Hańba - Maria Paszyńska

Kup ebooka

35.90 zł
28.00 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Janka Kar­penko cia­sno spla­tała płowe włosy. To za­ję­cie strasz­nie się jej dłu­żyło, ale matka wy­ra­ziła się wy­star­cza­jąco ja­sno.

- Przy­naj­mniej w nie­dzielę uczesz się jak na­leży - roz­ka­zała przy śnia­da­niu.

Dziew­czyna miała ochotę od­burk­nąć coś nie­przy­jem­nego, lecz za­miast tego ski­nęła tylko głową. W ich ro­dzi­nie nikt ni­gdy nie sprze­ci­wiał się matce i choć była to za­sada nie­pi­sana, prze­strze­gano jej z że­la­zną kon­se­kwen­cją.

Wresz­cie Janka zwią­zała koń­cówki wło­sów czer­woną ak­sa­mitką i gniew­nie od­rzu­ciła ciężki war­kocz na plecy. Złote nitki, które mimo jej usil­nych sta­rań tu i ów­dzie wy­mknęły się z gład­kich pasm, za­mi­go­tały w po­ran­nym słońcu. Dziew­czyna od­wró­ciła się do lu­stra i przez chwilę przy­pa­try­wała się wła­snemu od­bi­ciu. Przy­gła­dziła pro­stą su­kienkę w ko­lo­rze let­niego nieba, przy­ozdo­bioną bia­łym koł­nie­rzy­kiem a la Sło­wacki i ze­braną w ta­lii sze­ro­kim pa­sem w ciem­niej­szym od­cie­niu. Roz­pięła dwa górne gu­ziczki, by za­raz po­spiesz­nie znów je za­piąć. Wy­pro­sto­wała się, ścią­ga­jąc ło­patki i wy­pi­na­jąc pierś.

- Ech - wes­tchnęła znie­cier­pli­wiona. - To wszystko na nic.

Semko miał ra­cję, na­igry­wa­jąc się z niej. Przy każ­dej spo­sob­no­ści po­wta­rzał sio­strze, że jest smar­kulą. Tak, była dziec­kiem i nie­stety mimo czter­na­stu lat wciąż wy­glą­dała jak dziecko. Od­wró­ciła się od lu­stra i znie­chę­cona opa­dła na krze­sło. Pod­parła głowę na dłoni i przy­glą­dała się bia­łym strzęp­kom chmur pły­ną­cym po wio­sen­nym nie­bie. Za­raz też jej my­śli po­bie­gły mi­mo­wol­nie w stronę Ma­ryni Wi­teb­skiej i hu­mor jesz­cze się jej po­gor­szył.

Do nie­dawna Ma­ry­nia ni­czym się nie wy­róż­niała. Uczyła się ra­czej śred­nio, mimo iż na­uczy­ciele oka­zy­wali jej pewne względy, bo była - jak ma­wiali - w pełni Po­lką. Nie to co Janka, ni to Po­lka, ni Ukra­inka, mie­sza­niec, kun­del. O ile w ich ma­jątku ziem­skim w głębi Wo­ły­nia było to cał­kiem nor­malne, więk­szość lu­dzi okre­ślało się po pro­stu mia­nem Wo­ły­nia­ków, a zda­nie roz­po­częte po pol­sku nie­raz koń­czono już po ukra­iń­sku, czemu nikt się nie dzi­wił, tu w Łucku, w mie­ście wo­je­wódz­kim na­le­żą­cym do od­ro­dzo­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, do­brze było być kimś okre­ślo­nym. Po­la­kiem albo Ukra­iń­cem, albo cho­ciaż Ro­sja­ni­nem czy Ży­dem, wszystko jedno, byle w pełni.

Tam ży­cie jest o wiele prost­sze - prze­mknęło jej przez myśl i tę­sk­nota za wo­łyń­ską wsią znów za­kłuła ją gdzieś w środku, w miej­scu, któ­rego nie po­tra­fiła okre­ślić, lecz wy­raź­nie je czuła.

Tam nie trzeba było wciąż się de­fi­nio­wać, do­kądś przy­na­le­żeć, być kimś już raz na za­wsze do­okre­ślo­nym, choć wciąż czuło się po pro­stu tylko sobą. Ro­dzinne strony w prze­ci­wień­stwie do mia­sta ko­ja­rzyły się Jance z wol­no­ścią. Co­raz czę­ściej ża­ło­wała, że nie może jak daw­niej po­bie­rać nauk od gu­wer­nantki i ko­re­pe­ty­to­rów, któ­rzy przy­jeż­dżali do nich do domu. Ro­dzice uparli się, że do gim­na­zjum po­winna już pójść do po­rząd­nej szkoły w mie­ście.

Nie­stety, Ma­ryni na­wet ta pol­skość nie po­maga - po­my­ślała Janka, a zło­śliwy uśmie­szek wy­pełzł jej na wargi.

Ma­ry­nia czy­tała po­woli, po­mimo iż słowa pol­skie nie mie­szały jej się w gło­wie z ukra­iń­skimi jak Jance, pod­czas li­cze­nia za­wsze wy­cho­dziło jej nie to, co po­winno, do ry­sun­ków nie miała ręki, do mu­zyki ucha, do tańca nie stało jej wdzięku i ni­jak nie mo­gła spa­mię­tać, że In­die Bry­tyj­skie, In­die Fran­cu­skie, In­die Ho­len­der­skie, In­die Por­tu­gal­skie i In­do­chiny to cał­kiem osobne te­ry­to­ria, a nie róż­no­ję­zyczne na­zwy tego sa­mego miej­sca. Jesz­cze rok temu, gdyby kto­kol­wiek spy­tał Jankę o Ma­ry­nię, od­po­wie­dzia­łaby, że ow­szem, jest w szkole taka ko­le­żanka - i nic wię­cej rzec by nie mo­gła, bo Wi­teb­ska z po­wyż­szych przy­czyn nie na­le­żała do osób, z któ­rymi Janka chcia­łaby prze­by­wać. Wo­lała by­strzej­sze dziew­częta: Ró­zię Gra­ber, Lo­nię Ja­ki­miak czy Na­stkę Haw­ry­luk.

Aż tu na­gle, gdy po wa­ka­cjach wró­cili we wrze­śniu do szkoły, od pierw­szego dnia Ma­ry­nia zna­la­zła się w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia wszyst­kich. Przez lato uro­sła, jej bio­dra się za­okrą­gliły, wą­ziutka ta­lia za­zna­czyła się wdzięcz­nie, a piersi nie­po­ko­jąco uwy­pu­kliły. Ma­ry­nia jako pierw­sza w ich kla­sie ob­cięła war­kocz i ukła­dała te­raz opa­da­jące do ra­mion włosy w de­li­katne fale. Na­wet wielce nie­twa­rzowy szkolny mun­du­rek nie zdo­łałby ukryć faktu, że Ma­ry­nia nie była już dziec­kiem.

- Córka Wi­teb­skich wy­ra­sta na śliczną pannę - stwier­dziła któ­re­goś dnia przy ko­la­cji pani Teo­dora, matka Ja­niny, nie wie­dząc, że tym jed­nym nie­win­nym zda­niem po­zba­wiła ape­tytu córkę, która nie mo­gła po­jąć, dla­czego na­wet w jej domu mu­siano mó­wić o uro­dzie Ma­ryni. Dość miała już tego w szkole, na ka­te­che­zie, po­po­łu­dnio­wych za­ję­ciach spor­to­wych, a na­wet na chó­rze. Wszy­scy mó­wili tylko o Ma­ryni! Dziew­częta szep­tały z za­zdro­ścią o jej ko­bie­cych kształ­tach, o czym roz­ma­wiali chłopcy, mo­gła się tylko do­my­ślać z wes­tchnień Semka. Na­wet on, jej wła­sny brat, który twier­dził, że czter­na­sto­latki w za­sa­dzie poza roz­mia­rem nie­wiele róż­nią się od nie­mow­ląt, wo­dził za Ma­ry­nią roz­anie­lo­nym wzro­kiem. Za dziew­czyną, która była od Janki o całe dwa mie­siące młod­sza!

Janka tym­cza­sem była pła­ska jak de­ska, a jej fi­gura za­miast klep­sy­dry przy­po­mi­nała ra­czej pro­sto­kąt. Gdy ona i Semko byli mali, czę­sto jak dzieci chło­pów bie­gali po oko­licy w sa­mych ko­szu­lach i boso. W tam­tym cza­sie nie­raz się zda­rzyło, że ktoś za­gad­nął ją, jakby była chłop­cem, albo py­tał Semka o jego młod­szego brata, a ten dla żartu nie za­prze­czał, tylko od­po­wia­dał grzecz­nie, jakby rze­czy­wi­ście nim była.

Mimo upływu lat nie­wiele się zmie­niło. Na­wet długi złoty war­kocz i ładna su­kienka na nic się nie zdały. Na­dal bar­dziej przy­po­mi­nała chło­paka niż dziew­czynę.

Janka prych­nęła nie­za­do­wo­lona. Ostat­nio wszystko ją draż­niło, a naj­bar­dziej wła­sne ciało, które wciąż ani o cal nie przy­bli­żało się do tego upra­gnio­nego. I Ma­ry­nia, któ­rej samo ist­nie­nie draż­niło jak drza­zga pod pa­znok­ciem.

Skrzyp­nię­cie drzwi wy­rwało dziew­czynę z po­nu­rych roz­my­ślań.

- Je­steś go­towa? - za­gad­nęła matka, szyb­kim kro­kiem wcho­dząc do po­koju córki.

Teo­dora Kar­penko prze­pły­nęła przez po­miesz­cze­nie, cią­gnąc mięk­kim ma­te­ria­łem sukni przy­sła­nym od mo­dystki aż z War­szawy po pu­szy­stym dy­wa­nie i roz­sie­wa­jąc wo­kół de­li­katny za­pach kwia­to­wych per­fum. Ze sto­ją­cego na ko­mo­dzie krysz­ta­ło­wego wa­zonu wy­cią­gnęła je­den przy­wię­dły tu­li­pan, okrę­ciła się wo­kół wła­snej osi i znów była w progu.

- Po­spiesz się - do­dała, nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

Janka, która do­tąd ob­ser­wo­wała ją i po praw­dzie nie była na­wet pewna, czy matka w ogóle ją do­strze­gła, aż się wzdry­gnęła.

- Za­raz pod­je­dzie po­wóz.

Dziew­czynka ski­nęła tylko głową, pa­trząc na wy­cho­dzącą spode łba. Nie dość, że sama w ni­czym nie przy­po­mi­nała Ma­ryni Wi­teb­skiej, to naj­wy­raź­niej los po­ską­pił jej na­wet urody wła­snej matki.

Teo­dora Kar­penko, przez męża na­zy­wana czule Dorą, była za­chwy­ca­jącą ko­bietą. Miała bujne włosy, które choćby spięte nie­dbale szpilką za­raz po wsta­niu, i tak wy­glą­dały, jakby chwilę wcze­śniej po­chy­lił się nad nimi uta­len­to­wany fry­zjer, małe stopy, smu­kłe łydki, sze­ro­kie bio­dra, wą­ską ta­lię, wy­datny biust, wy­sta­jące uro­czo oboj­czyki, długą szyję i ostry pod­bró­dek. Naj­pięk­niej­sza była jed­nak jej twarz, choć Janka ni­gdy nie mo­gła usta­lić, co wła­ści­wie czy­niło ją tak wy­jąt­kową. Por­ce­la­nowa cera, pełne ma­li­nowe usta, miłe do­łeczki w po­licz­kach czy może wiel­kie, iskrzące się we­so­ło­ścią orze­chowe oczy?

Janka sły­szała nie­raz, że z taką urodą jej matka mo­gła zo­stać na­wet żoną hra­biego czy przy­naj­mniej ba­ro­nową. Za­miast tego po­peł­niła straszny me­za­lians. Ona, panna z do­brej kra­kow­skiej ro­dziny, wy­szła za mąż za nie­bied­nego, ale nie­usto­sun­ko­wa­nego, w do­datku dzie­sięć lat star­szego pra­wo­sław­nego Ukra­ińca po­zna­nego na uni­wer­sy­te­cie, gdzie rze­czony był ad­iunk­tem na wy­dziale prawa. Która z cech My­chajła Kar­penki była tą naj­gor­szą, trudno było jed­no­znacz­nie stwier­dzić. Grunt, że aby w przy­szło­ści unik­nąć po­dob­nych nie­przy­jem­no­ści, młod­szym sio­strom Teo­dory na wszelki wy­pa­dek za­bro­niono stu­dio­wa­nia, a ona sama od chwili za­ślu­bin trak­to­wana była przez bli­skich w spo­sób, który naj­ła­god­niej można by okre­ślić obo­jęt­nym, tak by nie za­in­fe­ko­wała fa­na­be­riami o mał­żeń­stwie z mi­ło­ści po­zo­sta­łych pa­nien w ro­dzi­nie. W prak­tyce kon­takty fa­mi­lijne ogra­ni­czono do kart świą­tecz­nych i za­wia­do­mień o chrzci­nach, ślu­bach i po­grze­bach. Do tych ostat­nich ni­gdy nie do­łą­czano za­pro­szeń na sto­sowne do oko­licz­no­ści uro­czy­sto­ści.

Ja­nina znała tę hi­sto­rię od dziecka, a mimo to nie wy­da­wało jej się, żeby matka kie­dy­kol­wiek ża­ło­wała swo­jej de­cy­zji. Na­wet je­śli od­czu­wała ja­ki­kol­wiek brak czy tę­sk­notę, po­tra­fiła sku­tecz­nie to ukry­wać. Naj­wy­raź­niej mi­łość męża i ży­cie, ja­kie wio­dła u jego boku, re­kom­pen­so­wały jej tę stratę i utwier­dzały w słusz­no­ści ob­ra­nej drogi.

Na­wet te­raz, gdy do­bie­gała do czter­dziestki, Teo­dora Kar­penko kwi­tła i przy­cią­gała mę­skie spoj­rze­nia tak samo jak Ma­ry­nia.

Jance zaś co­raz czę­ściej zda­wało się, że los z niej za­drwił, ob­da­rza­jąc ją urodą ojca. My­chajło Kar­penko był czło­wie­kiem roz­ma­itych cnót i za­let cha­rak­teru, ale nie na­le­żał do za­nadto uro­dzi­wych. Córka ko­chała go mocno, lecz mu­siała przy­znać, że przy­wo­dził na myśl bar­dziej pień drzewa, po­tęż­nego, mo­car­nego dębu, który osła­niał od wia­tru i desz­czu wiotką brzózkę, niż ele­ganc­kiego pana. Oj­ciec miał sze­roką pierś, gruby kark, mocną szczękę o za­ro­ście tak twar­dym, że ni­gdy nie dało się go usu­nąć do końca, a jego ra­miona z tru­dem mie­ściły się w ja­kim­kol­wiek pal­cie.

- "Wy­soki wzrost, Ukra­ińcy na­leżą do naj­wyż­szych w Eu­ro­pie i na Ziemi, i ogromny ob­wód klatki pier­sio­wej" - cy­to­wał, na­pi­na­jąc mię­śnie przed lu­strem tak, że szwy ko­szuli groź­nie trzesz­czały. - "Być może naj­więk­szy w Eu­ro­pie, jed­no­cze­śnie szczu­płość i zwin­ność czy­nią Ukra­iń­ców bar­dzo przy­dat­nymi do wszyst­kich prac fi­zycz­nych".

To po­wie­dziaw­szy, My­chajło zwy­kle brał Teo­dorę w ra­miona i nic so­bie nie ro­biąc z obec­no­ści dzieci i służby, za­sy­py­wał ją po­ca­łun­kami. Matka stro­iła sro­gie miny, ale w ką­ci­kach jej ust drgał uśmiech, a oczy błysz­czały jak świeżo wy­po­le­ro­wane sre­bro.

- Tak? - py­tała ko­kie­te­ryj­nie. - A czy twój imien­nik Hru­szew­skij nie twier­dził przy­pad­kiem, że Ukra­ińcy są bar­dzo wy­socy i bar­dzo brudni?

- Twier­dził, twier­dził - zga­dzał się, jak za­wsze zresztą, My­chajło, mu­ska­jąc ustami gład­kie czoło żony. - Tyle że on mó­wił o cza­sach sta­ro­żyt­nych, gdy po tej ziemi stą­pali głów­nie "krą­gło­głowi Sło­wia­nie" i nie znano my­dła.

Zwy­kle po tych sło­wach Teo­dora prze­sta­wała sta­wiać opór we­so­ło­ści i śmiała się cał­kiem otwar­cie, gdy mąż dra­pał ją za­ro­stem, wtu­la­jąc się w jej szyję.

- Ale Rud­nyć­kiego, choćby w żar­tach, wstyd cy­to­wać - przy­po­mi­nała Dora, gdy wresz­cie sta­wiał ją z po­wro­tem na pod­łogę, ostroż­nie, jakby była ze szkła. - Lu­dzie to lu­dzie i ża­den na­ród, choćby i bar­dzo chciał, nie jest wy­bra­nym. Z tych wszyst­kich na­cjo­na­li­zmów nic do­brego nie wy­nik­nie, wspo­mnisz moje słowa.

My­chajło po­waż­niał wów­czas i ki­wał głową w za­my­śle­niu. Ile­kroć Janka wi­działa go ta­kim, miała wra­że­nie, jakby na jedną chwilę kur­czył się i za­pa­dał w so­bie. Wkrótce jed­nak od­zy­ski­wał po­godę du­cha i za­raz za­po­mi­nał o zmar­twie­niu, bo taka już była jego na­tura. Nie po­tra­fił zbyt długo się tro­skać.

O ile jego wy­gląd w pierw­szej chwili bu­dził w nowo po­zna­nych oso­bach oczy­wi­ste uprze­dze­nia, o tyle owo po­godne uspo­so­bie­nie spra­wiało, że szybko zjed­ny­wał so­bie lu­dzi. Wy­star­czyło za­le­d­wie kilka chwil roz­mowy z Kar­penką, by po­jąć, że ma się do czy­nie­nia z czło­wie­kiem wy­jąt­kowo by­strym, uczo­nym i pra­wym.

Oj­ciec Janki po­cho­dził z nie­wiel­kiej wo­łyń­skiej wsi. Jego oj­ciec miał sporo mórg ziemi, z któ­rych część stra­cił, gdy w ich oko­licy po­ja­wili się pol­scy osad­nicy woj­skowi. My­chajło znał jed­nak tę część hi­sto­rii ro­dzin­nej je­dy­nie z opo­wie­ści, już bo­wiem jako dziecko więk­szy prze­ja­wiał po­ciąg do ksią­żek niż do go­spo­da­rze­nia. Ku roz­pa­czy ro­dzi­ców i pop, i ko­lejni na­uczy­ciele twier­dzili, że chło­pak jest wy­jąt­kowo by­stry i szkoda by go było zmar­no­wać. Oj­ciec My­chajła za­ka­sał więc rę­kawy, sprze­dał kilka sztuk by­dła i dwie morgi ziemi i po­słał syna na na­ukę. Lu­dzie czę­sto py­tali go, czemu młody Kar­penko wy­biera się tak da­leko, czemu nie po­je­dzie stu­dio­wać do Lwowa czy Ki­jowa, ale on mru­czał tylko coś nie­wy­raź­nie pod no­sem, bo jak miałby się przy­znać są­sia­dom, że jego dzie­ciak tak się na ten Kra­ków uparł, że ni­jak nie szło mu tego wy­bić z głowy?

Naj­pierw jed­nak go nie przy­jęto i ku ra­do­ści ro­dzi­ców roz­po­czął stu­dia w Ki­jo­wie. Tam wła­śnie po­znał Hen­ryka Jó­zew­skiego. Jó­zew­ski stu­dio­wał na wy­dziale fi­zyczno-ma­te­ma­tycz­nym, ale nie prze­szka­dzało to im obu spę­dzać ca­łych po­po­łu­dni na dys­pu­tach po­li­tycz­nych i wi­zjach two­rze­nia no­wego świata, w czym, jak się szybko oka­zało, byli bar­dzo zgodni.

- Od za­wsze ży­łem w roz­dwo­jo­nej rze­czy­wi­sto­ści. W domu była Pol­ska, a za pro­giem inny świat - ma­wiał Jó­zew­ski. - Ki­jów był ofi­cjal­nie Ro­sją, choć miesz­kali w nim pra­wie sami Ukra­ińcy. Wiem jedno: da się lu­dzi po­go­dzić, choć kosz­tuje to wiele.

Kar­penko za­chły­snął się zna­jo­mo­ścią z no­wym ko­legą do tego stop­nia, że z umiar­ko­wa­nym en­tu­zja­zmem przy­jął wieść o tym, że sam zo­stał przy­jęty na stu­dia w wy­ma­rzo­nym Kra­ko­wie. Po­je­chał jed­nak, bo Jó­zew­ski za­po­wia­dał, że także się tam wkrótce wy­biera.

- Będę do­sko­na­lił sztukę ma­lar­ską u sa­mego mi­strza Mal­czew­skiego - ma­wiał.

Wojna jed­nak po­krzy­żo­wała te plany. Jó­zew­ski za­miast z wiel­kim sym­bo­li­stą za­czął współ­pracę z Wa­le­rym Sław­kiem i wkrótce stał się za­ufa­nym czło­wie­kiem Pił­sud­skiego, gdy szło o sprawy ukra­iń­skie.

Kar­penko zaś za­ko­chał się bez pa­mięci w pan­nie Teo­do­rze i prze­stał wi­dzieć świat poza nią.

Stu­dencka przy­jaźń po­zo­stała jed­nak żywa, spo­jona li­be­ral­nymi po­glą­dami, go­rącą nie­na­wi­ścią do bol­sze­wi­ków i wiarą w kwit­nącą wie­lo­na­ro­dową Rzecz­po­spo­litą. Kar­penko i Jó­zew­ski ko­re­spon­do­wali ze sobą re­gu­lar­nie, wy­mie­nia­jąc się cel­nymi spo­strze­że­niami na te­mat dy­na­micz­nie zmie­nia­ją­cego się świata.

W maju 1920 roku, gdy My­chajło że­nił się z Teo­dorą, Jó­zew­ski jako je­den z dwóch Po­la­ków zna­lazł się w rzą­dzie Ukra­iń­skiej Re­pu­bliki Lu­do­wej ata­mana Pe­tlury, gdzie zo­stał wi­ce­mi­ni­strem spraw we­wnętrz­nych.

Kiedy dzie­sięć lat póź­niej Jó­zew­skiemu za­pro­po­no­wano ob­ję­cie urzędu wo­je­wody, za­raz ścią­gnął do Łucka swego przy­ja­ciela, który przed uro­dzi­nami syna wró­cił do swego ro­dzin­nego ma­jątku na Wo­ły­niu, uczy­nił go swoim se­kre­ta­rzem i za­ufa­nym czło­wie­kiem. Mia­no­wa­nie Kar­penki, oby­wa­tela Pol­ski ukra­iń­skiego po­cho­dze­nia, na tak wy­so­kie sta­no­wi­sko w urzę­dzie wo­je­wódz­kim miało też wy­dźwięk sym­bo­liczny, bo choć kon­sty­tu­cja mar­cowa gwa­ran­to­wała wszyst­kim oby­wa­te­lom równe prawa, w rze­czy­wi­sto­ści Ukra­ińcy w za­sa­dzie nie obej­mo­wali wyż­szych po­sad urzęd­ni­czych.

Upór i zdol­ność do prze­ko­ny­wa­nia lu­dzi do swo­ich ra­cji na­le­żały do sze­ro­kiego wa­chla­rza cnót Kar­penki, więc w krót­kim cza­sie stał się nie tylko no­mi­nalną, ale i fak­tyczną prawą ręką wo­je­wody, który trak­to­wał go jak rów­nego so­bie.

Mimo to, na­wet gdyby Janka odzie­dzi­czyła po ojcu te do­bre ce­chy, wie­działa, że ni­jak jej się one nie przy­da­dzą. O ile nie­zbyt uro­dziwi męż­czyźni do­sta­wali od losu roz­liczne szanse na wy­ka­za­nie się cno­tami, o tyle dla brzyd­kich ko­biet nikt nie miał wy­ro­zu­mia­ło­ści.

- Do dia­bła z tym wszyst­kim! - za­klęła pod no­sem i aż pod­sko­czyła, gdy z dołu do­biegł ją głos matki.

- Janko, chodź prędko! - wo­łała Dora, po czym do­dała szep­tem: - Ska­ra­nie bo­skie z tym dziec­kiem.

Dziew­czyna wło­żyła cienki płaszcz i po­zba­wiony ozdób ka­pe­lu­sik. Wy­cho­dząc z po­koju, raz jesz­cze zer­k­nęła na swoje od­bi­cie. Ze­złosz­czona wy­sta­wiła ję­zyk do znie­na­wi­dzo­nego ob­razu w lu­strze.

Po chwili sie­działa już w po­wo­zie, który co nie­dziela roz­wo­ził ich do świą­tyń. Zgod­nie z obo­wią­zu­jącą na Wo­ły­niu tra­dy­cją ją i brata, jako dzieci mie­sza­nego mał­żeń­stwa, ochrzczono w dwóch róż­nych ob­rząd­kach. Semko był więc pra­wo­sławny jak oj­ciec, ona była ka­to­liczką jak matka, w ich domu nie przy­wią­zy­wano do tego zbyt­niej wagi. Ro­dzice nie byli spe­cjal­nie re­li­gijni, a całe to za­mie­sza­nie miało i tę do­brą stronę, że czę­sto go­ście ojca, nie­pewni, ja­kiego wy­zna­nia jest ro­dzina Kar­pen­ków, ku ucie­sze dzieci przy­sy­łali po­darki dla wszyst­kich na wszelki wy­pa­dek w oba święta chrze­ści­jań­skie. Na wo­łyń­skiej wsi ni­kogo to nie dzi­wiło, inni prze­cież też tak żyli, ale tu, w Łucku, wszystko było okrop­nie skom­pli­ko­wane i zło­żone. Janka nie zdo­ła­łaby zli­czyć, jak wiele razy py­tano ją o te dzi­waczne zwy­czaje ro­dziny.

Znów po­czuła ogromną tę­sk­notę za wsią, gdzie nikt nie mę­czył jej głu­pimi py­ta­niami wy­ma­ga­ją­cymi udzie­la­nia dłu­gich i za­wi­łych wy­ja­śnień. Tam byli po pro­stu jedną z oko­licz­nych ro­dzin. Gdyby nie ta okropna po­li­tyka i ten cały Jó­zew­ski, ni­gdy nie mu­sie­liby od je­sieni do wio­sny prze­no­sić się do mia­sta, mie­sią­cami tę­sk­nić za praw­dzi­wym do­mem, a ona nie cier­pia­łaby mąk z po­wodu Ma­ryni. Tak bar­dzo chciała znów zna­leźć się w ich bia­łym domku wśród pól, łąk, skryć się za ścianą lasu peł­nego drzew tak wy­so­kich, że po­dob­nych nie wi­działa ni­g­dzie in­dziej.

- Co tak wzdy­chasz? Chyba nie za­mie­rzasz ze­mdleć, co? - za­py­tał Semko kpią­cym to­nem, przy oka­zji wbi­ja­jąc jej pa­lec w bok.

- Ej! - pi­snęła, ale za­raz przy­brała nie­winny wy­raz twa­rzy, gdy sie­dzący na­prze­ciwko dzieci ro­dzice, do­tąd po­grą­żeni w roz­mo­wie, jed­no­cze­śnie wbili w nią za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nia.

- Ech, jak go­rąco! - wy­krztu­siła, te­atral­nie wa­chlu­jąc się połą płasz­cza.

Nie mo­gła prze­cież zdra­dzić brata. Wy­szłaby na skar­ży­pytę i piesz­czoszkę ro­dzi­ców, jak zwykł ją prze­zy­wać Semko, gdy mu się czymś na­ra­ziła. Ostat­nimi czasy sta­rała się, jak mo­gła, za­skar­bić so­bie jego względy, więc czę­sto przy­cho­dziło jej prze­ły­kać łzy i zno­sić zło­śli­wo­ści ze strony star­szego o dwa lata Se­mena. Janka li­czyła jed­nak, że dzięki temu na­dal bę­dzie ją cza­sem za­bie­rał na te roz­ma­ite wy­cieczki ze swo­imi zna­jo­mymi - a to po­wio­sło­wać nad rzekę, a to na kon­cert czy po­tań­cówkę. Ro­dzice za nic nie chcieli po­zwo­lić Jance wyjść z jej przy­ja­ciółmi, po­wta­rza­jąc, że "mło­dym pa­nien­kom nie przy­stoi" i tym po­dobne. Je­dyną szansą na odro­binę wol­no­ści było włó­cze­nie się z Sem­kiem. Oj­ciec bo­wiem zdo­łał prze­ko­nać matkę, że star­szy brat z pew­no­ścią do­brze się nią za­opie­kuje i nie po­zwoli na­ra­zić na żadne nie­bez­pie­czeń­stwo.

I tak było w rze­czy­wi­sto­ści. Tyle że Janka mu­siała pła­cić za to wy­soką cenę.

- Nie jest aż tak cie­pło. Wy­trzy­masz jesz­cze chwilę. Wy­pro­stuj plecy - upo­mniała ją matka, po czym skar­ciw­szy córkę peł­nym dez­apro­baty spoj­rze­niem, które mó­wiło: "do­brze wy­cho­wa­nym pa­nien­kom po­dobne wrza­ski nie przy­stoją", pod­jęła prze­rwaną roz­mowę z mę­żem.

Janka na­tych­miast spio­ru­no­wała brata wzro­kiem, a ten uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Trzeba było szyb­ciej od­po­wia­dać - szep­nął jej do ucha.

Janka z tru­dem po­wstrzy­mała się przed tym, żeby nie po­ka­zać mu ję­zyka. Wie­działa jed­nak, że wy­śmie­wałby ją przez ko­lejne dni za po­dobne dzie­cięce od­ru­chy.

Od­kąd Semko po­szedł do li­ceum, ich sto­sunki się po­gor­szyły. Brat zro­bił się na­gle taki do­ro­sły i ważny, jakby zjadł wszyst­kie ro­zumy i miał lat przy­naj­mniej ze dwa­dzie­ścia, a nie szes­na­ście. Od za­wsze za­dzie­rał nosa i lu­bo­wał się we wszyst­kich le­gen­dach o wiel­kich bo­ha­te­rach, któ­rzy zmie­niali świat. Naj­wy­raź­niej li­czył, że i jemu przy­pad­nie po­dobna rola.

- A może ty się za­ko­cha­łaś, co? - spy­tał znowu Se­men, szu­ka­jąc oka­zji do sprzeczki. Jemu naj­wy­raź­niej też dłu­żyła się po­dróż w kwiet­nio­wym za­du­chu.

Janka prze­wró­ciła oczami, miar­ku­jąc znie­cier­pli­wie­nie.

- W któ­rym? - cią­gnął nie­zra­żony Semko. - Prze­cież bratu mo­żesz po­wie­dzieć.

- Daj mi spo­kój.

- Uni­kasz od­po­wie­dzi, czyli coś ukry­wasz... - szy­dził da­lej. - Hmmm... sam zgadnę.

- Nie zgad­niesz, bo do­prawdy nie ma czego. - Janka usi­ło­wała nadać swemu gło­sowi obo­jętne brzmie­nie, ale czuła, jak jej szczęki za­ci­skają się co­raz moc­niej.

- To­masz? A może Wło­dek? Cze­kaj, albo ten z za­ró­żo­wio­nymi po­licz­kami, co to ska­cze przez płotki...

- Bro­nek - pod­po­wie­działa od­ru­chowo i za­raz po­ża­ło­wała.

- A za­tem Bro­nek o pur­pu­ro­wym ob­li­czu jest wy­bran­kiem two­jego serca.

- Prze­cież on się za­leca do Stefki - przy­po­mniała mu plotkę, która od dawna krą­żyła wśród mło­dzieży. Nie­któ­rzy twier­dzili na­wet, że Stefka i Bro­nek są już po sło­wie i że mają wziąć szybki ślub jesz­cze tego lata, żeby mo­gli ra­zem po­je­chać do Lwowa, gdzie Bro­nek za­mie­rzał wstą­pić na wy­dział le­kar­ski.

- Ra­cja, to nie Bro­nek - stwier­dził po­jed­naw­czo Semko.

- Prze­cież ci mó­wię, że nikt to, i ni­czego nie zgad­niesz, choć­byś wy­mie­nił uczniów wszyst­kich łuc­kich szkół.

- Uczniów, po­wia­dasz... A może to nie uczeń? Może tyś się za­ko­chała w na­uczy­cielu? - rzu­cił Semko, uśmie­cha­jąc się sze­roko. - Albo w pe­delu? Aż mi się zry­mo­wało! - Kla­snął z ucie­chy.

Janka po­czer­wie­niała na twa­rzy i rzu­ciła się na brata z pię­ściami.

- Na li­tość bo­ską, co tu się wy­pra­wia! - wy­krzyk­nęła matka. - Ja­nino, co ty ro­bisz, dziecko? Na­tych­miast puść brata!

Janka usłu­chała. Opa­dła na sie­dze­nie, dy­sząc ciężko.

- Co w cie­bie wstą­piło? - py­tała Teo­dora Kar­penko, po czym zwró­ciła się do syna: - Zno­wuś ją za­cze­piał?

Semko na­tych­miast przy­brał minę nie­wi­niątka.

- Gdzież­bym śmiał, ma­tuś! - skła­mał gładko. - Spró­bo­wa­łem roz­ma­wiać, jak brat z sio­strą, o ko­le­gów za­py­ta­łem, a ona wpa­dła w szał.

- Ty żmijo! - syk­nęła Janka i by­łaby znów ku zgor­sze­niu matki po­częła okła­dać brata, gdyby po­wóz nie przy­sta­nął przed cer­kwią Opieki Matki Bo­skiej.

- Chodźmy - rzu­cił oj­ciec, który nie zno­sił roz­strzy­gać sprze­czek mię­dzy dziećmi, i po­spiesz­nie uca­ło­waw­szy dłoń żony, wy­siadł z po­wozu.

Se­men po­słusz­nie po­dą­żył za nim. Wy­sia­da­jąc, zdą­żył jed­nak jesz­cze przy­dep­nąć pan­to­fe­lek sio­stry.

- Auć! - krzyk­nęła Janka.

Se­men bły­ska­wicz­nie ze­sko­czył ze stop­nia i za­trza­snął drzwiczki.

- Co w cie­bie wstą­piło? - po­wtó­rzyła py­ta­nie matka, gdy zo­stały same, a po­wóz wiózł je w kie­runku ka­te­dry Świę­tych Apo­sto­łów Pio­tra i Pawła.

- We mnie?! Prze­cież to Semko... - za­częła Janka, ale Teo­dora nie po­zwo­liła jej do­koń­czyć.

- Po­win­naś za­cząć za­cho­wy­wać się jak na­leży - cią­gnęła nie­zra­żona pani Kar­penko. - Nie je­steś już dziec­kiem.

Janka miała ochotę się ro­ze­śmiać, wy­ja­śnić matce, że cały po­ra­nek spę­dziła, pró­bu­jąc zna­leźć ja­kie­kol­wiek uza­sad­nie­nie dla tego stwier­dze­nia, i nie­stety nie zna­la­zła. Chciała też wy­tknąć jej, że po­wta­rza­nie wciąż tych sa­mych fraz na nic się nie zda. I tak prze­śla­do­wały ją w snach, a i za dnia na każ­dym kroku sły­szała w gło­wie upo­mnie­nia, by za­cho­wy­wać się jak na­leży. Cza­sem zda­wało jej się, że osza­leje od tych gło­sów!

Po­wstrzy­mała się jed­nak, nie chcąc po­gar­szać swo­jej i tak nie naj­lep­szej sy­tu­acji. Spu­ściła więc głowę i choć bu­zo­wała w niej złość, spró­bo­wała przy­jąć po­stawę po­kor­nego wi­no­wajcy.

- Je­śli chcesz po­je­chać ze mną do Kra­kowa... - za­częła Teo­dora Kar­penko, a Jankę na­tych­miast opu­ściła cała złość. Jej miej­sce za­jął nie­po­kój. Od kilku ty­go­dni nie my­ślała nie­mal o ni­czym in­nym niż rze­czony wy­jazd do daw­nej sto­licy Pol­ski, mia­sta, w któ­rym po­znali się jej ro­dzice.

Po praw­dzie to ta eks­kur­sja wła­śnie była pra­przy­czyną jej zmar­twień. Na wieść o wy­jeź­dzie bo­wiem panna Kar­penko uznała, że wy­cieczka bę­dzie do­sko­nałą oka­zją do za­war­cia cie­ka­wych zna­jo­mo­ści. Wia­domo nie od dziś, że let­nie mie­siące, po­zba­wione przy­krych obo­wiąz­ków szkol­nych, sprzy­jały uczu­ciom. Czter­na­sto­let­nia Janka, spra­gniona wiel­kiej, emo­cjo­nu­ją­cej przy­gody, po­sta­no­wiła, że wła­śnie w to lato za­ko­cha się, prze­żyje swoją pierw­szą mi­łość i dra­mat roz­łąki i wresz­cie bę­dzie miała o czym opo­wia­dać ko­le­żan­kom.

W Łucku nie miała co li­czyć na pło­mienny ro­mans. Wszy­scy znani jej chłopcy byli ko­le­gami Se­mena, więc ona była dla nich je­dy­nie młod­szą sio­strą ko­legi. Z za­słu­cha­nych od przy­ja­ció­łek opo­wie­ści wie­działa wpraw­dzie, że i z ta­kich oko­licz­no­ści mogą się zro­dzić wspa­niałe hi­sto­rie mi­ło­sne, ale ona po­trze­bo­wała mieć coś swo­jego, choćby ten je­den je­dyny wa­ka­cyjny flirt. Na samą myśl o kpi­nach Semka, o jego ko­men­ta­rzach i uszczy­pli­wo­ściach coś w jej wnę­trzu wrzało nie­bez­piecz­nie, nie chciała ka­lać tym swo­jej pierw­szej, a kto wie, może i tej je­dy­nej wiel­kiej mi­ło­ści my­ślami o bra­cie. Poza tym Semka lu­bili wszy­scy i jego barwna oso­bo­wość zwy­kle od­cią­gała od niej uwagę.

Drugą ka­te­go­rią chłop­ców, z któ­rymi miała do czy­nie­nia, byli sy­no­wie zna­jo­mych jej ro­dzi­ców, ale i z tej grupy nikt nie wy­da­wał jej się spe­cjal­nie in­te­re­su­jący.

Miała prze­czu­cie, że w Kra­ko­wie czeka na nią coś wy­jąt­ko­wego. Ucze­piła się tej my­śli i była ona je­dyną, która po­zwa­lała jej prze­trwać te ostat­nie ty­go­dnie szkoły.

- Chcę - wpa­dła matce w słowo. - Bar­dzo chcę.

- Za­tem mu­sisz się tro­chę po­sta­rać - od­parła pani Teo­dora. - Nasi krewni to lu­dzie o nie­na­gan­nych ma­nie­rach. Nie chcia­ła­bym, żeby do­szli do wnio­sku, że zdzi­cza­łaś na Wo­ły­niu.

- Tak, mamo - bąk­nęła Janka, nie bar­dzo wie­dząc, co in­nego mo­głaby po­wie­dzieć na to oświad­cze­nie.

Da­lej szły już w mil­cze­niu, córka o pół kroku za matką. Był to je­den z tych wio­sen­nych dni, gdy soki zda­wały się ży­wiej pły­nąć i w ro­śli­nach, i w lu­dziach. Na­wet tu, w mie­ście, wie­trzyk mu­ska­jący de­li­kat­nie młode listki drzew ro­sną­cych wzdłuż alei wio­dą­cej ku świą­tyni niósł po­wiew świe­żo­ści wszyst­kim stę­sk­nio­nym świa­tła i cie­pła. I Janka nie mo­gła po­zo­stać nie­czuła na ów wio­senny czar.

Jesz­cze wszystko się ułoży - po­my­ślała, na­peł­niona wio­sen­nym opty­mi­zmem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Pro­jekt okładki ANNA SLO­TORSZ / ART­NOVO.PL
Fo­to­gra­fie na okładce ? Ol­ga­Ko­t20/Adobe Stock ? Надя Ветрова/Adobe Stock ? Kir­sty Par­ge­ter/Adobe Stock ? tansy/Adobe Stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuALEK­SAN­DRA CHY­TROŃ-KO­CHA­NIEC
Re­dak­cjaSZTAM­BOOK - KA­RO­LINA BO­RO­WIEC-PIE­NIAK
Ko­rektaUR­SZULA WŁO­DAR­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Źró­dła mott: Anna Her­bich, Dziew­czyny z Wo­ły­nia. Praw­dziwe hi­sto­rie, Kra­ków 2018; Bog­dan de Bar­baro (w wy­wia­dzie z Agnieszką Ju­ce­wicz), Czło­wiek kar­miony wście­kło­ścią tą wście­kło­ścią zio­nie, "Duży For­mat" 7.11.2016, https://wy­bor­cza.pl/du­zy­for­mat/7,127290,20933319,prof-bog­dan-de-bar­baro-czlo­wiek-kar­miony-wscie­klo­scia-ta-wscie­klo­scia.html [on­line; do­stęp 28.04.2023]; Ka­ta­rzyna Boni, Gan­bare! Warsz­taty umie­ra­nia, Agora, War­szawa 2016.
Po­lish edi­tion ? Ma­ria Pa­szyń­ska, Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved
ISBN 978-83-271-6287-8
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl
.

Po­wieść in­spi­ro­wana praw­dzi­wymi wy­da­rze­niami