Harde babki (#2). Bez przebaczenia - Sylwia Kubik

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Rozej­rzała się po małej zagra­co­nej kuchni, w któ­rej śmier­działo reszt­kami jedze­nia oraz nagro­ma­dzo­nymi śmie­ciami z kilku dni. Wes­tchnęła ciężko i odsu­nęła nogą worki tara­su­jące przej­ście. Miała je wynieść wczo­raj, ale zadzwo­nili do niej z pracy, że ma przyjść wcze­śniej. Stawka eks­tra, więc nie zasta­na­wiała się, tylko wcią­gnęła na sie­bie ubra­nie i pobie­gła. Dzi­siaj zaczy­nała dopiero o sie­dem­na­stej, ale wcze­śniej miała tre­ning, więc wypa­dało coś zjeść.

Się­gnęła po patel­nię i, lawi­ru­jąc nad sto­sem naczyń, pró­bo­wała usu­nąć przy­pa­lone resztki cebuli i kieł­basy. Po kilku pró­bach stwier­dziła, że nic z tego nie będzie, i nalaw­szy do niej wody, odsta­wiła na brzeg blatu.

- Dobra, zjem owsiankę - mruk­nęła do sie­bie, wygrze­bu­jąc spod stosu bru­dów ostatni czy­sty gar­nek.

Wlała do niego mleko, wsy­pała kilka gar­ści płat­ków i usta­wiw­szy mały pło­mień, usia­dła przy chy­bo­czą­cym się stole, pamię­ta­ją­cym lata wcze­snego PRL-u.

Kuch­nia była wąska, zabu­do­wana meblami robio­nymi na zamó­wie­nie. Tak jakoś ze trzy­dzie­ści albo i wię­cej lat wcze­śniej. Całe miesz­ka­nie skła­dało się z dwóch pokoi, małej kuchni i łazienki. Typowe miesz­ka­nie w bloku. Tym się jed­nak róż­niło od innych, że całe było zasta­wione meblami z cza­sów komu­ni­stycz­nych, wypeł­nio­nymi krysz­ta­łami, por­ce­laną z Cho­dzieży i pościelą kupioną pew­nie jesz­cze w pewek­sie.

Wła­ści­ciel był wie­kowy i zamiesz­kał z córką, a ona wyna­jęła to miesz­ka­nie po bar­dzo atrak­cyj­nej cenie. Był jed­nak waru­nek, na który więk­szość oglą­da­ją­cych się nie godziła, za to Lilka przy­stała bez pro­blemu - mia­no­wi­cie zawar­tość szaf musiała pozo­stać nie­tknięta. W każ­dym z dwóch pokoi udo­stęp­niona była tylko część meblo­ścianki, reszta zaś na maksa upchana rze­czami wła­ści­ciela, który raz na pół roku przy­cho­dził oglą­dać swoje skarby. To był drugi waru­nek, już zata­jony, o któ­rym dowie­działa się, gdy sędziwy sta­ru­szek otwo­rzył swoim kom­ple­tem klu­czy drzwi i wszedł do miesz­ka­nia.

Na szczę­ście była w domu. Widok nie­co­dzien­nego wła­my­wa­cza tak ją zasko­czył, że dłuż­szą chwilę stała w wąskim kory­ta­rzu, przy­glą­da­jąc się intru­zowi.

- Kim pan jest?

- Ja? - zapy­tał lekko zdzi­wiony męż­czy­zna. - Sobą. A pani?

Zamru­gała szybko.

- Eee, też sobą. Chyba.

- To chyba czy na pewno?

- W sumie to nie wiem - odparła szcze­rze. - Ale co pan tu robi?

- Prze­gląd - odpo­wie­dział spo­koj­nie i ruszył ku więk­szemu poko­jowi, który nale­żał do jej współ­lo­ka­torki Pau­liny Szcze­pa­nik.

- Jaki prze­gląd? I w ogóle skąd ma pan klu­cze do miesz­ka­nia?

- Z domu, a skąd? - mruk­nął nie­zra­żony i pod­szedł do seg­mentu, gdzie ostroż­nie prze­su­nął szklaną szybkę, która, gło­śno pisz­cząc, zachy­bo­tała się lekko.

Pew­ność, z jaką maj­ster­ko­wał przy meblach, i tro­ska, z jaką wycią­gał poszcze­gólne naczy­nia, by bacz­nie im się przyj­rzeć, szybko pod­su­nęła jej odpo­wiedź, kim mógł być ten prze­dziwny wizy­ta­tor. Zosta­wiła go więc w pokoju i wyszła do kuchni, żeby zadzwo­nić do kobiety, od któ­rej wyna­jęła miesz­ka­nie.

- Pani Mario, Lilka Janicka z tej strony.

- Tak? Stało się coś? Jakaś awa­ria?

- Można tak powie­dzieć.

- Nie rozu­miem. Pro­szę się nie wygłu­piać, tylko mówić kon­kret­nie, bo mam teraz pilne sprawy na gło­wie - odparła ziry­to­wana kobieta.

- Do miesz­ka­nia przy­szedł jakiś star­szy pan. Miał klu­cze i po pro­stu sobie wszedł.

- Dzięki Bogu! To mój ojciec. Szu­kamy go od kilku godzin, ale nie przy­szło nam do głowy, że mógł pójść do swo­jego sta­rego miesz­ka­nia. No doprawdy, że o tym nie pomy­śle­li­śmy! Totalne gamo­nie z nas.

Liliana przy­znała jej w duchu rację, ale przez grzecz­ność nie potwier­dziła.

- Zaraz po niego przy­je­dziemy. Pro­szę go zatrzy­mać.

- Nie wygląda, jakby miał zamiar wyjść.

- Nie? A co robi?

- Prze­gląda szkła.

- O matko... No tak, gru­dzień jest. Zawsze dwa razy w roku wszystko wycią­gał i czy­ścił. Na Wiel­ka­noc i na Boże Naro­dze­nie wła­śnie.

- Nie mówiła mi pani o tym - wytknęła jej Lilka, która co prawda zgo­dziła się na spe­cy­ficzny waru­nek nie­ru­sza­nia wypo­sa­że­nia miesz­ka­nia, ale nie było mowy o odwie­dzi­nach star­szego pana, który jak gdyby ni­gdy nic szpera po sza­fach.

- Prze­pra­szam. Naprawdę bar­dzo prze­pra­szam. Ojciec mieszka z nami już jakiś czas i myśla­łam, że zapo­mniał o tym zwy­czaju.

