Wstęp
Temat związków partnerskich jest bliski mojemu sercu, ponieważ to właśnie ogromna potrzeba miłości i bliskości ze strony drugiego człowieka była tym, co kilkanaście lat temu popchnęło mnie na drogę rozwoju duchowego. Niczego w swoim życiu nie pragnąłem tak gorąco, jak doświadczenia głębokiej, szczerej i bezkompromisowej miłości. Nie interesowały mnie powierzchowne relacje, ani żadne inne półśrodki. Uparłem się, że chcę czegoś prawdziwego - miłosnego zjednoczenia dwóch dusz, które doskonale się rozumieją, czują i koegzystują w pięknej harmonii. Pragnąłem dzielić swoje życie, ciało, umysł i uczucia z osobą, której sama obecność wzbudzałaby ogromne pokłady szczęścia, miłosnej błogości i spełnienia. Pragnienie było niezwykle silne, ponieważ od dziecka doświadczałem bardzo silnych wzorców odrzucenia (szczególnie na tym uczuciowym poziomie), a moja zniszczona samoocena sabotowała tworzenie jakichkolwiek bliższych relacji z innymi ludźmi. Byłem więc niezwykle spragniony miłości, czułości i bliskości, ale jednocześnie skrajnie zamknięty na to wszystko. Żyłem w przekonaniu, że nie jestem dość dobry, ciekawy i atrakcyjny, że tylko wadzę innym i byłoby najlepiej, gdybym całkowicie zniknął. I to właśnie narastająca rozpacz i bezsilność sprawiły, że coś we mnie pękło (doszedłem do granicy swojego cierpienia) i otworzyłem się na zmiany. Odkrywając rozwój duchowy i połączoną z nim autoterapię, wszedłem na drogę, która doprowadziła mnie do stworzenia naprawdę harmonijnej, cudownej relacji miłości, o jakiej zawsze marzyłem. W moim przypadku, jako osoby zaczynającej z poziomu wielu silnych obciążeń i ograniczeń, nie była to droga szybka i lekka. Najpierw 4 lata żmudnej pracy nad samooceną i innym istotnymi aspektami, w trakcie której nieraz wybijała niecierpliwość i zmęczenie ("ile jeszcze muszę przepracować, zanim uda mi się stworzyć związek?"). Potem był ten cudowny moment poznania mojej obecnej żony - zachłyśnięcie się szczęściem i radosne korzystanie z nowej relacji. To jednak był dopiero początek poważniejszej pracy nad sobą, ponieważ jak miałem się dowiedzieć - najtrudniejsze aspekty moich problemów wyciągnął ze mnie dopiero sam związek. Przed nami był ogrom pracy - uczenie się jak radzić sobie z naszymi emocjami i rozmawiać ze sobą w mądry sposób, budowanie zaufania i bliskości, odpuszczanie obciążających wzorców i schematów funkcjonowania, wspólne mierzenie się z trudnościami życia i wiele innych. Samo bycie w tym związku okazało się być dla mnie najcenniejszą i najskuteczniejszą praktyką duchową, jakiej kiedykolwiek doświadczyłem. Zajęło to też wiele długich lat, zanim wypracowaliśmy sobie taki poziom naszej relacji, aby móc szczerze powiedzieć, że jest naprawdę dobrze i najważniejsze sprawy działają tak, jak powinny. Nie kłócimy się i nie walczymy ze sobą (nawet jeśli pojawi się różnica zdań, rozwiązujemy to w cywilizowany sposób), ufamy sobie, codziennie cieszymy się swoją obecnością, okazujemy sobie mnóstwo miłości i generalnie jest nam ze sobą bardzo dobrze. Oczywiście wciąż są sprawy, które nie działają idealnie, wciąż uczymy się nowych rzeczy i wciąż przekraczamy kolejne ograniczenia - tak zapewne będzie przez całe życie. Rzecz w tym, że od pewnego czasu możemy z czystym sumieniem powiedzieć, że w końcu dojrzeliśmy w naszej relacji na tyle, aby naprawdę mądrze kochać siebie, jako wspierający partnerzy i przyjaciele, którzy zawsze stoją po swojej stronie, a nie przeciwko sobie.
Mając takie doświadczenia, dobrze wiem jak trudna potrafi być droga niekochanego dziecka, które musi zmierzyć się z ogromnym bólem odrzucenia i zniszczoną samooceną, zanim dopuści do siebie miłość ze strony drugiego człowieka. Jednocześnie mam świadomość, jak żmudne potrafi być wzrastanie już w samym związku, gdy uczysz się praktycznie od zera jak funkcjonują dojrzali ludzie (ponieważ twój dom rodzinny z dojrzałością nie miał nic wspólnego). Wiem, że każdy z tych etapów jest równie ważny i wymagający, więc dla każdego z nich znalazło się dostatecznie dużo miejsca w książce. Moją intencją było podejść do tematu związków możliwie jak najbardziej kompleksowo, opisując wszelkie istotne aspekty bliskich relacji. Nie jest to opracowanie naukowe, bazujące na cudzych doświadczeniach - są to przede wszystkim moje własne przemyślenia, wnioski i doświadczenia zarówno z kilkunastu lat własnej drogi, jak i również wieloletniej pracy z innymi ludźmi. Nie są to oderwane od życia teorie, ale kwestie bardzo praktyczne, które sprawdzają się zarówno w życiu moim, jak i osób, z którymi miałem przyjemność pracować do tej pory. Mam nadzieję, że również i Ty, drogi czytelniku, znajdziesz tutaj coś dla siebie.
Książkę podzieliłem na kilka części. Pierwsza z nich to klasyczne otwieranie się na związek. Omówimy sobie wszelkiego rodzaju przeszkody, społeczne schematy i inne pułapki, które mogą sabotować nam tworzenie relacji, wyjaśnimy niezwykle istotny aspekt harmonii w związku, a na końcu przejdziemy do szczegółowego omówienia samego procesu kreacji. Druga część koncentruje się na cyklu życia związków partnerskich - znajdziesz tam opis poszczególnych etapów każdego związku, wraz z mnóstwem wskazówek i porad na temat tego, co jest istotne na każdym z nich. Trzecia część dotyka nieco mniej przyjemnych tematów, rozkładając na czynniki pierwsze szereg popularnych obciążeń i problemów, które przejawiają się w bliskich relacjach. Z kolei ideą ostatniej części jest ukazanie zdrowych wzorców dojrzałej relacji - zarówno ogólnych fundamentów, jak i prawidłowych schematów w różnych dziedzinach życia (np. wspólne finanse, seks, wzajemna komunikacja). Zachęcam do czytania książki nie wyrywkowo, a w przedstawionej kolejności, ponieważ ta została tak dobrana, aby stopniowo wprowadzać w różne, przeplatające się zagadnienia. Niektóre tematy zostaną ogólnie rozrysowane na początku i doczekają się rozszerzenia w dalszych częściach książki. Nie przejmuj się, jeśli po lekturze kilku rozdziałów wciąż będziesz czuł niedosyt - dopiero po przeczytaniu całości zyskasz pełniejszy obraz. Przy okazji chciałbym zwrócić uwagę, że moje dwie poprzednie książki ("Praktyczny poradnik rozwoju duchowego" i "Fundamenty dobrej relacji ze sobą") nie są co prawda konieczne do tego, aby przyswoić treść poniższej książki, ale szczerze je polecam jako lekturę uzupełniającą. Pierwsza pozycja da ci konkretne narzędzia do pracy nad sobą i wyjaśni podstawowe zagadnienia związane z rozwojem duchowym - idealnie sprawdzi się, jeśli chcesz podejść bardzo praktycznie do wiedzy przedstawionej w poniższej książce. Druga z kolei porusza niezwykle ważną kwestię relacji ze sobą, która ZAWSZE będzie bardzo mocno rzutować na sferę związków partnerskich. To, jak czujesz się ze sobą, jak siebie postrzegasz i oceniasz, jak siebie traktujesz - to wszystko ma bezpośrednie przełożenie na kształt twoich relacji z innymi ludźmi - szczególnie tych bliskich, związkowych.
Chciałbym również zwrócić uwagę na to, że sama książka przeznaczona jest dla wszystkich osób, które są zainteresowane związkami partnerskimi - niezależnie od płci czy orientacji seksualnej. Osobiście uważam, że dusza nie posiada płci (ta jest cechą naszego fizycznego ciała), a wszelkie uwarunkowania damsko-męskie wynikają z kultury, społecznych schematów czy biologii, a nie naszej Boskiej natury. O tych uwarunkowaniach będziemy sobie oczywiście mówić, ponieważ one przejawiają się w różnym stopniu w sporej części populacji, ale chciałbym, żebyś miał świadomość, że mimo poruszania tych zagadnień - uważam, że żadna z płci nie jest lepsza, ani gorsza, na Boskim poziomie przejawiając dokładnie ten sam potencjał. Nie każda kobieta jest też typową kobietą, a nie każdy mężczyzna typowym mężczyzną. Kiedy więc będę pisał, że w przypadku kobiet często jest tak, a u mężczyzn inaczej - nie oburzaj się, ponieważ jak to będę nieraz podkreślał - chodzi tylko o pewne tendencje, od których oczywiście jest mnóstwo wyjątków. W pierwszej kolejności jesteśmy indywidualnymi jednostkami, a dopiero w dalszej kobietami i mężczyznami. Nie zmienia to jednak faktu, że istnieją pewne popularne schematy i głęboko zakorzeniane uwarunkowania, które mocno rzutują na temat związków i do których mimo wszystko warto się odnieść. Chciałbym jednak podkreślić fakt, że osobiście nie mam negatywnych emocji ani do kobiet, ani do mężczyzn, nie odczuwam też potrzeby faworyzowania mężczyzn w ramach męskiej solidarności (dla pewności konsultowałem też treści z żoną) - myślę, że dość bezlitośnie wyciągam tutaj grzeszki jednej i drugiej płci, nikogo nie oszczędzając. A zarówno panowie, jak i panie, mają naprawdę dużo za uszami.
Aby zachować czytelność, postanowiłem zrezygnować z odmieniania zaimków przez wszelkie możliwe przypadki czy wypisywanie wszelkich możliwych konfiguracji związków (kobieta szukająca mężczyzny, mężczyzna szukający kobiety, kobieta szukająca kobiety, itd.). Jako mężczyzna zwracam się więc do czytelnika w formie męskiej, a jego potencjalną drugą połowę będę określał mianem bezosobowego "partnera". Pisząc więc "twój partner" nie będę miał na myśli mężczyzny, tylko "tego człowieka", którego płeć czy orientacja może być dowolna. W ten sposób nikogo nie pomijamy (a myślę, że jest to też ważne, aby podkreślić, że pary heteroseksualne nie mają monopolu na związki), a jednocześnie nie rozpraszamy się zaimkową żonglerką. Od tej zasady będą małe wyjątki, gdy będę omawiał typowo damsko-męskie tendencje bądź sięgał po konkretne przykłady.
Na koniec chciałbym podziękować mojej cudownej żonie - nie tylko za pomoc przy tej i poprzednich książkach, ale również za to, że jest w moim życiu i za cały OGROM dobra, jaki do niego wnosi. Mam niesamowite szczęście, że właśnie w niej znalazłem swoją najlepszą przyjaciółkę i towarzyszkę na duchowej drodze.
Czy jestem wystarczająco dobry?
W społeczeństwie panuje dość powszechne przekonanie, że można być nie dość dobrym, aby zasługiwać na stworzenie związku partnerskiego. Najczęściej jest to budowane na wyobrażeniu, że należy przejawiać przynajmniej kilka cech, które tworzą swojego rodzaju "atrakcyjność". Mówimy tutaj o takich aspektach jak młodość, inteligencja, fizyczne piękno, okazały majątek i zarobki, wysoka pozycja w społecznej hierarchii, seksapil, ciekawe zainteresowania, wysoka charyzma i wiele innych. Są to czynniki, które z założenia wyróżniają nas ponad stan przeciętności, a więc siłą rzeczy nie są łatwo dostępne dla każdego. Gdyby było inaczej, to nie moglibyśmy mówić o niczym ponadprzeciętnym - byłaby to najzwyczajniejsza zwyczajność. Stąd można wyciągnąć prosty wniosek - skoro przeciętność jest tam, gdzie przejawia się większość, a społecznie postrzeganą atrakcyjność przypinamy tylko do tych wyjątkowych, rzadziej spotykanych zjawisk, to znaczy, że zdecydowana większość ludzi zostanie wrzucona do worka "nieatrakcyjnych". Cóż to oznacza dla związków? Czy to, że te 10-20% "atrakcyjnych" zasługuje na bliskie relacje miłości, a cała reszta świata ma siedzieć w domu i się nie wychylać? Czy ci "przeciętni", choć stanowią zdecydowaną większość, mają czuć się jak gorsza mniejszość? To zdecydowanie nie jest w porządku, aby odpowiadać na te pytania twierdząco.
Niestety, ludzie na ogół podchodzą od złej strony do tego systemu. Zamiast się z niego wyłamywać, próbują desperacko przejść na stronę "atrakcyjnych". Wykonują więc niesamowite akrobacje, aby się pokazać i sprzedać pewien wizerunek siebie, co wyraźnie widać choćby w mediach społecznościowych. Zewsząd docierają do nas natarczywe wręcz obrazy: "zobacz jak dobrze się bawię, jaki jestem szczęśliwy, jakich mam cudownych przyjaciół, jakie mam ciekawe pasje, jak wiele osiągam, jak dobrze leży na mnie ta sukienka, na jak drogie wakacje mnie stać". Widząc tylko wycinek czyjegoś życia, zaczynamy wierzyć, że prawie wszyscy należą do grupy atrakcyjnych, a tylko my utknęliśmy z małą grupką dziwaków w tej drugiej drużynie. To, czego nie dostrzegamy to fakt, że ci ludzie często wręcz desperacko walczą o uwagę, co wynika tak naprawdę z ich kompleksów, braków i niepewności. W sprzedawanych obrazach nie ma pełnego przekazu, nie widzimy tego, że tutaj wpleciono też takie informacje jak: "tak naprawdę boję się, że nikt mnie nie pokocha, jeśli będę zwyczajna, nie dogaduję się z rodziną i chyba mam depresję, mam dużo znajomych, ale żadnych bliskich przyjaciół, czuję się samotny i często płaczę bez powodu". Nie widzimy tego wszystkiego, dopóki ci ludzie nam tego nie pokażą, a na to jest z reguły mała szansa, gdy mamy do czynienia z desperacką gonitwą za atrakcyjnością. Nasz umysł z kolei bardziej skupia się na tym, co realnie widzi, niż na tym, czego może się jedynie domyślać czy sobie wyobrażać na czyjś temat, więc siłą rzeczy łatwiej przyjmować to, co jest nam sprzedawane. Z tego powodu większość ludzi staje przed dylematem - dołączyć do tej gonitwy i też desperacko walczyć o łatkę osoby atrakcyjnej czy olać to wszystko, ale czuć się jak ktoś gorszy i mniej ciekawy? Oczywiście jest jeszcze trzecia droga, czyli poszerzanie samoświadomości i stawianie fundamentów zdrowej samooceny, w oderwaniu od społecznych schematów i gierek. To wymaga jednak już nieco większego zaangażowania oraz świadomości, że taka możliwość w ogóle istnieje.
Tutaj warto zadać sobie kilka pytań. Kto decyduje o tym, co jest wystarczająco dobre i atrakcyjne do tworzenia związków, a co nie? Na jakiej podstawie są ustalane takie kryteria? Czy miłość jest tylko dla wybranych? Czy ja muszę być częścią tego społecznego systemu? Czy jeśli ja zignoruję ten system i moja potencjalna druga połowa będzie mieć takie samo podejście, to czy w takim razie ma to jakieś znaczenie, że inni ludzie się w to bawią? Czy muszę się ograniczać tylko dlatego, że inni się ograniczają?
Najgorsze, co możemy zrobić w tym temacie, to przyjąć te społeczne, ograniczające założenia za coś pewnego i niezmiennego, a następnie próbować na siłę dopasować siebie do tego systemu. To zawsze prowadzi tylko do cierpienia i rozczarowań. Koń może namalować sobie czarno-białe paski, ale to nie czyni z niego zebry. Twoim zadaniem nie jest stać się kimś innym, aby osiągnąć atrakcyjność. Twoim zadaniem jest odkrywać atrakcyjność, która już w tobie jest, a która wynika z twojej prawdziwej, Boskiej natury. Niezależnie od tego kim jesteś, jest w tobie Boskie piękno i cudowna wartość. Możesz tego jeszcze nie czuć i nie rozumieć, ale to naprawdę w tobie jest i tylko czeka na ujawnienie.
Teoretycznie możesz też zbudować wokół siebie schematy, wzorce i zachowania, które będą działać odrzucająco na innych ludzi. Możesz być nieprzyjemnie zboczony, wulgarny, agresywny, małostkowy, szowinistyczny, itp. itd. - możliwości jest naprawdę wiele. Przejawiając te cechy zapewne będziesz czuć się nie dość dobry, ale tutaj istotne jest zauważenie tego, że to wszystko nie jest prawdą o tobie. To są tylko sztuczne maski, nakładane z różnych powodów (w którymś momencie pogubiłeś się, zostałeś skrzywdzony, cierpisz), ale tak naprawdę to nie jesteś ty. Tutaj o wiele ważniejsze od samego faktu, że one są - jest to, jakie masz do nich podejście. Czy zamierzasz się ich kurczowo trzymać i je pielęgnować, czy pracujesz nad sobą, aby to wszystko uzdrawiać w sobie i w zamian otwierać na sposób przejawiania się bliższy twojemu sercu i twojej duszy?
Zauważ też, że aby móc stworzyć związek - nie tylko nie musisz szczególnie mocno przejawiać tych ponadprzeciętnych cech, które tworzą społeczną atrakcyjność, o której wspominaliśmy wcześniej. Możesz nawet przejawiać cały szereg tych mniej przyjemnych cech i wciąż może znaleźć się ktoś, kto będzie chciał tworzyć z tobą bliską relację. Jest to skrajny przykład, ale zwróć uwagę, jak często mówi się o toksycznych związkach, gdzie dochodzi do różnego rodzaju przemocy, gwałtów, alkoholizmu i wielu innych patologicznych zachowań. Nawet tacy ludzie tworzą związki, ponieważ prawda jest taka, że absolutnie każdy może je tworzyć - choćby nawet i najgorsi degeneraci. To, jak się przejawiają partnerzy i na co są otwarci, ma oczywiście wpływ na to, jaka jest jakość tego związku, ale generalnie tworzyć go sobie mogą dowolni ludzie. Wynika to z faktu, że ta możliwość nie otwiera się tylko dla tych, którzy coś sobą reprezentują (jak może ci się podświadomie wydawać), a tak naprawdę dla każdego, kto po prostu sobie na to pozwala. Pozwolenie jest tutaj słowem kluczowym, ponieważ to właśnie ten czynnik jest tutaj najważniejszy. Jeśli nie wychodzą ci związki mimo nawet usilnych prób, to nie dlatego, że jesteś za mało przystojny, bogaty czy inteligentny. Nie masz związku, ponieważ używasz braków i problemów w tym (czy dowolnym innym) zakresie jako argumentów do tego, aby nie dać sobie przyzwolenia na związek. Możesz projektować to na innych, wmawiając sobie, że to oni ci to robią (np. mówiąc, że kobiety "lecą tylko na kasę", a ty tej kasy przecież nie masz), ale tak naprawdę, to ty sam tworzysz sobie ograniczenie, w którym się zamykasz. W twoim otoczeniu (niekoniecznie bezpośrednim, jeśli się mocno zapierasz we wzorcach) z pewnością jest wiele kobiet, dla których kwestie finansowe są mało istotne w temacie związku, ale to ty nie chcesz pozwolić sobie poczuć, że ktoś mógłby ciebie szczerze chcieć i kochać, nawet gdy jesteś spłukany. Niezwykle ważne będzie więc to, abyś przestał sobie wmawiać, że nie jesteś dość dobry, ponieważ to niepotrzebnie zaniża twoją samoocenę związkową i sabotuje twoje uczucie przyzwolenia. Każdy z nas ma cały szereg takich toksycznych wymówek i jeśli nie czujesz się dostatecznie atrakcyjny, chciany i kochany, to gwarantuję ci, że na jakimś poziomie podświadomości siedzi w tobie brak własnego przyzwolenia na to, uzasadniony różnymi argumentami. Twoim zadaniem będzie odkrywanie tych argumentów i taka praca z nimi, aby otworzyć się na naturalne, niewymuszone i szczerze przyzwolenie z poziomu serca.
Gdy poznałem swoją obecną żonę, oboje byliśmy jeszcze bardzo młodzi, pogubieni i emocjonalnie skrzywieni z powodu traum z dzieciństwa. Problemy z którymi sobie nie radziliśmy, sprawiały, że niezbyt nadawaliśmy się do tworzenia zdrowego związku, ale niezwykle mocno pragnęliśmy i potrzebowaliśmy miłości oraz bliskości. I z jednej strony była między nami ogromna harmonia i miłość, które nas przyciągały i prowadziły we właściwym kierunku, ale było też dużo bólu i ranienia siebie nawzajem. Gdyby ktoś w tamtym momencie powiedział, że nie nadajemy się do tworzenia związku, to w pewnym sensie miałby rację, ale jak inaczej mielibyśmy to zmienić, jak nie poprzez praktyczną naukę? Chociaż czasami sobie nie radziliśmy z tym, co się działo, chociaż nie raz walczyliśmy przeciwko sobie, na końcu każdego dnia staraliśmy się wspólnie rozmawiać, naprawiać, zrozumieć siebie nawzajem i robić wszystko, co się tylko da, aby było lepiej. Wspólnie wspieraliśmy się w tym, aby stać się dość dobrymi partnerami dla siebie i ostatecznie okazało się, że to wszystko miało sens. Każdy kolejny rok relacji stawał się coraz lepszy, a to co przeszliśmy razem, zbudowało ogromną więź, zaufanie i bliskość. To doświadczenie dało mi pewność, że absolutnie każdy człowiek, niezależnie od tego na jakim etapie życia jest - może potencjalnie stworzyć sensowny związek. To nieważne jak bardzo pogubiony jeszcze jesteś. Jeśli masz w sobie szczerą chęć, aby z tego wyjść i naprostować swoje życie - z pewnością znajdzie się ktoś, kto jest na twoim poziomie i kto tak samo jak ty, chce zmierzać w kierunku wyższej jakości. Możecie razem wspierać się w tym, aby zrealizować ten cel, a z własnego doświadczenia wiem, że tak jest szybciej, choć też intensywniej i nie zawsze łatwiej. To tak naprawdę zależy tylko od twoich preferencji, czy chcesz sobie dać jeszcze czas na terapię i poukładać sobie pewne sprawy, zanim zaczniesz tworzyć bliskie relacje czy może wolisz od razu skok na głęboką wodę. Pamiętaj jednak, że to jest twój wybór, a nie coś, co zostało ci narzucone. Nie twórz więc sobie wyobrażeń, że to świat może uznać cię za nie dość dobrego i ci coś odbierać - to jest tylko i wyłącznie twoja własna decyzja (nawet jeśli jest ona bardziej podświadoma niż świadoma).
Na koniec wspomnę o jeszcze jednym, popularnym schemacie, który prowadzi do czucia się nie dość dobrym partnerem, a który najczęściej uaktywnia się w przypadku rozstań i odrzuceń. Wiele osób ma tendencję do myślenia, że jeśli ktoś ich nie chce, to znaczy, że coś jest z nimi nie tak i nie są dość dobrzy jako partnerzy. Tymczasem w większości przypadków chodzi o problem ze wzajemnym dopasowaniem (np. na poziomie oczekiwań, celów, sposobu bycia, komunikacji, wrażliwości, temperamentu i wielu, wielu innych). To, że nie jesteś odpowiedni dla kogoś konkretnego, nie czyni cię uniwersalnie złym partnerem. Ba, tak naprawdę nie będziesz odpowiedni dla zdecydowanej większości ludzi, tak jak większość ludzi nie będzie odpowiednia dla ciebie. To jest jak najbardziej normalne zjawisko, ponieważ taki naprawdę jakościowy związek wymaga porządnej harmonii na wszystkich fundamentalnych poziomach (o niej powiemy sobie więcej w kolejnym rozdziale). Bez odpowiedniej harmonii, czyli właściwego dopasowania partnerów - związek z założenia nie ma prawa działać w zdrowy sposób, a więc porażka nie jest winą tego, że jeden z partnerów przejawia się w taki, a nie inny sposób. Głównym winowajcą jest tylko ta intencja, która sprawiła, że na siłę próbowaliście stworzyć coś, co od podstaw nie miało potencjału do prawidłowego działania. Zazwyczaj jest tak, że osoba która inicjuje rozstanie, jest tą pierwszą, która to sobie uświadomiła, a strona która rozpacza i nie chce się z tym pogodzić, jeszcze tkwi w samooszukiwaniu się. Cóż, jeśli będziesz upierał się przy przekonaniu, że to miał być ten właściwy związek, to w przypadku jego rozpadu, nie pozostanie ci nic innego jak obwiniać siebie albo drugą stronę (w końcu gdzieś ta odpowiedzialność musi leżeć). Dużo ludzi ma z tym problem. Gdy wchodzą w relację z kimś, kto wydaje im się bardzo, bardzo atrakcyjny i wyjątkowy - nie zwracają uwagi na to, czy ta osoba w ogóle do nich pasuje. Załóżmy, że mamy mężczyznę, który praktycznie stracił głowę dla pięknej kobiety. Odczuwa on ogromne pragnienie bycia z nią, emocje szaleją, pożądanie bucha z siłą wulkanu, a sama kobieta reprezentuje sobą coś, czego nie doświadczył przy żadnej innej. To już spokojnie wystarczy, aby poczuć ogromny przymus i parcie na bycie razem bez jakiegokolwiek brania pod uwagę, że może tutaj nie być odpowiedniej harmonii. On po prostu nie uwzględnia tego, że może być zaślepiony, nakręcony własnymi brakami i źle nastawiony z powodu nieczystych intencji wobec samego siebie. Odczuwa więc ogromny dramat, gdy okazuje się, że ten jego ideał nie jest nim zainteresowany. Wyciąga powierzchowny wniosek na zasadzie: "ona jest dla mnie ideałem, ale mnie nie chce, więc widocznie ja już nie jestem dla niej ideałem, czyli jestem beznadziejny i mało atrakcyjny". Upieranie się przy tym, że to musi być właśnie ta, a nie inna osoba, często prowadzi do przykrych emocji. Tymczasem tutaj mężczyzna powinien wyciągnąć zupełnie inny wniosek: "Skoro ona nie chce bądź nie może być ze mną, to najwidoczniej się myliłem i jednak nie jest moim ideałem. Może i ma dużo cech mojego ideału, ale nie posiada tej najważniejszej - chęci i gotowości do bycia ze mną. Muszę w takim razie szukać dalej.".
Jeśli układałeś kiedykolwiek puzzle, zapewne nie raz zdarzyło się, że na pierwszy rzut oka dany element pasował do konkretnego miejsca w układance, ale ostatecznie okazało się, że to jednak nie było właściwe dla niego miejsce. Może niepotrzebnie umieściłeś go tam nieco na siłę i dopiero po czasie okazało się, że tak naprawdę powinien się tam znaleźć inny puzzel. Zwróć uwagę na kilka rzeczy. Czy ułożyłbyś cały obrazek, gdybyś upierał się do samego końca przy nieprawidłowym ustawieniu? Czy sam fakt, że puzzel okazał się nie pasować do drugiego - czy czyni to którykolwiek z nich jakimś gorszym elementem? Czy to znaczy, że masz w złości wyrzucić go do śmieci? Jeśli to zrobisz, to zabraknie ci go w innym miejscu i wtedy jakiś inny element nie będzie miał kogoś do pary. Jeśli cały obrazek ma zostać ułożony, nie możesz się przy niczym upierać - musisz pokornie dopasować każdy element do właściwego mu miejsca - bez kombinowania i wymyślania. Nie przycinasz i nie przemalowujesz żadnego z puzzli, aby go wcisnąć gdziekolwiek na siłę, bo doskonale wiesz, że to zemści się na tobie później i nie ułożysz tego obrazka. Czemu więc nie możesz wdrożyć tych samych zasad do własnego życia i relacji z ludźmi, gdzie to wszystko działa praktycznie tak samo, a konsekwencje kombinowania są dużo poważniejsze? Jeśli ludzie do siebie nie pasują, to żaden z nich nie jest gorszy z tego powodu - po prostu każde z nich musi znaleźć "swoje własne puzzelki", które będą się z nimi doskonale uzupełniać. A jeśli nie będziesz chciał się z tym pogodzić i będziesz próbował na siłę się zmienić, dostosować do oczekiwań - to ten fakt i tak prędzej czy później wyjdzie podczas budowania związku. Im później do tego dojdzie, tym bardziej będzie bolało.