Hamlet - William Shakespeare

Kup ebooka

7.99 zł
6.87 zł (7,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

  

AKT PIERWSZY.  

  

SCENA I.  

Taras przed zamkiem.  

FRANCISKO na warcie, BERNARDO zbliża się ku niemu.  

  

Bernardo.   Kto tu?  

Francisko. Nie, pierwej ty sam mi odpowiedz: Stój, wymień hasło!  

Bernardo. Niech Bóg chroni króla.   

Francisko.   Bernardo?  

Bernardo. On sam.   

Francisko. Bardzo akuratnie Stawiacie się na czas, panie Bernardo.     

  

Bernardo.   Tylko co biła dwunasta.   Idź, spocznij, Francisko.   

  

Francisko.   Wdzięczen wam za zluzowanie, Bom zziąbł i głupio mi na sercu.   

Bernardo. Miałżeś Spokojną wartę?  

Francisko. Ani mysz nie przeszła.   

  

Bernardo.   Dobranoc.   Jeśli napotkasz Marcella  

I Horacego, z którymi tej nocy Straż mam odbywać, powiedz, niech się śpieszą.   

  

(Horacy i Marcellus wchodzą).

  

Francisko.   Zda mi się, że ich słyszę.   Stój! kto idzie?  

Marcellus.   Lennicy Danii.   

Horacy. Przyjaciele kraju.   

Francisko.   A zatem dobrej nocy.   

Marcellus. Bądź zdrów, stary. Kto cię zluzował?  

  

Francisko. Bernardo.   Dobranoc.   

  

(Odchodzi).

  

Marcellus.   Hola! Bernardo!  

  

Bernardo. Ho! czy to Horacy Z tobą, Marcellu?  

Horacy. Niby on.   

Bernardo. Witajcie.   

Horacy.   I cóż? Czy owa postać i tej nocy Dała się widzieć?  

Bernardo. Ja nic nie widziałem.   

  

Marcellus.   Horacy mówi, że to przywidzenie, I nie chce wierzyć wieści o tem strasznem, Dwa razy przez nas widzianem zjawisku; Uprosiłem go przeto, aby z nami Przepędził część tej nocy dla sprawdzenia   

Świadectwa naszych oczu i zbadania Tego widziadła, jeżeli znów przyjdzie.   

  

Horacy.   Nic z tego; ręczę, że nie przyjdzie.   

  

Bernardo. Usiądź, I ścierp, że jeszcze raz zaszturmujemy Do twego ucha, które tak jest mocno   

Obwarowane przeciw opisowi Tego, czegośmy przez dwie noce byli Świadkami.   

  

Horacy.   Dobrze, usiądźmy; Bernardo, Opowiedz, jak to było.   

  

Bernardo. Przeszłej nocy, Gdy owa jasna gwiazda na zachodzie   

Tę samą stronę oświecała, Gdzie teraz błyszczy, i zamkowy zegar Bił pierwszą, Marcel i ja ujrzeliśmy -  

  

Marcellus.   Przestań; spojrzyjcie tam: nadchodzi znowu.   

  

(Duch się ukazuje).

  

Bernardo.   Zupełnie postać nieboszczyka króla.     

  

Marcellus.   Horacy, przemów do niego, boś uczony.   

  

Bernardo.   Możeż być większe podobieństwo? powiedz.   

Horacy.   Prawda: - słupieję z trwogi i zdumienia.   

Bernardo.   Zdawałoby się, że chce, aby który  

Z nas go zagadnął.   

Marcellus. Przemów-no, Horacy.     

  

Horacy.   Ktoś ty, co nocnej pory nadużywasz I śmiesz przywłaszczać sobie tę wspaniałą Wojenną postać, którą pogrzebiony Duński monarcha za życia przybierał? Zaklinam cię na Boga: odpowiadaj.   

  

Marcellus.   To mu się nie podoba.     

  

Bernardo. Patrz, odchodzi.   

  

Horacy.   Stój! mów; zaklinam cię: mów.   

  

(Duch znika).

  

Marcellus. Już go nie ma.   

Bernardo.   I cóż, Horacy? Pobladłeś, drżysz cały. Powiesz-że jeszcze, że to urojenie? Cóż myślisz o tem?  

  

Horacy. Bóg świadkiem, że nigdy   

Nie byłbym temu wierzył, gdyby nie to Tak jawne, dotykalne poświadczenie Własnych mych oczu.   

  

Marcellus. Nie jestże to widmo Podobnem, powiedz, do zmarłego króla?  

  

Horacy.   Jak ty do siebie.   Taką właśnie zbroję   

Miał wtedy, kiedy Norwegczyka pobił: Tak samo, pomnę, marszczył czoło wtedy, Kiedy po bitwie zaciętej na lodach, Rozbił tabory Polaków.   Rzecz dziwna!  

Marcellus.   Takto, dwa razy, punkt o tejże samej   

Godzinie przeszło marsowymi kroki To widmo mimo naszych posterunków.   

Horacy.   Coby to w gruncie mogło znaczyć, nie wiem; Atoli wedle kalibru i skali Mojego sądu, jest to prognostykiem   

Jakichś szczególnych wstrząśnień w naszym kraju.   

Marcellus.   Siądźcie, i niech mi powie, kto świadomy, Na co te ciągłe i tak ścisłe warty Poddanych kraju noc w noc niepokoją? Na co to lanie dział i skupywanie,   

Po obcych targach, narzędzi wojennych? Ten ruch w warsztatach okrętowych, kędy Trud robotnika nie zna odróżnienia Między niedzielą a resztą tygodnia? Co powoduje ten gwałtowny pośpiech,   

Dający dniowi noc za towarzyszkę? Objaśniż mi to kto?  

Horacy. Ja ci objaśnię. Przynajmniej wieści chodzą w taki.........................

SCENA III.  

Pokój w domu Poloniusza.  

LAERTES i OFELIA.   

  

Laertes.   Już rzeczy moje zniesione na pokład; Bądź zdrowa, siostro; a gdy wiatr przyjaźnie Zadmie od brzegu i który z okrętów Zdejmie kotwicę, nie zasypiaj wtedy, Lecz donoś mi o sobie.   

  

Ofelia. Wątpisz o tem?  

Laertes.   Co się zaś tyczy Hamleta i pustych Jego zalotów, uważaj je jako Mamiący pozór, wynikłość krwi wrzącej; Jako fijołek młodocianej wiosny,  

Wczesny, lecz wątły, luby, lecz nie trwały; Woń, kilka tylko chwil upajającą; Nic więcej.   

  

Ofelia. Więcej nic?  

  

Laertes. Nie myśl inaczej. Natura ludzka, kiedy się rozwija, Nietylko rośnie co do form zewnętrznych;  

Jako w wznoszącej się świątyni, służba Duszy i ducha zwiększa się w niej także. Być może, iż on ciebie teraz kocha, Że czystość jego chęci jest bez plamy; Ale zważywszy jego stopień, pomnij,  

Że jego wola nie jest jego własną. On sam jest rodu swego niewolnikiem; Nie może, jako podrzędni, wybierać.................................................

SCENA II.  

Sala audiencjonalna w zamku.  

KRÓL, KRÓLOWA, HAMLET, POLONIUSZ, LAERTES, WOLTYMAND, KORNELIUSZ, Panowie i Orszak.   

Król.   Jakkolwiek świeżo tkwi w naszej pamięci Zgon kochanego, drogiego naszego Brata Hamleta; jakkolwiekby przeto Sercu naszemu godziło się w ciężkim  

Żalu pogrążyć, a całemu państwu Zawrzeć się w jeden fałd kiru: o tyle Jednak rozwaga czyni gwałt naturze, Że pomnąc o nim, nie zapominamy O sobie samych.   Dlatego, - zatrutą,   

Że tak powiemy, od smutku radością, Z pogodą w jednem a łzą w drugiem oku, Z bukietem w ręku a jękiem na ustach, Na równi ważąc wesele i boleść, - Połączyliśmy się małżeńskim węzłem   

Z tą niegdyś siostrą naszą a następnie Dziedziczką tego wojennego państwa. Co wszakże czyniąc, nie postąpiliśmy Wbrew światlejszemu waszemu uznaniu, Które swobodnie objawione dało   

Temu krokowi sankcyę.   Dzięki za to. A teraz wiedzcie, że młody Fortynbras, Czyli to naszą lekceważąc wartość, Czyli to sądząc, że śmiercią drogiego Brata naszego w królestwie tem znajdzie   

Nieład i bezrząd, na tem jedynie Budując płonną nadzieję korzyści, Nie zaniedbuje naglić nas przez posłów O zwrot tych krain, które prawomocnie, Za sprawą świętej pamięci Hamleta,   

Brata naszego, z rąk jego rodzica Przeszły na własność Danii.   Tyle o nim. Terazże o nas i o celu, w jakim Tu się zeszliśmy.   Wzywamy tem pismem Stryja młodego Fortynbrasa, dzisiaj   

Króla Norwegii, - który z sił opadły, Obłożnie chory, może i nie słyszał O tych zabiegach swojego synowca, - Aby powstrzymał go od popierania Tych roszczeń; aby mu wzbronił zbierania  

Wojsk i czynienia wszelkich nieprzyjaznych Nam demonstracyj.   - Wam zaś, Korneliuszu I Woltymandzie, poruczamy zanieść To pismo, łącznie z pozdrowieniem naszem Władcy Norwegii, nie upoważniając   

Was do wchodzenia z nim w nic więcej nad to, Co treść powyższych słów naszych zakreśla. Bywajcie nam więc zdrowi i niech pośpiech Chwali gorliwość waszą.  

  

Korneliusz i Woltymand.   Jak we wszystkiem, Tak i w tem starać się będziem jej dowieść.   

  

Król.   Nie wątpię o tem.   Bywajcież nam zdrowi.   

  

(Korneliusz i Woltymand wychodzą).

  

Miałeś nas o coś prosić, Laertesie? Jakiż jest przedmiot tej prośby? Mów śmiało. Nie traci próżno słów, kto się udaje Z słusznem żądaniem do monarchy Danii.     

Czegożbyś pragnął, czegobym nie gotów Spełnić wprzód jeszcze, niżeliś zapragnął? Głowa nie bliżej jest pokrewną sercu, Ręka nie skorszą ku przysłudze ustom, Jak tron nasz ojcu twemu, Laertesie. Czegoż więc żądasz?  

  

Laertes. Pozwolenia Waszej Królewskiej Mości na powrót do Francyi, Skąd chętnie wprawdzie tu przybyłem, aby Złożyć powinny hołd przy koronacyi Waszej Królewskiej Mości; ale teraz,   

Gdym już dopełnił tego obowiązku, Życzenia moje i myśli, wyznaję, Ciągną mię znowu do Francyi; ku czemu O przychylenie się i przebaczenie Kornie śmiem Waszą Królewską Mość błagać.   

  

Król.   Cóż na to ojciec waszmości? Przystajeż Na to Poloniusz?  

Poloniusz. Usilną wciąż prośbą Póty kołatał do mojego serca, Ażem do życzeń jego mimochętnie Przyłożył pieczęć zezwolenia.   Racz mu   

Wasza Królewska Mość nie bronić jechać.   

  

Król.   Jedź więc, rozrządzaj według woli czasem I łaską naszą. Do ciebie się teraz Zwracam, kochany synowcze Hamlecie, Synu mój.   

Hamlet (na stronie).   Trochę więcej niż synowcze, A mniej niż synu.   

    

Król. Jakiż tego powód, Że czarne chmury wciąż cię otaczają?  

  

Hamlet.   I owszem, Panie, jestem wystawiony Bardzo na słońce.   

  

Królowa. Kochany Hamlecie, Zrzuć tę ponurą barwę i przyjaźnie   

Wypogodzonem okiem spojrz na Danię; Przestań powieki ustawicznie spuszczać........................

Życiorys Szekspira. 

  

O życiu najznakomitszego nowożytnego dramatopisarza niewiele wiarogodnych dochowało się wiadomości, tak że jego biografia nie ma prawie żadnego znaczenia przy objaśnianiu jego dzieł twórczych; poprzestać więc trzeba na zarysie jak najzwięźlejszym.

William Szekspir (Shakspeare, Shakespeare, Shakspere) urodził się r. 1564 w miasteczku Stratford nad Avonem, w hrabstwie Warwick. Ojciec jego Jan (John), szczycący się herbem szlacheckim, żonaty był z Maryą Arden, córką tamecznego ziemianina; ukształcenia nie posiadał, bo nawet pisać nie umiał, a zajmował się prócz rolnictwa handlem różnorodnym i cieszył się wśród współmieszkańców uznaniem, gdyż go powoływano do sprawowania urzędów miejskich. Zamożność jego atoli, początkowo znaczna, z biegiem czasu malała, a że miał ośmioro dzieci, wychowanie ich przedstawiało dużo trudności.

William uczęszczał do szkoły miejscowej (Free Grammar School), skąd wyniósł prócz innych elementarnych nauk pewną znajomość łaciny; około r. 1578, z powodu nadwątlenia majątku, musiał szkołę opuścić i dopomagać ojcu w jego zajęciach kupieckich, wśród których miał sposobność poznania ludzi ze strony zapewne nienajlepszej, a przytem stykać się musiał nieraz z adwokatami i sądami. Folgował jednak krewkiej młodości i szukał wesołego towarzystwa. Zacząwszy ledwie rok dziewiętnasty, ożenił się ze starszą od siebie o lat osiem Anną Hathaway, córką niezamożnego drobnego szlachcica (yeoman). Niejednokrotnie później w dziełach swoich potępiał takie przedwczesne i nierozważne śluby. Z czego się utrzymywało to małżeństwo, nie wiadomo, bo że ojciec nie mógł mu dopomagać, to pewna, gdyż jego interesa z każdym rokiem się pogorszały. Musiał się tedy William obejrzeć za jakimś zarobkiem. W Stratfordzie wędrowni aktorzy dawali nieraz przedstawienia. Młodzieniec poczuł może w sobie zdolności w tym kierunku i z jedną z takich trup podążył około r. 1586 do Londynu, by tam szukać chleba dla żony i trojga dzieci, które pozostawił w miasteczku rodzinnem. Czy w Londynie trzymał zrazu konie paniczów przyjeżdżających do teatru, czy był wywoływaczem aktorów na scenę, jak to rozpowszechnione anegdoty opowiadają, niepodobna twierdzić napewno; ale to nie ulega wątpliwości, że w bardzo krótkim przeciągu czasu zwrócił na siebie uwagę nie tylko jako aktor w trupie lorda podkomorzego, grywającej w teatrze Black friars, ale także jako poeta i dramatopisarz tak dalece, że obudził zawiść i oburzenie w jednym ze współzawodników.

Czasy panowania królowej Elżbiety były okresem wspaniałego rozkwitu literatury angielskiej, a szczególniej poezyi. Po strasznych wojnach między Białą i Czerwoną Różą w XV-ym wieku, po okropnych scenach fanatyzmu religijnego za Henryka VIII i Maryi Tudor, nastała chwila spokoju, dobrobytu i potęgi państwowej. Oświata rozszerzała się, zapał do nauk wzrastał, twórczość z całą potęgą sił młodzieńczych rozsadzała dusze. Z haseł Odrodzenia sztuk i nauk ("renesansu") przyjęto jedno tylko: żyć pełnią życia. Inne, jako to: dążenie do harmonii, do pięknych kształtów, do prawidłowej budowy utworów, nie przemawiały do umysłów, z natury namiętnych, gwałtownych, niepohamowanych, pragnących całą swą istność, pełną sprzeczności, wyrazić za pośrednictwem dzieł sztuki, a przedewszystkiem zapomocą poezyi.

Czytano utwory greckie, łacińskie, włoskie i hiszpańskie, ale ich ściśle nie naśladowano; zachowywanie klasycznych prawideł w kompozycyi, zwłaszcza dramatycznej, nie mogło się pogodzić z tą swobodą, do jakiej przywyknięto w ulubionych misteryach średniowiecznych i dyalogach moralizujących, gdzie mieszanina scen poważnych i śmiesznych, realnych i fantastycznych, łączyła się z zupełną dowolnością przenoszenia akcyi z miejsca na miejsce i rozciągania czasu jej wedle upodobania, czy wedle potrzeby wątku obranego ku zdramatyzowaniu. Nie o foremną kompozycyę chodziło autorom angielskim, ale o całkowite wypowiedzenie się ze swemi myślami, uczuciami, namiętnościami, popędami. Lubowali się w przepaścistych kontrastach, mających grunt swój w pierwotnej naturze narodu: obok krwawych, straszliwych objawów samolubstwa, żądzy panowania, nienawiści, zemsty - najtkliwsze uczucia poświęcenia, zupełnej ofiarności, bezwarunkowego poddania się; obok rozuzdanych na wszelkie nieprawości przykładów rozpusty - idealne, czyste dążenia do udoskonalenia; obok trywialnych, aż obrzydliwych w płaskości swojej konceptów - najwznioślejsze wzloty fantazyi; obok realnego pojmowania stosunków codziennych - najdziwaczniejsze, najnieprawdopodobniejsze pomysły: obok zachwalania rozkoszy ziemskich - posępne rozmyślanie nad nicością życia: wszystko to razem pomieszane, bez perspektywicznego układu, znajduje się w utworach owoczesnych pisarzy, tak samo jak w życiu.

Anglicy lubowali się w widowiskach; przy końcu XVI wieku w Londynie istniało 8 teatrów; dramatopisarzów było mnóstwo; wielu z pomiędzy nich poszło w zupełne zapomnienie; innych dzieła, nie drukowane, przepadły wraz z chwilą przedstawienia; ale zachowało się jeszcze dosyć, by okazać, iż Szekspir miał dużo i to utalentowanych poprzedników. Jan Lilly, Tomasz Kyd, Robert Greene, Jerzy Peele, Tomasz Nash, Tomasz Lodge byli w ostatniej ćwierci XVI stulecia bardzo znani; sztuki ich cieszyły się wielkiem powodzeniem; nad wszystkich atoli talentem wzniósł się Krzysztof Marlowe, autor "Fausta" i mnóstwa innych dramatów, podziwianych ze względu na bogactwo wyobraźni i na umiejętność tworzenia charakterów, dyszących życiem. Większa część tych pisarzów ubiegała się także o sławę aktorską i pozyskiwała ją, chociaż bynajmniej przez to jakiejś czci trwałej nie nabywała. Oklaskiwano aktorów, lecz nimi pogardzano; to też żyli oni zazwyczaj po cygańsku, włócząc się po szynkowniach i marniejąc przedwcześnie.

Jeden z nich, Robert Greene, umierając w 33-im roku życia, w ostatniej swej pracy napadł gwałtownie na młodszego od siebie tylko o lat cztery, lecz w zawodzie dramatycznym dopiero początkującego Szekspira, zwracając się do przyjaciół i zaklinając ich, by nadal unikali stosunków z teatrem i aktorami: "Jak ja, któremu......................