Harlem - Tomasz Zalewski
27.99 zł
16.79 zł
(23,23 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Pod cokołem pomnika siedzi kilkunastu z bębnami. Wybijają rękami jednostajny rytm. Wyłożony kamiennymi płytami plac wypełnia monotonne tam-tam, tam-tam, tam-tam... Czarnoskórzy mężczyźni mają nieruchome twarze niewyrażające nic poza determinacją, żeby bębnić. Przychodzą tu codziennie przed zachodem słońca, siadają pod pomnikiem i zaczynają swoją pracę. W cieplejsze dni ludzie na placu tańczą w rytm bębnów. To rytm afrykański, muzyka dżungli, wezwanie do bitwy albo do modlitwy.
Posąg, którego cień pada na bębniarzy, przedstawia Adama Claytona Powella, pierwszego czarnego kongresmana z Nowego Jorku, jednego z największych afroamerykańskich przywódców. Stoi na placu jego imienia, przed piętnastopiętrowym gmachem urzędów stanowych i federalnych. To centralny plac nowojorskiego Harlemu. Mojej dzielnicy.
Jak się tu znalazłem?
Zawsze chciałem mieszkać na Manhattanie. Ale nawet w East Village, gdzie wynajmowałem kiedyś skromną klitkę, w 2013 roku czynsze okazały się za wysokie. Ktoś poradził: spróbuj w Harlemie. Taniej i tylko kwadrans metrem do Metropolitan Museum i Lincoln Center.
- Harlem to też Manhattan - powiedział.
Tak o Harlemie nie myślałem. Byłem tam przedtem tylko raz, chyba jakoś w 1990 roku. Opustoszałą ulicą szliśmy ze stacji metra do kościoła Abyssinian Baptist Church na niedzielne nabożeństwo z chórami gospel. Byliśmy jedynymi białymi. Przed bramami wypalonych kamienic leżeli wychudzeni, obdarci mężczyźni. Zaczepiali nas żebracy. W kościele czarny pastor uroczyście przywitał nas, garstkę siedzących na balkonie, słowami: "nasi drodzy goście". Chór śpiewał wspaniale. Wysłuchaliśmy go i więcej nie wróciliśmy. Do Harlemu się wtedy nie jeździło, zwłaszcza po zmroku.
Ale to było dawno. Wiosną 2013 roku pojechałem tam na próbę, znowu w niedzielę. Ulice nie przypominały już przygnębiającego murzyńskiego getta. Główna arteria, Lenox Avenue, pełna była ludzi i samochodów. Do kościoła Abyssinian Baptist Church ciągnęła się tasiemcowa kolejka turystów wszelkich ras i narodowości.
Spojrzałem na mapę - Harlem nie tylko leży na Manhattanie, leży w jego środku. Nazwa uptown jest myląca. Przypomniałem też sobie, że zawsze uwielbiałem jazz - Dizzy'ego Gillespiego, Theloniusa Monka, Milesa Davisa i Ellę Fitzgerald, która śpiewała kiedyś w Warszawie, a debiutowała w teatrze Apollo. Tym samym, którego neon świecił przede mną w oddali na 125 Ulicy. Gillespiego, Monka, Elli i innych dawno już nie ma, ale - pomyślałem sobie - jeśli jest życie po życiu, ich duchy muszą mieszkać właśnie tutaj. Będę szukał ich śladów w tym magicznym miejscu.
*
Już wiedziałem, że zostanę w Harlemie na dłużej.
Polscy znajomi dziwili się, kiedy oznajmiłem, gdzie będę mieszkać. Amerykanie, jak to oni, udawali, że się nie dziwią.
- Cóż, będzie ci łatwiej, jesteś Europejczykiem - powiedział tajemniczo jeden z nich. I zarekomendował polskiego przedsiębiorcę budowlanego, który odnawia w Harlemie domy. Rodak polecił hotelik typu bed-and-breakfast naprzeciwko remontowanej przez siebie kamienicy, prowadzony przez Kanadyjkę z Quebecu imieniem Giselle.
Mieszkam tam od tygodnia. Pensjonat mieści się w brownstone, wiktoriańskiej kamienicy z brązowego kamienia na rogu Lenox Avenue i 122 Ulicy. W takich domach ich właściciele kwaterowali kiedyś czarnoskórych przybyszów z Południa, upychając rodziny w pokoikach powstałych z dzielenia eleganckich salonów poprzednich lokatorów. Giselle wynajmuje pokoje białym studentom i młodym turystom. Pensjonat nie ma szyldu. Giselle żąda opłaty z góry, w gotówce, żadnych czeków, pieniądze z ręki do ręki. Inkasuje je Jesus, dwudziestolatek z Meksyku, złota rączka. Za dwadzieścia dolarów ochoczo wniósł ciężkie bagaże na czwarte piętro po skrzypiących drewnianych schodach. Ale kiedy sufit w mojej klitce na ostatnim piętrze zaczął w czasie burzy przeciekać i kawałek mokrego tynku uszkodził drukarkę, Jesus nie miał czasu na naprawę dachu. "Jesus is very busy" - mówi Giselle.
Pokój ma rozmiary więziennej celi, cztery na dwa metry, klimatyzacji brak, a przez otwarte okno bez siatki atakują komary. W nocy cisza jest rzadkim luksusem - wyją syreny karetek i radiowozów policyjnych, ryczą motocykle prowadzone przez nastolatków, którzy podrywają je do góry i popisują się jazdą na jednym kole. Co kilka minut dudni podziemny pociąg biegnącej wzdłuż ulicy linii metra. Słychać podniesione głosy. Zza ściany, gdzieś z dołu, dochodzi jednostajny stukot perkusji. Ktoś ćwiczy przed koncertem. Trudno spać, ale nad ranem wszystko wynagradza widok z pokoju - jego okno wychodzi na majestatyczny kościół episkopalny Świętego Marcina z XIX wieku w pseudoromańskim stylu, z wieżą mieszczącą jeden z największych na świecie zespołów dzwonów.
W suterenie mojego hoteliku otwarto niedawno restaurację Boulevard Bistro, z kuchnią francusko-włoską. Gości, białych i czarnych, nie brakuje. W restauracji ruch, bo biali nowojorczycy nie lubią gotować; wolą stołować się na mieście. W poniedziałek wieczorem czarna wokalistka nuci Summertime w nowej aranżacji, przy akompaniamencie pianina, kontrabasu i perkusji. Przepięknie.