Halo człowiek. Rozmowy o tym, co ważne - Konrad Kruczkowski

Reflow text when sidebars are open.
Rozmawialiśmy o tym, jak ważny jest profesjonalizm. Dzień później na planie zdjęciowym zabrakło garderoby. Pomógł nam właściciel małego sklepu ("Dla pani Ewy? Już zamykam!"). Pracowaliśmy dłużej, niż zakładano, było duszno i nieprzyjemnie. - Pani Ewo, bardzo przepraszam za te warunki. - Warunki były doskonałe. Bardzo panu dziękuję.
Z histerii nic nie wynika
Rozmowa z Ewą Błaszczyk
Gdy lekarz rozkłada ręce, jest gnilnia, to zostaje już tylko wektor na samobója. Możemy funkcjonować w tych samych warunkach, ale w kompletnie różnych światach.
Piętnaście lat temu Ola, córka Ewy Błaszczyk, zapadła w śpiączkę. Rok później aktorka założyła Fundację "Akogo?". W klinice Budzik, która powstała dzięki fundacji, z komy wybudziło się już dwadzieścioro jeden dzieci. Rozmawiamy o społecznym niedowładzie, lekarzach, od których wymaga się więcej, oraz o sytuacji zdrowych dzieci w domach dotkniętych chorobą. Również o tym, że praca może być terapią.
Pani często mówi: Ola to zrobiła nami.
Bo to jest uczciwe. Tak jest. Ona jest w niebywałej formie jak na piętnaście lat leżenia. To jest oczywiście ciężka praca, bardzo o nią dbamy. Medycyna się rozwija. Gdyby Ola nie trwała, ja nie dałabym rady. Spiritus tego wszystkiego to jest Ola.
Po koncercie w Sali Kongresowej, dziękując za ofiarowaną pomoc, powiedziała Pani: "Jakoś ten dług z Olą spłacimy". To już?
W pewnym sensie tak. Wywiązałyśmy się z Olą.
Budzik dzwoni. W sierpniu kolejne wybudzenie. Może czas odpocząć? Zamiast "w pewnym sensie tak", powiedzieć "zrobione"?
Odetchnęłam, że Budzik działa. A jednocześnie odbieram mnóstwo telefonów o tym, że ktoś ma dwadzieścia trzy lata, wypadek na motocyklu, śpiączka. Nie możemy przyjąć go do nas, bo Budzik jest dla dzieci. Pan mówi o dwadzieściorgu jeden wybudzonych, a ja psychicznie przesuwam się w stronę tych dziesięciu osób, które się nie obudziły i musiały opuścić klinikę...
W stronę kolejnej dziury w systemie.
Jest miejsce dla dzieci, nie ma dla dorosłych. Pracujemy z Ministerstwem Zdrowia i profesorem Wojtkiem Maksymowiczem, żeby w Olsztynie, u niego, stworzyć Budzik właśnie dla dorosłych. Potrzebujemy specjalistycznej aparatury, aby móc odróżnić stan wegetatywny od stanu minimalnej świadomości. Orkiestra Jurka Owsiaka kupiła dla Olsztyna bardzo drogi sprzęt do rezonansu magnetycznego, czekamy na dodatkowe urządzenia. Jeśli rezonans będzie sprzężony z EEG, będziemy mogli śledzić dwutorowo, czy bodziec wywołuje reakcję. I to w każdym ułamku sekundy.
Więcej informacji o Fundacji "Akogo?".
Ostrzegano mnie, że Henryka Bochniarz to krwiożerczy kapitalizm w spódnicy; feminizm, który nie bierze jeńców, zimny profesjonalizm. Rozmawialiśmy godzinę dłużej. O moich rodzicach, którzy "na swoim" od wczesnych lat dziewięćdziesiątych ("Tacy ludzie to bohaterowie tych dwudziestu pięciu lat wolności"). O wnukach ("Zuzia to jest ta najbardziej waleczna. Oddaje chłopakom!"). O tym, jak ważna jest rodzina.
Kobiety muszą wybierać
Rozmowa z Henryką Bochniarz
Kobiety uczą się, że funkcjonowanie w życiu publicznym nie oznacza permanentnego sukcesu. To również klęski. Umiejętność radzenia sobie z przegraną jest ważniejsza niż umiejętność radzenia sobie z sukcesem. Do sukcesu zawsze jest bardzo wielu chętnych.
W kampanii wyborczej przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku kobiety ratowały to, co było do uratowania. Panowie albo nie byli w stanie zdobyć poparcia społecznego, albo właśnie je utracili. A po wyborach: "Paniom dziękujemy, wasze miejsce to boczny tor".
