Duce uniósł brwi, jak to on. - Był także twoim przyjacielem, sam wiesz.

Nikt się nie odezwał. Uświadomiłam sobie, że ludzie się nam przyglądają. Ale nie ciekawiła ich nasza rozmowa. Ciekawiłam ich ja, jakby nagle mnie sobie przypomnieli. Mijali nas powoli, szepcząc do siebie i wbijając we mnie wzrok.

Stacey też to zauważyła. Przestąpiła z nogi na nogę i odwróciła głowę.

- Muszę iść - oznajmiła. - Cieszę się, że wróciłaś.

Odeszła, a David, Mason i inni podążyli za nią.

Duce trącił mnie po drodze ramieniem.

- Tak, strasznie się cieszymy - syknął.

Stałam na chodniku jak skamieniała, tłum opływał mnie z obu stron, kołysząc, ale nie zagarniając w swój nurt. Zaczęłam się zastanawiać, czy mogłabym nie ruszać się z tego miejsca do za dziesięć trzecia.

Ktoś położył mi rękę na ramieniu.

- Może wejdziemy razem?

Odwróciłam się. Pani Tate, szkolny doradca zawodowy, objęła mnie i zmusiła do zrobienia kolejnego kroku. Ruszyłyśmy energicznie przez otaczające nas fale uczniów. Za nami rozlegały się szepty.

- Cieszę się, że cię widzę - powiedziała pani Tate. - Pewnie trochę się denerwujesz, co?

- Trochę - mruknęłam, ale nie mogłam dodać nic więcej, bo ciągnęła mnie tak szybko, że nie zdołałam się skupić. Weszłyśmy, zanim ogarnęła mnie panika, i poczułam się oszukana. Jakbym powinna mieć prawo przynajmniej do przeżycia swojego strachu, skoro tego właśnie chciałam.

Przy wejściu kłębił się tłum. W drzwiach stał policjant przesuwający czujnikiem nad plecakami i kurtkami wchodzących. Pani Tate pomachała mu ręką i przeszłyśmy, nie zatrzymując się do kontroli.

Korytarz wydał mi się pustawy, jakby wielu uczniów nie przyszło do szkoły. Poza tym nic się nie zmieniło. Słyszałam rozmowy, śmiechy, pisk podeszew na śliskich płytkach podłogi, odbijający się echem trzask zamykanych szafek.

Szłyśmy dość szybko. Kiedy skręciłyśmy w korytarz prowadzący do stołówki, panika gwałtownie ścisnęła mnie za gardło. Pani Tate chyba to wyczuła, bo mocniej objęła moje ramiona i przyspieszyła kroku.

Sejm - niegdyś miejsce codziennych spotkań, zwykle zatłoczone - świecił pustkami. Pod ścianą - tam, gdzie upadła Christy Bruter - ktoś powiesił tablicę ogłoszeniową. Bielały na niej duże litery z brystolu: "PAMIĘTAMY". Pod nimi mnóstwo kartek, wstążek, zdjęć, kwiatów. Parę dziewczyn, których z daleka nie rozpoznałam, właśnie przyczepiało wiadomość i fotografię.

- Zakazalibyśmy zbierania się rano w stołówce - wyjaśniła pani Tate, jakby usłyszała moje myśli. - Ze względu na bezpieczeństwo. Ale okazało się, że nikt już nie chce w niej przebywać. Teraz tylko jada się tu posiłki.

Przeszłyśmy przez salę. Usiłowałam okiełznać wyobraźnię, która podpowiadała, że stopy ślizgają mi się na zakrwawionej podłodze. Starałam się skupić na stukocie obcasów pani Tate, przypomnieć sobie wszystko, czego z takim poświęceniem uczył mnie doktor Hieler, o oddychaniu i koncentracji. Niczego nie pamiętałam.

Wyszłyśmy z Sejmu drugimi drzwiami, od strony sekretariatu. To tu znajdował się fronton budynku. Przy drzwiach zauważyłam kolejnych policjantów przesuwających wykrywaczami metalu nad ubraniami uczniów.

- Przez te środki ostrożności zajęcia zaczynają się z opóźnieniem - westchnęła pani Tate. - Ale oczywiście dzięki nim czujemy się bezpieczniej.

Przemknęłyśmy koło pomieszczeń biurowych. Sekretarki patrzyły na nas z uprzejmymi uśmiechami, ale bez słowa. Ze spuszczoną głową ruszyłam do gabinetu pani Tate. Miałam nadzieję, że spędzę w nim sporo czasu.

Pomieszczenie wyglądało jak negatyw pokoju doktora Hielera. Tam - książki w schludnych szeregach. Tu - przypadkowa zbieranina dokumentów i pomocy naukowych, ni to biuro, ni to magazyn. Książki piętrzyły się na wszystkich dostępnych powierzchniach, wszędzie stały zdjęcia dzieci i psów pani Tate.

Uczniowie przychodzili tu albo żeby się poskarżyć na nauczyciela, albo żeby przejrzeć katalog uczelni. Jeśli pani Tate studiowała z myślą, że stanie się duchową przewodniczką zagubionych nastolatków, to pewnie przeżyła gorzkie rozczarowanie. O ile można się rozczarować tym, że inni nie wchodzą ci na głowę ze swoimi problemami.