- Naj­wi­docz­niej nie.

- Prze­pra­szam, zaraz u pani będę, to poroz­ma­wiamy.

Roz­mowa na nie­wiele się zdała, bo pan Sta­ni­sław rozu­miał oczy­wi­ście, że miesz­ka­nie jest wyna­jęte, ale nie przyj­mo­wał do wia­do­mo­ści, że nie może przy­cho­dzić w odwie­dziny do swo­ich uko­cha­nych szkieł i regu­lar­nie, dwa razy w roku, poja­wiał się nie­za­po­wie­dziany w miesz­ka­niu przy ulicy Mic­kie­wi­cza.

Pau­lina ostro pro­te­sto­wała prze­ciwko takiej inge­ren­cji w jej pry­wat­ność, lecz Lilka przy­my­kała na to oko. Star­szy pan zaś nie przej­mo­wał się ani jej przy­my­ka­niem oka, ani dez­apro­batą Pau­liny i w okre­sie świą­tecz­nym po pro­stu się zja­wiał.

Lilka uświa­do­miła sobie wła­śnie, że teraz nie przy­szedł, a prze­cież była już Wigi­lia. Dziwne, bar­dzo dziwne. Może umarł?, pomy­ślała ze smut­kiem. Nie dane było jej jed­nak poświę­cić się dłu­żej tej myśli, gdyż zapach spa­le­ni­zny opa­no­wał kuch­nię, a siwy dym spo­wił każdy zaka­ma­rek małego pomiesz­cze­nia.

- Cho­lera jasna! - zawo­łała, zry­wa­jąc się z wysłu­żo­nego krze­sła. - Moje śnia­da­nie!

Chwy­ciła ścierkę, zła­pała gar­nek za ucho i wrzu­ciła do zlewu, po czym zalała zimną wodą. Gło­śne syk­nię­cie prze­cięło powie­trze. Spoj­rzała na rezul­tat swo­jego goto­wa­nia. Płatki owsiane zmie­niły kolor na czarny i mocno przy­warły do ema­lio­wa­nych ścia­nek garnka.

- Tego nie da się ura­to­wać - powie­działa z nie­chę­cią. - Do wywa­le­nia.

Nie­pla­no­wany wyda­tek nie był jej na rękę. Otwie­ra­jąc okno, szybko robiła w myślach zesta­wie­nie wydat­ków. Czynsz już zapła­ciły, ale leżał jesz­cze rachu­nek za prąd i gaz. Okna były nie­szczelne, więc mimo sto­so­wa­nych uszczel­nia­czy mnó­stwo cie­pła wyla­ty­wało przez szpary. Do tego koń­czył jej się kar­net na siłow­nię, a i tre­nera musiała opła­cić. Dobrze, że świąt nie wypra­wiam i pre­zen­tów nie kupuję, pomy­ślała z gory­czą.

Fakt. Od lat nie obcho­dziła świąt. Wła­ści­wie od czasu, gdy ukoń­czyła osiem­na­ście lat i opu­ściła Mło­dzie­żowy Ośro­dek Wycho­waw­czy. To tam po raz ostatni świę­to­wała Boże Naro­dze­nie. Na samą myśl o tym miej­scu, a wła­ści­wie poprzed­nim, w któ­rym była, żołą­dek zaci­skał się w twardą kulę, a żółć pod­cho­dziła do ust.

Się­gnęła po szklankę, napeł­niła ją kra­nówką i wypiła jed­nym hau­stem, żeby prze­go­nić ohydny posmak. I jesz­cze ohyd­niej­sze wspo­mnie­nia. Naj­chęt­niej wyma­za­łaby te lata z pamięci. Cza­sami nawet uda­wało jej się o nich zapo­mnieć, ale wra­cały niczym bume­rang. I to w naj­mniej ocze­ki­wa­nych momen­tach, spra­wia­jąc, że ponow­nie czuła się głu­pia, bez­silna i nic nie­warta.

- Cho­lera! Spóź­nię się na tre­ning! - prze­ra­ziła się, zer­ka­jąc na tyka­jący na ścia­nie wielki sta­ro­świecki zegar z waha­dłem. - Kozan urwie mi głowę!

Tomasz Kozan nie tole­ro­wał spóź­nień. Ani nie­dbal­stwa. Wkła­dał mak­si­mum sie­bie w tre­no­wa­nie i tego samego wyma­gał od przy­go­to­wy­wa­nych zawod­ni­ków. Lilka kilka razy już mu pod­pa­dła i była na cen­zu­ro­wa­nym. Sta­rała się nie nawa­lać, bo bar­dzo jej zale­żało na zaję­ciach z nim, ale ostat­nio coraz trud­niej przy­cho­dziło jej wszystko spiąć.

Chwy­ciła więc torbę i co sił w nogach pobie­gła do sali tre­nin­go­wej, która na szczę­ście znaj­do­wała się dwie ulice dalej, więc już po chwili Lilka wpa­dła do środka, potar­gana i ze sporą zadyszką.

- Janicka! Znowu się spóź­ni­łaś!

Tomek splótł ręce na wydat­nej klatce pier­sio­wej i mie­rzył ją sro­gim spoj­rze­niem.

- Jesz­cze nie! Jesz­cze minuta!

- No to widzę cię za minutę na macie!

Dziew­czyna wbie­gła do szatni, zrzu­ciła kurtkę, zmie­niła buty i po chwili już była na sali.

- Dyszysz jak loko­mo­tywa! Zero kon­dy­cji!

Zaci­snęła usta i pró­bo­wała uspo­koić oddech. Czuła na sobie spoj­rze­nia innych zawod­ni­ków. Jedni zer­kali ukrad­kiem, inni patrzyli cał­kiem otwar­cie. Na ustach Tatiany poja­wił się cień zło­śli­wego uśmie­chu. Nie lubiła tej dziew­czyny. Iry­to­wała ją swoim świer­go­ta­niem, buja­niem tył­kiem i nie­ustan­nym popra­wia­niem wło­sów, gdy roz­ma­wiała z któ­rymś z ćwi­czą­cych face­tów. Jed­nego jed­nak nie mogła jej odmó­wić. Wal­czyła świet­nie. Całe dnie spę­dzała na sali tre­nin­go­wej i solid­nie ćwi­czyła, co miało prze­ło­że­nie na osią­gane przez nią suk­cesy. Suk­cesy, o któ­rych Lilka mogła tylko poma­rzyć.

- Słu­chasz, co do cie­bie mówię?!

Pod­nio­sła głowę i gor­li­wie poki­wała.