Jeśli mam być szczera, to wcale się temu nie dziwię. To naturalny porządek rzeczy.
Nie dziwi się Pani, że kobiety zostały cynicznie wykorzystane?
To, że się nie dziwię, nie znaczy, że akceptuję. Zmiany społeczne są potrzebne. Można je przyspieszać, a można się temu naturalnemu porządkowi poddać. Pan mówi o cynicznym wykorzystaniu, ale tu wydarzyło się kilka rzeczy pozytywnych. Po pierwsze, okazało się, że partie polityczne bez pomocy kobiet nie są w stanie zdobyć zaufania społecznego. Po drugie, zmianom, o których mówię, służą między innymi kwoty na listach wyborczych, w których efekcie, po latach dominacji mężczyzn w polityce, kobiety zaczynają wychodzić z kąta.
Ale właśnie do kąta zostały postawione po wyborach. Przez mężczyzn. Przegrały.
Wciąż jest tak, że kobiety otrzymują stanowiska z nominacji mężczyzn, a nie w wyniku budowania swoich własnych środowisk. To się zmieni. Zaraz okaże się, że to przesunięcie o jedno miejsce będzie dla kobiet niewystarczające. Praca na rzecz współdecydowania kobiet w polityce i biznesie to nie blitzkrieg, to długi marsz. Ważne, aby te kobiety, którym już się udało, wspierały inne.
W rozmowie telefonicznej zastrzegła, że wszystko, co ma do powiedzenia, zostało już powiedziane. Spotkaliśmy się przy scenie kameralnej Starego Teatru. - Pani Aniu, okrutnie się pani boję. - Mnie? Ja jestem normalna kobieta. Rozmawiałem więc z Anną Dymną, normalną kobietą, a w międzyczasie zadzwoniła Janina Ochojska ("Jak się czujesz, Janeczko? Musimy się trzymać!") i wariatka ("Muszę odebrać, to wariatka, już nie mam siły, ale z nią nikt inny nie chce rozmawiać"). Później dzwonił syn ("Kupię mu piżamę, a co, matka jestem").
Pomaganie to jest zwykła rzecz
Rozmowa z Anną Dymną
Kiedy człowiek umiera, nie wolno pytać, w jakiego Boga wierzy albo na kogo głosował. Trzeba pomagać. I wtedy muszę być jak czołg. Jak muł. Muszę być zrobiona ze stali.
Pani to jest taka Matka Boska z lukru.
Ze mną jest tak, że odkąd mam fundację, to albo dostaję anonim: "Ty k****, po co pieniądze na debili wydajesz? Słodką twarzyczką naród okradasz!", albo jestem Matką Boską. Tego drugiego jest więcej, choć też mam z tym kłopot i to daje do myślenia. Przecież jestem normalna. Dla mnie pomaganie to jest zwykła rzecz, odruch jak oddychanie. Jeśli ktoś się wywraca, pomagamy wstać, kiedy jest głodny, podajemy kromkę chleba. Dlaczego ocenianie tych odruchów budzi tak skrajne emocje? Jest albo podejrzane, albo nieomal święte?
I na normalność ludzie tak reagują? Że "ty k****"?
Kiedy otwierałam fundację, poprosiłam Jurka Owsiaka, by mi dał jakieś wskazówki, powiedział, co mnie czeka. Nie znaliśmy się jeszcze dobrze. I Jurek mówi: "Anka, mądra jesteś, silna, dasz sobie radę. Musisz tylko pamiętać, że kiedy zaczniesz robić ważne i dobre rzeczy, niektórzy zaczną cię atakować. Musisz być niezłomna".
Miał rację?
Uczę się wszystkiego codziennie. Staram się być konsekwentna, przejrzysta w działaniu, przede wszystkim wiem, po co założyłam fundację, komu pomagam i nie daję się zniechęcać, zrażać - mimo wszystko. Łatwo nie jest. Na początku niektórzy patrzyli podejrzliwie. Dymna się starzeje, pewnie nie ma dla niej ról, nie ma jak zarabiać, to założyła fundację, żeby łatwo i dobrze żyć. Ten głos wracał przez pierwsze lata. Później ludzie już wiedzieli, że jestem wolontariuszką w swojej fundacji. Za działanie w niej nigdy nie chciałam i nie brałam pieniędzy. I nigdy nie będę ich brać.
Więcej informacji o Fundacji "Mimo Wszystko"
- Czy pana blog to dobra ambona? - Pięćdziesiąt tysięcy osób. - To całkiem dobra. Rozmawiajmy. (...) - Widzę, że pan nosi obrączkę. Bardzo dobrze. Trzeba nosić. (...) - Chce pan cukierka? Nie? To będzie więcej dla mnie. A później cytował z pamięci Gaudium et spes Tertuliana (w oryginale, po łacinie) i kazania prymasa Wyszyńskiego.
