Przenigdy
Jęknęła i zabrzęczała sprężyna materaca,
rozstąpiła się mgła. Rodney Furnell się obudził. Z łazienki za ścianą
dobiegało brzęczenie golarki - jego syn już wstał. Puste łóżko obok
świadczyło, że Valerie, jego druga żona, także już jest na nogach. Z poczuciem winy wstał też Rodney i wykonał kilka nieśmiałych skłonów, by
rozluźnić kręgosłup. Młodość! Dopóki trwała, trzeba ją było oszczędzać.
Dotknął palców stóp.
Wzbudziło to pierwszy śmiech widowni.
Gdy Rodney wbił się w niedzielny garnitur, dziewięć razy odezwała się
kukułka z zegara żony, a po niej rozległy się bardziej sardoniczne
kuranty jego pozłacanego chronometru. Gdy wszedł do ich małej,
przytulnej kuchni, Valerie i Jim (Rodney skrupulatnie unikał scenicznego
imienia swego jedynego potomka) siedzieli już przy płatkach
śniadaniowych.
Kolejny wybuch śmiechu na widok tej staroświeckiej dwudziestowiecznej
nowoczesności.
- Cześć! Piękny ranek! - zagrzmiał, całując żonę w czoło. Przedzierające
się przez wilgotną mgłę październikowe słońce rzeczywiście ukazywało
wszystko w wesołych barwach, a czterdziestodwuletni mężczyzna
instynktownie uzbraja się w entuzjazm w obliczu o piętnaście lat
młodszej żony.
Widownia uwielbiała się przyglądać ich codziennym posiłkom, mrucząc z zadowolenia, kiedy używali każdego z dziwnych akcesoriów: tostera,
imbryka do herbaty, szczypiec do cukru.
Valerie wyglądała świeżo i nieskazitelnie. Jim paradował w koszuli z otwartym kołnierzykiem i był usłużny wobec macochy. W wieku
dziewiętnastu lat był zbyt męski i zbyt usłużny... Przeglądali w najlepszej komitywie niedzielną gazetę, gawędząc o teatrze i książkach.
Rodney mógł się od czasu do czasu przyłączyć do rozmowy o jakiejś
książce. Przekonany, że żona nie lubi widzieć go w okularach,
powstrzymywał się od czytania przy śniadaniu.
Ależ widownia ryczała ze śmiechu, gdy później zakładał je w swoim
gabinecie! Ależ nienawidził tej widowni! Ależ pragnął móc choćby unieść
drwiąco brew!
Dzień przebiegał dokładnie tak, jak przebiegł już ponad tysiąc razy, nie
mogąc ani na jotę zboczyć z utartego toru. A więc będzie trwał i trwał,
bezsensowny jak banał albo powtarzana bez końca nuta, ku uciesze tych
durniów, którzy otaczali ich ze wszystkich czterech stron i śmiali się z najgłupszych rzeczy.
Początkowo Rodneya to przerażało. Moc, która jakby podniosła ich z grobu, wydawała mu się jakąś czarną magią. Później, gdy się do tego
przyzwyczaił, zaczęło mu to schlebiać - to, że te mądre istoty chciały
oglądać jego dzień powszedni, ekshumować jego skromne życie. Ale
działało to kojąco tylko przez pewien czas, bo wkrótce odkrył, że to nie
strawa dla filozofów, lecz po prostu przereklamowane pośmiewisko dla
głupców w jakimś parku rozrywki.
Ruszył z Valerie na spacer po podniszczonym ogrodzie, z ramieniem wokół
jej kibici. Powietrze w północnym Oxfordzie było łagodne i senne; u sąsiadów grało radio.
- Kochanie, musisz iść na spotkanie z tym zasuszonym profesorem
tytularnym? - zapytała.
- Wiesz, że muszę. - Przemógł irytację i dodał: - Po obiedzie pojedziemy
na przejażdżkę. Tylko ty i ja.
Jak zawsze wywołało to śmiech widowni. Prawdopodobnie "przejażdżka po
obiedzie" nabrała jakiegoś podejrzanego znaczenia. Za każdym razem, gdy
Rodney wymawiał te słowa, bał się reakcji, jaka pojawiała się na tych
ledwie widocznych twarzach otaczających ich ze wszystkich stron, ale był
bezradny, gdyż nie mógł zmienić tego, co niegdyś powiedział.
Pocałował Valerie, miał nadzieję, że elegancko. Widownia zachichotała, a on wszedł do garażu. Żona wróciła do domu, Jim też. Bez względu na to,
ile razy powtórzy się ten dzień, nigdy się nie dowie, co się tam działo.
W żaden sposób nie mógł potwierdzić podejrzenia, że jego syn kocha się w Valerie, a ona czuje do niego pociąg. Powinna mieć dość rozsądku, by
przedkładać dojrzałego mężczyznę nad dziewiętnastoletniego młokosa; poza
tym zaledwie półtora roku wcześniej prasa nazwała Rodneya "jednym z naszych obiecujących litterae historicae".
Do Kolegium Septaguinty mógł się wybrać pieszo, ale wolał pojechać tam
swoim samochodem, ponieważ był on nowym nabytkiem, na który z trudem
było stać kogoś, kto jak on miał pensję wykładowcy. Oczywiście widzowie
zanosili się śmiechem na widok tego małego auta. Czyszcząc przednią
szybę, kipiał nienawiścią do nich i wszystkich mieszkańców tego
przyszłego świata.
