Halo, Ziemia! Jesteście tam? - Brian Aldiss

-
Proszę czekać

Przenigdy

Jęknęła i zabrzę­czała sprę­żyna mate­raca, roz­stą­piła się mgła. Rod­ney Fur­nell się obu­dził. Z łazienki za ścianą dobie­gało brzę­cze­nie golarki - jego syn już wstał. Puste łóżko obok świad­czyło, że Vale­rie, jego druga żona, także już jest na nogach. Z poczu­ciem winy wstał też Rod­ney i wyko­nał kilka nie­śmia­łych skło­nów, by roz­luź­nić krę­go­słup. Mło­dość! Dopóki trwała, trzeba ją było oszczę­dzać. Dotknął pal­ców stóp.

Wzbu­dziło to pierw­szy śmiech widowni.

Gdy Rod­ney wbił się w nie­dzielny gar­ni­tur, dzie­więć razy ode­zwała się kukułka z zegara żony, a po niej roz­le­gły się bar­dziej sar­do­niczne kuranty jego pozła­ca­nego chro­no­me­tru. Gdy wszedł do ich małej, przy­tul­nej kuchni, Vale­rie i Jim (Rod­ney skru­pu­lat­nie uni­kał sce­nicz­nego imie­nia swego jedy­nego potomka) sie­dzieli już przy płat­kach śnia­da­nio­wych.

Kolejny wybuch śmie­chu na widok tej sta­ro­świec­kiej dwu­dzie­sto­wiecz­nej nowo­cze­sno­ści.

- Cześć! Piękny ranek! - zagrzmiał, cału­jąc żonę w czoło. Prze­dzie­ra­jące się przez wil­gotną mgłę paź­dzier­ni­kowe słońce rze­czy­wi­ście uka­zy­wało wszystko w weso­łych bar­wach, a czter­dzie­sto­dwu­letni męż­czy­zna instynk­tow­nie uzbraja się w entu­zjazm w obli­czu o pięt­na­ście lat młod­szej żony.

Widow­nia uwiel­biała się przy­glą­dać ich codzien­nym posił­kom, mru­cząc z zado­wo­le­nia, kiedy uży­wali każ­dego z dziw­nych akce­so­riów: tostera, imbryka do her­baty, szczy­piec do cukru.

Vale­rie wyglą­dała świeżo i nie­ska­zi­tel­nie. Jim para­do­wał w koszuli z otwar­tym koł­nie­rzy­kiem i był usłużny wobec maco­chy. W wieku dzie­więt­na­stu lat był zbyt męski i zbyt usłużny... Prze­glą­dali w naj­lep­szej komi­ty­wie nie­dzielną gazetę, gawę­dząc o teatrze i książ­kach. Rod­ney mógł się od czasu do czasu przy­łą­czyć do roz­mowy o jakiejś książce. Prze­ko­nany, że żona nie lubi widzieć go w oku­la­rach, powstrzy­my­wał się od czy­ta­nia przy śnia­da­niu.

Ależ widow­nia ryczała ze śmie­chu, gdy póź­niej zakła­dał je w swoim gabi­ne­cie! Ależ nie­na­wi­dził tej widowni! Ależ pra­gnął móc choćby unieść drwiąco brew!

Dzień prze­bie­gał dokład­nie tak, jak prze­biegł już ponad tysiąc razy, nie mogąc ani na jotę zbo­czyć z utar­tego toru. A więc będzie trwał i trwał, bez­sen­sowny jak banał albo powta­rzana bez końca nuta, ku ucie­sze tych dur­niów, któ­rzy ota­czali ich ze wszyst­kich czte­rech stron i śmiali się z naj­głup­szych rze­czy.

Począt­kowo Rod­neya to prze­ra­żało. Moc, która jakby pod­nio­sła ich z grobu, wyda­wała mu się jakąś czarną magią. Póź­niej, gdy się do tego przy­zwy­czaił, zaczęło mu to schle­biać - to, że te mądre istoty chciały oglą­dać jego dzień powsze­dni, eks­hu­mo­wać jego skromne życie. Ale dzia­łało to kojąco tylko przez pewien czas, bo wkrótce odkrył, że to nie strawa dla filo­zo­fów, lecz po pro­stu prze­re­kla­mo­wane pośmie­wi­sko dla głup­ców w jakimś parku roz­rywki.

Ruszył z Vale­rie na spa­cer po pod­nisz­czo­nym ogro­dzie, z ramie­niem wokół jej kibici. Powie­trze w pół­noc­nym Oxfor­dzie było łagodne i senne; u sąsia­dów grało radio.

- Kocha­nie, musisz iść na spo­tka­nie z tym zasu­szo­nym pro­fe­so­rem tytu­lar­nym? - zapy­tała.

- Wiesz, że muszę. - Prze­mógł iry­ta­cję i dodał: - Po obie­dzie poje­dziemy na prze­jażdżkę. Tylko ty i ja.

Jak zawsze wywo­łało to śmiech widowni. Praw­do­po­dob­nie "prze­jażdżka po obie­dzie" nabrała jakie­goś podej­rza­nego zna­cze­nia. Za każ­dym razem, gdy Rod­ney wyma­wiał te słowa, bał się reak­cji, jaka poja­wiała się na tych led­wie widocz­nych twa­rzach ota­cza­ją­cych ich ze wszyst­kich stron, ale był bez­radny, gdyż nie mógł zmie­nić tego, co nie­gdyś powie­dział.

Poca­ło­wał Vale­rie, miał nadzieję, że ele­gancko. Widow­nia zachi­cho­tała, a on wszedł do garażu. Żona wró­ciła do domu, Jim też. Bez względu na to, ile razy powtó­rzy się ten dzień, ni­gdy się nie dowie, co się tam działo. W żaden spo­sób nie mógł potwier­dzić podej­rze­nia, że jego syn kocha się w Vale­rie, a ona czuje do niego pociąg. Powinna mieć dość roz­sądku, by przed­kła­dać doj­rza­łego męż­czy­znę nad dzie­więt­na­sto­let­niego mło­kosa; poza tym zale­d­wie pół­tora roku wcze­śniej prasa nazwała Rod­neya "jed­nym z naszych obie­cu­ją­cych lit­te­rae histo­ri­cae".

Do Kole­gium Sep­ta­gu­inty mógł się wybrać pie­szo, ale wolał poje­chać tam swoim samo­cho­dem, ponie­waż był on nowym nabyt­kiem, na który z tru­dem było stać kogoś, kto jak on miał pen­sję wykła­dowcy. Oczy­wi­ście widzo­wie zano­sili się śmie­chem na widok tego małego auta. Czysz­cząc przed­nią szybę, kipiał nie­na­wi­ścią do nich i wszyst­kich miesz­kań­ców tego przy­szłego świata.

