Numer 3
Pierwszy tydzień w kinie nie należał do najlepszych. Ciągle zamierzałem bardziej się "uzewnętrznić", do czego intensywnie namawiała mnie szkolna psycholożka. Ale gdy człowiek się nad tym zastanowi, jest to w rezultacie ogłoszenie bankructwa własnego "ja" - kiedy okazuje się, że lepiej wypełznąć z niego i pozostawić je jak bezużyteczną skorupę. Psycholożka nie uznała jednak tego za śmieszne. I być może też takie nie było, lecz odpowiadało prawdzie, ponieważ w Metropolis znowu stałem jak słup soli.
Kiedy był duży ruch, pozostali mi pomagali, poza tym trzymali się razem. Mimo że właściwie nie pracowali już w kinie, biuro było nadal ich miejscem spotkań, spędzania wolnego czasu i planowania wypadów na wieczór. Cała trójka robiła wrażenie zgranej paczki. W przerwach widziałem często, jak jeździli nad jezioro albo do Larry'ego, i gdyby któreś z nich zapytało, czy chcę się wybrać z nimi, poszedłbym natychmiast. Ale nikt mnie nie pytał.
Jedynie Cameron tak naprawdę ze mną rozmawiał. Hightower mnie ignorował, a Kirstie była czymś w rodzaju uosobienia słodko-słonego popcornu. Potrafiła być miła, ale w grupie często mi dokuczała. Kiedy chciałem przygotować salę na seans horroru, powiedziała drwiąco do innych:
- Czy możemy w ogóle wpuszczać dzieci bez opieki rodziców?
Nie miałem pojęcia, dlaczego to robiła. A jeszcze bardziej złościło mnie, że nadal na nią zerkałem. Myślałem o jej brwiach, które w głębi duszy podobały mi się najbardziej - w przeciwieństwie do jej blond włosów były ciemne, czym przypominała swojego ojca. Rozmyślałem także o pewnej rozmowie, którą usłyszałem w Replay Arcade. Dwóch chłopaków, z którymi miałem matematykę, rozmawiało w kretyński sposób na temat dziewczyn. W pewnej chwili zaczęli mówić o Kirstie Andretti i jeden z nich stwierdził, że to "gorąca dupeńka". Nie wiedziałem, co to dokładnie oznacza. Że miała już wielu chłopaków? Czy też że chciała czegoś od wielu chłopaków?
W każdym razie było to coś, co wymagało pewnego namysłu.
Po wieczornej zmianie nie poszedłem do domu. Stałem nadal nieruchomo za kasą. Walczyłem z obrazami w mojej głowie i myślałem o mamie, która rano nie czuła się dobrze. A kiedy znowu usłyszałem głosy i śmiechy tej trójki, zdobyłem się na odwagę - i poszedłem po prostu do nich do biura!
W środku było duszno od dymu. Kirstie, Hightower i Cameron siedzieli na wielkiej skórzanej kanapie i patrzyli na mnie pytająco.
Przez moment tkwiłem w drzwiach jak odstawiona na bok szczotka i nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Ale oni także się nie odezwali, więc po prostu przysiadłem się do nich, zajmując jedno z krzeseł. Nie miałem pojęcia, czy moje "ja" wtedy wreszcie się "uzewnętrzniło" i czy teraz siedzieliśmy tu we dwójkę obok siebie.
Oglądali MTV na miniaturowym telewizorze stojącym obok zlewozmywaka. Komentowali lecące klipy i rozmawiali o nieznanych mi ludziach oraz college'ach, do których się wybierali po zakończeniu lata.
- Wiecie, co byłoby super? - Cameron skręcał jointa. - Gdyby wszyscy ludzie mruczeli jak koty, kiedy uznają coś za dobre. Nawet gdyby tego nie chcieli. Na przykład parka jest na swojej pierwszej randce, a oboje są totalnie nieśmiali. I nagle chłopak zaczyna mruczeć. Usiłuje to zagłuszyć: "Ach, wiesz już, co chcesz zamówić?". Także dziewczyna udaje, że nic nie słyszy, i spogląda speszona w kartę. Ale mruczenie staje się coraz głośniejsze...
Pozostali spoglądali na niego, jakby miał właśnie zostać przymusowo odtransportowany do wariatkowa albo coś w tym rodzaju, ale mi się to podobało. Poza tym to było ładne, jak rozmawiali o takich rzeczach i wzajemnie z siebie żartowali. Przypominało mi to moje relacje ze Steviem. Cameron i Hightower znali się od dzieciństwa i sprawiali wrażenie bardzo różniących się od siebie braci. Z kolei Kirstie potrafiła rzucać dosadniejsze uwagi niż każdy z chłopaków i wypowiadała dziwne zdania typu: "No tak, prawda ma bowiem ostre kanty". Albo: "Wtedy jeszcze byłam martwa", zamiast: "Wtedy jeszcze nie było mnie na świecie". Wydawało się, że odgrywa w tej grupie różne role, z wyjątkiem tej cichej dziewczyny z cmentarza.
Nic nie mówiłem, ale to było okej. Rozmyślałem głównie o tym, że mama chciała mnie wysłać na wakacje do Kansas - z dala od niej. Nie wiem, czy ktoś to zrozumie, ale tego wieczora naprawdę było mi dobrze poza domem, z nimi w biurze.
Kiedy późnej wybierali się na jakąś imprezę, poszedłem po prostu za nimi. Staliśmy już na zewnątrz obok samochodu, gdy Kirstie wzięła mnie na bok.
- Hej, Sam?
Spojrzałem na nią i jeszcze zanim otworzyła usta, wiedziałem, co chce powiedzieć.
- Posłuchaj. Nie mówię tego złośliwie, ale nasza trójka...
Cameron i Hightower spoglądali speszeni w naszą stronę.
- ...zna się od dawna i zostało nam jeszcze tylko kilka wspólnych tygodni. Chcielibyśmy być sami...
Kiwnąłem kilka razy głową. Myślę, że po prostu nie mogłem przestać z tym potakiwaniem.
- Pewnie - powiedziałem. - Dobrej zabawy!
Kiedy wracałem do domu, Grady wyglądało tak, jakby ktoś wysypał nad nim zawartość popielniczki, więc gdy dotarłem na miejsce, wszystko spowijały mrok i szarość. Dopiero po chwili zauważyłem, że w korytarzu rzeczywiście nie pali się światło. Potem usłyszałem z łazienki na górze stłumiony głos taty - oraz odgłos wymiotów mamy.
To samo co rankiem.
To tak, jakby w półśnie mieć jeszcze nadzieję, że to był tylko nocny koszmar. A potem nagle dociera do człowieka, że jest dokładnie odwrotnie: że to rzeczywistość, która jak ciężar przez cały czas przygniatała sen.
Nie mogłem złapać powietrza i zataczając się, poszedłem do swojego pokoju. Mama na łóżku bez włosów i z rurkami... Jej pusty wzrok...
Przez chwilę stałem nieruchomo. Potem uderzyłem w poduszkę i wrzasnąłem w nią. Pomyślałem: W tym cholernym życiu nic się nigdy nie zmieni, nigdy, nigdy, a potem krzyknąłem jeszcze głośniej. Szum w mojej głowie narastał. Przestraszyłem się tego, jak bardzo byłem wściekły na samego siebie, chociaż nie umiałem nawet powiedzieć dlaczego. Wściekłość zaczynała się tam, gdzie kończyły się moje myśli.
Złapałem za gitarę i ćwiczyłem tak głośno, jak tylko mogłem. W młodości mama grała na kilku instrumentach i zaleciła nam (mówiąc delikatnie) naukę na którymś z nich. Moja siostra brała wtedy lekcje gry na pianinie i stała się tak dobra, że pozwalano jej nawet grać na organach w kościele podczas mszy, mnie zaś przypadła w udziale akustyczna gitara mamy marki Gibson.
Grałem i grałem, aż moja głowa stała się pusta i nic już nie czułem. W pewnej chwili mama pojawiła się w moim pokoju. Miała na sobie szlafrok; usiadła obok mnie na łóżku, z włosami w strąkach.
- Przeszkadzam?
Pokręciłem głową i przestałem grać.
- Słyszałeś mnie przedtem?
Nic nie odpowiedziałem.
- To nic takiego, tylko skutki uboczne lekarstw, okej?
Poczułem jej dłoń na ramieniu i kiwnąłem z ulgą głową. Oczy miała spuchnięte, twarz wyczerpaną. Przez moment wydawało się, że wypadła z roli i sama nie wiedziała, co chce powiedzieć.
Potem uśmiechnęła się i wskazała na gibsona.
- Zagrasz coś dla mnie?
- Ale co? - zapytałem cicho.
- Co chcesz... Poczekaj, nie. Coś Billy'ego Idola!
Przewróciłem oczami. Naprawdę za nim szalała. Niekiedy powtarzała żartem, że Billy Idol to ktoś, "dla kogo można by złamać pewne przepisy prawa".
Znałem tylko White Wedding. Mama pochwaliła mnie, mimo że ten kawałek nie był trudny. W high school była tą "małą, cichą, w okularach i z końskim ogonem" (tak mówiła o sobie), w college'u grała już w zespole rockowym. Podobno istnieją nawet zdjęcia jej grupy.
- Nie potrafię wyobrazić sobie ciebie takiej, przecież miałaś w głowie tylko książki i...
- Tak, ale równie mocno kochałam bluesa i rocka - powiedziała. - Moim idolem był wtedy Chuck Berry, dlatego właśnie nazwaliśmy się Wild Berrys.
Na moją prośbę opowiedziała mi po raz enty, jak znalazła w stołówce karteczkę, że nowy zespół rockandrollowy szuka wokalistki. Najpierw ze strachu nie chciała się zgłosić, ale potem przezwyciężyła ten lęk. Nikt w college'u nie wiedział, że była raczej nieśmiała.
- Poza mną... Ale co, jeżeli wtedy myliłam się co do siebie? A więc umalowałam się, zrobiłam sobie czuprynę á la Elvis i zgłosiłam się jako kandydatka.
- Pokażesz mi zdjęcia twojego zespołu?
- Jak będziesz starszy i będzie cię stać na dobrego terapeutę.
- Proszę! - zacząłem błagać, ale mama z jakiegoś powodu wstydziła się tych zdjęć. I powiedziała to, co każdy mówi w Grady, kiedy chce coś zachować dla siebie:
- Przykro mi, skarbie, ale to pozostanie jedną z czterdziestu dziewięciu tajemnic!
Przez chwilę panowała cisza, a potem przytuliłem się do niej. Wiedziałem, że jestem na to za duży, ale mimo to było miło. Wprawdzie denerwowało mnie, kiedy mama traktowała mnie jak dziecko - jednak w ubiegłych latach nie było zbyt wiele chwil pod tytułem "bezpieczne dzieciństwo", więc gdy tylko jakaś się trafiła, natychmiast rzucałem się na nią i za nic w świecie nie chciałem oddać.
Mama zapytała, jak było w kinie. W mojej opowieści dużo rzeczy robiłem z innymi i wstyd było mi za to kłamstwo.
- Myślisz, że człowiek może się naprawdę zmienić? - zapytałem w pewnej chwili. - To znaczy stać się odważniejszy i nie być zawsze taki cichy i nieśmiały?
W rozmowach z mamą dobre było to, że mogłem ją o wszystko zapytać. W jej obecności nic nie wydawało się dziwne czy wstydliwe, nawet wtedy, kiedy musiała odbierać mnie ze szkoły z powodu moich napadów lęku. Myślę, że wynikało to z tego, że w jej życiu wiele rzeczy przebiegło nie tak, jak planowała. Na przykład zawsze chciała być psychologiem. A potem, w wieku dwudziestu lat, zaszła w nieplanowaną ciążę z Jean i musiała przerwać naukę w college'u. Moja siostra często mówiła wprawdzie, że właśnie z powodu tego, że nic nie wyszło z jej planów, mama nieustannie, za karę, prowadziła terapię nas dwojga - ale ja to lubiłem.
- Sama nie wiem - odpowiedziała zamyślona.
- Ale ty przecież się zmieniłaś. Ufarbowałaś włosy i grałaś w prawdziwym zespole.
- Ale tylko przez krótki czas. - Ściągnęła górną wargę. - Myślę, że nie można zmienić się całkowicie, ale ogólnie mogę powiedzieć, że teraz jestem o wiele bardziej otwarta i zrelaksowana niż wtedy, gdy byłam w twoim wieku, a bardzo wtedy chciałam, żeby to nastąpiło. A ty z pewnością masz kogoś w sobie, kto jest odważniejszy albo chociaż mniej nieśmiały. Ale obok niego zawsze będzie istniał ten Sam, którym jesteś teraz, i to jest dobre. - Wstała. - Ponieważ tego właśnie kocham.
Skinąłem tylko głową. Kiedy to zobaczyła, wyciągnęła bez słowa rękę w moim kierunku.
Wbrew woli uśmiechnąłem się pod nosem, a potem złączyliśmy nasze małe palce u dłoni. To był nasz prastary tajny znak. Często robiliśmy to w przeszłości, gdy jako dziecko czegoś się bałem, a ona chciała mi powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.
Kiedy wyszła z pokoju, zgasiłem światło i podszedłem do otwartego okna. Padał deszcz, do środka napływało wilgotne nocne powietrze. Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Przez chwilę patrzyłem na las w oddali. I nagle opadło mnie tak wielkie pragnienie bycia kimś innym i pozostawienia wszystkiego za sobą, że wręcz poczułem fizyczny ból. Przede mną rozciągał się cichy, rozświetlony tylko kilkoma zniczami cmentarz. Przez sekundę ujrzałem w mojej wyobraźni Kirstie Andretti - jak stała tam i paliła papierosa, a potem zniknęła. Pokręciłem tylko głową.