Dziwne. W zakamarku umysłu dawnego Rodneya istniało miejsce dla nowego,
jego ducha. Był on zależny od dawnego Rodneya - tego, który rzeczywiście
żył w tym pięknym jesiennym dniu - w kwestii widzenia, poruszania się,
wszystkich aspektów życia, ale mógł niezależnie od niego zajmować małą
komórkę w jego świadomości. Był bezradnym obserwatorem stale unoszonym w kokpicie przeszłości.
I na tym właśnie polegała ironia losu. Oszczędzono by mu tego
upokorzenia, gdyby nie wiedział, co się dzieje. Ale wiedział, mimo że
był uwięziony w niewiedzącej skorupie.
To, co się stało, było w ogólnym zarysie dosyć oczywiste nawet dla
niego, historyka, który nie miał wiele wspólnego z naukami ścisłymi. W którymś momencie przyszłości człowiek wywęszył sekret dosłownego
odzyskiwania przeszłości. Minione lata leżały na regale ze
starożytnościami jak szpule filmów w bibliotece. Podobnie jak na tych
szpulach, nie można było nic w nich zmienić, można je było jednak stale
odtwarzać na odpowiednim projektorze. I stale odtwarzano ten jesienny
dzień z życia Rodneya.
Tak często bezradnie rozmyślał nad tą sytuacją, że jej groza zbladła.
Dzień mijał spokojnie, banalnie, odchodził w zapomnienie i nagle, długo
potem, znowu go wyciągano ze wszystkimi szczegółami. Zrekonstruowano
jego zachowania, nawet myśli, i z powodu tej niegodziwości cierpiało
tylko jego najskrytsze ego. Jakże był wtedy nieprzezorny! Jak
nieodpowiedni wydawał się teraz każdy jego gest, wykonywany dwa, sto,
tysiąc razy!
Czy zawsze był taki zadowolony z siebie jak tamtego dnia? I co się
działo po tym dniu? Naturalnie, skoro nie miał wówczas pojęcia, jak
potoczy się jego życie, nie wiedział tego teraz. Czy był szczęśliwy z Valerie, czy jego niedawno wydana praca o sprawiedliwości w czasach
feudalnych zyskała poklask - mógł teraz stawiać takie pytania, nie
znajdował jednak na nie odpowiedzi.
Na tylnym siedzeniu samochodu leżały rękawiczki Valerie; wrzucił je do
schowka z admiracją zupełnie oderwaną od swej bezsilności. Ona, ta
kochana promienna istota, była w takim samym, beznadziejnym położeniu. W tym byli zjednoczeni, choć nie mogli tego wyrazić najdrobniejszym
gestem.
Jechał powoli Banbury Road. Jak zawsze nakładały się tam na siebie
cztery warstwy rzeczywistości. Świat zewnętrzny, Oxford, pierwotne,
roztargnione spostrzeżenia Rodneya z czasów, gdy przemieszczał się w tym
świecie, widmowe myśli jego "obecnego ja", gorzkie i daremne, oraz
półwidoczne twarze z przyszłości, które pojawiały się i znikały. Te
cztery warstwy w nieokreślony sposób się ze sobą mieszały, chwilami
przechodząc jedna w drugą, co doprowadzało Rodneya niemal do obłędu.
(Jak by to było być obłąkanym uwięzionym w zdrowym umyśle? Kusiło go, by
pozwolić sobie na luksus odpuszczenia tego sobie).
Czasami łowił uchem strzępy rozmów między widzami. Przynajmniej każdego
dnia byli inni. "Gdyby on wiedział, jak wygląda!" - wykrzykiwali. Albo:
"Widzisz jej fryzurę?". Albo: "Ależ speluna!". Albo: "Mamo, co to jest
to brązowe, co on je?". Albo - jakże często to słyszał - "Szkoda tylko,
że nie wie, że go oglądamy!".
Gdy zatrzymał się przed Septaguintą i wyłączył silnik, uroczyście biły
kościelne dzwony. Zaraz znajdzie się w tym pachnącym stęchlizną
gabinecie i będzie popijał coś ze szklaneczki ze skrzeczącym profesorem
tytularnym. Będzie po raz enty uśmiechał się nieco zbyt szeroko, gdy
przypływ ambicji sięgnie dalej niż wyraz przyjaźni. Skakał gorączkowo
myślami do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu. Och, gdyby tylko mógł
coś zrobić! I tak minie dzień. W końcu nadejdzie noc - ostatni powiew
drwiny z koszuli nocnej Valerie i jego piżamy! - a potem zapomnienie.
Zapomnienie... ciągnęło się przez wieczność, ale nie trwało ani chwili... A tamci znowu przewiną rolkę i zaczną to od nowa, znów od nowa.
Było mu miło zobaczyć się z profesorem tytularnym. Profesorowi
tytularnemu było miło zobaczyć się z nim. Tak, to był miły dzień. Nie,
nie opuszczał wizyt w kolegium od... zaraz... to musiało być przedostatniego
lata. A potem nadeszło to zdanie, które budziło największy śmiech;
Rodney nieuchronnie powiedział: "Och, wszyscy musimy mieć nadzieję na
jakiś rodzaj nieśmiertelności".