Pani Tate wskazała mi krzesło z rozdartym winylowym siedziskiem, a sama obeszła katalogową szafkę i usiadła za biurkiem przywalonym stertami papierzysk, oblepionym karteczkami przypominajkami. Położyła splecione dłonie na starej torbie po hamburgerze.

- Czekałam na ciebie - powiedziała. - Cieszę się, że wróciłaś. Masz charakter.

- Spróbuję - wymamrotałam, nerwowo pocierając uda. - Nie mogę obiecać, że wytrzymam. - "Osiemdziesiąt trzy dni" - pomyślałam.

- Mam nadzieję, że ci się uda. Nauka dobrze ci idzie. A! - krzyknęła nagle, unosząc palec. Przechyliła się i otworzyła szufladę szafki katalogowej. Stojące na niej zdjęcie czarno-białego kota, wyciągającego po coś łapkę, zakołysało się gwałtownie. Pewnie spadało kilka razy dziennie. Pani Tate wyjęła brązową teczkę i otworzyła ją przed sobą, nie zamknąwszy szuflady. - Właśnie sobie przypomniałam. College. Tak. Zastanawiałaś się nad... - przerzuciła parę kartek - uczelnią w Kansas, o ile pamiętam. - Przełożyła jeszcze kilka stron, przejechała palcem po ostatniej i oznajmiła: - Tak. Mam. Kansas State i Northwest Missouri State. - Zamknęła teczkę i uśmiechnęła się do mnie. - W zeszłym tygodniu dostałam wymagania obu. Trochę późno na rozpoczynanie tego procesu, ale chyba damy radę. Prawdopodobnie poproszą cię o wyjaśnienie niektórych spraw znajdujących się w twoich aktach, ale przecież... nie oskarżono cię o... no, rozumiesz.

Skinęłam głową. Rozumiałam. Nie musiałam tego mieć w aktach, bo nie wiem, czy w tym kraju ostał się ktoś, kto jeszcze o mnie nie słyszał. Zdobyłam sławę na cały świat. Czy raczej niesławę.

- Zmieniłam zdanie - oznajmiłam.

- Ach... Inna uczelnia? To nie problem. Z twoimi stopniami...

- Nie. Rezygnuję ze studiów.

Pani Tate pochyliła się, znowu opierając dłoń o torbę. Spoważniała.

- Rezygnujesz?

- Tak. Nie chcę się uczyć.

- Słuchaj, Valerie... Wiem, że winisz siebie za to, co się stało. Wiem, że uważasz się za podobną do niego. Ale to nieprawda.

Wyprostowałam się i spróbowałam przywołać na twarz uśmiech. Nie zamierzałam się dziś wdawać w taką rozmowę.

- Naprawdę, nie musi pani... - Dla dodania sobie odwagi dotknęłam kieszeni z fotografią Nicka. - Nic mi nie jest i w ogóle.

Pani Tate uniosła rękę i spojrzała mi w oczy.

- Spędziłam z Nickiem więcej czasu niż z własnym synem. Nieustannie poszukiwał. Miał w sobie tyle gniewu. Należał do tych, którzy walczą z życiem. Zżerała go nienawiść. Wręcz nim rządziła.

"Nie! - chciałam krzyknąć. - Nieprawda! Nick był dobry, wiem to".

Nagle przypomniał mi się pewien wieczór, kiedy Nick niespodziewanie pojawił się pod moim domem. Rodzice akurat zaczynali się rozgrzewać przed tradycyjną awanturą po kolacji. Mama z trzaskiem wkładała talerze do zmywarki, mamrocząc pod nosem, tata krążył między salonem a kuchnią, łypiąc na mamę spode łba i kręcąc głową. Napięcie narastało, a ja miałam już dość tych powtarzających się wrzasków. Marzyłam, żeby pójść spać i obudzić się w innym domu, z inną rodziną. Frankie już zniknął w swoim pokoju. Może on też miał dość.

Właśnie wchodziłam po schodach, kiedy rozległ się dzwonek. Przez szybę przy drzwiach zobaczyłam Nicka przestępującego z nogi na nogę.

- Otworzę! - krzyknęłam i zbiegłam na dół. Zresztą rodzice zaczęli się kłócić, więc niczego nie zauważyli.

- Cześć - powiedziałam, wychodząc na ganek. - Co tam?

- Cześć. - Podał mi płytę. - Wypaliłem ją dzisiaj. To piosenki, które mi się z tobą kojarzą.

- Kochany jesteś... - Obejrzałam okładkę, na której starannie wypisał wszystkie tytuły i nazwy zespołów. - Cudowny prezent.

Zza drzwi dobiegł głos taty.

- Wiesz, Jenny, może rzeczywiście nie wrócę do domu, świetny pomysł!

Nick zerknął w tamtą stronę. Przysięgłabym, że na jego twarzy zauważyłam zażenowanie. Może też litość? Strach? Albo to samo zmęczenie, które i ja czułam?

- Chcesz stąd spadać? - spytał, wkładając ręce w kieszenie. - Kiepsko to brzmi. Możemy się gdzieś pokręcić.

Skinęłam głową, uchyliłam drzwi i odłożyłam płytę na stolik w korytarzu. Nick wziął mnie za rękę i zaprowadził na łąkę za domem. Leżeliśmy w trawie, patrzyliśmy na gwiazdy, mówiliśmy o... wszystkim i niczym.

- Wiesz, dlaczego tak dobrze się dogadujemy? - odezwał się po chwili. - Bo podobnie myślimy. Jakbyśmy mieli wspólny umysł. Super.

Przeciągnęłam się i oplotłam jego nogę swoją.

- Właśnie - powiedziałam. - Pieprzyć rodziców. Pieprzyć ich głupie kłótnie. Pieprzyć wszystkich. Kogo obchodzą?

- Nie mnie. - Nick podrapał się po ramieniu. - Od dawna sądziłem, że nikt mnie nie ruszy, ale z tobą to co innego.

- No pewnie. - Pocałowałam go w bark. - Ty mnie też ruszasz. To trochę przerażające, że jesteśmy do siebie tak podobni.

- Przerażające w dobry sposób.

- Właśnie.

Odwrócił się do mnie, oparty na łokciu.

- Dobrze, że siebie mamy. Nawet jeśli cały świat cię znienawidzi, nadal masz się na kim wesprzeć. My dwoje przeciwko światu. Tylko my.

Myślałam wtedy o rodzicach i ich nieustannych kłótniach, więc założyłam, że rozmawiamy o nich. Nick dokładnie wiedział, co się ze mną dzieje - nazywał swojego ojczyma Charlesa "ojcem dnia", a barwne życie miłosne matki przedstawiał w komiczny sposób. Nie miałam pojęcia, że mogło mu chodzić o nas przeciwko... wszystkim.

- Tak. Tylko - powiedziałam. - Tylko my.

Wbiłam spojrzenie w wykładzinę w gabinecie pani Tate, raz jeszcze uświadamiając sobie, że wcale nie znałam Nicka. Że to gadanie o braterstwie dusz okazało się bzdurą. Że dopiero się uczę oceniania ludzkich charakterów.

Gardło mi się ścisnęło. Idiotka. Szkolny wyrzutek płacze na wspomnienie swojego chłopaka mordercy. Sama bym się znienawidziła. Z trudem przełknęłam ślinę.

Pani Tate wyprostowała się, ciągle mówiąc.

- Valerie, miałaś przed sobą przyszłość. Wybierałaś między uczelniami. Dostawałaś dobre stopnie. Nie można tego powiedzieć o Nicku. Jego przyszłość to... to.

Wymknęła mi się łza. Przełykałam ślinę raz po raz, ale to nic nie pomagało. Skąd mogła wiedzieć, jaką przyszłość miał przed sobą Nick? Tego się nie da przewidzieć. "Boże, gdybym umiała, powstrzymałabym go - pomyślałam. - Przekonałabym go, żeby tego nie robił. Ale nie zdołałam. A powinnam. To mnie właśnie dobija. Powinnam. A teraz nie widziałam w swojej przyszłości uczelni. Moja przyszłość to sława Dziewczyny, Która Nienawidzi Wszystkich. Tak nazwały mnie gazety - Dziewczyna, Która Nienawidzi Wszystkich".

Chciałam o tym powiedzieć Tate, ale wydało mi się to zbyt skomplikowane. Na samą myśl poczułam ból w nodze i sercu. Wstałam i zarzuciłam na ramię plecak. Wytarłam policzki dłońmi.

- Lepiej pójdę do klasy - zdecydowałam. - Nie chciałabym się spóźnić pierwszego dnia. Pomyślę o tym. Znaczy, o studiach. Ale nie mogę niczego obiecać, w porządku?

Pani Tate wstała z westchnieniem. Zamknęła szufladę, ale nie wyszła zza szafki katalogowej.

- Valerie... - zaczęła i urwała, jakby zmieniła zdanie. - Postaraj się owocnie spędzić ten dzień, dobrze? Cieszę się, że wróciłaś. Wywieszę te wymagania uczelni.

Ruszyłam do wyjścia. Ale zanim nacisnęłam klamkę, jeszcze się odwróciłam.

- Czy wszystko bardzo się zmieniło? - spytałam. - To znaczy... czy zmienili się ludzie? - Nie wiedziałam, na jaką odpowiedź liczę. "Tak, wszyscy zrozumieli tę nauczkę i teraz żyją jak jedna szczęśliwa rodzina, jaką przedstawiają gazety". Albo: "Nie, nikt nikogo nie prześladuje, to wszystko wydarzyło się w twojej głowie, tak jak mówią. Nick oszalał, a ty kupowałaś jego bełkot, to wszystko. Miałaś pretensje nie wiadomo do kogo. Piekliłaś się o nic, o wytwory swojej wyobraźni".

Pani Tate zagryzła wargę i zastanowiła się nad odpowiedzią.

- Ludzie są ludźmi - powiedziała w końcu, bezradnie wzruszając ramionami.

Wolałabym tego nie usłyszeć.