Hamlet - William Shakespeare

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena 2

Sala audyencyonalna w zamku.

KRÓL, KRÓLOWA, HAMLET, POLONIUSZ, LAERTES, WOLTYMAND, KORNELIUSZ, Panowie i Orszak.

Król. Jakkolwiek świeżo tkwi w naszej pamięci Zgon kochanego, drogiego naszego Brata Hamleta; jakkolwiekby przeto Sercu naszemu godziło się w ciężkim

Żalu pogrążyć, a całemu państwu Zawrzeć się w jeden fałd kiru: o tyle Jednak rozwaga czyni gwałt naturze, Że pomnąc o nim, nie zapominamy O sobie samych. Dlatego, - zatrutą,

Że tak powiemy, od smutku radością, Z pogodą w jednem a łzą w drugiem oku, Z bukietem w ręku a jękiem na ustach, Na równi ważąc wesele i boleść, - Połączyliśmy się małżeńskim węzłem

Z tą niegdyś siostrą naszą a następnie Dziedziczką tego wojennego państwa. Co wszakże czyniąc, nie postąpiliśmy Wbrew światlejszemu waszemu uznaniu, Które swobodnie objawione dało

Temu krokowi sankcyę. Dzięki za to.

A teraz wiedzcie, że młody Fortynbras, Czyli to naszą lekceważąc wartość, Czyli to sądząc, że śmiercią drogiego Brata naszego w królestwie tem znajdzie

Nieład i bezrząd, na tem jedynie Budując płonną nadzieję korzyści, Nie zaniedbuje naglić nas przez posłów O zwrot tych krain, które prawomocnie, Za sprawą świętej pamięci Hamleta,

Brata naszego, z rąk jego rodzica Przeszły na własność Danii. Tyle o nim.

Terazże o nas i o celu, w jakim Tu się zeszliśmy. Wzywamy tem pismem Stryja młodego Fortynbrasa, dzisiaj

Króla Norwegii, - który z sił opadły, Obłożnie chory, może i nie słyszał O tych zabiegach swojego synowca, - Aby powstrzymał go od popierania Tych roszczeń; aby mu wzbronił zbierania

Wojsk i czynienia wszelkich nieprzyjaznych Nam demonstracyj. - Wam zaś, Korneliuszu I Woltymandzie, poruczamy zanieść To pismo, łącznie z pozdrowieniem naszem Władcy Norwegii, nie upoważniając

Was do wchodzenia z nim w nic więcej nad to, Co treść powyższych słów naszych zakreśla. Bywajcie nam więc zdrowi i niech pośpiech Chwali gorliwość waszą.

Korneliusz i Woltymand. Jak we wszystkiem, Tak i w tem starać się będziem jej dowieść.

Król. Nie wątpię o tem. Bywajcież nam zdrowi.

( Korneliusz i Woltymand wychodzą).

Miałeś nas o coś prosić, Laertesie? Jakiż jest przedmiot tej prośby? Mów śmiało. Nie traci próżno słów, kto się udaje Z słusznem żądaniem do monarchy Danii.

Czegożbyś pragnął, czegobym nie gotów Spełnić wprzód jeszcze, niżeliś zapragnął? Głowa nie bliżej jest pokrewną sercu, Ręka nie skorszą ku przysłudze ustom, Jak tron nasz ojcu twemu, Laertesie. Czegoż więc żądasz?

Laertes. Pozwolenia Waszej Królewskiej Mości na powrót do Francyi, Skąd chętnie wprawdzie tu przybyłem, aby Złożyć powinny hołd przy koronacyi Waszej Królewskiej Mości; ale teraz,

Gdym już dopełnił tego obowiązku, Życzenia moje i myśli, wyznaję, Ciągną mię znowu do Francyi; ku czemu O przychylenie się i przebaczenie Kornie śmiem Waszą Królewską Mość błagać.

Król. Cóż na to ojciec waszmości? Przystajeż Na to Poloniusz? Poloniusz. Usilną wciąż prośbą Póty kołatał do mojego serca, Ażem do życzeń jego mimochętnie Przyłożył pieczęć zezwolenia. Racz mu

Wasza Królewska Mość nie bronić jechać.

Król. Jedź więc, rozrządzaj według woli czasem I łaską naszą. Do ciebie się teraz Zwracam, kochany synowcze Hamlecie, Synu mój. Hamlet ( na stronie). Trochę więcej niż synowcze, A mniej niż synu.

Król. Jakiż tego powód, Że czarne chmury wciąż cię otaczają?

Hamlet. I owszem, Panie, jestem wystawiony Bardzo na słońce.

Królowa. Kochany Hamlecie, Zrzuć tę ponurą barwę i przyjaźnie

Wypogodzonem okiem spojrz na Danię; Przestań powieki ustawicznie spuszczać W ziemię, o drogim ojcu rozmyślając. Co żyje, musi umrzeć; dziś tu gości, A jutro w progi przechodzi wieczności: To pospolita rzecz.

Hamlet. W istocie, Pani, Zbyt pospolita.

Królowa. Gdy wszystkim jest wspólną, Czemuż się tobie zdaje tak szczególną?

Hamlet. Zdaje się, Pani? bynajmniej, jest raczej; U mnie nic żadne zdaje się nie znaczy,

Niczem sam przez się ten oczom widzialny Czarnej żałoby strój konwencyonalny; Wietrzne, z trudnością wydawane tchnienie, Obficie z oczu ciekące strumienie, Żałość na widok stawiana obliczem,

Miną, gestami; to wszystko jest niczem; To tylko zdaje się, bo potajemnie Można być obcym temu; ale we mnie Jest coś, co w ramę oznak się nie mieści, W tę larwę żalu, liberyę boleści.

Król. Zaletę-ć czyni, Hamlecie, ten smutek, Którym oddajesz cześć pamięci ojca; Lecz wiedz, że ojciec twój miał także ojca I że go także utracił tak samo, Jak tamten swego. Dobry syn powinien

Jakiś czas boleć po śmierci rodzica; Lecz uporczywie trwać w utyskiwaniach Jest to dowodzić bezbożnej czułości, Sprzeciwiającej się wyrokom niebios; Jest to niemęskie okazywać serce,

Niesforny umysł i płochą rozwagę. Bo skoro wiemy, że coś jest zwyczajnem, Jak każda inna rzecz najpowszedniejsza, Na cóż, stawiając opór konieczności, Brać to do serca? Wstydź się, jest to grzechem

Przeciw naturze, przeciw niebu, przeciw Zmarłemu nawet; jest to naostatek Wbrew rozumowi, który od skonania Pierwszego z ludzi aż do śmierci tego, Którego świeżą opłakujem stratę,

Ciągle i ciągle woła: tak być musi! Rzuć więc, prosimy cię, te płonne żale, I pomnij, że masz w nas drugiego ojca. Niechaj się dowie świat, żeś ty najbliższym Naszego tronu i naszego serca.

Co się zaś tyczy twojego zamiaru Wrócenia nazad do szkół wittemberskich, Jest on życzeniom naszym wręcz przeciwny: Przetoż wzywamy cię, abyś się zgodził Na pozostanie tu pod czułą pieczą

Naszego oka, jako nasz najmilszy Dworzanin, krewny i syn.

Królowa. O, Hamlecie, Nie daj się matce prosić nadaremnie; Pozostań z nami, porzuć myśl jechania Do Wittembergi. Hamlet. Ze wszystkich sił moich Będę-ć posłusznym, Pani.

Król. To mi piękna, Co się nazywa, synowska odpowiedź! Pójdź, ukochana żono, ta uprzejma, Nieprzymuszona powolność Hamleta Rozpromieniła mi serce; dlatego

Każdy wzniesiony dziś na zamku toast Moździerze wzbiją w obłoki, i niebo, Wtórząc radosnym królewskim wiwatom, Odpowie ziemi równym grzmotem. Idźmy.

(Król, Królowa i wszyscy, prócz Hamleta, wychodzą).

Hamlet. Bogdaj to trwałe, zbyt wytrwałe ciało

Stopniało, w lotną parę się rozwiało! Lub bogdaj sam Przedwieczny nie był karą Zagroził samobójcy! Boże! Boże! Jak nudnym, nędznym, lichym i jałowym Zda mi się cały obrót tego świata!

To niepielony ogród, samym tylko Bujnie krzewiącym się chwastem porosły. O, wstydzie! że też mogło przyjść do tego! Parę miesięcy dopiero, jak umarł! - Nie, nie, i tego niema: - taki dobry,

Taki anielski król, naprzeciw tego Istny Hiperyon naprzeciw Satyra! A tak do matki mojej przywiązany, Że nie mógł ścierpieć nawet, aby lada Przyostry powiew dotknął się jej twarzy.

Ona zaś - trzebaż, abym to pamiętał! - Wieszała mu się u szyi tak chciwie, Jakby w niej rosła żądza pieszczot w miarę Zaspokajania jej. I w miesiąc potem, - O, precz z tą myślą! - Słabości! nazwisko

Twoje: kobieta. - W jeden marny miesiąc, Nim jeszcze zdarła te trzewiki, w których Szła za biednego mego ojca ciałem, Zalana łzami jako Niobe, - patrzcie! - Boże mój! zwierzę, bezrozumne zwierzę

Dłużejby czuło żal, - zostaje żoną Mojego stryja, brata mego ojca, Lecz który tak jest do brata podobny, Jak ja do Herkulesa. W jeden miesiąc, - Nim jeszcze słony osad łez nieszczerych

Z zaczerwienionych powiek jej ustąpił, - Została żoną innego! Tak prędko, Tak lekko skoczyć w kazirodne łoże! Nie jest to dobrem, ani wyjść nie może Na dobre. Ale pękaj, serce moje,

Bo usta milczeć muszą.

(Horacy, Bernardo i Marcellus wchodzą).

Horacy. Przyjm pozdrowienie nasze, drogi Książę. Hamlet. Miło mi widzieć panów w dobrem zdrowiu. - Wszak to Horacy! albo zapomniałem, Jak się sam zowię. Horacy. Ten sam i jak zawsze

Królewiczowskiej Mości biedny sługa. Hamlet. Dobry przyjaciel raczej; weź to miano, A mnie daj tamto. Cóż cię z Wittembergi Sprowadza? - Wszak to Marcellus?

Marcellus. Tak, Panie.

Hamlet. Bardzom rad widzieć Pana. Dobry wieczór. Ale na seryo, powiedz mi, Horacy, Co cię przywiodło z Wittembergi?

Horacy. Skłonność Do próżniackiego życia, Mości Książę.

Hamlet. Tego-by nie śmiał mi powiedzieć nawet Twój nieprzyjaciel, i sam też źle czynisz,

Chcąc ucho moje przymusić do wiary W własne zeznanie twoje przeciw tobie. Wiem, żeś nie próżniak; jakiż więc być może Cel przebywania twego w Elsynorze? Nauczysz się tu pić tęgo. Horacy. Przybyłem

Na pogrzeb ojca twego, Mości Książę.

Hamlet. Nie żartuj ze mnie, szkolny towarzyszu; Przybyłeś raczej na ślub matki mojej. Horacy. Wistocie, prędko nastąpił po tamtym.

Hamlet. Oszczędność, bracie, oszczędność! Przygrzane

Resztki przysmaków z pogrzebowej stypy Dały traktament na ucztę weselną. O, mój Horacy, wolałbym był ujrzeć Najzawziętszego mego wroga w niebie, Niż dożyć tego dnia. Mój biedny ojciec, - Zda mi się, że go widzę.

Horacy. Gdzie?!

Hamlet. Przed duszy Mojej oczyma.

Horacy. Widziałem go niegdyś: Był to król jakich mało.

Hamlet. Człowiek, powiedz. Chociażby wszystko w tym fałszywym świecie Było tem, czem się napozór wydaje,

Jeszczeby drugi taki się nie znalazł.

Horacy. Zda mi się, że go widziałem tej nocy. Hamlet. Widziałeś? kogo? Horacy. Króla, ojca Waszej Książęcej Mości. Hamlet. Króla? mego ojca?!

Horacy. Zawieś na chwilę zdumienie, o Panie,

I bacznem uchem racz wysłuchać tego Nadzwyczajnego doniesienia, które, Zgodnie z świadectwem tych dwóch zacnych ludzi, Mam ci uczynić.

Hamlet. Mów, na miłość boską!

Horacy. Przez dwie już noce po sobie idące,

Wśród głuchej ciszy północnej, ciż sami Oficerowie, Marcel i Bernardo, Straż odbywając przy zamku, miewają Następujące widzenie: - Postać podobna do świętej pamięci

Ojca twojego, Panie, uzbrojona Jak najkompletniej od stóp aż do głowy, Staje przed nimi, uroczystym krokiem Przechodzi mimo zwolna i poważnie; Trzykroć przeciąga przed ich zdumiałemi

I struchlałemi oczyma, tak blizko, Że ich nieledwie laską swą dotyka: Oni zaś stoją jak wryci i jakby Zgalareceni przerażeniem, nie śmią Przemówić do niej ani słowa. Mając

Wieść o tem sobie przez nich udzieloną Jak najtajemniej, udałem się z nimi Następnej nocy samotrzeć na wartę; I rzeczywiście o tym samym czasie, W taki sam sposób, co do joty zgodnie

Z przywiedzionymi szczegółami, przyszło Widziadło. Znałem ojca twego, Panie: Te ręce mniej są do siebie podobne,

Hamlet. Gdzie się to działo? Horacy. Na tarasie, Panie. Hamlet. Nie przemówiłeś do tego zjawiska?

Horacy. I owszem, ale żadnej odpowiedzi Nie otrzymałem. Raz tylko podniosło Głowę i zdało się chcieć coś powiedzieć; Ale w tej chwili zapiał kur poranny, Na głos którego zerwało się nagle I znikło nam z przed oczu.

Hamlet. Osobliwsza! Horacy. Jak żyw tu stoję, Mości Książę, jest to Rzetelną prawdą, i mieliśmy sobie Za obowiązek donieść o tem Waszej Książęcej Mości. Hamlet. Zaprawdę, to widmo

Niespokojności mię nabawia. Macież Tej nocy wartę?

Wszyscy trzej. Mamy, Mości Książę. Hamlet. Było więc uzbrojone? Wszyscy trzej. Tak jest, Panie. Hamlet. Od stóp do głowy? Wszyscy trzej. Od czaszki do kostek. Hamlet. Nie widzieliście więc jego oblicza?

Horacy. I owszem: miało przyłbicę wzniesioną.

Hamlet. Groźnież na twarzy wyglądało? Horacy. Smutno Bardziej niż gniewnie. Hamlet. Blado czy rumiano? Horacy. O, bardzo blado. Hamlet. I wzrok w was wlepiało? Horacy. Nieporuszenie. Hamlet. Szkoda, żem tam nie był. Horacy. Pewniebyś, Panie, osłupiał.

Hamlet. Być może, Być może. Długoż bawiło?

Horacy. Tak długo, Jak długoby ktoś przy średnim pośpiechu Sto musiał liczyć. Marcellus i Bernardo. O dłużej. Horacy. Nie wtedy, Kiedy ja byłem. Hamlet. Siwąż miało brodę?

Horacy. Zupełnie taką, jaką u zmarłego Króla widziałem: czarną, posrebrzoną.

Hamlet. Będę dziś z wami na warcie: być może, Iż przyjdzie znowu. Horacy. Przyjdzie niezawodnie.

Hamlet. Skoro przybiera postać mego ojca,

Muszę z niem mówić, choćby całe piekło Rozwarłszy paszczę, milczeć mi kazało. Co do was, moi panowie, jeśliście Tę okoliczność dotąd zataili, Trzymajcież ją i nadal pod zamknięciem,

I cobądź zdarzy się tej nocy, bierzcie Wszystko na rozum, ale nie na język: Zawdzięczę wam tę dobroć. Bądźcie zdrowi. Pomiędzy jedenastą a dwunastą Zejdziem się na tarasie.

Wszyscy trzej. Słudzy Waszej Książęcej Mości.

Hamlet. Bądźcie przyjaciołmi, Tak jak ja jestem waszym. Do widzenia.

(Horacy, Marcellus, Bernardo wychodzą)

Duch mego ojca! uzbrojony! Coś tu Złego się święci, coś tu krzywo idzie. Oby już była noc! Tymczasem jednak

Milcz, serce moje. Zbrodnie i z pod ziemi Wychodzą, aby stać się widomemi.

( Wychodzi).

Scena 1

Taras przed zamkiem.

FRANCISKO na warcie, BERNARDO zbliża się ku niemu.

Bernardo. Kto tu? Francisko. Nie, pierwej ty sam mi odpowiedz: Stój, wymień hasło! Bernardo. Niech Bóg chroni króla. Francisko. Bernardo? Bernardo. On sam. Francisko. Bardzo akuratnie Stawiacie się na czas, panie Bernardo.

Bernardo. Tylko co biła dwunasta. Idź, spocznij, Francisko.

Francisko. Wdzięczen wam za zluzowanie, Bom zziąbł i głupio mi na sercu. Bernardo. Miałżeś Spokojną wartę? Francisko. Ani mysz nie przeszła.

Bernardo. Dobranoc. Jeśli napotkasz Marcella

I Horacego, z którymi tej nocy Straż mam odbywać, powiedz, niech się śpieszą.

( Horacy i Marcellus wchodzą).

Francisko. Zda mi się, że ich słyszę. Stój! kto idzie? Marcellus. Lennicy Danii. Horacy. Przyjaciele kraju. Francisko. A zatem dobrej nocy. Marcellus. Bądź zdrów, stary. Kto cię zluzował?

Francisko. Bernardo. Dobranoc.

( Odchodzi). Marcellus. Hola! Bernardo!

Bernardo. Ho! czy to Horacy Z tobą, Marcellu? Horacy. Niby on. Bernardo. Witajcie. Horacy. I cóż? Czy owa postać i tej nocy Dała się widzieć? Bernardo. Ja nic nie widziałem.

Marcellus. Horacy mówi, że to przywidzenie, I nie chce wierzyć wieści o tem strasznem, Dwa razy przez nas widzianem zjawisku; Uprosiłem go przeto, aby z nami Przepędził część tej nocy dla sprawdzenia

Świadectwa naszych oczu i zbadania Tego widziadła, jeżeli znów przyjdzie.

Horacy. Nic z tego; ręczę, że nie przyjdzie.

Bernardo. Usiądź, I ścierp, że jeszcze raz zaszturmujemy Do twego ucha, które tak jest mocno

Obwarowane przeciw opisowi Tego, czegośmy przez dwie noce byli Świadkami.

Horacy. Dobrze, usiądźmy; Bernardo, Opowiedz, jak to było.

Bernardo. Przeszłej nocy, Gdy owa jasna gwiazda na zachodzie

Tę samą stronę oświecała, Gdzie teraz błyszczy, i zamkowy zegar Bił pierwszą, Marcel i ja ujrzeliśmy -

Marcellus. Przestań; spojrzyjcie tam: nadchodzi znowu.

( Duch się ukazuje).

Bernardo. Zupełnie postać nieboszczyka króla.

Marcellus. Horacy, przemów do niego, boś uczony.

Bernardo. Możeż być większe podobieństwo? powiedz. Horacy. Prawda: - słupieję z trwogi i zdumienia. Bernardo. Zdawałoby się, że chce, aby który Z nas go zagadnął. Marcellus. Przemów-no, Horacy.

Horacy. Ktoś ty, co nocnej pory nadużywasz I śmiesz przywłaszczać sobie tę wspaniałą Wojenną postać, którą pogrzebiony Duński monarcha za życia przybierał? Zaklinam cię na Boga: odpowiadaj.

Marcellus. To mu się nie podoba.

Bernardo. Patrz, odchodzi.

Horacy. Stój! mów; zaklinam cię: mów.

( Duch znika).

Marcellus. Już go niema. Bernardo. I cóż, Horacy? Pobladłeś, drżysz cały. Powiesz-że jeszcze, że to urojenie? Cóż myślisz o tem?

Horacy. Bóg świadkiem, że nigdy

Nie byłbym temu wierzył, gdyby nie to Tak jawne, dotykalne poświadczenie Własnych mych oczu.

Marcellus. Nie jestże to widmo Podobnem, powiedz, do zmarłego króla?

Horacy. Jak ty do siebie. Taką właśnie zbroję

Miał wtedy, kiedy Norwegczyka pobił: Tak samo, pomnę, marszczył czoło wtedy, Kiedy po bitwie zaciętej na lodach, Rozbił tabory Polaków. Rzecz dziwna! Marcellus. Takto, dwa razy, punkt o tejże samej

Godzinie przeszło marsowymi kroki To widmo mimo naszych posterunków. Horacy. Coby to w gruncie mogło znaczyć, nie wiem; Atoli wedle kalibru i skali Mojego sądu, jest to prognostykiem

Jakichś szczególnych wstrząśnień w naszym kraju. Marcellus. Siądźcie, i niech mi powie, kto świadomy, Na co te ciągłe i tak ścisłe warty Poddanych kraju noc w noc niepokoją? Na co to lanie dział i skupywanie,

Po obcych targach, narzędzi wojennych? Ten ruch w warsztatach okrętowych, kędy Trud robotnika nie zna odróżnienia Między niedzielą a resztą tygodnia? Co powoduje ten gwałtowny pośpiech,

Dający dniowi noc za towarzyszkę? Objaśniż mi to kto? Horacy. Ja ci objaśnię. Przynajmniej wieści chodzą w taki sposób: Ostatni duński monarcha, którego Obraz dopiero-co nam się ukazał,

Był, jak wiadomo, zmuszony do boju Przez norweskiego króla, Fortynbrasa, Zazdroszczącego mu jego potęgi. Mężny nasz Hamlet (jako taki bowiem Słynie w tej stronie znajomego świata)

Położył trupem tego Fortynbrasa, Który na mocy aktu, pieczęciami Zatwierdzonego i uświęconego Wojennem prawem, był obowiązany Części swych krajów ustąpić zwycięzcy,

Tak jak nawzajem nasz król, na zasadzie Klauzuli tegoż samego układu, Byłby był musiał odpowiednią porcyę Swych dzierżaw oddać na wieczne dziedzictwo Fortynbrasowi, gdyby ten był przemógł.

Owóż syn tego, panie, Fortynbrasa, Awanturniczym pobudzony szałem, Zgromadził teraz zebraną po różnych Kątach Norwegii, za strawę i jurgielt, Tłuszczę bezziemnych ochotników, w celu,

Który bynajmniej nie trąci tchórzostwem, A który, jak to nasz rząd odgaduje, Nie na czem innem się zasadza, jedno Na odebraniu nam siłą oręża, W drodze przemocy, wyż rzeczonych krain,

Które utracił był jego poprzednik: I to, jak mi się zdaje, jest przyczyną Owych uzbrojeń, powodem czat naszych I źródłem tego wrzenia w całym kraju. Bernardo. I ja tak samo sądzę: tem ci bardziej,

Że to zjawisko w wojennym rynsztunku Odwiedza nasze czaty i przybiera Na siebie postać nieboszczyka króla, Który tych wojen był i jest sprężyną. Horacy. Znak to dla oczu ducha płodny w groźbę.

Gdy Rzym na szczycie stał swojej potęgi, Krótko przed śmiercią wielkiego Juliusza, Otworzyły się groby i umarli Błądzili jęcząc po ulicach Rzymu; Widziane były różne dziwowiska:

Jako to gwiazdy z ogonem, deszcz krwawy, Plamy na słońcu i owa wilgotna Gwiazda, rządząca państwami Neptuna, Zmierzchła, jak gdyby na sąd ostateczny. I otóż takie same poprzedniki

Smutnych wypadków, które jako gońce, Biegną przed losem, albo są prologiem Wróżb przyjść mających, nieba i podziemia Zsyłają teraz i naszemu państwu.

( Duch powraca).

Patrzcie! znów idzie. - Zastąpię mu drogę,

Choćbym miał zdrowiem przypłacić. - Stój, maro! Możeszli wydać głos albo przynajmniej Dźwięk jakikolwiek przystępny dla ucha: To mów! Jestli czyn jaki do spełnienia, zdolny Dopomódz tobie a mnie przynieść zaszczyt: To mów!

Maszli świadomość losów tego kraju, Które wprzód znając, możnaby odwrócić: O, mów! Alboli może za życia pogrzebłeś W nieprawy sposób zgromadzone skarby, Za co wy duchy, bywacie, jak mówią,

Skazane nieraz tułać się po śmierci.

( Kur pieje).

Mów! Stój! mów! - Zabież mu drogę, Marcellu. Marcellus. Mamże nań natrzeć halabardą? Horacy. Natrzyj, Jeśli nie stanie. Bernardo. Tu jest. Horacy. Tu jest.

( Duch znika). Marcellus. Zniknął.

Krzywdzim tę postać tak majestatyczną,

Chcąc ją przemocą zatrzymać; powietrze Tylko chwytamy i czcza nasza groźba Złośliwym tylko jest urągowiskiem. Bernardo. Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał. Horacy. Wtem nagle wzdrygnął się jak winowajca

Na głos strasznego apelu. Słyszałem, Że kur, ten trębacz zwiastujący ranek, Swoim donośnym przeraźliwym głosem Przebudza bóstwo dnia i na to hasło Wszelki duch, czy to błądzący na ziemi,

Czy w wodzie, w ogniu, czy w powietrzu, śpiesznie Wraca, skąd wyszedł: a że to jest prawdą, Dowodem właśnie to, cośmy widzieli. Marcellus. Zadrżał i rozwiał się, skoro kur zapiał. Mówią, że ranny ten ptak, w owej porze,

Kiedy święcimy Narodzenie Pana, Po całych nocach zwykł śpiewać i wtedy Żaden duch nie śmie wyjść z swego siedliska: Noce są zdrowe, gwiazdy nie szkodliwe, Złe śpi, ustają czarodziejskie wpływy,

Tak święty jest ten czas i dobroczynny. Horacy. Słyszałem i ja o tem i po części Sam daję temu wiarę. - Ale patrzcie, Już dzień w różanym płaszczu strząsa rosę Na owym wzgórku wschodnim. Zejdźmy z warty.

Moja zaś rada, abyśmy niezwłocznie O tem, czegośmy tu świadkami byli, Uwiadomili młodego Hamleta; Bo prawie pewny jestem, że to widmo, Milczące dla nas, przemówi do niego.

Czy się zgadzacie na to, co nam zrobić Zarówno serce jak powinność każe?

Marcellus. Jak najzupełniej, i wiem nawet, gdzie go Na osobności zdybiemy dziś zrana.

( Wychodzą).

Scena 3

Pokój w domu Poloniusza.

LAERTES i OFELIA.

Laertes. Już rzeczy moje zniesione na pokład; Bądź zdrowa, siostro; a gdy wiatr przyjaźnie Zadmie od brzegu i który z okrętów Zdejmie kotwicę, nie zasypiaj wtedy, Lecz donoś mi o sobie.

Ofelia. Wątpisz o tem? Laertes. Co się zaś tyczy Hamleta i pustych Jego zalotów, uważaj je jako Mamiący pozór, wynikłość krwi wrzącej; Jako fijołek młodocianej wiosny,

Wczesny, lecz wątły, luby, lecz nie trwały; Woń, kilka tylko chwil upajającą; Nic więcej.

Ofelia. Więcej nic?

Laertes. Nie myśl inaczej. Natura ludzka, kiedy się rozwija, Nietylko rośnie co do form zewnętrznych;

Jako w wznoszącej się świątyni, służba Duszy i ducha zwiększa się w niej także. Być może, iż on ciebie teraz kocha, Że czystość jego chęci jest bez plamy; Ale zważywszy jego stopień, pomnij,

Że jego wola nie jest jego własną. On sam jest rodu swego niewolnikiem; Nie może, jako podrzędni, wybierać Dla siebie tylko; od jego wyboru Zależy bowiem bezpieczeństwo, dobro

Całego państwa; przeto też i jego Wybór koniecznie musi być zależny Od życzeń i od przyzwolenia tego Wielkiego ciała, którego jest głową. Jeżeli zatem mówi, że cię kocha,

Rozwadze twojej przystoi mu wierzyć O tyle tylko, o ile on zgodnie Ze stanowiskiem, przez się zajmowanem, Będzie mógł słowa swojego dotrzymać: To jest, o ile powszechny głos Danii

Przystanie na to. Uważ, jaki zakał Grozi twej sławie, jeśli łatwowiernie Poszeptom jego podasz ucho, serce Sobie uwięzisz i skarb niewinności Otworzysz jego bezwodznym zapędom.

Strzeż się, Ofelio, strzeż się, luba siostro; I stój w odwodzie twej skłonności, zdala Od niebezpieczeństw i napaści pokus. Wstydliwe dziewczę za wiele już waży, Gdy przed księżycem wdzięki swe odsłania.

Na samą cnotę pada rdza obmowy: Robak zbyt często toczy dzieci wiosny, Nim jeszcze pączki zdążyły otworzyć; I kiedy rosa wilży młodość hożą, Wpływy złośliwych miazm najbardziej grożą.

Strzeż się więc; tarczą najlepszą w tej próbie Niedowierzanie, nawet samej sobie. Ofelia. Treść tej nauki postawię na straży Mojego serca. Nie idź jednak, bracie, Za śladem owych fałszywych doradców,

Którzy nam stromą i ciernistą ścieżkę Cnoty wskazują, a sami tymczasem Kroczą kwiecistym szlakiem błędów, własnych Rad nie pamiętni.

Laertes. Bądź o mnie spokojną, I bądź mi zdrową. Lecz oto nasz ojciec.

(Poloniusz wchodzi).

Podwójne błogosławieństwo, podwójne Szczęście przynosi: szczęśliwe spotkanie, Które mi zdarza sposobność ku temu. Poloniusz. Laertes jeszcze tu? Dalej na okręt! Wiatr wzdyma żagle, czekają na ciebie.

Raz jeszcze daję ci błogosławieństwo Na drogę.

(Kładzie rękę na głowę synowi). Weź je i wraź sobie w pamięć Tych kilka przestróg: Nie bądź skorym myśli Wprowadzać w słowa a zamiarów w czyny.

Bądź popularnym, ale nigdy gminnym.

Przyjaciół, których doświadczysz, a których Wybór okaże się wręcz ciebie godnym, Przykuj do siebie żelaznemi klamry; Ale nie plugaw sobie rąk uściskiem Dłoni pierwszego lepszego kamrata.

Strzeż się zatargów, jeśli zaś w nie zajdziesz, Tak się w nich sprawuj, aby twój przeciwnik Nadal się ciebie strzedz musiał. Miej zawżdy Ucho otworem, ale rzadko kiedy Otwieraj usta. Chwytaj zdania drugich,

Ale sąd własny zatrzymuj przy sobie. Noś się kosztownie, o ile ci na to Mieszek pozwoli, ale bez przesady; Wytwornie, ale nie wybrednie; często Bowiem ubranie zdradza grunt człowieka.

I pod tym względem Francuzi szczególniej Są pełni taktu. Nie pożyczaj drugim, Ani od drugich; bo pożyczkę daną Tracim najczęściej razem z przyjacielem, A braną psujem rząd potrzebny w domu.

Słowem, - rzetelnym bądź sam względem siebie A jako po dniu noc z porządku idzie, Tak za tem pójdzie, że i względem innych Będziesz rzetelnym. Bądź zdrów; niech cię moje Błogosławieństwo utwierdzi w tej mierze.

Laertes. Z pokorą żegnam cię, ojcze i panie.

Poloniusz. Idź już; czas nagli: wszystko w pogotowiu. Laertes. Bądź zdrowa, siostro, i pamiętaj o tem, Com ci powiedział. Ofelia. Zamknęłam to w sercu, A ty masz klucz do niego.

Laertes. Bądź mi zdrowa.

(Wychodzi).

Poloniusz. Cóż to on tobie powiedział, Ofelio? Ofelia. Coś, co tyczyło się księcia Hamleta.

Poloniusz. W porę mi o tem wspominasz. Słyszałem, Że on cię często nawiedzał w tych czasach,

I że znajdował z twojej strony przystęp Łatwy i chętny. Jeżeli tak było, (A udzielono mi o tem wiadomość, Jako przestrogę), muszę ci powiedzieć, Że się nie cenisz tak, jakby przystało

Dbałej o sławę córce Poloniusza. Jakież są wasze stosunki? Mów prawdę.

Ofelia. Oświadczał mi się, ojcze, z swą skłonnością.

Poloniusz. Z skłonnością? hm, hm! Mówisz jak dzierlatka Niedoświadczona w rzeczach niebezpiecznych.

Wierzyszli tym tak zwanym oświadczeniom?

Ofelia. Nie wiem, co myśleć mam, mój ojcze.

Poloniusz. Nie wiesz? To ja ci powiem: Masz myśleć, żeś dziecko, Gdy oświadczenia te bez poświadczenia Rozsądku bierzesz za dobrą monetę,

Nie radzę ci się z nim świadczyć, inaczej (Że tej igraszki słów jeszcze użyję), Doświadczysz następstw nie dobrych.

Ofelia. Wynurzał Mi swoją miłość bardzo obyczajnie.

Poloniusz. Tak, tak, bo czynić to jest obyczajem.

Ofelia. I słowa swoje stwierdził najświętszemi, Jakie być mogą, przysięgami.

Poloniusz. Plewy Na młode wróble! Wiem ja, gdy krew kipi, Jak wtedy dusza hojną jest w kładzeniu

Przysiąg na usta. Nie bierz tych wybuchów Za ogień, więcej z nich światła niż ciepła, A i to światło gaśnie w oka mgnieniu. Bądź odtąd trochę skąpsza w przystępności I więcej sobie waż rozmowę swoją,

Niż wyzywanie drugich do rozmowy. Co się zaś księcia Hamleta dotyczy, Bacz na to, że on jeszcze młodzieniaszek, I że mu więcej jest wolno, niż tobie Może być wolno kiedykolwiek. Słowem,

Nie ufaj jego przysięgom, bo one Są, jak kuglarze, czem innem, niż szaty Ich pokazują: orędownicami Bezbożnych chuci, biorącemi pozór Świętości, aby tem łacniej usidlić

Naiwne serca. Krótko mówiąc, nie chcę, Abyś od dziś dnia czas swój marnowała Na zadawaniu się z księciem Hamletem. Pamiętaj, nie chcę tego. Możesz odejść.

Ofelia. Będę-ć posłuszną, Panie.

(Wychodzą).