Musieć powiedzieć to znowu, powiedzieć to ani trochę mniej gładko niż
wtedy, gdy powiedziało się to po raz pierwszy i kiedy to życzenie
zostało spełnione w tak absurdalny sposób! Gdyby tylko mógł wcześniej
umrzeć, gdyby film się zerwał!
I wtedy film się zerwał.
Wszechświat zamigotał i znieruchomiał, po czym przybrał barwę zgaszonego
fioletu. Temperatura i dźwięk spadły do zera. Rodney Furnell stał jak
skamieniały, z rękoma zastygłymi w pół gestu i ze szklanką w prawej
dłoni. Przeszyły go to migotanie, ten fiolet i ta zerowość, ale gdy
poczuł, że zaczyna blaknąć, zrodziła się w nim wielka dzika nadzieja.
Jego duch przejął łapczywie we władanie dawnego Rodneya. Zwalczył
zniechęcenie i poczuł przypływ pewności siebie.
Z jego dłoni zniknęła szklanka. Profesor tytularny rozpłynął się w półmroku. Zapanowała ciemność. Rodney się odwrócił. Tego ruchu nie było
w scenariuszu - Rodney żył i był panem siebie.
Pękła bańka dwudziestowieczności i został - żywy - w przyszłości. Stał w ciemnej, pustej przestrzeni. Najwyraźniej doszło do lekkiego spięcia.
Wznosiło się nad nim urządzenie podobne do dźwigu, wielkie jak
lokomotywa, z kilkoma wystającymi z podbrzusza lejkami; z jednego
wydobywał się dym. Niewątpliwie był to projektor czasu czy jak tam go
zwano, i najwidoczniej przepalił się w nim bezpiecznik!
Całą uwagę Rodneya pochłonęła rozgrywająca się wokół niego scena. Z rozkoszą patrzył, jak jego ostatnią publiczność ogarnia panika.
Krzyczeli, przepychali się i - w jednym miejscu - zażarcie ze sobą
walczyli. Mężczyźni i kobiety w nijakich przezroczystych workach
okrywających ich od stóp do głów. I oni śmieli drwić z jego piżamy!
Ostrożnie się oddalił. Początkowo oszołomiło go poczucie wolności, nie
mógł uwierzyć, że żyje. Ale potem zdał sobie sprawę, jak cenna jest
wolność, po dwakroć cenna po tej najstraszliwszej formie zniewolenia, i wiedział, że musi jej strzec, salwując się ucieczką. Pospiesznie wyszedł
ze strefy projekcji. Zatrzymał się przy wielkim napisie, który głosił:
CHRONOARCHEOLOGIA SP. Z O.O. PRZEDSTAWIA
OBRAZY SPRZED WIEKÓW
WEJDŹ I NACIESZ SIĘ WYGŁUPAMI PRZODKÓW!
NAUKA BAWI
A niżej: Prosimy, weź folder.
Trzęsąc się, Rodney wziął jeden z krzykliwych folderów i wepchnął go do
kieszeni. Potem ruszył biegiem.
Jego domysł, że jest to park rozrywki, okazał się trafny. On i Valerie
byli tylko postaciami w przereklamowanym panoptykonie. Z każdej strony
wznosiły się olbrzymie kabiny. Spacerowały lub stały tłumy, nie
zwracając uwagi na przechodzącego obok Rodneya. Powiewały flagi, sączyła
się przyjemna muzyka; w pobliżu migający znak zapraszał:
SPRÓBUJ ANTYGRAWITACJI
I SPEŁNIJ SWE MARZENIA
Dalej plakat obwieszczał:
ŹLI WENUSJANIE! TYLKO TUTAJ!
Na szczęście wyjście było blisko. Obawiając się, że na jego ramieniu
spocznie powstrzymująca go ręka, Rodney jak najszybciej ruszył w jego
stronę. Minął wyniosłą budowlę, przed którą stała długa kolejka
oczekujących niecierpliwie wpatrujących się w słowa:
POSMAKUJ EROTYCZNYCH MOŻLIWOŚCI
SWOBODNEGO SPADANIA
i dotarł do bramy.
Odźwierny krzyknął do niego i próbował go zatrzymać. Rodney puścił się
biegiem. Pędził drogą gładką jak satyna, aż pokonało go zmęczenie. Przy
krawężniku stał metalowy obiekt w kształcie z grubsza podobnym do buta,
ale wielkości małego pawilonu. Przez okna Rodney widział kanapy, ale ani
jednej osoby. Wdzięczny za niemą ofertę wypoczynku i ukrycia wszedł do
środka.
Gdy zdyszany zagłębił się w miękkiej gumowej piance, uświadomił sobie, w jak okropnym znalazł się położeniu. Że też wieki po swoim życiu - i śmierci - musiał osiąść jak rozbitek na bezludnej wyspie w świecie
supertechnologii i barbarzyństwa! - bo tak to widział. Była to jednak
ogromna poprawa po powtarzających się koszmarach, których niedawno
doświadczał. Teraz musiał przede wszystkim spokojnie pomyśleć.
- Jest pan gotów jechać?
Rodney aż podskoczył na dźwięk tych słów - rozległ się on tuż obok, choć
w zasięgu głosu nie było nikogo. Wnętrze z szerokimi miękkimi ławkami
przypominało poczekalnię dworca autobusowego. Wszystkie ławki były
puste.
- Jest pan gotów jechać? - głos rozległ się ponownie.
- Kto mówi? - zapytał Rodney.
- Automoto Siedem Sześć Jeden do pana usług. Czekam na polecenie jazdy.
- To znaczy stąd?
- Oczywiście.
- Tak, proszę jechać!
Struktura natychmiast gładko ruszyła. Sunęła bezszelestnie,
bezdźwięcznie. Kolorowy park rozrywki został z tyłu i ustąpił miejsca
innym, szeroko rozstawionym, niedymiącym budynkom z jakiejś substancji,
która wyglądała jak tkanina na zasłony; przepływały za oknem bez końca.
- Jedziesz... jedziemy na wieś?
- To jest wieś, proszę pana. Chce pan jechać do miasta?
- Nie. Co jest za miastem i wsią?
- Nic, proszę pana - oczywiście poza morskimi polami.
Porzuciwszy ten temat, Rodney, który instynktownie zwracał się do deski
rozdzielczej z przodu pojazdu, zapytał:
- Przepraszam, że o to pytam, ale jesteś... eee... robotem?
- Tak, proszę pana. Automoto Siedem Sześć Jeden, nowa wersja. Pan
pierwszy raz na tej trasie?
Z piersi Rodneya wydobyło się westchnienie ulgi. Nie zniósłby widoku
ludzkiej istoty, ale czuł się irracjonalnie lepszy od mechanicznej.
Miała miły głos, z pewnością nie bardziej skrzeczący niż głos tego
profesora literatury staroangielskiej w jego kolegium... bez względu na
to, jak dawno to było.
- Jaki jest teraz rok? - zapytał.
- Tor zero osiemdziesiątej drugiej epoki według nowego kalendarza. Dwa
tysiące pięćsetny według starego.
Było to pierwsze bezpośrednie potwierdzenie jego przypuszczeń; nie można
było kwestionować tej gładkiej odpowiedzi.
- Dzięki - odparł głucho. - A teraz, jeśli nie masz nic przeciw temu,
muszę pomyśleć.
Jednak myślenie nie przyniosło żadnych wyników ani pociechy. Może
najmądrzej byłoby się zdać na łaskę jakiejś cywilizowanej władzy... jeśli
została jakaś cywilizowana władza. Lecz czy najmądrzejsze posunięcie w wieku dwudziestym byłoby najmądrzejsze w... hm... dwudziestym szóstym?
- Kierowco, Oxford jeszcze istnieje?
- Co to jest Oxford, proszę pana?
Rodney zapytał z niepokojem:
- To Anglia?
- Tak, proszę pana. Znalazłem Oxford w moim informatorze. To zakład
motoryzacji i produkcji statków kosmicznych w Midlands.
- Po prostu jedź dalej.
Sięgnął do kieszeni, wyjął broszurę z informacjami o parku rozrywki i przejrzał kolorowy tekst z nadzieją, że znajdzie tam jakąś wskazówkę co
do dalszego działania.
"Chronoarcheologia Sp. z o.o. przedstawia oszałamiający podgląd tego, co
się działo w przeszłości. Całe dni z życia (a) Matki dinozaura, (b)
Niegodziwego bratanka Wilhelma Zdobywcy, (c) Obywatela szalonego,
pustoszonego przez zarazę Londynu z czasów Stuartów, (d)
Dwudziestowiecznego zakochanego nauczyciela.
Bez cenzury, bez żadnych wtrętów! Lepsze od efektów sensorycznych!
Wszystko we wspaniałej technologii 4D, do której nie umywa się stereo".
Zżymając się na swój opis, Rodney zmiął broszurę w dłoni. Zastanawiał
się z goryczą, ile osób z jego pokolenia musi bezradnie znosić ten
obrzydliwy brak szacunku okazywany im przez podglądaczy na całym
świecie. Gdy nieco ochłonął z oburzenia, powróciła ciekawość; wygładził
folder i przeczytał krótki opis procesu, który "da ci wgląd w przeszłość, przybliżając każdą epokę".
Pod nagłówkiem "To fantastyczne, to sensoryczne" przeczytał: "Tak jak
antygrawitacja unosi człowieka w kierunku przeciwnym do siły ciążenia,
tak chronołap może cię ponieść w maszynie w kierunku przeciwnym do biegu
czasu, ponad ciemne wieki. Można go precyzyjnie poprowadzić z teraźniejszości do wybranego fragmentu przeszłości i dać ci się cieszyć
tym, co się w nim dzieje, bez wiedzy osób, które istnieją w tym
fragmencie. Nie trzeba podkreślać ogromnych kosztów tej skomplikowanej
opera..."
- Kierowco! - wrzasnął Rodney. - Wiesz coś o tym chronołapie?
- Tylko to, co zasłyszałem, proszę pana.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Mój ośrodek informacji zawiera tylko fakty związane z moimi
obowiązkami, ale ponieważ mam też obwody do nauki, mogę od czasu do
czasu zbierać plotki od pasażerów, którzy...
- A więc powiedz mi, czy ludzie oraz maszyny mogą podróżować wstecz w czasie?
Za oknami pojazdu wciąż przesuwały się budynki, ciche i wrogie w tym
nieznanym świecie. Bębniąc nerwowo palcami po kanapie, Rodney czekał na
odpowiedź.
- Tylko maszyny, proszę pana. Ludzie nie mogą żyć wstecz.
Przez długi czas leżał i łkał. Automoto wydawał pocieszające dźwięki,
ale Rodney znalazł się w sytuacji, w której nie potrafił sobie poradzić.
W końcu otarł oczy rękawem, rękawem swojej świątecznej marynarki, i usiadł. Nakazał kierowcy jechać do głównego biura Chronoarcheologii i zapadłszy w stupor, osunął się na oparcie kanapy. Tylko w centrali firmy
korzystającej z tego diabelskiego wynalazku mogli być ludzie, którzy
zdołaliby - gdyby zechcieli - przenieść go z powrotem w jego czasy.
Wzdragał się na myśl o tym, że przyjdzie mu stanąć przed jakąś istotą z tej pozbawionej skrupułów epoki. Odepchnął tę myśl i skupił się na
wspomnieniach o spokoju i porządku panującym na świecie, z którego
został wskrzeszony. Zobaczyć znowu Oxford, zobaczyć Valerie... drogą
Valerie...
Czy w Chronoarcheologii mu pomogą? Czy też, zakładając, że pracownicy
parku rozrywki zreperują ten diabelski aparat, zanim tam dotrze... Bał się
wyobrazić sobie, co by się wtedy stało.
- Kierowco, szybciej! - krzyknął.
Szeroko rozstawione budynki zlały się w litą ścianę.
- Kierowco, szybciej! - wrzasnął.
Ściana stała się mgłą.
- Pędzimy z prędkością dwóch i trzech dziesiątych macha - powiedział
spokojnie kierowca.
- Szybciej!
Mgła stała się piskiem.
- Rozbijemy się, proszę pana.
Rozbili się. Ciemność, litościwa, całkowita.
Jęknęła i zabrzęczała sprężyna materaca, rozstąpiła się mgła. Rodney
Furnell się obudził. Z łazienki za ścianą dobiegało brzęczenie golarki
Jima...
Superzabawki trwają przez całe lato
W ogrodzie pani Swinton zawsze trwało lato.
Śliczne migdałowce były wiecznie pokryte liśćmi. Monica Swinton zerwała
szafranową różę i pokazała ją Davidowi.
- Czyż nie jest piękna? - powiedziała.
David spojrzał na nią i uśmiechnął się szeroko, ale nie odpowiedział.
Złapał kwiat, pobiegł z nim przez trawnik i zniknął za szopką, w której
przysiadła kosiarka, gotowa do cięcia, grabienia czy rolowania, gdy
nadejdzie na to pora. Monica stała na nieskazitelnej żwirowej ścieżce z plastiku.
Starała się go kochać.
Gdy zdecydowała się pójść za chłopcem, znalazła go na podwórku
pławiącego różę w brodziku. Stał w nim pochłonięty zabawą, wciąż w sandałach.
- David, kochanie, musisz zachowywać się tak okropnie? Natychmiast chodź
do domu, zmień obuwie i skarpetki.
Poszedł z nią bez słowa protestu, a jego ciemna głowa podrygiwała na
wysokości jej pasa. Miał pięć lat i nie bał się ultradźwiękowej suszarki
w kuchni, ale nim Monica zdążyła sięgnąć po parę pantofli, wymknął się i zniknął w cichym domu.
Pewnie pobiegł poszukać swojego misia.
Monica Swinton, dwudziestodziewięciolatka o ładnej figurze i łagodnie
błyszczących oczach, przeszła do salonu i usiadła, z gracją układając
swoje członki. Zaczęła od siadania i myślenia, ale wkrótce już tylko
siedziała. Czas upływał jej leniwie, z pobłażaniem zastrzeżonym dla
dzieci, obłąkanych i kobiet, których mężowie byli poza domem i zajmowali
się ulepszaniem świata. Niemal odruchowo wyciągnęła rękę i zmieniła
długość fali swoich okien. Ogród zniknął; na jego miejscu wyrosło po
lewej centrum miasta, pełne tłoczących się ludzi, nadmuchiwanych łódek i budynków, ale wyciszyła fonię. Pozostała sama. Przeludniony świat był
idealnym miejscem na samotność.
Dyrektorzy Synthanku jedli suty obiad, świętując wypuszczenie nowego
produktu. Niektórzy mieli na twarzach popularne w tym czasie maski.
Pomimo obfitości jadła i napojów, które pochłaniali, byli elegancko
szczupli. Elegancko szczupłe pomimo obfitości jadła i napojów, które
pochłaniały, były też ich żony. Wcześniejsze, mniej wyrafinowane
pokolenie uznałoby, że są piękni, ale nie powiedziałoby tak o ich
oczach. Wyraz ich oczu był twardy i wyrachowany.
Henry Swinton, dyrektor zarządzający Synthanku, zabierał się do
wygłoszenia przemówienia.
- Szkoda, że nie ma tu twojej żony i nie może cię posłuchać - powiedział
jego sąsiad.
- Monica woli być w domu i snuć piękne myśli - odparł Swinton,
przywołując na twarz uśmiech.
- Można się spodziewać, że taka piękna kobieta ma piękne myśli - rzekł
sąsiad.
Zejdź z mojej żony, sukinsynu, pomyślał Swinton, wciąż się uśmiechając.