- To dupa w troki i rób roz­grzewkę. W ogóle nie wiem, po co sobie zawra­cam tobą głowę. Do niczego się nie nada­jesz!

- Nadaję! - odparła ostro. - Potra­fię się bić.

- Takie tam podwór­kowe umie­jęt­no­ści - prych­nął. - Marzysz o KSW, a nie masz nawet szans, żeby dostać się do Babi­lonu.

Zaci­snęła pię­ści i poszła w róg sali, żeby roz­po­cząć roz­grzewkę. Robiła na prze­mian pompki i przy­siady w takim tem­pie, że zakrę­ciło jej się w gło­wie i pociem­niało w oczach. Zachwiała się i chwy­ciła sto­ją­cego tuż obok atlasu.

- Co jest? - zanie­po­koił się Cyprian, czarny koń stajni Toma­sza, który miał już sporo suk­ce­sów na kon­cie i mocno parł do starć o pas mistrzow­ski.

- Nic. Nie zdą­ży­łam zjeść śnia­da­nia i zakrę­ciło mi się w gło­wie.

- Lepiej nie mów tego gło­śno, bo Kozan wyrzuci cię stąd na kopach - odparł, roz­cią­ga­jąc swoją pozna­czoną bli­znami twarz w sze­ro­kim uśmie­chu.

- Nie mówię - mruk­nęła, bio­rąc butelkę z wodą, którą jej podał. - Dzięki.

- Po wodzie sił ci nie przy­bę­dzie, ale jedze­nie w trak­cie tre­ningu też nie jest dobrym pomy­słem.

- Wiem, dam radę.

Wypo­wie­działa te słowa z prze­ko­na­niem, któ­rego wcale nie czuła. Bra­ko­wało jej siły. Zupeł­nie jakby opu­ściły ją wszyst­kie moce. Mię­śnie bolały, kark cały zesztyw­niał.

To nie był jej dzień, ale nie było wyj­ścia. Jutro Boże Naro­dze­nie, więc siłow­nia przez naj­bliż­sze dwa dni będzie zamknięta, w miesz­ka­niu zaś nie miała warun­ków do budo­wa­nia formy. Jedyne, co mogła tam zro­bić, to przy­siady, pompki i jakieś roz­cią­ga­nie. Żad­nego ćwi­cze­nia chwy­tów ani roz­wi­ja­nia mię­śni.

- Cyprian, nie stój i się nie gap, tylko wra­caj na ławkę i ciśnij, a ty, Janicka, naprawdę mar­nu­jesz mój czas - powie­dział z nie­chę­cią Kozan, który przy­glą­dał jej się od dłuż­szej chwili. - Ćwi­czysz na odpier­dol się.

- Nie, sta­ram się, ale dzi­siaj mam słab­szy dzień.

- Ty ostat­nio masz same słabe dni. Zro­zum, to nie jest sport dla każ­dego. Tu trzeba mieć dosko­nałą kon­dy­cję, świetną formę, umie­jęt­no­ści i kon­cep­cję walki. Nie masz niczego z tego zestawu, dziew­czyno, niczego.

- Nauczę się - odparła, czu­jąc, jak rośnie w niej złość. - Zresztą sam mówi­łeś, że dobrze rokuję.

- Widocz­nie źle cię oce­ni­łem. Nie przy­kła­dasz się do tre­nin­gów. O - dźgnął pal­cem jej brzuch - tu powinny być mię­śnie, a ty co masz? Tłuszcz?

Spoj­rzała na swój brzuch, który lekko spęcz­niał, ale było to wyni­kiem zatrzy­ma­nia się wody w orga­ni­zmie. Zawsze tak miała w cza­sie mie­siączki. Nie zamie­rzała jed­nak tłu­ma­czyć tego obcemu face­towi. Nawet jeśli był jej tre­ne­rem i z nie­jed­nym bab­skim okre­sem musiał się mie­rzyć.

- Wezmę się za sie­bie. Naprawdę. Zależy mi, żeby wystar­to­wać.

- Dziew­czyno, walki ruszają pod koniec stycz­nia. W ogóle zapo­mnij, że weź­miesz w nich udział. Kom­plet­nie nie nada­jesz się do jakich­kol­wiek starć. Odpuść i nie zawra­caj mi wię­cej gitary. Zapisz się może na jogę czy inne fit­nessy. Do niczego innego się nie nada­jesz.

Ostat­nie słowa ude­rzyły w nią z taką mocą, że bez­wied­nie się sku­liła. "Do niczego się nie nada­jesz! Nic nie potra­fisz! Jesteś zerem! Zerem! Zerem...".

Kozan pod­szedł do niej i pokle­pał ją po ramie­niu.

- Co jest? - zapy­tał szorstko, ale dosły­szała w jego gło­sie tro­skę.

- Nic - odparła i pod­nio­sła głowę, rzu­ca­jąc mu harde spoj­rze­nie.

- To się nie maż, tylko bierz do roboty. Albo ćwi­czysz i dajesz z sie­bie wszystko, albo wię­cej nie przy­chodź.

Patrzyła na plecy odcho­dzą­cego męż­czy­zny. Miał rację. Mar­ko­wała ćwi­cze­nia. Dawno temu wyzna­czyła sobie cel. Chciała go osią­gnąć. Wie­działa, że dopóki nie wyrówna rachun­ków, nie będzie mogła żyć nor­mal­nie. O ile jaka­kol­wiek nor­mal­ność w jej przy­padku ist­niała. Tylko... Tylko żeby to zro­bić, musiała ostro wziąć się za sie­bie.

Rozdział 2

To był podwój­nie feralny dzień. Niby Wigi­lia, a jakby pią­tek trzy­na­stego. I to w swo­jej naj­gor­szej odsło­nie. Do pracy bowiem też się spóź­niła, ale udało jej się prze­mknąć bocz­nym kory­ta­rzem, omi­ja­jąc mene­dżera. Tak jej się przy­naj­mniej wyda­wało. Do czasu, gdy zoba­czyła go przed poko­jem socjal­nym, gdzie zosta­wiła rze­czy.

Opie­rał się o ścianę, ręce miał sple­cione na klatce pier­sio­wej, a wzrok utkwiony w dziew­czy­nie. Z miny nie mogła wywnio­sko­wać, czy jest wku­rzony, gdyż tra­dy­cyj­nie zacho­wał poke­rowy wyraz twa­rzy. Ta jego wyprana z emo­cji poza nie­raz dopro­wa­dziła ją do szału. I ten sto­icki spo­kój. I słowa wypo­wia­dane bez­na­mięt­nym tonem. Dra­mat! Już wolała, jak Kozan ją opie­przał. Nie­za­leż­nie od tego, czy się z nim zga­dzała, czy nie, to cho­ciaż wie­działa, co myśli.

