Rozdział drugi, w którym chodzi się do szkoły
Hanka nie posłała mnie tamtego dnia do szkoły, bo chciała, żebym pomógł jej posprzątać komórkę. Zbierały się tam wszelkie graty: koce, poduszki i kołdry, ciuchy, buty, z których ktoś za szybko wyrósł, instrument dmuchano-klawiszowy, brązowa walizka z okuciami skrywająca zbiory przezroczy, aparat do wyświetlania tych przezroczy, klasery ze znaczkami, parasol z tylko jednym złamanym drucikiem, makatki i wyplatane kwietniki, zabawka typu pajacyk, więcej ciuchów, niezliczone ubrania dla dorosłych i dzieci, rower kolarzówka, sanki, wszystko gromadzone na wszelki wypadek, na zaś, na kiedyś, kiedy nagle okaże się przydatne, a wtedy nie trzeba będzie kupować nowego. Przydać mogło się cokolwiek i czasem trudno było otworzyć drzwi, żeby to cokolwiek nie zleciało prosto na głowę. Komórka lokatorska, którą mieliśmy na szóstym piętrze bloku, była klasycznym ni to śmietnikiem, ni archiwum, do którego spychało się rzeczy już niepotrzebne, choć nie całkiem spisane na straty; może nie tylko rzeczy. W każdym razie co jakiś czas powracała kwestia sprzątania. "Trzeba posprzątać komórkę", "Kto posprząta komórkę?", "W komórce nic się już nie zmieści". No więc tamtego dnia przyszedł czas na komórkę; Hanka musiała wziąć wolne, może zgłosiła urlop na żądanie albo była na chorobowym. Musiało ją to nachodzić, kiedy wszystko inne wymykało się jej z rąk; w takich chwilach posprzątanie komórki było wyzwaniem jednocześnie dość wielkim, żeby dawało poczucie skonfrontowania się z jakimś rzeczywistym obowiązkiem, i dostatecznie małym, żeby nie trzeba było wątpić, że z tej konfrontacji wyjdzie się zwycięsko.
Hanka wiedziała, że sama sobie z tym nie poradzi, to było jednak ponad ludzkie siły. Zapowiedziała więc rano, że nie muszę iść do szkoły, jeśli pomogę jej sprzątać. Byłem wtedy w drugiej albo trzeciej klasie i tak przytomnie mówiąc, to nie był najlepszy pomysł, żebym opuszczał choćby jeden dzień w szkole, aby pomóc w ogarnianiu domowego składziku. Ale wtedy wiadomo już było, że uczę się dobrze i ten jeden dzień naprawdę mnie nie zbawi. Mama chętnie wypisywała mi usprawiedliwienia, nie musiałem udawać choroby; wystarczyło powiedzieć, że bardzo nie chcę iść do szkoły, i mama świetnie to rozumiała. Prosiła tylko, żeby podać jej kartkę, a sama wypisywała na niej: "Proszę o usprawiedliwienie nieobecności mojego syna, Macieja Jakubowiaka, w szkole z powodu pilnych spraw rodzinnych". Te pilne sprawy rodzinne to była formułka, która zwykle nie wymagała dalszych wyjaśnień.
I dla mnie perspektywa sprzątania komórki musiała być atrakcyjna. W końcu czekały tam, poupychane w pudłach, niezliczone skarby, z których przynajmniej część mogła wpaść w moje ręce. Zresztą nie wiedziałem do końca, jakie to skarby, i na tym prawdopodobnie polegała największa atrakcja całej tej imprezy: na poszukiwaniu. A przy okazji na odkrywaniu śladów z odległej przeszłości, w której sam uczestniczyłem w najlepszym wypadku nieświadomie, a przez większą część czasu wcale.
Zabraliśmy się więc do roboty. Najpierw trzeba było powyciągać to wszystko, tworząc przy okazji niezłą barykadę na klatce schodowej. Było w tym coś perwersyjnie wstydliwego, kiedy przez chwilę nasza domowa, rodzinna prywatność, i to ta najmniej chwalebna, trafiała na widok, do oglądania przez każdego z sąsiadów, który akurat zmierzał do windy na szóstym piętrze w klatce B bloku numer 4. Każdy mógł się przyjrzeć i rzutem oka ocenić, co ci Jakubowiakowie właściwie mają; i niektórzy tak robili, czasem nawet zatrzymywali się na dłużej, żeby pogawędzić, a przy tym zyskać więcej czasu na uważniejsze oględziny. Niektórzy pytali wścibsko: "A Maciuś to nie w szkole?", na co mama odpowiadała, że gorzej się poczuł, ale nie aż tak źle, żeby nie pomóc matce, co oznaczało z grubsza tyle, że należało się odczepić.
To całe wywalanie rzeczy na klatkę miało też w sobie coś niepokojącego. Kiedy torby i kartony ze starymi ciuchami trafiały na podłogę blokowego przejścia, a już szczególnie kiedy się rozrywały, uwalniając całą swoją zawartość, przez krótką chwilę miałem wrażenie, jakbyśmy stawali się bezdomnymi, których cały dobytek tkwi na widoku. Każdej zimy niedaleko naszej komórki rozkładał się właśnie taki bezdomny mężczyzna, chyba stosunkowo młody, na pewno młodszy od mamy; zwykle leżał w swoich betach, kurtkach, śpiworach, kocach, wszystko miał rozwalone wokół siebie. Śmierdziało to okropnie, on sam po prostu śmierdział tym najbardziej odrzucającym z zapachów, bo całkiem ludzkim, ale dziwnie zmienionym. Mówiło się, że jest synem którejś z rodzin z naszej klatki; rodzice podobno wyrzucili go z domu, ale on wracał, kiedy nie mógł sobie inaczej poradzić. Często spał, a jak nie spał, inhalował się zawartością foliowego woreczka. "Wciąga klej", tak mówiliśmy, butapren.
No więc gdy wybebeszona zawartość naszej piwnicy lądowała na posadzce wspólnego korytarza na szóstym piętrze, przez chwilę bałem się, że wyglądamy na takich bezdomnych, których życie nie ma gdzie się ukryć przed ludzkim spojrzeniem. I pewnie dlatego tym szybciej biegałem: do mieszkania z tym, co nagle okazywało się przydatne; do śmietnika z tym, co usłyszało ostateczny wyrok; byle jak najprędzej wszystko znalazło się znów tam, gdzie powinno. W końcu z tego bałaganu zaczynał się wyłaniać porządek. Najpierw całkiem sensownie pomyślany: każda rzecz na swoim miejscu; z czasem, kiedy okazywało się, że rzeczy wciąż jest więcej niż miejsca, dyscyplina się rozprężała. Ostatnie worki trzeba było po prostu wrzucić na górę. Wreszcie zamknęliśmy drewniane drzwi na kłódkę, otrzepaliśmy ręce i z poczuciem dobrze wykonanej roboty poszliśmy do domu. Po obiedzie mogłem lecieć się bawić z kolegami, którzy akurat wracali ze szkoły.
Mama uprzedzała, żebym nie wygadał, czemu właściwie nie było mnie w szkole. Sam dobrze o tym wiedziałem. Oczywiście, że wiedziałem. I naprawdę nie rozumiem, jak to się stało, że kiedy przekazałem wychowawczyni mojej klasy, pani Halinie Gerej, podpisane przez mamę usprawiedliwienie, a ona dopytała, co to za sprawy rodzinne zatrzymały mnie w domu, odpowiedziałem, że musiałem pomóc mamie posprzątać komórkę.
Zorientowałem się, już kiedy mówiłem te słowa. A może to klasa się roześmiała. Pani Gerej - szczupła, z wyglądu ostra, z ciemnymi włosami spiętymi w ciasny kok, tak że przypominała mi trochę Marylę z ekranizacji Ani z Zielonego Wzgórza, którą Hanka oglądała pasjami - musiała się zdziwić. W każdym razie stwierdziła, że pomaganie w sprzątaniu komórki to chyba nie jest najlepszy powód, aby opuszczać szkołę.
Tutaj powinien nastąpić dramatyczny zwrot akcji: nauczycielka, oburzona patologicznymi obyczajami wielodzietnej rozbitej rodziny, informuje dyrekcję, wzywa matkę na rozmowę i robi jej wykład o znaczeniu edukacji dla szans życiowych jej dzieci. Uczeń zostaje sklasyfikowany przez kadrę nauczycielską jako nierokujący, bo w każdej chwili gotów zajmować się, zamiast obowiązkami szkolnymi, sprzątaniem komórki, traci więc szansę na lepsze oceny, a każde jego zachowanie niezgodne ze szkolną normą interpretuje się odtąd jako wykroczenie. Staje się pośmiewiskiem klasy, a potem całej szkoły, przez co narasta w nim agresja, i choć niektórzy trochę się go boją, to w gruncie rzeczy wiedzą, że prędzej czy później to oni wygrają.
To nie tylko prawdopodobne, ale po prostu prawdziwe. Tak byli traktowani szkolni pariasi. Ten jeden Arek, który kiblował dwa razy i w końcu trafił do mojej klasy: niewysoki, szybki, opalony. Przez chwilę sądziłem, że mógłbym się z nim zakolegować, nie był głupi, po prostu nauka specjalnie go nie interesowała. Wtedy był postrachem szkolnego korytarza, ale dzisiaj widzę, że był przede wszystkim dwunastolatkiem, na którym nauczyciele postawili kreskę.
Tak więc było, ale nie ze mną. Pani Gerej stwierdziła co prawda, że pomaganie w sprzątaniu komórki to chyba nie jest najlepszy powód, aby opuszczać szkołę, ale wyobrażam sobie, że musiała się powstrzymywać, żeby nie parsknąć śmiechem. Kiedy zaczynała mnie uczyć, byłem o rok młodszy od koleżanek i kolegów z klasy, ale umiałem już czytać, pisać i liczyć, i naprawdę nic nie wskazywało na to, żeby ten jeden dzień miał cokolwiek zmienić. O to pani Gerej nie musiała się martwić. Zresztą nigdy nie przyszłoby jej do głowy, żeby wzywać Hankę na jakieś rozmowy. Poznała ją przecież na wywiadówkach, tę samotną matkę, bezczelną i trochę pyskatą, taką, co to nie trzyma języka za zębami, o dekadę starszą od większości rodziców próbujących wysiedzieć na dziecięcych krzesełkach. Takiej nie prawi się kazań. Na szczęście nie trzeba.
Fakt, że Hanka miała do szkoły stosunek co najmniej dwuznaczny. Jasne, kazała nam się uczyć, pilnowała, żebyśmy odrabiali lekcje, sprawdzała zeszyty, zaglądała do dzienniczków. Sama zgłaszała się do trójek klasowych, trochę dlatego, że wolała mieć oko na sprawy, ale i z tego prostego powodu, że słabo znosiła momenty niedecyzyjności, więc pewnie kiedy nauczycielka pytała, czy są jacyś chętni, nie wytrzymywała przedłużającej się ciszy. Powtarzała, że jak nie będziemy się uczyć, to zostaniemy matołami, a jak będziemy się uczyć, to znajdziemy dobrą pracę i czegoś się w życiu dorobimy. Uprawiała, sama nie mając w tym zakresie wielkiego doświadczenia, kult uczelni wyższych, szczególnie upodobała sobie Wojskową Akademię Techniczną; nie żeby była zwolenniczką militariów, po prostu mówiło się wtedy, że to najlepsza uczelnia techniczna w Polsce, a czemu nie miałoby nas interesować to, co najlepsze? I świętowała z nami szkolne okazje, początki i zakończenia roku, konkursy, dyplomy i wyróżnienia, a kiedy w czerwcu przynosiliśmy do domu czerwone paski na świadectwach, to widać było, jaka jest dumna.
Prawdę mówiąc, dumny był też Darek, który mieszkał w naszym bloku. Był o kilka lat starszy, fertycznie szczupły i intensywnie rudy, ciągle coś majstrował przy swojej motorynce i mówiło się, że spędził jakiś czas w poprawczaku, więc miał szacunek osiedla. Potrafił napędzić mi niezłego stracha, kiedy łapał mnie czasem na schodach. Ale on tylko pytał, czy dostałem jakieś nowe szóstki, a kiedy mogłem się jakąś pochwalić, mówił: "Tak trzymaj", i pozwalał mi lecieć dalej, a ja autentycznie się cieszyłem, że mogłem zaimponować takiemu gościowi. Zdawało mi się, że tak to już jest, że całe osiedle po prostu marzy o szóstkach i czerwonych paskach, że cały kraj chce się uczyć.
Niewykluczone, że tak właśnie było. Od połowy lat dziewięćdziesiątych Polska przeżywała edukacyjny zryw. Zapalnikiem była oczywiście transformacja gospodarcza i urynkowienie szkolnictwa wyższego. W 1996 roku niepublicznych szkół wyższych było już tyle, ile publicznych, a pięć lat później aż dwa razy więcej; w tym czasie liczba studentów wzrosła z ponad dziewięciuset tysięcy do miliona siedmiuset, a w 2005 roku, kiedy miałem zdawać maturę, osiągnęła prawie dwa miliony. Na studia szedł, kto tylko mógł, bo media i politycy przekonywali, że wyższa edukacja może zapewnić powodzenie w życiu, dobrą pracę, pieniądze i pomyślność. Wychodzący wtedy magazyn dla licealistów "Cogito" z doświadczenia wyboru studiów i samego studiowania robił atrakcyjną przygodę i kiedy Hanka przywiozła kiedyś pakiet archiwalnych numerów, otrzymany od koleżanki, której córka już poszła na studia, spędziłem z nimi długie tygodnie, rozmyślając, jakie to kierunki będę studiował, w jakich miastach i krajach.
Hanka kupowała tę narrację; nawet jeśli nie brzmiała ona najkorzystniej dla niej samej, dawała jakąś nadzieję jej dzieciom. Jej entuzjastyczny stosunek do edukacji wyrażał się chyba najlepiej w cichym podziwie dla wujka Adama. Był jej najbliższym kuzynem, urodzili się w odstępie miesiąca, mieszkali niedaleko i przez pewien czas byli dla siebie prawie rodzeństwem, którego ani on, ani ona nie mieli. Później ich rodziny powędrowały za pracą w różnych kierunkach, ale w końcu jedni i drudzy wylądowali na Górnym Śląsku, jakieś dwadzieścia kilometrów od siebie. Jednak o Adamie, o wujku Adamie, nie mówiło się u nas w domu po prostu jak o bliskim krewnym. Chodziło o coś jeszcze: Adam miał wykształcenie. I nie tylko je miał - był nauczycielem. Otaczało go to na wpół mityczną aurą, która sprawiała, że ten przecież bliski człowiek był zarazem niewyobrażalnie niedostępny. Kiedy w drugiej czy trzeciej klasie zdobyłem jakąś nagrodę w konkursie geograficznym, największym powodem do ekscytacji było to, że za miesiąc będę mógł pokazać dyplom wujkowi.
No więc z wujkiem Adamem, najbliższym przedstawicielem świata edukacji, było tak, że Hanka go podziwiała, pewnie, ale jednocześnie trochę go nie znosiła. Za każdym razem, kiedy opowiadała, że jest nauczycielem, to półgębkiem, jakby na prawach przypisu, o którym za żadne skarby nie można zapomnieć, dodawała, że jest też hipokrytą, bo miał legitymację partii i układał się z władzami, ale po cichu chrzcił swoje dzieci i dogadywał z proboszczem. Czy było to rzadkie albo moralnie naganne, szczególnie w przypadku inteligenta z awansu w warunkach późnego PRL-u? Nie. Ale w oczach Hanki stanowiło przeciwwagę dla powodzenia wujka Adama, niezbędną do tego, żeby ona nie musiała czuć się z tym powodzeniem najgorzej. "Może i pokończył szkoły, ale ja przynajmniej nie jestem hipokrytką", musiała sobie myśleć Hanka i trzeba przyznać, że do bycia hipokrytką rzeczywiście nie miała predyspozycji. W każdym razie był w niej odruch, żeby tych, którzy w praktyce robili to, co ona w teorii podziwiała, na wszelki wypadek odrobinę sobie umniejszyć.
To dlatego o wujku Adamie, naszych szkolnych nauczycielach, w ogóle funkcjonariuszach świata edukacji, a w niedługim czasie też i o mnie, Hanka lubiła mówić: "Wyżej sra, niż dupę ma". W samym brzmieniu tych słów, niemieszczących się w leksykalnym decorum, tkwi skatologiczny bunt, coś jak obrzucenie gównem muzeum. Zderzenie wysokich aspiracji z najbardziej podstawową fizjologią każe zejść tym pierwszym na ziemię i nie pozwala zapomnieć, że niezależnie od pozycji społecznej ludzie są po prostu ludźmi, więc mają dupy i srają. Ciekawa sprawa, że matka duńskiej pisarki Tove Ditlevsen to samo (przynajmniej w polskim przekładzie Iwony Zimnickiej) mówiła w Trylogii kopenhaskiej o pani Poulsen, nauczycielce swojej córki, choć ta ostatnia wiedziała, że "to niemożliwe". I faktycznie, jak się zastanowić, to jest w tym akrobatyczny wyczyn zasługujący właściwie, pomimo domyślnej przygany, na podziw, choć obarczony ryzykiem podobnym do tego, które wiąże się z sikaniem pod wiatr. Kupa sprzeczności. Najwyraźniej jest to coś, co mówi się o nauczycielach swoich dzieci, jeśli podejrzewa się, że dzięki tym nauczycielom będą mogły liczyć na lepsze życie, ale jednocześnie bardzo by się nie chciało, żeby z tego powodu jakichś obcych ludzi ceniły bardziej od swoich rodziców.
Tak czy inaczej, Hanka trochę gardziła nauczycielami. Kazała nam się uczyć, a zarazem nie kryła przed nami swojego silnego przekonania, że zdarzają się wśród nich zwyczajne bałwany. Ale w sporach ze szkolną kadrą zawsze brała naszą stronę. Jak wtedy, gdy pewnego razu dostrzegła na policzku mojego brata czerwony ślad, a kiedy wydobyła z niego wreszcie, że to efekty dyscyplinujących działań wuefisty, po prostu poszła do szkoły, znalazła tego faceta i - napisałbym dla efektu, że mu oddała, ale tak naprawdę doprowadziła do jego zwolnienia. "Kto ma wierzyć moim dzieciom, jeśli ja im nie uwierzę?", lubiła powtarzać i było to ze wszech miar rozsądne. Może nie tak rozsądne jak pomysł, żebym pomógł jej sprzątać komórkę, ale jedno i drugie mieściło się w tym samym światopoglądzie, w którym edukacja była strasznie, strasznie ważna, ale bez przesady.
Matura
Hanka przerobiła to na własnej skórze. Kiedy miała dwadzieścia lat i kończyła technikum, to przecież musiała jej przemknąć przez głowę myśl, że mogłaby pójść na studia. Kopalnia, w której już wtedy pracowała, pewnie by za to zapłaciła. Kto wie, może w przyszłości Hanka dorobiłaby się kierowniczego stanowiska, a może dostała jakąś całkiem inną pracę, kto wie? Wyobrażam sobie, i nie jest to trudne, bo sam przeżyję coś podobnego czterdzieści lat później, jak te jej nieśmiałe myśli obracają się w ruinę, kiedy po zakończonej rozmowie nauczyciel ze złośliwą satysfakcją obwieszcza, że nie, nie zdała egzaminu maturalnego. Podobno kryła się za tym jakaś pokrętna historia, mieszanka uprzedzeń związanych z tym, że Hanka na Śląsku była przyjezdna, i osobistych zatargów, bo, już o tym wspominałem, raczej nie trzymała języka za zębami. A może po prostu zawaliła i potem tak to tylko opowiadała, jak pokolenia uczennic i uczniów przed nią i po niej: że nauczyciel się uwziął, bo ona to była przygotowana. Tak czy inaczej, oblała. I co prawda zdała maturę rok później, ale nigdy nie poszła na studia. Tego faceta nienawidziła do końca życia. To był pierwszy upadek Hanki na drodze do lepszego życia.
A może to nie był żaden upadek. Bo przecież sam fakt, że Hanka uczyła się tak długo i wreszcie zdała maturę, był gigantycznym skokiem w porównaniu z tym, jaką edukację odebrali jej rodzice. Jak pisze Agata Zysiak w Punktach za pochodzenie, dla osób takich jak Hanka domyślną ścieżką awansu edukacyjnego nie był wcale uniwersytet, tylko właśnie technikum, i to nierzadko powiązane z zakładem pracy. Odbudowująca się po wojnie gospodarka potrzebowała przede wszystkim robotników średniego szczebla, szczególnie związanych z przemysłem, a w mniejszym stopniu wysoko wykwalifikowanych specjalistów.
Choć przez chwilę mogło się wydawać, że jest całkiem inaczej. Bo też powojenna reforma edukacji sprawiła, że pierwszy raz w historii Polski studia wyższe, przynajmniej w teorii, stały się dostępne dla wszystkich. Jak pisze Zysiak, "to, co w międzywojniu mogło stanowić jedynie wyjątek, cud - miało się [...] stać normą. Chłopskie i robotnicze dzieci miały mieć dostęp zarówno do kariery inżyniera-mechanika, jak i profesora filologii klasycznej". I musiało to rozbudzać wyobraźnię wielu dziewcząt i chłopców, którzy w pierwszych latach Polski Ludowej myśleli o swojej przyszłości. Tym bardziej że studia nie tylko były dostępne, ale wydawały się też atrakcyjne, bo, jak twierdzi Zysiak, to wciąż inteligencja, dla której "uniwersytet był synonimem nauki i wiedzy", kształtowała medialną i kulturalną narrację o edukacji.
Projekt wyglądał więc kusząco i ambitnie. Według pierwotnych założeń uniwersytety miało kończyć osiemdziesiąt procent młodzieży z każdego rocznika. Nie udało się. Już po 1956 roku, który zweryfikował wiele pisanych z rozmachem planów reformy społecznej, okazało się, że znacznie trudniejsza do przezwyciężenia, niż wcześniej sądzono, pozostaje zwykła społeczna zachowawczość. Ideolodzy władzy mogli mówić, co tylko chcieli, ale ludzie wiedzieli swoje. "Przez cały okres Polski Ludowej - pisze Zysiak - utrzymywał się stosunkowo silny związek między wykształceniem i zawodem rodziców a kontynuowaniem nauki przez ich dzieci". Wśród rodzin takich, w jakiej żyła Hanka, wartościami ważniejszymi od wyższej edukacji, przynajmniej w praktyce, były samodzielność i konkretny fach. Zamiast inwestować nie wiadomo ile czasu w jakiś tajemniczy proces nauki, którego nie doświadczył nikt w rodzinie, wybierano raczej to, co znane i bezpieczne: pracę. I zorientowaną na nią edukację. Choć była to już edukacja co najmniej o stopień wyższa od tej, jaką odebrało pokolenie rodziców. "Biorąc pod uwagę [...] niewielkie różnice w zarobkach i rosnący prestiż zawodów technicznych - ciągnie Zysiak - wybór studiów wyższych nie był wyborem oczywistym. Dla inteligenckich rodzin każda ścieżka edukacyjna nieuwzględniająca edukacji na poziomie wyższym była z założenia degradacją - na przykład szkoła zawodowa byłaby porażką. Dla rodzin z klas pracujących była zaś awansem".
Nawet jeśli pierwsze założenia reformy edukacji były przeszacowane, to ostatecznie jej skutki trudno nazwać klęską. Przed wojną tak zwany odsiew, czyli zasadniczy wybór drogi dalszej edukacji, dokonywał się w szkole podstawowej: większość dzieci z rodzin robotniczych i chłopskich kończyła w najlepszym wypadku jedynie obowiązkowy program kształcenia. Natomiast, pisze Zysiak, "w okresie powojennym moment selekcji przesunął się o szczebel wyżej - kluczowe rozstrzygnięcia na ścieżce edukacyjnej następowały przy wyborze szkoły średniej. Właściwie tylko wybór liceum ogólnokształcącego mógł stanowić drogę do uczelni wyższych". A do ogólniaków trafiało coraz więcej dzieci z rodzin robotniczych (29 procent w 1956 roku) i chłopskich (24,7 procent), ale wciąż najwięcej z inteligencji. I nawet jeśli zdarzało się, że chłopski syn albo robotnicza córka docierali na studia, to znacznie bardziej prawdopodobne niż w przypadku dzieci inteligencji było to, że zakończą je przed czasem.
Hanka pewnie myślała o studiach, może nawet podczytywała ówczesne magazyny studenckie albo z zazdrością zerkała na spotykane tu i tam studentki, ale mogła się też trochę bać, jak to będzie. I nie miała kogo zapytać, bo jej rodzice nic o tym nie wiedzieli, zresztą już matura wydawała im się gigantycznym osiągnięciem, więc pewnie gdy Hanka skończyła szkołę podstawową i zastanawiała się, co dalej, podpowiedzieli jej, żeby poszła do technikum, przynajmniej zdobędzie zawód, a potem się zobaczy. I kiedy tamten wredny nauczyciel oblał ją na maturze, to najpierw musiała się przerazić, potem zdenerwować, ale wreszcie uznać, że przecież i tak całe te studia nie byłyby dla niej.
Choć pewnie czasem sobie myślała, jak by to było, gdyby się wtedy udało, gdyby była inną Hanką, jakąś Haną, powiedzmy Haną Jakubovą, i poszła na studia. Na inaugurację roku włożyłaby piękną rozkloszowaną spódnicę w kolorowe pasy, włosy zebrała fikuśną chustką z kokardą, a pogoda byłaby piękna, wciąż ciepły październik z liśćmi drzew wpadającymi w dziką czerwień. W Bratysławie zamieszkałaby w akademiku i najlepszych przyjaciół poznała od razu pierwszego dnia. Toczyliby ze sobą długie nocne rozmowy, razem gotowali, urządzali wycieczki, romansowali i wymieniali się notatkami. Profesorowie uwielbialiby Hanę, w końcu by ją docenili, a jej niewyparzony język okazałby się największą zaletą, bo na konwersatoriach po prostu by błyszczała, może nie zawsze najlepiej przygotowana, ale błyskotliwa i odważna. Zapisałaby się do organizacji studenckiej, może nawet do koła naukowego, i wakacje spędzała na zagranicznych wymianach. Wreszcie napisałaby pracę magisterską i okazałoby się, że jest po prostu świetna, najlepsza, i namawiano by Hanę, żeby już tam została, na uczelni, i robiła doktorat, a ona poważnie by się nad tym zastanowiła. W wakacje pojechałaby do rodziców do Żyliny, jasne, ojciec byłby dumny, matka obnosiłaby egzemplarz magisterki po wszystkich sąsiadkach, ale Hanie byłoby już tylko wstyd, prości ludzie, myślałaby sobie, to cud, że wyrwałam się z tego domu, powtarzałaby w głowie. Pokłóciłaby się z nimi przy obiedzie, bo nie, nawet nie myśli o małżeństwie i dzieciach, jest stworzona do większych rzeczy, w życiu, mówiłaby Hana, można robić więcej, niż tylko pracować, prać pieluchy i czytać romanse. Następnego dnia przeprosiłaby rodziców, spakowała się i pojechała z powrotem do siebie, podobno w akademiku są tanie pokoje na wakacje.
Nowe uczucie
Hanka dwa razy zdawała maturę. Albina skończyła tylko dwie klasy. Za to przez ponad osiemdziesiąt lat pamiętała wierszyk w esperanto, którego się wtedy nauczyła. Leciał tak:
En la mondon venis nova sento,
tra la mondo iras forta voko;
per flugiloj de facila vento
nun de loko flugu ?i al loko.
Ne al glavo sangon soifanta
?i la homan tiras familion:
al la mond 'eterne militanta
?i promesas sanktan harmonion.
Za każdym razem, kiedy go recytowała, babcia, na co dzień zgorzkniała i zafrasowana, przemieniała się w kilkuletnią dziewczynkę, która wie, że jest najlepsza w klasie i zaraz dostanie pochwałę, bo tak świetnie nauczyła się zadanego wierszyka. Przysięgam, uśmiechała się w sposób, jakiego nie widziałem przy żadnej okazji; pewnie, zdarzało się, że cieszyła się z naszych sukcesów, ale jednocześnie martwiła się, czy nie powinie się nam noga. Kiedy natomiast powtarzała "Sub la sankta signo de l'espero kolekti?as pacaj batalantoj", na krótką chwilę wracała do momentu, kiedy wszystko wydawało się jeszcze możliwe. Był rok 1931 albo 1932, Polska istniała od dekady, mało kto przejmował się jeszcze Hitlerem, w Zasolu były przecież pilniejsze sprawy, a Albina stała przed całą klasą i z dumnie wypiętą piersią recytowała słowa, których do końca nie rozumiała, ale które składały obietnicę, że pewnego dnia wszystkie narody będą mogły się porozumieć i nigdy już nie będzie żadnej wojny.
Szkoła w jej wiosce między Kętami a Oświęcimiem istniała od 1909 roku, a od 1913 działała w budynku, który stoi do dziś. Dzieci z przysiółka Zasole powinny właściwie chodzić do szkoły w Łękach, ta powstała jeszcze wcześniej, w 1867 roku, ale kiedy rzeka Soła wzbierała albo wylewała, nie było jak się przez nią przeprawić, więc ostatecznie w jednej niewielkiej wiosce działały dwie szkoły, na brzegu lewym i na brzegu prawym. Nie byłoby ich, gdyby nie reformy z 1867 roku, które doprowadziły do powstania nie tylko monarchii austro-węgierskiej, ale również Rady Szkolnej Krajowej, która miała zajmować się nadzorowaniem autonomicznego szkolnictwa w Galicji. Natomiast sam obowiązek szkolny w Austrii - a później również w zaborze austriackim - funkcjonował od 1774 roku (choć różnie było z jego realizacją, szczególnie na prowincji, szczególniej na wsi). Zdecydowano wtedy, że w każdej wsi i małym mieście powinna powstać tak zwana szkoła trywialna dla najmłodszych uczniów. Uczęszczać miały do niej dzieci w wieku od sześciu do dwunastu lat, z czasem - do piętnastu. W biedniejszych wsiach zamiast szkoły trywialnej tworzono szkoły parafialne, w których nauczycielem był miejscowy proboszcz. Gdy włodarze Łęk postanowili, że ich dzieci powinny się uczyć czegoś więcej niż to, co wpajał im ksiądz ze szkółki w Bielanach, to właśnie Rada Szkolna Krajowa zatwierdziła wniosek o utworzenie szkoły trywialnej w Łękach. Podobnie było w Zasolu: miejscowi gospodarze zdecydowali, że szkoła powstanie, przeznaczyli na nią działkę i zebrali środki na budowę oraz zatrudnienie nauczyciela.
Kiedy więc Polska odzyskiwała niepodległość, w Zasolu, podobnie jak na obszarze całej Galicji, obowiązek szkolny właściwie funkcjonował. Tymczasem na pozostałych terenach, przede wszystkim byłego zaboru rosyjskiego, wprowadzał go dopiero dekret Naczelnika Państwa, Józefa Piłsudskiego, z 7 lutego 1919 roku (w Galicji jego założenia zostały formalnie wprowadzone w 1932 roku na mocy ustawy o ustroju szkolnictwa). Dekret nakładał na każdą gminę powinność założenia szkoły i stanowił, że edukacja ma odtąd trwać siedem lat i obejmować dzieci od siódmego do czternastego roku życia. W miejscowościach, w których byłby kłopot z realizacją tego ambitnego planu, przewidywano scenariusz z czterema albo pięcioma latami nauki codziennej i trzema albo dwoma latami uzupełniającymi. W praktyce większość szkół była jedno- albo dwuklasowa, co znaczyło, że dysponowały jedną albo dwiema salami i jednym albo dwojgiem nauczycieli, którzy tak żonglowali grupami dzieci (jedne przychodziły rano, drugie w południe, starsze pisały po cichu wypracowania, młodsze uczyły się na głos czytać), żeby wszystkie jakoś pomieścić.
W tym samym 1919 roku do szkoły w Zasolu przybył Józef Matejko. To on musiał nauczyć Albinę wierszyka w esperanto. Długo myślałem, że był jakimś oświeconym społecznikiem, który przyjechał gdzieś ze stolicy uczyć chłopskie dzieci. Ale Matejko, choć nazwisko miał światowe, nie przywędrował z daleka. Urodził się w 1891 roku w niedalekich Bulowicach, też zresztą wiosce, ukończył tam szkołę, a później uczył się w seminarium nauczycielskim w pobliskich Kętach. W trakcie I wojny światowej służył w c.k. armii, zresztą tak samo jak ojciec Albiny. Do Zasola najpierw trafił na zastępstwo, by po paru miesiącach dostać nominację na kierownika szkoły. Wysoki, szczupły, krótko ostrzyżony, przystojny, pod nosem nosił modny wówczas wąsik na dwa palce. We wsi wziął się do roboty, szkołę zorganizował wzorcowo, dla chłopców prowadził dodatkowe zajęcia praktyczne, dla dziewcząt lekcje prac domowych. Założył szkolny ogródek (mieli podobno najlepsze pomidory we wsi) i uczył chłopskie dzieci, jak szczepić drzewka owocowe. Z czasem się rozkręcił: otworzył Niedzielny Uniwersytet Wiejski z kursami dla dorosłych i miejscowe koło Towarzystwa Szkół Ludowych z czytelnią dla chętnych. Musiał wierzyć, że to wszystko kiedyś zaprocentuje i że dzięki edukacji da się zbudować lepszy świat; w końcu doświadczył tego na własnej skórze: dzieciak z Bulowic, który został kierownikiem szkoły, kto by pomyślał? Pewnie też dlatego nauczył zasolskie dzieci wierszyka w esperanto: żeby na zawsze zapamiętały, że możliwy jest świat, w którym nie ma wojen, a ludzie zgodnie pracują dla wspólnego dobra. Jako przedstawiciela lokalnej inteligencji aresztowano go już w kwietniu 1940 roku, sześć miesięcy później zmarł w Mauthausen.
Albina go uwielbiała. Po siedemdziesięciu latach opowiadała o nim jak o kimś, kto był jej wymarzoną, lepszą wersją ojca: wymagający, ale sprawiedliwy i wcale nie bił dzieci, choć przecież mógł. Ale kiedy Albina skończyła dwie klasy, jej ojciec, ten prawdziwy, zdecydował, że to wystarczy. Potrzebował jej w domu, w gospodarstwie, przy krowach i młodszych dzieciach; starsze dawno się wyprowadziły, a nowa żona ojca nie radziła sobie ze wszystkim. Wtedy, opowiadała Albina, sam kierownik szkoły zaoferował, że chętnie pokryje koszty jej dalszej edukacji, a może nawet zaopiekuje się nią jak własnym dzieckiem, ale ojciec Albiny pozostał nieubłagany. A parę tygodni później wysłał ją, żeby wyprosiła od kierownika kilka dorodnych pomidorów.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.