Wstał przy oklaskach i zaczął przemówienie. Rzucił kilka dowcipów, po
czym powiedział:
- Dzień dzisiejszy jest dla naszej firmy przełomowy. Mija już prawie
dziesięć lat, odkąd wprowadziliśmy na światowy rynek nasze pierwsze
syntetyczne formy życia. Wszyscy wiecie, jakim cieszyły się powodzeniem,
zwłaszcza miniaturowe dinozaury. Ale żadna z tych form nie miała
inteligencji.
Zakrawa na paradoks - ciągnął - że w tej epoce potrafimy tworzyć życie,
ale nie inteligencję. Ze wszystkich naszych produktów najlepiej się
sprzedaje ten z serii płazińców Crosswell, który jest z nich najgłupszy.
Wszyscy się roześmieli.
- Chociaż trzy czwarte mieszkańców naszego przeludnionego świata głoduje
- perorował Swinton - my, zebrani tutaj, dzięki kontroli urodzeń mamy
więcej, niż potrzebujemy. Naszym problemem nie jest niedożywienie, lecz
otyłość. Sądzę, że przy tym stole nie ma nikogo, kto by nie miał w jelicie cienkim pracującego dla niego Croswella, całkowicie bezpiecznego
tasiemca, który pozwala swojemu żywicielowi spożywać ponad pięćdziesiąt
procent jedzenia więcej i zachować figurę. Prawda?
Ogólne kiwanie głowami na znak zgody.
- Niemal tak samo głupie są nasze miniaturowe dinozaury. Dziś jednak
wypuszczamy inteligentną syntetyczną formę życia: pełnowymiarowego
służącego. Ma on inteligencję, ale kontrolowaną. Jesteśmy przekonani, że
ludzie nie będą się obawiali istot o ludzkich mózgach. Nasz służący ma w głowie mały komputer. Są na rynku automaty z minikomputerami służącymi
jako mózgi, plastikowe, nieożywione przedmioty, superzabawki, ale nam
udało się w końcu połączyć obwody komputerowe z syntetyczną tkanką.
David siedział pod długim oknem pokoju dziecięcego, zmagając się z papierem i ołówkiem. W końcu porzucił pisanie i zaczął turlać ołówek w górę i w dół pochyłego blatu biurka.
- Misiu! - powiedział.
Miś leżał na łóżku pod ścianą, pod książką z ruchomymi obrazkami i ogromnym plastikowym żołnierzem. Rozpoznawszy wzorzec mowy swego pana,
miś się uruchomił i usiadł.
- Misiu, nie przychodzi mi do głowy, co napisać!
Miś zgramolił się z łóżka, podszedł sztywno do chłopca i przywarł do
jego nogi.
- A co już napisałeś? - spytał.
- Napisałem... - David podniósł list i uważnie się w niego wpatrzył. -
Napisałem: "Kochana Mamo, mam nadzieję, że jest ci teraz dobrze. Kocham
cię".
Zapadła długa cisza, aż w końcu miś powiedział:
- To brzmi świetnie. Zejdź na dół i daj to jej.
Znowu długa cisza.
- To nie jest całkiem dobre - stwierdził David. - Ona nie zrozumie.
Mały komputer w misiu przeszukał swój program możliwości.
- Może napiszesz to kredkami?
David wyglądał przez okno.
- Misiu, wiesz, o czym myślałem? Jak odróżnić to, co realne, od tego, co
nie jest realne?
Miś przebierał w swoich możliwościach.
- Realne rzeczy są dobre - odrzekł.
- Zastanawiam się, czy czas jest dobry. Myślę, że mama nie bardzo lubi
czas. Kiedyś, wiele dni temu, powiedziała, że czas jej ucieka.
- Czas pokazują zegary. Zegary są realne. Mama ma zegary, więc musi je
lubić. Ma zegar na ręku obok tarczy telefonu.
David na odwrotnej stronie listu zaczął rysować samolot.
- Misiu, ty i ja jesteśmy realni, prawda?
Miś patrzył na chłopca bez mrugnięcia okiem.
- Ty i ja jesteśmy realni, Davidzie - potwierdził.
Został zaprojektowany po to, by pocieszać.
Monica snuła się po domu. Była już prawie pora na nadejście poczty
kablowej. Wcisnęła jej numer na tarczy na swoim przegubie, ale nie było
żadnej wiadomości. Minęło jeszcze kilka minut.
Mogła się zająć malowaniem. Albo podzwonić do przyjaciółek. Albo
poczekać, aż Henry wróci do domu. Albo pobawić się z Davidem...
Weszła do holu i stanęła przy schodach.
- David!
Bez odpowiedzi. Krzyknęła ponownie i po raz trzeci.
- Misiu! - zawołała ostrzejszym tonem.
- Tak, mamo!
Po chwili na szczycie schodów pojawiła się pokryta złotym futrem głowa
misia.
- Misiu, czy David jest w swoim pokoju?
- David poszedł do ogrodu, mamo.
- Zejdź tu, misiu!
Stała, czekając niecierpliwie na małą futrzaną figurkę schodzącą na
krótkich nóżkach ze stopnia na stopień. Gdy miś dotarł do podnóża
schodów, wzięła go na ręce i zaniosła do salonu. Leżał bez ruchu w jej
ramionach i patrzył na nią. Czuła delikatne drganie jego silnika.
- Stój tu, misiu. Chcę z tobą pomówić. - Postawiła go na stole. Stał,
jak mu poleciła, z otwartymi ramionami, w wiecznej gotowości do wzięcia
kogoś w objęcia.
- Misiu, David kazał ci, abyś mi powiedział, że poszedł do ogrodu?
Miś miał zbyt proste obwody mózgowe, by dać wykrętną odpowiedź.
- Tak, mamo.
- A więc mnie okłamałeś.
- Tak, mamo.
- Przestań nazywać mnie mamą! Dlaczego David mnie unika? Boi się mnie,
tak?
- Nie. On cię kocha.
- Dlaczego nie mogę z nim porozmawiać?
- Bo David jest na górze.
Ta odpowiedź sprawiła, że stanęła jak wryta. Po co ma tracić czas na
rozmowę z maszyną? Może po prostu wejść na górę, wziąć Davida w ramiona
i porozmawiać z nim jak kochająca matka z kochającym synem. Słyszała
ciężar ciszy w domu, ciszy wydobywającej się z każdego pomieszczenia z innym natężeniem. Na górnym podeście schodów coś się bardzo cicho
poruszało... David starał się przed nią ukryć...
Zbliżał się do końca przemówienia. Goście słuchali uważnie, tak samo
dziennikarze stojący przy dwóch ścianach sali bankietowej, zapisujący
słowa Henry'ego i od czasu do czasu robiący mu zdjęcia.
- Nasz służący będzie pod wieloma względami wytworem komputera. Bez
wiedzy o ludzkim genomie nigdy byśmy nie przebrnęli przez złożoną
strukturę związków biochemicznych, z których składa się syntetyczna
tkanka. Będzie też przedłużeniem komputera, ponieważ będzie miał w głowie komputer, miniaturowy komputer, który poradzi sobie niemal w każdej sytuacji, z jaką może zetknąć się w domu. Oczywiście z pewnymi
wyjątkami.
Ta ostatnia uwaga wzbudziła śmiech; wielu z obecnych wiedziało o gorącej
dyskusji, która rozgorzała w sali posiedzeń zarządu Synthanku, nim w końcu podjęto decyzję, by służący nie miał płci pod nienaganną liberią.
- Trzeba ze smutkiem skonstatować, że przy wszystkich osiągnięciach
naszej cywilizacji, a także, niestety, problemach spowodowanych
przeludnieniem, wiele milionów ludzi cierpi z powodu samotności i izolacji. Nasz służący będzie dla nich darem; będzie odpowiadał na
wszystkie pytania i nie znuży go nawet najnudniejsza rozmowa.
Planujemy zbudować w przyszłości więcej modeli - kontynuował Henry -
płci męskiej i żeńskiej... przyrzekam wam, że niektóre bez ograniczeń tego
pierwszego!... bardziej zaawansowanych, prawdziwych istot
bioelektronicznych. Będą one nie tylko miały własne komputery
pozwalające na ich indywidualne zaprogramowanie, ale będą też połączone
z Ambientem, światową siecią danych. Tak więc każdy będzie mógł się
cieszyć odpowiednikiem Einsteina w swoim domu.
Ciągnąc za sobą torbę, David skradał się pod ścianą domu. Wspiął się na
ozdobną ławkę pod oknem salonu i ostrożnie zajrzał przez nie.
Pośrodku pokoju stała jego matka. Miała twarz bez wyrazu, co go
przestraszyło. Patrzył zafascynowany. Nie ruszał się, ona też się nie
ruszała. Czas jakby się zatrzymał, tak jak w ogrodzie. Miś się obejrzał,
zobaczył go, sturlał się ze stołu i podszedł do okna. Gmerał przy nim
łapkami i w końcu je otworzył.
Popatrzyli na siebie.
- Jestem do niczego - powiedział David. - Ucieknijmy!
- Jesteś bardzo dobrym chłopcem. Mama cię kocha.
Chłopiec powoli pokręcił głową.
- Skoro mnie kocha, to dlaczego nie mogę z nią porozmawiać?
- Jesteś głupi, Davidzie. Mama czuje się samotna. Dlatego ma ciebie.
- Ma tatę. A ja nie mam nikogo oprócz ciebie i czuję się samotny.
Miś klepnął go po przyjacielsku w głowę.
- Jeśli czujesz się tak źle, to idź znowu do psychiatry - poradził
chłopcu.
- Nienawidzę tego starego psychiatry. Przez niego czuję się tak, jakbym
nie był realny.
Ruszył pędem przez trawnik. Miś spadł z okna i pobiegł za nim tak
szybko, jak pozwalały mu jego krótkie, grube nóżki.
Monica Swinton była w pokoju dziecięcym. Zawołała syna, ale się nie
poruszyła. Stała niezdecydowana. Panowała cisza.
Na biurku leżały kredki. Pod wpływem nagłego impulsu podeszła do biurka
i otworzyła szufladę. Leżały w niej dziesiątki kartek. Wiele z nich było
zapisanych niezdarnym pismem Davida, każda litera inną kredką niż
poprzednia. Żadne zdanie nie było ukończone.
DROGA MAMO, JAK SIĘ NAPRAWDĘ CZUJESZ, CZY KOCHASZ MNIE TAK BARDZO...
DROGA MAMO, KOCHAM CIEBIE I TATĘ I ŚWIECI SŁOŃCE...
DROGA, DROGA MAMO, JESTEM TWOIM JEDYNYM SYNEM I TAK BARDZO CIĘ KOCHAM,
ŻE CZASAMI...
DROGA MAMO, JESTEŚ NAPRAWDĘ MOJĄ MAMĄ I NIENAWIDZĘ MISIA...
DROGA MAMO, ZGADNIJ, JAK BARDZO CIĘ KOCHAM...
DROGA MAMO, NIE MIŚ, ALE JA JESTEM TWOIM CHŁOPCZYKIEM I KOCHAM CIĘ, ALE
MIŚ...
DROGA MAMO, TO LIST DO CIEBIE, ŻEBY CI POWIEDZIEĆ, JAK BARDZO, JAK
ZAWSZE TAK BARDZO...
Monica upuściła kartki i wybuchnęła płaczem. Listy napisane wesołymi,
niedopasowanymi kolorami posypały się na podłogę.
Henry Swinton w podniosłym nastroju złapał ekspres i od czasu do czasu
rzucał jakieś słowo do syntetycznego służącego, którego zabierał do
domu. Służący odpowiadał mu grzecznie i bez zwłoki, chociaż według
ludzkich kryteriów jego odpowiedzi nie zawsze były na temat.
Swintonowie mieszkali w jednym z najbardziej luksusowych bloków w mieście. W ich mieszkaniu, wciśniętym między inne, nie było okien; nikt
nie chciał widzieć przeludnionego świata na zewnątrz. Henry otworzył
drzwi, zbliżając oko do skanera z zakodowanym obrazem jego siatkówki i wszedł, a za nim służący.
Natychmiast otoczyły go przyjazne iluzje ogrodu wiecznie skąpanego w słońcu. Było zdumiewające, jak wielkie miraże mógł tworzyć holograf na
małej przestrzeni. Za różami i wisteriami stał ich dom. Złudzenie było
kompletne: Henry'ego witał dwór w stylu georgiańskim.
- Jak ci się to podoba? - zapytał Henry służącego.
- Róże czasami chorują na czarną plamistość.
- Te są bez skazy. Mam na to gwarancję.
- Warto kupować rzeczy z gwarancją, nawet jeśli kosztują trochę więcej.
- Dzięki za informację - powiedział sucho Henry. Syntetyczne formy życia
istniały od niespełna dziesięciu lat, mechaniczne androidy od niespełna
szesnastu; stale usuwano wady ich systemów operacyjnych.
Henry wszedł do środka i zawołał Monicę.
Natychmiast wyszła z salonu, objęła go i żarliwie pocałowała w policzek
i w usta. Zaskoczyło to Henry'ego.
Odsunął się, spojrzał na jej twarz i zobaczył, że promienieje blaskiem i urodą. Od miesięcy nie widział jej tak podekscytowanej. Odruchowo
przycisnął ją mocniej do siebie.
- Co się stało, kochanie?
- Henry, Henry... och, kochany... byłam w rozpaczy... ale sprawdziłam
popołudniową pocztę i... Nie uwierzysz! Och, to cudowne!
- Na miłość boską, kobieto, co jest cudowne?
Zerknął na nagłówek wiadomości w jej ręku, jeszcze ciepłej po wyjęciu z odbiornika w ścianie. Ministerstwo Ludności. Doznał takiego wstrząsu, że
z twarzy odpłynęła mu krew. Poczuł nagły przypływ nadziei.
- Monico... och... nie mów, że w końcu wylosowano nasz numer!
- Tak, kochany, tak! W tym tygodniu wygraliśmy na loterii
rodzicielskiej. Możemy brać się do dzieła i począć dziecko!
Wydał okrzyk radości. Zaczęli tańczyć po pokoju. Presja demograficzna
była tak wielka, że trzeba było ściśle kontrolować reprodukcję.
Urodzenie dziecka wymagało zgody rządu. Od czterech lat czekali na tę
chwilę.
W końcu przestali wirować i stanęli zdyszani na środku salonu, śmiejąc
się do siebie. Po zejściu z góry Monica przywróciła oknom
przezroczystość i teraz widać było przez nie ogród. Sztuczne słońce
rzucało na trawnik złote promienie, a przez okno patrzyli na nich David
i Miś.
Widząc ich twarze, Henry i jego żona spoważnieli.
- Co z nimi zrobimy? - zapytał Henry.
- Miś nie sprawia kłopotów. Funkcjonuje całkiem dobrze.
- A David nie?
- Jego ośrodek komunikacji wciąż szwankuje. Sądzę, że znowu będzie
musiał wrócić do fabryki.
- Dobrze. Przed narodzinami dziecka zobaczymy, jak będzie sobie radził.
A właśnie - mam dla ciebie niespodziankę, pomoc, i to akurat wtedy,
kiedy jest potrzebna! Chodź do holu i zobacz, co przywiozłem.
Gdy dorośli zniknęli z pokoju, chłopiec i miś usiedli pod standardowymi
krzewami róż.
- Misiu, przypuszczam, że mama i tata są realni, prawda?
- Zadajesz głupie pytania, Davidzie - odparł miś. - Nikt nie wie, co
znaczy "realny". Chodźmy do środka.
- Najpierw wezmę jeszcze jedną różę!
Zerwał jasnoróżowy kwiat i zabrał go do domu. Idąc spać, będzie go mógł
położyć na poduszce. Jego piękno i delikatność przypominały mu mamę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki