Harper Drew. Światła, drama, akcja! - Kathy Weeks

Kup ebooka

31.99 zł
26.55 zł (22,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1 listopada. Ale wszawo

10.00

To już oficjalne.

Śliwka ma wszy.

Problem w tym, że trochę za długo było to nieoficjalne.

Jestem przekonana, że właśnie ta opóźniona diagnoza pozwoliła wszom rozgościć się na jego głowie - i zacząć się mnożyć. NA POTĘGĘ.

Powtarzałam mamie, że Śliwka (tj. mój młodszy brat, którego tak nazywamy, bo jak się urodził, był pomarszczony jak suszony owoc) już od kilku dni ciągle drapie się po głowie. Ale ona nie słuchała. Za bardzo zaprząta ją pewien problem w pracy. Otóż mama pracuje w supermarkecie i w zeszłym tygodniu zaginęła im w transporcie cała ciężarówka z dostawą dwunastu tysięcy puszek fasoli z kiełbasą w sosie pomidorowym. A że mama odpowiada za wszystko, co związane z puszkami, oznaczało to dla niej WIELKI KRYZYS.

Od tamtej pory nie jest w stanie myśleć o niczym poza tą ciężarówką, która dosłownie ROZPŁYNĘŁA SIĘ W POWIETRZU gdzieś na zachód od Wenecji.

Słyszałam, jak wykrzykiwała do telefonu różne rzeczy w rodzaju:

- Jak to: nie widziano jej od środy?

I:

- Przecież ona jest czerwona, ma szesnaście metrów długości i waży czterdzieści ton! Łatwiej byłoby zgubić namiot cyrkowy!

Ale ta osoba, z którą rozmawiała, najwyraźniej nie była w stanie odpowiedzieć na jej pytania. Wynik na SKALI OBŁĘDU - czyli miara poziomu chaosu w naszym domu - zaczął GWAŁTOWNIE WZRASTAĆ.

Podobnie jak liczba nowych mieszkańców we włosach Śliwki.

Nie ma takiej rodziny, w której wszy byłyby mile widzianym dodatkiem. Ale w domu rodzinki Drew to prawdziwa KATASTROFA. Łatwiej byłoby się uporać nawet ze SFORĄ DZIKICH PSÓW, gdyby wpadła do salonu i się w nim rozgościła. Albo z całą populacją szczurów z miejscowego ścieku, gdyby nagle uznały, że wygodniej im będzie w TWOIM POKOJU.

Lecz inwazja wszy w rodzince Drew oznacza, że SKALA OBŁĘDU może skoczyć do najwyższego poziomu w historii.

A to dlatego, że włosy mojego starszego brata Troya są - jego zdaniem (a także zdaniem naszych rodziców) - cenniejsze od zawartości SKARBCA BANKU ANGLII. Troy codziennie poświęca na ich pielęgnację kilka godzin. Czesze, nakłada żel, woskuje, układa w szpice sterczące w przypadkowych kierunkach... Wydaje mu się, że dzięki temu przypomina członka jakiegoś boysbandu. Choć moim zdaniem wygląda, jakby poraził go PRĄD.

Ale co ja tam wiem? Przecież jakiś producent szamponów właśnie zaproponował mu, żeby Troy został ich modelem. W każdym razie Troy tak wczoraj powiedział. Co prawda nie chciał podać konkretów - ale podobno jakaś duża duńska firma skontaktowała się z jego "EKIPĄ MENEDŻERSKĄ" (jego słowa, nie moje) i złożyła jej POWAŻNĄ OFERTĘ, bo Troy ma "świetny look".

Mogłabym tu zadać sporo pytań, ale w tej chwili nie bardzo mam na to czas. W każdym razie, o ile się orientuję, "EKIPA MENEDŻERSKA" Troya składa się wyłącznie z jednej osoby: jego kumpla Frankiego. A jemu chyba nie pozwoliłabym negocjować w moim imieniu nawet zakupu bułki, że o kontrakcie na modeling nie wspomnę. Raz na przykład Frankie zabrał swojej mamie jej egzemplarz Harry'ego Pottera i kamienia filozoficznego i wymienił go w szkole na słuchawki gamingowe. A potem okazało się, że to było jakieś wczesne wydanie (znaczy książka, nie słuchawki) i ten drugi gościu sprzedał je za tyle, że starczyło mu na pierwszy samochód. Od tamtej pory tata mówi na Frankiego: "Frankie Umowa do Bańki".

Ale mniejsza o Frankiego - jedno mogę powiedzieć na pewno. Ta duńska firma (o ile w ogóle istnieje) na pewno dwa razy się zastanowi przed podpisaniem kontraktu, jeśli usłyszy, że Troy ma WSZY. Co w tej chwili jest NIEZWYKLE prawdopodobne.

Problem ze Śliwką odkryliśmy, gdy przy śniadaniu mama (która nieustannie wisiała na telefonie) zauważyła, że coś spadło mu z głowy na stół.

A potem to "coś" wzięło i sobie poszło. Nietrudno było się domyślić, że nie chodziło o płatki śniadaniowe. Mama aż WRZASNĘŁA. I po raz pierwszy od bodaj trzech dni odłożyła telefon i zajęła się czymś poza zaginioną fasolą.