Zła nie wolno zamiatać pod dywan
Rozmowa z ojcem Leonem Knabitem
Kiedy nie ma prawdy, jest subiektywizm, to "ja" staje się bogiem. I tu zawsze będzie cierpienie, bo trudno żyć w świecie, w którym jest osiem miliardów bogów.
Leon Knabit OSB (lat osiemdziesiąt sześć, z tego sześćdziesiąt kapłaństwa) tłumaczy, dlaczego Kościół musi zabierać głos w sprawach społecznych. Rozmawiamy o roli kobiet, przemocy wobec dzieci i o księżach, którzy nie zawsze potrafią mówić do rzeczy. Również o tym, skąd bierze się ateizm.
Postępująca laicyzacja to jest wina katolików: i duchownych, i świeckich. To Ojciec powiedział.
Coś podobnego...
A dokładnie, że brakuje czytelnego świadectwa, niekościelnym językiem: dobrego przykładu.
Pani Merkel powiedziała, że islam nie walczy z chrześcijańską Europą, bo nie ma chrześcijańskiej Europy. Mamy coraz mniej czasu - pochłania nas praca i konsumpcja. Bóg stał się dodatkiem, na który nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Katolicyzm tradycyjny, ludowy, był wystarczający, kiedy świat nie był tak pluralistyczny.
To źle, że jest pluralizm? Większa wiedza, większa świadomość?
Kiedy pluralizmu było mniej, mieliśmy religijny transatlantyk. Płynął. Raz lepiej, raz gorzej, ale płynął. Dzisiaj każdy ma swoją małą łódkę, a ocean jest wzburzony tak samo jak wcześniej. Łatwiej się rozbić. Z jednej strony to smutne, z drugiej - to wyzwanie, bo bardziej niż dawniej potrzebna jest wiara dojrzała i dojrzałe, spokojne świadectwo. Któryś z myślicieli powiedział, że chrześcijanie XXI wieku albo będą mistykami, albo nie będzie ich wcale.
Wśród wierzących mało widzę "dojrzałego, spokojnego świadectwa". Za to całkiem sporo polityki.
Jedno powinno wynikać z drugiego. Kościół musi zabierać głos w sprawach społecznych.
Może jednak dobrze byłoby ograniczyć ambonę do spraw wiary? Nie tracić ludzi?
Kościół zdradziłby sam siebie. Musimy troszczyć się o człowieka. Problem to nie jest "czy?" tylko "jak?". O kwestiach społecznych mówić trzeba mądrze. Bywa, że księża, nawet biskupi, nie radzą sobie i mówią żenująco naiwnie. Roztropna troska o dobro społeczne to jest część misji Kościoła, ale to nie mogą być preferencje osobiste tego czy innego kapłana.
Proszę wyjaśnić.
Z ambony nie może paść: "Dzisiaj, całą parafią, ramię przy ramieniu, idziemy głosować na...". Tak nie może być - kościół to nie jest miejsce na wiec wyborczy.
Nie odbierał telefonów i nie odpisywał na wiadomości. Minął kolejny termin autoryzacji, a w międzyczasie opublikowała go "Wyborcza". Napisałem: "W czym ja jestem gorszy od Michnika?". Odpowiedź nadeszła po trzech minutach. On, zadeklarowany agnostyk: "O Jezu! Zrobię! Zrobię!".
Panowie widzą tylko tabelki
Rozmowa z Marcinem Mellerem
Codziennie wybuchają afery, o których jutro nikt nie pamięta. W Internecie liczy się nagłówek, a nie treść. Nie ma miejsca na tematy poważne, za to jest przestrzeń na sensację. Nie ma środków na pogłębiony reportaż. Zresztą nikogo już pogłębione materiały nie interesują.
Marcin Meller dla jednych jest uosobieniem zgniłego salonu, dla innych - ostatnim bastionem zdrowego rozsądku. Rozmawiamy o mediach, pieniądzach, polityce i trudnej sztuce kompromisu.
Koledzy wciąż dzwonią i mówią: "Marcin, co ty p*****"?
Przyzwyczaiłem się. Wciąż mam przyjaciół po różnych stronach polsko-polskiej wojny, więc zawsze mogę liczyć na taki telefon. Albo na opinię, że to, co piszę, jest żenujące. Inna sprawa, że najgorsze walce jeżdżą mi po głowie, kiedy się kompletnie nie spodziewam.
Na przykład?