Dziwne. W zaka­marku umy­słu daw­nego Rod­neya ist­niało miej­sce dla nowego, jego ducha. Był on zależny od daw­nego Rod­neya - tego, który rze­czy­wi­ście żył w tym pięk­nym jesien­nym dniu - w kwe­stii widze­nia, poru­sza­nia się, wszyst­kich aspek­tów życia, ale mógł nie­za­leż­nie od niego zaj­mo­wać małą komórkę w jego świa­do­mo­ści. Był bez­rad­nym obser­wa­to­rem stale uno­szo­nym w kok­pi­cie prze­szło­ści.

I na tym wła­śnie pole­gała iro­nia losu. Oszczę­dzono by mu tego upo­ko­rze­nia, gdyby nie wie­dział, co się dzieje. Ale wie­dział, mimo że był uwię­ziony w nie­wie­dzą­cej sko­ru­pie.

To, co się stało, było w ogól­nym zary­sie dosyć oczy­wi­ste nawet dla niego, histo­ryka, który nie miał wiele wspól­nego z naukami ści­słymi. W któ­rymś momen­cie przy­szło­ści czło­wiek wywę­szył sekret dosłow­nego odzy­ski­wa­nia prze­szło­ści. Minione lata leżały na regale ze sta­ro­żyt­no­ściami jak szpule fil­mów w biblio­tece. Podob­nie jak na tych szpu­lach, nie można było nic w nich zmie­nić, można je było jed­nak stale odtwa­rzać na odpo­wied­nim pro­jek­to­rze. I stale odtwa­rzano ten jesienny dzień z życia Rod­neya.

Tak czę­sto bez­rad­nie roz­my­ślał nad tą sytu­acją, że jej groza zbla­dła. Dzień mijał spo­koj­nie, banal­nie, odcho­dził w zapo­mnie­nie i nagle, długo potem, znowu go wycią­gano ze wszyst­kimi szcze­gó­łami. Zre­kon­stru­owano jego zacho­wa­nia, nawet myśli, i z powodu tej nie­go­dzi­wo­ści cier­piało tylko jego naj­skryt­sze ego. Jakże był wtedy nie­prze­zorny! Jak nie­od­po­wiedni wyda­wał się teraz każdy jego gest, wyko­ny­wany dwa, sto, tysiąc razy!

Czy zawsze był taki zado­wo­lony z sie­bie jak tam­tego dnia? I co się działo po tym dniu? Natu­ral­nie, skoro nie miał wów­czas poję­cia, jak poto­czy się jego życie, nie wie­dział tego teraz. Czy był szczę­śliwy z Vale­rie, czy jego nie­dawno wydana praca o spra­wie­dli­wo­ści w cza­sach feu­dal­nych zyskała poklask - mógł teraz sta­wiać takie pyta­nia, nie znaj­do­wał jed­nak na nie odpo­wie­dzi.

Na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu leżały ręka­wiczki Vale­rie; wrzu­cił je do schowka z admi­ra­cją zupeł­nie ode­rwaną od swej bez­sil­no­ści. Ona, ta kochana pro­mienna istota, była w takim samym, bez­na­dziej­nym poło­że­niu. W tym byli zjed­no­czeni, choć nie mogli tego wyra­zić naj­drob­niej­szym gestem.

Jechał powoli Ban­bury Road. Jak zawsze nakła­dały się tam na sie­bie cztery war­stwy rze­czy­wi­sto­ści. Świat zewnętrzny, Oxford, pier­wotne, roz­tar­gnione spo­strze­że­nia Rod­neya z cza­sów, gdy prze­miesz­czał się w tym świe­cie, wid­mowe myśli jego "obec­nego ja", gorz­kie i daremne, oraz pół­wi­doczne twa­rze z przy­szło­ści, które poja­wiały się i zni­kały. Te cztery war­stwy w nie­okre­ślony spo­sób się ze sobą mie­szały, chwi­lami prze­cho­dząc jedna w drugą, co dopro­wa­dzało Rod­neya nie­mal do obłędu. (Jak by to było być obłą­ka­nym uwię­zio­nym w zdro­wym umy­śle? Kusiło go, by pozwo­lić sobie na luk­sus odpusz­cze­nia tego sobie).

Cza­sami łowił uchem strzępy roz­mów mię­dzy widzami. Przy­naj­mniej każ­dego dnia byli inni. "Gdyby on wie­dział, jak wygląda!" - wykrzy­ki­wali. Albo: "Widzisz jej fry­zurę?". Albo: "Ależ spe­luna!". Albo: "Mamo, co to jest to brą­zowe, co on je?". Albo - jakże czę­sto to sły­szał - "Szkoda tylko, że nie wie, że go oglą­damy!".

Gdy zatrzy­mał się przed Sep­ta­gu­intą i wyłą­czył sil­nik, uro­czy­ście biły kościelne dzwony. Zaraz znaj­dzie się w tym pach­ną­cym stę­chli­zną gabi­ne­cie i będzie popi­jał coś ze szkla­neczki ze skrze­czą­cym pro­fe­so­rem tytu­lar­nym. Będzie po raz enty uśmie­chał się nieco zbyt sze­roko, gdy przy­pływ ambi­cji się­gnie dalej niż wyraz przy­jaźni. Ska­kał gorącz­kowo myślami do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu. Och, gdyby tylko mógł coś zro­bić! I tak minie dzień. W końcu nadej­dzie noc - ostatni powiew drwiny z koszuli noc­nej Vale­rie i jego piżamy! - a potem zapo­mnie­nie.

Zapo­mnie­nie... cią­gnęło się przez wiecz­ność, ale nie trwało ani chwili... A tamci znowu prze­winą rolkę i zaczną to od nowa, znów od nowa.

Było mu miło zoba­czyć się z pro­fe­so­rem tytu­lar­nym. Pro­fe­so­rowi tytu­lar­nemu było miło zoba­czyć się z nim. Tak, to był miły dzień. Nie, nie opusz­czał wizyt w kole­gium od... zaraz... to musiało być przed­ostat­niego lata. A potem nade­szło to zda­nie, które budziło naj­więk­szy śmiech; Rod­ney nie­uchron­nie powie­dział: "Och, wszy­scy musimy mieć nadzieję na jakiś rodzaj nie­śmier­tel­no­ści".