- Lilka!

- Idę już, idę. Nie wepchnę­łam się do tram­waju, bo taki był zała­do­wany ludźmi z zaku­pami, że nie było jak się wci­snąć.

- Mogłaś to prze­wi­dzieć. Jest Wigi­lia.

- Wła­śnie! Powinni sie­dzieć w domu i żurki goto­wać, a nie latać po skle­pach.

- Chyba barsz­cze.

- Co za róż­nica? Barszcz czy żur?

- Zasad­ni­cza. Żur jest na Wiel­ka­noc, a barszcz na Wigi­lię.

- Chyba u cie­bie - prych­nęła z nie­sma­kiem. - Mogę już iść, czy tak będziemy stali i gadali o jakichś zupach?

- Wiesz, to nie­zwy­kle istotna dys­ku­sja.

Unio­sła brwi i popa­trzyła na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Doprawdy?

- Tak, bo wyglą­dasz mi na osobę, która gotuje maka­ron w rosole.

- Wypra­szam sobie, rosół to ja sza­nuję!

Widząc jej obu­rzoną minę, par­sk­nął śmie­chem, wpra­wia­jąc ją tym w zdu­mie­nie. Uwa­żała, jak wszy­scy zresztą, że poczu­cia humoru nie ma za grosz. Podob­nie jak uczuć, któ­rych trudno było się u niego dopa­trzeć.

- No co? Rosół to rosół, a z innymi zupami nie ma co się cac­kać - wzru­szyła ramio­nami. - I jesz­cze bru­dzić osobny gar­nek do ugo­to­wa­nia maka­ronu.

- Jesteś nie­moż­liwa.

- A ty upier­dliwy. Sto­isz i mnie zaga­du­jesz, a robota czeka.

- Nie ma jesz­cze zbyt wielu ludzi w klu­bie. Napłyną dopiero po kola­cji wigi­lij­nej.

- Zamiast sie­dzieć w cha­łu­pie - pokrę­ciła z dez­apro­batą głową.

- Jutro i poju­trze zamknięte, więc muszą się wysza­leć na zaś. Zresztą - popa­trzył na nią z ukosa - chyba tobie nie muszę tego tłu­ma­czyć.

- Odkąd tu pra­cuję, to nie musisz, ale mnie ni­gdy nie cią­gnęło do takich miejsc.

- A więc co tu robisz?

- Pra­cuję - odparła, doda­jąc w myślach, że tylko tu dostała robotę. Ni­gdzie indziej nie chcieli z nią gadać. Nawet w skle­pie od razu odrzu­cili jej poda­nie. - A przy­naj­mniej pró­buję, bo sku­tecz­nie mi prze­szka­dzasz.

- Już nie zatrzy­muję - powie­dział, uno­sząc ręce do góry, a przez jego twarz prze­mknął nikły cień uśmie­chu.

A może tylko jej się wyda­wało, że to uśmiech. Na pewno tak było, bo prze­cież Kamienna Twarz, jak na niego mówili, ni­gdy się nie uśmie­chał, a tu w odstę­pie zale­d­wie minuty i śmiech, i uśmiech. Może coś ćpał? Jak połowa per­so­nelu. Wzru­szyła ramio­nami. Nie obcho­dziło jej to, podob­nie jak i nar­ko­tyki, któ­rych się zwy­czaj­nie bała.

Gdy weszła na salę, owio­nął ją zapach dymu, zioła i mie­sza­niny róż­nych alko­holi. Naj­moc­niej czuła piwo, choć tak naprawdę tego napitku sprze­da­wali naj­mniej. Młoda klien­tela gusto­wała w zde­cy­do­wa­nie moc­niej­szych i mod­niej­szych trun­kach. Naj­le­piej scho­dziły wymyślne drinki, spe­cjal­ność Seba­stiana, czo­ło­wego bar­mana, który miał oso­bi­sty fan­klub, a jego pro­fil na Tik­Toku był jed­nym z tren­du­ją­cych. Przy­cią­gał do klubu tłumy i zara­biał kro­cie. Jed­nak Lilka mu nie zazdro­ściła. Pamię­tała, jak zaczy­nał, i widziała, ile pracy wkła­dał w to, żeby osią­gnąć per­fek­cję w swoim fachu. Może i zgry­wał w social mediach luzaka, który ma na wszystko wywa­lone, ale prawda była taka, że nie­ustan­nie brał udział w szko­le­niach i czę­sto przy­cho­dził wiele godzin przed otwar­ciem baru, żeby ćwi­czyć i nagry­wać fil­miki.

Ledwo weszła za kon­tuar, gdy dopa­dła ją Ania, nazy­wana przez wszyst­kich płaczką, bo nie­ustan­nie na wszystko się żaliła. Lilka nie pamię­tała ani jed­nego dnia w pracy, któ­rego Anka by nie zaczęła od narze­ka­nia.

- Lil­cia!

- O nie! Jak tak zaczy­nasz, to na pewno cze­goś ode mnie chcesz.

- Lil­cia, musisz mi pomóc - powie­działa bła­gal­nie drobna sza­tynka o wiel­kich nie­bie­skich oczach, która w sumie była nijaka, ale te oczy doda­wały jej nie­zwy­kłego uroku.

- Nic nie muszę.

- Posłu­chaj, no nie uwie­rzysz, co ten drań zro­bił.

- Andzia - Lila pokrę­ciła głową - nie obcho­dzą mnie twoje sprawy ani twoje pro­blemy.

- Oj, nie gadaj tak - dziew­czyna szybko zamru­gała oczami, w któ­rych zalśniły łzy. - Jak ty mi odmó­wisz, to pozo­sta­nie mi tylko rzu­cić się pod tram­waj.

- Nie dra­ma­ty­zuj.

- Naprawdę! Jestem pod ścianą. Tylko sobie w łeb strze­lić.

- Bo? Pazno­kieć ci się zła­mał czy rzęsy odkle­iły?

- Prze­stań ze mnie kpić - odparła Anka, ukrad­kiem zer­ka­jąc na paznok­cie. - Nic mi nie odpa­dło, a sprawa jest poważna.

- Uhum.

- Lil­cia, serio! Ten idiota, ojciec mojego dziecka, miał wziąć Oli­wera na całe święta, a dzi­siaj, jak go odbie­rał, oznaj­mił mi, że jutro wie­czo­rem go przy­wie­zie.

