Widoki na zwłoki
- Ale co on, do czorta, łowi na tym balkonie?
Mój wzrok - zza teatralnej lornetki, którą w przebłysku geniuszu zaraz po telefonie od Danki wrzuciłam do torebki - przesuwał się po oddalonym od nas o niecałe sto metrów nieruchomym ciele Janka usadowionego na plażowym krześle, z wędką w ręku. Głowa okryta czarnym kapturem zwisała bezwładnie, a różowiutka broda opierała się na klatce piersiowej. Szare dresowe spodnie kończyły się w żółtych gumiakach.
- Płytki łowi - wyjaśniła mi Danusia, stojąc z wyciągniętą dłonią w oczekiwaniu na lornetkę.
- Chodnikowe? - Zainteresowałam się, z uwagą przyglądając się dwóm innym wędkom wetkniętym między balkonową barierkę.
- Nie. Kompaktowe.
Rzeczywiście dwa piętra niżej wiatr kołysał srebrne krążki. Oddałam w końcu przyjaciółce sprzęt do pogłębionej obserwacji.
- Myślisz, że nie żyje? - Dance zlodowaciał głos. - Od trzech dni łowi...
- Trzy doby chłop się z krzesła nie rusza, a ty dopiero dzisiaj mi to mówisz? - Pociągnęłam nosem.
- Może na noc wchodził do domu. Skąd mam wiedzieć. Zresztą Janek był zawsze dziwny...
- Ale nie do tego stopnia. - Nikt nie miał prawa w mojej obecności powiedzieć złego słowa o Janie. - Zadzwonię do niego.
Wykręciłam numer. Moje serce galopowało, czekając na ulubiony głos, ale nikt nie odebrał.
- Nie wiem, co on wykombinował. Miał jechać na jakieś wesele. Pożegnaliśmy się. Prosił, żebym na siebie uważała. Był taki... - Otarłam mokre policzki trzęsącą się dłonią.
- Trzeba zawiadomić policję.
- Ja jutro jadę. Nie mogę zeznawać. Może ty zadzwonisz?
- Zrobię ci kawę. Chcesz? - Danusia chyba też nie miała ochoty przyznawać się władzy, że od paru dni podgląda zwłoki sąsiada.
- Nie masz czegoś zimnego?
- Powiem Piotrkowi, żeby przyszedł. Niech on zadzwoni - zadecydowała, wychodząc do kuchni.
Wróciła z kartonikiem soku pomarańczowego, wykręciła numer do swojego chłopaka. Ściskając słuchawkę między ramieniem a policzkiem, nalała zimnego napoju do literatek.
- Wreszcie się do czegoś przyda ten twój gach. - Wypiłam sok duszkiem.
- Tylko nie wspominaj przy nim nic o tych zdjęciach z urodzin. Zapomniałam cię uprzedzić... - Patrzyła na gołębia, który usiadł na parapecie. - Ciągle przylatują tu te ptaszyska - poskarżyła się.
- Nie miałam najmniejszego zamiaru nic mówić temu zazdrośnikowi.
- Wywołałaś je już? - Danka gładziła nieistniejącą fałdkę na sukience.
- Zdjęcia? Nie. Tomasz wywoła.
- Masz do niego zaufanie?
- Zaufanie do Tomka? - Zaśmiałam się nerwowo. - W końcu mamy zamiar się zaręczyć, jak wrócę z Paryża. To chyba powinnam mieć...
- Ale czy masz, kochana? - Danuśka nie zadowoliła się wymijającą odpowiedzią. - Żałuję, że tak zaszalałyśmy...
- Och! To tylko zdjęcia topless. Czym ty się przejmujesz? Tomek je schowa do szuflady. Znam go. Co ta niedorajda miałaby z nimi zrobić?
Dzwonek do drzwi oznajmił przybycie Piotrka.
- Witam. O co chodzi? - spytał od progu.
- W bloku naprzeciw na balkonie od paru dni tkwi nieboszczyk. Zadzwonisz na policję i ich powiadomisz, bo my z tym nie mamy absolutnie nic wspólnego - poinformowałam go na przywitanie.
- A skąd wiecie? - Podszedł do okna, żeby zobaczyć zwłoki.
- Widać gołym okiem. Chyba nie sądzisz, że podglądamy ludzi przez lornetkę? - oburzyłam się.
Danka bawiła się wisiorkiem yin-yang, bojąc się odezwać, aby Piotr nie odgadł, że obserwowała kolegę.
- Nic nie widzę - oznajmił, zmrużywszy oczy.
- Tam na piątym siedzi. Różową gębę ma i łowi. - Podałam mu szczegóły niezbędne do identyfikacji.
- Po śmierci człowiek jest biały, nie różowy. - Piotr, który studiował medycynę i mógł mieć jakieś pojęcie o zmarłych, trochę nas zaskoczył. - Stąd nie widać koloru ciała... - Spojrzał na mnie pytająco.
- Masz tu żeton. Zadzwonisz z budki. Nas nie znasz, jakby ktoś się pytał - ostrzegłam, podając mu metalowy krążek. - Idź już! - Nie miałam zamiaru dłużej go znosić.
- Dlaczego ja?
- Bo mnie tu nie ma, człowieku, jestem we Francji, a Danusia jest zbyt wrażliwa - odparłam zniecierpliwiona.
- Przy jakiej ulicy jest ten blok?
- Długa pięćdziesiąt dwa, mieszkanie pięćset dwadzieścia trzy. - Bezmyślnie podałam adres Janka.
- Coś mi mówi, że to ty go wykończyłaś - zwrócił się do mnie z niemałą satysfakcją. - I mam nadzieje, że za to odpowiesz - dodał złowrogo, zamykając za sobą drzwi.
- Bubek - prychnęłam.
Danka nie zaprzeczyła. Usiadłyśmy po obu stronach okna, chowając się za zasłoną w pomarańczowe pasy. Czekałyśmy na akcję policji, gryząc paluszki z makiem.
- Wiesz... Obudziłam się dzisiaj z takim stuprocentowym przekonaniem, że spotkam tam kogoś interesującego. - Patrzyłam na Danusię rozmarzonym wzrokiem.
- W Paryżu?
- No.
- Janek już na tamtym świecie, ale Tomek jeszcze dycha.
- Tomek. Tomek. Tomek. - Zirytowałam się. - Mam go po dziurki w nosie. Odkąd moja mama postanowiła, że go wychowa, jest coraz gorzej. Chodzi jak nakręcona przez nią zabawka.
- Zauważyłam, że się zmienił, od kiedy wyprowadził się z akademika. - Danka przytaknęła głową.
- Na początku skakałam ze szczęścia, kiedy mama go w końcu zaakceptowała. Kiedy zaproponowała, że na czas studiów zatrudni go w muzeum jako nocnego stróża i da mu tam mieszkanie służbowe, myślałam, że to jak wygrana w totka. I co wygrałam? Co? Niesolonego ziemniaka, który kolekcjonuje ziołowe miotły. Już zapomniał, że obiecał mi przeprowadzkę na wybrzeże i założenie szkółki jeździeckiej. - Zgarnęłam ziarenka maku ze spódnicy na stoliczek i dodałam: - Tak lubiłam jeździć do jego rodziców na wieś. Całe dnie spędzaliśmy na koniach. Teraz już mnie do nich nie zabiera, bo to "strata czasu" - przedrzeźniłam Tomka, marszcząc nos. - Wiesz, o czym teraz marzy? - Popatrzyłam zirytowana na Dankę, która otwierała usta, nie pozwoliłam jej jednak odpowiedzieć: - Że zamieszkamy u mnie w domu z moimi rodzicami i że kiedyś otworzy aptekę. I zgadnij, kto mu ten makabryczny pomysł podsunął. - Danka podniosła dwa palce jak do odpowiedzi, lecz zanim zdążyła się odezwać, dokończyłam: - Tak, kochana. Dokładnie. Moja mama. - Napiłam się soku, odchrząknęłam i oświadczyłam: - A ja za młoda jestem, by być stara! - Wstałam i uroczyście wyrecytowałam Mickiewicza ze wzrokiem wbitym w przestrzeń gdzieś nad karniszami: - "Bez serc, bez ducha, - to szkieletów ludy! / Młodości! dodaj mi skrzydła! / Niech nad martwym wzlecę światem / W rajską dziedzinę ułudy: / Kędy zapał tworzy cudy, / Nowości potrząsa kwiatem". - Moja ręka opadła na żółtą paczkę z chrupiącą przekąską.
- Myślisz, że ja już jestem stara? - Danka robiła głupie miny do swojego odbicia w lustrze na drzwiach pokoju.
- Wątpię, że można się postarzeć choćby o jeden dzień, będąc z Piotrem - odgoniłam jej obawy. - On jest diabelnie przystojny, diabelnie ambitny i nie ma zamiaru żyć u swoich teściów - wyliczałam zalety jej chłopaka.
- Myślałam, że go nie cierpisz.
- Z całego serca. Jego gęba przypomina mi, jaki Tomasz nie jest.
- Przecież Tomuś też jest przystojny - próbowała mnie pocieszyć Danusia.
- Mnie od zawsze marzył się brunet, a nie słomiany blondyn o niebieskich oczach. Ludzie myślą, że to mój starszy brat. - Kolejny makowy patyczek znikał w moich ustach.
- Dlaczego się z nim nie rozstaniesz?
- Mama mi powiedziała, że teraz to już woli Tomka od jakiegoś nowego kretyna i że ona tyle dla mnie zrobiła, a ja jestem nieodpowiedzialna, rozkapryszona i zamiast jej podziękować, chcę ją wpędzić do grobu. A ja go takiego przerobionego nie kocham, Danusiu - wyznałam drżącym głosem.
- Mnie też rodzice namawiają do ślubu z Piotrkiem, a ja nie jestem pewna, czy naprawdę tego pragnę...
Patrzyła w milczeniu na nieżywego Janka, a ja oglądałam sobie lakier na paznokciach.
- Tylko tak się zastanawiam, jak mu powiedzieć, żeby zrobił sobie badanie na HIV. - Myślałam na głos, mając nadzieję, że Danka mi coś podpowie.
- T-t-tomkowi?! - wyjąkała.
- Nieee. Chłopakowi, którego poznam we Francji.
- Co ci przyszło do głowy? - Danusia odgarnęła z czoła kosmyk włosów czarnych jak pióra kosa.
- Nie chcę ryzykować. Pamiętasz ten film o dziewczynie, która zaraziła się od barmana na dyskotece? Zapomniałam, jaki był tytuł.
- "Fatalna miłość"?
- Właśnie! Tylko to jest takie mało spontaniczne. - Skrzywiłam się jak po kiszonej kapuście.
Dance nagle powiększyły się oczy.
- Radiowóz - wyszeptała.
Zamilkłyśmy. Na balkonie panował spokój. Jan nie przejawiał najmniejszych chęci, żeby powrócić do życia. Dyskretnie wytarłam oczy brzegiem rękawa. W pokoju słychać było tylko głośno tykający zegar. Drzwi balkonowe w końcu powoli się uchyliły, ukazując dwie rozglądające się głowy policjantów. Jeden z nich ostrożnie wyszedł, a drugi tkwił wewnątrz z wymierzoną w Janka spluwą.
- Chce zabić bezbronnego trupa! - Zawrzało we mnie.
- Urwał mu głowę! - wybełkotała Danka, krztusząc się własną śliną.
W ułamku sekundy wychylałyśmy się obie przez okno. Policjant zmiażdżył w rękach łysy łeb, który pękł z takim hukiem, że trzeci gliniarz wyskoczył z mieszkania. Tarmosili razem resztki Janka, odrywając mu nogi od tułowia.
- Czy to możliwe, żeby tak szybko się rozłożył? - Danka patrzyła na mnie z przerażeniem.
- Może się czegoś radioaktywnego nażarł - zasugerowałam, pamiętając o jego fascynacji chemią i najróżniejszymi eksperymentami.
- Włosy mu wypadły. - Danusia zamknęła okno i oparła się o nie plecami. - On na pewno jeszcze promieniuje - wydusiła przez zaciśnięte gardło.
Dzwonek do drzwi zelektryzował nasze owłosienie. Danka podeszła na palcach i wyjrzała przez judasza. Otworzyła bez słowa. Za drzwiami stał cholerny Pietrek.
- Jeszcze tu jesteś? - przywitał się ze mną. - Ten twój znajomy to strach na gołębie. Pasujecie do siebie - dodał, widząc mak na moich wyszczerzonych w nagłym uśmiechu zębach.
- Sam jesteś straszydłem - odburknęłam z niechęcią, choć rozpierała mnie nieziemska radość. Janek żył!
- To nie jest Jan?! - Danka wolała się upewnić.
- To nie był człowiek, tylko kukła, Danusiu. A skąd znasz tego sąsiada?
- Chodziliśmy do jednej klasy w liceum.
- Będę musiał mu powiedzieć, żeby się nie gapił w twoje okno. Macie do niego telefon?
- Nie. - Danka popatrzyła na mnie, hamując wybuch śmiechu.
- A ty, Alicjo?
- Ugryź się w piętę - wysyczałam.
Pokazałam Dance gest "zdzwonimy się" i wyszłam.