Musieć powie­dzieć to znowu, powie­dzieć to ani tro­chę mniej gładko niż wtedy, gdy powie­działo się to po raz pierw­szy i kiedy to życze­nie zostało speł­nione w tak absur­dalny spo­sób! Gdyby tylko mógł wcze­śniej umrzeć, gdyby film się zerwał!

I wtedy film się zerwał.

Wszech­świat zami­go­tał i znie­ru­cho­miał, po czym przy­brał barwę zga­szo­nego fio­letu. Tem­pe­ra­tura i dźwięk spa­dły do zera. Rod­ney Fur­nell stał jak ska­mie­niały, z rękoma zasty­głymi w pół gestu i ze szklanką w pra­wej dłoni. Prze­szyły go to migo­ta­nie, ten fio­let i ta zero­wość, ale gdy poczuł, że zaczyna blak­nąć, zro­dziła się w nim wielka dzika nadzieja. Jego duch prze­jął łap­czy­wie we wła­da­nie daw­nego Rod­neya. Zwal­czył znie­chę­ce­nie i poczuł przy­pływ pew­no­ści sie­bie.

Z jego dłoni znik­nęła szklanka. Pro­fe­sor tytu­larny roz­pły­nął się w pół­mroku. Zapa­no­wała ciem­ność. Rod­ney się odwró­cił. Tego ruchu nie było w sce­na­riu­szu - Rod­ney żył i był panem sie­bie.

Pękła bańka dwu­dzie­sto­wiecz­no­ści i został - żywy - w przy­szło­ści. Stał w ciem­nej, pustej prze­strzeni. Naj­wy­raź­niej doszło do lek­kiego spię­cia. Wzno­siło się nad nim urzą­dze­nie podobne do dźwigu, wiel­kie jak loko­mo­tywa, z kil­koma wysta­ją­cymi z pod­brzu­sza lej­kami; z jed­nego wydo­by­wał się dym. Nie­wąt­pli­wie był to pro­jek­tor czasu czy jak tam go zwano, i naj­wi­docz­niej prze­pa­lił się w nim bez­piecz­nik!

Całą uwagę Rod­neya pochło­nęła roz­gry­wa­jąca się wokół niego scena. Z roz­ko­szą patrzył, jak jego ostat­nią publicz­ność ogar­nia panika. Krzy­czeli, prze­py­chali się i - w jed­nym miej­scu - zażar­cie ze sobą wal­czyli. Męż­czyźni i kobiety w nija­kich prze­zro­czy­stych wor­kach okry­wa­ją­cych ich od stóp do głów. I oni śmieli drwić z jego piżamy!

Ostroż­nie się odda­lił. Począt­kowo oszo­ło­miło go poczu­cie wol­no­ści, nie mógł uwie­rzyć, że żyje. Ale potem zdał sobie sprawę, jak cenna jest wol­ność, po dwa­kroć cenna po tej naj­strasz­liw­szej for­mie znie­wo­le­nia, i wie­dział, że musi jej strzec, sal­wu­jąc się ucieczką. Pospiesz­nie wyszedł ze strefy pro­jek­cji. Zatrzy­mał się przy wiel­kim napi­sie, który gło­sił:

CHRO­NO­AR­CHE­OLO­GIA SP. Z O.O. PRZED­STA­WIA

OBRAZY SPRZED WIE­KÓW

WEJDŹ I NACIESZ SIĘ WYGŁU­PAMI PRZOD­KÓW!

NAUKA BAWI

A niżej: Pro­simy, weź fol­der.

Trzę­sąc się, Rod­ney wziął jeden z krzy­kli­wych fol­de­rów i wepchnął go do kie­szeni. Potem ruszył bie­giem.

Jego domysł, że jest to park roz­rywki, oka­zał się trafny. On i Vale­rie byli tylko posta­ciami w prze­re­kla­mo­wa­nym panop­ty­ko­nie. Z każ­dej strony wzno­siły się olbrzy­mie kabiny. Spa­ce­ro­wały lub stały tłumy, nie zwra­ca­jąc uwagi na prze­cho­dzą­cego obok Rod­neya. Powie­wały flagi, sączyła się przy­jemna muzyka; w pobliżu miga­jący znak zapra­szał:

SPRÓ­BUJ ANTY­GRA­WI­TA­CJI

I SPEŁ­NIJ SWE MARZE­NIA

Dalej pla­kat obwiesz­czał:

ŹLI WENU­SJA­NIE! TYLKO TUTAJ!

Na szczę­ście wyj­ście było bli­sko. Oba­wia­jąc się, że na jego ramie­niu spo­cznie powstrzy­mu­jąca go ręka, Rod­ney jak naj­szyb­ciej ruszył w jego stronę. Minął wynio­słą budowlę, przed którą stała długa kolejka ocze­ku­ją­cych nie­cier­pli­wie wpa­tru­ją­cych się w słowa:

POSMA­KUJ ERO­TYCZ­NYCH MOŻ­LI­WO­ŚCI

SWO­BOD­NEGO SPA­DA­NIA

i dotarł do bramy.

Odźwierny krzyk­nął do niego i pró­bo­wał go zatrzy­mać. Rod­ney puścił się bie­giem. Pędził drogą gładką jak satyna, aż poko­nało go zmę­cze­nie. Przy kra­węż­niku stał meta­lowy obiekt w kształ­cie z grub­sza podob­nym do buta, ale wiel­ko­ści małego pawi­lonu. Przez okna Rod­ney widział kanapy, ale ani jed­nej osoby. Wdzięczny za niemą ofertę wypo­czynku i ukry­cia wszedł do środka.

Gdy zdy­szany zagłę­bił się w mięk­kiej gumo­wej piance, uświa­do­mił sobie, w jak okrop­nym zna­lazł się poło­że­niu. Że też wieki po swoim życiu - i śmierci - musiał osiąść jak roz­bi­tek na bez­lud­nej wyspie w świe­cie super­tech­no­lo­gii i bar­ba­rzyń­stwa! - bo tak to widział. Była to jed­nak ogromna poprawa po powta­rza­ją­cych się kosz­ma­rach, któ­rych nie­dawno doświad­czał. Teraz musiał przede wszyst­kim spo­koj­nie pomy­śleć.

- Jest pan gotów jechać?

Rod­ney aż pod­sko­czył na dźwięk tych słów - roz­legł się on tuż obok, choć w zasięgu głosu nie było nikogo. Wnę­trze z sze­ro­kimi mięk­kimi ław­kami przy­po­mi­nało pocze­kal­nię dworca auto­bu­so­wego. Wszyst­kie ławki były puste.

- Jest pan gotów jechać? - głos roz­legł się ponow­nie.

- Kto mówi? - zapy­tał Rod­ney.

- Auto­moto Sie­dem Sześć Jeden do pana usług. Cze­kam na pole­ce­nie jazdy.

- To zna­czy stąd?

- Oczy­wi­ście.

- Tak, pro­szę jechać!

Struk­tura natych­miast gładko ruszyła. Sunęła bez­sze­lest­nie, bez­dź­więcz­nie. Kolo­rowy park roz­rywki został z tyłu i ustą­pił miej­sca innym, sze­roko roz­sta­wio­nym, nie­dy­mią­cym budyn­kom z jakiejś sub­stan­cji, która wyglą­dała jak tka­nina na zasłony; prze­pły­wały za oknem bez końca.

- Jedziesz... jedziemy na wieś?

- To jest wieś, pro­szę pana. Chce pan jechać do mia­sta?

- Nie. Co jest za mia­stem i wsią?

- Nic, pro­szę pana - oczy­wi­ście poza mor­skimi polami.

Porzu­ciw­szy ten temat, Rod­ney, który instynk­tow­nie zwra­cał się do deski roz­dziel­czej z przodu pojazdu, zapy­tał:

- Prze­pra­szam, że o to pytam, ale jesteś... eee... robo­tem?

- Tak, pro­szę pana. Auto­moto Sie­dem Sześć Jeden, nowa wer­sja. Pan pierw­szy raz na tej tra­sie?

Z piersi Rod­neya wydo­było się wes­tchnie­nie ulgi. Nie zniósłby widoku ludz­kiej istoty, ale czuł się irra­cjo­nal­nie lep­szy od mecha­nicz­nej. Miała miły głos, z pew­no­ścią nie bar­dziej skrze­czący niż głos tego pro­fe­sora lite­ra­tury sta­ro­an­giel­skiej w jego kole­gium... bez względu na to, jak dawno to było.

- Jaki jest teraz rok? - zapy­tał.

- Tor zero osiem­dzie­sią­tej dru­giej epoki według nowego kalen­da­rza. Dwa tysiące pięć­setny według sta­rego.

Było to pierw­sze bez­po­śred­nie potwier­dze­nie jego przy­pusz­czeń; nie można było kwe­stio­no­wać tej gład­kiej odpo­wie­dzi.

- Dzięki - odparł głu­cho. - A teraz, jeśli nie masz nic prze­ciw temu, muszę pomy­śleć.

Jed­nak myśle­nie nie przy­nio­sło żad­nych wyni­ków ani pocie­chy. Może naj­mą­drzej byłoby się zdać na łaskę jakiejś cywi­li­zo­wa­nej wła­dzy... jeśli została jakaś cywi­li­zo­wana wła­dza. Lecz czy naj­mą­drzejsze posu­nię­cie w wieku dwu­dzie­stym byłoby naj­mą­drzejsze w... hm... dwu­dzie­stym szó­stym?

- Kie­rowco, Oxford jesz­cze ist­nieje?

- Co to jest Oxford, pro­szę pana?

Rod­ney zapy­tał z nie­po­ko­jem:

- To Anglia?

- Tak, pro­szę pana. Zna­la­złem Oxford w moim infor­ma­to­rze. To zakład moto­ry­za­cji i pro­duk­cji stat­ków kosmicz­nych w Midlands.

- Po pro­stu jedź dalej.

Się­gnął do kie­szeni, wyjął bro­szurę z infor­ma­cjami o parku roz­rywki i przej­rzał kolo­rowy tekst z nadzieją, że znaj­dzie tam jakąś wska­zówkę co do dal­szego dzia­ła­nia.

"Chro­no­ar­che­olo­gia Sp. z o.o. przed­sta­wia osza­ła­mia­jący pod­gląd tego, co się działo w prze­szło­ści. Całe dni z życia (a) Matki dino­zaura, (b) Nie­go­dzi­wego bra­tanka Wil­helma Zdo­bywcy, (c) Oby­wa­tela sza­lo­nego, pusto­szo­nego przez zarazę Lon­dynu z cza­sów Stu­ar­tów, (d) Dwu­dzie­sto­wiecz­nego zako­cha­nego nauczy­ciela.

Bez cen­zury, bez żad­nych wtrę­tów! Lep­sze od efek­tów sen­so­rycz­nych! Wszystko we wspa­nia­łej tech­no­lo­gii 4D, do któ­rej nie umywa się ste­reo".

Zży­ma­jąc się na swój opis, Rod­ney zmiął bro­szurę w dłoni. Zasta­na­wiał się z gory­czą, ile osób z jego poko­le­nia musi bez­rad­nie zno­sić ten obrzy­dliwy brak sza­cunku oka­zy­wany im przez pod­glą­da­czy na całym świe­cie. Gdy nieco ochło­nął z obu­rze­nia, powró­ciła cie­ka­wość; wygła­dził fol­der i prze­czy­tał krótki opis pro­cesu, który "da ci wgląd w prze­szłość, przy­bli­ża­jąc każdą epokę".

Pod nagłów­kiem "To fan­ta­styczne, to sen­so­ryczne" prze­czy­tał: "Tak jak anty­gra­wi­ta­cja unosi czło­wieka w kie­runku prze­ciw­nym do siły cią­że­nia, tak chro­no­łap może cię ponieść w maszy­nie w kie­runku prze­ciw­nym do biegu czasu, ponad ciemne wieki. Można go pre­cy­zyj­nie popro­wa­dzić z teraź­niej­szo­ści do wybra­nego frag­mentu prze­szło­ści i dać ci się cie­szyć tym, co się w nim dzieje, bez wie­dzy osób, które ist­nieją w tym frag­men­cie. Nie trzeba pod­kre­ślać ogrom­nych kosz­tów tej skom­pli­ko­wa­nej opera..."

- Kie­rowco! - wrza­snął Rod­ney. - Wiesz coś o tym chro­no­ła­pie?

- Tylko to, co zasły­sza­łem, pro­szę pana.

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

- Mój ośro­dek infor­ma­cji zawiera tylko fakty zwią­zane z moimi obo­wiąz­kami, ale ponie­waż mam też obwody do nauki, mogę od czasu do czasu zbie­rać plotki od pasa­że­rów, któ­rzy...

- A więc powiedz mi, czy ludzie oraz maszyny mogą podró­żo­wać wstecz w cza­sie?

