3 października. Wąż i rurka do nurkowania
09.00
Nawet nie wiem, od czego zacząć. Z początku nie byłam pewna, czy po powrocie do szkoły dalej będę prowadziła ten dziennik. Zaczęłam go pisać w wakacje, żeby uwiecznić cały ten chaos w moim otoczeniu. Myślałam, że do tej pory sytuacja się trochę uspokoi, ale było do przewidzenia, że tak się nie stanie.
Jest sobota rano. Dopiero się obudziłam, a już pojawiły się problemy. A przecież weekend dopiero się zaczął!
Łazienka na górze nadal stanowi STREFĘ ZAKAZANĄ, co niestety oznacza, że nici z prysznica. Zakaz wprowadził tata, który od czasu "WYPADKU" w ostatni weekend wymienia tam płytki. Wczoraj wieczorem rozkleił na drzwiach niebieską taśmę z napisem NIE WCHODZIĆ, żeby na pewno nikt się tam nie zakradł.
Jakby chodziło o miejsce zbrodni. Zresztą może to i prawda...
Do tego dochodzi drobna kwestia... ZAGINIONEGO WĘŻA. Wrócę do tego za chwilę.
Obie te sprawy wywołują w naszym domostwie chaos. I naprawdę niełatwo się z nim uporać o tak wczesnej porze.
W tej chwili mama stoi w korytarzu, w jednoosobowej kolejce do toalety na dole. Ale toaletę okupuje Troy, który usiłuje pomieścić włosy w zlewie, żeby je umyć. To może trochę potrwać. Bo on ma naprawdę dużo włosów. Mój brat cierpi na OBSESJĘ na ich punkcie.
Tak w ogóle mama nawet nie potrzebuje skorzystać z toalety - chce ją tylko zdezynfekować. Sądzi, że dom pozbawiony choćby jednej bakterii zniechęci węża do urządzenia sobie w nim legowiska. Nie wiem, czy ma jakieś dowody na poparcie tej teorii, ale to nie przeszkodziło jej w zużyciu CZTERECH butelek domestosa, od kiedy wczoraj po południu dowiedzieliśmy się o tym wężu.
Tymczasem tata stoi na zewnątrz w kąpielówkach i zażywa, jak to określił, "naturalnego prysznica". Co sprowadza się do... moknięcia na deszczu.
- Troy, to chyba najlepszy pomysł, na jaki w życiu wpadłem! - usłyszałam, jak woła przez okno toalety na parterze.
Jakoś wątpię. Tak czy owak, Troy nie może odpowiedzieć, bo tkwi z głową w zlewie napełnionym wodą i jakąś setką produktów pielęgnacyjnych do włosów.
Ale muszę oddać tacie sprawiedliwość: wytrwałości mu nie brakuje. Stoi tak w ogródku, pokryty żelem pod prysznic, już od dobrej godziny. Zimna mżawka zwyczajnie nie chce go opłukać. Tata wygląda jak jedna wielka (i ROZTRZĘSIONA) chmura piany.
- Zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle potrzebny nam ten remont łazienki - ciągnął. Zęby chyba zaczęły mu szczękać. - Może przerobię ją na domową siłownię.
Okazało się, że Troy jednak go słyszał. Bo sam pomysł, że już nigdy nie odzyskamy łazienki, wystarczył, żeby wyciągnąć go (razem z włosami) z odpływu.
- Tato! - zawołał. - Tę łazienkę koniecznie trzeba naprawić. Ja potrzebuję prysznica. I to na już! Przez ostatni tydzień ze trzy razy prawie się tutaj utopiłem!
Po czym wyłonił się z toalety w masce do nurkowania.