Komnata gościnna wielka, na
ścianach oręże i trofea tureckie, drugie z łuków i kołczanów
tatarskich - skóry zwierząt dzikich, rogi żubrów i łosi, zbroje.
Stół wielki w pośrodku sali - dwie lampy zapalone - Zmierzch.
KNIAŹ DYMITR, MOŁNIA.
Mołnia stoi przy stole, płacze i łzy ociera - Dymitr chodzi
szybko w koło stołu, czasem się zatrzymuje, siada, wstaje, zbliża
się do niéj i oddala.
Mołnia po chwili milczenia.
Takie Kniaziów kochanie! - O! biada nam biada!
Jeśli z niska wyszedłszy podlecim wysoko -
Kniaź orzeł nas uniesie, gdzie nie dojrzy oko -
Kniaź orzeł tam zostanie - dziewczyna upada -
Na cóż mi było kazać kochać ciebie?
I na co brać mnie było z spokojnego domu?
Znalazłbyś równą sobie na kniaziowskiém niebie,
I żył z nią tak szczęśliwy! bez troski, bez sromu!
Jam biedna! Nie myśl Kniaziu, że gdym tobie cała,
Siebie i duszę swoją i życie oddała -
Żem z sukniami, kobiécy wstyd z siebie zrzuciła? -
O! nie - i ja się wstydzę! - Gdy twoi dworzanie -
Szydzą, wskazując moje kozacze ubranie; -
Krew mi się pali w sercu, w ziemię bym się skryła,
Lub gdy wieczorną porą, do twojéj komnaty
Idę, a oni w kącie zasiadłszy na czaty -
Wołają za mną - A dokąd kozacze? -
Myślisz że się nie wstydzę, że wówczas nie płaczę?
I twoje serce Kniaziu, tych krzywd nie nagrodzi -
Dzień za dniem, noc za nocą jednako uchodzi -
Mego szczęścia nie widać, chociażem przy tobie -
Daleko moje szczęście - oh! może aż w grobie!
K. Dymitr stając naprzeciw niéj
Héj! słuchaj Mołnia - łzami nie zwołasz wesela -
Powiedz mi lepiéj, kto tu szydzić się ośmiela -
Kto, kiedy słówko pisnął, kto zawstydził ciebie?
Będzie poganin siedział, rok o suchym chlebie -
Jak mnie widzisz żywego!
(
wskazuje na ścianę)
na tę szablę moją -
Przysięgam że to zrobię - Czy się mnie nie boją?
Czy im życie nie miłe? - Wnet gdy klasnę w ręce,
Pierwszemu co tu wpadnie, hardy kark ukręcę.
Mołnia
A mnież to co pomoże? Czy z nim wszyscy zginą?
Na co mam cudzéy śmierci lub łez być przyczyną -
Szyderstwa nie ustaną, a mnie do mogiły
Będzie krew zabitego i jęki goniły,
Mołnia nie chce łez cudzych.
Dymitr.
Czegoż chciałaś przecie?
Zakazu? - ja zakażę -
Mołnia.
Komu zakażecie?
Zakażecie ich ustom? - a ich oczu mowa,
Będzie milcząc też same powtarzać mi słowa!
Zakażecie ich oczom - kto zakaże duszy?
Spuszczą wzrok, ale w sercu przeczytam to snadnie,
I chociaż na mnie oczu żaden nie poruszy,
Choć z ust ich, słówko żadne nie upadnie -
Ja będę wiedzieć co myślili w duszy!
I cóż z ich szyderstw? Czas z niemi ucieka -
Przejdą i miną, choć dusza zaboli,
Dwa dobre słowa dobrego człowieka,
Zatrą pamiątkę złych ludzi i doli - !
Kniaziu Dymitrze, gdybym pewna była
Że z tobą razem upłynie me życie,
Że się ty innej nie oddasz kobiécie -
Wszystkobym zniósła - ! bo ia kocham ciebie!
Kocham! ach! kocham - jak Boga na niebie!
Duszę i życie - wszystkobym oddała! -
Dymitr gniewnie.
Któż ci znów naplotł o przyszłéj rozłące -
Kto to śmiał mówić? - na coś go słuchała?
To słowa próżne, fałszywe, szczypiące -
Chciał tu któś widać gadziny słowami
Nasienia zwady posiać między nami,
A! już to nadto! żeby w moim domu,
Śmieli zuchwalcy pod memi oczyma -
Pleść takie baje - Jeszcze pytam komu?
O! nie daruję! jest tam kto czy nié ma?
Héj! -
Mołnia chwytając go za rękę.
Cicho Kniaziu! po co wołać - po co?
Mnie nikt nie gadał - serce mi szeptało,
Kniaź inną kocha - Wczoraj, późną nocą,
Co się to z Kniaziem Wasilem gadało?
O młodej Księżnie bogatéj z Ostroga -
O pięknéj Księżnie - Słuchałam za drzwiami -
Księżna bogata, a Mołnia uboga.
I Mołni piękność spłynęła ze łzami
Dymitr milczy gniewny i chodzi.
Cóż Mołnia z Księżną wspólnego mieć może?
Chciałażeś żebym przykuty na wieki,
Innéj nie wezwał na książęce łoże -
Na inną nie śmiał podnosić powieki!
Dla ciebie oddał wszystkie moje lata,
Przy tobie, nędznie przespał moje życie?
Mołnia
O! nie chcę! nie chcę! nie wiążę ci świata!
Bierz sobie Księżnę! pożałujesz skrycie! -
Ona za krośna usiadłszy od ranka
Będzie z swojemi gwarzyć kobietami,
Nie będzie z szablą przy boku kochanka,
Jeździć na turków i na łowy z nami.
Ona, gdy z bitwy wrócisz pod namioty,
Nie przyjdzie otrzeć białą dłonią czoła -
Ona mieć będzie ciche kniaziów cnoty,
Będzie łzy ronić, póydzie do kościoła -
Ale gdy ranny pohańców strzałami,
Jak wprzódy legniesz wybladły, skrwawiony -
Ona ran twoich nie obmyje łzami -
Będziesz mógł umrzeć daleko od żony -
A Mołnia Kniaziu, czy bitwa czy łowy,
Czy Turek wrzeszcząc w krzywe szable dzwoni.
Głód, chłód czy słota, stepy czy parowy -
Zawsze za tobą - cień za ciałem goni!
W nocy po bitwie kto otarł pot z czoła,
Kto nad snem czuwał, nie zmrużył powieki,
Kto na twe rany umiał znaleść zioła,
Kto sercu twemu umiał znaleść leki -
A potém uciekł od pochwał, nagrody -
Żeby znów stanąć, gdyś skinął w potrzebie?
Kto niewczas dzielił, łzy twoje i gody -
I duszę swoją gotów dać za ciebie? -
Dymitr.
Pomnę ja Mołnia, wszystkie trudy twoje,
Pamiętam kiedym gonił za Turkami,
Twe troski o mnie, łzy i niepokoje.
Kobieta, zniosłaś męskie trudy z nami.
Ja też w tém sercu na wieki zasiałem,
Pamięć o tobie i wdzięczność dla ciebie,
Ja - nie nagrodzę mojém życiem całém -
Lecz tam ci Mołnia, nagrodzi Bóg w niebie!
Księżna niech sobie siedzi za krośnami
Ale z jéj zamków, licznych wsi i włości,
Popłyną skarby złotemi strugami,
A zamek pełen rycerzy i gości,
Od rannych świtów przez noc, przez dzień cały,
Będzie się szumną rozlegał biesiadą
Tu będą pieśni wesołe huczały.
Tu się sąsiedzi do mych stołów zjadą.
Krzycząc przedemną - Kniaź Dymitr niech żyje.
Przed mojém złotem uginając szyję -
Potém - biesiadą, krzykami znużony,
Wymknę się od nich i z tobą dziewczyno
Najsłodsze nocy cicho nam przepłyną.
Mołnia przerywa
A któż pilnować będzie młodéj żony?
Gdy w dzień za stołem, w nocy przy dziewczynie,
Kniaź Dymitr będzie pędzić czas wesoły - ?
Ona -
Dymitr.
Inaczéj jéj życie przepłynie!
Nie zechce patrzeć na biesiadne stoły!
Więc ze swojemi kobiétami siędzie,
W osobnéj, zamku spokojnéj komnacie,
Tam szyć na krosnach, bajek słuchać będzie,
W drogich kamieniach, w złotolitéj szacie, -
Na miękkiém łożu spocznie utrudzona,
Ze złotych naczyń brać będzie napoje,
Cóż jéj zabraknie?
Mołnia.
Biédna Kniazia żona!
O! nad jéj roskosz, wolę ja łzy swoje
Wolę ja z tobą i trudy i wrzawę
Niż nudną, smutną bez ciebie zabawę. -
Dymitr.
Insze też serce, inne chęci twoje -
Tobie tych cacek, tych zabaw nie trzeba,
Ty, ze mną razem polecisz na boje,
W grubéj sukmance o kawałku chleba!
Na kamień złożysz głowę utrudzoną,
Pod moją burką wiatr cię nie zawieje
Nie zaśniesz w nocy, zbudzisz się gdy dnieie -
Insza ta, która ma być Kniazia żoną -
Ona jak kwiatek, od słońca, od słoty
Od wiatru, zimy, niepokoju, wrzawy,
Ucieka zdala na swój zamek złoty,
Pod cichych komnat dziecięce zabawy -
Ona jak trzcina, gdy nią wiatr powieje,
Gnie się, drży cała, przed burzą i gromem,
Od słót i wichru przedzielona domem,
Jeszcze się boi, płacze i blednieje.
Lecz ona piękna, ona jak śnieg biała,
Jéj oczy - gwiazdy - !
Mołnia.
Czyż nie znam piękności? -
Gdyby jak anioł z nieba wyglądała,
Szczęścia i wdzięków Mołnia nie zazdrości. -
Niech będzie piękna, szczęśliwa, bogata,
Co mi do Księżnéj? - Dziewczę z Ukrainy,
Czarne ma oczy i młode ma lata,
Dla ukraińskiéj dość tego dziewczyny!
Niech ma świat cały - ja mam serce twoje -
O świat, o skarby i o nic nie stoję!
Dymitr.
No! więc ci dobrze! Chwałaż tobie Boże!
Bo skarg nie cierpię - na wojnie, pod dachem
Lubię to zrobić, co się zrobić może,
Bez długich żalów, za jednym zamachem - !
I próżne Mołnia byłyby twe jęki -
Księżna mojego serca nie odmieni,
To serce twoje, wszak nie pragniesz ręki?
A ręką tylko Kniaź Dymitr się żeni -
Nie płacz, nikogo nie wstydź się dziewczyno,
Ja twój obrońca, kto cię dotknie słowy,
Chyba swéj śmierci chciałby być przyczyną,
Chybaby swojéj nie żałował głowy? -
A teraz - poleć i zobacz tam z wieży,
Kniazia Wasila czy widać na drodze?
Miał dziś być tutaj - już i wieczór bieży,
Ja próżno czekam, próżno się uwodzę -
Może nie przybydź! - Nie zwodziłby stary -
Lecz co go trzyma? - Héj! niech tutaj w sali,
Zastawią na stół, misy i puhary,
Będziem ich jeszcze przez chwilę czekali,
Potem i sami zasiądziem za stoły,
W winie utopić zawodne nadzieje.
Przeleci wieczór krótki i wesoły,
I noc przeleci, legniem jak zadnieje!
Héj sam Król Zygmunt nie wzgardzi biesiadą,
Czaszy nie popchnie, gdy w niéj dobre wino!
Nakrywać stoły! - a jak nie przyjadą
Sami wypić potrafim - dziewczyno! -
(Mołnia wychodzi)