Za oknami pojazdu wciąż prze­su­wały się budynki, ciche i wro­gie w tym nie­zna­nym świe­cie. Bęb­niąc ner­wowo pal­cami po kana­pie, Rod­ney cze­kał na odpo­wiedź.

- Tylko maszyny, pro­szę pana. Ludzie nie mogą żyć wstecz.

Przez długi czas leżał i łkał. Auto­moto wyda­wał pocie­sza­jące dźwięki, ale Rod­ney zna­lazł się w sytu­acji, w któ­rej nie potra­fił sobie pora­dzić.

W końcu otarł oczy ręka­wem, ręka­wem swo­jej świą­tecz­nej mary­narki, i usiadł. Naka­zał kie­rowcy jechać do głów­nego biura Chro­no­ar­che­olo­gii i zapadł­szy w stu­por, osu­nął się na opar­cie kanapy. Tylko w cen­trali firmy korzy­sta­ją­cej z tego dia­bel­skiego wyna­lazku mogli być ludzie, któ­rzy zdo­ła­liby - gdyby zechcieli - prze­nieść go z powro­tem w jego czasy.

Wzdra­gał się na myśl o tym, że przyj­dzie mu sta­nąć przed jakąś istotą z tej pozba­wio­nej skru­pu­łów epoki. Ode­pchnął tę myśl i sku­pił się na wspo­mnie­niach o spo­koju i porządku panu­ją­cym na świe­cie, z któ­rego został wskrze­szony. Zoba­czyć znowu Oxford, zoba­czyć Vale­rie... drogą Vale­rie...

Czy w Chro­no­ar­che­olo­gii mu pomogą? Czy też, zakła­da­jąc, że pra­cow­nicy parku roz­rywki zre­pe­rują ten dia­bel­ski apa­rat, zanim tam dotrze... Bał się wyobra­zić sobie, co by się wtedy stało.

- Kie­rowco, szyb­ciej! - krzyk­nął.

Sze­roko roz­sta­wione budynki zlały się w litą ścianę.

- Kie­rowco, szyb­ciej! - wrza­snął.

Ściana stała się mgłą.

- Pędzimy z pręd­ko­ścią dwóch i trzech dzie­sią­tych macha - powie­dział spo­koj­nie kie­rowca.

- Szyb­ciej!

Mgła stała się piskiem.

- Roz­bi­jemy się, pro­szę pana.

Roz­bili się. Ciem­ność, lito­ściwa, cał­ko­wita.

Jęk­nęła i zabrzę­czała sprę­żyna mate­raca, roz­stą­piła się mgła. Rod­ney Fur­nell się obu­dził. Z łazienki za ścianą dobie­gało brzę­cze­nie golarki Jima...

Superzabawki trwają przez całe lato

W ogro­dzie pani Swin­ton zawsze trwało lato. Śliczne mig­da­łowce były wiecz­nie pokryte liśćmi. Monica Swin­ton zerwała sza­fra­nową różę i poka­zała ją Davi­dowi.

- Czyż nie jest piękna? - powie­działa.

David spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się sze­roko, ale nie odpo­wie­dział. Zła­pał kwiat, pobiegł z nim przez traw­nik i znik­nął za szopką, w któ­rej przy­sia­dła kosiarka, gotowa do cię­cia, gra­bie­nia czy rolo­wa­nia, gdy nadej­dzie na to pora. Monica stała na nie­ska­zi­tel­nej żwi­ro­wej ścieżce z pla­stiku.

Sta­rała się go kochać.

Gdy zde­cy­do­wała się pójść za chłop­cem, zna­la­zła go na podwórku pła­wią­cego różę w bro­dziku. Stał w nim pochło­nięty zabawą, wciąż w san­da­łach.

- David, kocha­nie, musisz zacho­wy­wać się tak okrop­nie? Natych­miast chodź do domu, zmień obu­wie i skar­petki.

Poszedł z nią bez słowa pro­te­stu, a jego ciemna głowa podry­gi­wała na wyso­ko­ści jej pasa. Miał pięć lat i nie bał się ultra­dź­wię­ko­wej suszarki w kuchni, ale nim Monica zdą­żyła się­gnąć po parę pan­to­fli, wymknął się i znik­nął w cichym domu.

Pew­nie pobiegł poszu­kać swo­jego misia.

Monica Swin­ton, dwu­dzie­sto­dzie­wię­cio­latka o ład­nej figu­rze i łagod­nie błysz­czą­cych oczach, prze­szła do salonu i usia­dła, z gra­cją ukła­da­jąc swoje członki. Zaczęła od sia­da­nia i myśle­nia, ale wkrótce już tylko sie­działa. Czas upły­wał jej leni­wie, z pobła­ża­niem zastrze­żo­nym dla dzieci, obłą­ka­nych i kobiet, któ­rych mężo­wie byli poza domem i zaj­mo­wali się ulep­sza­niem świata. Nie­mal odru­chowo wycią­gnęła rękę i zmie­niła dłu­gość fali swo­ich okien. Ogród znik­nął; na jego miej­scu wyro­sło po lewej cen­trum mia­sta, pełne tło­czą­cych się ludzi, nadmu­chi­wa­nych łódek i budyn­ków, ale wyci­szyła fonię. Pozo­stała sama. Prze­lud­niony świat był ide­al­nym miej­scem na samot­ność.

Dyrek­to­rzy Syn­thanku jedli suty obiad, świę­tu­jąc wypusz­cze­nie nowego pro­duktu. Nie­któ­rzy mieli na twa­rzach popu­larne w tym cza­sie maski. Pomimo obfi­to­ści jadła i napo­jów, które pochła­niali, byli ele­gancko szczu­pli. Ele­gancko szczu­płe pomimo obfi­to­ści jadła i napo­jów, które pochła­niały, były też ich żony. Wcze­śniej­sze, mniej wyra­fi­no­wane poko­le­nie uzna­łoby, że są piękni, ale nie powie­dzia­łoby tak o ich oczach. Wyraz ich oczu był twardy i wyra­cho­wany.

Henry Swin­ton, dyrek­tor zarzą­dza­jący Syn­thanku, zabie­rał się do wygło­sze­nia prze­mó­wie­nia.

- Szkoda, że nie ma tu two­jej żony i nie może cię posłu­chać - powie­dział jego sąsiad.

- Monica woli być w domu i snuć piękne myśli - odparł Swin­ton, przy­wo­łu­jąc na twarz uśmiech.

- Można się spo­dzie­wać, że taka piękna kobieta ma piękne myśli - rzekł sąsiad.

Zejdź z mojej żony, sukin­synu, pomy­ślał Swin­ton, wciąż się uśmie­cha­jąc.

Wstał przy okla­skach i zaczął prze­mó­wie­nie. Rzu­cił kilka dow­ci­pów, po czym powie­dział:

- Dzień dzi­siej­szy jest dla naszej firmy prze­ło­mowy. Mija już pra­wie dzie­sięć lat, odkąd wpro­wa­dzi­li­śmy na świa­towy rynek nasze pierw­sze syn­te­tyczne formy życia. Wszy­scy wie­cie, jakim cie­szyły się powo­dze­niem, zwłasz­cza minia­tu­rowe dino­zaury. Ale żadna z tych form nie miała inte­li­gen­cji.

Zakrawa na para­doks - cią­gnął - że w tej epoce potra­fimy two­rzyć życie, ale nie inte­li­gen­cję. Ze wszyst­kich naszych pro­duk­tów naj­le­piej się sprze­daje ten z serii pła­ziń­ców Cros­swell, który jest z nich naj­głup­szy.

Wszy­scy się roze­śmieli.

- Cho­ciaż trzy czwarte miesz­kań­ców naszego prze­lud­nio­nego świata gło­duje - pero­ro­wał Swin­ton - my, zebrani tutaj, dzięki kon­troli uro­dzeń mamy wię­cej, niż potrze­bu­jemy. Naszym pro­ble­mem nie jest nie­do­ży­wie­nie, lecz oty­łość. Sądzę, że przy tym stole nie ma nikogo, kto by nie miał w jeli­cie cien­kim pra­cu­ją­cego dla niego Cro­swella, cał­ko­wi­cie bez­piecz­nego tasiemca, który pozwala swo­jemu żywi­cie­lowi spo­ży­wać ponad pięć­dzie­siąt pro­cent jedze­nia wię­cej i zacho­wać figurę. Prawda?

Ogólne kiwa­nie gło­wami na znak zgody.

- Nie­mal tak samo głu­pie są nasze minia­tu­rowe dino­zaury. Dziś jed­nak wypusz­czamy inte­li­gentną syn­te­tyczną formę życia: peł­no­wy­mia­ro­wego słu­żą­cego. Ma on inte­li­gen­cję, ale kon­tro­lo­waną. Jeste­śmy prze­ko­nani, że ludzie nie będą się oba­wiali istot o ludz­kich mózgach. Nasz słu­żący ma w gło­wie mały kom­pu­ter. Są na rynku auto­maty z minikom­pu­terami słu­żącymi jako mózgi, pla­sti­kowe, nie­oży­wione przed­mioty, superza­bawki, ale nam udało się w końcu połą­czyć obwody kom­pu­terowe z syn­te­tyczną tkanką.

David sie­dział pod dłu­gim oknem pokoju dzie­cię­cego, zma­ga­jąc się z papie­rem i ołów­kiem. W końcu porzu­cił pisa­nie i zaczął tur­lać ołó­wek w górę i w dół pochy­łego blatu biurka.

- Misiu! - powie­dział.

Miś leżał na łóżku pod ścianą, pod książką z rucho­mymi obraz­kami i ogrom­nym pla­sti­ko­wym żoł­nie­rzem. Roz­po­znaw­szy wzo­rzec mowy swego pana, miś się uru­cho­mił i usiadł.

- Misiu, nie przy­cho­dzi mi do głowy, co napi­sać!

Miś zgra­mo­lił się z łóżka, pod­szedł sztywno do chłopca i przy­warł do jego nogi.

- A co już napi­sa­łeś? - spy­tał.

- Napi­sa­łem... - David pod­niósł list i uważ­nie się w niego wpa­trzył. - Napi­sa­łem: "Kochana Mamo, mam nadzieję, że jest ci teraz dobrze. Kocham cię".

Zapa­dła długa cisza, aż w końcu miś powie­dział:

- To brzmi świet­nie. Zejdź na dół i daj to jej.

Znowu długa cisza.

- To nie jest cał­kiem dobre - stwier­dził David. - Ona nie zro­zu­mie.

Mały kom­pu­ter w misiu prze­szu­kał swój pro­gram moż­li­wo­ści.

- Może napi­szesz to kred­kami?

David wyglą­dał przez okno.

- Misiu, wiesz, o czym myśla­łem? Jak odróż­nić to, co realne, od tego, co nie jest realne?

Miś prze­bie­rał w swo­ich moż­li­wo­ściach.

- Realne rze­czy są dobre - odrzekł.

- Zasta­na­wiam się, czy czas jest dobry. Myślę, że mama nie bar­dzo lubi czas. Kie­dyś, wiele dni temu, powie­działa, że czas jej ucieka.

- Czas poka­zują zegary. Zegary są realne. Mama ma zegary, więc musi je lubić. Ma zegar na ręku obok tar­czy tele­fonu.

David na odwrot­nej stro­nie listu zaczął ryso­wać samo­lot.

- Misiu, ty i ja jeste­śmy realni, prawda?

Miś patrzył na chłopca bez mru­gnię­cia okiem.

- Ty i ja jeste­śmy realni, Davi­dzie - potwier­dził.

Został zapro­jek­to­wany po to, by pocie­szać.

Monica snuła się po domu. Była już pra­wie pora na nadej­ście poczty kablo­wej. Wci­snęła jej numer na tar­czy na swoim prze­gu­bie, ale nie było żad­nej wia­do­mo­ści. Minęło jesz­cze kilka minut.

Mogła się zająć malo­wa­niem. Albo podzwo­nić do przy­ja­ció­łek. Albo pocze­kać, aż Henry wróci do domu. Albo poba­wić się z Davi­dem...

Weszła do holu i sta­nęła przy scho­dach.

- David!

Bez odpo­wie­dzi. Krzyk­nęła ponow­nie i po raz trzeci.

- Misiu! - zawo­łała ostrzej­szym tonem.

- Tak, mamo!

Po chwili na szczy­cie scho­dów poja­wiła się pokryta zło­tym futrem głowa misia.

- Misiu, czy David jest w swoim pokoju?

- David poszedł do ogrodu, mamo.

- Zejdź tu, misiu!

Stała, cze­ka­jąc nie­cier­pli­wie na małą futrzaną figurkę scho­dzącą na krót­kich nóż­kach ze stop­nia na sto­pień. Gdy miś dotarł do pod­nóża scho­dów, wzięła go na ręce i zanio­sła do salonu. Leżał bez ruchu w jej ramio­nach i patrzył na nią. Czuła deli­katne drga­nie jego sil­nika.