Inspekcja głowy Śliwki zakończyła się smutnym odkryciem: mianowicie że jego skalp zamieszkuje NIEMAŁA POPULACJA WSZY. I to tak dużych, że nawet gołym okiem było widać ich odnóża.

Mama, która nigdy nie pominie żadnej sposobności, żeby przepytać nas z matematyki, chciała nawet sumować ze Śliwką jego nowych znajomych, w miarę jak spadali mu z głowy. Ale w takim tempie, w jakim to paskudztwo się pleniło, zapowiadało się bardziej na ćwiczenia z mnożenia niż z dodawania.

No więc... czy to ze mną jest coś nie tak? Na co komu liczenie wszy? Przecież nie chodzi o miot szczeniaczków, które chcemy zatrzymać, więc musimy je mieć pod kontrolą. Czy nie lepiej od razu sięgnąć do kredensu po środek na wszy? Albo ZNALEŹĆ GĘSTY GRZEBIEŃ? Taki, co wygląda, jakby lepiej się sprawdził w przetwórni, gdzie przerabiają mięso na mielone, niż na czyichś włosach?

Mama doliczyła do czterdziestu trzech wszy, zanim doszła do wniosku, że chyba mam rację, i zaczęła się rozglądać za kluczykami do samochodu; nie mieliśmy w domu żadnego środka na wszy, więc to był znakomity pretekst, żeby się wybrać do SUPERMARKETU.

Już szykowała się do wyjścia, gdy pojawił się tata. Drapał się po głowie i klatce piersiowej.

- Eve, chyba mam na coś alergię - poskarżył się. - Może to ten nowy proszek do prania, który miał sprawić, że moje koszulki będą pachniały lawendą? Bo rzeczywiście pachnę jak letni poranek, ale, wow, swędzi jak nie wiem.

ZAMARŁAM. Miałam straszne przeczucie, że kwiatowy płyn do prania nie ponosił tu żadnej winy.

Ale mama NIE SŁUCHAŁA. Była już jedną nogą za drzwiami i znowu wisiała na telefonie.

- Jak to: znalazłeś dwanaście otwartych puszek w zatoczce na autostradzie w Szwajcarii?

Tymczasem Śliwka, dawno pozostawiony samemu sobie, zgarnął członków swojego zoo do miski i właśnie wybierał największe sztuki, żeby urządzić im "wyścig" na kuchennym blacie.

JA NIE MOGĘ! SERIO? Mieszkam w domu, w którym mogę być narażona na oglądanie SZTAFETY WSZY.

Normalne to to na pewno nie jest.

WYNIK NA SKALI OBŁĘDU: 100/10.

13.00 - POD NAPIĘCIEM

Na szczęście byłam w stanie umknąć na trochę przed tym chaosem. Edward zaprosił mnie, Priyę i Theadorę na finał swoich mistrzostw w koszykówce na wózkach. Bardzo się na to cieszył. A Theadora jeszcze bardziej. Kupiła dla nas POMPONY i przez ostatni tydzień CODZIENNIE na przerwie obiadowej zmuszała nas do ćwiczenia układu tanecznego.

Podobał mi się jej entuzjazm, ale mniej byłam zachwycona kostiumami, które załatwiła. Bo to były stare mundury z ORKIESTRY DĘTEJ, do której należała jej mama. Już pomijając to, że mój kostium był z DZIESIĘĆ ROZMIARÓW za duży, zrobiono je z materiału, który generował PRĄD szybciej niż elektrownia.

Czegokolwiek się dotknęłam, zaraz rozlegał się ogłuszający TRZASK - wyładowywałam chyba z tysiące watów prądu.

Tak więc ja zmieniłam się praktycznie w CHODZĄCY SŁUP WYSOKIEGO NAPIĘCIA, a tymczasem Theadora - nie wiem jakim cudem - wyglądała POWALAJĄCO. Cekiny na mundurze podkreślały kolor jej oczu, sprawiając, że wydawały się one jeszcze bardziej niebieskie i ISKRZĄCE niż zwykle. A włosy miała takie lśniące, że Troy na pewno zacznie dopytywać, czy może pożyczyć sobie jeden z tych mundurów, jeśli tak działają na fryzurę.

Douglas Joiner, który miał prowadzić stragan z przekąskami, nie mógł oderwać od Theadory wzroku. Ale to akurat nie nowość, bo on ciągle się na nią gapi, a potem wpada na słupki bramki na boisku albo na biurko, albo na szkolny autobus. Jak już wlepi w nią gały, to koniec. Raz nasza drużyna pływacka spóźniła się na zawody, bo podczas meczu krykieta Douglas tak się zapatrzył na Theadorę, że wbiegł prosto na boczne lusterko ich busika. Z nosa poleciała mu krew, a tamci wytarli ją CZEPKIEM PŁYWACKIM Daniela Muldoona. I właśnie dlatego (tak twierdzili) przegrali całe zawody. Bo rzekomo Daniel nie mógł pływać na grzbiecie tak szybko jak zwykle, gdyż spowalniało go tarcie włosów o wodę. NIEŹLE SIĘ WKURZYLI. Ale Douglas Joiner powiedział, że sami są sobie winni, bo przecież mogli dać mu ręcznik do wytarcia nosa. W sumie ma rację.

No w każdym razie nasz układ taneczny zakończył się KATASTROFĄ. Edward był trochę przybity, bo po pierwszej połówce meczu jego drużyna przegrywała dwanaście do zera. Liczyłam na to, że poprawimy mu morale. Ale tak się nie stało. Zamiast tego przez nas reszta meczu została ODWOŁANA.

Zaczęło się wcale nieźle. "Dajcie nam E" i "Dajcie nam D" poszły gładko. Udało mi się nawet wykonać całkiem niezłe "W" przy użyciu nogi i obu pomponów. Ale wtedy Theadora zrobiła coś, czego nigdy nie ćwiczyłyśmy na próbach. Otóż przyniosła ze sobą starą buławę marszową swojej mamy, taką z kutego żelaza. W zestawieniu z moim mundurem, który produkował więcej prądu niż średniej wielkości ELEKTROWNIA... No, powiedzmy tylko, że nie była to dobra kombinacja.

W pewnym momencie Theadora podrzuciła buławę do ostatniego manewru, jednocześnie na cały głos skandując rymowankę, której kazała nam się nauczyć razem z układem. Nie jest to najlepsza pora, żeby o tym wspominać, jednak tekst brzmiał nieco dziwnie:

Ee, czy to ze mną jest coś nie tak? Bo... bo skandowanie o tym, że ktoś umie przegrywać z godnością, chyba nie jest specjalnie motywujące. Zwłaszcza gdy musisz dać z siebie wszystko w mistrzostwach. Nie wiem, czy na przykład drużyna Lwic śpiewałaby coś takiego przed ważnym meczem piłki nożnej.

Ale do rzeczy... W mosnęła słowo DAJĄ, podrzuciła buławę w powietrze, tak jakby chodziło o przećwiczony manewr (co nie było do końca prawdą). Chyba zamierzała ją złapać, ale wydaje mi się, że w najbliższym czasie nie ma szans na załapanie się do orkiestry dętej, bo buława ODBIŁA SIĘ RYKOSZETEM OD SUFITU i poleciała na Priyę i na mnie jak ODERWANE ŚMIGŁO HELIKOPTERA. Udało mi się wyciągnąć rękę i ją złapać, zanim wbiła mi się w czaszkę. Ale zanim mogłam uczcić fakt, że uniknęłam śmiertelnego zagrożenia, wszystko potoczyło się bardzo ŹLE.

Otóż Priya chwyciła buławę w tym samym momencie co ja. I chyba przesłałam jej przez nią taki ładunek elektryczny, że starczyłoby na zasilenie ulicznych dekoracji przez całe Święta. Najpierw usłyszałam TRZASK. Potem WRZASK. A potem Priya odrzuciła buławę akurat pod takim kątem, że trafiła w głowę sędziego. Dokładnie w momencie, gdy Theadora krzyknęła słowo "PRZEGRYWAJĄ".

I już. Sędziego tak ogłuszyło, że zaczął się przedstawiać jako Doris (choć w rzeczywistości ma na imię Duncan), więc finał trzeba było przerwać i ostatecznie drużyna Edwarda przegrała dwanaście do zera.

Theadora była wściekła, że układ się nie udał. Żona sędziego wspominała coś o tym, że pozwie nas o odszkodowanie. Nawet Edward, który NIGDY o NIC się nie gniewa, miał łzy w oczach. TO BYŁA KATASTROFA.

Tata Priyi rozpaczliwie usiłował naprawić sytuację, proponując, że kupi wszystkim po hot dogu ze stoiska z przekąskami. Ale i to się nie udało, bo okazało się, że Douglas Joiner sam pozjadał wszystkie hot dogi - właśnie trenuje do kolejnego konkursu jedzenia. Nie miał nawet żadnej lemoniady, bo w ramach eksperymentu postanowił sprawdzić, czy bąbelki nie pomogą mu w szybszym łykaniu bułek. Okazało się, że nie - i teraz Douglas siedział w łazience przy sali gimnastycznej i wyrzygiwał z siebie DWADZIEŚCIA SIEDEM HOT DOGÓW.

Gdy wychodziliśmy, Edward nagle coś zauważył.

- Harper, co ty masz na plecach? - zapytał.

- Nie wiem - odparłam. Spróbowałam się obejrzeć, prawie wykręcając sobie przy tym ramię. Kątem oka dojrzałam tylko coś żółtego, ale nadal nie wiedziałam co to.

- O RANY! - pisnęła Theadora z tak wstrząśniętą miną, że aż się zaniepokoiłam. - Skąd to się wzięło?

- Ale co takiego? - Zaczęłam panikować, bo po jej reakcji przestraszyłam się, czy nie chodzi o jakiegoś EGZOTYCZNEGO JADOWITEGO PAJĄKA z Amazonii albo coś w tym stylu.