To jest zawsze surrealizm. Jak po tekście Kiedy chciałbym wystrzelić w kosmos, który celowo był niepolityczny. Szesnaście punktów robienia sobie jaj. W punkcie trzecim między innymi, że gdy jadę metrem, obok mnie stoją spoceni faceci w koszulkach na ramiączkach. Pokazałem Ance, Anka przeczytała...
Żona cenzuruje Twoje felietony?
Sprawdza. Proszę, żeby rzuciła okiem, bo może wyłapie jakąś minę, na którą właśnie wchodzę. Wtedy nie zwróciła na nic uwagi. Wysłałem tekst w piątek, w sobotę poleciałem do Gruzji. Na miejscu spotkałem grupę z Polski - bardzo miła rozmowa. Powiedzieli na koniec, że z ostatnim felietonem przesadziłem. Sprawdzam, co się stało, a tam Onet, Interia: "Meller powiedział, że Polacy śmierdzą". Na Onecie osiem tysięcy komentarzy - 70 procent z nich: "Ty, Żydzie, sam śmierdzisz czosnkiem".
A może ta nadwrażliwość to efekt zmęczenia? Wciąż i wciąż ktoś twierdzi, że coś jest z nami nie tak. Sandały do skarpet, wakacje w Egipcie.
Ale przyznaj, że ta sytuacja jest surrealistyczna w szczególny sposób. Nie napisałem, że rzecz dzieje się w Warszawie. Nawet jeśli założymy, że to Warszawa, to mówimy o sytuacji jednostkowej i marginalnej.
Rozmawialiśmy o wojnie polsko-polskiej. Tomasz Raczek wspomniał o przyjacielu, który drastycznie odbił na prawo (a trudno Raczkowi przypisać sympatię do tego sposobu myślenia): "Choć mówi i pisze rzeczy okropne, postanowiłem, że z niego nie zrezygnuję".
Krytyk filmowy nie może być tchórzem
Rozmowa z Tomaszem Raczkiem
Dlaczego ktoś inny ma decydować o tym, jakie treści są dla mnie szkodliwe? To jest cenzura prewencyjna: ktoś stawia samego siebie w pozycji lepiej wiedzącego; daje sobie prawo do decydowania o tym, jak mamy żyć. Otóż ja takiego prawa nie daję nikomu. Ani Kościołowi, ani władzy świeckiej, ani władzy rodzicielskiej...
Z Tomaszem Raczkiem, popularyzatorem kultury, krytykiem filmowym i publicystą, rozmawiamy o śmiałych obyczajowo okładkach, wolności i o dziennikarzach, którzy za zdjęcie z Julią Roberts płacą zawodową uległością.
Książki znikają z bibliotek.
Biblioteki powinny posiadać możliwie szeroką ofertę. Tylko czytelnik może decydować o tym, jaka książka jest dla niego odpowiednia. Nikt inny.
Okładki Latarnika bywają - szukam eufemizmu - bardzo odważne.
Jeśli czytelnik sięgnie po książkę ze zbyt śmiałą obyczajowo okładką, to być może odczuje dyskomfort i odłoży ją na półkę. Nic więcej złego nie może się stać. Koniec. Kolejna osoba, która zobaczy tę okładkę, poczuje przyjemność. Jeszcze inna pozostanie neutralna. Obecność tej książki w bibliotece daje wybór.
Jeśli napiszę nowe Mein Kampf, to czy powinienem tę książkę umieścić w bibliotekach?
Tak, jestem za. Ważne, co my z tą książką zrobimy dalej. W przypadku takich dzieł potrzebna jest dyskusja. Jeśli ta książka nie będzie dostępna, to nie będzie rozmowy. Tytuł i tak się pojawi. Każda cenzura, każde ograniczenie, rodzi pewien rodzaj konspiracji.
Umówmy się, że istnieją dzieła szkodliwe.
Dlaczego ktoś inny ma decydować o tym, jakie treści są dla mnie szkodliwe? To jest cenzura prewencyjna: ktoś stawia samego siebie w pozycji lepiej wiedzącego; daje sobie prawo do decydowania o tym, jak mamy żyć. Otóż ja takiego prawa nie daję nikomu. Ani Kościołowi, ani władzy świeckiej, ani władzy rodzicielskiej...
Władzy rodzicielskiej? Pan chce, żeby rodzice nie mogli decydować o tym, jakie książki czytają ich dzieci?
Jako dwunastolatek buntowałem się przeciw ograniczeniom wiekowym w filmach. Dzisiaj, po wielu latach, potwierdzam swoje uczucia z tamtego okresu. Już jako dorosły mogę powiedzieć, że nie ma nic bardziej głupiego, złego i szkodliwego niż ustanawianie twardych progów wiekowych w dostępie do kultury.