- Stój tu, misiu. Chcę z tobą pomó­wić. - Posta­wiła go na stole. Stał, jak mu pole­ciła, z otwar­tymi ramio­nami, w wiecz­nej goto­wo­ści do wzię­cia kogoś w obję­cia.

- Misiu, David kazał ci, abyś mi powie­dział, że poszedł do ogrodu?

Miś miał zbyt pro­ste obwody mózgowe, by dać wykrętną odpo­wiedź.

- Tak, mamo.

- A więc mnie okła­ma­łeś.

- Tak, mamo.

- Prze­stań nazy­wać mnie mamą! Dla­czego David mnie unika? Boi się mnie, tak?

- Nie. On cię kocha.

- Dla­czego nie mogę z nim poroz­ma­wiać?

- Bo David jest na górze.

Ta odpo­wiedź spra­wiła, że sta­nęła jak wryta. Po co ma tra­cić czas na roz­mowę z maszyną? Może po pro­stu wejść na górę, wziąć Davida w ramiona i poroz­ma­wiać z nim jak kocha­jąca matka z kocha­ją­cym synem. Sły­szała cię­żar ciszy w domu, ciszy wydo­by­wa­ją­cej się z każ­dego pomiesz­cze­nia z innym natę­że­niem. Na gór­nym pode­ście scho­dów coś się bar­dzo cicho poru­szało... David sta­rał się przed nią ukryć...

Zbli­żał się do końca prze­mó­wie­nia. Goście słu­chali uważ­nie, tak samo dzien­ni­ka­rze sto­jący przy dwóch ścia­nach sali ban­kie­to­wej, zapi­su­jący słowa Henry'ego i od czasu do czasu robiący mu zdję­cia.

- Nasz słu­żący będzie pod wie­loma wzglę­dami wytwo­rem kom­pu­tera. Bez wie­dzy o ludz­kim geno­mie ni­gdy byśmy nie prze­brnęli przez zło­żoną struk­turę związ­ków bio­che­micz­nych, z któ­rych składa się syn­te­tyczna tkanka. Będzie też prze­dłu­że­niem kom­pu­tera, ponie­waż będzie miał w gło­wie kom­pu­ter, minia­tu­rowy kom­pu­ter, który pora­dzi sobie nie­mal w każ­dej sytu­acji, z jaką może zetknąć się w domu. Oczy­wi­ście z pew­nymi wyjąt­kami.

Ta ostat­nia uwaga wzbu­dziła śmiech; wielu z obec­nych wie­działo o gorą­cej dys­ku­sji, która roz­go­rzała w sali posie­dzeń zarządu Syn­thanku, nim w końcu pod­jęto decy­zję, by słu­żący nie miał płci pod nie­na­ganną libe­rią.

- Trzeba ze smut­kiem skon­sta­to­wać, że przy wszyst­kich osią­gnię­ciach naszej cywi­li­za­cji, a także, nie­stety, pro­ble­mach spo­wo­do­wa­nych prze­lud­nie­niem, wiele milio­nów ludzi cierpi z powodu samot­no­ści i izo­la­cji. Nasz słu­żący będzie dla nich darem; będzie odpo­wia­dał na wszyst­kie pyta­nia i nie znuży go nawet naj­nud­niej­sza roz­mowa.

Pla­nu­jemy zbu­do­wać w przy­szło­ści wię­cej modeli - kon­ty­nu­ował Henry - płci męskiej i żeń­skiej... przy­rze­kam wam, że nie­które bez ogra­ni­czeń tego pierw­szego!... bar­dziej zaawan­so­wa­nych, praw­dzi­wych istot bio­elek­tro­nicz­nych. Będą one nie tylko miały wła­sne kom­pu­tery pozwa­la­jące na ich indy­wi­du­alne zapro­gra­mo­wa­nie, ale będą też połą­czone z Ambien­tem, świa­tową sie­cią danych. Tak więc każdy będzie mógł się cie­szyć odpo­wied­ni­kiem Ein­ste­ina w swoim domu.

Cią­gnąc za sobą torbę, David skra­dał się pod ścianą domu. Wspiął się na ozdobną ławkę pod oknem salonu i ostroż­nie zaj­rzał przez nie.

Pośrodku pokoju stała jego matka. Miała twarz bez wyrazu, co go prze­stra­szyło. Patrzył zafa­scy­no­wany. Nie ruszał się, ona też się nie ruszała. Czas jakby się zatrzy­mał, tak jak w ogro­dzie. Miś się obej­rzał, zoba­czył go, stur­lał się ze stołu i pod­szedł do okna. Gme­rał przy nim łap­kami i w końcu je otwo­rzył.

Popa­trzyli na sie­bie.

- Jestem do niczego - powie­dział David. - Uciek­nijmy!

- Jesteś bar­dzo dobrym chłop­cem. Mama cię kocha.

Chło­piec powoli pokrę­cił głową.

- Skoro mnie kocha, to dla­czego nie mogę z nią poroz­ma­wiać?

- Jesteś głupi, Davi­dzie. Mama czuje się samotna. Dla­tego ma cie­bie.

- Ma tatę. A ja nie mam nikogo oprócz cie­bie i czuję się samotny.

Miś klep­nął go po przy­ja­ciel­sku w głowę.

- Jeśli czu­jesz się tak źle, to idź znowu do psy­chia­try - pora­dził chłopcu.

- Nie­na­wi­dzę tego sta­rego psy­chia­try. Przez niego czuję się tak, jak­bym nie był realny.

Ruszył pędem przez traw­nik. Miś spadł z okna i pobiegł za nim tak szybko, jak pozwa­lały mu jego krót­kie, grube nóżki.

Monica Swin­ton była w pokoju dzie­cię­cym. Zawo­łała syna, ale się nie poru­szyła. Stała nie­zde­cy­do­wana. Pano­wała cisza.

Na biurku leżały kredki. Pod wpły­wem nagłego impulsu pode­szła do biurka i otwo­rzyła szu­fladę. Leżały w niej dzie­siątki kar­tek. Wiele z nich było zapi­sa­nych nie­zdar­nym pismem Davida, każda litera inną kredką niż poprzed­nia. Żadne zda­nie nie było ukoń­czone.

DROGA MAMO, JAK SIĘ NAPRAWDĘ CZU­JESZ, CZY KOCHASZ MNIE TAK BAR­DZO...

DROGA MAMO, KOCHAM CIE­BIE I TATĘ I ŚWIECI SŁOŃCE...

DROGA, DROGA MAMO, JESTEM TWOIM JEDY­NYM SYNEM I TAK BAR­DZO CIĘ KOCHAM, ŻE CZA­SAMI...

DROGA MAMO, JESTEŚ NAPRAWDĘ MOJĄ MAMĄ I NIE­NA­WI­DZĘ MISIA...

DROGA MAMO, ZGAD­NIJ, JAK BAR­DZO CIĘ KOCHAM...

DROGA MAMO, NIE MIŚ, ALE JA JESTEM TWOIM CHŁOP­CZY­KIEM I KOCHAM CIĘ, ALE MIŚ...

DROGA MAMO, TO LIST DO CIE­BIE, ŻEBY CI POWIE­DZIEĆ, JAK BAR­DZO, JAK ZAWSZE TAK BAR­DZO...

Monica upu­ściła kartki i wybuch­nęła pła­czem. Listy napi­sane weso­łymi, nie­do­pa­so­wa­nymi kolo­rami posy­pały się na pod­łogę.

Henry Swin­ton w pod­nio­słym nastroju zła­pał eks­pres i od czasu do czasu rzu­cał jakieś słowo do syn­te­tycz­nego słu­żą­cego, któ­rego zabie­rał do domu. Słu­żący odpo­wia­dał mu grzecz­nie i bez zwłoki, cho­ciaż według ludz­kich kry­te­riów jego odpo­wie­dzi nie zawsze były na temat.

Swin­to­no­wie miesz­kali w jed­nym z naj­bar­dziej luk­su­so­wych blo­ków w mie­ście. W ich miesz­ka­niu, wci­śnię­tym mię­dzy inne, nie było okien; nikt nie chciał widzieć prze­lud­nio­nego świata na zewnątrz. Henry otwo­rzył drzwi, zbli­ża­jąc oko do ska­nera z zako­do­wa­nym obra­zem jego siat­kówki i wszedł, a za nim słu­żący.

Natych­miast oto­czyły go przy­ja­zne ilu­zje ogrodu wiecz­nie ską­pa­nego w słońcu. Było zdu­mie­wa­jące, jak wiel­kie miraże mógł two­rzyć holo­graf na małej prze­strzeni. Za różami i wiste­riami stał ich dom. Złu­dze­nie było kom­pletne: Henry'ego witał dwór w stylu geo­r­giań­skim.

- Jak ci się to podoba? - zapy­tał Henry słu­żą­cego.

- Róże cza­sami cho­rują na czarną pla­mi­stość.

- Te są bez skazy. Mam na to gwa­ran­cję.

- Warto kupo­wać rze­czy z gwa­ran­cją, nawet jeśli kosz­tują tro­chę wię­cej.

- Dzięki za infor­ma­cję - powie­dział sucho Henry. Syn­te­tyczne formy życia ist­niały od nie­spełna dzie­się­ciu lat, mecha­niczne andro­idy od nie­spełna szes­na­stu; stale usu­wano wady ich sys­te­mów ope­ra­cyj­nych.

Henry wszedł do środka i zawo­łał Monicę.

Natych­miast wyszła z salonu, objęła go i żar­li­wie poca­ło­wała w poli­czek i w usta. Zasko­czyło to Henry'ego.

Odsu­nął się, spoj­rzał na jej twarz i zoba­czył, że pro­mie­nieje bla­skiem i urodą. Od mie­sięcy nie widział jej tak pod­eks­cy­to­wa­nej. Odru­chowo przy­ci­snął ją moc­niej do sie­bie.

- Co się stało, kocha­nie?

- Henry, Henry... och, kochany... byłam w roz­pa­czy... ale spraw­dzi­łam popo­łu­dniową pocztę i... Nie uwie­rzysz! Och, to cudowne!

- Na miłość boską, kobieto, co jest cudowne?

Zer­k­nął na nagłó­wek wia­do­mo­ści w jej ręku, jesz­cze cie­płej po wyję­ciu z odbior­nika w ścia­nie. Mini­ster­stwo Lud­no­ści. Doznał takiego wstrząsu, że z twa­rzy odpły­nęła mu krew. Poczuł nagły przy­pływ nadziei.

- Monico... och... nie mów, że w końcu wylo­so­wano nasz numer!

- Tak, kochany, tak! W tym tygo­dniu wygra­li­śmy na lote­rii rodzi­ciel­skiej. Możemy brać się do dzieła i począć dziecko!

Wydał okrzyk rado­ści. Zaczęli tań­czyć po pokoju. Pre­sja demo­gra­ficzna była tak wielka, że trzeba było ści­śle kon­tro­lo­wać repro­duk­cję. Uro­dze­nie dziecka wyma­gało zgody rządu. Od czte­rech lat cze­kali na tę chwilę.

W końcu prze­stali wiro­wać i sta­nęli zdy­szani na środku salonu, śmie­jąc się do sie­bie. Po zej­ściu z góry Monica przy­wró­ciła oknom prze­zro­czy­stość i teraz widać było przez nie ogród. Sztuczne słońce rzu­cało na traw­nik złote pro­mie­nie, a przez okno patrzyli na nich David i Miś.

Widząc ich twa­rze, Henry i jego żona spo­waż­nieli.

- Co z nimi zro­bimy? - zapy­tał Henry.

- Miś nie spra­wia kło­po­tów. Funk­cjo­nuje cał­kiem dobrze.

- A David nie?

- Jego ośro­dek komu­ni­ka­cji wciąż szwan­kuje. Sądzę, że znowu będzie musiał wró­cić do fabryki.

- Dobrze. Przed naro­dzi­nami dziecka zoba­czymy, jak będzie sobie radził. A wła­śnie - mam dla cie­bie nie­spo­dziankę, pomoc, i to aku­rat wtedy, kiedy jest potrzebna! Chodź do holu i zobacz, co przy­wio­złem.

Gdy doro­śli znik­nęli z pokoju, chło­piec i miś usie­dli pod stan­dar­do­wymi krze­wami róż.

- Misiu, przy­pusz­czam, że mama i tata są realni, prawda?

- Zada­jesz głu­pie pyta­nia, Davi­dzie - odparł miś. - Nikt nie wie, co zna­czy "realny". Chodźmy do środka.

- Naj­pierw wezmę jesz­cze jedną różę!

Zerwał jasno­ró­żowy kwiat i zabrał go do domu. Idąc spać, będzie go mógł poło­żyć na poduszce. Jego piękno i deli­kat­ność przy­po­mi­nały mu mamę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki