Hania i Szkarłatna Parasolka - Cerrie Burnell, Laura Anderson

-
Proszę czekać

1. ZEPSUTA PARASOLKA

Hania spoglądała w rozmarzeniu na Chmurne Miasto z czternastego piętra Bardzo Wysokiego Bloku. Tramwaje dudniły w ulewnym deszczu, a kolorowe parasolki kołysały się jak niewielkie łódeczki.

- Złotko, punktualnie za dziesięć minut wyjeżdżam z Operą Holenderską - Ciocia-Babcia Sasia zaszczebiotała, fastrygując różową halkę do przepięknej, marszczonej, wirującej sukni. - Wpadną po mnie helikopterem.

Hania uśmiechnęła się i objęła szeroką talię Cioci-Babci Sasi. W nos połechtał ją zapach lawendy. Sasia Miller była główną krawcową Opery Holenderskiej. Jej praca polegała na zaszywaniu falbanek, robieniu na drutach kapeluszy i tworzeniu bajecznych sukienek.

Dokładnie co cztery tygodnie, kiedy księżyc był krągły i pełny, Ciocia-Babcia Sasia jechała do Holandii sprawdzić stan swoich pięknych kreacji. W głębi duszy Hania lubiła, kiedy Ciocia-Babcia wyjeżdżała, bo mogła wtedy pomieszkać u innych lokatorów Bardzo Wysokiego Bloku. Dzisiaj nocowała u starszej, ekscentrycznej pani Elizy Caraham, która mieszkała na najwyższym piętrze. Jutro będzie spać u Madame Flory w szkole baletowej na piętrze trzecim.

Mieszkanko wypełnił odgłos wirujących śmigieł helikoptera.

- Już po mnie są! - zakrzyknęła radośnie Ciocia-Babcia Sasia, chwyciła walizkę i ruszyła na zewnątrz z impetem.

Hania pobiegła za nią, łapiąc po drodze swoją żółtą parasolkę. Kiedy weszły na dach, z nieba sypało się deszczowe Bicie Serca. Hania nie zwróciła na nie uwagi. W Chmurnym Mieście padało codziennie na wiele różnych sposobów. Z nieba lała się woda, tak dobra, że można było ją pić.

Różne były deszcze:

Letnia Rosa - lekka mżawka, którą ledwo dało się odczuć.

Morska Mgiełka - delikatny deszcz wyłaniający się z powietrza niczym mgła.

Bicie Serca - jednostajny, miarowy jak bicie ludzkiego serca deszcz.

Oberwanie Chmury - ulewa, która nie zostawiała na człowieku suchej nitki.

Lodospad - ostry deszcz siekący jak grad.

Gromozryw - gdy niebo jaśniało od burz.

- Oby twój weekend był tak wspaniały jak ty sama - powiedziała Ciocia-Babcia Sasia z promiennym uśmiechem, pocałowała Hanię w czoło i z trudem wsiadła do helikoptera.

- Tak będzie - zachichotała Hania, wybiegając myślami do czekających ją przyjemności.

Kiedy jednak wirujący helikopter wzbił się w chmury, siła jego śmigieł wyrwała Hani z rąk żółtą parasolkę i porwała ją w powietrze. Hania pisnęła, gdy parasolka spadła w kałużę u jej stóp, cała podarta.

Ciocia-Babcia Sasia spojrzała w dół z wysokiego nieba, i z wrażenia prawie upuściła filiżankę z herbatą.

- I co teraz zrobimy? - jęknęła. - W Chmurnym Mieście wszyscy mają własne parasolki, a parasolka Hani się zniszczyła. - Wychyliła się przez pasma skłębionych chmur, nabrała głęboko powietrza i, z pełną świadomością, że życie Hani zmieni się na zawsze, zawołała: - Kochanie, musisz użyć Szkarłatnej Parasolki. Dostałaś ją w spadku od...

Lecz słowa Cioci-Babci Sasi porwał wiatr. Hania została sama - mała dziewczynka na dachu z połamaną parasolką.

2. KLATKA NA PTAKI

Deszcz zelżał i przeistoczył się w subtelną Letnią Rosę, a Hania zamrugała ze zdumienia. Wpatrywała się w swoje odbicie w kałuży. Blada dziewczynka z ciemnymi włosami i oczami koloru zimowego morza odwzajemniała jej spojrzenie z szerokim uśmiechem.

- Mogę użyć Szkarłatnej Parasolki - szepnęła Hania z przejęciem.

Pognała w dół po schodach, otworzyła drzwi do ich mieszkanka i popędziła do łazienki. Po jej skórze przebiegał dreszcz podniecenia. W kącie łazienki stała ogromna klatka na ptaki. Za jej smukłymi, białymi kratami znajdowała się parasolka z olśniewającego szkarłatnego jedwabiu.

Hania często marzyła, że otworzy klatkę, ale Ciocia-Babcia Sasia nigdy jej na to nie pozwalała - powtarzała, że Szkarłatna Parasolka jest zbyt stara i delikatna, by z niej korzystać. Dziewczynka ostrożnie wzięła do rąk maleńki złoty kluczyk, który wisiał nad umywalką. Miał tam swoje miejsce, odkąd Hania sięgała pamięcią, i jaśniał wśród jej wspomnień jak klucz do zaginionych tajemnic. Uważnie przekręciła kluczyk i klatka uchyliła się z lekkim zgrzytem. Hania wstrzymała oddech i wyjęła parasolkę. Ni stąd, ni zowąd parasolka otworzyła się szeroko, aż Hania podskoczyła i zaśmiała się jednocześnie! Była naprawdę wspaniała, niczym rekwizyt z którejś z oper Cioci-Babci Sasi.

- Jaka leciutka - uśmiechnęła się dziewczynka, bo miała wrażenie, że trzyma w dłoni garść piórek. Poza tym parasolka wcale nie wydawała się nietrwała, choć była bardzo stara. - Północku! - krzyknęła Hania, przedzierając się przez mieszkanko. - Północku, chodź zobacz moją niesamowitą parasolkę!

Ale Północka nigdzie nie było. Hania wyciągnęła z kieszeni niewielką pikulinkę i zagrała na niej ulubioną melodię Północka. Mimo to się nie pojawił. Zajrzała pod stół i zauważyła coś bardzo dziwnego. Północek nawet nie tknął swojej miseczki

ze śmietanką i miętową myszką. Do serca Hani zakradł się niepokój.

Bo widzicie, Północek nie przypominał innych kotów. Pięć lat temu, w noc Straszliwej Burzy, pojawił się punkt dwunasta w tajemniczych okolicznościach. Imię pasowało do niego idealnie.

Północek miał zielone jak mięta oczy i kruczoczarne futerko, białe skarpetki i ogon z białą końcówką. Dokądkolwiek zawędrowała Hania, Północek szedł dokładnie trzy kroki za nią. Czasami gdy Ciocia-Babcia Sasia zabierała Hanię na balet albo do kina, Północek już był na miejscu, zadowolony i zwinięty w kłębek na siedzeniu dziewczynki. Nikt nie miał pojęcia, skąd wiedział, gdzie przyjaciółka usiądzie.

Hania stała na środku mieszkanka, wdychając woń lawendy i słuchając kołysanki Letniej Rosy. I nagle poczuła się okropnie samotna.

- Gdzie jesteś, Północku? - szepnęła... i właśnie wtedy wydarzyły się czary.

Koniec wersji demonstracyjnej.