- I?

- I nie dam rady przyjść do roboty w dru­gie święto, bo moja matka mnie total­nie olała i wyje­chała na święta w góry. Wyobra­żasz to sobie? Spa­ko­wała sie­bie, swo­jego kocha­sia i po pro­stu wyje­chała, zosta­wia­jąc mnie z tym wszyst­kim samą.

- No nie­moż­liwe - zadrwiła Liliana. - Jak ona mogła zosta­wić doro­słą córkę na święta.

- Też nie wiem! - odparła kole­żanka, nie wyczu­wa­jąc iro­nii. - Byłam pewna, że mały będzie z tym idiotą, a on na ostat­nią chwilę wyciął mi taki numer. No co ja mam z Oli­we­rem zro­bić? Prze­cież go tutaj nie przy­pro­wa­dzę.

- Masz pierw­szą zmianę, może posie­dzieć w socjal­nym - pod­su­nęła Lilka.

- Chyba zwa­rio­wa­łaś! Karol urwałby mi głowę! W życiu się na to nie zgo­dzi. Wiesz, jaki on jest nie­ży­ciowy. Poza tym młody ma dopiero cztery lata, to nie wysie­dzi sam przez tyle godzin.

- To nie mój pro­blem, Andzia. Poproś ciotkę, kuzynkę czy kogo tam chcesz i nie zawra­caj mi głowy.

- Lila, wszy­scy mają już plany świą­teczne. Nic nie wymy­ślę na ostat­nią chwilę.

- Wszy­scy? A nie pomy­śla­łaś, że ja też mam swoje plany?

- Prze­cież ty nie... - dziew­czyna urwała zanie­po­ko­jona, że może powie­dzieć zbyt dużo.

- Nie mam męża, dzieci, rodziny? Tak? I co? Pla­nów też, myślisz, nie mam i z rado­ścią przy­stanę na twoją prośbę i będę zasu­wała na dwie zmiany?

- Nie, nie to mia­łam na myśli. Cho­dziło mi o to, że nie obcho­dzisz świąt. Sama tak mówi­łaś.

- Co nie zna­czy, że nie mam pla­nów na ten czas.

- A masz?

W gło­sie dziew­czyny zabrzmiało auten­tyczne zdu­mie­nie, co mocno ziry­to­wało Janicką.

- Mam, więc szu­kaj innego jele­nia.

- Nikt się nie zgo­dzi - odparła smutno Anka. - Całą nadzieję pokła­da­łam w tobie. Już nie­raz mi tyłek rato­wa­łaś.

- No i wła­śnie źle robi­łam, bo weszło ci to w nawyk.

- To naprawdę wyjąt­kowa sytu­acja. Widzisz, jak mnie ten idiota zała­twił. Przy­wie­zie dzie­ciaka i w dupie ma, co z nim zro­bię. On jest tylko ojcem, więc niech się matka mar­twi.

Abso­lut­nie nie powinna się na to zga­dzać. Już jedna zmiana w okre­sie świą­tecz­nym była mor­der­cza, a co dopiero dwie. Prze­cież pad­nie na pysk i na drugi dzień znowu nie będzie miała siły ćwi­czyć, więc Kozan w końcu ją wypie­przy. I tak trak­to­wał ją ulgowo. Wszy­scy wie­dzieli, że za mniej­sze nie­dbal­stwa potra­fił wyrzu­cić i w dupie mieć, że traci klienta. Było tylu chęt­nych, któ­rzy chcieli u niego ćwi­czyć, że mógł prze­bie­rać w nich jak w ulę­gał­kach.

- Pro­szę, bła­gam, odro­bię ci to - Anna czuła, że Lila mięk­nie, więc posy­łała jej coraz bar­dziej bła­galne spoj­rze­nia. - Naprawdę nie mam co z nim zro­bić.

- Dobra, niech będzie, ale to naprawdę ostatni raz.

Dziew­czyna rzu­ciła jej się na szyję i mocno ją uści­skała. Lilka wyswo­bo­dziła się z jej uści­sku, zła­pała tacę i pode­szła do Seba­stiana.

- Wci­snęła ci swój dyżur? - zapy­tał, nie prze­ry­wa­jąc potrzą­sa­nia sha­ke­rem.

- Skąd wiesz?

- Wszyst­kich naga­by­wała, ale każdy odmó­wił.

- Aż zna­la­zła naiwną, co się zgo­dziła.

- Masz dobre serce i ona o tym wie.

- Taaa - prych­nęła. - Dobre serce. Po pro­stu mia­łam dość jej skam­la­nia.

- Jasne - puścił do niej oko i pod­rzu­cił sha­ker.

- Jakieś spe­cjalne zamó­wie­nia?

- Przemo ogar­nął loże, więc idź na górną arenę.

- OK, lecę.

Ludzi z każdą chwilą przy­by­wało. Mijała dziew­czyny, które wyglą­dały, jakby zeszły z pro­duk­cji taśmo­wej. Takie same nosy, usta, policzki, fry­zury i napom­po­wane biu­sty. Róż­niły się jedy­nie sukien­kami. Jedne zakry­wały pośladki, inne nie­ko­niecz­nie. Obok nich kro­czyli, jak ich nazy­wała, piz­du­sie, czyli faceci, któ­rzy poświę­cali chyba tyle samo czasu na maki­jaż i fry­zurę co dziew­czyny, z któ­rymi tu przy­cho­dzili. Wszy­scy pach­nieli dobrymi per­fu­mami, a biżu­te­ria, którą mieli na sobie, aż biła po oczach. Podob­nie jak smart­fony i zegarki, które nad­mier­nie eks­po­no­wali, jakby się oba­wiali, że ktoś prze­oczy ich dro­gie gadżety.

Czę­sto musiała tłu­mić śmiech, sły­sząc ich nadęte roz­mowy. Nie­które dziew­czyny tak jazgo­tały, prze­cią­ga­jąc, w ich prze­ko­na­niu pew­nie uwo­dzi­ciel­sko, poszcze­gólne gło­ski, że wycho­dził z tego pomruk podobny do becze­nia owiec, które kie­dyś widziała na pastwi­sku koło Zako­pa­nego, kiedy ruszyła na pod­bój świata. Pod­bój skoń­czył się porażką, jak wszystko, czego się podej­mo­wała, ale cho­ciaż zostały jej wspo­mnie­nia.

Musiała jed­nak uczci­wie przy­znać, że bywała tu i nor­malna mło­dzież. Ow­szem, też zali­cza­jąca się do grupy boga­tych, roz­piesz­czo­nych bacho­rów, ale taka w miarę przy­zwo­ita, mająca cho­ciaż odro­binę kul­tury i sza­cunku do dru­giego czło­wieka. Innych po pro­stu nie było stać, żeby tu przy­cho­dzić. Już sama wej­ściówka sporo kosz­to­wała, a jeden drink zro­biony przez Sebę potra­fił być droż­szy niż jej cała dniówka. Tak, każ­dej nocy mieli ogromny utarg, mimo że byli jed­nym z mniej­szych klu­bów w mie­ście. Jed­nak dzięki Seba­stia­nowi stali się modni i przyj­ście tutaj było czymś, czym można bły­snąć wśród zna­jo­mych.

Na początku nie mogła pojąć, jak można w jedną noc prze­pu­ścić tyle kasy. Póź­niej już prze­stała to ana­li­zo­wać. To była zupeł­nie inna liga i inny świat. Jej ogra­ni­czał się do przy­no­sze­nia im drin­ków, zbie­ra­nia pustych szkla­nek oraz wycie­ra­nia sto­łów. Cóż, znała swoje miej­sce w hie­rar­chii spo­łecz­nej i dawno już stra­ciła nadzieję, że jej życie może wyglą­dać ina­czej.

Rozdział 3

Do domu wró­ciła nad ranem tak wykoń­czona, że nawet nie miała siły się myć. Zrzu­ciła tylko kurtkę oraz buty i od razu wczoł­gała się pod koł­drę. Nie był to dobry pomysł, bo cała prze­sią­kła zapa­chem papie­ro­sów i alko­holu, a to zawsze źle wpły­wało na jej sen, lecz zmę­cze­nie było sil­niej­sze.

Czuła strach spo­wi­ja­jący jej serce, gdy otwie­rała drzwi do miesz­ka­nia. Od progu ude­rzył ją smród tanich, nie­zwy­kle kop­cą­cych papie­ro­sów. Na stałe w pamięć wryło się jej ich żółte opa­ko­wa­nie. Znała też dosko­nale drogę na melinę, gdzie matka ją wysy­łała po fajki prze­my­cane z Kali­nin­gradu.

Było wia­domo, że pani Romka przy­wozi towar dwa razy w tygo­dniu. Pra­co­wała na kolei i wie­działa, gdzie scho­wać, żeby pod­czas kon­troli nie zna­leźli. Cho­ciaż i jej tra­fiały się wpadki i wtedy papie­ro­sów nie było. Ten czas był naj­gor­szy, bo matka dosta­wała szału. W skle­pie na kre­chę nie dawali, ale na meli­nie cza­sami udało się dostać. Zresztą te u Romki były dużo tań­sze. Strasz­nie śmier­działy i tak kop­ciły, że dym długo uno­sił się w małym miesz­ka­niu. Cała była prze­siąk­nięta tym paskud­nym zapa­chem - włosy, ubra­nia, wszystko. W szkole część dzie­cia­ków się z niej śmiała, wyzy­wa­jąc od kop­ciar. Te z tych lep­szych domów. One nie rozu­miały. Nic nie wie­działy o życiu, a o jej życiu już w szcze­gól­no­ści.

Były i takie, co wie­działy, ale z nimi nie chciała o tym roz­ma­wiać. Wystar­czyło, że musiała to wąchać i oglą­dać. Po co jesz­cze o tym gadać?

Więc nie gadała też o butel­kach wala­ją­cych się po domu. Po piwie, wódce, cza­sami po tanim winie. Matka jed­nak głów­nie piła piwo. Cuch­nęło okrop­nie. I matka po nim cuch­nęła. I paskud­nie bekała. To było obrzy­dliwe.

Dzi­siaj wyczuła tylko papie­rosy. To był dobry znak. Zna­czyło, że będzie nor­mal­nie.

Matka sie­działa na sta­rym, wytar­tym, skła­da­nym łóżku. Nogi miała owi­nięte wybla­kłym kocem. W ręku trzy­mała nie­od­łącz­nego papie­rosa, roz­sy­pu­jąc popiół na ławę i pod­łogę. Rzadko tra­fiała do popiel­niczki, która i tak była prze­peł­niona. Pety wręcz z niej wyska­ki­wały.

Wzdry­gnęła się, ale nic nie powie­działa. Odło­żyła ple­cak, zdjęła buty i wło­żyła dziu­rawe kap­cie. Matka, zajęta seria­lem, dopiero sły­sząc szu­ra­nie, spo­strze­gła, że dziew­czynka wró­ciła do domu.

- Co tak szybko?

- Dzi­siaj wto­rek. Mam mniej lek­cji.

- Ty zawsze masz mało lek­cji. Zamiast się uczyć, to wiecz­nie się pałę­tasz po domu. Za co ci nauczy­ciele biorą pie­nią­dze? Pra­cują trzy godziny dzien­nie i sru, kasa leci. Nie­roby pie­przone - zacią­gnęła się dymem tak głę­boko, że aż zakasz­lała. - Cho­lera, te fajki coraz gor­sze.

Lilka przy­gry­zła wargę, nie wie­dząc, co zro­bić.

- Nie stój nade mną jak ten słup soli. Idź na dwór albo na świe­tlicę. Dopiero pierw­sza, to chyba jesz­cze tam ktoś jest.

- Deszcz pada, a w świe­tlicy byłam - odparła dziew­czynka zgod­nie z prawdą.

Zawsze zosta­wała po lek­cjach tak długo, jak się dało. Cho­dziła też na wszyst­kie dodat­kowe zaję­cia. Dzi­siaj jed­nak była tylko jedna pani w świe­tlicy i miej­sco­wym kazała iść do domu. Lilka wci­snęła się w kącik sali, licząc, że nauczy­cielka jej nie zauważy, ale nie­stety zauwa­żyła.

Szła do domu bar­dzo powoli, z całych sił opóź­nia­jąc powrót. Sta­wiała stopę za stopą i czę­sto przy­sta­wała, ale w końcu i tak do domu dotarła. Poba­wi­łaby się na trze­paku, ale zaczął padać deszcz. Zasmu­ciło ją to, bo na zaba­wach czas szyb­ciej leciał, a jak wra­cała późno, to już nie musiała cze­kać tak długo na powrót ojca z pracy. Jak on wra­cał, to zawsze robił jej coś do jedze­nia i wspól­nie odra­biali lek­cje. Chyba że był bar­dzo wście­kły na matkę. Wtedy dawał jej tylko kanapkę i kazał iść do swo­jego pokoju i lek­cji tego dnia nie odra­biali. Cza­sami pró­bo­wała sama, ale krzyki jej w tym znacz­nie prze­szka­dzały.

Nie chciała ich słu­chać, więc mocno zaty­kała uszy i wkła­dała głowę pod poduszkę, a na to jesz­cze nacią­gała koł­drę. I sobie śpie­wała. Nie były to kon­kretne pio­senki. Wymy­ślała tek­sty, na pocze­ka­niu pod­kła­da­jąc je do zna­nych melo­dii. Naj­czę­ściej do "Barki" albo innej pie­śni kościel­nej. Te znała nawet dobrze z cza­sów, gdy przy­go­to­wy­wała się do Pierw­szej Komu­nii Świę­tej i miała ksią­żeczkę, w któ­rej ksiądz zapi­sy­wał po mszy jej obec­ność oraz odha­czał modli­twy, które zali­czyła.

Tak, śpiew poma­gał jej prze­trwać.

- Co tak sto­isz i się gapisz? Jak pada, to się za lek­cje weź. Ja muszę na chwilę wyjść.

- Nie możesz zostać?

- Nie zawra­caj mi głowy - odparła roz­złosz­czona i, nie oglą­da­jąc się na córkę, wyszła z miesz­ka­nia.

Lilka była już dość głodna, więc poszła do kuchni, ale oprócz zlewu peł­nego brud­nych naczyń nic nie zna­la­zła. Wie­działa, że ojciec będzie wście­kły. Cią­gle na matkę krzy­czał, że sie­dzi w domu, a nic nie jest ogar­nięte. Matka, o ile nie była pijana, zaczy­nała wtedy sprzą­tać. Nato­miast jeśli była pijana, to albo nic sobie z tego nie robiła i po pro­stu szła spać, albo wpa­dała w szał i zaczy­nała wykli­nać i drzeć się na całą kamie­nicę.

Dziew­czynka wyjęła chleb z szafki i ukro­iła sobie grubą kromkę, którą posma­ro­wała pasz­te­tową. Nie lubiła jej, bo śmier­działa zjeł­cza­łym tłusz­czem, ale nic innego nie było. Przy­sia­dła na krze­śle i wbiła wzrok w lepiącą się od brudu pod­łogę. Nie wyglą­dało to dobrze. W szkole pod­łogi zawsze były czy­ste. Nawet jesie­nią i zimą panie sprzą­taczki na bie­żąco je zmy­wały. Posprzą­tam!, pomy­ślała ura­do­wana i czym prę­dzej prze­łknęła ostat­nie kęsy kanapki.

Miała już dzie­sięć lat, więc potra­fiła cał­kiem dobrze zamia­tać. To poszło spraw­nie, gorzej było z myciem, bo nie mogła zna­leźć żad­nej szmaty, ale wzięła swoją starą koszulkę, nalała do wia­dra wody i myła kawa­łek po kawałku. Tro­chę się roz­ma­zy­wało, ale zna­la­zła na to spo­sób. Chla­pała wodą, cze­kała, aż brud namięk­nie, i wtedy tarła i tarła do skutku.

Efekt był naprawdę dobry. Może nie było tak czy­sto jak w szkole. Widziała jakieś mazy i kilka zaschnię­tych, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nych plam, ale kap­cie już się nie kle­iły. Zado­wo­lona ze swo­jej pracy posta­no­wiła, że umyje też naczy­nia. Oczyma wyobraźni widziała już zado­wo­loną minę ojca. Na pewno będzie z niej dumny!

A może mu nie powie, że to ona? Niech myśli, że to matka posprzą­tała. Tak! Niech tak myśli, to może wtedy spę­dzą nor­malny wie­czór? Z kola­cją i lek­cjami?

Z zapa­łem przy­stą­piła do pracy. Szło jed­nak opor­nie. Naczy­nia nie mie­ściły się w zle­wie, woda chla­pała na boki. Pró­bo­wała ją ście­rać. Po chwili wyczysz­czona pod­łoga była zalana, a jej kap­cie mokre. Schy­liła się, żeby ją zetrzeć. W tym samym momen­cie tale­rze, które usta­wiła jeden na dru­gim, ześli­zgnęły się na zie­mię i roz­trza­skały w drobny mak. Jeden z więk­szych kawał­ków wbił się jej w rękę i paskud­nie ją roz­ciął.

Prze­stra­szyła się, widząc krew. Odsu­nęła dłoń od sie­bie i chciała biec do łazienki, żeby owi­nąć rękę ręcz­ni­kiem, ale pośli­zgnęła się na mokrej pod­ło­dze i upa­dła na roz­bite szkło, które wbiło jej się w plecy i poli­czek. Zaczęła prze­raź­li­wie krzy­czeć.

Krzy­czała i krzy­czała, ale nikt nie przy­cho­dził. Tu nikt ni­gdy nie przy­cho­dził.

Nie reago­wało się na krzyki. Awan­tury. Wyzwi­ska. Sąsie­dzi woleli nie wściu­biać nosa w nie swoje sprawy. Zresztą w tej kamie­nicy wszy­scy się kłó­cili, awan­tu­ro­wali i pili. No może pani spod sió­demki nie, ale ona już była wie­kowa i miesz­kała z córką, która czę­ściej była poza domem niż w domu.

Gdy zabra­kło jej sił do krzy­cze­nia, poczuła, jak otula ją cisza i spo­kój. Poja­wiła się przy­ja­zna ciem­ność. Błoga taka. Otu­lała ją i koły­sała, spra­wia­jąc, że ból malał, a rosła sen­ność.

- O kurwa! - beł­ko­tliwy głos matki wyrwał ją z przy­jem­nego letargu. - Coś ty tu odpier­do­liła? Ty bacho­rze! Zosta­wić cię tylko na chwilę samą!

Matka przy­klę­kła koło niej. Czuła jej smród. Smród piwa zmie­szany z dymem kiep­skich papie­ro­sów. Ciało wonie­jące świe­żym, ale i tym prze­tra­wio­nym alko­ho­lem. Zakrę­ciło jej się w gło­wie i zwy­mio­to­wała.

Zerwała się z krzy­kiem z łóżka. Była cała spo­cona. Dło­nie miała zdrę­twiałe, więc zaczęła je gwał­tow­nie roz­cie­rać. Pod wpły­wem ruchu zapach z jej bluzki stał się inten­syw­niej­szy, więc wysko­czyła z łóżka i ścią­gnęła z sie­bie ciu­chy. Póź­niej otwo­rzyła okno na oścież, zdjęła pościel i zwi­nęła w jedną kulę, którą natych­miast zanio­sła do łazienki. Z tru­dem wepchnęła wszystko do pralki, ale doci­snęła stopą i weszło. Zatrza­snęła szybko drzwiczki. Nasy­pała potrójną ilość proszku i wlała tyle płynu, że się wyle­wało z korytka.

Kiedy pralka ruszyła, wsko­czyła pod prysz­nic, odkrę­ca­jąc wodę na cały regu­la­tor. Cie­pły stru­mień ude­rzył w nią dość mocno, ale się tym nie prze­jęła. Się­gnęła po gąbkę i zaczęła szo­ro­wać ciało. Zatrzy­mała się, kiedy dostrze­gła bli­znę na nad­garstku. Grubą i postrzę­pioną na bokach. Tro­chę wyżej ujrzała kolejną. Ta była cienka i równa. Podob­nie jak kolejna. I kolejna. I jesz­cze kilka następ­nych.

- Ja pier­dolę! - wysy­czała przez zęby, trąc coraz moc­niej gąbką. Wie­działa, że tak będzie. Tyle razy już dostała nauczkę, a dalej robiła ten sam błąd. Całe moje życie to jeden wielki, pier­do­lony błąd!

Krzyk­nęła, ude­rza­jąc się w ramię. Raz. Drugi. Trzeci. Dopiero gdy poczuła ból, opu­ściła rękę i pozwo­liła, żeby woda spły­wała po jej ciele, przy­no­sząc uko­je­nie.

Rozdział 4

Gdy upo­rała się z sen­nym kosz­ma­rem, wyszła spod prysz­nica, zarzu­ciła na sie­bie ulu­bioną piżamę i poszła do kuchni. Poza tym, że do sterty naczyń dołą­czył kubek i spa­lony gar­nek, nic się w niej nie zmie­niło. Worki ze śmie­ciami dalej leżały przed szafką, a brudne naczy­nia wydzie­lały nie­przy­jemną woń. Jed­nak wspo­mnie­nie bólu prze­ci­na­nej odłam­kiem szkła skóry było zbyt świeże, żeby ryzy­ko­wać zmy­wa­nie. Wie­działa, że jak tylko chwyci gąbkę, wszystko powróci ze zdwo­joną siłą, więc odwró­ciła się do zlewu ple­cami.

Czuła jed­nak dość mocny głód. W chle­baku było kilka kro­mek suchego chleba. W lodówce pustki. Sklepy były dzi­siaj zamknięte, więc mogła jedy­nie pójść na sta­cję ben­zy­nową, żeby tam kupić jakie­goś hot doga czy zapie­kankę.

Zer­k­nęła przez okno. W bloku naprze­ciwko wiele bal­ko­nów spo­wi­jały lampki mru­ga­jące teraz, roz­świe­tla­jąc ponury desz­czowy dzień kolo­ro­wymi świa­teł­kami. U niej nie było żad­nych ozdób. Nic, co by świad­czyło, że jest Boże Naro­dze­nie. Nawet Pau­lina w tym roku nie posta­wiła stro­ików. Wzięła zale­gły urlop i dość wcze­śnie wyje­chała do rodziny, więc nawet tych akcen­tów zabra­kło.

- I dobrze - mruk­nęła do sie­bie. - Tylko sypie się póź­niej to cho­ler­stwo, a igły roz­no­szą się po całym miesz­ka­niu.

Wspo­mnie­nie współ­lo­ka­torki przy­po­mniało jej, że Pau­lina zawsze wra­cała do ich miesz­ka­nia z wałówką i wiele razy mówiła, że śmiało ma się czę­sto­wać jej zapa­sami.

Pełna nadziei otwo­rzyła zamra­żarkę. Było w niej sporo zamro­żo­nych owo­ców z rodzin­nego sadu Pau­liny, ale na nie Lilka zupeł­nie nie miała ochoty. Zaczęła więc prze­su­wać wszystko, licząc na jakiś wore­czek z zamro­żo­nymi pie­ro­gami lub gołąb­kami. Nie­stety, nie było po nich śladu. Zna­la­zła jed­nak por­cję bigosu.

- Ide­al­nie - zawo­łała, przy­po­mi­na­jąc sobie wczo­raj­szą roz­mowę z Karo­lem na temat zup. - Jest bigos, do tego walnę barszcz z torebki i będzie bar­dzo świą­tecz­nie.

Wszyst­kie garnki były brudne, więc prze­ło­żyła kapu­stę do szkla­nej miski i wsta­wiła do mikro­fa­lówki. W mię­dzy­cza­sie przy­go­to­wała duży kubek barsz­czu. Gdy po miesz­ka­niu roz­niósł się świą­teczny zapach, skrzy­wiła się z nie­sma­kiem.

- Jesz­cze tylko cho­inki bra­kuje i rodzinki z fał­szy­wymi uśmie­chami na gębie.

Naj­chęt­niej wyla­łaby barszcz do zlewu, a bigos wal­nęła do śmieci, ale głód był sil­niej­szy niż złość, więc zabrała przy­szy­ko­wane jedze­nie i poszła do swo­jego pokoju.

Jadła w ciszy, bo w tele­wi­zji na pewno leciała świą­teczna papka, nie zamie­rzała więc dodat­kowo psuć sobie nastroju. Mimo to wspo­mnie­nia wra­cały.

Roz­sia­dła się na nie­wy­god­nym, wysłu­żo­nym czer­wo­nym fotelu z drew­nia­nymi, brą­zo­wymi, lakie­ro­wa­nym pod­ło­kiet­ni­kami. W kilku miej­scach były wyśli­zgane, ale wciąż się błysz­czały. Nie­raz śmiały się z Pau­liną, że te komu­ni­styczne meble są nie­znisz­czalne. Nawet poli­tura lśni, jakby dopiero zje­chały z linii pro­duk­cyj­nej.

U niej w domu też kie­dyś takie były. Spa­dek po babci. Nie wie­działa któ­rej, tej od ojca czy matki, bo obie nie żyły, więc słabo je pamię­tała, a rodzice nie wyja­śnili jej, po któ­rej odzie­dzi­czyli meble. O dziad­kach też nie­wiele wie­działa. Tyle tylko, że jeden zmarł, a drugi porzu­cił babkę, gdy była w ciąży. Ale który którą? Też nie wie­działa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki