Rok 1240, Polska, lasy w okolicach Grodziszcza, południowe pogranicze Śląska
Dziewczynka biegła szybko, nie bacząc na raniące ją gałęzie ani na piekące z bólu stopy. Nie widziała w ciemnościach za wiele, ale odgłos ujadających psów i wrzeszczących do siebie mężczyzn dodawał jej sił. Wiedziała, że nie mogą jej złapać, czuła bowiem, że chcą wyrządzić jej krzywdę. Chociaż sama nie do końca rozumiała dlaczego. Przecież nic nikomu nie zrobiła. Trzymała się zawsze na uboczu, zresztą mieszkańcy wioski jej unikali. Może i była mała, ale zdawała sobie sprawę, czemu tak się dzieje. Córka kata! Dopóki jednak żył tata, nikt się nawet do niej nie zbliżał, poza starszą sąsiadką. Dzieciom nie wolno było się z nią bawić, starsi na jej widok przyspieszali kroku i nieraz widziała, jak spluwali za siebie. Pytała ojca, czemu tak jest, a on zawsze powtarzał, że tak jest dla nich lepiej. I że ludzie boją się jego zawodu. Potem przytulał ją mocno i czule głaskał po głowie, mówiąc, że kiedyś wszystko się zmieni. Musi być tylko cierpliwa. I chociaż często płakała, że nikt się z nią nie chce bawić, a ludzie spluwają na jej widok, to potem szybko brała się w garść, przypominając sobie słowa ojca. Kochała go, więc chciała mu wierzyć. Było jej przykro, że ludzie jej unikają, ale w końcu przyzwyczaiła się do bycia niewidzialną i spędzała czas z ojcem lub wędrując po pobliskim lesie. Mieszkali na skraju wioski, w rozpadającej się chacie. Czasami do taty przychodzili jacyś ludzie, a wtedy znikał na dzień, czy dwa. Nigdy nie mówił jej, co robi, ale wiedziała, czym się zajmuje. Był katem. Zabijał ludzi. Przynajmniej tak krzyczały do niej dzieci z wioski, nazywając ojca diabłem i zabójcą. Kiedy pytała tatę, co to znaczy, ten tylko uśmiechał się i mówił, że to profesja potrzebna. I chociaż wszyscy się go bali, to dla niej był cudownym rodzicem. Nigdy jej nie bił, nie krzyczał na nią, a nawet uczył ją pisać i rachować. Dziewczynka wiedziała, że matka umarła razem z małym braciszkiem, kiedy była jeszcze mała, ale pamiętała ją jak przez mgłę. Powtarzał jej, że bardzo kochał żonę, a matka kochała ją równie mocno, ale Bóg zabrał ją i ich synka do siebie. Ojcu, gdy o tym mówił, zawsze łzy stawały w oczach, przestała więc o matkę pytać, nie chcąc, by robił się smutny. Sama jednak nieraz o niej myślała. Wyobrażała sobie piękną, młodą kobietę, która na pewno mocno by ją kochała. Czasami tata wspominał dziadków, ale robił to bardzo rzadko. Mówił, że bardzo go kochali, a ona przypominała sobie uśmiechniętą kobietę, która ją przytulała oraz starszego mężczyznę, który uczył ją francuskich słówek. Tata opowiadał o swoich siostrach, Bognie i Jagnie, ale nie umiała sobie przypomnieć, jak one wyglądały. Zastanawiała się też, czemu nikt ich nie odwiedza. Ojciec mówił wtedy, że źli ludzie porwali dziadka, ale żeby się nie martwiła, bo on go znajdzie, a potem razem poszukają babci i wyjadą do Francji, gdzie jest ich prawdziwy dom. Opowiadał, że to pałac otoczony polami i lasami, a jej rodzina ma hrabiowskie korzenie i nawet, że jej ciotka jest królewską dwórką. Spoglądała wtedy na odrapane ściany ich małej chatki i wyobrażała sobie, jak zamieszkają w tym pięknym miejscu. Na razie jednak byli sami, ale kochali się bardzo, więc żyło im się razem dobrze i spokojnie. Starała się nie przejmować zaczepkami i docinkami innych ludzi z wioski. Marta, starsza kobieta mieszkająca w pobliżu, zapraszała czasami dziewczynkę do siebie i okazywała odrobinę ciepła, którego tak bardzo małej brakowało. Kiedy ojciec znikał, a nie przebywała akurat u Marty, to lubiła chodzić po lesie. Nie zapuszczała się jednak za daleko, ponieważ opowieści o leśnych istotach, którymi sypał ojciec, skutecznie ją odstraszały. A i Marta sporo opowieści dodawała od siebie. Poza tym zawsze mogła natrafić na jakiegoś złego człowieka. Wolała więc chadzać sobie już znanymi ścieżkami.
I nagle ojciec zmarł. Takie wieści przyniósł do chaty jakiś człowiek, nigdy wcześniej nie widziała go na oczy. Powiedział też, że musieli go pochować i nie może zobaczyć, gdzie znajduje się jego mogiła. Nie rozumiała tego, co do niej mówił, więc zrozpaczona pobiegła do Marty, jedynej osoby, która oprócz ojca okazywała jej ciepło. I to ona kazała jej uciekać ze wsi. Przeczuwała, że to dziecko może spotkać coś złego ze strony mężczyzn. Bo chociaż dziewczynka miała zaledwie siedem lat, to już zdradzała ślady niezwykłej urody. Jej długie, kręcone i jasne włosy przypominały kolorem słońce, długie rzęsy otaczały niebieskie oczy, a szczupła sylwetka wskazywała na to, iż będzie kiedyś niezwykle zgrabną dziewczyną. Ta uroda stała się dla tego samotnego dziecka niebezpieczna. Marta musiała ją chronić. A wiedziała też, że jest jeszcze ktoś, komu zależy na dobru tej cudownej dziewczynki.
- Dziecko, oni chcą cię sprzedać do zamtuza. Musisz zniknąć - powiedziała, tuląc jednocześnie małą. - Uciekaj do lasu, tam jest bezpiecznie. Czeka tam na ciebie ktoś... pamiętaj, zaufaj jej... biegnij w stronę tego dużego dębu. Nie pójdę z tobą, bo z moją chorą nogą nie dam rady, złapaliby nas od razu. Nie trzymaj się głównej ścieżki, klucz pomiędzy drzewami, żeby nie dostrzegli twojej sylwetki. I pamiętaj, szanuj las, wtedy nie zrobi ci krzywdy...
- Kocham las, ale wiem, że może być tam też niebezpiecznie. Na pewno nie chcesz iść ze mną? Nie będą się mścić na tobie? I czemu oni mnie tak nienawidzą?
- Nie mogę iść z tobą, ale ona cię znajdzie. A oni? To źli ludzie, zapamiętaj sobie tylko tyle. Nigdy im nie ufaj, choćby obiecywali ci same złote góry. Nie słuchaj. Biegnij, ile sił w nogach. I pamiętaj, ktoś na ciebie w lesie czeka. Ona ci wszystko powie i uchroni cię, jak tylko na siebie traficie - dodała Marta, modląc się, by jej przyjaciółka, zwana przez mieszkańców wioski czarownicą, faktycznie znalazła dziewczynkę. Wierzyła, że kobieta dzięki swojemu darowi jakoś sobie poradzi.
- Ale jaka ona?
- Dowiesz się wszystkiego, moje dziecko, w lesie. Nie mamy teraz czasu na opowieści. Pamiętaj, biegnij do świętego dębu. I nie daj im się złapać.
- Nic im przecież nie zrobiłam, nie rozumiem tego.... A ten zamtuz to co?
- To nie jest miejsce dla ciebie. Masz siedem lat. Musisz iść. Ja nie ochronię cię przed nimi. Uciekaj do lasu, tam znajdziesz pomoc - zakończyła łagodnie i odprowadziła dziewczynkę na skraj puszczy, upewniając się, że jeszcze nie zaczęli jej szukać.
- A teraz biegnij - oznajmiła, kiedy obie dostrzegły pochodnie. - I nie martw się o mnie. Nie będą wiedzieli, że ci pomogłam. Dbaj o siebie, maleńka, będę się za ciebie modlić. Ci ludzie są naprawdę niebezpieczni.
Dziewczynka przytuliła kobietę i wbiegła w las. Wtedy usłyszała głosy. Musieli szybko się zorientować, że nie ma jej w chacie. Wprawdzie nie wiedziała jeszcze, kim są ci "oni", ale domyślała się, że ścigało ją kilku mężczyzn z wioski. Co im zrobiła? Męczyło ją to pytanie bardzo, jednakże strach w głosie starej Marty sprawił, że uwierzyła, iż chcą ją skrzywdzić. Zwłaszcza, że słowo "zamtuz" brzmiało tak złowieszczo. Było ciemno, nigdy o tej porze nie zapuszczała się do lasu, ale wiedziała, że nie ma wyjścia. Wbiegła więc w gęstwinę drzew, nie oglądając się za siebie. Pamiętała, jak dojść do starego dębu, jednak zwykle robiła to za dnia, kiedy świeciło słońce. Bała się więc, że może zabłądzić. I nie wiedziała, kto tam na nią czeka. Jaka ona? Dziewczynka pomyślała, że może staruszce coś się pomieszało... Niespodziewanie zaczepiła o jakiś korzeń i się przewróciła. Głosy coraz bardziej się zbliżały, słyszała ujadanie psów, pewnie to te zwierzęta ją wyczuły i naprowadziły mężczyzn na trop. Strach sparaliżował dziewczynkę. Nagle zobaczyła jakiś cień. Znała las, wiedziała, że zamieszkują w nim różne bóstwa dawnej wiary, więc po cichutku zaczęła odmawiać modlitwę, której kiedyś nauczył ją ojciec. Liczyła, że jeżeli zbliża się do niej Leszy, to nie zrobi jej krzywdy. W końcu był opiekunem drzew i leśnych stworzeń, a ona nigdy żadnemu nie wyrządziła szkody. Zamknęła więc oczy i czekała.
- Cii, dziecko, nie zrobię ci krzywdy. - Usłyszała kobiecy głos i dojrzała zakapturzoną postać.
Kobieta wyciągnęła rękę, a kiedy dziewczynka ją ujęła, poczuła spokój i pojawiło się u niej dziwne wrażenie, jakby się już znały wcześniej.
- Teraz zabiorę cię do siebie. Oni cię tam nigdy nie znajdą. Nie znają drogi do mojego domu. Ścieżkę znają tylko nieliczni. Musisz jednak wstać, wiem, że pewnie się zraniłaś... Widzę, że masz bose stopy. Pomogę ci.
Mała skinęła głową, wstała i nie bacząc na krwawiące stopy, pozwoliła się prowadzić. Przeszły obok świętego dębu, jak nazywała Marta największe w lesie drzewo i kobieta na chwilę przystanęła przy nim.
- Dziecko moje kochane, czujesz magię tego miejsca? To tutaj nasi przodkowie modlili się do dawnych bóstw o pomyślność, dobre plony, a czasami o miłość czy zwycięstwo nad wrogami. Lubię tutaj przychodzić, czuję się wtedy, jakbym uczestniczyła w tych wszystkich obrzędach. Musimy jednak iść dalej.
Zagłębiały się w coraz większą mgłę, a głosy ścigających ją mężczyzn ucichły. Dziewczynka w końcu zobaczyła przed sobą zadbaną chatę. Musiała bardzo wysilić wzrok, by dostrzec ją w ciemności, ukrytą pośród drzew.
- Jesteśmy na miejscu. Witaj w domu - powiedziała kobieta i wprowadziła ją do czystej izby. Zmęczona dziewczynka nie była w stanie się odezwać, więc tylko rozglądała się z zaciekawieniem po pomieszczeniu.
- Mam nadzieję, że wybaczysz mi nieporządek. Zaraz pokażę ci, gdzie będziesz spała. Moja droga Marysiu, będzie ci u mnie dobrze. Zaufaj mi. Tak długo cię szukałam... Dziecko moje drogie, nawet nie wiesz, jak bardzo długo. No i muszę opatrzyć twoje rany. Biedne dziecko, tyle musiałaś wycierpieć w ostatnim czasie...
Marysia zerkała z zaciekawieniem na kobietę, która zdjęła kaptur i uśmiechała się do niej czule. Była piękna, mała nigdy nie widziała tak pięknej osoby. Biło od niej też ciepło, które sprawiało, że już się nie bała. I czuła, że skądś ją zna. Te oczy, ten uśmiech przypominały jej kogoś z dzieciństwa. Odetchnęła z ulgą, że kobieta ją znalazła. Tak jak obiecała jej Marta. Dlaczego jednak jej szukała? Marysia, chociaż nie miała okazji do rozmów z wieloma ludźmi, była dzieckiem z natury ciekawym świata, więc odezwała się bez lęku w głosie.
- Ale, pani, skąd znacie moje imię? I czy oni nas nie znajdą?
- Jestem Hanna. Nie martw się, nikt nas tutaj nie znajdzie. To miejsce jest chronione. Las ma wiele swoich tajemnic, a ja znam sporo z nich. Jedni nazywają mnie czarownicą, inni widzącą, a dla ciebie, dziecko, jestem po prostu babcią. A ty moją wnuczką. - Kobieta ze wzruszeniem spojrzała na Marysię.
- Ale ja nie mam babki, matki zresztą też nie. Byliśmy tylko ja i ojciec, a on... on był katem. Przynajmniej tak mówili we wsi, a teraz tata nie żyje, a ci ludzie chcieli mnie porwać. Marta kazała mi biec do lasu. Czy to o tobie, pani, mówiła, że będziesz na mnie czekać?
- Tak, dziecko, to było o mnie. Dopiero dwa dni temu dowiedziałam się, że moja wnuczka mieszka w tej wiosce, a mój syn był katem. Dalej nie mogę uwierzyć... Znałam też twoją mamę. Katarzyna była niezwykłą kobietą i przykro mi, że nie mogłaś z nią za długo przebywać. Kiedy się urodziłaś, była najszczęśliwszą osobą na świecie. Ciągle chciała nosić cię na rękach, przytulać i śpiewać pięknie kołysanki. Bardzo cię kochała.
Marysia spojrzała z zaciekawieniem na kobietę, pragnęła, by opowiadała jak najwięcej o jej rodzicach, zwłaszcza o mamie. Uśmiechnęła się nieśmiało. Hanna kontynuowała:
- Kochałam twoją mamę jak własną córkę. Miałaś dwa latka, gdy oboje zdecydowali się nas opuścić. Chcieli zamieszkać w Krakowie. Potem mieszkaliśmy tam razem, ale los nas rozdzielił. Nie miałam pojęcia, że jesteście tak blisko. Dopiero Marta powiedziała mi o was. I nie wiedziałam, że twoja mama umarła, musi ci jej bardzo brakować, to była taka cudowna dziewczyna...
Starsza kobieta zaczęła mówić trochę nieskładnie, ale wzruszenie wywołane odnalezieniem wnuczki odbierało jej mowę. Marysia patrzyła zdezorientowana, nie wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć. Nie pamiętała swojej babki, ale ta kobieta rzeczywiście musiała nią być. To wszystko wydawało się jej takie niejasne. Czemu babcia mieszkała w lesie? I skoro była tak blisko, to dlaczego ich nie odwiedziła? Zdezorientowana zapytała więc kobietę:
- A czemu nazywają cię czarownicą?
- Bo potrafię leczyć, znam się na ziołach, a ludziom wydaje się, że to magia. Oskarżenie o czary czy posądzenie o konszachty z diabłem może zaprowadzić cię na szafot! Nie wolno kobiecie być mądrą, to niebezpieczne! - Zaśmiała się gorzko Hanna. - Dlatego zaszyłam się w lesie. Ta chata należała do cudownej kobiety, kiedyś więcej ci o niej opowiem. To ona podarowała mi ją w prezencie. Twój dziadek ją rozbudował i naprawdę byliśmy tutaj bardzo szczęśliwi z naszymi córeczkami i synem, czyli twoim tatą, a potem z tobą i z twoją mamą. Szanowaliśmy bóstwa zamieszkujące puszczę, to one nas chronią przed złem tego świata. Jako rodzina wiele przeszliśmy, by być razem, ale nam się udało. Czasami przychodzili do nas ludzie. Leczyliśmy ich oboje. Filip zszywał rany i leczył ciężkie przypadki. Nauczył go tej sztuki nasz dawny przyjaciel. Ja zaś pomagałam kobietom, przygotowywałam zioła, mikstury, ale nigdy nie używaliśmy czarów. Bo tak naprawdę wcale ich nie znaliśmy. No i uczyliśmy twojego tatę i twoje dwie cudowne ciotki. Cała trójka potrafiła czytać, pisać i mówić po łacinie, francusku i arabsku.
Marysia uśmiechnęła się nieśmiało.
- Ja też znam łacinę i francuski. Tata mnie nauczył. Potrafię też pisać i czytać...
- Mam kilka ksiąg u siebie, Marysiu. Na pewno ci się spodobają!
Hanna zauważyła, że mała zaczyna ziewać.
- Nie pomyślałam, kochanie, że możesz być zmęczona, zaraz dam ci coś do jedzenia, a ty umyj się w tym czasie. W misce masz czystą wodę. Potem obejrzę twoje stopy. Mam odpowiednie maści, wszystkie sama przygotowuję, więc zobaczysz, że rany szybko się zagoją. Chciałabym też, żebyś mówiła do mnie babciu. Ze mną ci już nic nie grozi. Zamieszkamy razem i wszystkiego cię nauczę. Wiem, że tęsknisz za tatą, pomodlimy się za niego.
Marysia skinęła głową. Nigdy nie miała babki, ale Hanna wydawała jej się taka dobra, że chciała, żeby była jej babką. Dziewczynka szybko się umyła, zjadła łapczywie podany jej posiłek i padła na posłanie wskazane przez Hannę.
- Śpij, dziecko, posiedzę przy tobie.
Mała skinęła głową i właściwie natychmiast zasnęła. Chciała o tyle jeszcze zapytać; o ojca, o ciotki. Zmęczenie jednak zwyciężyło. Nie wiedziała więc ani nie słyszała siedzącej przy niej przez parę godzin kobiety, która płakała z radości.
- Wiesz, Filipie - szeptała, by nie obudzić Marysi - odnalazłam naszą kochaną wnuczkę. Sambor ponoć umarł, obawiam się, że mogli go znaleźć. Nawet jako kat nie był bezpieczny. Nie wiem tylko, czemu nie czuję jego śmierci. Ten przeklęty skarb! Najpierw ty zniknąłeś przez niego, a teraz nasz syn nie żyje. Rachela uważa, że jeszcze żyjesz, a ja wiem, że nasza przyjaciółka ma niezwykły dar i dlatego będę na ciebie czekać. Kiedy cię porwali przed trzema laty, to Rachela i Ludwik wrócili do Francji, tak na wszelki wypadek, jakby templariusze mieli cię tam zabrać... Nie wiedzieliśmy, co im powiedziałeś, ale podejrzewaliśmy, że mogłeś skłamać, iż skarb jest we Francji. Ale ja... Chcę o nim zapomnieć. Tyle złego przez niego zaznaliśmy! Gdy cię wtedy złapali, a ty kazałeś mi uciekać, serce rozpadło mi się na kawałki. Nie wiem, czemu pojechaliśmy wtedy do Krakowa? Mogliśmy zostać w naszym lesie. Wiem, że chciałeś być bliżej Sambora i Katarzyny. Powinniśmy go zmusić, żeby został z Kasią i z nami w naszym lesie. A my pozwoliliśmy mu wyjechać... Pamiętasz, jak rozbudowaliśmy tę chatę? Żyliśmy tak długo w spokoju, a najpierw odszedł nasz syn, a potem zabrali ciebie, a ja nie mogłam znaleźć ani ciebie, ani naszego dziecka. Cieszę się, że dziewczynki są bezpieczne we Francji. Rachela i Ludwik wspólnie z twoim bratem na pewno o nie dbają. Tęsknię za nimi bardzo, musiałam jednak szukać ciebie i naszego Sambora. Marysia jest tak do niego podobna. Straciłam trzy lata, nie widziałam, jak rośnie. Nie wiedziałam, jak czuje się samotna, odrzucona, bo Sambor zdecydował się na takie życie. Nie miałam pojęcia, że został katem i nie wiem, dlaczego tak wykształcony człowiek wybrał tak haniebny zawód! Może chciał się ukryć? Nie wiem też, czemu wrócił w rodzinne strony... Może uznał, że jako kat będzie tutaj bezpieczny? Ale czemu nie zjawił się w naszej chacie? Szukałam go w Krakowie, szukałam w Gnieźnie i w Sandomierzu, ale ślad po nich zaginął, tak samo jak po tobie. Nie przypuszczałam, że są tak blisko! Nie poznam już pewnie odpowiedzi na te pytania, ale boli mnie bardzo, że nie dane mi było się z nim zobaczyć. Dobrze że chociaż udało mi się odnaleźć naszą wnuczkę. Najważniejsze, że Marysia jest już ze mną. Ochronię to dziecko. Przysięgam ci, mój ukochany. Nasza Marysia będzie bezpieczna. Zostaniemy tutaj. Nie znajdą nas. Las i jego magia nas ochronią. Tak jak działo się przez lata. Nasze córki czekają na nas, ale są pod dobrą opieką. Obiecałam im, że nie wrócę bez ciebie. Tęsknię za nimi bardzo, ale wiem też, że rozumieją, iż to konieczność.
Kobieta otarła łzy. Nie wiedziała, gdzie jest jej mąż, ciągle jeszcze, pomimo upływu lat, wierzyła, że Filip żyje. Już raz do niej wrócił po długim czasie rozłąki... Jednakże śmierć ich jedynego syna dotknęła ją boleśnie i zapłakała nad jego losem, chociaż wcale tej śmierci nie czuła... Marta nie mogła jednak kłamać. No i Marysi też przecież powiedziano o śmierci ojca. Widocznie jej dar nie działał, kiedy sprawa dotyczyła bliskich. Przed laty nie potrafiła przewidzieć śmierci swoich rodziców i siostry, i swojego pierwszego męża Piotra ani wyczuć niebezpieczeństwa krążącego nad Filipem. Żałowała, że nie ma przy niej Racheli. Zapewne przyjaciółka ze swoim niezwykłym darem zaglądania w przyszłość potrafiłaby jej pomóc. Jednak Rachela i Ludwik znajdowali się daleko. Na szczęście teraz miała Marysię.
***
Marysię obudził odgłos stukania naczyń. To babka krzątała się po izbie. Dalej nie mogła uwierzyć, że jest bezpieczna, ale zapach gotującej się kaszy sprawił, że nie rozmyślała długo, tylko wstała, bo poczuła, że jest głodna.
- Dzień dobry, babciu - odezwała się nieśmiało.
- Wstałaś już, kochana, cudownie. Chodź, zjemy śniadanie, a potem porozmawiamy.
- Dobrze, babciu, ale skąd wiesz, że jestem twoją wnuczką? - zapytała Marysia, bo tego nie mogła zrozumieć.
- Znamię, moja kochana. Mamy takie samo znamię na lewej łydce. Miał je także twój ojciec. I mają je moje córki. Są bliźniaczkami. Widzisz, Marta, która mieszkała obok was, często do mnie zaglądała. Nigdy jednak nie wspominała, że we wsi mieszka kat i ma dziecko. Jednak dwa dni temu wpadła do mnie i powiedziała, że zmarł kat i osierocił córkę. I że ta Marysia to cudowne dziecko. Zaczęłam ją wypytywać o was. Kiedy usłyszałam, że mężczyzna miał na imię Sambor i był bardzo młody, a w dodatku nie wiadomo, dlaczego umarł, bo nie chorował, to serce zabiło mi mocnej. Czułam, że to mój syn. Zapytałam o ciebie i czy masz może znamię. Potwierdziła. Powiedziałam jej, że przypuszczam, iż jesteś moją wnuczką i poprosiłam, żeby wysłała cię do lasu, a ja miałam ci wyjść naprzeciw. Marta uratowała cię przed ludźmi z wioski i bardzo jestem jej za to wdzięczna.
- A co to jest ten zamtuz? Tam chcieli mnie wysłać.
- To straszne miejsce dla kobiety, a już szczególnie dla małej dziewczynki! Nie myśl teraz o tym.
- A czemu tata został katem? Wiesz, babciu, on mnie nauczył pisać i czytać. W wiosce nikt tego nie potrafił. Nikt go nie szanował, wszyscy się go jednak bali. Nie rozumiem...
- Widzisz, dziecko, twój ojciec musiał się schronić. Źli ludzie, ale o nich opowiem ci kiedy indziej, myśleli, że wie on coś, co ich bardzo interesowało. Kiedy mój syn poznał Katarzynę, twoją mamę, zakochał się i nie chciał z nami mieszkać w lesie i wiecznie się ukrywać. Katarzyna była córką kata, więc widocznie przejął fach po swoim teściu. Nie przypuszczałam jednak, że wrócił w rodzinne strony. A twoje znamię udowadnia, że jesteś moją wnuczką. - Hanna podniosła spódnicę i pokazała dziewczynce łydkę.
Marysia spojrzała na swoją lewą nogę. Faktycznie, miała takie samo malutkie znamię jak babka. Tata śmiał się, że przypomina jakiś mały kwiatuszek i że to pewnie dlatego je ma, że sama jest takim pięknym kwiatem. Nigdy jednak nie mówił jej, że i on ma identyczne. Dziewczynka spojrzała na starszą kobietę i uśmiechnęła się, czując, że już ją kocha.
- Urodziłam się z nim. Tylko ja. Moja siostra już nie...
Hanna umilkła, a Marysia poczuła, że pragnie dowiedzieć się wszystkiego o swojej rodzinie.
- Babciu, opowiesz mi coś więcej? Tak bardzo chciałabym wiedzieć, kim jestem, skąd pochodzę i dlaczego tata umarł.
- Dziecko kochane, wszystko ci opowiem. Ale to będzie długa i czasami smutna opowieść.
- To nic, babciu. Chcę wiedzieć. Jestem już duża i zobaczysz, niczego się nie boję, ale tak bardzo tęsknię za tatą i za mamą! Może jak poznam ich historię, to poczuję się lepiej?
Hanna skinęła głową i zamknęła oczy. Znów była małą dziewczynką biegającą po Krakowie.