Hanna Lachert. Wygoda ważniejsza niż piękno - Katarzyna Jasiołek

Kup ebooka

55.90 zł
45.28 zł (44,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Jak po­ka­zać czy­jeś ży­cie, gdy ma się tak nie­wiele in­for­ma­cji? Tro­chę wspo­mnień, sto­sik czarno-bia­łych fo­to­gra­fii. Spo­glą­dają z nich lu­dzie, któ­rych już nie ma. Do tego jesz­cze kilka po­żół­kłych ar­ku­szy, kalki ze sta­ran­nie wy­kre­ślo­nymi kon­tu­rami me­bli, bu­dynku, neonu. Są także ma­te­rialni świad­ko­wie wspo­mnień. Smu­kły re­gał for­ni­ro­wany dę­bem, ta­pi­ce­ro­wane ni­skie krze­sło, por­ce­la­nowy ser­wis w ko­bal­towe chiń­skie smoki, su­szone kwiaty i zioła wi­szące w pęcz­kach pod su­fi­tem, stara bi­żu­te­ria z ko­ści i sre­bra.

Gdy mamy tak nie­dużo, po­zo­staje nam za­sto­so­wać pe­wien trik. Weźmy za­tem do ręki ka­lej­do­skop. Przy­zwy­czajmy dłoń do chłod­nego cię­żaru ma­gicz­nej za­bawki, a po­tem przy­łóżmy ją do oka i po­zwólmy, żeby po­ka­zała nam kilka chwil wy­rwa­nych nie­pa­mięci. Nie ułożą się w pełną hi­sto­rię, nie za­spo­koją na­szej cie­ka­wo­ści. Po­zo­sta­wią nie­do­syt, za­in­try­gują, wy­wo­łają gę­sią skórkę. Ale także wra­że­nie, że czu­jemy smak, za­pach, do­tyk, wszech­ogar­nia­jącą mi­łość i obez­wład­nia­jący strach. Wspo­mnie­nie pierw­sze. Prze­kręćmy lekko. Wspo­mnie­nie dru­gie. Znów prze­kręćmy. Wspo­mnie­nie... Sze­lest su­kien na balu w Ad­rii. In­ten­sywna zie­leń ga­łą­zek świerku, na któ­rych przy­bywa ozdób. Za­lana słoń­cem ulica. Ta­peta w bratki wi­dziana spod zmru­żo­nych po­wiek. Gwar wiel­kiego sklepu. Za­pach trawy. Smak po­piołu na ję­zyku. Smak je­dze­nia, gdy za­po­mniało się już, jak sma­kuje je­dze­nie. Smak suk­cesu, gdy ko­goś cie­szą efekty na­szej pracy. Ra­dość, że po­ja­wiły się na nowo zwy­kłe rze­czy. Że lu­dzie wo­kół znów się uśmie­chają.

Nie ma już więk­szo­ści świad­ków opo­wie­ści, które zna­la­zły się w tej książce. Mu­simy do­po­wie­dzieć so­bie to, o co nie mamy kogo za­py­tać. Zresztą pa­mięć ludzka jest su­biek­tywna. Każdy opo­wie­działby nam co in­nego. Ta sama osoba za­py­tana o to samo dzie­sięć, dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści lat wcze­śniej mia­łaby dla nas inny ar­chi­pe­lag słów. Więc przyj­mijmy, że to jest jedna z wer­sji tej opo­wie­ści. Czy naj­bar­dziej obiek­tywna? O, na pewno nie. Opo­wie­ści o ży­ciu mają pełne prawo do su­biek­ty­wi­zmu. A bo­ha­terka tej mówi w pew­nym mo­men­cie: "Pa­mięć ludzka jest cu­do­wna; wszystko, co złe, od­cho­dzi, a wszystko, co do­bre - zo­staje".

Dla­czego aku­rat Hanna La­chert? Po­wo­dów jest wiele. Cho­ciażby dla­tego, że ku­szące jest za­ję­cie się te­ma­tem, który po­zo­staje tro­chę w cie­niu, opo­wie­dze­nie o kimś, o kim nikt wcze­śniej nie opo­wia­dał. Może to brzmieć dziw­nie, bo prze­cież w wielu tek­stach i ar­ty­ku­łach pra­so­wych o Spół­dzielni "Ład" ich au­to­rzy jed­nym tchem wy­mie­niają na­zwi­ska jej czo­ło­wych pro­jek­tan­tów, a wśród nich Hannę La­chert. Cza­sem zresztą jako Le­chert lub ze zmie­nio­nym na Anna imie­niem. Nie­stety, oprócz na­zwi­ska i pro­fe­sji wła­ści­wie nie mie­li­śmy do­tych­czas żad­nych in­for­ma­cji o bo­ha­terce tej opo­wie­ści, przez co nie­jedna osoba gra­tu­lo­wała Han­nie wspa­nia­łego ojca (oczy­wi­ście nie w oso­bie Ta­de­usza, ale Boh­dana) czy pro­jek­tów tych kilku me­bli zna­nych wiel­bi­cie­lom po­wo­jen­nego wzor­nic­twa (jakby z ich za­pro­jek­to­wa­nia można było wów­czas przez kilka de­kad żyć do­stat­nio bez in­nych zle­ceń).

To tro­chę wina sa­mej Hanny, że wiemy o niej tak mało. Choć za­pro­jek­to­wała setki wnętrz uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej, jak wnę­trza du­żych ho­teli, skle­pów Ce­pe­lii czy ka­to­wic­kiego Spodka, to nie brała udziału w uro­czy­sto­ściach ich otwar­cia, gdzie mógłby po­roz­ma­wiać z nią ja­kiś dzien­ni­karz o po­my­śle na pro­jekt i o pracy. Za­miast się re­kla­mo­wać, bie­gła da­lej - spę­dzić czas ze zna­jo­mymi lub przy raj­zbre­cie nad ko­lej­nym zle­ce­niem od­kła­da­nym na ostat­nią chwilę.

Hanna była mi­strzy­nią pro­kra­sty­na­cji, ale o tym, że współ­dzie­limy tę ce­chę, nie do­wie­dzia­łam się od razu. Za­fa­scy­no­wało mnie to, że różne ele­menty jej bio­gra­fii tak bar­dzo ze sobą kon­tra­stują. Pa­nienka z do­brego zie­miań­skiego domu, córka damy, ze skłon­no­ścią do ła­ma­nia za­sad, ło­bu­ziara. Nie­zwy­kle pra­co­wita, ale za­wsze znaj­do­wała czas na wy­pad na narty, wa­ka­cje ze zna­jo­mymi, uro­czy­ste bie­siady z ro­dziną. Współ­czu­jąca sa­ni­ta­riuszka w po­wsta­niu war­szaw­skim i dzia­łaczka pod­zie­mia, która sama o so­bie mó­wiła, że nie­raz w ży­ciu za­słu­żyła na la­nie, a bra­wura w jej wy­da­niu czę­sto była po pro­stu głu­potą. Pro­jek­tantka, która w myśl za­sad wpo­jo­nych przez pro­fe­so­rów war­szaw­skiej ASP na pierw­szym miej­scu sta­wiała er­go­no­mię, cho­ciaż jej pro­jekty nie­zmien­nie za­chwy­cają pięk­nem. Od­po­wie­dzialna i zor­ga­ni­zo­wana, a cza­sem za­cho­wu­jąca się jak za­ko­chana na­sto­latka. Wresz­cie tro­skliwa matka, bab­cia i te­ściowa, która po­tra­fiła za­leźć swo­jej ro­dzi­nie za skórę i ob­ra­zić się na całe ty­go­dnie, ale w ra­zie po­trzeby go­towa była zro­bić dla swo­ich bli­skich wszystko.

Książka w obec­nym kształ­cie nie mo­głaby uka­zać się oczy­wi­ście bez jej bo­ha­terki, ale chcia­ła­bym w tym miej­scu po­dzię­ko­wać za po­moc jej ro­dzi­nie, w szcze­gól­no­ści Elż­bie­cie i Mi­cha­łowi La­cher­tom, a także Mał­go­rza­cie Bar­to­sik, Ro­ber­towi Szu­bie i Jo­an­nie Ta­rach za zdję­cia, które - obok ro­dzin­nych - wzbo­ga­ciły książkę wi­zu­al­nie.

Wy­dawca ADAM PLUSZKA
Re­dak­torka pro­wa­dząca KA­RO­LINA WĄ­SOW­SKA
Re­dak­cja IDA ŚWIER­KOCKA
Ko­rekta MAG­DA­LENA MA­TYJA-PIE­TRZYK
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych, opra­co­wa­nie gra­ficzne i ty­po­gra­ficzne ANNA POL
Ła­ma­nie, ko­rekta ANNA HEG­MAN
Ko­or­dy­na­torka pro­duk­cji PAU­LINA KU­REK
Zdję­cia na okładce ? ar­chi­wum ro­dziny La­cher­tów; ? Piotr Li­gier / MNW Zdję­cia na s. 64, 209, 227, 253: ? NAC; s. 104, 164, 165, 203, 204, 205, 215, 216, 223, 226, 234, 238 (po pra­wej), 239, 241, 246: ? Fun­da­cja Pol­ska Sztuka Sto­so­wana; s. 127, 228: do­mena pu­bliczna; s. 200, 201, 202, 213: ? Jest Do­brze; s. 207, 211: ? Piotr Li­gier / MNW; s. 210: Spół­dziel­nia Ar­ty­stów Pla­sty­ków Ład, ka­ta­log wy­stawy, War­szawa, oprac. graf. Woj­ciech Za­mecz­nik; s. 218: Ogól­no­pol­ska Wy­stawa Ar­chi­tek­tury Wnętrz 1957, ka­ta­log wy­stawy, War­szawa 1958; s. 225: 40 lat Ładu, ka­ta­log wy­stawy, War­szawa 1967; s. 238 (po le­wej): H. Prze­wo­ska, 30 lat Ładu, "Sto­lica" Nr 3, sty­czeń 1957, s. 12; s. 240: Wnę­trze. Pro­jekty me­bli 1959, Wy­daw­nic­twa Cza­so­pism Tech­nicz­nych NOT, War­szawa 1959; s. 244: Pol­skie dzieło pla­styczne w XV-le­cie PRL. Sztuka użyt­kowa, War­szawa 1963; s. 283: ? Ja­kub Pa­jew­ski; s. 302, 303, 304, 305, 306, 307, 308: ? Mał­go­rzata Bar­to­sik; s. 312: ? Ka­ta­rzyna Ja­sio­łek
Po­zo­stałe zdję­cia po­cho­dzą z ar­chi­wum ro­dziny La­cher­tów.
Co­py­ri­ght ? by Ka­ta­rzyna Ja­sio­łek Co­py­ri­ght ? by Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy, War­szawa 2022
War­szawa 2022 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67406-66-6
Wy­daw­nic­two Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11A 01-527 War­szawa tel. 48 22 663 02 75 re­dak­cja@mar­gi­nesy.com.pl
www.mar­gi­nesy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Ma­ria i Ta­de­usz

Pro­to­pla­stą rodu So­boc­kich był To­masz So­bocki, jak głosi ro­dzinna le­genda - je­den z ko­chan­ków kró­lo­wej Bony. Do­stał od niej kasz­te­la­nię łę­czycką i dwa ma­jątki: Pią­tek i So­botę, stąd póź­niej­sze na­zwi­sko To­ma­sza z So­boty.

Oj­ciec Hanny, Ta­de­usz So­bocki, uro­dził się w 1882 roku w Iliń­cach, ukra­iń­skim mie­ście wcie­lo­nym do za­boru ro­syj­skiego. W XVIII wieku Hie­ro­nim Ja­nusz San­guszko, wła­ści­ciel mia­steczka, wy­bu­do­wał tam par­te­rowy dwór, który miał być let­nią re­zy­den­cją ro­dziny San­gusz­ków i w któ­rym w 1787 roku wła­ści­ciel miał za­szczyt go­ścić króla Pol­ski Sta­ni­sława Au­gu­sta Po­nia­tow­skiego. Pod ko­niec XIX wieku dwór ów stał się do­mem miesz­kal­nym za­rząd­ców cu­krowni w Iliń­cach. Być może Ta­de­usz spę­dził w nim część dzie­ciń­stwa, bo jego oj­ciec Mar­celi So­bocki, ab­sol­went Po­li­tech­niki Ki­jow­skiej, bu­do­wał w mia­steczku cu­krow­nię. W każ­dym ra­zie ukoń­czył szkołę pod­sta­wową i gim­na­zjum w mia­steczku, a w 1900 roku oj­ciec wy­słał go na stu­dia do Pa­ryża. Przez dzie­sięć lat stu­dio­wał z róż­nym za­cię­ciem w École Spéciale d'Ar­chi­tec­ture, by w 1910 roku uzy­skać dy­plom uczelni. Dla­czego tak długo mu to za­jęło?

Oj­ciec przy­sy­łał pie­nią­dze na opła­ce­nie na­uki oraz na ży­cie, więc Ta­de­usz nie miał po­wo­dów, aby spie­szyć się z po­wro­tem do kraju. W Pa­ryżu zdą­żył się zresztą dwu­krot­nie oże­nić. Z mał­żeń­stwa z Po­lką za­war­tego w 1908 roku uro­dziła się córka An­drée, która zo­sta­nie ma­larką i bę­dzie znana jako An­drée de So­bocka de Groot[5]. Była także żona Fran­cuzka Ray­monde Le­on­tine Labbé, dla któ­rej mał­żeń­stwo z Ta­de­uszem - jak pi­sała w li­stach - oka­zało się roz­cza­ro­wa­niem. Owo­cem tego związku była córka Zo­fia. Po Ta­de­uszu Ray­monde (zwana Muszką) w 1913 roku wy­szła za Lu­dwika Ma­rię Staffa, brata Le­opolda, także po­etę, a po­tem, po raz trzeci, za pro­fe­sora Bo­gu­sława Pin­del­skiego, z któ­rym miała dwóch sy­nów[6].

Po po­wro­cie do Pol­ski Ta­de­usz an­ga­żuje się fi­nan­sowo w przed­się­wzię­cie nie do końca zwią­zane z ar­chi­tek­turą. Trudno się jed­nak dzi­wić, wiemy bo­wiem, że przy­szły ar­chi­tekt ob­ra­cał się w Pa­ryżu w śro­do­wi­sku ary­sto­kra­cji i ar­ty­stów, co uła­twiały mu nie tylko pie­nią­dze, ale także nie­tu­zin­kowe po­czu­cie hu­moru i dar zjed­ny­wa­nia so­bie lu­dzi. Tym­cza­sem śro­do­wi­sko pa­ry­skie daje się uwieść no­wej for­mie roz­rywki, jaką jest ca­ba­ret. Okre­śle­nie to ozna­cza wpraw­dzie je­dy­nie pro­za­iczną knajpę czy też szynk, ale gdy do­damy do rze­czow­nika przy­miot­nik ar­ti­sti­que, to mamy na­gle zu­peł­nie inną ja­kość. Bo można iść dzi­siaj na ko­la­cję do jed­nej knajpy, a ju­tro do in­nej, ale sy­tu­acja zmie­nia się, gdy miej­sca przy­cią­gają sta­łych by­wal­ców nie je­dze­niem i trun­kami, lecz ludźmi o po­dob­nym po­czu­ciu hu­moru czy po­glą­dach na ży­cie, któ­rzy po­tra­fią także roz­śmie­szyć to­wa­rzy­stwo. Ka­ba­rety ar­ty­styczne zdo­by­wają serca pa­ry­żan chcą­cych na kilka go­dzin uciec od co­dzien­no­ści. Po­móc ma w tym wy­peł­niony pio­sen­kami pro­gram. W 1881 roku otwiera się dla wi­dzów Chat Noir (Czarny Kot) na wzgó­rzu Mont­mar­tre oraz La­pin Agile (Pę­dzący Kró­lik), gdzie można spo­tkać cho­ciażby Pa­bla Pi­cassa.

Ta­de­usz So­bocki od­wie­dza z pew­no­ścią oby­dwa miej­sca, zwłasz­cza że zna słyn­nego ma­la­rza i ob­raca się w tych sa­mych co on krę­gach. Po po­wro­cie do Pol­ski nie czuje się zresztą roz­cza­ro­wany. Tu­taj także już wie­dzą, co to za forma roz­rywki. Od lat działa w Kra­ko­wie przy Flo­riań­skiej 45 Cu­kier­nia Lwow­ska, zwana po­tocz­nie Jamą Mi­cha­lika, w któ­rej w 1905 roku Jan Au­gust Ki­sie­lew­ski wraz z przy­ja­ciółmi za­kłada pierw­szy w Pol­sce ka­ba­ret li­te­racki Zie­lony Ba­lo­nik. Miej­scem, gdzie roz­go­ścił się pierw­szy w War­sza­wie ka­ba­ret li­te­racko-ar­ty­styczny, jest re­stau­ra­cja Oaza przy placu Te­atral­nym. Ka­ba­ret po­wo­łuje do ży­cia w 1909 roku Ar­nold Szyf­man. Przed­się­wzię­cie nosi na­zwę Mo­mus, a au­to­rem war­szaw­skich pro­gra­mów jest Ar­tur Op­p­man (Or-Ot). Nie­stety Mo­mus szybko zo­staje za­mknięty. W sto­licy od­zy­ska­nego pań­stwa jest jed­nak słynna ka­wiar­nia ar­ty­styczna Pod Pi­ka­do­rem, dzia­ła­jąca od 1918 roku - naj­pierw przy No­wym Świe­cie 57, póź­niej w piw­nicy Ho­telu Eu­ro­pej­skiego (po po­łą­cze­niu z Klu­bem Fu­tu­ry­stów Pol­skich "Czarna La­tar­nia"). Spo­tyka się tu­taj grupa Ska­man­der. Or­ga­ni­za­to­rem jest Ta­de­usz Ra­abe, a za­ło­ży­cie­lami Ju­lian Tu­wim, An­toni Sło­nim­ski i Jan Le­choń.

Inna hi­sto­ria ma swój po­czą­tek w miej­scu zwa­nym Ga­le­rią Lu­xen­burga, czyli ele­ganc­kim pa­sażu miesz­czą­cym się przy ulicy Se­na­tor­skiej 29 w War­sza­wie. Ga­le­ria zbu­do­wana w pierw­szej de­ka­dzie wieku na zle­ce­nie Ma­xi­mi­liana Lu­xen­burga to w War­sza­wie no­vum: prze­szklony dach spina ze sobą dwa sto­jące rów­no­le­gle bu­dynki, two­rząc za­da­szoną uliczkę bie­gnącą od Se­na­tor­skiej do Nie­ca­łej. Po­wstają tu­taj: Grand Ho­tel, re­stau­ra­cje, ka­wiar­nie, sklepy, sala ki­nowa, a na­wet tor do jazdy na wrot­kach. Gdy wrotki war­sza­wia­kom po­wsze­dnieją, dwie sale cze­kają na na­jem­ców. Jedna z nich to prze­strzeń te­atralna ze sceną i fo­te­lami, druga zaś - sala ka­ba­re­towa z nie­wielką es­tradą i sto­li­kami. Cho­ciaż jesz­cze nic na to nie wska­zuje, miej­sce to przej­dzie do hi­sto­rii dzięki przed­się­wzię­ciu, w które an­ga­żują się Ta­de­usz So­bocki oraz jego wspól­nicy - zie­mia­nin Le­szek Przy­łu­ski oraz ku­piec Izy­dor We­is­blatt. Otwar­cie te­atrzyku Qui Pro Quo 4 kwiet­nia 1919 roku po­prze­dza grun­towna prze­bu­dowa prze­strzeni te­atral­nej ga­le­rii. Na wi­do­wni jest te­raz pięć­set czter­na­ście miejsc, z któ­rych naj­lep­sze wy­ście­łane są czer­wo­nym ak­sa­mi­tem. Do liczby tej wli­czają się także miej­sca w lo­żach, ude­ko­ro­wa­nych od strony wi­do­wni scen­kami z ba­jek La Fon­ta­ine'a. Par­kiet sceny, dla lep­szej aku­styki, wspiera się na szkle, i to nie byle ja­kim - to kil­ka­dzie­siąt bu­te­lek po szam­pa­nie, po­mię­dzy któ­rymi prze­strze­nie wy­peł­nione są pia­skiem. Po­noć bu­telki nie zo­stały do­star­czone na plac bu­dowy pu­ste, ich za­war­tość gwiazdy i współ­pra­cow­nicy po­wsta­ją­cego te­atrzyku ofiar­nie wy­pili, po­świę­ca­jąc na to kilka wie­czo­rów. Za sceną wi­dzimy de­ko­ra­cję w kształ­cie wiel­kiej muszli. Ta­de­usz, który ma na swoim kon­cie dzie­siątki sce­no­gra­fii do fil­mów, cho­ciażby do kul­to­wej Be­stii z Polą Ne­gri, jest au­to­rem pro­jektu sali, za de­ko­ra­cje od­po­wiada na­to­miast le­gen­darny sce­no­graf te­atrzyku Jó­zef Ga­lew­ski. Sala utrzy­mana jest w stylu mod­nego uno­wo­cze­śnio­nego em­pire. Po prze­bu­do­wie w 1924 roku ściany zo­staną po­kryte ciemną bo­aze­rią.

W Qui Pro Quo oj­ciec ro­bił sce­no­gra­fię, a po­nie­waż za­wsze miał in­kli­na­cje do płci pięk­nej, jeź­dzili ze swoim przy­ja­cie­lem fa­bry­kan­tem Miet­kiem Gór­skim po Pol­sce i szu­kali do ka­ba­retu od­po­wied­nich dziew­czyn z ład­nymi gło­sami. Pod­czas jed­nej z ta­kich wy­praw oj­ciec od­krył Mirę Zi­miń­ską.

W trak­cie pierw­szych wy­stę­pów Qui Pro Quo kon­fe­ran­sje­rami są Kon­rad Tom i Jó­zef Ur­stein. Ich za­da­niem jest zbu­do­wa­nie ramy dla pro­gramu skła­da­ją­cego się z nieco przy­pad­ko­wych ele­men­tów. Od 1924 roku kon­fe­ran­sjerką zaj­muje się słynny Fry­de­ryk Járosy. Wi­dzo­wie ze­brani w piw­nicy Ga­le­rii Lu­xen­burga mają oka­zję zo­ba­czyć i po­słu­chać naj­lep­szych. Tek­sty pi­szą mię­dzy in­nymi: Ju­lian Tu­wim, Jan Le­choń, An­toni Sło­nim­ski, Ma­rian He­mar, Ka­zi­mierz Wie­rzyń­ski. Na sce­nie wy­stę­pują naj­więk­sze gwiazdy: Hanka Or­do­nówna, Mira Zi­miń­ska, Zula Po­go­rzel­ska, Adolf Dym­sza, Eu­ge­niusz Bodo, Ka­zi­mierz Kru­kow­ski. To, co się dzieje na sce­nie Qui Pro Quo, sta­nowi wzór dla przed­sta­wień w ca­łym kraju.

Gdy w 1921 roku roz­po­czyna się bu­dowa Gdyni, Ta­de­usz So­bocki, wcze­śniej speł­nia­jący się jako sce­no­graf, w końcu za­czyna zaj­mo­wać się ar­chi­tek­turą. Pra­cuje tam w pierw­szych la­tach re­ali­za­cji pro­jektu okre­śla­nego mia­nem naj­waż­niej­szego i naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nego w II Rze­czy­po­spo­li­tej. Ta­de­usza fa­scy­nuje wy­my­śla­nie i bu­do­wa­nie wszyst­kiego od nowa, z ener­gią więc an­ga­żuje się w różne przed­się­wzię­cia. Mieszka w sto­licy, a do Gdyni do­jeż­dża wła­snym sa­mo­cho­dem. W końcu to rzuca, bo po­ja­wiają się pro­po­zy­cje w War­sza­wie, a i cią­głe do­jazdy stają się mę­czące. Jed­nym z za­pro­jek­to­wa­nych przez Ta­de­usza bu­dyn­ków, które można oglą­dać do dziś, jest willa Izy­hali przy ulicy Sien­kie­wi­cza 15 w Kon­stan­ci­nie-Je­zior­nie, zbu­do­wana w la­tach 1926-1927.

Po po­wro­cie do Pol­ski Ta­de­usz czę­sto za­gląda do ma­jątku, gdzie mieszka jego ro­dzina - Mi­chał Ja­wor­ski, urzęd­nik cu­krowni w San­ni­kach, oraz jego żona Ste­fa­nia z So­boc­kich. Ich córka Ma­ria stu­diuje fi­lo­zo­fię. Gdy Ta­de­usz przy­jeż­dża w od­wie­dziny, Ma­ria sły­szy od matki: "Ma­ry­siu, pro­szę iść do swo­jego po­koju, pan So­bocki przy­szedł z wi­zytą". Matka nie przy­pusz­cza, że jej słowa, bę­dące w za­mie­rze­niu ostrze­że­niem, wy­wo­łają sku­tek od­wrotny do za­mie­rzo­nego. Ku­zyn Ta­dzio staje się jesz­cze bar­dziej in­try­gu­jący, cho­ciaż fa­scy­nu­jący wy­da­wał się już wcze­śniej - z po­wodu krą­żą­cych w ro­dzi­nie opo­wie­ści o jego pa­ry­skim ży­ciu. Ma­ria, o dzie­więt­na­ście lat młod­sza, ob­ser­wuje go ukrad­kiem, co koń­czy się w spo­sób nie­ocze­ki­wany dla ca­łej ro­dziny.

Oj­ciec miał złą opi­nię, znany był ze swo­jego za­mi­ło­wa­nia do ko­biet i wiel­kiej fan­ta­zji. Moja mama tak się w nim za­ko­chała, że ucie­kła do niego ze swo­jego pu­ry­tań­skiego domu ro­dzin­nego, co było nie do po­my­śle­nia. Z ra­cji po­kre­wień­stwa ślub mo­gli wziąć je­dy­nie za zgodą bi­skupa, a że bi­skup był ku­zy­nem na­szej ro­dziny, to ła­two po­szło. Z po­wodu ucieczki i ślubu mama zo­stała wy­klęta przez całą ro­dzinę. Dzia­dek wy­ba­czył jej do­piero wtedy, gdy ja się uro­dzi­łam.

Ma­ria po wyj­ściu za mąż re­zy­gnuje ze stu­diów. 19 marca 1927 roku na świat przy­cho­dzi je­dyna córka Ma­rii Kry­styny z Ja­wor­skich i Ta­de­usza So­boc­kiego - Hanna. Ta­de­usz ma wów­czas czter­dzie­ści dwa lata, a Ma­ria - dwa­dzie­ścia trzy.

Pań­stwo So­boccy pro­wa­dzą bujne ży­cie to­wa­rzy­skie. Są za­pra­szani i sami za­pra­szają do domu z naj­roz­ma­it­szych oka­zji, albo i bez oka­zji, na wy­stawne ko­la­cje. Nie­mal co wie­czór można ich spo­tkać w jed­nej z ele­ganc­kich war­szaw­skich re­stau­ra­cji, na przy­kład w Ad­rii czy Oa­zie, gdzie Ta­de­usz spę­dza czas na po­ga­węd­kach z przy­ja­ciółmi przy sto­liku, a Ma­ria, która sza­le­nie lubi tań­czyć, wy­biera w tym cza­sie par­kiet, na któ­rym to­wa­rzy­szą jej mło­dzi for­dan­se­rzy. Za­bawa czę­sto trwa do rana.

Gdy tylko nada­rza się oka­zja, wy­cho­dzą także do te­atru, opery czy na bal. Ze szcze­gól­nym roz­ma­chem or­ga­ni­zo­wane są bale woj­skowe, na któ­rych bawi się cała elita pol­skiej ar­mii. Ro­dzice Hanny rów­nież na nich by­wają, po­nie­waż ich krewna jest żoną Igna­cego Soł­tana[7], ad­iu­tanta naj­pierw pre­zy­denta Na­ru­to­wi­cza, a po­tem mar­szałka Pił­sud­skiego.

Na tych ba­lach męż­czyźni byli ubrani we fraki, a pa­nie w piękne ba­lowe suk­nie. Kie­dyś ro­dzice mieli iść na bal czy przy­ję­cie, przed któ­rym mama oznaj­miła, że nie pój­dzie, bo nie ma się w co ubrać, a nie włoży prze­cież sta­rej su­kienki. Oj­ciec wy­jął z szafy w swo­jej pra­cowni (którą mama na­zy­wała gra­ciar­nią) ma­te­riał cały ob­szyty ce­ki­nami i ma­szynę do szy­cia i uszył ma­mie taką su­kienkę wie­czo­rową, że przy­ja­ciółki py­tały ją, gdzie ku­piła ta­kie cudo. Oczy­wi­ście się nie przy­znała, że to dzieło męża.

Tylko ten je­den raz mama Hanny sko­rzy­sta z umie­jęt­no­ści kra­wiec­kich męża. Kre­acji na co dzień i na wyj­ścia szuka cho­ciażby w Domu Mody Bo­gu­sława Her­sego, miesz­czą­cym się w czte­ro­pię­tro­wej ka­mie­nicy przy ulicy Mar­szał­kow­skiej pod nu­me­rem sto pięć­dzie­sią­tym. Spo­tkać tu można nie tylko naj­za­moż­niej­sze damy z War­szawy i pro­win­cji, do któ­rych skie­ro­wana jest oferta eks­klu­zyw­nego sklepu, ale także mniej ma­jętne klientki - one jed­nak naj­czę­ściej tylko oglą­dają to­war, z rzadka ku­pują ja­kiś dro­biazg.

Wej­ście do tej kra­iny cu­dow­no­ści mie­ści się na rogu Mar­szał­kow­skiej i Ery­wań­skiej (obecna Kre­dy­towa). Wcho­dzą­cych wita por­tier. Z pię­cio­kąt­nego holu, roz­mi­go­ta­nego od od­bi­ja­ją­cych świa­tło ta­fli szkła, mogą przejść przez szklane drzwi, za któ­rymi znaj­duje się sklep zaj­mu­jący par­ter i pierw­sze pię­tro. Pro­wa­dzą na nie obite mięk­kim dy­wa­nem, im­po­nu­jące schody z de­ko­ra­cyj­nymi ba­lu­stra­dami po obu stro­nach, klienci mogą jed­nak także sko­rzy­stać z windy. W ca­łym wnę­trzu domu mody nie bra­kuje dy­wa­nów, ta­pi­ce­ro­wa­nych i for­ni­ro­wa­nych me­bli, ze­ga­rów, por­ce­lany, lu­ster, oświe­tle­nia, ta­pet i ma­lo­wi­deł na ścia­nach, ozdob­nych gzym­sów. W ta­kiej sce­ne­rii można ku­pić coś go­to­wego oraz za­mó­wić odzież szytą na miarę. Za wzory służą naj­mod­niej­sze stroje spro­wa­dzane z fran­cu­skich i an­giel­skich do­mów mody. Oczy­wi­ście po­wstają tu­taj rów­nież kre­acje au­tor­skie, które można zo­ba­czyć na żywo, a także w roz­sy­ła­nych po kraju ka­ta­lo­gach, uła­twia­ją­cych sprze­daż wy­sył­kową[8].

Wnę­trza Her­sego obej­rzeć można w fil­mie z 1933 roku Jego eks­ce­len­cja su­biekt, daje on pewne wy­obra­że­nie o tym, w czym mama Hani wy­bie­rała się na przy­ję­cia i bale.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Piękna

Trzeba za­cząć od dzie­ciń­stwa, bo to po­każe, jaki ja mam wredny cha­rak­ter.[1]

Ta opo­wieść za­czyna się przy ulicy Pięk­nej w War­sza­wie. Pod nu­me­rem dwu­dzie­stym. Cho­ciaż gdy w gło­wie bo­ha­terki za­czy­nają się two­rzyć wspo­mnie­nia, które prze­trwają dłu­żej niż chwilę, ulica nosi już na­zwę Piusa IX. To jedna z du­żych re­pre­zen­ta­cyj­nych ulic War­szawy. Od­cho­dzi od Mar­szał­kow­skiej na wy­so­ko­ści nu­meru pięć­dzie­sią­tego czwar­tego; pa­trząc stąd, ka­mie­nicę pod nu­me­rem dwu­dzie­stym ma się po le­wej. Aby do niej dojść, trzeba mi­nąć tę pod nu­me­rem trzy­dzie­stym szó­stym, czwar­tym, dru­gim - wszyst­kie są czte­ro­pię­trowe. Da­lej za­bu­dowa jest niż­sza o jedno pię­tro - mamy więc ka­mie­nicę przy Piusa IX trzy­dzie­ści i dwa­dzie­ścia osiem, za nimi przy sa­mej ulicy przed szkołą zie­leni się ogród zaj­mu­jący nu­mery dwa­dzie­ścia sześć i dwa­dzie­ścia cztery. I już tylko kilka kro­ków. Mi­jamy nu­mer dwa­dzie­ścia dwa i ko­niec tej wy­li­czanki, która tylko na pa­pie­rze może wy­da­wać się długa.

W po­dwórko wcho­dzi się przez sze­roką bramę, zwień­czoną łu­kiem z jed­nym z wielu ele­men­tów de­ko­ra­cyj­nych obec­nych na ele­wa­cji. Skrzy­dła bramy zdo­bią kute kraty w ro­ślinny wzór, a po obu jej stro­nach - dwu­skrzy­dłowe okna, w sło­neczny dzień za­cie­niają je znaj­du­jące się wy­żej bal­kony. Ro­snące wzdłuż chod­nika młode drzewa nie chro­nią jesz­cze przed słoń­cem. Okna na par­te­rze oraz pierw­szym i dru­gim pię­trze mają de­ko­ra­cyjne gzymsy - na każ­dym inne, ostat­nia kon­dy­gna­cja jest wy­raź­nie skrom­niej­sza. Bal­kony znaj­dują się je­dy­nie w cen­tral­nej czę­ści ka­mie­nicy.

Ro­dzina So­boc­kich może zaj­mo­wać miesz­ka­nie na naj­bar­dziej pre­sti­żo­wym, dru­gim pię­trze, jed­nak nie ma już dziś stróża czy li­sto­no­sza, który mógłby to po­twier­dzić. Wśród wielu czarno-bia­łych zdjęć za­cho­wało się parę przed­sta­wia­ją­cych wnę­trza pię­cio­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia. Choćby to, na któ­rym mo­żemy zo­ba­czyć ga­bi­net pana So­boc­kiego z du­żym for­ni­ro­wa­nym biur­kiem, skó­rza­nymi fo­te­lami o pi­ko­wa­nych opar­ciach, ob­ra­zami na ścia­nach, orien­talną de­ko­ra­cją w drzwiach, ja­snymi za­sło­nami, pro­fi­lem ta­jem­ni­czej ko­biety w owal­nej ra­mie, który wisi na ścia­nie po­mię­dzy oknami. Na ko­lej­nym zdję­ciu pan domu gra w karty z dwoma męż­czy­znami, na sto­li­kach stoją fi­li­żanki, sa­mo­war, bu­telka al­ko­holu, kie­liszki, pa­tera ze sło­dy­czami. Wi­dać rów­nież dy­wan i frag­ment gzymsu ko­minka z bia­łego mar­muru. W ka­drze mógłby stać także te­le­fon, któ­remu przy­dzie­lono nu­mer 252-69. Fo­to­gra­fia ule­gła znisz­cze­niu - bra­kuje jej ro­gów, z le­wej strony jest po­szar­pana, w kilku miej­scach po­za­gi­nana.

Mamy także nie­sta­ran­nie wy­wo­łaną po­zo­waną od­bitkę z wy­raź­nym za­ła­ma­niem. Po le­wej stro­nie ka­dru sie­dzi na krze­śle uśmiech­nięta pani So­bocka z có­reczką na ko­la­nach, a po pra­wej - pa­trząca na nie z życz­li­wo­ścią para. W cen­tral­nej czę­ści zdję­cia wi­dać mały sto­lik z okrą­głym bia­łym bla­tem i zło­ce­niami. Stoją na nim wy­myślna lampa, fi­li­żanka oraz bar­dzo de­ko­ra­cyjne na­czy­nie, praw­do­po­dob­nie ze sło­dy­czami. W tle duży ciemny kre­dens z prze­szkloną górną czę­ścią.

To tyle, je­śli cho­dzi o to, co pewne. W kwe­stii reszty miesz­ka­nia na Pięk­nej musi nam wy­star­czyć te kilka ob­ra­zów, które za­cho­wały się w pa­mięci dziew­czynki ze zdję­cia. Ma na nim może rok i już nie­ba­wem za­cznie ko­lek­cjo­no­wać wspo­mnie­nia. Pa­mięta, że miesz­ka­nie urzą­dzone było luk­su­sowo, miało piękne drzwi, ozdobne gzymsy, sztu­ka­te­rie, kar­ni­sze dźwi­ga­jące cięż­kie za­słony. Czy już wtedy dziew­czynkę in­te­re­sują ta­pi­ce­ro­wane wy­so­kie krze­sła, wzo­rzy­ste ta­pety, wiel­kie palmy w do­ni­cach? Czy już wów­czas kształ­tuje się jej po­czu­cie es­te­tyki? A może do­piero póź­niej Ha­nia od­kryje w so­bie dar, który spra­wia, że tuż przed od­da­niem pro­jektu wszyst­kie wcze­śniej­sze prze­czu­cia ukła­dają się w jej gło­wie, na szki­cach i ma­kie­tach w jedną funk­cjo­na­lną ca­łość? Ca­łość, która zma­te­ria­li­zuje się po­tem dzięki pracy wielu rąk.

Wiemy tyle, ile mo­gli­by­śmy zo­ba­czyć, za­glą­da­jąc do po­koi i kuchni przez dziurkę w mo­sięż­nych szyl­dach kla­mek - bi­żu­te­rii dwu­skrzy­dło­wych drzwi. Jedne z nich pro­wa­dzą do po­koju, któ­rego ściany po­krywa ta­peta w bu­kie­ciki brat­ków na kre­mo­wym tle. Cała ściana przy łóżku jest po­ma­lo­wana kred­kami. Za­nim ro­dzice wyjdą wie­czo­rem, mama wśli­zguje się do po­koju ma­łej Hani ubrana ni­czym wróżka w piękną wie­czo­rową suk­nię. Ca­łuje córkę na do­bra­noc i wy­myka się ci­cho, zo­sta­wia­jąc lekko uchy­lone drzwi, bo Ha­nia boi się ciem­no­ści, a ten snop świa­tła chroni ją przed wy­two­rami jej wy­ob­raźni, oczy­wi­ście tymi groź­nymi. Gdy mama zo­staje w domu, czyta córce bajki.

Kiedy by­łam cał­kiem mała, mia­łam książkę pod ty­tu­łem Mój las z opo­wia­da­niami o przy­go­dach le­śnych zwie­rząt. Gdy mama nie szła na przy­ję­cie ani na bal, przy­cho­dziła i mi ją czy­tała. Je­śli się po­my­liła, od razu ją stro­fo­wa­łam, bo ja tę książkę zna­łam na pa­mięć. To było moje uko­cha­nie, uwiel­bia­łam le­żeć w łóżku w moim po­koju i słu­chać do­brze zna­nych hi­sto­rii o zwie­rzę­tach

- wspo­mina Hanna.

Za ko­lej­nymi drzwiami jest sy­pial­nia ro­dzi­ców - ich kró­le­stwo, do któ­rego Ha­nia wła­ści­wie nie ma wstępu. Jej oj­ciec lubi an­tyki, urzą­dzone jest nimi całe miesz­ka­nie. W sy­pialni stoją białe me­ble w stylu lu­dwi­kow­skim ze zło­tymi de­ta­lami. Go­spo­darz uwiel­bia też dy­wany, które w głów­nej czę­ści miesz­ka­nia leżą je­den na dru­gim w czte­rech war­stwach; raz na ty­dzień po­ko­jówka je prze­kłada, aby prze­wie­trzyć te spod spodu. Zbyt cenne, aby trze­pać je na trze­paku, są od­ku­rzane elek­tro­luk­sem - rzadko spo­ty­kaną no­wo­ścią, na­wet w miesz­ka­niach za­moż­nych war­szaw­skich ro­dzin.

Słu­żące zaj­mują część miesz­ka­nia od­se­pa­ro­waną nieco od tej re­pre­zen­ta­cyj­nej; wcho­dzi się do niej przez od­dzielne wej­ście i osobne schody, bar­dzo róż­niące się od tych mar­mu­ro­wych z rzeź­bami, pro­wa­dzą­cych do głów­nych drzwi. Na "za­ple­czu" znaj­dują się kuch­nia i dwie służ­bówki. Jedną z nich zaj­muje ku­charka, a drugą po­ko­jówka. Raz w ty­go­dniu przy­cho­dzi praczka, by w ba­lii wy­prać bie­li­znę. Słu­żące sprzą­tają, go­tują, po­dają do stołu, a po­tem zni­kają za drzwiami kuchni. Kiedy pań­stwo So­boccy ich po­trze­bują, dzwo­nią nie­wiel­kim dzwo­necz­kiem. Z oka­zji imie­nin i na Gwiazdkę ku­pują im pre­zenty.

La­tem słu­żące, po­dob­nie jak inni miesz­kańcy War­szawy, jeż­dżą do La­sku Bie­lań­skiego. Tłumy ba­wią się tu­taj co nie­dziela na pik­ni­kach, nie­któ­rzy przy­pły­wają stat­kami Wi­słą. Są huś­tawki, sto­liki, przy któ­rych można coś zjeść, miej­sce do tańca, scena, ko­lejka gór­ska i ka­ru­zela[2], o któ­rej wiele lat póź­niej śpiewa w fil­mie Irena do domu![3] Ma­ria Ko­terb­ska.

Ka­ru­zela, ka­ru­zela

Na Bie­la­nach co nie­dziela.

Śmie­chu beczka i we­sela,

A mu­zyczka, mu­zyczka nam gra.[4]

Za­nim Ha­nia zo­staje za­pi­sana do przed­szkola, każ­dego ranka przy­cho­dzi do niej bona, Fran­cuzka. Opie­kuje się dziew­czynką, za­biera ją na spa­cery, roz­ma­wia, śpiewa, a wszystko po to, aby mi­mo­cho­dem na­uczyć ją ję­zyka. Pa­nienka poza po­sia­da­niem do­brych ma­nier i umie­jęt­no­ści wła­ści­wego za­cho­wa­nia się przy stole po­winna prze­cież także mó­wić po fran­cu­sku. Gdy Ha­nia opa­nuje ję­zyk na tyle, żeby móc swo­bod­nie w nim roz­ma­wiać, miej­sce bony zajmą niańki. Przy­cho­dzą na kilka go­dzin dzien­nie, aby mama miała czas dla sie­bie - na spo­ty­ka­nie się z przy­ja­ciół­kami w ka­wiar­niach, za­kupy i inne rze­czy. Ha­nia bar­dzo rzadko wy­cho­dzi z mamą na mia­sto. Gdy ma sześć lat, robi jej nie­spo­dziankę - pod okiem ku­charki i zgod­nie z jej wska­zów­kami pie­cze swój pierw­szy w ży­ciu tort. To tort orze­chowy z oka­zji imie­nin mamy.

Imie­niny pani So­boc­kiej wy­pra­wiane są za­wsze bar­dzo hucz­nie. Jest dużo go­ści, kwia­tów, al­ko­holu, dzieci ra­czej nie kręcą się do­ro­słym pod no­gami. Raz jed­nak dzieje się ina­czej...

Gdy mia­łam trzy, może cztery lata, zda­rzyło mi się zo­stać na ta­kich imie­ni­nach. By­łam wów­czas pięk­nym blond dzi­dziu­siem i pa­no­wie czę­sto­wali mnie szam­pa­nem. Tak się upi­łam, że to były ostat­nie imie­niny, które spę­dzi­łam z ro­dzi­cami, po­tem już za­wsze wy­sy­łano mnie do dziad­ków. Ot, taka opo­wieść o moim pierw­szym w ży­ciu pi­jań­stwie

- wspo­mina Hanna.